Dane oryginału:
OWLS OF THE EASTERN ICE: A Quest to Find and Save the World's Largest Owl by Jonathan C. Slaght
Copyright ? 2020 by Jonathan C. Slaght
Maps copyright ? 2020 by Jeffrey L. Ward
Published by arrangement with Farrar, Straus and Giroux, New York.
Tłumaczenie Marek Czekański
Projekt okładki i stron tytułowych Anna Kulikowska
Ilustracja na okładce Rawpixel.com/Shutterstock.com
Wydawca Katarzyna Włodarczyk-Gil
Koordynator ds. redakcji Renata Ziółkowska
Redakcja Janusz Puskarz
Korekta Katarzyna Derdulska
Koordynator produkcji Adam Krajewski
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo.
Więcej na www.legalnakultura.pl.
Polska Izba Książki
Copyright ? for a Polish edition by Wydawnictwo Naukowe PWN SA
ISBN 978-83-01-24730-0
eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2025 r. (Wydanie I)
Warszawa 2025
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2
tel. 22 69 54 321, faks 22 69 54 288
infolinia 801 33 33 88
e-mail: pwn@pwn.com.pl; reklama@pwn.pl
www.pwn.pl
Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.: Michał Latusek
Prolog
Puchacza japońskiego (in. ketupę) (Bubo blakistoni Seebohm, syn. Ketupa blakistoni), największą sowę świata karmiącą się rybami i innymi organizmami słodkowodnymi, ujrzałem po raz pierwszy w rosyjskim Primorju (oficjalnie: Kraju Nadmorskim) - przybrzeżnej połaci kontynentu azjatyckiego oddzielonej Morzem Japońskim od Sachalinu i Japonii. Jest to region położony względnie niedaleko od plątaniny pasm górskich i zasieków z drutu kolczastego w obszarze, w którym zbiegają się granice Rosji, Chin i Korei Północnej. Było to w roku 2000[1]. Szliśmy przez las z moim przyjacielem i spłoszyliśmy nieoczekiwanie ogromnego ptaka, który zerwał się ociężale, pohukując z niezadowoleniem, wzniósł, pracując mocno skrzydłami, i usiadł na chwilę w górnej części korony drzewa, kilkanaście metrów nad naszymi głowami. Prezentując nastroszoną masę piór barwy ciemnego drewna, spoglądał na nas gniewnie jaskrawożółtymi ślepiami. Z początku nie byliśmy pewni jego taksonomicznej tożsamości. Z pewnością należał do sów, był jednak większy od wszystkich, jakie kiedykolwiek widzieliśmy, rozmiarami porównywalny z orłami, lecz znacznie grubiej upierzony i tęższy, z ogromnymi stożkami przypominającymi uszy. Oświetlony od tyłu, obserwowany na tle mglistego, szarego zimowego nieba, sprawiał wrażenie ptaka nierealnej wręcz wielkości, jak gdyby ktoś pośpiesznie okleił rocznego niedźwiadka wiązkami ptasich piór i posadził go na drzewie. Wreszcie, najwyraźniej czując się przez nas zagrożony, postanowił się oddalić i przebił gęste korony drzew majestatycznymi ruchami skrzydeł dwumetrowej rozpiętości. Gdy odlatywał, na ziemię opadały wirujące płaty kory.
Odwiedzałem Primorje od pięciu lat. Większą część młodości spędziłem w miastach, w mojej wizji świata dominowały więc krajobrazy ukształtowane przez człowieka. Kiedy miałem dziewiętnaście lat, towarzyszyłem ojcu w jego podróży służbowej i wtedy zobaczyłem po raz pierwszy z okna samolotu lecącego z Moskwy oświetlony słońcem bezkresny ocean gór pokrytych zielenią gęstych, bujnych, dziewiczych lasów[2]. Ich potężne pasma wznosiły się wysoko, rozdzielone głębokim dolinami. Zahipnotyzowany tym dzikim pejzażem, chłonąłem go kilometrami. Nie widać było żadnych osiedli, żadnych dróg i żadnych ludzi. Tak wyglądało wtedy Primorje. Pokochałem je.
Po tej krótkiej zapoznawczej wizycie wróciłem tam na sześciomiesięczne praktyki studenckie, a później na trzy lata pracy w ramach Korpusu Pokoju. Z początku byłem tylko okazjonalnym obserwatorem ptaków; było to moje hobby wywodzące się z okresu studiów. Każda kolejna wyprawa na Daleki Wschód Rosji podsycała we mnie fascynację dziką, pierwotną przyrodą Primorja. Zainteresowanie tamtejszą awifauną wzrastało. Podczas pracy w Korpusie Pokoju zaprzyjaźniłem się z rosyjskimi ornitologami i przy okazji pogłębiłem znajomość ich języka. Wiele godzin poświęciłem wspólnym wyprawom w teren, by uczyć się rozpoznawania ptasich głosów i uczestniczyć w naukowych przedsięwzięciach badawczych. Wtedy właśnie po raz pierwszy zobaczyłem ketupę - sowę żywiącą się rybami, zwaną w moim ojczystym języku fish owl - i w tym momencie wiedziałem już, że badanie tych ptaków będzie moim zawodem.
Słyszałem opowieści o nich od pierwszych pobytów w Primorju. Były dla mnie jak piękna idea niemożliwa do wyartykułowania. Wzbudzały takie same cudowne tęsknoty, jak wyobrażenia odległych miejsc, które zawsze chciałem odwiedzić, a o których wiedziałem bardzo mało. Rozmyślając o tych stworzeniach, czułem chłód cienia pod gęstymi koronami drzew, w których się kryły, oraz zapach mchu porastającego głazy rozrzucone przy brzegach potoków.
Gdy spłoszony przez nas ogromny ptak odleciał, zacząłem pośpiesznie przeglądać terenowy przewodnik ornitologiczny z mnóstwem pozaginanych rogów, ale żaden zawarty w nim opis ani obraz nie pasowały do tego, co przed chwilą widziałem. Niektóre ilustracje sów przypominały raczej kubły na śmieci niż owego majestatycznego króla puszczy, którego spokój zakłóciliśmy i który nie kojarzył mi się z żadną widzianą dotąd sową. Lecz nie musiałem zbyt długo snuć domysłów, ponieważ udało mi się zrobić zdjęcia. Nie były zbyt wyraźne, trafiły jednak szybko do ornitologa z Władywostoku, Siergieja Surmacha, jedynego znawcy ketup w tamtym regionie. Okazało się, że żaden naukowiec nie widział od stu lat puchacza japońskiego, zwanego popularnie ketupą (Bubo blakistoni Seebohm, syn. Ketupa blakistoni)[3] tak daleko na południu, a moje zdjęcia dowodziły bezspornie, że ten rzadki, pustelniczy gatunek nadal istnieje[4].
Wstęp
W roku 2005 ukończyłem studia na Uniwersytecie Minnesoty. Tematem mojej pracy magisterskiej był wpływ eksploatacji lasów Primorja na ptaki śpiewające[5]. Szukając intensywnie tematyki doktoratu, bardzo chciałem związać ją z tym samym regionem. Interesowały mnie najszersze ujęcia problematyki ochrony przyrody, szybko jednak zawęziłem je do żurawi białogłowych i ketup - sów rybożernych. Były to najmniej zbadane i najbardziej charyzmatyczne ptaki tego regionu. Bardziej przyciągały mnie ketupy, lecz wobec braku informacji o nich, obawiałem się, że są zbyt rzadkie do badań naukowych. Rozmyślając o tym, wędrowałem pieszo przez kilka dni w rejonie bagien modrzewiowych - w otwartym, wilgotnym terenie pokrytym grubym kobiercem kwitnącego bagna zwyczajnego (Ledum palustre) z równomiernie rozrzuconymi wiotkimi drzewkami. Z początku krajobraz ten wydawał mi się uroczy, lecz po pewnym czasie, gdy nie było się gdzie schować, rozbolała mnie głowa od agresywnego zapachu bagna, a kiedy pojawiły się całe chmary tnących niemiłosiernie owadów, miałem go już dość. I wtedy doznałem olśnienia: to jest przecież siedlisko żurawia białogłowego. Ketupy są wprawdzie rzadkie, więc inwestowanie energii i czasu w ich badania może być ryzykowne, ale przynajmniej nie będę musiał przez następnych pięć lat włóczyć się po bagnach modrzewiowych. W tym momencie podjąłem decyzję: zajmę się ketupami.
Ptaki te, mające opinię stworzeń przyjaznych żyjących w skrajnie niedostępnych środowiskach, są symbolem dzikich ostępów Primorja niemal tak popularnym, jak tygrysy amurskie (zwane też, niezbyt poprawnie, syberyjskimi). Obydwa gatunki żyją w tych samych lasach i oba są zagrożone wyginięciem, jednak o życiu pierzastych koneserów łososi znacznie mniej było wiadomo. W całej Rosji od roku 1971 nie znaleziono ani jednego gniazda ketup, a w latach osiemdziesiątych ich rosyjską populację szacowano na 300-400 par[6], [7]. Rodziło to poważne obawy o ich przyszłość. Poza tym, że gniazdują na ogromnych starych drzewach i potrzebują rzek obfitujących w ryby, niewiele było o nich wiadomo.
Po drugiej stronie morza, w Japonii, zaledwie kilkaset kilometrów na wschód, w początkach lat osiemdziesiątych ich liczebność spadła poniżej stu osobników, a jeszcze pod koniec XIX wieku żyło ich tam około 500 par[8]. Głównymi przyczynami były: utrata siedlisk gniazdowania w związku z wycinką lasów oraz warunków żerowania z powodu budowy tam blokujących migrację łososi w górę rzek. Ketupy Primorja uniknęły podobnego losu z powodu inercji ekonomicznej w Związku Radzieckim, słabo rozwiniętej infrastruktury i niskiej gęstości zaludnienia. Wprowadzenie gospodarki wolnorynkowej w latach dziewięćdziesiątych przyniosło wzrost zamożności, korupcję oraz skupienie ludzkiej zachłanności na nieskażonych naturalnych zasobach leśnych północnego Primorja, uważanego za główną w skali światowej ostoję ketup.
Rosyjskie ketupy znalazły się na krawędzi biologicznej zagłady. Dla tego najbardziej tajemniczego i kultowego w Rosji gatunku o niskiej gęstości środowiskowej i długim cyklu reprodukcyjnym każde wielkoskalowe zniekształcenie kompleksu zasobów naturalnych niezbędnych do życia może oznaczać dramatycznie gwałtowny spadek populacji, taki do jakiego doszło w Japonii, i bezpowrotną jej utratę. Ketupy i inne zagrożone gatunki były chronione przez rosyjskie prawo - zabijanie ich okazów oraz niszczenie siedlisk było nielegalne - ale bez dokładnej znajomości ich potrzeb nie można było stworzyć skutecznego planu ochrony[9]. Dla ketup plan taki nie istniał, a w latach dziewięćdziesiątych niedostępne wcześniej lasy Primorja stawały się w szybkim tempie terenem rabunkowej eksploatacji[10]. Z roku na rok rosła potrzeba wypracowania poważnej strategii ochrony tych rzadkich ptaków.
Ratowanie zagrożonych gatunków różni się zasadniczo od ogólnej ochrony przyrody. Chcąc chronić wszystkie ketupy, nie musiałbym podejmować naukowych badań. Wystarczyłby skuteczny lobbing na najwyższych szczeblach władzy w celu wprowadzenia zakazu wyrębów i rybołówstwa w całym Primorju. Takie działania zapewniłyby ochronę ketupom, eliminując zagrażające im działania. Pomijając kwestię nierealności takiego pomysłu, jego realizacja oznaczałaby zlekceważenie dwóch milionów mieszkańców, w znakomitej większości utrzymujących się z pracy przy eksploatacji lasu i z rybołówstwa. Potrzeby ketup i ludzi są w Primorju nierozerwalnie powiązane; od wieków te same zasoby naturalne były podstawą egzystencji ludzi i ptaków. Przed przybyciem Rosjan, którzy zaczęli łowić ryby w rzekach i rąbać drzewa na domy i dla zysku, Mandżurowie i autochtoni robili to samo. Udehejczycy i Nanajowie nosili pięknie haftowane stroje ze skór łososi i budowali łodzie z wydrążonych pni ogromnych drzew[11]. Zapotrzebowania środowiskowe ketup pozostawały na stałym, umiarkowanym poziomie, natomiast potrzeby ludzi szybko rosły. Moją intencją było przywrócenie stanu równowagi w tej relacji poprzez niezbędną ochronę zasobów naturalnych, a drogą do tego były wyłącznie badania naukowe.
