Soulless - T.M. Frazier

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

BEAR

By­łem zły na cały świat, na whi­skey, która nie wy­da­wała się wy­star­cza­jąco mocna; na dragi, które nie trzy­mały wy­star­cza­jąco długo; na cho­lerne dziwki, które pie­przy­łem; przez to, że nie do­cho­dzi­łem, cho­ciaż to była moja wina, bo mój fiut sta­wał się bez­u­ży­teczny po wcią­gnię­ciu kilku krech. Do­szło na­wet do tego, że wku­rza­łem się na przy­pad­ko­wych lu­dzi na ulicy za to, że się śmiali lub uśmie­chali, gdy ja się czu­łem, jak­bym już ni­gdy nie miał się uśmiech­nąć czy za­śmiać.

Jak oni śmieli?

Jak, kurwa, śmieli żyć da­lej, skoro mój przy­ja­ciel wła­śnie umarł?

By­łem na gra­nicy utraty tej resztki zdro­wego roz­sądku, która mi zo­stała, gdy wy­je­cha­łem z Lo­gan's Be­ach i ru­szy­łem przed sie­bie, by zna­leźć miej­sce lub miej­sca, gdzie mógł­bym po­czuć się otę­piały, po­zbyć się emo­cji, które wlo­kły się za mną z mia­sta do mia­sta, od ta­niego mo­telu do ta­niego mo­telu, od dziew­czyny do dziew­czyny, od haju do haju.

A po­tem w moim ży­ciu po­ja­wiła się ró­żo­wo­włosa dziew­czyna z prze­szło­ści i wła­śnie wtedy po raz pierw­szy od­na­la­złem cel w ży­ciu. Praw­dziwy cel, a nie ja­kiś gów­niany, wy­zna­czony przez roz­ka­zu­ją­cego mi Chopa, który to cel ja i każdy czło­nek klubu Be­ach Ba­stards uwa­ża­li­śmy za wy­rocz­nię. Praw­dziwy po­wód, by żyć.

Chcia­łem znowu żyć.

Mieć ko­goś, dla kogo mógł­bym żyć.

Ti była moją szansą na praw­dziwe szczę­ście, cho­ciaż Bóg je­den wie, czym ono było, za­nim ją po­zna­łem. Tylko raz po­czu­łem praw­dziwe, prze­lotne szczę­ście, dzięki Preppy'emu, Kin­gowi i Grace. Jak na przy­kład wtedy, gdy King wy­ta­tu­ował nas po raz pierw­szy. Bar­dzo nam się po­do­bały te ta­tu­aże, cho­ciaż były krzywe i cho­ler­nie brzyd­kie. Jak wtedy, gdy Grace upie­kła dla mnie mój pierw­szy w ży­ciu tort uro­dzi­nowy. Jak wtedy, gdy King, Prep i ja sie­dzie­li­śmy na wieży ci­śnień i my­śle­li­śmy, że świat na­leży do nas.

Bo wtedy tak było.

A po­tem zja­wiła się Ti i po raz pierw­szy po­czu­łem się szczę­śliwy, gdy zo­ba­czy­łem jej uśmiech. Gdy po raz pierw­szy ją po­ca­ło­wa­łem. Gdy po raz pierw­szy po­sma­ko­wa­łem jej cipki przy ogni­sku. Gdy po raz pierw­szy po­zwo­liła mi wejść w sie­bie, bez wstydu od­da­jąc mi swoje dzie­wic­two w pa­lą­cej po­trze­bie, by stać się moją.

To wła­śnie tym była.

I za­wsze bę­dzie.

I za­biję każ­dego skur­wy­syna, który od­waży się spró­bo­wać mi ją za­brać.

Była moja.

ROZ­DZIAŁ 1

BEAR

W wieku 13 lat

Po­sze­dłem do ga­bi­netu mo­jego sta­ruszka, by po­wie­dzieć mu, że do­stawa, o którą py­tał przez ostatni mie­siąc, w końcu do­tarła. W chwili, gdy otwo­rzy­łem drzwi, na­tych­miast po­ża­ło­wa­łem tego, że nie za­pu­ka­łem. Chop opie­rał się ple­cami o wy­bla­kły zie­lony fo­tel sto­jący w ką­cie po­koju. Spodnie miał opusz­czone do ko­stek, a w dłoni trzy­mał piwo. Ru­do­włosa dziwka mo­to­cy­kli­stów o imie­niu Mil­lie lub Mal­lie, lub Jen­nie klę­czała mię­dzy jego no­gami, po­ru­sza­jąc głową w górę i w dół, ssąc jego fiuta.

- Cho­lera - wy­mam­ro­ta­łem, przy­po­mi­na­jąc so­bie, ja­kie do­sta­łem ka­za­nie ostat­nim ra­zem, gdy prze­szko­dzi­łem mu w przy­jem­no­ściach. Si­niak pod moim okiem znik­nął do­piero po dwóch mie­sią­cach, a po­tem oj­ciec ka­zał mi stać na war­cie przed bramą przez cały pie­przony mie­siąc.

Zła­pa­łem za klamkę i po­woli się wy­co­fy­wa­łem w na­dziei, że mnie nie za­uwa­żył.

Nie mia­łem jed­nak tyle szczę­ścia.

- Co ja ci, kurwa, mó­wi­łem? - wrza­snął.

Za­mar­łem.

- Je­steś głupi czy co? Pa­mię­tasz, co się stało ostat­nim ra­zem, gdy nie oka­za­łeś mi na­le­ży­tego sza­cunku? Mó­wi­łem ci, że masz pu­kać do drzwi, a ty wcho­dzisz tu­taj jak do swo­jego po­koju?

Dziew­czyna ode­rwała usta od jego fiuta z gło­śnym cmok­nię­ciem. Skrzy­wi­łem się.

- Nie prze­sta­waj, suko. Czy ja ci po­wie­dzia­łem, że masz, kurwa, prze­stać? - Chop zła­pał ją za tył głowy i zmu­sił, by znowu wzięła do ust jego fiuta.

- Prze­pra­szam, tato - wy­rwało mi się, a on znowu się wku­rzył.

- Tato? Tato! - Tym ra­zem szarp­nię­ciem od­su­nął głowę dziew­czyny od swo­ich ko­lan i od­rzu­cił ją na bok, a ona wy­lą­do­wała na bio­drze, krzy­wiąc się. Wstał, pod­cią­gnął spodnie i je za­piął, Jodi zaś wy­bie­gła przez drzwi. - Jak mia­łeś do mnie mó­wić, synu? - wark­nął Chop, sta­jąc przede mną. W jego od­de­chu wy­czu­wa­łem piwo.

- Sze­fie - od­po­wie­dzia­łem, wbi­ja­jąc wzrok w pod­łogę, tak jak mi kie­dyś ka­zał.

- Wła­śnie. Sze­fie. Mo­głeś mnie na­zy­wać tatą lub ta­tu­siem, gdy by­łeś dziec­kiem, ale już nie je­steś żad­nym pie­przo­nym dzie­cia­kiem - po­wie­dział. - Dla­czego masz mnie na­zy­wać sze­fem? - za­py­tał, wbi­ja­jąc mi pa­lec w pierś.

- Bo je­steś sze­fem - po­wie­dzia­łem, ce­dząc słowa, które ka­zał mi mó­wić, od­kąd ofi­cjal­nie sta­łem się pro­spec­tem, a on uznał, że ja­kimś cu­dem na­zy­wa­nie go ta­tu­siem jest oznaką braku sza­cunku.

- Bar­dzo do­brze, pro­spek­cie. Ja je­stem pie­przo­nym sze­fem, a nie twoim tatą czy ta­tu­siem, czy twoim sta­rusz­kiem. - Chop zła­pał mnie za ka­mi­zelkę i po­cią­gnął na ko­ry­tarz, a po­tem w stronę sa­lonu.

Kil­koro braci sie­działo na stoł­kach przy ba­rze. Po­zo­stali grali w bi­lard, za­kła­dali się, kto wy­gra, po­ło­żyw­szy stosy bank­no­tów na stole, co ozna­czało, że stawki były wy­so­kie.

Mimo to ich war­tość nie miała żad­nego zna­cze­nia, bo w chwili, gdy Chop wszedł do po­koju, wszy­scy odło­żyli kije i sku­pili się na nas. Sta­nął za mną i po­pchnął mnie w głąb po­koju. Wpa­dłem na stół i przy­trzy­ma­łem się go, by nie upaść, a przez to pie­nią­dze roz­sy­pały się po pod­ło­dze.

- Po­wiedz im. Po­wiedz swoim przy­szłym bra­ciom, kim je­stem, pro­spek­cie - na­ka­zał Chop, drwiąc ze mnie, jakby tylko cze­kał na to, aż pęknę.

By­łem wku­rzony, ale nie głupi. Mu­sia­łem tylko wy­trzy­mać jako pro­spect, bo gdy stanę się pra­wo­wi­tym człon­kiem klubu, bę­dzie mi mu­siał oka­zy­wać tro­chę sza­cunku.

A przy­naj­mniej taką mia­łem na­dzieję.

- On jest... - za­czą­łem, ale za­wa­ha­łem się, gdy za­uwa­ży­łem, że wszy­scy się na mnie pa­trzą.

- Kim je­stem, chłop­cze?! - wrza­snął mi do ucha, po­chy­liw­szy się. - I stój pro­sto, do cho­lery. Znam dziwki, które przez cały dzień klę­czą lub leżą, a stoją bar­dziej wy­pro­sto­wane od cie­bie. - Zła­pał w garść moje włosy i po­cią­gnął, że­bym się wy­pro­sto­wał.

- Sze­fem - po­wie­dzia­łem, tym ra­zem tro­chę gło­śniej, krzy­wiąc się, gdy da­lej cią­gnął mnie za włosy, jak­bym był pie­przoną ma­rio­netką, a on po­cią­gał za sznurki.

- Kim? - wark­nął jak sier­żant w woj­sku.

- Je­steś sze­fem! - krzyk­ną­łem, ma­jąc na­dzieję, że to wy­star­czy, by mnie pu­ścił i by to wszystko już się skoń­czyło. Tylko tego chcia­łem, gdy Chop się wście­kał, co ostat­nio zda­rzało się co­raz czę­ściej.

- A kim ty je­steś?

- Je­stem ni­kim. Je­stem tylko pro­spek­tem.

- A co z po­zo­sta­łymi? - na­ci­skał Chop, a mnie za­drżały ręce. Mój strach po­woli zmie­niał się w gniew. Ode­tchną­łem głę­boko kilka razy, by go stłu­mić. Wie­dzia­łem, że je­śli wy­buchnę, nic do­brego z tego nie wy­nik­nie.

Przy­po­mnij so­bie ostatni raz. Za­cho­waj spo­kój. Jesz­cze tylko kilka mi­nut, po­wie­dzia­łem so­bie.

- Po­wiedz im, co ci ka­za­łem po­wie­dzieć, ty mały gnoju. Po­wiedz im, co po­wi­nie­neś już wie­dzieć. Naj­wy­raź­niej cią­gle o tym za­po­mi­nasz i oka­zu­jesz mi brak sza­cunku.

Spoj­rza­łem na męż­czyzn, któ­rzy wy­glą­dali na roz­ba­wio­nych, uśmie­chali się i sztur­chali łok­ciami, jakby oglą­dali ja­kiś ka­ba­ret. Tylko si­wo­włosy męż­czy­zna sto­jący z tyłu grupy się nie śmiał, a na­wet wy­glą­dał tak, jakby mi współ­czuł, cho­ciaż wie­dzia­łem, że brat nie współ­czułby pro­spec­towi.

Od­chrząk­ną­łem.

- Je­stem pro­spec­tem w naj­lep­szym klu­bie mo­to­cy­klo­wym na Flo­ry­dzie - wy­ce­dzi­łem przez zęby. - W klu­bie Be­ach Ba­stards. Nie je­stem sy­nem, nie mam ojca. Je­stem żoł­nie­rzem w ar­mii wy­ję­tych spod prawa i ni­kim wię­cej.

Chop mruk­nął z za­do­wo­le­niem.

- Mam na­dzieję, że to ci dało na­uczkę, bo naj­wy­raź­niej nie po­tra­fi­łeś po­jąć wcze­śniej tego, że nie po­trze­buję i nie chcę mieć syna. Po­trze­buję tylko do­brego żoł­nie­rza. - Chop pu­ścił moją ka­mi­zelkę i po­pchnął mnie na ko­lana. Kop­nął mnie w kość ogo­nową, a ja upa­dłem na pod­łogę, ude­rza­jąc po­licz­kiem o biało-czarne li­no­leum. - Do­ro­śnij, kurwa, i za­cznij oka­zy­wać mi pie­przony sza­cu­nek, za­nim wy­ślę cię w to samo miej­sce, w które wy­sła­łem twoją matkę dziwkę.

Chop wy­mie­nił spoj­rze­nia z męż­czy­zną o si­wych wło­sach, a po­tem wy­padł z po­koju. Po­zo­stali bra­cia wró­cili do pi­cia i gra­nia, jakby ta scena w ogóle się nie wy­da­rzyła.

Si­wo­włosy męż­czy­zna przy­klęk­nął i wy­cią­gnął do mnie rękę, a ja po­sła­łem mu spoj­rze­nie, które mu­siało wy­ra­żać do­kład­nie to, co my­śla­łem. Czy to ja­kaś sztuczka? Za­śmiał się, zła­pał mnie za rękę i po­cią­gnął do góry. Przy­ło­ży­łem dłoń do pul­su­ją­cego po­liczka i z czer­wo­nej plamy na bia­łym kwa­dra­cie na pod­ło­dze wy­wnio­sko­wa­łem, że krwa­wię.

