Rozdział 1
KEIRA
- Keira!
Podskakuję, a kubki do kawy pobrzękują na blacie. Jest późno, a ja jestem wyczerpana po przygotowaniach i serwowaniu pełnego posiłku wszystkim w Garrison Ranch. Po kolacji jak zwykle dwie godziny zajęło mi sprzątanie w kuchni i załadowanie naczyń do zmywarki. Właśnie miałam ruszać na górę, do łóżka, gdy usłyszałam ciężarówkę na podjeździe.
Mój mąż Clint nakazuje mi wracać do kuchni. Nie jestem zaskoczona i spełniam jego polecenie, zatrzymuję się jednak tuż za drzwiami, wsłuchując się w nieznany mi głos gościa odwiedzającego nas tak późną porą.
Głos jest głęboki i gładki, ale brzmią w nim wyczuwalne chropowate nuty. Włoski na karku stają mi dęba, chociaż nie mam pojęcia dlaczego. Podnoszę ramię, obserwując gęsią skórkę pojawiającą się na moim ciele.
Przytykam głowę do ściany i zamykam oczy. Ich kroki cichną, gdy zmierzają do położonego na drugim piętrze biura Clinta. Już nie przeszkadza mi, że mój mąż wyklucza mnie ze wszystkiego, również wiedzy na temat tego, kto przewija się przez mój własny dom. Wiem doskonale, do czego według niego się nadaję, i nie jest to bycie partnerką na równych prawach.
Znów słyszę kroki Clinta, rzucam się więc w stronę kuchennej wyspy. Blat jest pusty, udaję zatem, że zajmuję się wyjmowaniem widelców i noży z szuflady. Odgłos kroków cichnie w progu, a ja podnoszę wzrok, przeczesując włosy.
Mój mąż jest wysokim mężczyzną o ciemnoblond włosach i stalowoszarych oczach. Jest przystojny, ale przestałam czuć cokolwiek na jego widok już dawno temu. Może po niecałym roku od naszego wesela.
- Przygotuj jakąś kawę dla naszego gościa - rzuca.
Kiwam głową, wsuwając sztućce z powrotem do szuflady.
- Bezkofeinową?
Podnosi wzrok na wiszący nad piecem zegar. Należał do jego babki, następnie zaś do jego matki. Nienawidzę go. Marzę, by móc otworzyć tylne drzwi i cisnąć tym przedmiotem z całej siły, żeby już nigdy nie musieć go oglądać. Jest pożółkły, a drewniana rama popękała, jako że wisi nad kuchenką. Ale powód, dla którego żywię do niego taką niechęć, jest inny - ma więcej wspólnego z tym, jak źle traktowała mnie po ślubie nieżyjąca już matka Clinta.
Przed ślubem była dla mnie wyłącznie przemiła. Ale gdy tylko na moim palcu znalazła się obrączka, przestała się do mnie odzywać, wyjątek robiąc tylko dla ciskanych w moją stronę obelg. Jej śmierć przyniosła ulgę.
Kiedyś zachodziłam w głowę, co takiego zrobiłam, że jego rodzina tak bardzo mnie nienawidzi, ale po jakimś czasie zaakceptowałam fakt, że próby zrozumienia tego są skazane na porażkę. Clint też niegdyś mnie kochał. Teraz jest zniesmaczony za każdym razem, gdy otwieram usta.
- Oczywiście - mówi.
- Ile kubków?
Wzrusza ramionami.
- Weź tacę. I postaw na niej też coś do jedzenia.
Wychodzi, nim zdążam zapytać go, co konkretnie. Wycieram dłonie o fartuch i odwijam z papieru biszkopty, które nam zostały. Nawet Clint nie jest w stanie powiedzieć o moich biszkoptach złego słowa. Są puszyste, a ich warstwy idealnie poukładane - tak, by na gorąco można było je rozdzielić i nasączyć masłem oraz dżemem malinowym. Wrzucam je do piecyka na kilka minut, a tymczasem zajmuję się robieniem kawy.