Pod koniec roku 2005 zorganizowałem spotkanie z Siergiejem Surmachem w jego biurze we Władywostoku. Natychmiast go polubiłem, z jego szczupłą, wysportowaną sylwetką i bujną czupryną rozwichrzonych włosów. Miał opinię świetnego współpracownika, co wróżyło otwartość na moje propozycje i partnerstwo. Opowiedziałem mu o swoich zainteresowaniach ketupami i studiach doktoranckich, a on podzielił się ze mną całą swoją wiedzą o tych ptakach. Wzajemna sympatia zaczęła się pogłębiać, gdy przeszliśmy do omawiania możliwych działań, i szybko zdecydowaliśmy się wspólnie pracować. Postanowiliśmy zdobyć jak najwięcej nowych danych o życiu ketup i na ich podstawie stworzyć realistyczny plan ich ochrony. Pierwsze zadanie wydawało się zwodniczo proste: ustalić cechy krajobrazu, których ketupy potrzebują do przetrwania. Mieliśmy już ogólne idee - wielkie drzewa i obfitość ryb - trzeba było jednak wielu lat badań, by rozwinąć je w szczegółach[12]. Dysponując tylko niepotwierdzonymi obserwacjami dawnych przyrodników, zaczynaliśmy nasze badania właściwie od zera.
Surmach był doświadczonym biologiem terenowym, dysponował więc sprzętem niezbędnym do dalekich wypraw w głąb Primorja: samochodem terenowym GAZ-66 z pomieszczeniem sypialnym wyposażonym w piec opalany drewnem i skuterami śnieżnymi. Mógł też liczyć na pomoc małego zespołu asystentów wyspecjalizowanych w poszukiwaniu ketup. Ustaliliśmy, że w naszym pierwszym przedsięwzięciu zespół Surmacha weźmie na siebie logistykę terenową i decyzje kadrowe. Ja zobowiązałem się wprowadzić współczesne metodologie oraz zapewnić większą część finansowania, łącząc różne granty w jeden fundusz. Podzieliliśmy planowane badania na trzy fazy. Pierwsza, trwająca dwa do trzech tygodni, miała charakter szkoleniowy; druga, zaplanowana na dwa miesiące, miała służyć rozpoznaniu populacji ketup; trzecia, mająca trwać cztery lata, obejmowała znakowanie okazów i zbieranie naukowych danych o ich życiu.
Byłem zachwycony: nie była to ochrona retroaktywna, kryzysowa, w której zestresowani, sfrustrowani i niedofinansowani badacze usiłują ratować coś przed zagładą na terenach ekologicznie już zniszczonych[13]. Primorje było wciąż w większości obszarem dziewiczym, którego interesy handlowe nie zdołały jeszcze całkiem zdominować. Głównym zadaniem było wprawdzie ratowanie jednego zagrożonego gatunku, mieliśmy jednak szanse wypracować rekomendacje i podstawy do lepszego zarządzania środowiskiem, chroniąc w ten sposób cały regionalny ekosystem.
Ketupy najłatwiej można było znaleźć zimą - odzywały się głównie w lutym i pozostawiały ślady w śniegu przy brzegach rzek - lecz był to zarazem najbardziej pracowity okres dla Surmacha. Jego pozarządowa organizacja była związana kontraktem na monitorowanie populacji ptaków wyspy Sachalin, musiał więc w miesiącach zimowych organizować logistykę tych zadań. W rezultacie, mimo regularnych konsultacji, nigdy nie pracowałem z nim w terenie. Zastępował go w naszych wspólnych działaniach jego dobry przyjaciel i doświadczony leśnik Siergiej Awdiejuk, współpracujący z nim od połowy lat dziewięćdziesiątych. W ramach pierwszej fazy zaplanowaliśmy wyprawę do dorzecza Samargi w części Primorja najdalej wysuniętej na północ. Dolina Samargi była wtedy unikalna - ostatnia kompletnie bezdrożna, choć firmy wyrębowe powoli się do niej zbliżały[14]. W roku 2000 wspólna rada Udehejczyków mieszkających w Agzu i mieszkańców portu Samarga - jedynych dwóch osiedli ludzkich na obszarze dorzecza Samargi o powierzchni 7280 km2 - podjęła decyzję o udostępnieniu swoich ziem do wyrębu drzew[15]. Oznaczało to dla tubylców budowę dróg i nowe możliwości zatrudnienia, ale z drugiej strony masowy dostęp do naturalnych dotąd terenów, napływ nowych ludzi, kłusownictwo, pożary lasów i inne formy degradacji ekosystemu. Ketupy i tygrysy to tylko dwa z wielu gatunków mogących ucierpieć w rezultacie tych zmian. Do roku 2005 komercyjni eksploatatorzy, świadomi wywołanego przez tę umowę wzburzenia wśród lokalnych społeczności i w środowiskach naukowych, poczynili serię bezprecedensowych ustępstw. Po pierwsze i przede wszystkim, zgodzili się na naukowy nadzór swojej działalności. Główna droga miała być zbudowana wysoko na zboczu doliny, a nie w bezpośrednim sąsiedztwie koryta ekologicznie wrażliwej rzeki, jak w przypadku większości istniejących dróg eksploatacyjnych Primorja. Ponadto pewne obszary o szczególnej wartości przyrodniczej miały być wyłączone z wyrębów. Surmach był członkiem grupy naukowców, którzy podjęli się dokonania ocen środowiskowych w zakresie stosunków wodnych przed rozpoczęciem budowy dróg. Jego zespół terenowy, kierowany przez Awdiejuka, miał zidentyfikować w całej dolinie Samargi zasięgi i ostoje ketup, które miały być wykluczone z działalności gospodarczej.
Jako uczestnik tej ekspedycji miałem więc pomagać w ochronie ketup w dolinie Samargi, zdobywając przy tym doświadczenie w sztuce ich poszukiwania. Umiejętności te zamierzałem wykorzystać w drugiej fazie przedsięwzięcia do lokalizowania populacji mających być przedmiotem badań. Surmach i Awdiejuk sporządzili listę miejsc w łatwiej dostępnych lasach Primorja, w których słyszeli głosy ketup, a nawet znali umiejscowienie kilku drzew z gniazdami. Były to dla nas tereny przyszłych badań wstępnych, na których mieliśmy spędzić z Awdiejukiem kilka miesięcy i odwiedzić w tym czasie wiele miejsc na obszarze 20 000 km2 położonym w większości wzdłuż wybrzeża morskiego. Po ustaleniu rejonów pobytu ptaków zamierzaliśmy powrócić do nich w następnym roku, w ramach trzeciej, najdłuższej fazy badań, w celu odłowienia i oznakowania wybranych okazów. Znakowanie miało polegać na umieszczaniu na grzbietach ptaków maleńkich nadajników pozwalających w ciągu czterech lat monitorować ich ruchy i rejestrować trasy przelotów. Takie dane pozwoliłyby dokładnie wyznaczyć obszary najważniejsze dla ich przetrwania i na tej podstawie opracować plan ochrony zapewniający ich dalszą obecność w naturalnym środowisku.
Jak trudne miały być te zadania? To się miało okazać.
1Wioska zwana "piekłem"
Śmigłowiec miał opóźnienie. W marcu 2006 roku znajdowałem się w miasteczku portowym Tierniej położonym trzysta kilometrów na północ od miejsca, w którym pierwszy raz widziałem puchacza japońskiego. Przeklinałem burzę śnieżną, która zmusiła pilotów do lądowania i niecierpliwie czekałem na podróż do Agzu w dorzeczu Samargi. Tierniej był wtedy ostatnią większą ludzką siedzibą nadmorską na północ od Władywostoku, liczącą około 3000 stałych mieszkańców. W osadach położonych dalej, takich jak Agzu, mieszkało po kilkaset, a czasem tylko kilkadziesiąt osób.
Czekałem już ponad tydzień w osiedlu złożonym z niskich, ogrzewanych drewnem domków. Na lądowisku, obok jednoizbowego terminalu, stał nieruchomo poradziecki śmigłowiec Mi-8. Jego błękitno-srebrny kadłub, inkrustowany lodem, smagały huraganowe wiatry i śnieżna zadymka. Do oczekiwania w Tiernieju byłem już przyzwyczajony, ale takim śmigłowcem nigdy jeszcze nie leciałem. Docierały tam autobusy z Władywostoku. Kursowały dwa razy w tygodniu, a podróż tą trasą trwała piętnaście godzin. Nie zawsze przyjeżdżały o czasie, a często kursy odwoływano z powodu konieczności naprawy taboru. Miałem już za sobą ponad dziesięć lat przyjazdów do Primorja (i dłuższych pobytów w tym regionie); wiedziałem, że czas płynie tu wolniej, a oczekiwanie jest częścią życia.
Po tygodniu piloci dostali w końcu pozwolenie na dalszy lot. Gdy wychodziłem na lotnisko, Dale Miquelle, mieszkający w Tiernieju badacz tygrysów amurskich, wręczył mi kopertę zawierającą 500 dolarów w gotówce. To pożyczka - powiedział - na wypadek, gdybyś miał jakieś kłopoty i musiał się stamtąd ewakuować. On był już w Agzu, a ja jeszcze nie; wiedział dobrze, w co się pakuję. Tak pokrzepiony udałem się na skraj zabudowy, gdzie na szerokiej przesiece starego nadrzecznego lasu znajdował się pas startowy. Dolinę rzeki Sieriebrianki, mającą w tym miejscu 1,5 km szerokości, ograniczały niewysokie pasma gór Sichote-Aliń, a parę kilometrów na południowy wschód znajdowało się jej ujście do Morza Japońskiego.
Po odebraniu biletu w okienku wmieszałem się w tłum zniecierpliwionych starych kobiet, małych dzieci oraz myśliwych - zarówno miejscowych, jak i przyjezdnych z miasta - oczekujących pod gołym niebem na boarding. Wszyscy byli bardzo ciepło ubrani i ściskali w rękach walizki. Tak długotrwałe burze śnieżne nieczęsto się zdarzały, wielu pasażerów zostało więc uwięzionych w wąskim gardle swojej podróży.
Było nas około dwudziestu osób, a helikopter miał 24 miejsca siedzące i nie posiadał luku bagażowego. Obserwowaliśmy niespokojnie człowieka w błękitnym uniformie układającego przy maszynie skrzynki z zaopatrzeniem oraz tak samo umundurowanego jego kolegę ładującego je do wnętrza. Wszyscy zaczęli podejrzewać, że biletów sprzedano więcej niż śmigłowiec mógł zabrać osób, bo ładowane skrzynie zabierały coraz więcej cennego miejsca na pokładzie. Wszyscy byliśmy też jednakowo zdeterminowani, by wcisnąć się do środka przez wąskie metalowe drzwi. Zespół Surmacha, czekający na mnie w Agzu od ośmiu dni, pracowałby pewnie beze mnie, gdybym nie dostał się na ten lot. Ulokowałem się czujnie za tęgą starszą kobietą: wiedziałem z doświadczenia, że pchanie się za taką osobą dawało największą szansę dostania się do autobusu. Przypominało mi to wypróbowaną technikę podążania za karetką pogotowia w korkach drogowych[16], zakładałem więc, że sprawdzi się też w rosyjskim helikopterze.