- Kie­dyś bę­dzie le­piej - po­wie­dział, kle­piąc mnie mocno po ple­cach.

- Se­rio? - za­py­ta­łem, bo na­prawdę chcia­łem wie­dzieć. Po­trze­bo­wa­łem wie­dzieć. Wi­dzia­łem to, co mieli bra­cia, i też tego chcia­łem. Im­prezy. Dziew­czyny. Za­rą­bi­ste mo­to­cy­kle.

Odro­bina pie­przo­nego sza­cunku.

Ale w tym mo­men­cie mu­sia­łem wie­dzieć, czy to, przez co każe mi prze­cho­dzić Chop, kie­dyś się opłaci.

- Ja­sne, dzie­ciaku. Je­stem Jo­ker - po­wie­dział, pro­wa­dząc mnie do baru.

- Jo­ker? - za­py­ta­łem. - Je­steś ko­mi­kiem czy kimś w tym stylu?

- Nie, po pro­stu bar­dzo lu­bię filmy z Bat­ma­nem, ale Bat­man nie był do­brą ksywą, więc za­częli mnie na­zy­wać Jo­ker. - Za­śmiał się i upił łyk piwa. - I tak za­wsze wo­la­łem czarne cha­rak­tery. - Dał znać dziew­czy­nie za ba­rem, by po­dała jesz­cze dwie bu­telki. Pod­su­nął mi jedną z nich.

- Nie wi­dzia­łem cię tu wcze­śniej - po­wie­dzia­łem i wzią­łem łyk. To nie było moje pierw­sze piwo. - Znam wszyst­kich, któ­rzy tu przy­cho­dzą.

Wzru­szył ra­mio­nami.

- Stwier­dzi­łem, że skoro na­sze kluby chwi­lowo się ze sobą przy­jaź­nią i mamy coś ra­zem do za­ła­twie­nia, to przyjdę was spraw­dzić - po­wie­dział, ob­ra­ca­jąc się, bym mógł zo­ba­czyć jego ka­mi­zelkę z na­szywką Wolf War­riors.

- Czy w twoim klu­bie też trak­tuje się pro­spek­tów jak gówno? - za­py­ta­łem, sia­da­jąc na stołku. Wy­bra­łem ten, który już zo­stał pod­wyż­szony, że­bym nie mu­siał się ośmie­szać i go pod­no­sić. Może i by­łem po­dobny do ojca tak, jakby zdjął z niego skórę, łącz­nie z blond wło­sami i tymi śmiesz­nymi pie­gami, ale w wieku trzy­na­stu lat by­łem o po­nad po­łowę niż­szy od niego.

- Ja­sne, że tak - po­wie­dział ze śmie­chem i upił piwa. Po­chy­lił się i do­dał ci­szej: - Ale nie trak­tu­jemy tak na­szych sy­nów. Ro­dzina jest wszyst­kim. Za­pa­mię­taj to, dzie­ciaku. Ro­dzina jest tym, o co cho­dzi w ca­łym tym gów­nie -po­wie­dział Jo­ker, wska­zu­jąc bu­telką piwa na wszyst­kich wo­kół.

Do­koń­czy­łem piwo, wsta­łem i od­sta­wi­łem swoją na bar.

- Cóż, sły­sza­łeś szefa. Nie je­stem jego sy­nem.

Ru­szy­łem do wyj­ścia, bo moja zmiana przy bra­mie za­raz miała się za­cząć, ale Jo­ker po­wie­dział coś, przez co za­mar­łem i się od­wró­ci­łem:

- Kiedy przej­miesz wła­dzę, zmie­nisz to. Masz to we krwi. Wszystko na­pra­wisz. Wiem o tym. Wie­rzę w cie­bie.

Zmarsz­czy­łem nos.

- Po­wiedz jesz­cze raz, kim ty w ogóle je­steś - zwró­ci­łem się do ob­cego, który naj­wy­raź­niej wie­dział, kim by­łem i co mi zo­stało prze­zna­czone.

- Je­stem tylko mo­to­cy­kli­stą, który was od­wie­dził, młody. - Po­kle­pał mnie po­cie­sza­jąco po ra­mie­niu. Przyj­rzał mi się w za­my­śle­niu i po­ki­wał głową, jakby utwier­dził się w ja­kimś prze­ko­na­niu, a po­tem wy­szedł.

I ni­gdy wię­cej go nie wi­dzia­łem.

ROZ­DZIAŁ 2

BEAR

W nocy od ścian cel od­bi­jały się echa krzy­ków współ­więź­niów. Więk­szość z tych go­ści za dnia była twar­dzie­lami, a w nocy zmie­niała się w bez­u­ży­teczną papkę. Wy­glą­dało na to, że gdy ga­sną świa­tła, można się nad sobą uża­lać.

Ale ja tak nie ro­bi­łem.

W swo­jej grze by­łem za­równo gra­czem, jak i roz­da­ją­cym karty. Do­kład­nie wi­dzia­łem, ja­kie mam karty, za­nim inni je zo­ba­czyli.

Szcze­gól­nie je­śli cho­dziło o Ti.

Bo­lało mnie wspo­mnie­nie wy­razu jej twa­rzy, gdy za­ło­żyli mi kaj­danki. My­ślała, że były prze­zna­czone dla niej. Jej mina wy­ra­żała zdez­o­rien­to­wa­nie, a oczy wy­szły na wierzch w za­sko­cze­niu. Kiedy za mną za­wo­łała, jesz­cze nie od­wró­ci­łem się, my­śląc, że ni­gdy nie wy­ba­czy mi mo­jego po­stę­po­wa­nia. Ale w końcu zro­bi­łem to, bo nie wie­dzia­łem, kiedy znowu ją zo­ba­czę. Nie spo­dzie­wa­łem się, że wsko­czy na mnie i przy­ci­śnie swoje pełne ró­żowe usta do mo­ich.

Co za usta.

My­śla­łem, że roz­łąka z nią sprawi, że za­po­mnę. Nie o niej, ale o tych wszyst­kich ma­łych szcze­gó­łach. O rze­czach, przez które fa­cet może zwa­rio­wać, gdy nie jest mu dane być z osobą, któ­rej pra­gnie naj­bar­dziej. My­śla­łem, że z cza­sem jej piękna twarz za­cznie za­cho­dzić mgłą i trud­niej mi bę­dzie ją so­bie wy­obra­zić. Że może za­po­mnę, jak nie­sa­mo­wi­cie pach­niała.

Za­po­mnę o jej de­li­kat­nych ję­kach.

O tym, jak jej po­liczki czer­wie­niły się, gdy za­raz miała dojść.

Ale nie. Tak się nie stało.

Tak na­prawdę pa­mię­ta­łem wszystko i to bar­dzo wy­raź­nie. Im dłu­żej o niej my­śla­łem, tym wię­cej szcze­gó­łów so­bie przy­po­mi­na­łem.

Mia­łem bar­dzo dużo wol­nego czasu, więc te­raz w my­ślach wi­dzia­łem ją le­piej, niż gdyby stała przede mną. Przy­po­mnia­łem so­bie to, jak prze­no­siła cię­żar z jed­nej nogi na drugą, kiedy czuła się nie­zręcz­nie. I to, jak przy­gry­zała kciuk, gdy się de­ner­wo­wała.

Ni­gdy wcze­śniej nie po­trze­bo­wa­łem tego, by ja­kaś la­ska była moja. Ale kiedy spró­bo­wa­łem jej przy ogni­sku, wie­dzia­łem, że nie bę­dzie dla mnie od­wrotu. Już ni­gdy. Gdy po raz pierw­szy upra­wia­li­śmy seks w cię­ża­rówce, przy­się­gam, że w gło­wie sły­sza­łem skan­do­wa­nie: "moja", kiedy wcho­dzi­łem i wy­cho­dzi­łem z jej nie­sa­mo­wi­tej cipki.

Je­śli sku­pię się wy­star­cza­jąco mocno, wciąż mogę po­czuć na so­bie jej za­pach.

Czę­sto mu­sia­łem przy­po­mi­nać swo­jemu fiu­towi o tym, gdzie się znaj­do­wa­li­śmy i o gro­żą­cym nam nie­bez­pie­czeń­stwie, bo ła­two było za­tra­cić się we wspo­mnie­niach. My­śleć o jej na­go­ści. Ru­chach. Dy­sze­niu.

Kurwa.

***

Cho­ciaż ła­two po­grą­żyć się we wspo­mnie­niach o niej, trudno za­po­mnieć o nie­bez­pie­czeń­stwie, które cza­iło się za każ­dym ro­giem. W żad­nej celi nie było bez­piecz­nie. Na żad­nym ko­ry­ta­rzu. W żad­nej ła­zience. Na­wet na po­dwórku.

Kiedy Be­thany po­wie­działa mi, że mają wy­star­cza­jąco do­wo­dów, by aresz­to­wać Ti, nie za­mie­rza­łem im na to po­zwo­lić i bez na­my­słu zgo­dzi­łem się za­jąć jej miej­sce. To tylko ko­lejny po­wód, by się pil­no­wać i być przy­go­to­wa­nym na to, że każdy Ba­stard, który my­śli, że może tu przyjść i mnie wy­koń­czyć, sam skoń­czy mar­twy. Ale to i tak nie miało zna­cze­nia. Li­czyło się to, że Ti tu nie tra­fiła.

Nie by­łem w sta­nie spać, więc opar­łem się o kraty celi. Po dru­giej stro­nie, wy­soko na ścia­nie, znaj­do­wało się okno, je­dyne w tej czę­ści wię­zie­nia. Wi­dzia­łem peł­nię księ­życa, czę­ściowo za­sło­niętą przez mgli­ste chmury. To je­dyny sym­bol wol­no­ści, który będę wi­dzieć jesz­cze przez długi czas.

Je­śli w ogóle uda mi się stąd wyjść.

Nie­długo po moim aresz­to­wa­niu pro­ku­ra­tor ogło­sił, że będą ubie­gać się dla mnie o karę śmierci.

Chmury się prze­su­nęły i świa­tło księ­życa oświe­tliło moją celę jak re­flek­tor. Co dziwne, pa­dło na graf­fiti znaj­du­jące się na ścia­nie nad to­a­letą.

Ktoś na­pi­sał tam gru­bym mar­ke­rem słowa: "BE­ACH BA­STARDS, LO­GAN'S BE­ACH".

Wes­tchną­łem. Cho­ciaż to tylko na­pis, to na­wet w mo­jej pie­przo­nej celi nie mo­głem przed nimi uciec. Na ra­zie.

Kie­dyś Be­ach Ba­stards zna­czyli dla mnie wię­cej niż klub mo­to­cy­klowy, a na­wet wię­cej niż dom. Byli braćmi, któ­rych zwią­zała lo­jal­ność. Kie­dyś nic dla mnie nie mo­gło się rów­nać z po­czu­ciem przy­na­leż­no­ści do cze­goś więk­szego i bar­dziej zna­czą­cego niż ja sam. Cze­goś, w co wie­rzy­łem ca­łym sobą.

Po opusz­cze­niu klubu ni­gdy nie są­dzi­łem, że znowu po­czuję coś ta­kiego, ale się my­li­łem. Cho­ciaż te­raz wy­glą­dało to tro­chę ina­czej. Za­miast skóry i ta­tu­aży mia­łem ko­goś o nie­wy­pa­rzo­nym ję­zyku i ciele, które chcia­łem pie­ścić przez każdą se­kundę każ­dego dnia.

Kiedy by­łem człon­kiem Be­ach Ba­stards, ży­łem i od­dy­cha­łem dla na­szego ko­deksu - fun­da­mentu, na któ­rym zo­stał zbu­do­wany klub.

Ko­deks za­pew­niał, że cho­ciaż bra­cia w od­we­cie mogą ci wy­rwać gałki oczne, to nie za­biją two­jej żony i two­ich dzieci.

Nie można krzyw­dzić nie­win­nych.

A po­tem Chop po­ło­żył łapę na mo­jej dziew­czy­nie.

Na mo­jej Thii.

Be­ach Ba­stards przy­po­mi­nali te­raz bar­dziej or­ga­ni­za­cję ter­ro­ry­styczną, która nie wy­zna­wała lo­jal­no­ści, tylko słu­chała roz­ka­zów po­cho­dzą­cych od apo­dyk­tycz­nego, bez­dusz­nego ty­rana. Moi bra­cia byli kie­dyś żoł­nie­rzami, ale gdzieś po dro­dze zmie­nili się w po­słuszne psy trzy­mane przez Chopa na krót­kiej smy­czy. Stali się ban­dy­tami od­wa­la­ją­cymi brudną ro­botę, pod­pi­su­ją­cymi się w ce­lach, w któ­rych prze­sia­dy­wali, i ma­ją­cymi gdzieś do­bro klubu.

Już nie ist­nieje coś ta­kiego jak do­bro klubu.

Bra­ter­stwo rów­nież znik­nęło, a jego miej­sce za­jęła dyk­ta­tura opły­wa­jąca w mo­to­cy­klowy olej i kłam­stwa, spo­wita skórą.

