Soulmate - Anna I Franko

Kup ebooka

53.80 zł

-
Proszę czekać

Bła­ga­łam Boga o siłę, któ­ra mia­ła mi po­móc prze­trwać kosz­mar, jaki prze­to­czył się przez moje ży­cie. Pust­ka po stra­cie była tak ogrom­na, że nie wi­dzia­łam sen­su dal­sze­go ist­nie­nia. Klę­cza­łam na środ­ku sa­lo­nu oto­czo­na mro­kiem, a w dło­niach ści­ska­łam dwie pi­guł­ki - czer­wo­ną i nie­bie­ską. Od de­cy­zji, któ­rą z nich po­łknę, za­le­ża­ło moje dal­sze ży­cie. Jed­na z nich obie­cy­wa­ła na­tych­mia­sto­wą ulgę od cier­pie­nia i ko­niec wszyst­kich pro­ble­mów. Czu­łam, jak ogrom­ny ka­mień przy­gnia­ta mi ple­cy, ra­mio­na nie były już w sta­nie go unieść. Za­ci­snę­łam moc­niej dłoń z czer­wo­ną pi­guł­ką. Nie mia­łam sił dłu­żej wal­czyć. We­zmę ją, nie je­stem tak sil­na, jak my­śla­łam. Pod­no­sząc do ust ta­blet­kę, ostat­ni raz spoj­rza­łam na tę dru­gą, nie­bie­ską, któ­rej po­łknię­cie gwa­ran­to­wa­ło kon­ty­nu­ację kosz­ma­ru. Ogar­nę­ło mnie zwąt­pie­nie. Czy na pew­no chcę się pod­dać wła­śnie te­raz? A może ju­tro bę­dzie le­piej i wszyst­ko się uło­ży? Gło­sy w mo­jej gło­wie roz­po­czę­ły za­wzię­tą wal­kę.

Przede mną była naj­trud­niej­sza do pod­ję­cia de­cy­zja. Ży­cie zno­wu mnie te­sto­wa­ło, jed­nak te­raz bar­dziej do­bit­nie. Nie mia­łam już siły na ko­lej­ny tre­ning. Bła­ga­łam o uko­je­nie. Spa­da­łam z hu­kiem z naj­wyż­sze­go pię­tra wie­żow­ca. Za­mknę­łam oczy, a my­śli prze­wi­ja­ły się jak klat­ki fil­mu. Wi­dzia­łam i złe, i do­bre chwi­le. Wzię­łam głę­bo­ki wdech, te­raz moc­niej ści­ska­jąc w dło­ni nie­bie­ską ta­blet­kę. Nie wiem, ile upły­nę­ło cza­su, nim po­czu­łam, że łzy wy­czer­pa­nia wy­sy­cha­ją. By­łam wra­kiem czło­wie­ka. Po­łknę­łam pi­guł­kę. Te­raz wszyst­ko bę­dzie już do­brze...

---

Otwo­rzy­łam oczy. Ota­cza­ła mnie zu­peł­nie obca prze­strzeń. Fala dez­orien­ta­cji ude­rzy­ła z nie­ocze­ki­wa­ną siłą. Pró­bo­wa­łam zlo­ka­li­zo­wać się w rze­czy­wi­sto­ści, ale wzrok bez­sku­tecz­nie prze­su­wał się po nie­zna­nym mi wnę­trzu, po­szu­ku­jąc choć­by naj­mniej­sze­go punk­tu orien­ta­cyj­ne­go. Moje cia­ło za­sty­gło ze stra­chu.

- Gdzie ja je­stem?

I

Pi­lo­ci nie są dla wszyst­kich.

---

- Moja gło­wa, kur­wa! Ała, jak boli! - Zła­pa­łam się za skroń, pró­bu­jąc zła­go­dzić pul­so­wa­nie pod czasz­ką. Przez wiel­kie okno wpa­da­ły pierw­sze pro­mie­nie bu­dzą­ce­go się dnia. - Nie­na­wi­dzę po­ran­ków... - Za­ci­snę­łam po­wie­ki, li­cząc na to, że uda mi się za­snąć jesz­cze cho­ciaż na kil­ka mi­nut. Cho­ler­ny ból gło­wy nie usta­wał, a na­wet mia­łam wra­że­nie, że jest co­raz sil­niej­szy. Pró­bo­wa­łam ze­brać my­śli. Czu­łam, że nie mam siły otwo­rzyć oczu.