Pozwolenie do wejścia na pokład było prawie niesłyszalne, ale wszyscy rzuciliśmy się po nim do drabinki. O dostęp do niej musiałem stoczyć bój, gniotąc się wśród worków z ziemniakami, skrzynek z wódką i innych podstawowych artykułów życia rosyjskiej głębokiej prowincji. Mój "ambulans" sprawdził się, podążyłem więc za tą babuszką do tylnej części pokładu, skąd mogłem zobaczyć cokolwiek przez iluminator i miałem odrobinę miejsca na nogi. Kiedy liczba pasażerów osiągnęła, jak sądzę, niebezpieczne maksimum, udało mi się zachować widok przez okno, ale miejsce na moje nogi zajął wielki worek - przypuszczalnie z mąką - na którym mogłem oprzeć stopy. Gdy wnętrze śmigłowca zostało wypełnione w stopniu akceptowanym przez załogę, łopaty wirnika zaczęły się obracać, z początku leniwie, a potem z coraz większym wigorem. I wreszcie huk silników pracujących z mocą startową zwrócił uwagę wszystkich pasażerów. Mi-8 uniósł się w powietrze, przeleciał nisko nad Tierniejem z łomotem mogącym podnieść umarłego z grobu, po czym zatoczył łuk w lewo nad Morzem Japońskim kilkaset metrów od brzegu. Jego cień padał na północno-wschodni skraj kontynentu Eurazji. Lecieliśmy na północny wschód wzdłuż kamienistych plaż wybrzeża pociętego ujściami rzek spływających z gór Sichote-Aliń, których łańcuch skończył się niemal w połowie kolejnego wzniesienia stromymi stokami porośniętymi smukłymi dębami mongolskimi, ustępując miejsca pionowym urwiskom, niekiedy trzydziestopiętrowej wysokości, zwykle szarym, z rzadkimi pasmami brunatnej ziemi, pnącą lub płożącą się roślinnością i białymi plamami ulokowanych w szczelinach gniazd wron lub ptaków drapieżnych. Rosnące ponad nimi, częściowo wyschnięte dęby były starsze, niż mogło się wydawać. Surowe środowisko, w którym żyły - mrozy, wiatry i przybrzeżna mgła spowijająca ten teren przez znaczną część okresu wegetacyjnego - kształtowało ich poskręcane, karłowate i pocieniałe formy. Pod nami zimowe przyboje fal morskich sprawiały, że wszystkie skały, do których docierała morska mgła, pokrywały się grubymi, lśniącymi lodowymi powłokami.
Po trzech godzinach lotu błyszczący w słońcu Mi-8 zaczął się zniżać, wzbijając śnieżne wiry, i wówczas zauważyłem luźną grupę skuterów śnieżnych zgromadzonych wokół lądowiska w Agzu, którym była niewielka polana i drewniana szopa. Gdy tylko pasażerowie wysiedli, załoga zaczęła wyładowywać cargo i przygotowywać teren do startu w drogę powrotną.
Podszedł wtedy do mnie z bardzo poważnym wyrazem twarzy udehejski chłopiec, wyglądający na czternastolatka, w czapce z króliczego futra zasłaniającej większość czarnych włosów. Wygląd mój był inny niż reszty pasażerów. Miałem dwadzieścia osiem lat i nosiłem brodę, nie mogłem więc być miejscowym. Rosjanie w moim wieku byli niemal zawsze gładko ogoleni, bo taka była wtedy u nich moda, a moja czerwona zimowa kurtka odróżniała się od ciemnoszarych noszonych przez Rosjan. Chłopak chciał wiedzieć, co sprowadziło mnie do Agzu.
- Słyszałeś o ketupach? - odpowiedziałem pytaniem w języku rosyjskim, którego używałem wyłącznie w sytuacjach związanych z pracami badawczymi, w szczególności podczas tej wyprawy.
- Tak, ketupy. To są ptaki? - chciał się upewnić.
- Przyleciałem tu, żeby ich szukać - wyjaśniłem.
- Szukasz ptaków - w jego głosie słyszałem zdziwienie, jakby nie był pewien, czy dobrze mnie zrozumiał.
Zapytał, czy znam kogoś z Agzu. Odpowiedziałem, że nie. Unosząc brwi, spytał, czy ktoś tu po mnie przyjdzie. Wyraziłem nadzieję, że tak. Zmarszczył brwi i na marginesie jakiegoś skrawka gazety napisał swoje nazwisko. Wręczając notatkę, patrzył mi prosto w oczy.
- Agzu to nie jest miejsce, do którego można tak sobie przyjechać - powiedział. - Gdybyś nie miał gdzie spać lub potrzebował pomocy, pytaj o mnie w osiedlu.
Podobnie jak dęby z wybrzeża, tego chłopca ukształtowało surowe środowisko, i mimo bardzo młodego wieku miał już poważne życiowe doświadczenia. O Agzu wiedziałem niewiele, tyle tylko, że bywa tam ciężko: poprzednią zimę spędził tu pewien rosyjski meteorolog (mimo to wciąż outsider), a syn mojego znajomego z Tiernieja został pobity i zostawiony bez przytomności w śniegu, w którym zamarzł na śmierć. Jego zabójca nigdy nie został publicznie zidentyfikowany: w osiedlu tak małym, jak Agzu, w którym wszyscy się znają, prawdopodobnie wiedziano kto to zrobił, ale nikt nie pisnął ani jednym słowem w rozmowach z policją. Jeśli wymierzono mu jakąś karę, to stało się to w łonie społeczności mieszkańców.
Po chwili zobaczyłem w tłumie Siergieja Awdiejuka, kierownika naszego zespołu terenowego. Przyjechał po mnie na skuterze śnieżnym. Rozpoznaliśmy się natychmiast po grubych kurtkach puchowych, ale jego nikt by nie wziął za cudzoziemca, ze specyficznie przyciętymi włosami, rządkiem górnych przednich złotych zębów ściskających stale papierosa i charakterystycznym krokiem osoby czującej się dobrze w swoim żywiole. Był człowiekiem mojego wzrostu - około dwóch metrów - o kwadratowej opalonej twarzy, lekko zamaskowanej kilkudniowym zarostem, z przeciwsłonecznymi okularami chroniącymi oczy przed oślepiającym blaskiem słońca odbijającego się od śniegu. Wyprawa w dolinę Samargi była wprawdzie pierwszą fazą przedsięwzięcia zaprojektowanego wspólnie z Surmachem, lecz to Awdiejuk był niekwestionowanym jej liderem. Miał doświadczenie w leśnych ekspedycjach, a przy tym znał zwyczaje ketup. Na tym etapie byłem jeszcze wielokrotnie zmuszony uznawać trafność jego ocen. Parę tygodni wcześniej Awdiejuk, wraz z dwoma innymi członkami naszego zespołu, przygotowali eksplorację dorzecza Samargi. Wykorzystali do tego rejs statku transportowego z Płastuna - portu leżącego 350 km na południe od ujścia rzeki Samargi. Zabrali ze sobą dwa skutery śnieżne, domowej roboty sanie wraz z wyposażeniem oraz kilka beczek zapasowej benzyny. Wystartowali z wybrzeża i przemieścili się szybko w górę rzeki do jej obszarów źródliskowych, tj. ponad 100 km od ujścia, pozostawiając w kryjówkach żywność i paliwo. Następnie systematycznie przemierzali dolinę tam i z powrotem, uzupełniając zapasy. Zatrzymali się w Agzu, by spotkać się ze mną. Mieli tam być tylko dzień lub dwa, ale uwięziła ich burza śnieżna, ta sama, która spowodowała moje spóźnienie.
Agzu jest w Primorju nie tylko najdalej wysuniętym na północ, lecz także najbardziej izolowanym osiedlem ludzkim. Leżące na brzegu jednego z lewobrzeżnych dopływów Samargi, zamieszkane przez 150 osób, głównie Udehejczyków, jest swoistym reliktem przeszłości. W czasach Związku Radzieckiego osada ta była ośrodkiem łowiectwa. Wszyscy jej mieszkańcy byli zawodowymi myśliwymi opłacanymi przez państwo. Wywożono stamtąd helikopterami futra i mięso, za które płacono gotówką. Po samorozwiązaniu ZSRR w roku 1991 działalność ta szybko się załamała. Śmigłowce już nie przylatywały, a galopująca inflacja, która ogarnęła kraj po upadku tego państwa, pozostawiła byłych myśliwych z grubymi plikami bezwartościowych sowieckich rubli. Ci, którzy chcieli stamtąd uciec, nie mieli na to środków. Nie widząc innego wyjścia, mieszkańcy Agzu wrócili do łowiectwa, by jakoś utrzymać się przy życiu. W pewnym zakresie handel powrócił tam do bezgotówkowej formy wymiennej: w wiejskim sklepiku za świeżą dziczyznę można było dostać towary przywożone z Tiernieja drogą powietrzną.
Udehejczycy z dorzecza Samargi jeszcze nie tak dawno żyli w obozowiskach rozproszonych wzdłuż rzeki, ale w latach trzydziestych, w ramach sowieckiej kolektywizacji, obozy te zniszczono, koncentrując ludność przymusowo w czterech osadach, z których najliczniejszą była Agzu. Bezradność i stres narodu zmuszonego do kolektywizacji znalazły odzwierciedlenie w nazwie wioski - Agzu najpewniej pochodzi od udehejskiego słowa ogzo oznaczającego "piekło"[17].
Siergiej sprowadził skuter śnieżny z głównego szlaku osiedla i zaparkował go przed jedną z chałup, aktualnie niezamieszkaną, gdyż jej właściciel był w lesie na dłuższym polowaniu. Mieliśmy jego zgodę na nocowanie tam. Podobnie jak wszystkie inne domy w Agzu, był to parterowy budynek drewniany z dwuspadowym dachem, typowy dla tradycyjnego rosyjskiego stylu wiejskiego, z ozdobnie rzeźbionymi ościeżnicami i dwuskrzydłowymi oknami. Dwóch mężczyzn rozładowujących zaopatrzenie zatrzymało się przed domem, by nas pozdrowić. Ich współczesne, mrozo- i wodoodporne stroje oraz nowoczesne zimowe obuwie nie pozostawiały wątpliwości, że są to pozostali członkowie naszej ekipy. Siergiej zapalił kolejnego papierosa i przedstawił nas sobie. Pierwszy nazywał się Tolia[18] Ryżow: krępy, o śniadej cerze i okrągłej twarzy ozdobionej grubymi wąsami i łagodnym spojrzeniem. Tolia był fotografem i kamerzystą; w Rosji nie było dotąd ani jednego audiowizualnego, ani filmowego nagrania ketupy, gdyby więc udało nam się którąś z nich zobaczyć, to Surmach chciał mieć na to dowód. Drugim naszym partnerem był Szurik[19] Popow: niewysoki, atletycznie zbudowany ciemny blondyn, z włosami przyciętymi na krótko jak u Siergieja i pociągłą twarzą mocno opaloną po wielu tygodniach spędzonych w terenie, z drobnymi kosmykami na brodzie jak u kogoś, komu broda zbyt szybko nie rośnie. Szurik był ogólnym koordynatorem i tzw. człowiekiem do wszystkiego; gdy trzeba było wspiąć się bez asekuracji na wypróchniałe drzewo, na którym mogło być sowie gniazdo albo wypatroszyć i oczyścić tuzin ryb na obiad, to Szurik robił to bez ociągania.
Żeby otworzyć bramę i wejść na podwórze, a potem dotrzeć do drzwi i dostać się do domu, trzeba było odkopać zwały śniegu. Wszedłem do niewielkiego, ciemnego przedsionka i otworzyłem drzwi do pierwszego pomieszczenia, którym była kuchnia. Panował w niej zimny zaduch przesycony smrodem drewna niedopalonego w piecu z nieszczelną wentylacją i dymu papierosowego. Dom był szczelnie zamknięty i nieogrzewany od wyjazdu właściciela, ale ziąb tylko po części neutralizował odór, którym przesiąknięte było całe pomieszczenie. Podłoga zasłana była odłamkami tynku sypiącego się ze ścian, a wokół pieca pełno było zgniecionych niedopałków i zużytych woreczków z herbatą.
Z kuchni przeszedłem do pierwszego przechodniego pokoju, a potem do ostatniego. Oddzielały je od siebie brudne, wzorzyste szmaty rozwieszone nierówno na futrynach drzwi. Na podłodze drugiego pokoju było tyle pokruszonego tynku, że chrupał pod nogami, a przy jednej ze ścian pod oknem zauważyłem coś, co wyglądało na zamrożone mięso i futro.
Siergiej przyniósł z szopy drewno na rozpałkę i rozpalił w piecu, zaczynając od gazet dla wytworzenia ciągu w kominie, bo temperatura w kompletnie wychłodzonym wnętrzu może być niższa od zewnętrznej, co powoduje ciśnieniowe uszczelnienie przewodu kominowego. Gdyby rozpalił drewno zbyt szybko bez dobrego wyciągu, to cały dom napełniłby się dymem. W większości domów na Dalekim Wschodzie Rosji piece kuchenne zbudowane były z cegieł i przykryte grubą żelazną płytą z fajerkami, na której stawiało się garnki i patelnie. Piec, umieszczony w rogu pomieszczenia kuchennego, był połączony z murowaną ścianą w taki sposób, by ciepły dym, przed ujściem do komina, przechodził przez ciąg krętych przewodów. Urządzenie takie, czyli Russkaja pieczka (dosł. "rosyjski piec"), pozwala utrzymać ciepło ceglanej ściany długo po wygaśnięciu paleniska, a tym samym ogrzewać kuchnię i przyległe pokoje. Niechlujstwo naszego gospodarza dotyczyło również pieca: mimo usilnych starań Siergieja dym wysnuwał się niezliczonymi szczelinami, powoli wypełniając wnętrze[20].