Następnie ładuję wszystko na tacę i zsuwam kapcie, żeby zanieść ją na górę w samych skarpetkach. Nie mogę ryzykować upadku i tego, że wszystko rozleję.
Clinta trafiłby szlag.
Mam na sobie skromną, sięgającą kolan sukienkę z długimi rękawami. Przynajmniej nie muszę się obawiać, że Clint nazwie mnie zdzirą. Lubi to robić, gdy moje ubranie odsłania choćby skrawek skóry.
Zatrzymuję się przed dębowymi drzwiami i próbuję zachować równowagę, w jednej ręce trzymając tacę, a drugą pukając.
Następuje chwila ciszy, po niej zaś pada:
- Wejdź.
Wchodzę i pozwalam sobie omieść pokój wzrokiem. Przy fotelu, w rogu, widzę parę roboczych butów o stalowych czubkach. Clint siedzi przy biurku, które znajduje się między dwoma oknami na przeciwległej ścianie. Przed nim piętrzy się stosik teczek, z których jedna jest otwarta. Jestem w stanie stwierdzić, że to dokumenty związane z bydłem.
- Postaw na biurku - rzuca Clint, nie podnosząc wzroku.
Niezręcznie przechodzę przez pokój, by odstawić tacę. Wzrok ucieka mi na bok, by zatrzymać się na butach nieznajomego. Są większe niż standardowe, a skóra jest znoszona. Kimkolwiek jest ten człowiek, to z pewnością postawny mężczyzna; tyle jestem w stanie stwierdzić na podstawie jego stóp.
Zbieram się na odwagę i pozwalam, by mój wzrok przeniósł się wyżej.
Serce zamiera mi w piersi.
Mężczyzna ma parę bladoniebieskich oczu skrytych pod niskimi, ciemnymi brwiami. Jego twarz jest szeroka i męska, z wyraźnie zaznaczoną żuchwą, teraz pokrytą krótkim zarostem. Wydatny nos ma na grzbiecie garb, sugerujący, że kiedyś mógł być złamany. Mimika gościa zdradza jego stanowczość, nie ma w niej jednak emocji.
Zerka na mnie, po czym odwraca wzrok. A potem spogląda raz jeszcze.
Nasze spojrzenia krzyżują się, a ja z trudem łapię oddech.
W dole mojego brzucha rozlewa się gorąco. Patrzymy na siebie przez sekundę, która wydaje się wiecznością. Moje oczy łapczywie pożerają każdy szczegół jego twarzy. Ciemne, falowane włosy, lekko przysłaniające jego czoło. Guzik, który zostawia trójkąt odsłoniętej skóry, eksponując jego szyję. Wystającą zza materiału kępkę włosów, która rozpala we mnie ciekawość.
Moje spojrzenie zsuwa się niżej.
Ma umięśnione ciało, które doskonale wypełnia jego robocze spodnie i koszulę. Ale to nie jego fizyczność powoduje, że staję jak wryta.
Przywołuje na myśl wiatr zmieniający się niedługo przed burzą. Może to dlatego, że jego aura jest mroczna niczym chłodny cień między sosnami. Albo chmury przetaczające się ponad górami, z pozoru miękkie, niosące jednak błyskawiczne zniszczenie...
Drżę. Nie powiedział do mnie ani słowa, nie mam powodu, by być onieśmielona. Ale jestem. Jest w nim jakiś mrok, coś jak grawitacyjna siła przyciągania. Przytłacza mnie to.
- Czy możesz nalać kawy? - pyta Clint.
Podnoszę wzrok; łypie na mnie wilkiem, tak jak robi to zwykle, nim odciągnie mnie na bok, by następnie zmieszać z błotem. Ale teraz się tego nie dopuści, jako że jesteśmy obserwowani. Posłusznie nalewam dwie filiżanki kawy, po czym jedną podaję mężowi, drugą zaś przybyszowi. Gość wyciąga rękę, a mój wzrok ląduje na sygnecie, który nosi na małym palcu.