- Ja pier­do­lę, zno­wu nie wiem, co się dzia­ło wczo­raj wie­czo­rem. - Ner­wo­wo grze­ba­łam w za­ka­mar­kach pa­mię­ci, usi­łu­jąc od­na­leźć ja­kie­kol­wiek wspo­mnie­nie, któ­re mo­gło­by rzu­cić świa­tło na moją obec­ną sy­tu­ację. "Jaki dziś dzień ty­go­dnia?" - za­sta­na­wia­łam się, pró­bu­jąc coś so­bie przy­po­mnieć. Czu­łam, jak­bym mia­ła dziu­ry w mó­zgu albo skle­ro­zę.

Sta­ra­łam się otwo­rzyć skle­jo­ne po­wie­ki, wal­cząc z cię­ża­rem, któ­ry zda­wał się na nie na­ci­skać. "Do cho­le­ry, gdzie ja je­stem?!" - krzyk­nę­łam w my­ślach. Ogar­nę­ło mnie prze­ra­że­nie, kie­dy zda­łam so­bie spra­wę, że miej­sce, w któ­rym się znaj­du­ję, jest mi cał­ko­wi­cie obce. Moje spoj­rze­nie po­bie­gło do sto­ją­ce­go nie­opo­dal ma­łe­go, szkla­ne­go sto­li­ka, na któ­rym wzno­si­ła się kom­po­zy­cja z pu­stych bu­te­lek po Moet & Chan­don Brut. Wi­dok tych luk­su­so­wych po­zo­sta­ło­ści po­głę­bił mój nie­po­kój. Skrzy­wi­łam się. Nie­do­pał­ki pa­pie­ro­sów, któ­re "pięk­nie" to­wa­rzy­szy­ły pu­stym flasz­kom, przy­pra­wia­ły mnie o mdło­ści. Moją uwa­gę przy­cią­gnę­ła lśnią­ca, zło­ta taca z reszt­ka­mi bia­łe­go śnie­gu oraz zwi­nię­ta w ru­lo­nik ka­na­dyj­ska dwu­dzie­sto­do­la­rów­ka. Przez se­kun­dę za­sta­na­wia­łam się, czy nie do­koń­czyć te­ma­tu. Czu­łam się tak źle, że w mo­jej gło­wie za­kieł­ko­wa­ła myśl o chwi­lo­wym uko­je­niu. "Czym się stru­łaś, tym się lecz" - po­my­śla­łam iro­nicz­nie, przy­po­mi­na­jąc so­bie sta­re po­wie­dze­nie mo­jej uko­cha­nej bab­ci Róży. "Bia­ła dama nie od­mó­wi ci gra­ma" - zry­mo­wa­łam, pró­bu­jąc przy­wró­cić się do ży­cia.

Jed­nak po chwi­li wy­rzu­ty su­mie­nia i sta­ny lę­ko­we za­czę­ły ze sobą wal­kę, two­rząc burz­li­wą mie­szan­kę emo­cji. "Może jed­nak le­piej bę­dzie, jak stąd pój­dę" - po­my­śla­łam, pró­bu­jąc od­na­leźć reszt­ki god­no­ści i siłę, aby wstać. Cała obo­la­ła się­gnę­łam do le­żą­cej na pod­ło­dze to­reb­ki i wy­cią­gnę­łam z niej smart­fon. Prze­łą­czy­łam na ka­mer­kę, aby rzu­cić okiem na swo­je od­bi­cie. Dłu­gie blond wło­sy były po­tar­ga­ne i czymś skle­jo­ne, a twarz po­twor­nie opuch­nię­ta. Nie­bie­skie oczy, któ­re zwy­kle ema­no­wa­ły pew­no­ścią sie­bie i by­stro­ścią, te­raz wy­da­wa­ły się ni­ja­kie. To było bez wąt­pie­nia moje naj­gor­sze sel­fie, bez­li­to­śnie od­zwier­cie­dla­ją­ce stan, w któ­rym się znaj­do­wa­łam.