Cały nasz dobytek był w pokojach i przedsionku, mogliśmy więc rozłożyć mapy dorzecza Samargi i omówić strategię dalszych działań. Siergiej pokazał mi obszar długości 50 km w górnym biegu rzeki i wokół niektórych jej dopływów, który on sam i pozostali członkowie zespołu spenetrowali pod kątem obecności ketup. Namierzyli na nim około dziesięciu terytorialnych par, co oznaczało dla tych gatunków bardzo dużą gęstość zasiedlenia[21]. Pozostały do zbadania: 65 km środkowego i dolnego dorzecza, do wioski Samarga, wybrzeże morskie wokół niego oraz niektóre partie lasu otaczającego Agzu. Było więc sporo pracy do wykonania i niezbyt dużo czasu: zbliżał się koniec marca, a dni stracone z powodu złej pogody znacznie go ograniczyły. Lód na rzece - jedyna możliwa droga z Agzu - zaczynał się topić, tworząc niebezpieczne warunki dla skuterów śnieżnych, z możliwością utknięcia między Agzu i Samargą, gdyby wiosna zaczęła się zbyt wcześnie. Siergiej proponował działania wokół Agzu przez co najmniej tydzień, z równoczesną pilną obserwacją przedwiosennych podtopień i posuwaniem się każdego dnia coraz dalej w dół rzeki, w sumie na odległość 10-15 km, z codziennymi powrotami do Agzu skuterami śnieżnymi na noclegi. W odległym terenie nie można było raczej liczyć na inną możliwość spędzenia nocy niż spanie w namiotach. Po tygodniu mieliśmy się spakować i przenieść do Wozniesjenowki - obozowiska łowieckiego oddalonego o około 40 km od Agzu i 25 km od wybrzeża.
Nasz pierwszy wieczorny posiłek, złożony z puszkowanej wołowiny z makaronem, zakłóciła grupa mieszkańców Agzu, którzy przyszli zobaczyć, co się u nas dzieje. Po wejściu bezceremonialnie postawili na kuchennym stole czterolitrową butelkę spirytusu o stężeniu 95%, wiadro świeżego mięsa łosia i parę żółtych cebul. To był ich wkład w wieczorną imprezę - w zamian oczekiwali interesującej rozmowy. Jako cudzoziemiec w Primorju, prowincji zamkniętej do lat dziewięćdziesiątych dla całego niemal świata zewnętrznego, byłem przyzwyczajony do roli atrakcyjnej nowości. Ludzie chcieli wiedzieć, co mam im do powiedzenia na temat prawdziwego życia w znanym z telewizji Santa Barbara, oraz czy jestem kibicem Chicago Bulls - dwóch kulturalnych symboli Ameryki popularyzowanych w Rosji w latach dziewięćdziesiątych - a jednocześnie pragnęli usłyszeć pochwały ich odległego zakątka świata. Jednakże w Agzu każdy przybysz był w jakimś stopniu celebrytą. Nie miało dla nich znaczenia, że ja pochodzę ze Stanów Zjednoczonych, a Siergiej z Dalniegorska: oba te miejsca były równie egzotyczne, a my obaj reprezentowaliśmy wartość rozrywkową, jako nowi ludzie, z którymi można się było napić.
Godziny mijały, ludzie wchodzili i wychodzili, porcje mięsa łosiowego były przyrządzane i konsumowane, a spirytusem raczono się w stałym tempie. W całym domu wisiał gęsty dym z papierosów i nieszczelnego pieca. Wypiłem kilka kieliszków i zjadłem porcję mięsa z surową cebulą, słuchając naszych gości prześcigających się w łowieckich przechwałkach oraz opowiadających o spotkaniach z niedźwiedziami i tygrysami, a także o rzece. Ktoś zapytał mnie, dlaczego nie studiuję ketup w Stanach Zjednoczonych - podróż z Ameryki do Samargi wydawała im się wielkim wysiłkiem. Jakież było jego zdziwienie, gdy mu powiedziałem, że w Ameryce Północnej nie ma takich ptaków. Ci myśliwi kochali dziką przyrodę, ale zapewne nie rozumieli, jak cudownie unikalne są ich własne lasy.
W końcu pożegnałem gości skinieniem głowy, przeszedłem do tylnego pokoju i, po powieszeniu prześcieradła na całej szerokości futryny dla ograniczenia dopływu dymu i przytłumienia kontynuujących się w najlepsze radosnych wybuchów śmiechu, zacząłem, przyświecając sobie latarką, przeglądać fotokopie artykułów o ketupach, które udało mi się znaleźć w rosyjskich czasopismach naukowych. Potraktowałem tę czynność jak ostatni test przed jutrzejszym praktycznym egzaminem. Nie było tego wiele. W latach czterdziestych ornitolog Jewgienij Spangenberg był jednym z pierwszych Europejczyków badających ketupy, a jego artykuły zawierały podstawowe informacje o tym, gdzie można oczekiwać ich obecności, czyli w rozgałęzionych rzekach z czystą, zimną wodą, obfitujących w łososie[22]. Później, w latach siedemdziesiątych, inny ornitolog, Jurij Pukinskij, opublikował kilka artykułów z opisami swoich doświadczeń nad rzeką Bikin w północno-zachodnim Primorju, gdzie zebrał informacje o ekologii gniazdowania i wokalizacji tych ptaków[23]. I wreszcie istnieje kilka artykułów Siergieja Surmacha, którego badania koncentrowały się głównie na wzorcach rozmieszczenia ketup w Primorju[24].
2Pierwsze poszukiwanie
Tej nocy, gdzieś niedaleko od Agzu, ketupy polowały na łososie. Dźwięki nie są dla nich istotne, gdyż ich najważniejsze ofiary żyją pod wodą w zupełnej obojętności na słuchowe niuanse świata lądowego. Większość sów potrafi lokalizować słuchem gryzonie i, polując na nie, przemykać się bezszelestnie ponad dnem lasu, a sowy gniazdujące w stodołach robią to z powodzeniem w kompletnych ciemnościach[25]. Ketupy muszą nurkować w wodzie. Ta różnica łowieckiej strategii ma swoje odzwierciedlenie anatomiczne: większość sów ma tzw. szlary - charakterystyczne, talerzowato ułożone pióra twarzowe kierujące najsubtelniejsze dźwięki do otworów usznych[26]. U ketup szlary są cechą szczątkową, ponieważ w procesie ewolucyjnym, jako nieistotne dla przetrwania, uległy zanikowi.
Rzeki, w których znajduje się najważniejsze pożywienie ketup, tj. ryby łososiowate, są w większości zamarznięte przez kilka miesięcy w roku. Aby przetrwać zimy z temperaturą regularnie spadającą poniżej -30°C, ptaki te gromadzą grube rezerwy tłuszczu. Z tego względu w przeszłości były cennym źródłem pożywienia dla Udehejczyków, którzy, oprócz spożywania ich mięsa, rozkładali i suszyli ich masywne skrzydła czy ogony i sporządzali z nich wachlarze do odganiania chmar natrętnych owadów podczas polowań na zwierzynę płową i dziki[27].
Pierwszy blady świt w Agzu zastał mnie uwięzionego między rumowiskiem i dziczyzną. Przeszkadzał mi głównie smród wypełniający cały dom, co znaczyło, że przyzwyczaiłem się już do nasycenia nim mojej odzieży i brody. W sąsiednim pomieszczeniu na stole, pośród szklanek i kieliszków, rozrzucone były kości łosia i pusta butelka po keczupie. Z zaczerwienionymi oczami zjadłem, prawie w całkowitym milczeniu, śniadanie złożone z kiełbasy, chleba i herbaty. Siergiej wręczył mi garść twardych cukierków mających zastąpić lunch i powiedział, żebym wziął ze sobą wodery, kurtkę i lornetkę, bo musimy iść na poszukiwanie ketup.
Kiedy nasza karawana dwóch skuterów śnieżnych przejeżdżała z hałasem przez Agzu, z chałup wylegli mieszkańcy i zgraja psów, które cofały się w zaspy śniegu, zostawiając wąską ścieżkę przejazdu. W całym niemal Primorju psy, trzymane na łańcuchach dla ochrony obejść, są przygnębione i złośliwe, ale te w Agzu biegały dumnie po całej wsi luźnymi stadami. Były wśród nich z pewnością łajki wschodniosyberyjskie - wyjątkowo zawzięte psy myśliwskie, które podstępnie atakowały sarny, jelenie i dziki w okresach późnej zimy, kiedy głęboki, częściowo osiadły śnieg pokrywało kruche lodowe szkliwo, załamujące się pod kopytami tych zwierząt, ale nie pod psimi łapami. Każde zwierzę kopytne ścigane przez łajki zapadało się w nim jak w kurzawce lub ruchomym piasku i po chwili było już wybebeszane przez zwinnego prześladowcę. Psy, które właśnie mijaliśmy, miały plamy krwi na sierści świadczące o niedawnym udziale w takich rzeziach.
Rozdzieliliśmy się tuż przed rzeką. Członkowie drugiej załogi znali już ten plan, nie było więc długich dyskusji; Siergiej powiedział Tolii, by pokazywał mi, co mam robić. Sam z Szurikiem skręcił na południe w kierunku Samargi, a Tolia i ja minęliśmy lądowisko śmigłowców i zatrzymaliśmy się przy dopływie płynącym do Samargi z północnego wschodu.
- Ta rzeczka nazywa się Akza - powiedział Tolia, mrużąc oczy i patrząc w górę wąskiej dolinki porośniętej nieregularnie nagimi drzewami liściastymi z domieszką nielicznych sosen przygiętych świeżym śniegiem. Słyszałem szum płynącej wody i alarmujący głos pluszcza ciemnego (Cinclus pallasii), zaniepokojonego naszym przybyciem. - Człowiek, który tu kiedyś polował - zaczął mówić Tolia - stracił w młodości jądro przez ketupę, a potem strzelał do każdej, którą zobaczył. Tępił ketupy wszystkimi sposobami: łapał w sidła, wykładał trutki i strzelał. A my pójdziemy w górę rzeki i będziemy szukać ich śladów lub piór.
- Czekaj no... mówisz, że stracił jądro przez ketupę?
Tolia skinął głową. - Mówią, że wyszedł kiedyś w nocy do lasu z potrzebą wypróżnienia - musiało to być wiosną - i pewnie kucnął nad młodym sowim podlotem, który dopiero co opuścił gniazdo. Bezradne małe sówki kładą się na grzbiecie i bronią pazurami. Ptak po prostu złapał i ścisnął najbliższy kawałek ciała, najniżej zwisający owoc, że tak powiem.
Następnie Tolia wyjaśnił, że szukanie ketup wymaga cierpliwości i uważnej obserwacji. Sowy przelatują wielkie odległości, lepiej więc założyć, że żadnej nie zobaczysz, nawet gdy jest niedaleko, i skupić się na tym, co zostawia. Podstawowa metoda to wolne posuwanie się w górę doliny i szukanie trzech rzeczy. Pierwsza to otwarte, niezamarznięte miejsca w rzece. W zimie jest ich niewiele, jeśli więc ketupa jest w pobliżu, to na pewno zatrzymała się blisko któregoś z nich. Trzeba też uważnie badać śnieg na brzegach w poszukiwaniu śladów, które ptak pozostawił, skradając się do ryb, oraz drobnych piórek zgubionych przy lądowaniu lub starcie do lotu.
Druga sprawa to większe pióra, które te ptaki stale gubią. Dzieje się to szczególnie podczas wiosennego linienia, gdy puszyste, głębiej położone pióra długości do 20 cm wypadają i unoszą się z wiatrem, a ich promienie, działając jak tysiące macek, czepiają się gałęzi w pobliżu rzecznych żerowisk lub drzew z gniazdami - małe chorągiewki powiewające wdzięcznie na wietrze jak ogłoszenia o sowiej obecności. Trzecim znakiem są masywne drzewa z wielkimi dziuplami. Ketupy są tak wielkie, że potrzebują do gniazdowania prawdziwych leśnych gigantów - w rodzaju starych topól Maksymowicza lub wiązów mandżurskich. W dolinie wybranej do badania jest niewiele takich goliatów, jeśli więc znajdujemy tego typu drzewo, to trzeba je dokładnie obejrzeć. Gdy w pobliżu są drzewa z piórami, to niemal na pewno znaleźliśmy drzewo gniazdowe.