Kiedy zdją­łem swoją ka­mi­zelkę, już nie wie­dzia­łem, kim je­stem. Męż­czy­zna we mnie za­gu­bił się, bo przez wiele lat my­ślał, że jego stary to ja­kimś cu­dem ktoś wię­cej niż tylko zwy­kły śmier­tel­nik, dla­tego że trzy­mał swój mło­tek i roz­ka­zy­wał.

Tak było, póki nie zja­wiła się Ti. To dzięki niej zro­zu­mia­łem, że nie mu­szę na­le­żeć do klubu, by być mo­to­cy­kli­stą.

Że mogę żyć i mogę jeź­dzić.

Że mogę ko­chać i mogę za­bi­jać.

Ci dwaj we mnie - męż­czy­zna i mo­to­cy­kli­sta - strzelą Cho­powi w łeb i za­koń­czą to wszystko, bo wiem, że on nie od­pu­ści, do­póki mnie nie za­bije.

- Ty bę­dziesz pierw­szy, sta­ruszku - wy­mam­ro­ta­łem do sie­bie.

Ko­deks mó­wił, że brat nie może za­bić brata.

Na szczę­ście ja już nie je­stem człon­kiem klubu, bo gdy -lub je­śli - wy­do­stanę się z tej celi, krzywda, jaką wy­rzą­dzili mi Eli i jego pizdy, przy tym, co za­mie­rzam zro­bić mo­jemu sta­rusz­kowi, bę­dzie wy­glą­dać jak zwy­kła za­bawa.

Jest jesz­cze kwe­stia tego, że moja matka na­gle wró­ciła z kra­iny zmar­łych.

Sa­die.

Moja matka miała na imię Sa­die Treme. Z ja­kie­goś po­wodu nie pa­mię­ta­łem o tym, do­póki nie usia­dłem przed nią w po­koju wi­zyt, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kim cu­dem żyje.

Ta suka mo­gła cho­ciaż wy­świad­czyć mi przy­sługę i po­zo­stać mar­twa.

Nie ufa­łem jej.

Mia­łem wy­star­cza­jąco dużo wła­snych pro­ble­mów i nie mu­sia­łem się mar­twić ko­bietą, która mnie uro­dziła i wró­ciła do świata ży­wych.

Przez te wszyst­kie lata nie­czę­sto po­zwa­la­łem so­bie o niej my­śleć. Chop mó­wił, że była zdraj­czy­nią, więc w to uwie­rzy­łem. W klu­bie nie ma miej­sca dla kre­tów, i nie ma go rów­nież w świe­cie ży­wych.

- Gdy zła­pie się kreta, nie można dać mu dru­giej szansy. Jest szkod­ni­kiem, a je­dyny do­bry kret to mar­twy kret -po­wie­dział tak, gdy przy­ła­pał Sa­die na ucieczce z Lo­gan's Be­ach, sie­dząc ze mną na tyl­nym sie­dze­niu, kilka go­dzin przed tym, jak za­cią­gnął ją do lasu i za­bił ni­czym pie­przo­nego dzi­kiego psa.

Co dziwne, nie pa­mię­tam, że­bym wtedy pła­kał. Syn po­wi­nien pła­kać, gdy jego matka umrze, prawda? Wy­si­la­łem umysł, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć cho­ciaż jedną łzę, ale nie zna­la­złem ta­kiego wspo­mnie­nia.

Pa­mię­ta­łem jed­nak inne rze­czy, jak na przy­kład to, że wów­czas jej brą­zowe włosy nie­mal do­ty­kały ta­lii. Albo to, jak jej piwne oczy roz­świe­tlały się, kiedy mój stary po­świę­cił jej cho­ciaż tro­chę uwagi. Pa­mię­ta­łem, że ni­gdy nie ma­lo­wała oczu, ale jej usta za­wsze były krwi­sto­czer­wone. Przy­po­mniało mi się też, że ni­gdy nie śpie­wała mi ko­ły­sa­nek, ale za­wsze nu­ciła me­lo­die pio­se­nek Ta­nyi Tuc­ker i Way­lona Jen­ningsa.

Te wspo­mnie­nia nie mo­gły do­ty­czyć tej sa­mej Sa­die, która sie­działa przede mną w po­koju od­wie­dzin. Nie, ko­bieta, która wy­krę­cała so­bie palce ze zde­ner­wo­wa­nia i cią­gle pa­trzyła na swoje ko­lana, była tylko sko­rupą wol­nego du­cha, który kie­dyś tań­czył do pio­senki Wil­liego Nel­sona, nie­ustan­nie pusz­cza­nej na klu­bo­wej sza­fie gra­ją­cej.

Żyła i od­dy­chała, ale była ja­kaś dziwna. Może to przez te za­pad­nięte po­liczki lub bladą cerę. A może cho­dziło o to, że spra­wiała wra­że­nie po­ko­na­nej. Za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy mój stary rze­czy­wi­ście w pe­wien spo­sób jej nie za­bił.

Sa­die i Chop zo­stali parą, gdy miała tylko szes­na­ście lat. Ucie­kła z domu i stała się klu­bową dziwką. Znik­nęła pięć lat po mo­ich na­ro­dzi­nach i tyle.

A jed­nak tu była. Nie­mal dwa­dzie­ścia pięć lat póź­niej sie­działa na­prze­ciwko mnie, przy­glą­da­jąc mi się z otwar­tymi ustami, jak­bym to ja był du­chem, który sie­dzi przy tym pie­przo­nym stole.

- Co ty tu­taj ro­bisz? - za­py­ta­łem, nie wie­dząc, co in­nego mógł­bym po­wie­dzieć ani czy w ogóle chcę z nią roz­ma­wiać.

- Szcze­rze? My­śla­łam, że wiem, a gdy tu przy­szłam, oka­zało się, że jed­nak nie mam po­ję­cia - po­wie­działa sła­bym gło­sem, za­gry­za­jąc wargę i pa­trząc wszę­dzie, byle nie na mnie.

- My­śla­łem, że nie ży­jesz - od­par­łem, stwier­dza­jąc to, co oczy­wi­ste.

Po­ki­wała głową.

- Ja też tak my­śla­łam. Oka­zuje się, że się my­li­łam.

- Co masz przez to na my­śli? - By­łem już zmę­czony nie­kon­kret­nymi od­po­wie­dziami, tym bar­dziej że przez nie na­su­wało mi się jesz­cze wię­cej py­tań.

- To, że twój oj­ciec po­cią­gnął za spust i my­śla­łam, że umar­łam. By­łam za­sko­czona tym, że żyję, tak samo jak ty te­raz. I zo­sta­łam gdzieś za­mknięta. - Zła­pała grzbiet nosa dwoma pal­cami. - Nie znam szcze­gó­łów. Ucie­kłam, ale tak na­prawdę na­wet nie pa­mię­tam jak. Gdy tylko mój umysł za­czął się roz­ja­śniać, po­sta­no­wi­łam cię od­szu­kać.

- My­ślisz, że Chop prze­trzy­my­wał cię gdzieś przez ten cały czas?

Sa­die po­ki­wała głową.

- Tak, ale nie wiem gdzie.

- Jak to, kurwa, moż­liwe, że przez dwa­dzie­ścia lat nie wie­dzia­łaś, gdzie je­steś? Nie są­dzisz, że to tro­chę po­je­bane?

Sa­die po­ło­żyła rękę na stole wnę­trzem dłoni do góry i pod­cią­gnęła rę­kaw. Jej przed­ra­mię po­kry­wały małe, okrą­głe bli­zny, od ró­żo­wych po białe.

- Wiem, że to nie­wia­ry­godne - po­wie­działa, w końcu pa­trząc mi w oczy. - Ale taka jest prawda.

- Po­wiedzmy, że tak jest. Ale na­dal po­zo­staje py­ta­nie, dla­czego on to w ogóle zro­bił - wy­tkną­łem. - Chop za­wsze ma ja­kiś po­wód, na­wet naj­bar­dziej po­pie­przony. A to? -za­py­ta­łem, wska­zu­jąc na jej ra­mię. Ob­cią­gnęła rę­kaw. -Ja­koś ża­den po­wód nie przy­cho­dzi mi na myśl.

- W tej chwili nie ma zna­cze­nia, dla­czego to się stało, Abel. To już nie jest ważne. Szu­ka­nie od­po­wie­dzi nie po­zwala mi pójść na­przód.

- A więc dla­czego jesz­cze tego nie zro­bi­łaś? Po co tu przy­szłaś? My­ślisz, że Chop nie do­wie się, że tu by­łaś? On ma swo­ich lu­dzi wszę­dzie. A może za­po­mnia­łaś o tym, bo przez dwa­dzie­ścia pięć lat ży­łaś w za­mknię­ciu, na­ćpana? -po­wie­dzia­łem sar­ka­stycz­nie, kpiąc z jej nie­wia­ry­god­nej hi­sto­rii. Ta suka mo­gła być ćpunką, która nie­dawno prze­szła od­wyk i po pro­stu chciała mieć ja­kąś wy­mówkę na swoją nie­obec­ność w moim ży­ciu, która trwała pra­wie trzy de­kady.

Dzyń, dzyń, skur­wielu. Chop ją po­strze­lił. Wró­ciła. Po­wie­działa wszyst­kim, że była mar­twa. Jak dla mnie wy­gląda na żywą, więc je­śli na­wet jej hi­sto­ria nie jest praw­dziwa, to twój stary i tak ma­czał w tym palce, wtrą­cił się duch Preppy'ego. Od­kąd po­zna­łem Ti, sły­sza­łem go rza­dziej, ale cie­szy­łem się, że ten mały su­kin­kot wciąż jest przy mnie. Opar­łem łok­cie na stole i za­kry­łem usta rę­kami, by ukryć uśmiech.

Preppy miał ra­cję, ale w ża­den spo­sób nie do­wiem się, czy Sa­die po­wie­działa prawdę. Dłu­gie tor­tury są w stylu Chopa, ale dla­czego miałby kła­mać w kwe­stii matki? W tej hi­sto­rii cho­dziło o coś wię­cej, jed­nak nie wie­dzia­łem, czy Sa­die kła­mała, czy na­prawdę nic nie pa­mię­tała.

Od­chrząk­nęła, a ja sku­pi­łem wzrok na jej dłu­gich wło­sach, które okrę­cała wo­kół dłoni. Wy­glą­dały na tro­chę dłuż­sze niż te z mo­jego wspo­mnie­nia, się­gały ta­lii i były nie­mal czarne, z si­wymi pa­smami. Zmarszczki wo­kół jej oczu się po­głę­biły, nie miała czer­wo­nej szminki na ustach ani żad­nego in­nego ma­ki­jażu.

- Wpi­sa­łam się na li­stę od­wie­dza­ją­cych, uży­wa­jąc in­nego na­zwi­ska. Poza tym po wyj­ściu stąd zniknę. Na za­wsze. Po pro­stu... mu­sia­łam tu przyjść. Tak my­ślę. Mu­sia­łam cię naj­pierw zo­ba­czyć, za­nim odejdę na do­bre. - Za­częła sku­bać pa­znok­cie.

Już nie mu­sia­łem ukry­wać uśmie­chu, bo znik­nął tak szybko, jak się po­ja­wił.

- Czego się spo­dzie­wa­łaś? Że cię przy­tulę i po­wiem: "Tę­sk­ni­łem za tobą, ma­mu­siu"? - Opar­łem się na krze­śle i skrzy­żo­wa­łem ra­miona na piersi.

Prze­su­nęła pal­cem po dłu­giej, nie­wy­raź­nej bliź­nie na czole, która prze­ci­nała li­nię jej wło­sów. Po­krę­ciła głową.

- Nie, nie po to cię od­wie­dzi­łam. Przyj­ście tu­taj było sa­mo­lubne z mo­jej strony, ale mu­sia­łam to zro­bić. Mu­sia­łam ci po­wie­dzieć, jaką krzywdę mi wy­rzą­dził. Mu­sisz wie­dzieć, co z niego za czło­wiek.

- Do­sko­nale wiem, ja­kim czło­wie­kiem jest mój oj­ciec -po­wie­dzia­łem, po­chy­la­jąc się w jej stronę.

Sa­die po­ru­szyła się nie­spo­koj­nie na krze­śle.

- My­ślę, że on na­prawdę to zro­bił. Utrzy­my­wał mnie przy ży­ciu, bo uwa­żał, że zdra­dzi­łam klub, ale tak nie było. Może my­ślał, że śmierć nie jest wy­star­cza­jącą karą. Za­bi­cie mnie by mu nie wy­star­czyło, chciał ode­brać mi ży­cie i spra­wić, że będę cier­piała bez końca. - Sa­die po­cią­gnęła no­sem, a ja za­uwa­ży­łem, że jej oczy zro­biły się wil­gotne. - Wiesz co? Mo­dlę się do Boga, że­bym ni­gdy nie przy­po­mniała so­bie, co tak na­prawdę się stało. Mo­dlę się o to, by to już za­wsze po­zo­stało ta­jem­nicą. - Od­su­nęła krze­sło od stołu, szu­ra­jąc nim po li­no­leum, ale nie wstała. - Bo coś mi mówi, że nie zro­bił mi nic do­brego. - Otarła po­li­czek wierz­chem dłoni i na­gle po­wró­ciło jej pu­ste spoj­rze­nie. Prze­stała po­cią­gać no­sem.

- Po co to prze­bra­nie? - za­py­ta­łem, wska­zu­jąc na ja­sno­nie­bie­ski far­tuch, który miała na so­bie.

Spoj­rzała na niego i zła­pała za ma­te­riał.