Widnieje na nim srebrny symbol. Przekrzywiam głowę, by odczytać trzy litery. SMR.
Unoszę brwi aż do linii włosów. Wiem, kim jest ten mężczyzna. Nikt inny nie nosiłby na sygnecie tego znaku. To Gerard Sovereign, właściciel najbogatszego rancza z bydłem i końmi w całej okolicy. Sovereign Mountain Ranch graniczy z naszą ziemią, ale doskonale wiem, że nie powinnam tam chodzić.
Nie jestem pewna, czemu tak jest, ale nie utrzymujemy z nimi przyjaznych stosunków. Tyle wiem od Clinta.
Powiadają, że Gerard Sovereign trzyma wszystkich w garści. Że wszystkie drogi na jakimś etapie prowadzą do Sovereign Mountain.
Clint mówi o tym facecie tak, jakby był diabłem wcielonym. Niemal spodziewam się zobaczyć u niego rogi. Ale on jest przystojny, mocno umięśniony niczym jeden z koni pociągowych, których używaliśmy do ciągnięcia wozów z sianem.
Czuję na sobie jego wzrok i odnoszę wrażenie, że ten mężczyzna nie traci łatwo kontroli. Brak mimiki twarzy jest dowodem na jego opanowanie.
Widziałam jednak, jak jego ciało napięło się, gdy patrzył mi w oczy.
- Czy chce pan śmietanki? - szepczę.
Kręci głową, tylko raz.
Clint również nie życzy sobie śmietanki do kawy, kieruję się więc do wyjścia. Mój mąż odchrząkuje, a ja zastygam, odwracając się.
- Zostań - mówi. - Za kilka minut przyjdzie do nas ktoś jeszcze.
Gorąco pełznie mi po karku w górę. Od czasu do czasu mi to robi, a ja tego nienawidzę. To upokarzające - stać tam, jakbym była jego pracownicą, w razie gdyby któryś z nich miał potrzebę domagającą się zaspokojenia. Czuję na rzęsach wilgoć, gdy wycofuję się, by opaść na stojące w rogu krzesło.
Wzrok Gerarda podąża za mną.
- Czy to twoja żona? - pyta. Jego głos jest miękki i głęboki.
Clint kiwa głową, podnosząc wzrok. Przechodzi między nimi iskra, która sprawia, że znajduję się w stanie wzmożonej czujności. Ich oczy krzyżują się jak u wilków mierzących wzrokiem przeciwnika. A potem Clint przenosi spojrzenie z powrotem na biurko, jakby nic się nie wydarzyło. Podaje Gerardowi długopis i kartkę, nie podnosząc głowy. Przyglądam się beznamiętnej twarzy Gerarda i zdaje mi się, że dostrzegam w niej błysk rozbawienia.
- Dlaczego cię to interesuje? - pyta wymuszonym tonem Clint. Próbuje zgrywać niewzruszonego.
- Nie musi tu zostawać - odpowiada Gerard.
Clint przenosi wzrok na mnie, a ja z trudem przełykam ślinę.
- Nic jej nie będzie. Nie ma nic lepszego do roboty.
Czuję ból w klatce piersiowej. Przed ślubem nigdy się tak do mnie nie odzywał. Teraz mówi do mnie tylko w ten sposób, a mnie przeraża fakt, że się do tego przyzwyczaiłam. Wstaję co rano z pustym umysłem i zajmuję ręce pracą, ponieważ on tego właśnie oczekuje. Nie mogę przecież odejść. Nie mam gdzie pójść, nie mam żadnych pieniędzy.
Gotuję więc dla całego rancza, szoruję dom na błysk i pieprzę się z nim, gdy tego właśnie chce.