"Ma­sa­kra! Co ja tu ro­bię?! To nie może się tak koń­czyć". Moje za­ni­ki pa­mię­ci do­bit­nie świad­czy­ły o tym, że nie po­win­nam była mie­szać al­ko­ho­lu z ko­ka­iną. Do tego wy­glą­da­łam jak po­marsz­czo­ny ba­lon. By­łam w miej­scu, w któ­rym nie po­win­nam się zna­leźć. Ile już razy po­wta­rza­łam so­bie, że dość bu­dze­nia się z ka­cem gi­gan­tem na ja­kichś me­li­nach? Czy ja nie mo­głam cho­ciaż raz za­cząć dnia jak inni, nor­mal­ni lu­dzie, bez su­cho­ści w ustach i bólu gło­wy? Czu­łam, jak świat wi­ru­je, zbie­ra­ło mi się na wy­mio­ty. Nie chcia­łam wsta­wać. I wte­dy po raz ko­lej­ny uświa­do­mi­łam so­bie, że na­praw­dę po­trze­bu­ję zmia­ny, bo taki tryb ży­cia mnie wy­koń­czy.

Reszt­ka­mi woli pod­nio­słam się z mięk­kiej, obi­tej za­mszem ka­na­py. Mój umysł był jak­by za­mglo­ny, jesz­cze nie cał­kiem świa­do­my tego, co się dzie­je. Zer­k­nę­łam pod koc, któ­rym by­łam okry­ta.

- Mat­ko Bo­ska, je­stem pra­wie naga!

Gdy po­wo­li i z nie­ma­łym wy­sił­kiem ob­ró­ci­łam gło­wę w pra­wo, moje spoj­rze­nie uchwy­ci­ło dwie śpią­ce po­sta­cie - na­sto­let­nie dziew­czy­ny. Le­ża­ły na dy­wa­nie przy ko­min­ku, kom­plet­nie na­gu­sień­kie. Spo­sób splą­ta­nia ich ciał po­twier­dzał, że nie tra­fi­ły tu przy­pad­kiem. Jed­na z nich mia­ła wło­sy w ko­lo­rze pla­ty­ny, de­li­kat­nie roz­rzu­co­ne na ple­cach, dru­ga - rów­nie dłu­gie, lecz czar­ne pa­sma, któ­re two­rzy­ły ostry kon­trast z jej por­ce­la­no­wo bia­łą skó­rą. Obie mia­ły moc­no pod­kre­ślo­ne oczy i so­czy­ście czer­wo­ne usta. "Ma­ki­jaż chy­ba prze­żył całą noc" - po­my­śla­łam, przy­glą­da­jąc się im uważ­niej. "Co to za szmin­ka, że tak dłu­go się utrzy­mu­je?"

Blon­dyn­ka z lek­ko otwar­ty­mi usta­mi chra­pa­ła tak gło­śno, jak­by wal­czy­ła o każ­dy od­dech.

- Bie­dacz­ka, chy­ba prze­sa­dzi­ła z kok­si­kiem.

Na dru­gim koń­cu ogrom­ne­go sa­lo­nu za­uwa­ży­łam śpią­ce­go dość po­staw­ne­go męż­czy­znę, któ­ry ści­skał w dło­ni błysz­czą­cą broń. Przez mo­ment po­my­śla­łam, że ser­ce za­trzy­ma mi się ze stra­chu i pad­nę tu na za­wał. Fa­cet wy­glą­dał jak wy­cią­gnię­ty pro­sto z or­ga­ni­za­cji prze­stęp­czej. Miej­sce, w któ­rym się zna­la­złam, mimo ele­ganc­kie­go wy­stro­ju, mia­ło mrocz­ną aurę. Obec­ność tych osób i cała ota­cza­ją­ca mnie at­mos­fe­ra spra­wi­ły, że czu­łam, jak­bym zna­la­zła się w środ­ku fil­mu sen­sa­cyj­ne­go.

Prze­bi­łam samą sie­bie. W gor­sze gów­no niż to chy­ba nie moż­na się wplą­tać.