- Je­śli ktoś bę­dzie py­tać o two­jego go­ścia, je­śli Chop się do­wie, mam na­dzieję, że dzięki temu będą szu­kać pie­lę­gniarki.

- Po co w ogóle tak ry­zy­ko­wa­łaś?

Sa­die zi­gno­ro­wała moje py­ta­nie. Wes­tchnęła i spoj­rzała mi w twarz.

- Masz jego oczy - po­wie­działa, przy­glą­da­jąc się im. Po­ru­szy­łem się nie­spo­koj­nie na twar­dym pla­sti­ko­wym krze­śle. - Bar­dzo go przy­po­mi­nasz. Tuż po po­ro­dzie mia­łam na­wet wra­że­nie, że je­steś nim.

- Nie je­stem taki jak on - wark­ną­łem.

- Ale tra­fi­łeś do wię­zie­nia - opo­no­wała.

- Zna­la­złem się tu­taj, bo tak wy­bra­łem. Nie pró­buj tego prze­ina­czać w tym swoim na­ćpa­nym umy­śle. Nie znasz mnie. Nie wiesz, ja­kich złych rze­czy się do­pu­ści­łem. Ale nie wiesz też, na­wet so­bie nie wy­obra­żasz, co do­brego zro­bi­łem.

- Zro­bi­łeś to dla dziew­czyny - po­wie­działa. To nie było py­ta­nie. Ką­cik jej ust uniósł się w uśmie­chu.

- A je­śli tak, to co?

- To zna­czy, że może jed­nak je­steś czło­wie­kiem - wy­tknęła. Wy­glą­dała na roz­luź­nioną, jakby nowe od­kry­cie ją usa­tys­fak­cjo­no­wało. - Bez wąt­pie­nia masz to po mnie i mo­jej ro­dzi­nie.

- Ro­dzi­nie? - za­py­ta­łem, pry­cha­jąc, gdy usły­sza­łem swo­bodny ton, ja­kim wy­po­wie­działa to słowo, któ­rego na­wet nie ro­zu­miała.

- Ja je­stem twoją ro­dziną - od­parła. - Po pro­stu chcia­łam...

- Już mam ro­dzinę - prze­rwa­łem jej. - Ty nie masz prawa nią być.

- Mó­wisz o An­drii? - za­py­tała.

Nie po­do­bał mi się spo­sób, w jaki wy­po­wie­działa imię mo­jej przy­rod­niej sio­stry, jakby ją ono obrzy­dzało. An­dria na­le­żała do mo­jej ro­dziny, cho­ciaż nie wi­dzia­łem jej od lat. Była wy­ni­kiem prze­lot­nego ro­mansu Chopa z kel­nerką z Geo­r­gii. An­dria po­winna dzię­ko­wać wszech­świa­towi, że nie uro­dziła się jako chło­piec, bo mam prze­czu­cie, że gdyby jed­nak uro­dziła się z fiu­tem, to no­si­łaby te­raz ka­mi­zelkę tak jak ja.

- Tak, ale nie o niej mó­wi­łem.

Znowu wbiła wzrok w swoje ko­lana.

- Mój Abel. Mój chło­piec. My­ślę, że po­win­ni­śmy...

- McA­dams! - za­grzmiał głę­boki głos. - Ko­niec czasu. Wsta­waj - na­ka­zał straż­nik. Po­cią­gnął za opar­cie mo­jego krze­sła, zmu­sza­jąc mnie do po­słu­szeń­stwa.

- Mu­sisz wie­dzieć, że ja już nie na­leżę do gangu Be­ach Ba­stards - po­wie­dzia­łem do du­cha mo­jej matki. - Zdją­łem ka­mi­zelkę i rzu­ci­łem ją pod nogi tego skur­wiela. Może nie je­stem po­two­rem, ale je­stem mar­twym czło­wie­kiem, więc to chyba do­brze, że przy­szłaś się ze mną zo­ba­czyć, na­wet je­śli nie wiesz, dla­czego to zro­bi­łaś. - Wsta­łem, szu­ra­jąc pla­sti­ko­wym krze­słem. Za­sko­czy­łem ją, bo spoj­rzała na mnie tymi du­żymi piw­nymi oczami peł­nymi smutku i na­iw­no­ści, jakby wciąż była na­sto­latką, która uro­dziła mnie nie­mal trzy­dzie­ści lat temu. - Przyj­rzyj mi się do­brze, póki jesz­cze mo­żesz, mamo - po­wie­dzia­łem, pod­kre­śla­jąc ostat­nie słowo i roz­kła­da­jąc ręce tak sze­roko, jak po­zwo­liły mi na to kaj­danki. - Bo to może być twój ostatni raz.

Straż­nik po­cią­gnął za łań­cuch łą­czący moje kaj­dany i od­cią­gnął mnie od Sa­die.

Od mo­jej matki. Na­wet my­śle­nie o niej jako matce było nie­wła­ści­wie.

Zro­zu­mia­łem wtedy, że ja już mam matkę, mimo że tak się do niej nie zwra­cam, i tylko ona za­słu­guje na ten ty­tuł.

- Och - krzyk­ną­łem do Sa­die po­nad ra­mie­niem. - Mo­żesz znik­nąć, bo ja już mam mamę. Na imię jej Grace.

- Grace? - za­py­tała Sa­die, wy­glą­da­jąc na tak zdez­o­rien­to­waną, jak ja, gdy ją tu zo­ba­czy­łem.

Straż­nik wy­pro­wa­dził mnie z po­koju i za­cią­gnął do celi. Nie wiem, dla­czego czu­łem po­trzebę, by oka­zać jej taką nie­na­wiść, ale może to dla­tego, że wró­ciła, a jej pierw­szym in­stynk­tem była ucieczka. Może dla­tego, że nie­za­leż­nie od wszyst­kiego, fak­tem po­zo­sta­wało, że po­zwo­liła Cho­powi się znisz­czyć.

Jedna rzecz była pewna - nie­za­leż­nie od tego, co ten skur­wy­syn mi zro­bił, ja się nie dam znisz­czyć.

ROZ­DZIAŁ 3

BEAR

Trzy­dzie­ści mi­nut po wi­zy­cie Sa­die wy­sze­dłem na po­dwórko. My­śla­łem o na­szej roz­mo­wie do­ty­czą­cej ro­dziny i wtedy coś do mnie do­tarło.

Mar­twi nie mają ro­dzin.

Na­gle ude­rzyła mnie myśl, jak kula pro­sto w serce (do czego już kilka razy pra­wie do­szło), że ni­gdy nie będę mieć ro­dziny z Ti, ni­gdy nie zo­ba­czę, jak nosi moje dziecko.

Za­krę­ciło mi się w gło­wie od tej nie­chcia­nej my­śli i nie ob­ser­wo­wa­łem już po­dwórka w po­szu­ki­wa­niu po­ten­cjal­nych za­gro­żeń, jak po­wi­nie­nem był ro­bić. Je­dy­nym człon­kiem klubu, któ­rego spo­tka­łem, od­kąd mnie tu za­mknięto, był Corp, ale bio­rąc pod uwagę stan, w ja­kim go zo­sta­wi­łem, wie­dzia­łem, że przez ja­kiś czas nie bę­dzie dla mnie za­gro­że­niem.

I nie bę­dzie też mógł jeść bez po­mocy słomki.

Ale oni nad­cho­dzili. Wie­dzia­łem o tym do­sko­nale. Nie­mal czu­łem to w po­wie­trzu.

- Wy­glą­dasz, jak­byś po­trze­bo­wał jed­nego - ode­zwał się ktoś za mną.

Otrzą­sną­łem się z my­śli o Ti i zo­ba­czy­łem czar­nego go­ścia mniej wię­cej o moim wzro­ście, ale dwa razy więk­szego. Jego kom­bi­ne­zon był roz­darty w oko­licy koł­nie­rza i ra­mion, by zro­bić miej­sce dla jego na­pa­ko­wa­nych mię­śni.

- Dzięki - po­wie­dzia­łem nie­pew­nie, się­ga­jąc po pa­pie­rosa, gdy wy­cią­gnął paczkę w moją stronę. Stwier­dzi­łem, że gdyby ten fa­cet zo­stał tu przy­słany, by mnie za­bić, to już by to zro­bił. Pew­nie wy­star­czy­łoby, że ści­snąłby mi głowę mię­dzy swoim przed­ra­mie­niem a bi­cep­sem.

Nie­zna­jomy pod­pa­lił za­pałkę, zwi­nął dłoń wo­kół pło­mie­nia, bym mógł z niego sko­rzy­stać, a po­tem sam przy­ło­żył za­pałkę do swo­jego pa­pie­rosa, zga­sił ją i wy­rzu­cił na trawę. Po­ło­żył paczkę na stole, mó­wiąc:

- Za­cho­waj je.

- Dzięki - po­wie­dzia­łem. Cho­ciaż by­łem cał­kiem pewny, że nie chciał mnie za­bić, mia­łem dość scep­tyczne na­sta­wie­nie w sto­sunku do lu­dzi, któ­rzy chęt­nie wy­świad­czali przy­sługi w wię­zie­niu. Przy­sługi za­wsze mają swoją cenę.

- Je­stem Mil­ler - po­wie­dział nie­zna­jomy. - Nasz wspólny przy­ja­ciel po­pro­sił mnie, bym miał na cie­bie oko.

- Przy­ja­ciel? Cóż, to za­węża krąg, bo ostat­nimi czasy nie mam ich zbyt wielu - przy­zna­łem.

Mil­ler usiadł okra­kiem na pla­sti­ko­wej ławce przy stole, która ugięła się pod jego cię­ża­rem.

- To ważne, by mieć przy­ja­ciół w ta­kim miej­scu jak to. Sły­sza­łem plotkę, że grupa mo­to­cy­kli­stów zo­stała ska­zana za ja­kąś bzdurę i nie­długo tu bę­dzie. Nasz przy­ja­ciel uznał, że to z two­jego po­wodu. - Jego głos był tak głę­boki, że nie­mal od­bi­jał się echem, gdy mó­wił. Za­cią­gnął się długo pa­pie­ro­sem. - Nasz wspólny przy­ja­ciel po­mógł mi, gdy by­łem w wię­zie­niu w Geo­r­gii. Je­stem mu winny przy­sługę. Cho­lera, je­stem mu na­wet winny dwa­dzie­ścia przy­sług. Stwier­dzi­łem, że po­wstrzy­ma­nie grupy bia­łych Be­ach Bun­nies, czy jak wy się, kurwa, na­zy­wa­cie, przed po­cię­ciem cię to nic w po­rów­na­niu z tym, co on zro­bił dla mnie.

- Chyba już nie mu­szę zga­dy­wać, kim jest ten nasz wspólny zna­jomy - od­par­łem, bio­rąc ostat­niego bu­cha i ga­sząc pa­pie­rosa na bla­cie stołu.

King od­sie­dział trzy lata w sta­no­wym wię­zie­niu w Geo­r­gii. Mil­ler wstał, a na ławce po­zo­stał po nim od­cisk.

Zga­sił pa­pie­rosa na stole.

- Prze­ka­zał mi dla cie­bie wia­do­mość.

- Jaką?

Mil­ler osło­nił oczy przed słoń­cem.

- Po­wie­dział, że masz nie dać się za­bić i że dziew­czyna jest bez­pieczna.

Dzięki Bogu. To ozna­czało, że King za­wiózł ją do domu przy sa­dzie i że ob­stawa, którą jej za­pew­ni­łem, była przy niej. Ti nie mo­gła za­miesz­kać w domu Kinga. Mimo że w wię­zie­niu sta­no­wi­łaby ła­twiej­szy cel, wciąż jej coś gro­ziło, a gdy jej nie chro­ni­łem, ro­dzina Kinga była w więk­szym nie­bez­pie­czeń­stwie niż kie­dy­kol­wiek. Po­wie­dzia­łem Kin­gowi, żeby za­brał ją do domu, bo moje ze­zna­nie nie bę­dzie wy­glą­dać do­brze, je­śli pro­ku­ra­tor w ja­kiś spo­sób nas ze sobą po­wiąże. Na­wet je­śli King miał inne zda­nie na ten te­mat, wie­dzia­łem, że bę­dzie się upie­rał, by zo­stała u niego, ale nie mo­głem go o to pro­sić po tym wszyst­kim, co dla mnie zro­bił.

- Chyba przy­sze­dłem w porę - po­wie­dział Mil­ler, ski­nąw­szy głową w stronę ogro­dze­nia po dru­giej stro­nie po­dwórka.

Wsta­łem i od­wró­ci­łem się w chwili, gdy brama się otwo­rzyła i do środka we­szło trzech męż­czyzn.

Trzech mo­ich by­łych braci.

ROZ­DZIAŁ 4

THIA

W wieku dzie­się­ciu lat

Przez dwie go­dziny prze­ko­ny­wa­łam Bucky'ego, by po­je­chał ze mną do lom­bardu od­da­lo­nego o pra­wie dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów. Przez pięć mi­nut sta­łam obok niego i ko­pa­łam ka­mie­nie stopą, a po­tem po­wie­dzia­łam mu, że dam mu moją naj­lep­szą wędkę, je­śli się w końcu zgo­dzi.

- Ile za to do­stanę? - za­py­ta­łam wy­so­kiego za­nie­dba­nego męż­czy­znę o od­sta­ją­cych uszach. Sta­nę­łam na pal­cach, by oprzeć się o po­ry­so­waną szklaną ga­blotę, która ro­biła za ladę, i rzu­ci­łam fa­ce­towi moją naj­lep­szą minę pod ty­tu­łem: "Przy­szłam tu w po­waż­nych in­te­re­sach".