Kilka pierwszych godzin spędziłem na wędrówce z Tolią korytem rzeczki i wypatrywaniu, zgodnie z jego zaleceniami, drzew zasługujących na dokładne zbadanie oraz obiecujących, niezamarzniętych przestrzeni wodnych. Tolia poruszał się w sposób celowy i przemyślany. Zauważyłem, że Siergiej, podejmujący decyzje w okamgnieniu i działający bez wahania, beształ Tolię, który wydawał mu się nieudolny. Jednak dzięki spokojnemu, niespiesznemu podejściu do zadań Tolia był dobrym nauczycielem i przyjemnym towarzyszem. Dowiedziałem się też, że często przygotowywał dla Surmacha przyrodnicze opracowania dotyczące ptaków Primorja.
Wczesnym popołudniem zatrzymaliśmy się na herbatę. Tolia rozpalił ognisko, zagotował trochę wody z rzeki, po czym zaczęliśmy chrupać twarde cukierki, słuchając ćwierkania podekscytowanych kowalików ukrytych w koronach drzew. Po lunchu Tolia zaproponował, bym teraz ja prowadził, kierując się własną intuicją i tym, czego się nauczyłem od rana, a on będzie obserwował moje poczynania. Jedną przestrzeń wodną, którą uznałem za wartą eksploracji, odrzucił z powodu zbyt dużej głębokości jak na upodobania ketup, a inna wydała mu się nadmiernie zarośnięta wierzbami, by tak wielkie ptaki mogły tam lądować. Kiedy na leniwie płynącym rozlewisku lód się pode mną załamał, zrozumiałem przeznaczenie i wartość kija z ostrym metalowym okuciem, którym Tolia zawsze dziobał lód przed wejściem na jego powierzchnię, sprawdzając jego twardość i spójność. Na szczęście byłem w gumowych woderach i wpadłem tylko do kolan. Posuwaliśmy się pod prąd strumienia do zwężenia dolinki w kształcie litery V, za którym były już tylko śnieg, lód i skały.
Tego dnia nie znaleźliśmy żadnych śladów ketup. Gdy zaczął zapadać zmrok, nasłuchiwaliśmy, czy jakaś się nie odezwie, lecz w lesie panowała cisza, a śnieg wzdłuż rzeki był nienaruszony. Tolia mówił o tym, jak należy traktować dni, w których nie było konkretnych rezultatów poszukiwań. Wyjaśniał, że nawet gdyby w miejscu, w którym staliśmy, były ketupy, to ich wykrycie lub usłyszenie ich głosów mogłoby wymagać tygodnia cierpliwych podchodów. Nie była to zachęcająca wiadomość. Rozmowy z Surmachem w jego wygodnym gabinecie we Władywostoku o poszukiwaniu tych ptaków to zupełnie co innego niż rzeczywistość tego procesu - chłód, ciemność i kompletna cisza.
Była już ciemna noc, gdy wróciliśmy do Agzu. Nierówne smugi światła na śniegu na zewnątrz naszej chałupy świadczyły o tym, że Awdiejuk z Szurikiem też już wrócili. Zdążyli ugotować zupę z ziemniaków i mięsa darowanego przez sąsiada. Był z nimi chudy rosyjski myśliwy w nieco przydużej kurtce z kapturem. Przedstawił się jako Liosza[28]. Wyglądał na czterdziestolatka; grube okulary zniekształcały obraz jego oczu, lecz nie na tyle, by ukryć znaczny stopień intoksykacji.
- Piłem przez dziesięć, może dwanaście dni - Liosza zaczął konkretnie, nie wstając zza kuchennego stołu.
Wymieniliśmy z Siergiejem wrażenia dnia, po czym Szurik rozlał porcje zupy, a Tolia wyłonił się z foyer z butelką wódki, którą ceremonialnie postawił na środku kuchennego stołu wraz z paroma kieliszkami. Spojrzenie Siergieja wyrażało złość i niezadowolenie. Ze społecznych zwyczajów Rosjan wynikało, że jeśli ktoś postawił wódkę dla gości na stole, to stała ona tam aż do opróżnienia butelki. Niektóre gorzelnie nie silą się nawet na porządne zamknięcia butelek, ograniczając się do cienkiego aluminiowego krążka, który łatwo przekłuć i oderwać - no bo po co jakieś korki lub zakrętki? Butelka może być pełna albo pusta, z krótkim okresem przejściowym. Tego wieczoru, gdy Siergiej i Szurik mieli nadzieję odpocząć od picia, Tolia postawił ich w sytuacji przymusowej. Było nas pięciu, ale kieliszki tylko cztery. Spojrzałem na niego z wyrazem zdziwienia.
- Ja nie piję - Tolia odpowiedział na moje nieme zapytanie. W ten sposób wykluczył się z męki związanej z całonocnym pijaństwem. Przekonałem się później, że taki miał zwyczaj - oferował wódkę gościom w naszym imieniu, często w nieodpowiednich chwilach, nie uzgadniając tego wcześniej z zespołem.
Jedliśmy zupę i rozmawiali o rzece między kolejnymi toastami. Siergiej wyjaśniał, że Samarga nie jest zbyt głęboka, ale jej wartkiego nurtu nie wolno lekceważyć. Nieuwaga w chodzeniu po lodzie może kosztować życie, jeśli się załamie; szybki nurt natychmiast wciąga pod pokrywę lodu, powodując śmierć z wychłodzenia, uduszenia i dezorientacji. Liosza dodał, że tej zimy coś takiego się zdarzyło; ślady zaginionego mieszkańca prowadziły do niewielkiej, ciemnej szczeliny lodowej, pod którą słychać było wartki nurt Samargi. Przy ujściu znajdowano od czasu do czasu ludzkie szkielety: szczątki ofiar Samargi z minionych lat, pokrzywione i wplątane między kłody drzew, skały i piaszczyste łachy.
Widziałam, że Liosza mi się przygląda.
- Gdzie ty mieszkasz? - zapytał bełkotliwie.
- W Tiernieju - odpowiedziałem.
- Stamtąd pochodzisz?
- Nie, pochodzę z Nowego Jorku - odpowiedziałem. To było łatwiejsze do zrozumienia dla kogoś niemającego pojęcia o geografii Ameryki Północnej niż tłumaczenie, gdzie jest Minnesota i Środkowy Zachód Stanów.
- Z Nowego Jorku... - Liosza powtarzał, potem zapalił papierosa i spojrzał na Siergieja. Miałem wrażenie, że jakaś ważna treść przebija się do jego świadomości przez grubą zasłonę pomroczności wywołanej długotrwałym piciem alkoholu.
- Dlaczego mieszkasz w Nowym Jorku? - kontynuował.
- Bo jestem Amerykaninem.
- Amerykaninem? - Liosza wybałuszył oczy, spoglądając znów na Siergieja. - On jest Amerykaninem? Siergiej skinął głową.
Liosza powtarzał to słowo raz po raz, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem. Zapewne nigdy nie spotkał żadnego cudzoziemca, a tym bardziej mówiącego płynnie po rosyjsku. Trudno mu było pogodzić się z tym, że w swoim rodzinnym Agzu siedzi przy jednym stole z zimnowojennym wrogiem. Nagle zaabsorbował nas hałas na zewnątrz i po chwili do chałupy weszła niewielka grupa mężczyzn, wśród których rozpoznałem paru uczestników wczorajszej libacji. Chcąc być wypoczętym nazajutrz rano, skorzystałem z okazji i zniknąłem w tylnym pokoju, a Tolia próbował wymigać się od partii szachów z niejakim Ampliejewem, rosyjskim emerytem mieszkającym po drugiej stronie ulicy. Przyświecając sobie latarką czołową, zrobiłem notatki z pierwszego dnia poszukiwań i wsunąłem się do śpiwora, odwracając głowę z obrzydzeniem od czerwonego i oślizgłego stosu mięsa i futra porzuconego w rogu pokoju. Przyniosło mi to ulgę, podobnie jak pewność, że lód się pode mną nie załamie.
3Zimowe życie w Agzu
W szarym świetle następnego poranka zastałem Siergieja z papierosem w dłoni, pełzającego przy ledwo tlącym się piecu. Wydmuchiwał kłęby dymu, które snuły się jakiś czas wokół otwartego paleniska, zanim wątły ciąg zaczął je pochłaniać. Klął siarczyście, spoglądając na dużą, pustą butelkę po spirytusie leżącą przy stole.
- Musimy się z Agzu szybko wynosić, bo ten alkohol mnie zabija - powiedział. W tej sprawie nie liczyła się silna wola: dopóki tam byliśmy, musieliśmy żyć w zgodzie z mieszkańcami.
Podczas przygotowań do wymarszu w teren Siergiej ostrzegł mnie, że ketupy są niesamowicie czujne w stosunku do ludzi, i kiedy się do nich zbliżamy, natychmiast się oddalają. Korzystne dla nas jest tylko to, że hałasują podczas lotu, czym różnią się zasadniczo od wszystkich innych sów latających niemal bezszelestnie. Loty większości ptaków są słyszalne, a niektóre gatunki można rozpoznawać po odgłosach ruchu skrzydeł. Sowy latają cicho, ponieważ ich lotki pokryte są maleńkimi wyrostkami działającymi jak powłoki głuszące, hamujące ruch powietrza tuż przed powierzchnią skrzydeł[29]. Cecha ta ułatwia im tropienie i atakowanie zwierząt lądowych. Nie jest też dziwne, że lotki ketup są gładkie i pozbawione tej formy adaptacji: ich główne pożywienie pływa przecież w wodzie. W ciszy spokojnej nocy można często usłyszeć wibracje powietrza wywołane ruchami ich ciężkich skrzydeł.
Plan naszych działań był podobny jak w dniu poprzednim. Poszukiwanie ketup wymaga wielokrotnego powtarzania tych samych czynności. Trzeba być bardzo ciepło, wielowarstwowo ubranym, by nie zmarznąć w terenie przez cały dzień i długo po zapadnięciu zmroku. Bluza z polaru, której nie zapinałem w promieniach popołudniowego słońca, nie wystarczała po zmroku, gdy siedziałem bez ruchu, wsłuchując się w odgłosy lasu przy szybko spadającej temperaturze. Oprócz woderów biodrowych praca ta nie wymagała żadnego innego specjalnego wyposażenia. Tolia miał kamerę, ale brał ją w teren tylko wtedy, gdy odkryliśmy coś wartego filmowania lub fotografowania.
W drugim dniu szedłem znów z Tolią, który obiecał Ampliejewowi, partnerowi od szachów, dowiezienie do rzeki w celach wędkarskich. Podczepiliśmy jedne z naszych pustych sań do zielonego śnieżnego skutera i podjechaliśmy od frontu pod dom Ampliejewa. Wyszedł do nas w grubym futrzanym kożuchu, niosąc kij do badania lodu i drewnianą skrzyneczkę wędkarską zastępującą mu też krzesełko. Rozciągnął się wygodnie na saniach jak na sofie, razem ze swoją starą łajką, która skuliła się przy nim i zerknęła na mnie. Oboje byli za starzy na polowania, ale mogli sobie razem łowić ryby.
- Fishhhowwwl![30] - powiedział do mnie z uśmiechem po angielsku i ruszyliśmy.
Tolia kierował się wskazówkami naszego starszego sąsiada, wyjeżdżając z Agzu na południe w stronę odcinka rzeki z zamarzniętymi wierconymi w lodzie przeręblami. Najwyraźniej było to ulubione stanowisko wędkarzy.
Ampliejew z łajką wysiedli z sań, a Tolia za pomocą naszego świdra uwolnił od lodu kilka otworów. Każde przebicie wiertła przez lód powodowało wytrysk wody, która rozpływała się po jego powierzchni. Był już początek kwietnia i wszędzie wokół widać było oznaki zbliżającej się wiosny: w różnych miejscach lód topniał pod wpływem słońca, co zapowiadało gwałtowną zmianę w niedługim czasie. Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłem z bliska Samargę, która wzbudziła we mnie sprzeczne uczucia podziwu i grozy. Opowieści o tej rzece nadały jej legendarny wymiar: dla Agzu była źródłem życia, a zarazem bezlitosną, zazdrosną siłą potrafiącą niszczyć, okaleczać, a nawet zabijać tych, którzy w swej nonszalancji nie zachowywali ostrożności, obcując z jej żywiołem.
Tolia odczepił sanki i oznajmił mi, że wybiera się w górę rzeki szukać ketup, i nagle uświadomił sobie, że nie ma planu zadań dla mnie.