"Broń, dziw­ki i nar­ko­ty­ki. Bra­wo, Ro­xan­ne". Pod­świa­do­mość kla­ska­ła mi iro­nicz­nie, kpiąc. "Co zro­bię, je­śli ten gość jest na­ćpa­ny, obu­dzi się i nas wszyst­kich po­za­bi­ja? Świr je­ba­ny. Spier­da­lam stąd. Nad­szedł czas, aby po­że­gnać się z ma­fij­nym to­wa­rzy­stwem i całą tą mło­dzie­żo­wą eskor­tą". W po­śpie­chu na­rzu­ci­łam na sie­bie su­kien­kę, wci­snę­łam sto­py w czar­ne szpil­ki i owi­nę­łam się ra­mo­ne­ską. Chwy­ci­łam mi­nia­tu­ro­wą to­reb­kę Lo­uisa Vu­it­to­na i nie­mal­że wy­bie­głam z sa­lo­nu.

Idąc szyb­kim kro­kiem przez ko­ry­tarz, ką­tem oka za­re­je­stro­wa­łam, że drzwi jed­ne­go z po­miesz­czeń są uchy­lo­ne. Nie mo­gąc się oprzeć, sta­nę­łam i zaj­rza­łam do środ­ka. Zo­ba­czy­łam or­gię z udzia­łem trzech po­sta­ci, za­to­pio­nych w sce­nie, któ­ra wy­glą­da­ła jak wy­cią­gnię­ta pro­sto z fil­mu por­no. Blon­dyn­ka o ogrom­nych, si­li­ko­no­wych pier­siach i z kol­czy­kiem w sut­ku wy­da­wa­ła się le­wi­to­wać nad łóż­kiem. Była pod­wie­szo­na na czymś w ro­dza­ju czar­nych lej­ców przy­mo­co­wa­nych do su­fi­tu. Cią­gnę­ła la­skę męż­czyź­nie, któ­re­go twarz była za­kry­ta ma­ską przy­po­mi­na­ją­cą te z kar­na­wa­łu w We­ne­cji. Sto­ją­cy za nią dru­gi fa­cet do­słow­nie ro­bił jej mi­net­kę w po­wie­trzu. Cała trój­ka była w ja­kimś tran­sie, zu­peł­nie ode­rwa­na od rze­czy­wi­sto­ści, po­grą­żo­na we wła­snym świe­cie.

"To dla mnie za dużo jak na nie­dziel­ny po­ra­nek". Skrzy­wi­łam się, czu­jąc, że prze­kro­czy­łam gra­ni­cę swo­jej wy­trzy­ma­ło­ści na ta­kie wi­do­ki. "Czas na mnie, bon voy­age1!"

W tak­sów­ce wio­zą­cej mnie do domu jesz­cze raz pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć, co do­kład­nie wy­da­rzy­ło się wczo­raj­szej nocy, lecz ostat­nie, co utkwi­ło mi w pa­mię­ci, to ob­raz przy­stoj­ne­go bru­ne­ta w sza­rym gar­ni­tu­rze, oto­czo­ne­go przez zna­jo­mych. Każ­da pró­ba zgłę­bie­nia wspo­mnień koń­czy­ła się na tym sa­mym nie­ja­snym ob­ra­zie.

"Cho­le­ra, mam na­dzie­ję, że nikt mi nie do­dał do szam­pa­na pi­guł­ki gwał­tu. Jak to moż­li­we, że­bym to­tal­nie stra­ci­ła pa­mięć?" W du­chu mia­łam na­dzie­ję, że ża­den ku­tas mnie wczo­raj nie wy­ko­rzy­stał.

"Ro­xan­ne, mu­sisz prze­stać od­pa­lać wrot­ki" - upo­mnia­ła mnie pod­świa­do­mość, nie da­jąc za wy­gra­ną i mę­cząc po­twor­ny­mi wy­rzu­ta­mi su­mie­nia.

Czu­łam się strasz­nie, ale naj­trud­niej­sze było jesz­cze przede mną. W domu cze­ka­ła mnie nie­uchron­na kon­fron­ta­cja z mę­żem. Mimo iż ja­sno da­łam mu do zro­zu­mie­nia, że na­sza wspól­na dro­ga do­bie­gła koń­ca, on wciąż trak­to­wał mnie jak swo­ją wła­sność.