Pra­cow­nik lom­bardu miał pla­kietkę z imie­niem Troy. Spoj­rzał na mnie z unie­sioną brwią, jakby ni­gdy nie wi­dział w lom­bar­dzie dzie­się­cio­latki, która pró­buje się tar­go­wać.

- Kurde, Thia, co ty wy­pra­wiasz? - za­py­tał Bucky. Ode­rwał wzrok od mo­deli sa­mo­cho­dów na wy­sta­wie i do­łą­czył do mnie.

Kiedy na­mó­wi­łam go na prze­jażdżkę do Lo­gan's Be­ach, za­po­mnia­łam wspo­mnieć, dla­czego tak bar­dzo chcia­łam tam je­chać. Bucky wy­trzesz­czył oczy w prze­ra­że­niu, gdy zo­ba­czył, co po­ło­ży­łam na la­dzie.

- To sprzączka z ini­cja­łami Don­niego Mcrawa, Thia! Nie mo­żesz jej sprze­dać!

- Jest moja, więc mogę z nią zro­bić to, co chcę - od­par­łam.

Wy­gra­łam tę sprzączkę, gdy w ze­szłym roku wzię­łam udział w ro­deo w La­Belle z Buc­kym i jego oj­cem. Cóż, nie do końca wy­gra­łam, bo by­łam je­dyną ośmio­latką, która chciała spró­bo­wać ujeż­dżać owce, ale i tak do­sta­łam na­grodę za do­bre chęci.

- No i? - Od­wró­ci­łam się do Troya, który trzy­mał w dłoni sprzączkę.

Obej­rzał ją z każ­dej strony i ude­rzył nią o blat.

- Jest pu­sta - wy­tknął Troy. Wziął szkło po­więk­sza­jące, przy­ło­żył je do oka i obej­rzał sprzączkę.

- Nie po­trze­buję pie­nię­dzy. Chcę się tylko wy­mie­nić -oznaj­mi­łam. - Na to. - Wska­za­łam na łań­cu­szek znaj­du­jący się w ga­blo­cie.

Troy na­wet nie spoj­rzał, na co wska­za­łam.

- Ta sprzączka jest tylko po­kryta sre­brem. Nie ma zbyt wiel­kiej war­to­ści. Prze­pra­szam, nic nie mogę dla cie­bie zro­bić - od­po­wie­dział Troy, wyj­mu­jąc z ust wy­ka­łaczkę i ce­lu­jąc nią we mnie.

- Po co w ogóle ci ten łań­cu­szek? - za­py­tał Bucky.

Wes­tchnę­łam, bo jego py­ta­nia za­czy­nały mnie iry­to­wać.

- Mam coś, co chcia­ła­bym na nim za­wie­sić. To wszystko. -Sta­nę­łam na ziemi na pła­skich sto­pach, a Troy prze­su­nął sprzączkę w moją stronę, do­da­jąc ko­lejną rysę do szkla­nego blatu.

- Co chcesz na tym za­wie­sić? - do­py­ty­wał Bucky.

- Nic ta­kiego - od­par­łam, ku­ląc ra­miona, za­wie­dziona. Ostatni raz spoj­rza­łam na łań­cu­szek za ga­blotą i od­wró­ci­łam się w stronę przy­ja­ciela.

- Po­wiedz! - za­żą­dał.

Się­gnę­łam do kie­szeni i wy­ję­łam pier­ścio­nek z czaszką, by mu go po­ka­zać. Szybko wło­ży­łam przed­miot z po­wro­tem, bo nie chcia­łam, by się zgu­bił.

- Skąd to masz? - za­py­tał na­gle Troy, wy­cią­ga­jąc swoje tycz­ko­wate ciało nad ladą tak bar­dzo, jak tylko był w sta­nie, opie­ra­jąc się o nią.

- Nie mogę po­wie­dzieć - od­par­łam, ma­jąc ochotę wy­tknąć ję­zyk w jego stronę. - Chodź, Bucky. - Zła­pa­łam go za ra­mię i od­wró­ci­li­śmy się do drzwi.

- Za­cze­kaj! - za­wo­łał Troy. - Za bar­dzo się po­spie­szy­łem. Wy­glą­da­cie na miłe dzie­ciaki. Wy­miana sprzączki na łań­cu­szek wy­daje się spra­wie­dliwa.

- Na­wet nie wi­dzia­łeś, który łań­cu­szek wska­za­łam -po­wie­dzia­łam, krzy­żu­jąc ręce na piersi.

Troy po­krę­cił głową.

- W su­mie to nie ma zna­cze­nia. Za­cho­waj sprzączkę. I tak mamy za dużo łań­cusz­ków, więc po­każ mi, który chcia­łaś. - Troy otwo­rzył ga­blotę i wziął łań­cu­szek wska­zany przeze mnie. Rzu­cił go w moją stronę, jakby przed­miot miał mu od­gryźć rękę. Łań­cu­szek upadł na pod­łogę, a ja go szybko pod­nio­słam, otrze­pu­jąc z brudu.

- Na pewno?

- Tak - po­wie­dział Troy, ma­cha­jąc na nas ręką. -A te­raz spa­daj­cie. Je­śli ktoś za­pyta, po­wiedz­cie, że Troy z Pre­mier Pawn był dla was do­bry, okej? Mu­si­cie to po­wie­dzieć.

- Ja­sne - od­par­łam, cho­ciaż nie są­dzi­łam, by kto­kol­wiek miał mnie py­tać o moją wy­cieczkę do lom­bardu.

Troy po­ki­wał go­rącz­kowo głową. Po­my­śla­łam, że za­raz mu od­pad­nie.

- To do­brze. A te­raz idź­cie. - Mach­nął na nas ręką i z trza­skiem za­mknął ga­blotę.

Wy­szli­śmy. Bucky dep­tał mi po pię­tach, gdy okrą­ża­li­śmy bu­dy­nek i szli­śmy w stronę miej­sca, gdzie zo­sta­wi­li­śmy ro­wery oparte o ścianę.

Wy­ję­łam z kie­szeni pier­ścień z czaszką i prze­wie­si­łam go przez mój nowy łań­cu­szek, który po­tem za­ło­ży­łam na szyję. Scho­wa­łam bi­żu­te­rię pod ko­szulką z na­pi­sem: "Fu­ture Far­mers of Ame­rica".

- Masz za­miar mi po­wie­dzieć, co to jest? - za­py­tał przy­ja­ciel, gdy pod­nie­śli­śmy na­sze ro­wery.

- To mój se­kret - po­wie­dzia­łam z prze­bie­głym uśmie­chem. Prawda była taka, że bar­dzo chcia­łam po­wie­dzieć o tym Bucky'emu, od­kąd Bear i jego przy­ja­ciele za­trzy­mali się w Stop-N-Go, ale mu­sia­łam za­cze­kać, aż znaj­dziemy się poza za­się­giem uszu lu­dzi z ma­łego mia­steczka lu­bią­cych plot­ko­wać.

A w Jes­sep wszy­scy to lu­bili.

- Po­tra­fię do­cho­wać ta­jem­nicy - za­pew­nił Bucky, idąc obok mnie, gdy pro­wa­dzi­li­śmy ro­wery w stronę ulicy.

Za­trzy­ma­łam się i od­wró­ci­łam w jego stronę, uno­sząc za­krzy­wiony mały pa­lec.

- Naj­pierw mu­sisz obie­cać na mały pa­lec i do­piero wtedy ci po­wiem, ale ro­bię to tylko dla­tego, że je­steś moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i wiem, że ni­komu nie po­wiesz.

- Je­stem twoim je­dy­nym przy­ja­cie­lem - przy­po­mniał mi Bucky, prze­wra­ca­jąc oczami.

- Nie zmu­szaj mnie, bym ci przy­ło­żyła, Bucky - od­par­łam.

Może i był ode mnie star­szy, ale jak na swój wiek nie grze­szył wzro­stem. Z tego po­wodu dzie­ciaki się z niego na­bi­jały, tak samo jak z mo­ich ró­żo­wych wło­sów. W dru­giej kla­sie po­łą­czyło nas by­cie wy­rzut­kami i szybko zo­sta­li­śmy przy­ja­ciółmi. A te­raz mie­li­śmy zło­żyć przy­sięgę, naj­bar­dziej świętą i po­ważną przy­sięgę na świe­cie, że­bym mo­gła mu opo­wie­dzieć o nie­bie­sko­okim męż­czyź­nie z ta­tu­ażami, który wszystko zmie­nił.

Bucky za­ha­czył swoim ma­łym pal­cem o mój.

- Mu­sisz obie­cać, że ni­komu o tym nie po­wiesz, a gdy już bę­dziesz stary i osi­wie­jesz, za­bie­rzesz ten se­kret ze sobą do grobu i nie po­wiesz na­wet du­chom - po­wie­dzia­łam.

Bucky po­ki­wał głową, po­trzą­snął moim ma­łym pal­cem i splu­nął na zie­mię, przy­pie­czę­to­wu­jąc na­szą obiet­nicę.

- Obie­cuję, a te­raz ga­daj, Pinky - ode­zwał się śpiew­nym gło­sem, uży­wa­jąc znie­na­wi­dzo­nego przeze mnie prze­zwi­ska.

Tym ra­zem wy­tknę­łam ję­zyk, gdy opu­ści­li­śmy ręce.

Kiedy zna­leź­li­śmy się na głów­nej dro­dze, nie wsie­dli­śmy na ro­wery. Za­miast tego pro­wa­dzi­li­śmy je obok sie­bie. Wy­cią­gnę­łam pier­ścień zza ko­szulki, by Bucky mógł go zo­ba­czyć, i ob­ró­ci­łam go, po­ka­zu­jąc czaszkę z każ­dej strony.

- Czy to praw­dziwy dia­ment?

- Chyba tak - od­par­łam, nie mo­gąc ukryć sze­ro­kiego uśmie­chu, który po­ja­wił się na mo­jej twa­rzy.

- A więc skąd go masz? - za­py­tał.

- To obiet­nica - od­par­łam, uno­sząc łań­cu­szek.

- Coś jak obiet­nica na mały pa­lec?

Po­krę­ci­łam głową.

- Nie, to coś po­tęż­niej­szego.

- Skąd go masz? Ukra­dłaś? Wy­gląda, jakby był wart kupę kasy. - Wy­cią­gnął rękę, by go do­tknąć, ale wtedy ja scho­wa­łam pier­ścień pod ko­szulkę.

- Nie, nie ukra­dłam go - po­pra­wi­łam. - Do­sta­łam.

Dra­ma­tyczna ci­sza się prze­cią­gała, Bucky wzru­szył ra­mio­nami i mach­nął ręką.

- Od kogo? Masz za­miar mi po­wie­dzieć czy nie?

Po­kle­pa­łam pier­ścień przez ko­szulkę, przy­po­mi­na­jąc so­bie dzień, gdy Bear po­ja­wił się w moim ży­ciu. Pod­eks­cy­to­wana mo­głam tro­chę na­cią­gnąć fakty, jed­nak wtedy nie by­łam świa­doma tego, jak bar­dzo moje słowa były praw­dziwe.

- Do­sta­łam go od naj­więk­szego i naj­sil­niej­szego męż­czy­zny na świe­cie. Mógł to dać każ­demu, ale wy­brał mnie. To ozna­cza, że je­ste­śmy ze sobą zwią­zani... na za­wsze.

- Na za­wsze? - Głos mo­jego przy­ja­ciela był wy­soki, jak­bym ude­rzyła go w klej­noty.

I wła­śnie wtedy mi­nął nas star­szy męż­czy­zna ja­dący na po­tęż­nym srebr­nym mo­to­cy­klu z wy­soką przed­nią szybą. Drobna ko­bieta o si­wych wło­sach sie­działa w wózku bocz­nym. Po­ma­cha­li­śmy rę­kami przed na­szymi twa­rzami, by po­zbyć się pyłu z po­wie­trza, a gdy Bucky kasz­lał, ja pa­trzy­łam, jak mo­to­cykl znika. By­łam za­fa­scy­no­wana i za­chwy­cona jego dźwię­kiem, tym, jak szybko je­chał, a także tym, że star­sza ko­bieta wy­glą­dała, jakby było jej wy­god­nie w tej przy­czepce. Rów­nie do­brze mo­głaby ro­bić na dru­tach, za­miast pę­dzić z pręd­ko­ścią wia­tru. Pa­trzy­łam za nimi jesz­cze długo po tym, jak znik­nęli za za­krę­tem.

Od­wró­ci­łam się w stronę Bucky'ego i uśmiech­nę­łam naj­sze­rzej, jak po­tra­fi­łam.

- Tak. Na za­wsze.

ROZ­DZIAŁ 5

THIA

Nie­wiele rze­czy mnie prze­raża. Samo ży­cie jest wy­star­cza­jąco prze­ra­ża­jące, nie można mar­no­wać czasu na oba­wia­nie się nie­zna­nego, bo to, co znane, też bywa straszne. Jako dziecko ni­gdy nie ba­łam się po­two­rów z szafy czy tych miesz­ka­ją­cych pod łóż­kiem.

Je­dy­nym, co mnie prze­ra­żało, było to, co na­prawdę mo­gło się wy­da­rzyć.

Jak na przy­kład tor­nada.