- Spróbuj sprawdzić wszystkie miejsca z odkrytą wodą, czy nie ma tam śladów ketup - powiedział, zataczając niezbyt precyzyjnie szeroki łuk okutym kijem. - Wrócę tu za jakąś godzinę.
Dał mi kij, mówiąc, bym go nie żałował. - Wal nim z całej siły, i jeśli usłyszysz odgłos pustki lub kij wejdzie za głęboko, nie wchodź na lód!
To rzekłszy, odjechał z rykiem silnika w chmurze spalin.
Ampliejew wyjął krótką wędkę, a ze skrzynki wydobył brudny, umazany ziemią i zatłuszczony słoik pełen łososiowej ikry, po czym zamknął skrzynkę i usiadł na niej. Następnie włożył dłoń w jeden z otworów, by rozgnieść trochę bladopomarańczowych kulek i zmiękczyć je w wodzie, założył przynętę na haczyk i zanurzył go głęboko w nurcie Samargi. Wskazując na miejsca wolne od lodu, których badanie zaproponował mi Tolia, spytałem Ampliejewa, czy jego zdaniem otaczający lód jest bezpieczny. Wzruszył ramionami.
- O tej porze roku żaden lód nie jest bezpieczny.
Skupiwszy ponownie uwagę na wierconym przeręblu, potrząsał lekko dłonią w nadgarstku tak, by przynęta podskakiwała poniżej w półmroku. Łajka wałęsała się w pobliżu na usztywnionych artretyzmem łapach.
Posuwałem się wolno po lodzie, dziobiąc go mocno kijem, jak gdybym bał się jakiejś ukrytej pułapki. Omijałem szerokim łukiem miejsca całkiem rozmarznięte, a do szukania śladów ketup na śniegu używałem lornetki. Niczego nie znalazłem. Przeszedłem powoli około kilometra w dół rzeki, zwracając szczególną uwagę na fragmenty otwartej wody i nagle usłyszałem dobiegający z daleka warkot silnika skutera śnieżnego wracającego z półtoragodzinnym opóźnieniem. Kiedy wróciłem do wędkarskich odwiertów, zobaczyłem Tolię z Szurikiem i Ampliejewem na lodzie, szarpiących wędki i ciągnących łososia japońskiego oraz lipienia arktycznego, wydobywanych z ukrytych wód.
Podczas dalszych połowów Szurik powiedział mi, że pochodzi z tego samego osiedla rolniczego co Surmach - Gajworonu - leżącego zaledwie kilka kilometrów od brzegu jeziora Chanka w zachodnim Primorju. Miejscowości takie jak Gajworon były w stanie ekonomicznej depresji przejawiającej się bezrobociem i biedą, czego rezultatem był masowy alkoholizm, zły stan zdrowotny mieszkańców i przedwczesna umieralność. Surmach uratował Szurika od takiego losu, biorąc go w wieku chłopięcym pod swoją opiekę: nauczył go używania nylonowych sieci do chwytania ptaków w celach badawczych i uwalniania ich z nich (oraz przygotowywania eksponatów do kolekcji muzealnych), a także prawidłowego pobierania próbek tkanek i krwi. Szurik nie miał formalnego wykształcenia, ale jego okazy były niezwykle starannie przygotowane. W terenie sporządzał notatki i stał się ekspertem w dziedzinie poszukiwania ketup. Jego umiejętność wspinania się po pniach bardzo wysokich, wypróchniałych drzew w celu badania dziupli i szukania gniazd tych ptaków - co czynił bez trudu w skarpetkach - była prawdziwym skarbem dla naszego zespołu.
Siedzieliśmy na stanowisku wędkarskim do zachodu słońca z nadzieją usłyszenia ketupich pohukiwań. Uważnie obserwowałem skraj lasu, starając się uchwycić jakiś ruch w koronach drzew. Słuchem łowiłem wszystkie najodleglejsze dźwięki. Ale, prawdę mówiąc, nie wiedziałem, jak brzmią głosy ketup. Studiowałem wprawdzie sonogramy z artykułów Pukinskiego z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku oraz słyszałem imitacje terytorialnych głosów tych ptaków w wykonaniu Surmacha i Awdiejuka, nie mogłem jednak ocenić, jak się one miały do pierwowzorów[31].
Pary ketup odzywają się w duetach[32]. Jest to bardzo rzadkie zjawisko rozpoznane u mniej niż 4% wszystkich znanych ptaków żyjących na Ziemi, występujące w większości u gatunków tropikalnych[33]. Duet ketup inicjuje zwykle samiec, wypełniając worek powietrzny w gardle i rozdymając go tak, że przypomina monstrualną opierzoną żabę ryczącą (Lithobates catesbeianus). Gdy utrzymuje ten stan, biała łatka na gardle przybiera formę okazałego kręgu kontrastującego z brązowym upierzeniem reszty ciała i szarością zapadającego zmierzchu. Jest to sygnał dla partnerki, że zbliża się czas wspólnej wokalizacji. Po chwili samiec podczas wydechu wydobywa z siebie chrapliwy dźwięk - przypominający kogoś, komu nagle zabrakło w piersiach tchu - a partnerka natychmiast odpowiada głosem o nieco głębszym brzmieniu. Jest to niezwykłe u sów, których samice mają zwykle głosy wyższe. To jednak nie koniec koncertu. Teraz samiec wydaje głos niższy i nieco dłuższy, na który samica również odpowiada. Cały cykl czterech naprzemiennych pohukiwań trwa ponad trzy sekundy i jest powtarzany w regularnych odstępach w przedziale czasu od jednej minuty do dwóch godzin. Głosy obojga partnerów są tak dokładnie zsynchronizowane, że robią nieodparte wrażenie wydawanych przez jednego ptaka.
Tej nocy jednak niczego takiego nie słyszeliśmy. Wróciliśmy do Agzu po zmroku, zmarznięci i rozczarowani. Wypatroszyliśmy i usmażyliśmy złowione ryby i zjedliśmy je, dzieląc się z niezapowiedzianymi gośćmi. Moi towarzysze opowiadali o frustracjach doznanych w tym dniu, i jednocześnie szybko przeszli do jedzenia i picia, a ja zdałem sobie sprawę, że dla Siergieja, Szurika i Tolii jest to po prostu ich praca zawodowa. Niektórzy ludzie budują domy, a inni piszą komputerowe programy. Ci ludzie byli asystentami terenowymi poszukującymi gatunków, na których badania Surmach znalazł pieniądze. Ketupy były dla nich zwykłymi ptakami, jak wiele innych. Nie osądzałem ich za to, choć dla mnie znaczyły o wiele więcej. Moja kariera akademicka, i być może zachowanie na Ziemi tego zagrożonego gatunku, zależały od tego, co znajdziemy i jak wykorzystamy zdobyte informacje. Zadaniem moim i Surmacha była analiza zgromadzonych danych i właściwe ich spożytkowanie. Z mojej perspektywy początek tej akcji nie wyglądał najlepiej. Położyłem się spać zmartwiony brakiem postępu i nieubłaganie topniejącym lodem na rzece.
W następnej wyprawie do lasu moim towarzyszem był Siergiej. Mieliśmy szukać ketup nieco dalej na południe niż w dniu poprzednim. Siergiej proponował wyjście z Agzu wczesnym popołudniem, co dałoby nam kilka godzin na poszukiwanie śladów przed wieczornym nasłuchiwaniem ptasich wokalizacji. Przed wyjściem chciał też przedyskutować plan działania i sprawdzić, czy mamy dość drewna opałowego do końca pobytu w osiedlu.
Późnym przedpołudniem byłem sam w kuchni i przy szklance czarnej herbaty studiowałem mapy, a Siergiej rąbał drwa na podwórzu. Nagle wszedł do chałupy człowiek przypominający niedźwiedzia i podszedł do stołu. Był masywnej budowy, zarośnięty i rozczochrany. Miał na sobie kurtkę z garbowanej skóry, podszytą filcem, przypuszczalnie własnej konstrukcji. Lewy rękaw wisiał pusty. Domyśliłem się, że mógł to być Wołodia Łoboda, jedyny jednoręki myśliwy w Agzu. Miejscowi uważali go wciąż za najlepszego strzelca w osiedlu, mimo nieszczęścia, które pozbawiło go ręki.
Mężczyzna usiadł przy stole, bezceremonialnie wyjął z kieszeni kurtki dwie półlitrowe puszki piwa i energicznie postawił je na stole. Wyglądały na ciepłe.
- No więc - zaczął, patrząc mi w oczy pierwszy raz - ty polujesz.
Brzmiało to bardziej jak stwierdzenie faktu, a nie jak pytanie. Wołodia patrzył na mnie, oczekując takich odpowiedzi, jakich mógł udzielić jeden myśliwy drugiemu: na co poluję, gdzie polowałem, jakiej używam broni. Przynajmniej tak zakładałem, ponieważ nie jestem myśliwym i powiedziałem mu to. Przechylił się na stołku i oparł kikut na stole, nie spuszczając ze mnie wzroku. Mogłem ocenić, że stracił rękę poniżej łokcia.
- To znaczy, że łowisz ryby. To znów było twierdzenie, ale wypowiedziane z mniejszą pewnością. I tym razem odpowiedziałem przecząco, tonem lekko apologetycznym. Odwrócił wzrok ode mnie i nagle wstał.
- To co ty, do diabła, robisz w Agzu? - warknął. Tym razem usłyszałem pytanie, ale wyraźnie retoryczne.
Nie czekając na odpowiedź, Wołodia schował oba piwa do kieszeni i bez słowa wyszedł.
Krytyka Łobody zabolała. Z jednej strony miał rację: Samarga to miejsce śmiertelnie poważne; dzika, pierwotna przyroda i jego kalectwo były tego dowodem. Z drugiej strony, moim celem w Agzu było zdobycie możliwie pełnej wiedzy o ketupach, by utrzymać to środowisko w możliwie naturalnym stanie, aby ludzie tacy jak Łoboda mieli zawsze na co polować i co łowić w rzece.
Po lunchu spakowaliśmy z Siergiejem przekąski w postaci kiełbasy i twardych cukierków, po czym ruszyliśmy nad rzekę wczesnym popołudniem. Na granicy zabudowy, przed nieznaną mi chałupą, Siergiej zmniejszył obroty silnika skutera do minimum. Wewnątrz domu, za zamkniętymi drzwiami wejściowymi, stał mężczyzna wymachujący gwałtownie rękoma; widać go było przez szybę małego okienka. Wyglądał na spanikowanego, oczy miał szeroko otwarte i wyraźnie nas przywoływał.
- Zostań tutaj - powiedział Siergiej.
Zsiadł ze skutera, wszedł na podwórze przez bramę i podszedł do ganku po rozłożonych deskach. Człowiek za drzwiami wskazywał na coś w dole i krzyczał; po chwili zobaczyłem kłódkę wiszącą na drzwiach po zewnętrznej stronie, niezamkniętą kluczem, ale uniemożliwiającą otwarcie drzwi od wewnątrz. Siergiej przyglądał się uwięzionemu mężczyźnie, który z błagalnym wyrazem twarzy wskazywał na kłódkę. Siergiejowi coś się w jego krzykach nie podobało, bo wahał się przez chwilę, po czym odblokował wejście i skierował się do bramy. Uwolniony człowiek wyskoczył na podwórze jak zwierzę długo trzymane w klatce. Miotał się chaotycznie i szaleńczo po podwórzu, po czym wybiegł na ulicę; jego ruchy wskazywały na histeryczny stan umysłu niezdolnego do jakiejkolwiek koordynacji.
Spojrzałem na drzwi, wciąż jeszcze uchylone, i w ciemnej przestrzeni za nimi zobaczyłem małego chłopca, na oko sześcioletniego. Wskazałem go Siergiejowi, który szybko się odwrócił i zaklął.
- Matka zamyka go w domu, żeby nie wychodził na wódkę - wyjaśnił. - Nie mówił, że tam jest dziecko...
Chłopiec wyglądał na mróz, patrząc w kierunku, w którym uciekł jego ojciec, teraz już niewidoczny, po czym schował się i spokojnie zamknął drzwi.