Z de­ter­mi­na­cją zła­pa­łam za klam­kę drzwi wej­ścio­wych, sta­ra­jąc się je otwo­rzyć jak naj­ci­szej, by nie obu­dzić Ra­fa­ła.

- Gdzie zno­wu by­łaś, suko? - Jego głos spra­wił, że pod­sko­czy­łam.

Cze­ka­ją­ca na mnie oso­ba przy­po­mnia­ła mi o wszyst­kich po­wo­dach, dla któ­rych chcia­łam za­koń­czyć ten zwią­zek. Mąż stał opar­ty bar­kiem o ścia­nę, z rę­ko­ma sple­cio­ny­mi na klat­ce pier­sio­wej, z miną, któ­ra oscy­lo­wa­ła mię­dzy zło­ścią a roz­cza­ro­wa­niem. Pod­szedł, wcią­ga­jąc w noz­drza za­pach mo­ich wło­sów, jak­by pró­bu­jąc wy­wą­chać, skąd wra­cam. Gry­mas na jego twa­rzy zdra­dzał mie­szan­kę obrzy­dze­nia i po­li­to­wa­nia.

- Gdzie by­łaś?! - po­wtó­rzył, tym ra­zem pod­no­sząc głos, by za­siać we mnie strach.

- Nie twój in­te­res. Nie je­ste­śmy już ra­zem i nie mu­szę się tłu­ma­czyć - od­po­wie­dzia­łam sta­now­czo, prze­szy­wa­jąc go wzro­kiem na wy­lot.

- Do­pó­ki je­steś moją żoną, bę­dziesz mi mó­wić, gdzie by­łaś i co ro­bi­łaś - wark­nął, pró­bu­jąc wy­mu­sić po­słu­szeń­stwo.

- Je­stem two­ją żoną już tyl­ko na pa­pie­rze. Na­sze mał­żeń­stwo daw­no się skoń­czy­ło. Do­sta­wa­łeś ode mnie wie­le szans i ich nie wy­ko­rzy­sty­wa­łeś. Mam dość tej sy­tu­acji i two­jej obec­no­ści, wy­pro­wadź się już!

Ra­fał wy­ba­łu­szył swo­je wiel­kie, nie­bie­skie oczy, po czym pró­bo­wał zła­pać mnie za ra­mię. Od­ru­cho­wo wy­wi­nę­łam się spod jego ręki.

- Ko­cha­nie, nie kłóć­my się, pro­szę... Wiesz, że cię ko­cham, chodź, przy­tul mnie.

Za­uwa­ży­łam jego zmę­czo­ną twarz. Wy­glą­dał, jak­by nie spał całą noc. Mimo wszyst­ko, jak to on, pre­zen­to­wał się nie­zwy­kle schlud­nie.

- Czy ty za­czniesz mnie w koń­cu słu­chać?! My to prze­szłość! Zro­zum to i daj mi świę­ty spo­kój! - By­łam zmę­czo­na i czu­łam ogrom­ną su­chość w gar­dle. - Mu­szę się prze­spać.

Na­sze mał­żeń­stwo na po­cząt­ku było zgod­ne. By­li­śmy cał­kiem do­brze do­bra­ni, ko­cha­li­śmy się i dzie­li­li­śmy pa­sje. Ra­fał roz­piesz­czał mnie i ni­cze­go mi nie za­ka­zy­wał, nie ogra­ni­czał, jak to ro­bi­li mę­żo­wie mo­ich ko­le­ża­nek. Jed­nak po czte­rech la­tach coś za­czę­ło pę­kać, a ja czu­łam, że na­sze dro­gi po­wo­li się roz­cho­dzą. To był dłu­gi i bo­le­sny pro­ces ob­umie­ra­nia mi­ło­ści. Ra­fał miał mi za złe, że nie da­łam mu po­tom­ka, a ja z ja­kie­goś po­wo­du nie mo­głam zajść w cią­żę. Mimo wie­lu ba­dań po­twier­dza­ją­cych, iż je­ste­śmy płod­ni, nie speł­ni­łam jego ma­rze­nia o by­ciu tatą. Z cza­sem ze zgod­ne­go mał­żeń­stwa zmie­ni­li­śmy się w ob­cych so­bie lu­dzi, w do­dat­ku mó­wią­cych w róż­nych ję­zy­kach. Da­wa­łam so­bie i jemu szan­se, żeby to na­pra­wić, chcia­łam, by był bar­dziej obec­ny w na­szym związ­ku, czul­szy i otwar­ty na nowe wy­zwa­nia. Zde­cy­do­wa­łam się na­wet na te­ra­pię mał­żeń­ską, na któ­rą cho­dzi­łam sama. Mój mąż uwa­żał, że jest nor­mal­ny i że tego nie po­trze­bu­je. No i nie­ste­ty - po kil­ku mie­sią­cach wal­ki z wła­sny­mi my­śla­mi nie wy­trzy­ma­łam i pod­da­łam się. Mał­żeń­stwo jest jak pro­wa­dze­nie biz­ne­su: je­że­li nad nim nie pra­cu­jesz, mo­żesz za­my­kać fir­mę.