Tak na­prawdę w Jes­sep na Flo­ry­dzie, w moim ro­dzin­nym mia­steczku, ni­gdy nie było ta­kiego tor­nada, które do­pro­wa­dzi­łoby do ka­ta­stro­fal­nych szkód. My prze­ży­li­śmy tylko małe tor­nada. Ta­kie, które naj­wy­żej prze­wra­cają drzewa lub zry­wają da­chówki.

A mimo to wszyst­kie kosz­mary na­wie­dza­jące mnie od czasu, gdy za­brano Be­ara, do­ty­czyły zbli­ża­ją­cych się trąb po­wietrz­nych - nisz­czą­cych bu­dynki, farmy, mia­sta...

Ży­cia.

Od kilku dni po­po­łu­dniowe bu­rze prze­ta­czały się przez mia­sto z pełną mocą. Były jesz­cze strasz­liw­sze i jesz­cze po­tęż­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek. Jakby pró­bo­wały prze­słać wia­do­mość o nad­cho­dzą­cej tra­ge­dii.

Chmury to­czyły wojnę na nie­bie, tak samo jak ja to­czy­łam wojnę sama ze sobą. Mi­łość i cier­pie­nie prze­peł­niały mnie w rów­nym stop­niu. Te uczu­cia zmie­niły się w fi­zyczne do­zna­nia, a po kilku dniach prze­ro­dziły się w nisz­czący ciało ból.

Na­de­szły ciemne chmury za­sła­nia­jące nie­bie­skie niebo. Po­łu­dniowa bu­rza dała o so­bie znać. Zbli­żała się do mnie, a mój kosz­mar sta­wał się rze­czy­wi­sto­ścią.

Ba­łam się tego, że w każ­dej chwili wi­ru­jące chmury mogą spaść z nieba pro­sto na mnie. By­łam pewna, że tak się sta­nie. Cze­ka­łam na mo­ment, gdy tor­nado ude­rzy i do­kona więk­szych znisz­czeń, niż kto­kol­wiek mógł so­bie wy­obra­zić.

Niż kto­kol­wiek byłby w sta­nie wy­trzy­mać.

Nie­mal czu­łam wiatr i nad­cho­dzące tra­ge­die. Czu­łam się tak, jak­bym unio­sła się w po­wie­trze, a po­tem spa­dła na zie­mię.

Dla mnie tor­nado za­wsze było siłą na­tury mo­gącą wy­wo­łać naj­więk­sze szkody.

Tak wła­śnie my­śla­łam, do­póki nie spo­tka­łam siły na­tury, przy któ­rej tor­nado przy­po­mi­nało bar­dziej po­ranny wie­trzyk. Siła, która mnie pod­no­siła, spra­wiała, że mo­głam wzbić się co­raz wy­żej, wi­ro­wać w po­wie­trzu i opaść na zie­mię, po­ła­mana, wal­cząca o ży­cie.

Moje, a także jego.

Be­ara.

Za­nim mój brat zmarł i moja matka osza­lała, oj­ciec do wie­czora zo­sta­wał w sa­dzie. My­śla­łam, że na­pra­wia po­psuty sys­tem na­wad­nia­jący lub ja­ki­kol­wiek inny nie­dzia­ła­jący sprzęt.

Kie­dyś mnie to za­cie­ka­wiło i wy­mknę­łam się z domu, ale za­miast zna­leźć ojca przy ge­ne­ra­to­rze lub po­psu­tych ru­rach, za­sta­łam go klę­czą­cego w bło­cie. Peł­nia księ­życa oświe­tlała twarz męż­czy­zny, dzięki czemu wi­dzia­łam jego za­łza­wione oczy. Pa­trzył na drzewa, jakby były czymś wię­cej niż tylko ga­łę­ziami cięż­kimi od owo­ców.

Tak na­prawdę nie za­sko­czyło mnie to, że roz­ma­wiał z drze­wami.

On je bła­gał.

Bła­gał, by zbiory były udane. Żeby Sun­n­lan­dio Co­ope­ra­tion ja­kimś cu­dem za­pła­ciło nam wię­cej, żeby ceny pa­liwa spa­dły, pra­cow­nicy prze­stali do­ma­gać się wyż­szej wy­płaty i żeby prze­wi­dy­wany mróz omi­nął na­szą farmę.

A na końcu bła­gał, by moja matka znowu go po­ko­chała.

W tym mo­men­cie pę­kło mi serce.

I wtedy zro­zu­mia­łam, że za­pew­nie­nia typu: "Wszystko bę­dzie do­brze, ko­cha­nie", które oj­ciec wy­gła­szał przy ko­la­cji, były kłam­stwem, tak jak przy­pusz­cza­łam.

W te noce, gdy mój tata do późna sie­dział w sa­dzie, mama wy­cią­gała mnie z łóżka i za­bie­rała do swo­jego. Tu­li­ły­śmy się i oglą­da­ły­śmy ckliwe ko­me­die ro­man­tyczne.

Dzięki tym fil­mom, a nie ozię­błemu związ­kowi mo­ich ro­dzi­ców, po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam, czym jest praw­dziwa mi­łość. Bar­dzo się iry­to­wa­łam, kiedy para na­po­ty­kała prze­szkodę i przez to nie mo­gła być ra­zem. Po­tem cze­ka­łam na wielki ro­man­tyczny gest na końcu filmu - taki, który po­łą­czy bo­ha­te­rów na za­wsze.

Za każ­dym ra­zem, gdy film się koń­czył i po­ja­wiały się na­pisy, moja mama wzdy­chała i od­gar­niała mi włosy z czoła.

- Wiesz, że to nie jest praw­dziwe, prawda? Filmy to tylko fik­cja. Taka mi­łość nie ist­nieje.

Mó­wiła, że jest nie­re­ali­styczna.

Tylko że to było ko­lejne kłam­stwo, cho­ciaż ona jesz­cze o tym nie wie­działa.

Bo taka mi­łość ist­nieje.

To, co czu­łam do Be­ara, go­to­wało się pod moją skórą, od­kąd skoń­czy­łam dzie­sięć lat, a gdy w końcu znowu się spo­tka­li­śmy, po­mi­ja­jąc nie­przy­jemne oko­licz­no­ści, te uczu­cia eks­plo­do­wały i zmie­niły się w coś po­tęż­niej­szego, niż ja­ki­kol­wiek ckliwy ro­mans mógł przed­sta­wić.

Ist­niała tylko jedna zna­cząca róż­nica.

Na­sza hi­sto­ria nie miała szczę­śli­wego za­koń­cze­nia.

Nie było żad­nej po­goni na wierz­chowcu czy wy­zna­wa­nia swo­ich uczuć przed tłu­mem wzru­szo­nych lu­dzi.

Nie, na­sza hi­sto­ria za­koń­czyła się, bo Bear tra­fił do wię­zie­nia, gdy po­sta­no­wił wziąć na sie­bie winę za mor­der­stwo mo­ich ro­dzi­ców, za które od­po­wie­dzialna była moja matka.

Kiedy praw­niczka Be­ara, Be­thany Flet­cher, wy­ja­śniła, że Bear pod­pi­sał ze­zna­nie, by ura­to­wać mnie przed za­gro­że­niem pły­ną­cym ze strony jego by­łych braci, z któ­rymi te­raz on sam bę­dzie się mu­siał zmie­rzyć w sta­no­wym wię­zie­niu, nie chcia­łam w to uwie­rzyć.

Sko­czył w ogień za­miast mnie.

King za­bie­rze cię do domu.

Zo­stań tam. Cze­kaj.

Za­ufaj mi.

Kilka mi­nut po aresz­to­wa­niu Be­ara Be­thany po­dała mi li­ścik od niego, gdy wciąż wpa­try­wa­łam się w drogę, jakby miał się na niej po­ja­wić w każ­dej chwili. Trzy­ma­łam kartkę w drżą­cych dło­niach i ob­ra­ca­łam ją w pal­cach, za­sta­na­wia­jąc się, gdzie jest reszta.

- Nie ro­zu­miem - po­wie­dzia­łam do Be­thany, pła­cząc.

- Rób to, co ci ka­zał - od­parła. - Nie mu­sisz ro­zu­mieć. Masz tylko słu­chać.

- Dla­czego on to zro­bił? - za­py­ta­łam.

Be­thany unio­sła jedną brew, jak­bym już po­winna była znać od­po­wiedź.

- Z tego sa­mego po­wodu, dla któ­rego wszy­scy męż­czyźni ro­bią głu­pie rze­czy. Z mi­ło­ści oczy­wi­ście.

- On nie bę­dzie tam bez­pieczny. Mu­simy go wy­cią­gnąć!

- Thia - ode­zwała się Ray, sta­jąc obok mnie. - Nie ro­zu­miesz? Oni chcieli cię aresz­to­wać. Bear przy­naj­mniej się obroni, a ty nie by­ła­byś w sta­nie. On do­ra­stał w klu­bie. Wie, jak so­bie po­ra­dzić. Wie, co ro­bić. Be­thany ma ra­cję. Mimo że to trudne, mu­sisz mu za­ufać, a w mię­dzy­cza­sie ona zrobi wszystko, by wró­cił do domu. Wszy­scy się o to po­sta­ramy.

King sta­nął obok Ray i po­ło­żył rękę na jej ra­mie­niu.

Po­krę­ci­łam głową.

- To po­win­nam być ja. On ni­czego nie zro­bił, ale ja tak! -Od­wró­ci­łam się w stronę Be­thany. - To ja po­strze­li­łam moją matkę. To ja ją za­bi­łam. To po­win­nam być ja! Pro­szę, nie mo­żemy po­zwo­lić, by on...

Be­thany cmok­nęła ję­zy­kiem i po­ki­wała pal­cem prze­cząco.

- Nie ma mowy, moja droga. Bear roz­bił swój mo­to­cykl w sa­dzie. Po­szedł do domu two­ich ro­dzi­ców, by sko­rzy­stać z te­le­fonu, bo jego nie miał za­sięgu. Kiedy zbli­żył się, twoja matka stała na ganku, beł­ko­cząc coś o za­bi­ciu męża i wy­ma­chu­jąc pi­sto­le­tem. Bear zła­pał za broń znaj­du­jącą się na ganku i za­strze­lił ją w sa­mo­obro­nie, a po­tem uciekł.

- Ale to nie było tak - od­par­łam gło­sem po­zba­wio­nym emo­cji.

- We­dług jego ze­zna­nia tak wła­śnie się stało - od­parł King. - Mu­sisz mu za­ufać.

Za­ufać?

Za­ufa­nie to za­bawna rzecz. Szcze­gól­nie gdy moja cier­pli­wość i mój zdrowy roz­są­dek już osią­gnęły swój li­mit, a męż­czy­znę, któ­rego ko­cham, aresz­to­wano za coś, co ja zro­bi­łam, i zo­sta­łam z pu­stym ser­cem i iry­tu­ją­cym li­ści­kiem, któ­rego nadawca ka­zał mi po­wró­cić do miej­sca znie­na­wi­dzo­nego przeze mnie naj­bar­dziej na świe­cie. Ufa­łam Be­arowi i w głębi serca wie­dzia­łam, że zro­bił to, co było dla mnie naj­lep­sze.

Ale mia­łam pew­ność, że on przez to zgi­nie.

- Od­pocz­nij tro­chę. Rano za­wiozę cię do domu - po­wie­dział King i to było na tyle.

Na­wet nie pró­bo­wa­łam za­snąć, bo do­sko­nale wie­dzia­łam, że to nie­moż­liwe, skoro wciąż wy­czu­wa­łam za­pach Be­ara w po­ścieli. Za­miast tego sie­dzia­łam w ma­łej łódce, w któ­rej Bear wy­znał, co do mnie czuje, tylko że tym ra­zem przy­wią­za­łam ją do po­mo­stu, bo nie mia­łam siły wal­czyć z prą­dem.

Upi­łam łyk z do po­łowy pu­stej bu­telki Jacka Da­niel'sa, którą zna­la­złam w miesz­ka­niu, i po­pa­trzy­łam na za­tokę. Bursz­ty­nowy tru­nek pa­lił moje usta i prze­łyk, omi­ja­jąc świeżo zła­mane serce i wznie­ca­jąc ogień w żo­łądku.

Z każ­dym ły­kiem czu­łam smak ust Be­ara na bu­telce. Przy­się­gam.

Było już późno, a po­wie­trze parne. Wil­got­ność się­gnęła ta­kiego po­ziomu, że kro­ple wody zbie­rały się na mo­ich ra­mio­nach i spły­wały do zgię­cia łok­cia.

Wszystko stało się tak szybko, a mimo to mia­łam wra­że­nie, jakby czas się za­trzy­mał.

Jak to w ogóle moż­liwe?

Jak długo zna­łam Be­ara, za­nim po­sta­no­wił się dla mnie po­świę­cić?

Dni? Ty­go­dnie? Mie­siące?

Czas mie­szał się ze sobą, aż zwol­nił, a ja z prze­ra­że­niem pa­trzy­łam, jak za­bie­rają Be­ara.

To, że nie po­wie­dział mi o swoim pla­nie, za­bo­lało, cho­ciaż ro­zu­miem, dla­czego tak po­stą­pił.

Do­my­ślił się, że ni­gdy bym mu na to nie po­zwo­liła. Gdy­bym wie­działa, uda­ła­bym się na po­ste­ru­nek i przy­znała się, za­nim on by to zro­bił.