4Spokojna przemoc tego miejsca
Po wydostaniu się z Agzu jechaliśmy łagodnym brzegiem, a potem zamarzniętym korytem dopływu Samargi, mijając zwarte grupy wysokich wierzb, przypominające przechodniów stłoczonych wzdłuż bocznej uliczki prowadzącej do głównej drogi. Za parę tygodni wszystko będzie wyglądać tu inaczej: zbliżała się odwilż. Samarga była jedyną drogą łączącą Agzu z nadmorskim osiedlem o tej samej nazwie, dlatego niebezpieczne warunki panujące podczas roztopów powodowały komunikacyjną izolację mieszkańców wsi. Było to coroczne, przymusowe wygnanie trwające do czasu, w którym wiosenne wylewy wypłukiwały ostatnie kry lodowe do Cieśniny Tatarskiej. Odwilż dawała myśliwym czas na odstawienie skuterów śnieżnych i świdrów do wiercenia przerębli w lodzie oraz doprowadzenie łodzi do stanu używalności.
Siergiej trzymał się szlaku skuterowego ubitego w środku koryta rzeczki, wiedząc, że jeśli inni przejechali tędy przed nami, to lód nie powinien się załamać. Przejechaliśmy obok miejsca, w którym starszy wędkarz łowił poprzedniego dnia i objechaliśmy występ skalny, który zwrócił moją uwagę podczas podejścia do lądowania śmigłowca, którym przyleciałem. Dalej dolina znacznie się poszerzała, a jeszcze dalej mała rzeczka Sochatka ("Łosiczka") wpływała do Samargi. Rozgałęzione koryta obu cieków łączyły się pośród lasu mieszanego, w którym nie brakowało wielkich, starych drzew. Było to idealne siedlisko dla ketup, choć wtedy jeszcze nie w pełni to sobie uświadamiałem.
Ketupy muszą starannie wybierać swoje terytoria: doskonałe rozlewisko rzeki zapewniające udane połowy w lecie może być w zimie twardym blokiem grubego lodu, ptaki te potrzebują więc kanałów z wydobywającą się spod ziemi wodą źródlaną lub gorących źródeł lokalnie podnoszących temperaturę wody w stopniu zapewniającym całoroczny dostęp do niej. Pary ketup przywiązują się do takich miejsc i bronią ich przed innymi osobnikami.
Siergiej był tu z Szurikiem poprzedniego dnia, i chociaż nie znaleźli dowodów obecności ketup, Siergiej uznał miejsce za warte ponownej eksploracji. Chciał też dokładniej zbadać Sochatkę, a później posłuchać o zmierzchu, czy coś się nie odezwie. Zatrzymaliśmy skuter i przypięliśmy narty. Były to rosyjskie narty łowieckie około półtorametrowej długości i szerokości dwudziestu centymetrów, działające podobnie jak rakiety śnieżne[34]. Nadają się bardziej do marszu niż do ślizgów lub zjazdów z większą prędkością, a ich proste wiązania składające się z tkaninowej pętli, w którą po prostu wsuwa się buty, wybitnie ograniczają możliwości manewrowania. Miejscowi myśliwi używali zawsze fok z jeleniej skóry, ale nasze narty miały lekkie, syntetyczne foki przywiezione przeze mnie z Minnesoty.
Czułem się jeszcze niepewnie na tym sprzęcie, mając pod sobą metr śniegu, a w poszukiwaniu ketup stawiałem pierwsze kroki, naśladowałem więc Siergieja poruszającego się zwinnie między drzewami. Krążyliśmy po lesie. Meandrowaliśmy w dość szerokim promieniu, oddalając się od Samargi, a potem stopniowo do niej powracając. Było to piękne popołudnie, ale mój nastrój nie był najlepszy z powodu braku znaków obecności ketup. Siergiej był jednak pewien, że powinniśmy coś tutaj znaleźć. Wróciwszy do ujścia Sochatki, posuwaliśmy się wzdłuż niewielkiego wzniesienia między dwiema cienko zamarzniętymi rzecznymi odnogami. Natrafiłem tam na mocno zniszczone pozostałości gniazda niewielkiego ptaka śpiewającego pochodzące z poprzedniego sezonu, ukryte głęboko wśród chroniących je niegdyś gałęzi nagiego obecnie krzewu, i pochyliłem się, by je dokładniej zbadać. Kolebka uwita z trawy i zlepiona gliną wyłożona była starannie miękkimi piórkami, które ptak gdzieś znalazł i użył do uszczelnienia gniazda. Wyjąłem jedno z nich: było to piórko piersiowe zniszczone przez czas i czynniki zewnętrzne, duże i z pewnością należące kiedyś do ptaka drapieżnego, być może jakiejś sowy. Pokazałem je Siergiejowi, który odsłonił swoje złote zęby w szerokim uśmiechu.
- To jest pióro ketupy! - powiedział, trzymając cenne znalezisko tak, by było dokładnie widoczne w popołudniowym słońcu. - Wiedziałem, że są tutaj! Pióro, długości połowy jego dłoni, było stare i brudne, pokryte jakimiś szczątkami i przełamane. Było jednak ważnym dowodem.
Zbadaliśmy gniazdo dokładniej i znaleźliśmy w nim więcej piór ketupy, co sugerowało możliwość znalezienia kolejnych w pobliżu, jako że ptaki śpiewające przeważnie zbierają materiał do gniazd w ich bliskim sąsiedztwie. Mocno zachęceni znaleziskiem postanowiliśmy się rozdzielić i indywidualnie zamienić w słuch. Zachód słońca wypadał za godzinę; Siergiej chciał nasłuchiwać, idąc z biegiem rzeki po dalszej, prawobrzeżnej stronie doliny, by w ten sposób maksymalnie rozszerzyć zasięg poszukiwań. Mieliśmy przemieszczać się wzdłuż rzeki na dystansie dwóch do trzech kilometrów, po czym Siergiej miał mnie zabrać w drodze powrotnej. Odgłos oddalającego się skutera śnieżnego niósł się daleko w czystym zimowym powietrzu, słyszałem go więc jeszcze dość długo, gdy zniknął mi już z oczu.
Bezlistnymi koronami osik, brzóz, wiązów i topól poruszał lekki wiatr, chwilami nasilający się i zdmuchujący szadź wprost na zamarzniętą rzekę. Starałem się przebić słuchem przez te szumy, nasłuchując charakterystycznych głosów ketup. Ptaki te odzywają się głosami o niskich częstotliwościach, mieszczących się w zakresie 200 Hz, podobnymi jak u puszczyków mszarnych, ale dwukrotnie niższymi w porównaniu z wielkimi puchaczami wirginijskimi[35]. Częstotliwości te bywają niekiedy tak niskie, że trudno je zarejestrować mikrofonem. W nagraniach, które później opracowałem, głosy sów zawsze sprawiały wrażenie odległych, stłumionych i/lub zanikających, nawet gdy były nagrywane z bliskich odległości. Niskie częstotliwości wokalizacji miały swój cel: przenikały doskonale gęste drzewostany i były słyszalne z bardzo dużych odległości, dochodzących do kilku kilometrów. Dotyczy to szczególnie zimy i wczesnej wiosny, gdy drzewa nie mają jeszcze rozwiniętego listowia, a rześkie powietrze ułatwia rozchodzenie się fal dźwiękowych.
Duety mają dwie funkcje: oznaczenie terytorium i potwierdzenie związku pary. Częstości duetów wiążą się z cyklem rocznym - najaktywniejsze wokalizacje występują w lutym w okresie lęgowym[36]. Serie duetów mogą być wtedy długie, trwające do kilku godzin, słyszalne przez całą noc. W marcu, kiedy samica wysiaduje jaja, ketupy odzywają się tylko o zmierzchu, pewnie dlatego, że nie chcą ujawniać miejsc gniazdowania. Duety nasilają się ponownie po wylęgu, do lata jednak ich częstość maleje aż do kolejnego okresu lęgowego.
Zacząłem się obawiać przenikania nasilającego się wiatru przez wszystko, co miałem na sobie, zwłaszcza gdy się nie poruszałem. W odległości około stu metrów zauważyłem masywną, częściowo wypaloną kłodę z ogromnego drzewa wyrwanego z korzeniami podczas jakiejś gwałtownej nawałnicy, przeniesioną podczas wiosennych wylewów. Tuż przy niej wydeptałem sobie w śniegu płytkie zagłębienie i wpełzłem pod nią, korzystając z takiej osłony przed wiatrem.
Około pół godziny później, skupiony na radości chrupania ostatnich twardych cukierków, nie zauważyłem zbliżającej się sarny, która pojawiła się nagle jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie, wbiegając na twardą skorupę lodu ciągnącą się w górę rzeki. Myśliwski pies był tuż za nią. Zagonione zwierzę wskoczyło do głębokiej wody wolnej od lodu, długości piętnastu i szerokości trzech metrów. Być może chciała to miejsce przeskoczyć, ale zabrakło jej siły. Pies, łajka, zatrzymał się, ujadając z odsłoniętymi zębami. Znieruchomiałem. Ze swego niskiego położenia wśród korzeni widziałem tylko część sarniej głowy - pysk trzymany wysoko z rozszerzonymi nozdrzami wystającymi ponad lustro wody. Walczyła przez chwilę z nurtem, a potem poddała mu się, spływając jak łódź bez steru i zniknęła mi z oczu w pobliżu dolnej krawędzi lodu. Wstałem, by lepiej widzieć i zobaczyłem tylko otwartą przestrzeń spokojnie płynącej wody. Wyobraziłem sobie sarnę w ciemności pod lodem, z płucami wypełnionymi wodą - kolejną ofiarę Samargi spływającej niewinnie do morza. Zima i wiejskie psy nie miały już dla mnie znaczenia. Łajka, zauważywszy mnie, zwróciła się w moją stronę z uszami wyprostowanymi i niespokojnym, zdziwionym wyrazem pyska. Zlekceważywszy mnie jako nieznanego człowieka, wróciła do oka wodnego, obwąchała je z każdej strony, po czym oddaliła się w dół rzeki.
Powróciłem do swojej drzewnej jamy, poruszony spokojną przemocą tego miejsca. Pierwotne dychotomie wciąż kształtowały egzystencję w dolinie Samargi: głód lub sytość, lód lub płynąca woda, życie lub śmierć. Niewielki błąd może przechylić szalę z jednego stanu istnienia do innego. Mieszkaniec Agzu mógł utonąć, łowiąc ryby w niewłaściwym miejscu. Sarna uniknęła śmierci od zębów drapieżnika, ale ta i tak ją spotkała przez chybiony skok. Miarą granicy między życiem i śmiercią była tu grubość lodu na rzece.
Tok moich myśli przerwała stłumiona wibracja powietrza. Usiadłem wyprostowany i zdjąłem czapkę z głowy, by odsłonić uszy. Po dłuższej chwili usłyszałem znów to samo: odległy, stłumiony odgłos z głębi lasu. Ale czy był to głos ketupy? Musiało to być dość daleko od doliny Sochatki; słyszałem tylko jeden dźwięk lub może dwa, a nie cztery, których oczekiwałem. Moje wyobrażenie o rzeczywistych głosach ketup opierało się tylko na niedoskonałych próbach naśladowania ich przez Siergieja i Surmacha, trudno więc było ocenić jakość tego, co słyszałem, bez porównania z autentykami. To, co teraz słyszałem, nie bardzo do nich pasowało. Może był to głos pojedynczej ketupy, a nie pary? Albo zwykłego puchacza? Ale te sowy mają głosy wyższe od słyszanego teraz i nigdy nie odzywają się w duetach[37]. Dźwięk powtarzał się co kilka minut do czasu, gdy prawie niepostrzeżenie koniec dnia zamienił się w ciemną noc.
Falujący, wysoki wizg dobiegający z południa upewnił mnie, że Siergiej wraca z obchodu. Po chwili zobaczyłem pojedyncze przednie światło skutera śnieżnego, rzucające blade błyski na powierzchnię śniegu.
- No co? - zaczął triumfalnie, gdy tylko podszedłem. - Słyszałeś je?
Odpowiedziałem, że owszem, ale chyba tylko jednego ptaka. Pokręcił głową. - Były dwa, w duecie! Głos samicy jest znacznie niższy od samczego i trudniej go wysłyszeć, mogłeś więc mieć trudności.
Siergiej miał niezwykle wrażliwy i wyostrzony słuch - potrafił niezawodnie rozpoznawać bardzo odległe duety, gdy ja słyszałem tylko wyższe głosy samców. Później, nawet gdy byłem pewien, że słychać pojedynczego ptaka, skracaliśmy dystans i dopiero wtedy wychwytywałem również głos samicy. Ketupy są ptakami osiadłymi, wytrzymującymi letnie upały i zimowe mrozy w tych samych miejscach, jeśli więc słyszeliśmy duet, to znaczy, że w tym obszarze lasu rezyduje para[38]. Są to ptaki długowieczne - istnieją doniesienia o ketupach żyjących ponad 25 lat - zatem pary odzywające się w duecie mogły żyć od dawna w tym samym miejscu[39]. A jeśli słyszeliśmy głos jednego ptaka, to mógł nim być samiec poszukujący terytorium lub partnerki. To, że odzywał się dzisiaj w określonym miejscu, nie znaczy, że będzie tam jutro, a tym bardziej przez kilka następnych lat. Do studiowania populacji potrzebowaliśmy par rezydentnych: ptaków, które można zlokalizować.