Z bie­giem cza­su Ra­fał sta­wał się co­raz bar­dziej zło­śli­wy. Duma nie po­zwa­la­ła mu po­go­dzić się z fak­tem, iż ja­ka­kol­wiek ko­bie­ta może go zo­sta­wić. Miał o so­bie wy­so­kie mnie­ma­nie. Nie do wia­ry, jak męż­czyź­ni po­tra­fią się zmie­nić, kie­dy czu­ją, że tra­cą grunt pod no­ga­mi. Kie­dy prze­sta­je­my z nimi sy­piać, po­ka­zu­ją praw­dzi­wą twarz. Je­dy­ne, co jesz­cze po­zwa­la­ło mi trwać w tym roz­pa­da­ją­cym się związ­ku, to to, że ży­łam jak sin­giel­ka.

Wszy­scy fa­ce­ci są tacy sami. Roz­wio­dę się z nim i już do koń­ca ży­cia będę sama. Praw­dzi­wa mi­łość nie ist­nie­je, jest prze­re­kla­mo­wa­na, nikt nie może ko­chać mnie bar­dziej niż ja sama. Od roku ży­łam w prze­ko­na­niu, że moje mał­żeń­stwo się skoń­czy­ło. Na­sze dro­gi się ro­ze­szły, świa­to­po­glą­dy zmie­ni­ły, coś się wy­pa­li­ło. Wie­dzia­łam jed­no: nie po­tra­fię być z męż­czy­zną, któ­re­go nie ko­cham, na­wet je­śli jest moim mę­żem.

Ra­fa­ła po­zna­łam na po­cząt­ku jego ka­rie­ry pi­lo­ta. Te­ścio­wa za­wsze po­wta­rza­ła, że od dziec­ka ko­chał awia­cję. A ja uwa­żam, że od dziec­ka to on ko­chał, ale cho­dzić z gło­wą w chmu­rach. Pi­lot ko­mer­cyj­nych li­nii lot­ni­czych, wo­kół któ­re­go za­wsze krę­cił się tłu­mek chęt­nych dziew­cząt, a któ­ry kre­ował się na nie­do­stęp­ne­go. Po­zwa­lał zbli­żyć się do sie­bie na krok, by za­raz ka­zać cof­nąć się o dwa. Wy­so­ki, po­staw­ny blon­dyn, ema­nu­ją­cy pew­no­ścią sie­bie, miał nie­zwy­kły dar prze­ko­ny­wa­nia wszyst­kich do wszyst­kie­go. Mat­ka po­win­na mu dać na imię Cza­ruś, le­piej by do nie­go pa­so­wa­ło. Jest oso­bą, któ­rą trud­no prze­oczyć. Za­wsze, kie­dy wy­cho­dzi­li­śmy gdzieś ra­zem, jego wy­gląd przy­cią­gał uwa­gę więk­szo­ści ko­biet.

Ra­fał spodo­bał mi się głów­nie dla­te­go, że był wła­śnie ta­kim cza­ru­ją­cym pi­lo­tem. Bę­dąc dzie­sięć lat star­szym ode mnie, spra­wiał, że cza­sa­mi czu­łam się jak mała dziew­czyn­ka. Uwiel­bia­łam, kie­dy się mną opie­ko­wał i za­bie­rał w róż­ne za­kąt­ki świa­ta. Gdy go po­zna­łam, miał żonę, ale ja o tym nie wie­dzia­łam. Spra­wa wy­szła na jaw do­pie­ro po dwóch mie­sią­cach na­sze­go związ­ku.