To nie tak, że ko­cha­łam go od pierw­szej chwili, gdy go zo­ba­czy­łam. Nie, wtedy by­łam tylko dziec­kiem, ale się za­uro­czy­łam. Tam­tego dnia coś się we mnie zmie­niło. Może i to nie była mi­łość, ale mia­łam wra­że­nie, jakby wtedy do sklepu wszedł ktoś bę­dący moim uzu­peł­nie­niem. Od tam­tego dnia, no­sząc pod ko­szulką pier­ścień Be­ara, czu­łam się, jak­bym mo­gła od­dy­chać.

Jak­bym była ca­ło­ścią.

Ła­pa­łam za niego za każ­dym ra­zem, gdy Erin Flem­ming drę­czyła mnie w pią­tej kla­sie, i czer­pa­łam z niego siłę, gdy w końcu się w so­bie ze­bra­łam i ude­rzy­łam ją w brzuch. Tam­tego dnia wró­ci­łam do domu po szkole i na­wet się nie skrzy­wi­łam, gdy mama uzie­miła mnie na mie­siąc.

Było warto.

Po­cie­ra­łam pier­ścień na szczę­ście przed za­wo­dami strze­lec­kimi. W trzech hrab­stwach ze­bra­łam re­kor­dową liczbę na­gród w po­staci nie­bie­skich wstęg. A w nocy, gdy le­ża­łam w moim ma­łym łóżku, trzy­ma­łam go przy ustach, ma­rząc o tym, by spra­wił, że moi ro­dzice prze­staną się kłó­cić.

Na­wet po tym, jak do­wie­dzia­łam się, że obiet­nica, którą no­si­łam na szyi przez osiem lat, była nic nie­warta, czu­łam się za­chwy­cona, gdy Bear od­dał mi pier­ścień.

Wy­cią­gnę­łam go spod ko­szulki i spoj­rza­łam na jed­no­oką czaszkę. Świa­tło księ­życa od­bi­jało się w dia­men­cie, przez co wy­da­wało mi się, że pier­ścień pusz­cza do mnie oko.

Im dłu­żej Bear prze­by­wał w wię­zie­niu, tym bar­dziej praw­do­po­dobne było, że ni­gdy nie wróci, a jed­nak nikt nie mógł mi do­kład­nie po­wie­dzieć, na co w ogóle cze­ka­łam.

Ści­snęło mnie w sercu, a whi­skey po­de­szła mi do gar­dła, pa­ląc mój prze­łyk tak samo jak wtedy, gdy spły­wała do żo­łądka.

Nie mo­głam roz­trzą­sać tej my­śli. Nie mo­głam sku­piać się na tym.

Ale też nie mo­głam zwy­czaj­nie cze­kać.

Obie­caj mi, Ti, że ze mnie nie zre­zy­gnu­jesz, nie­ważne, co się sta­nie, po­wie­dział kie­dyś Bear.

Jak ja nie zno­szę cze­kać.

Rzu­ci­łam bu­telkę przed sie­bie z gar­dło­wym okrzy­kiem. Za­wi­ro­wała w po­wie­trzu i z chlup­nię­ciem wpa­dła do wody, two­rząc roz­cho­dzące się po po­wierzchni okręgi. Gdy do­się­gnęły łódki, po­sta­no­wi­łam, że cho­ciaż ufam Be­arowi, to za nic w świe­cie nie będę sie­dzieć bez­czyn­nie i nie po­zwolę, by jego los za­le­żał od in­nych. Zro­bię coś przy pierw­szej oka­zji.

Mu­sia­łam tylko wy­my­ślić co.

ROZ­DZIAŁ 6

THIA

Je­stem w miesz­ka­niu Be­ara. Jest późno. Zbyt późno, by dzwo­nił te­le­fon le­żący na szafce przy łóżku. Prze­wra­cam się na łóżku i od­bie­ram.

- Halo? - mó­wię za­chryp­nię­tym od snu gło­sem. Od­chrzą­kuję, a ktoś po dru­giej stro­nie chi­cho­cze.

Po moim krę­go­słu­pie prze­biega dreszcz i sia­dam na łóżku wy­pro­sto­wana.

- Skar­bie, to ja. Nic nie mów. Po pro­stu po­zwól mi mó­wić. Tak wiele chcę ci po­wie­dzieć, ale nie wiem, od czego za­cząć. My­ślę o to­bie. Mimo że mi­nęło tylko kilka go­dzin, tę­sk­nię za tobą jak sza­lony. Jesz­cze ni­gdy za ni­kim tak bar­dzo nie tę­sk­ni­łem. Nie wiem, kiedy bę­dziemy mo­gli znowu po­roz­ma­wiać, więc chcia­łem ci po­wie­dzieć to wszystko, póki jesz­cze mogę. Je­steś tam, Ti?

- Tak - od­po­wia­dam bez tchu. - Je­stem tu.

- Uwiel­biam to, jak ję­czysz, gdy do­pro­wa­dzam cię do or­ga­zmu. I to, jaka ro­bisz się mo­kra na sam dźwięk mo­jego imie­nia. Ale też będę tę­sk­nić za tym, jak żu­jesz koń­cówki wło­sów za każ­dym ra­zem, gdy nie wiesz, co po­wie­dzieć. Będę tę­sk­nić za tym, jak na mnie pa­trzysz, jak­byś pró­bo­wała mnie roz­gryźć, cho­ciaż tak na­prawdę je­stem/ pro­stym fa­ce­tem - za­zwy­czaj my­ślę tylko o tym, jaka je­steś cho­ler­nie piękna, i o tym, jak cię ro­ze­brać. Będę tę­sk­nić za tym, że za­wsze mó­wisz, że nie je­steś głodna, gdy py­tam, a po­tem zja­dasz po­łowę tego, co so­bie przy­go­to­wa­łem. Po pro­stu będę tę­sk­nić za tobą. Już tę­sk­nię. Za tym, że dzięki to­bie czuję się jak zwy­kły czło­wiek, a nie wy­rzu­tek. Do­póki cię nie po­zna­łem, czu­łem się bez­war­to­ściowy, by­łem ni­kim. Ty da­łaś mi wszystko i za­mie­rzam zro­bić dla cie­bie to samo. Je­steś dla mnie za do­bra, ale pla­nuję ci to wy­na­gro­dzić tym, że ja też będę dla cie­bie do­bry. Z tobą. Dzięki to­bie.

Mil­czę, tak jak mi ka­zał, ale nie mogę opa­no­wać łez.

- Świat to mroczne miej­sce, a ty włą­czy­łaś świa­tło i te­raz jest tak ja­sno, że cho­dzę jak ośle­piony. Je­stem w pie­przo­nym wię­zie­niu... i ni­gdy nie by­łem szczę­śliw­szy. Czyż to nie śmieszne? Brzmię jak pizda, ale po­my­śla­łem, że po­win­naś o tym wszyst­kim wie­dzieć, w ra­zie gdyby coś mi się stało. Mu­sisz wie­dzieć to wszystko.

- Ja...

Bear mi prze­rywa:

- Nie, nic nie mów. Ku­cam w ką­cie naj­obrzy­dliw­szej ła­zienki, w ja­kiej by­łem, jest śro­dek nocy, roz­ma­wiam przez te­le­fon wy­jęty zza kratki wen­ty­la­cyj­nej, więc pro­szę cię, Ti, po­słu­chaj.

Ki­wam głową, jakby mógł to usły­szeć.

- Mu­szę ci coś wy­znać. Za każ­dym ra­zem, gdy się pie­przy­li­śmy, do­cho­dzi­łem w to­bie. Sie­dzę tu od mie­sięcy, dłu­żej, niż ty i ja je­ste­śmy... tym, kim dla sie­bie je­ste­śmy. Był­bym na­prawdę roz­cza­ro­wany, gdy­byś nie była w ciąży. Je­śli - lub gdy - stąd wyjdę, za­mie­rzam to na­pra­wić. Za­mie­rzam wy­peł­nić cię sobą tak bar­dzo, że wtedy już na pewno bę­dziesz no­sić moje dziecko. Nie je­stem do­brym czło­wie­kiem, skar­bie, ale w prze­ci­wień­stwie do mo­jego gówno war­tego ojca ja był­bym do­brym tatą. Chcę mieć dziew­czynkę. O ró­żo­wych wło­sach jak twoje.

Za­kry­wam usta, żeby Bear nie sły­szał mo­jego szlo­chu, i na chwilę od­su­wam od sie­bie te­le­fon, by po­cią­gnąć no­sem.

- Mną się nie przej­muj - kon­ty­nu­uje, a jego głos lekko się za­ła­muje. - I do kurwy nę­dzy, rób to, co ci ka­za­łem. Mam plan. Be­thany pra­cuje nad tym, by mnie wy­cią­gnąć. Ale to tro­chę po­trwa. Za­ufaj mi. Za­ufaj nam. Mo­żesz to dla mnie zro­bić, skar­bie? Ufasz mi?

Tak. Mogę to zro­bić.

- Te­raz mo­żemy po­roz­ma­wiać. Po­wiedz mi coś o so­bie. Coś, czego nie wiem. Coś nie­przy­gnę­bia­ją­cego, bo to miej­sce już i tak wpę­dza mnie w de­pre­sję.

Uśmie­cham się do te­le­fonu i mó­wię pierw­szą rzecz, która przy­cho­dzi mi na myśl:

- Za­wszę chcia­łam mieć psa. Ta­kiego du­żego. Gdy by­łam młod­sza, mie­li­śmy psa, doga nie­miec­kiego. Kiedy umarł, ro­dzice nie po­zwo­lili mi na dru­giego, ale ja za­wsze chcia­łam.

- Za­ła­twię ci ta­kiego psa, ko­cha­nie. Naj­więk­szego, jaki bę­dzie. Gdy tylko stąd wyjdę.

- Na­prawdę uwa­żasz, że wró­cisz do domu? - To py­ta­nie ma dru­gie dno. Czy on na­prawdę wyj­dzie? Czy na­prawdę to prze­trwa?

- Nie mam po­ję­cia. Ale wiem, że nie­jedna osoba pró­bo­wała mnie za­bić, kiedy jesz­cze nie mia­łem po co żyć, i ni­gdy jej się to nie udało. Więc uwa­żam, że to do­brze.

- Nie ro­zu­miem - od­po­wia­dam.

- To zna­czy, że te­raz mam po co żyć, więc będą mu­sieli przyjść do mnie z pie­przoną bombą nu­kle­arną, by mnie za­bić, bo ja się ni­g­dzie nie wy­bie­ram, Ti. Nie zo­sta­wię cię. Nie te­raz. Ni­gdy. Obie­cuję.

- Wie­rzę ci - mó­wię, bo na­prawdę tak jest.

- A te­raz po­wiedz mi, gdzie je­steś - na­lega Bear, a jego głos staje się cich­szy. - Le­żysz w na­szym łóżku? - pyta. W sło­wach "na­sze łóżko" i jego gło­sie jest coś ta­kiego, co spra­wia, że na­tych­miast się kładę i prze­su­wam dło­nią po brzu­chu.

- Tak, je­stem w na­szym łóżku - mó­wię, nie­mal mru­cząc.

- W majt­kach i ko­szulce? - pyta, wy­mie­nia­jąc mój ulu­biony strój do spa­nia.

- Tak - mó­wię.

- To do­brze. Po­słu­chaj mnie te­raz, skar­bie. Pa­mię­tasz ten pierw­szy raz, gdy wzią­łem cię w cię­ża­rówce? Przy­po­mnij so­bie, jak wło­ży­łem w cie­bie fiuta. By­łaś taka cia­sna, że chyba mnie bo­lało to bar­dziej niż cie­bie.

Prze­su­wam rękę ni­żej.

- Pa­mię­tam - mó­wię nie­mal z ję­kiem, gdy wkła­dam palce do maj­tek.

- Do­ty­kasz się? - pyta Bear.

- Tak.

- Do­bra dziew­czynka - mówi na­pię­tym gło­sem. -Zdej­mij majtki i roz­łóż dla mnie nogi.

Po­zby­wam się bie­li­zny i roz­kła­dam nogi tak sze­roko, jakby to on miał się mię­dzy nimi zna­leźć.

- Okej - mó­wię.

- Pa­mię­tasz, jak spró­bo­wa­łem cię po raz pierw­szy? Ten pierw­szy raz, kiedy mój ję­zyk do­tknął two­jej cipki? Pa­mię­tasz, ja­kie to było uczu­cie, gdy pie­przy­łem cię ję­zy­kiem, aż nie mo­głaś już wy­trzy­mać?

Za­my­kam oczy i dwoma pal­cami za­ta­czam kręgi na cipce, przy­po­mi­na­jąc so­bie w szcze­gó­łach to, o czym mówi Bear. Jego cie­pły, mo­kry ję­zyk, ucisk w dole mo­jego brzu­cha, gdy pie­przył mnie w ten spo­sób nie­prze­rwa­nie. Szyb­ciej i szyb­ciej, aż je­stem bli­sko szczytu.

- Tak - mó­wię.

Bear chi­cho­cze.

- Miej roz­ło­żone nogi. Przy­po­mnij so­bie, jak trzy­ma­łaś mnie za włosy, gdy ja ukry­wa­łem twarz mię­dzy two­imi udami.

Po­ru­szam pal­cami co­raz szyb­ciej, je­stem co­raz bli­żej speł­nie­nia. A po­tem zwięk­szam na­cisk, aż w końcu znaj­duję się na gra­nicy, gdzie na­wet naj­lżej­szy do­tyk może za­pew­nić mi or­gazm.

- Bear - ję­czę. - Jest mi tak... tak...