Kiedy w nocy w końcu idzie spać, przewracam się na bok i z nocnego stolika biorę malowaną drewnianą klacz. Moja matka pochodziła ze Szwecji. Podczas przeprowadzki do Ameryki zabrała ze sobą jedną ze swoich zabawek z dzieciństwa, właśnie tę czerwono-białą, pięknie wystruganą drewnianą klacz, która galopuje zapamiętale z trzema nogami oderwanymi od ziemi.
Nigdy nie poznałam matki. Zmarła niedługo po moich narodzinach.
W nocy wodzę palcem po namalowanej uździe w kształcie sznura gwiazdek. Farba wciąż jest wyraźna. Zanim mój ojciec zmarł, gdy miałam siedemnaście lat, kazał ją odmalować i zabezpieczyć lakierem. To był jego pożegnalny prezent.
Po tym, jak straciłam swoją farmę i wolność na rzecz Clinta, jedyne, co mi pozostało, to ta klacz.
Zerkam ze swojego kąta - on znów mnie obserwuje. Clint stoi w rogu, przy szafie na dokumenty, odwrócony do nas plecami. Gerard nachyla się na swoim fotelu, rozsuwając nogi. Zaciskam palce, złożone na podołku.
Na co tak patrzy?
- Dokumenty mam tutaj - oznajmia Clint, odwracając się i wracając przez pokój do biurka.
Gerard przenosi swoje zimne spojrzenie z powrotem na mojego męża, jednocześnie wyciągając rękę i przejmując teczkę. Coś między nimi zgrzyta, jakby woleli być gdziekolwiek indziej niż razem w tym pokoju. Po plecach przechodzi mi dreszcz. Jestem idealnie nastrojona, by odczytywać emocje mojego męża, i widzę jak na dłoni, że z Gerardem czuje się niekomfortowo.
Na dole trzaskają drzwi. Clint przechyla się do tyłu, by wyjrzeć przez okno.
- To Jay - stwierdza. - Keira, idź na dół i go przyprowadź.
Na szczęce Gerarda drga mięsień. Zdecydowanym ruchem jednej ręki zatrzaskuje folder, by następnie go odłożyć.
- Ja pójdę - mówi.
Clint marszczy brwi.
- Nie, Keira może iść.
Gerard odchrząkuje.
- Przez to, jak ją traktujesz, wziąłem ją za płatną pomoc domową, Garrison.
W pokoju znów zapada martwa cisza. Clint piorunuje mnie spojrzeniem, jak gdybym miała coś wspólnego ze słowami Gerarda. Z szybko bijącym sercem wracam na krzesło. Czy później, gdy zostaniemy sami, przyjdzie mi za to zapłacić?
Clint gwałtownie podnosi się, po czym przechodzi przez pokój i z hukiem otwiera drzwi.
- Sam go przyprowadzę. - Nie wytrzymuje.
Echo jego ciężkich kroków znika, gdy schodzi do korytarza, a pokój pogrąża się w absolutnej ciszy.
Wargi Gerarda rozchylają się, a jego oczy błądzą po moim ciele. Zaczyna od stóp, wsuniętych pod krzesło. Następnie przechodzi na uda. Zatrzymuje się na moich piersiach, szyi i ustach. Następnie nasze spojrzenia zderzają się.
Powietrze zdaje się trzeszczeć.
Sutki twardnieją mi pod materiałem sukienki. W moim podbrzuszu pojawia się fala gorąca, która pełznie w dół, aż wreszcie czuję ją między udami.
Zaraz po niej nadchodzi wstyd. Jestem mężatką, nie powinnam patrzeć na innych mężczyzn w ten sposób. A jednak... nie jestem w stanie przestać wpatrywać się w Gerarda, jakbym umierała z głodu.
Naprawdę umieram z głodu. Clint rzuca mi zaledwie okruchy swojej uwagi. Pieprzy mnie, ale nie zawraca sobie głowy minetą. Czy nawet tym, by nie zasnąć, gdy używam wibratora. Twierdzi, że to nie jego problem, że nie jestem w stanie z nim dojść. Ale nawet to nie jest najgorsze. Najbardziej boli brak bliskości emocjonalnej. Żadnego przytulania, żadnych nocnych rozmów czy pocieszania, gdy płaczę.