Kie­dy pew­ne­go razu pie­przył mnie w po­ko­ju ho­te­lu Mar­riott, bli­sko lot­ni­ska Cho­pi­na, za­dzwo­nił te­le­fon. Ra­fał, nie­chęt­nie prze­ry­wa­jąc za­ba­wę, pod­niósł słu­chaw­kę.

- Tak, słu­cham.

- Do­bry wie­czór, pa­nie Blayt, dzwo­nię z re­cep­cji. Nie prze­szka­dzam?

- Prze­szka­dza pani. Słu­cham, o co cho­dzi? - wark­nął na dziew­czy­nę.

- Bo, yyy, strasz­nie prze­pra­szam, ale ja­kaś ko­bie­ta pyta o pana i twier­dzi, że jest pana żoną. - Chrząk­nę­ła ci­cho. - Prze­pra­szam, jak się pani się na­zy­wa? - Od­kaszl­nę­ła. - Ta pani przed­sta­wi­ła się jako Mar­ta Blayt.

- Że co?! - wy­krzyk­nął do słu­chaw­ki w chwi­li, kie­dy ja splu­wa­łam na jego na­brzmia­łe­go ku­ta­sa. - Pro­szę ją ja­koś za­trzy­mać, nie je­stem sam! Po­trze­bu­ję pięt­na­stu mi­nut, dzię­ku­ję!

Z pa­ni­ką w oczach ze­rwał się ni­czym kot na wi­dok ogór­ka.

- Ale pa­nie Blayt, co ja... Yyy. Do­brze, ro­zu­miem - po­wie­dzia­ła już do głu­chej słu­chaw­ki re­cep­cjo­nist­ka.

- Jaki jest nu­mer po­ko­ju mo­je­go męża? - spy­ta­ła Mar­ta oschle, pa­trząc z po­gar­dą na ko­bie­tę za kon­tu­arem.

Żona Ra­fa­ła była sta­now­cza i am­bit­na, uwiel­bia­ła po­ka­zy­wać swo­ją prze­wa­gę nad in­ny­mi. No i chy­ba mia­ła do­brze roz­wi­nię­ty szó­sty zmysł, sko­ro przy­le­cia­ła z Bel­gii do męża wła­śnie wte­dy, kie­dy był ze mną.

- Yyy... Po­kój dwie­ście pięt­na­ście, pro­szę pani... Dru­gie pię­tro i ko­ry­ta­rzem w pra­wo - od­po­wie­dzia­ła prze­stra­szo­na dziew­czy­na, lek­ko się ją­ka­jąc.

- Dzię­ku­ję - od­burk­nę­ła Mar­ta i bez­sze­lest­nie ode­szła w po­szu­ki­wa­niu win­dy.

- Cho­le­ra ja­sna, ubie­raj się! Moja żona tu idzie!

Tak wła­śnie do­wie­dzia­łam się, że Ra­fał ma żonę.

Sło­wa obi­ja­ły się w mo­jej gło­wie ni­czym dźwięk wier­tar­ki. Nie wie­dzia­łam, czy mam się śmiać, czy pła­kać. Czu­łam, jak do gar­dła pod­cho­dzi mi gula. Po­bie­głam do ła­zien­ki. Jed­nym ru­chem ręki wrzu­ci­łam ko­sme­ty­ki do to­reb­ki. Ubra­nie wcią­gnę­łam na sie­bie w dwie se­kun­dy. Nie mia­łam za­mia­ru na­tknąć się na żonę mo­je­go ko­chan­ka... Mimo woli czu­łam się win­na.

- Sprawdź, czy ni­cze­go nie zo­sta­wi­łam i po­sprzą­taj umy­wal­kę z mo­je­go pod­kła­du. - Nie mo­głam spoj­rzeć mu w oczy, nie chcia­łam słu­chać wy­ja­śnień. - Za­po­mnij o mnie, łaj­da­ku. Że­gnaj.