Opowiedziałem Siergiejowi o sarnie i łajce.
Splunął i z niedowierzaniem pokiwał głową. - Mijałem tego psa! Spotkałem jego właściciela łowiącego ryby w dole rzeki. Powiedział, że jego sfora zagryzła dziś tylko pięć saren i trzy jelenie! Jednocześnie skarżył się, że bogaci ludzie z miasta przylatują do Agzu przez całą zimę i strzelają do saren; dlatego, jak twierdził, lasy pustoszeją. I wtedy, gdy to mówił, jego niekontrolowany pies jedną z nich zatopił!
Wróciliśmy do Agzu w milczeniu.
Tego wieczoru mieliśmy kilku gości, ale nie tak wielu jak w dniach poprzednich. Jednym z nich był Liosza, myśliwy w okularach, którego i tym razem, podobnie jak dwa dni temu, poruszyła wiadomość, że jestem Amerykaninem. Zdążył już zapomnieć o naszej rozmowie - a wówczas przyznał się, że nie trzeźwiał przez dwanaście dni.
- To samo powiedział dwa dni temu - przekazałem szeptem jednemu z miejscowych przywódców, nieogolonemu Rosjaninowi w polowym mundurze.
Roześmiał się. - Liosza od tygodnia powtarza: "dziesięć do dwunastu dni"! Trudno powiedzieć, jak długo już pije.
Wyszedłem, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Nieogolony lider wyszedł ze mną i zapalił papierosa. Stał obok mnie, niemal ramię w ramię na wąskiej ścieżce prowadzącej do wychodka, chwiejąc się ledwo widocznie w ciemności od wódki i nierównego śniegu pod nogami. Mówił o latach spędzonych w Agzu: jak trafił do tego dzikiego miejsca w młodości i nigdy go już nie opuścił, i jak nie mógłby sobie wyobrazić życia gdzie indziej. Plejady gwiazd pokrywały czyste niebo, a wycia miejscowych psów rozlegały się falami ponad ciągłym warkotem pracującego niedaleko agregatu prądotwórczego. W tle mowy mojego towarzysza usłyszałem dziwny miękki dźwięk i z pewnym niedowierzaniem stwierdziłem, że ma rozpięty rozporek i oddaje mocz, stojąc o krok ode mnie; jedną dłoń miał opartą na biodrze, a drugą, w której trzymał papierosa, drapał się po szyi, nie przerywając opowieści o tym, jak bardzo kocha Samargę.
Przypisy
[1] Moim towarzyszem był Jacob McCarthy, członek wolontariusz Korpusu Pokoju, obecnie nauczyciel szkolny w stanie Maine.
[2] W tym czasie mój ojciec (Dale Vernon Slaght) był doradcą ministerialnym Służby Handlowej (oddziału Departamentu Handlu) Stanów Zjednoczonych. Był rezydentem ambasady USA w Moskwie w latach 1992-1995.
[3] Gatunek, o którym mowa, jako pierwszy opisał Henry Seebohm, zaliczając go do rodzaju Bubo i nadając nazwę pochodzącą od nazwiska angielskiego przyrodnika Thomasa Blakistona, który dostarczył mu holotypowy okaz z japońskiej wyspy Hokkaido. Poprawnymi nazwami polskimi są: puchacz japoński i ketupa. W dalszym tekście ptaki te będą nazywane po prostu ketupami (przyp. tłum.).
[4] A. Czerskij, Kolekcja ornitologiczna Muzeum Badania Kraju Amurskiego we Władywostoku, "Zapisy O-wa Izuczieńja Amurskogo Kraja" 1915, nr 14, s. 143-276, w jęz. rosyjskim.
[5] J.C. Slaght, Influence of Selective Logging on Avian Density, Abundance, and Diversity in Korean Pine Forests of the Russian Far East, praca magisterska, University of Minnesota, 2005.
[6] Jurij Pukinskij znalazł [takie gniazdo] w Primorju w dolinie rzeki Bikin.
[7] W.I. Pierierwa, Puchacz japoński, w: A.M. Borodin, A.G. Bannikow, W.J. Skołow (red.), Krasnaja kniga CCCP..., Liesniaja Promyszliennost, Moskwa 1984, s. 159 i 160, w jęz. rosyjskim.
[8] M. Brazil, S. Yamamoto, The Status and Distribution of Owls in Japan, w: B. Meyburg, R. Chancellor, Raptors in the Modern World, "Proceedings of the III World Conference on Birds of Prey and Owls", WWGBP, Berlin 1989, s. 340 i 389.
[9] Odnośnie do tygrysów amurskich, patrz: D. Miquelle, T. Merrill, Y. Dunishenko, E. Smirnov, H. Quigley, D. Pikunov, M. Hornocker, A Habitat Protection Plan for the Amur Tiger: Developing Political and Ecological Criteria for a Viable Land-Use Plan, w: J. Seidensticker, S. Christie, P. Jackson (red.), Riding the Tiger: Tiger Conservation in Human-Dominated Landscapes, Cambridge University Press, Nowy Jork 1999, s. 273-289.
[10] M. Erickson-Davis, Timber Company Says It Will Destroy Logging Roads to Protect Tigers, "Mongabay", 29.07.2015, https://www.news.mongabay.com/2015/07/mrn-gfrn-morgan-timber-company-says-it-will-destroy-logging-roads-to-protect-tigers.
[11] W.R. Cziepieljew, Tradycyjne środki transportu wodnego wśród autochtonów regionu dolnego Amuru i Sachalinu, "Izuczieńje Pamiatnikow Morskoj Archieołogji" 2004, 5, s. 141-161, w jęz. rosyjskim.
[12] Głównie z badań Jewgienija Spangenberga z lat czterdziestych i Jurija Pukinskiego z lat siedemdziesiątych XX wieku.
[13] M. Soulé, Conservation: Tactics for a Constant Crisis, "Science" 1991, 253, s. 744-750.
[14] Szczegółowe informacje na temat dorzecza Samargi i konfliktów związanych z wyrębem lasów na tym terenie: patrz: J. Newell, The Russian Far East: A Reference Guide for Conservation and Development, Daniel and Daniel Publishers, McKinleyville, Calif., 2004.
[15] A. Semenchenko, Samarga River Watershed Rapid Assessment Report, Wild Salmon Center, 2003, https://www.sakhtaimen.ru/userfiles/Library/Reports/semenchenko._2004._samarga_rapid_assessment.compressed.pdf.
[16] Warto pamiętać, że według polskiego Kodeksu drogowego taka "wypróbowana technika" jest zabroniona (przyp. red.).
[17] J. Suszko, Wieś Agzu w Kraju Udehejczyków, "Słowiesnica iskusstw" 2003, 12, s. 74 i 75, w jęz. rosyjskim.
[18] Tolia: (ros.) zdrobnienie imienia Anatolij = Anatol (przyp. tłum.).
[19] Szurik (także: Sasza, Saszka): (ros.) zdrobnienie imienia Alieksandr = Aleksander (przyp. tłum.).
[20] Zadymianie kuchni może mieć trzy przyczyny: 1) niedrożność i zanieczyszczenie całego ciągu wentylacyjnego, łącznie z kominem; 2) nieszczelności struktury pieca i jego połączeń z kominem; 3) nieoczyszczenie paleniska i popielnika przed rozpałką. Biorąc pod uwagę ogólny stan domu i sytuację społeczną, niemal na pewno występowały przyczyny 1 i 2. Piec był nieszczelny, a komin dawno nieczyszczony (przyp. tłum.).
[21] S. Surmach, Krótki raport z badań puchacza japońskiego w dolinie rzeki Samargi w roku 2005, "Pieratnyje chiszczniki i ich ochrana" 2006, 5, s. 66 i 67, w jęz. rosyjskim z angielskim komentarzem.
[22] Na przykład: J. Spangenberg, Obserwacje dystrybucji i biologii ptaków w dolnym dorzeczu rzeki Iman, "Moskownoje Zoo" 1940, 1, s. 77-136. w jęz. rosyjskim.
[23] Na przykład: J. Pukinskij, Ekologia puchacza japońskiego w dorzeczu rzeki Basin, "Bjulletień Moskowskogo Obszcziestwa Ispytatieliej Prirody" 1973, 78, s. 40-47, w jęz. rosyjskim z angielskim streszczeniem.
[24] Na przykład: S. Surmach, Present Status of Blakiston's Fish Owl (Ketupa blakistoni Seebohm) in Ussuriland and Some Recommendations for Protection of the Species, "Report Pro Natura Foundation" 1998, 7, s. 109-123.
[25] F. Gill, Ornithology, W.H. Freeman, Nowy Jork 1995, s. 195.
[26] J. Parry-Jones, Understanding Owls: Biology, Management, Breeding, Training, David and Charles, Exeter 2001, s. 20.
[27] J. Spangenberg, Pticy rieki Iman, w: Badania awifauny Związku Radzieckiego, Państwowy Uniwersytet Moskiewski, Moskwa 1965, s. 98-202, w jęz. rosyjskim.
[28] Liosza (także Alosza): (ros.) zdrobnienie imienia Alieksiej = Aleksy (przyp. tłum.).
[29] E. Sarradj, Ch. Fritzsche, T. Geyer, Silent Owl Flight: Bird Flyover Noise Measurements, "AIAA Journal" 2011, 49, s. 769-779.
[30] Fish-owl (ang.) - ketupa, puchacz japoński (przyp. tłum.).
[31] Na przykład: J. Pukinskij, Reakcje wokalne puchacza japońskiego, "Wiestnik Lieningradskogo Uniwiersitieta" 1974, 3, s. 35-39, w jęz. rosyjskim z angielskim streszczeniem.
[32] J.C. Slaght, S. Surmach, A. Kislejko, Ecology and Conservation of Blakiston's Fish Owl in Russia, w: F. Nakamura (red.), Biodiversity Conservation Using Umbrella Species: Blakiston's Fish Owl and the Red-Crowned Crane, Springer, Singapur 2018, s. 47-70.
[33] L. Benedict, Occurrence and Life History Correlates of Vocal Duetting in North American Passerines, "Journal of Avian Biology" 2008, 38, s. 57-65.
[34] W Primorju narty łowieckie są często domowej produkcji w stylu udehejskim; surowcem jest zwykle drewno dębowe lub wiązowe. Patrz: W.W. Andropowa, Łyżi (pol. Narty), w: M.G. Liewin, L.P. Potapow (red.), Istoriko-etnograficzieskij atłas Sibirji (pol. Historyczno-etnograficzny atlas Syberii), Izdatielstwo Akadiemji Nauk, Moskwa 1961, w jęz. rosyjskim.
[35] K. Odom, J.C. Slaght, R. Gutiérrez, Distinctiveness in the Territorial Calls of Great Horned Owls Within and Among Years, "Journal of Raptor Research" 2013, 47, s. 21-30.
[36] T. Takenaka, Distribution, Habitat Environments, and Reasons for Reduction of the Endangered Blakiston's Fish Owl in Hokkaido, Japan, praca doktorska, Uniwersytet Hokkaido, Sapporo 1998.
[37] Średnia częstotliwość podstawowych (tj. najniższych) głosów puchaczy (Bubo bubo) według jednego z pomiarów wynosi 317,2 Hz, czyli jest o około 88 Hz wyższa od częstotliwości zarejestrowanych przez nas głosów ketup. Patrz: T. Lengagne, Temporal Stability in the Individual Features in the Calls of Eagle Owls (Bubo bubo), "Behaviour" 2001, 138, s. 1407-1419.
[38] J.C. Slaght, S. Surmach, Biology and Conservation of Blakiston's Fish Owl in Russia: A Review of the Primary Literature and an Assessment of the Secondary Literature, "Journal of Raptor Research" 2008, 42, s. 29-37.
[39] T. Takenaka, Ecology and Conservation of Blakiston's Fish Owl in Japan, w: F. Nakamura (red.), Biodiversity Conservation Using Umbrella Species: Blakiston's Fish Owl and the Red-Crowned Crane, Springer, Singapur 2018, s. 19-48.