To całe zaniedbywanie sprawia, że noszę w sobie pustkę.
A Gerard Sovereign wygląda jak obfity posiłek. A nawet nieco więcej.
- Sprowadzi pan na mnie kłopoty - mówię łamiącym się głosem.
- Nie boję się pani męża - odpowiada cicho.
Zanim zdołam się powstrzymać, otwieram usta, by powiedzieć na głos tę jedną rzecz, której dotąd nie przyznałam przed nikim innym.
- Pan nie, ale ja tak.
Jego rysy tężeją.
- Czy pani mąż jest wściekłym psem?
Skonsternowana odwracam się, by zerknąć na drzwi. Nasłuchuję kroków. Gdy wracam myślą do pokoju, jestem na jego celowniku. Jego oczy nie są po prostu niebieskie, jak wydawało mi się przedtem. Wokół źrenic ma ciemną obwódkę, która sprawia, że jego spojrzenie jest jeszcze bardziej przeszywające.
- Co? - szepczę.
- Wściekłe psy gryzą - udziela odpowiedzi. - Nie ma na to lekarstwa innego niż strzelba.
Opada mi szczęka.
- Czy pan... grozi Clintowi? - odpowiadam szeptem.
- Czy powinno mu się zagrozić?
Usiłuję znaleźć odpowiednie słowa. Nikt wcześniej nie mówił do mnie w ten sposób, jednocześnie bezwstydnie pieprząc mnie wzrokiem.
O Boże, rumienię się.
Zmieszana odgarniam włosy z twarzy i ściągam łopatki.
- Powinien pan przestać - oznajmiam stanowczo.
Przekrzywia głowę.
- Z czym przestać? To pani patrzy na mnie tak, jakby myślała tylko o jednym.
Odwracam wzrok i wbijam go w podłogę. Mam zbyt jasną karnację, by ukryć rumieniec rozpalający moją twarz. Różowe plamy rozlewają się na mojej szyi i klatce piersiowej.
- Musi pan przestać - mówię, tym razem stanowczo. - Mój mąż będzie zazdrosny.
- Powtarzam: nie boję się go.
Uważnie mu się przyglądam. Trudno wyczytać coś z wyrazu jego twarzy, ale wyczuwam, że ma powody, by chcieć się zemścić na moim mężu. Może kiedyś dobili niekorzystnego targu. Cokolwiek to było, w jego słowach słyszę delikatną nutę niechęci za każdym razem, gdy mówi o Clincie. Jakby mój mąż był czymś obrzydliwym, co musi zdrapać z buta.
- Może pan powinien - mówię.
Nachyla się do przodu, a ja zerkam na niego spod rzęs.
- Pani Garrison, mógłbym przełożyć panią przez to biurko i pieprzyć na oczach pani męża, a on nie powiedziałby ani jednego cholernego słowa.
Szczęka mi opada. Cisza dzwoni mi w uszach. Z powrotem rozpiera się w fotelu, jakby z jego ust nie padły właśnie szokujące słowa. Zanim zdążę udzielić odpowiedzi, obydwoje słyszymy kroki w korytarzu. Pospiesznie zaplatam dłonie i wsuwam stopy z powrotem pod krzesło.
Drzwi otwierają się i wchodzi Clint w towarzystwie żylastego, siwiejącego mężczyzny w spodniach od garnituru i koszuli. Rozpoznaję w nim Jaya Reedsa, jego prawnika. Automatycznie zrywam się, by oddać mu swoje krzesło, a sama staję przy drzwiach. Z zaplecionymi dłońmi i wzrokiem wbitym w podłogę.
Tym razem robię to po to, by ukryć, jak mocno zaczerwienioną mam twarz.