Chwy­ci­łam za klam­kę drzwi i za­trza­snę­łam je za sobą z hu­kiem. Po­czu­łam go­rą­ce łzy spły­wa­ją­ce po po­licz­kach, wszyst­ko wy­da­wa­ło się sur­re­ali­stycz­ne. Otar­łam oczy, po­spiesz­nie uda­jąc się w kie­run­ku wyj­ścia. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej znik­nąć.

- Po­da­ła mi pani zły nu­mer po­ko­ju! Co pani my­śli, że będę tak zwie­dzać ten wasz, po­żal się Boże, ho­tel?! - Usły­sza­łam w lob­by po­iry­to­wa­ny ko­bie­cy głos i jesz­cze bar­dziej przy­śpie­szy­łam kro­ku.

- Prze­pra­szam pa­nią, to mój ogrom­ny błąd! Nie dwie­ście pięt­na­ście, tyl­ko pięć­set pięt­na­ście! Raz jesz­cze bar­dzo prze­pra­szam!

Nie­ste­ty, prze­pro­si­ny nie­wie­le zmie­ni­ły w tej sy­tu­acji, a wręcz do­pro­wa­dzi­ły pa­nią Blayt do sza­łu. Ta ko­bie­ta do­słow­nie czer­pa­ła przy­jem­ność ze znę­ca­nia się nad ludź­mi, któ­rzy byli ni­żej od niej pod wzglę­dem sta­tu­su spo­łecz­ne­go.

Cie­ka­we, czy skur­wiel po­su­wał też tę mło­dą re­cep­cjo­nist­kę. Przy­po­mnia­ło mi się, jak ostat­nio pusz­czał jej oczko. Cza­ruś je­ba­ny. Prze­cież on znał wszyst­kie dziew­czy­ny pra­cu­ją­ce w tym ho­te­lu, bo za każ­dym ra­zem, kie­dy miał kurs z War­sza­wy, li­nia lot­ni­cza re­zer­wo­wa­ła mu noc­leg wła­śnie tu­taj. Wie­dzia­łam też, że nie­jed­nej pani nogi ugi­na­ły się na jego wi­dok. Po­do­ba­ło mi się to i cho­ler­nie im­po­no­wa­ło - do te­raz, kie­dy po­czu­łam się jak jed­na z nich. Wszyst­ko za­czę­ło ukła­dać się w ca­łość.

Na uła­mek se­kun­dy za­trzy­ma­łam wzrok na jego żo­nie. Była wy­so­ka i prze­raź­li­wie szczu­pła, wręcz cho­ro­bli­wie chu­da. Ciem­ne, dłu­gie wło­sy kon­tra­sto­wa­ły z pięk­nym kre­mo­wym płasz­czem od Fen­di. Za­sta­na­wia­łam się, ile ona może mieć lat. Skrzy­wi­łam się na myśl, że za­raz spo­tka się z Ra­fa­łem i do­koń­czy to, cze­go ja nie zdą­ży­łam. Po­czu­łam, jak łzy na­pły­wa­ją mi jesz­cze szyb­ciej do oczu, a całe wnę­trze roz­pa­da się na mi­lio­ny ka­wał­ków. Zro­zu­mia­łam, że to ko­niec. Wszyst­ko roz­sy­pa­ło się jak do­mek z kart. Po chwi­li ock­nę­łam się i czym prę­dzej wy­bie­głam z ho­te­lu.

Ra­fał kil­ka­krot­nie pró­bo­wał się ze mną skon­tak­to­wać na róż­ne spo­so­by. Tłu­ma­czył, że jego żona nic dla nie­go nie zna­czy i że nie sy­pia z nią od mie­się­cy. Nie chciał mnie prze­stra­szyć i stra­cić, dla­te­go nie po­wie­dział mi praw­dy.

By­łam mło­da i na­iw­na, po­sta­no­wi­łam mu za­ufać i dać dru­gą szan­sę.

Spo­ty­ka­li­śmy się okrą­gły rok, aż nie wy­trzy­ma­łam cią­głe­go ukry­wa­nia się i po­sta­wi­łam wa­ru­nek. Albo się roz­wie­dzie, albo od­cho­dzę. Ko­cha­łam go i nie chcia­łam się nim dzie­lić. Wy­brał roz­wód i po po­nad roku ro­man­so­wa­nia stał się moim mę­żem.

1 mi­łej po­dró­ży