- Nie mogę się do­cze­kać, aż zro­bię to po­now­nie. Ale na­stęp­nym ra­zem nie po­zwolę ci dojść z moim ję­zy­kiem w to­bie - mówi Bear i na­gle czuję się roz­cza­ro­wana.

- Nie?

- Nie, bo gdy już bę­dziesz miała dojść w ten spo­sób, pod­niosę się i wejdę w cie­bie. I będę cię pie­przył. Mocno. Aż oboje bę­dziemy krzy­czeć i doj­dziemy ra­zem.

Zbli­żam się do or­ga­zmu i gdy w końcu nie­mal czuję naj­pięk­niej­sze speł­nie­nie, ja­kie może mi za­pew­nić wła­sna ręka, w tle roz­lega się ja­kiś ha­łas.

- Cho­lera, mu­szę le­cieć, Ti.

- Po­cze­kaj - sa­pię, otwie­ra­jąc oczy. - Kiedy... -za­czy­nam, ale nie wiem, o co do­kład­nie chcę za­py­tać.

- Ko­cham... - Za­nim udaje mu się do­koń­czyć, po­łą­cze­nie zo­staje prze­rwane.

Cho­wam głowę mię­dzy ko­la­nami.

- Nic mu nie bę­dzie - mó­wię na głos, pró­bu­jąc się po­cie­szyć.

Je­stem jak na haju. Je­stem smutna. Szczę­śliwa. Za­nie­po­ko­jona.

Te­le­fon od Be­ara spra­wił, że czuję coś, czego nie czu­łam od jego znik­nię­cia, i chcę się tego trzy­mać do chwili, aż on znowu bę­dzie przy mnie.

To na­dzieja.

Od­kła­dam te­le­fon i od­daję Kin­gowi, który wkłada go do ust i po­łyka.

I wła­śnie stąd wiem, że cała ta roz­mowa była tylko snem. W rze­czy­wi­sto­ści Bear za­ka­zał nam się kon­tak­to­wać. Ja nie mo­głam dzwo­nić do niego, a on nie mógł dzwo­nić do mnie. I nie mo­głam go od­wie­dzać. King wy­ja­śnił mi, że od­wie­dze­nie przeze mnie w wię­zie­niu męż­czy­zny, któ­rego oskar­żono o za­bi­cie mo­ich ro­dzi­ców, do­pro­wa­dzi do tego, że nie będę wy­glą­dać na nie­winną. A wła­śnie o to sta­rał się Bear.

Kiedy otwo­rzy­łam oczy, King na­prawdę stał nade mną. Jego po­tężne ciało rzu­cało cień i nie było do­wodu na to, że po­łknął ja­kie­kol­wiek urzą­dze­nie elek­tryczne. Na szczę­ście by­łam w pełni ubrana w ko­szulkę i spodnie dre­sowe, jed­nak i tak od­dy­cha­łam gło­śno, bo jesz­cze nie do­szłam do sie­bie po or­ga­zmie, który nie­mal prze­ży­łam we śnie.

- Czas wra­cać do domu.

Do domu? Usia­dłam na łóżku i po­tar­łam oczy. King ka­zał mi spo­tkać się z nim na ze­wnątrz za dzie­sięć mi­nut i wy­szedł z po­koju. Od­rzu­ci­łam na bok koł­drę i po­szłam do ła­zienki, by wziąć prysz­nic.

Zimny prysz­nic.

Dom.

Gdzie to, do cho­lery, jest?

ROZ­DZIAŁ 7

BEAR

Usły­sza­łem wy­cie sy­reny, które ozna­czało, że czas prze­by­wa­nia na po­dwórku do­biegł końca i trzeba wra­cać do środka. W samą porę. Mil­ler i ja uda­li­śmy się do naj­bliż­szego wej­ścia, ani na chwilę nie spusz­cza­jąc wzroku z na­szego no­wego to­wa­rzy­stwa.

- Ty nie, McA­dams - po­wie­dział straż­nik pil­nu­jący bramy i we­pchnął mnie z po­wro­tem na po­dwórko po tym, jak Mil­ler już wszedł do środka.

- Co to ma, do cho­lery, zna­czyć? - za­py­tał Mil­ler, oglą­da­jąc się za sie­bie, gdy ochro­niarz za­mknął bramę, zo­sta­wia­jąc mnie na po­dwórku wraz z by­łymi braćmi, któ­rzy za­częli iść w moją stronę. Mil­ler spoj­rzał na mnie współ­czu­jąco, gdy ko­lejny ochro­niarz we­pchnął go do środka.

- Po­my­śla­łem, że po­trze­bu­je­cie chwili dla sie­bie na osob­no­ści. Żeby nad­ro­bić za­le­gło­ści - oznaj­mił kpiąco straż­nik.

- Pier­dol się - wark­ną­łem, bo ten pie­przony straż­nik do­sko­nale wie­dział, co zro­bił, i nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że mu za to za­pła­cono. - Może wyj­dziesz i wszy­scy zo­ba­czymy, czy to na­prawdę jest ta­kie śmieszne.

Straż­nik za­chi­cho­tał, jakby spo­tka­nie trzech na jed­nego było za­bawne, i za­czął ob­ra­cać klu­cze w dłoni. Za­sa­lu­to­wał drwiąco i wszedł do bu­dynku, po­gwiz­du­jąc. Cięż­kie drzwi za­mknęły się z hu­kiem.

Roz­luź­ni­łem mię­śnie szyi, przy­go­to­wu­jąc się na walkę ży­cia. Spo­tka­łem się z tymi piz­dami przy sto­liku pik­ni­ko­wym, od któ­rego do­piero co od­sze­dłem. Ku mo­jemu za­sko­cze­niu Wolf oparł się o stół, a Munch i Stone za­jęli miej­sca na ławce. My­śla­łem, że od razu przejdą do rze­czy. Mimo że Mil­ler wła­śnie dał mi paczkę pa­pie­ro­sów, wy­cza­iłem ko­lejną w przed­niej kie­szeni kom­bi­ne­zonu Wolfa, wy­cią­gną­łem rękę i wy­ją­łem pu­dełko fa­jek wraz z za­pał­kami.

- Dzięki za pa­pie­rosa - po­wie­dzia­łem, pod­pa­la­jąc go, a po­tem rzu­ci­łem za­pałki na stół. - To co, dziew­częta, je­ste­ście go­towe spró­bo­wać?

Mogą spró­bo­wać.

Nie ba­łem się tych skur­wieli. Je­dyne, co mnie prze­ra­żało, to to, że już wię­cej nie zo­ba­czę Ti.

Tak na­prawdę by­łem wku­rzony.

Wście­kły.

Przez te wszyst­kie lata pró­bo­wa­łem zro­bić z mo­ich braci lep­szych lu­dzi, a oni wy­my­ślili taki plan?

- Po­waż­nie, nie tego was uczy­łem, suki - po­wie­dzia­łem, krę­cąc głową. - Chce­cie mnie za­bić na otwar­tym po­dwórku, gdzie wszę­dzie są ka­mery? Chop już dawno prze­stał być do­brym przy­wódcą, ale po was spo­dzie­wa­łem się cze­goś lep­szego niż ta­kiej nie­chluj­nej ro­boty.

My­śla­łem, że wstaną, wy­pną piersi i za­czną mi gro­zić.

My­śla­łem, że zro­bią co­kol­wiek.

Munch i Stone utkwili spoj­rze­nie w ziemi, a Wolf za­pa­lił pa­pie­rosa. Za­nim jed­nak ogień do­tknął koń­cówki, ude­rzy­łem fa­ceta pię­ścią w twarz, a on od razu upadł na zie­mię. Atak szedł mi le­piej niż obrona.

- Chop nas wy­słał, ale nie za­mie­rzamy cię za­bić, gnoju - po­wie­dział Wolf i prze­tur­lał się po ziemi, przy­ło­żyw­szy rękę do oka.

- Więc po co was tu­taj przy­słał? Że­by­ście urzą­dzili bi­twę na ła­skotki? - Wy­pu­ści­łem dym no­sem i cho­ciaż nie wie­dzia­łem, jak po­to­czą się na­stępne mi­nuty, czu­łem się nie­mal roz­luź­niony.

Po­go­dzi­łem się z tym.

Było jak w domu.

Z każdą se­kundą po­ziom ad­re­na­liny w mo­jej krwi wzra­stał. W któ­rymś mo­men­cie by­łem pewny, że mógł­bym pod­nieść cię­ża­rówkę, gdy­bym miał oka­zję.

Albo wy­koń­czyć trzech fa­ce­tów za jed­nym za­ma­chem.

- Nie, on tak na­prawdę wy­słał nas tu­taj, że­by­śmy cię za­bili, ale tego nie zro­bimy - oznaj­mił Munch, wsta­jąc, by po­móc Wol­fowi się pod­nieść.

- Sprze­ci­wi­cie się roz­ka­zom szefa? - Cmok­ną­łem ję­zy­kiem. - Je­stem roz­cza­ro­wany. Mu­sia­łem być na­prawdę gów­nia­nym na­uczy­cie­lem, skoro po­dej­mu­je­cie taką de­cy­zję.

- Nie sprze­ci­wiamy się roz­ka­zom szefa - wtrą­cił się Stone, wsta­jąc z ławki. - Bo on już nim nie jest.

- Słu­cham? - za­py­ta­łem, bo nie by­łem pewny, w ja­kim al­ter­na­tyw­nym świe­cie wła­śnie się zna­la­złem.

Wolf od­su­nął rękę od oka, lekko już na­puch­nię­tego, i roz­piął kom­bi­ne­zon. Ob­na­żył pierś, którą kie­dyś po­kry­wał ta­tuaż z logo klubu Be­ach Ba­stards. Te­raz miał na niej zie­jącą ranę i tylko frag­ment ta­tu­ażu się za­cho­wał.

Skrzy­wił się, za­pi­na­jąc kom­bi­ne­zon.

- Co to ma, kurwa, być? Chop ci to zro­bił? - za­py­ta­łem, ce­lu­jąc w Wolfa pa­pie­ro­sem.

Po­krę­cił głową, a Munch i Stone rów­nież od­sło­nili swoje świeżo przy­pa­lone ta­tu­aże.

- Nie. My to so­bie zro­bi­li­śmy. Wszy­scy.

- Dla­czego? - za­py­ta­łem, zu­peł­nie nie­do­wie­rza­jąc, że trzech naj­bar­dziej lo­jal­nych żoł­nie­rzy od­wró­ciło się od swo­jego klubu. - Co ta­kiego zro­bił Chop, że wszy­scy po­czu­li­ście po­trzebę przy­pa­le­nia so­bie skóry?

- Stone, opo­wiedz mu - po­wie­dział Munch, ki­wa­jąc głową za­chę­ca­jąco. - On musi wie­dzieć, je­śli nasz plan ma wy­pa­lić.

- Nie mogę, stary - po­wie­dział Stone, ude­rza­jąc pię­ścią w swoją drugą dłoń i krę­cąc głową. Jego oczy się za­szkliły i za­gryzł wargę, bu­ja­jąc się w przód i w tył, jakby prze­peł­niły go wspo­mnie­nia do­ty­czące tego, czego nie chciał mi po­wie­dzieć. Stone dla­tego miał taką ksywę, bo je­śli cho­dzi o za­bi­ja­nie lu­dzi, był jak głaz. Nic go nie ru­szało. Gdy ciało jesz­cze nie osty­gło, a on le­dwo co ścią­gnął rę­ka­wice, mó­wił: "Kto chce ka­napkę? Je­stem głodny". Wi­dząc tego fa­ceta na gra­nicy pła­czu, za­pra­gną­łem wie­dzieć, co ta­kiego chcieli mi wy­znać.

- Dasz radę, stary. Po pro­stu mu to po­wiedz - za­chę­cał Wolf.

- Be­ach Ba­stards Bit­ches to tylko pie­przone dziwki -po­wie­dział Stone, jakby przy­po­mi­nał so­bie o tym fak­cie.

- Na­prawdę? Czy tym była dla cie­bie Em? Tylko pie­przoną dziwką? - wark­nął Wolf, kła­dąc nogę na stole i opie­ra­jąc się łok­ciem o ko­lano.

- Kurwa! Nie - po­wie­dział Stone, kła­dąc czoło na stole i prze­su­wa­jąc dłońmi po ogo­lo­nej gło­wie. Jego czarny ta­tuaż z try­to­nem na skroni po­krył się kro­plami potu. - Ona była... Cho­lera! - Stone wstał tak gwał­tow­nie, że nie­mal prze­wró­cił stół. - One po­winny być tylko dziw­kami. La­skami, które ro­bią nam do­brze. Wiesz o tym. Wszy­scy o tym wiemy. - Stone za­czął krą­żyć, wy­krę­ca­jąc swoje dło­nie i prze­ska­ku­jąc spoj­rze­niem mię­dzy mną a trawą. - Mają ssać i ujeż­dżać fiuta bez py­ta­nia. Je­śli się nie pod­po­rząd­kują, to mu­szą odejść. Nie mogą od­mó­wić. Nie mogą sprze­ci­wić się bratu. Te dziew­czyny żyją dla im­prez. Dla przy­gód, ja­kie ofe­ruje klub.

- Tak, a w końcu umie­rają - wtrą­cił się Munch, pod­pa­la­jąc pa­pie­rosa.

- Do czego, kurwa, zmier­za­cie?

Stone spoj­rzał mi pro­sto w twarz. W jego oczach wi­dzia­łem wię­cej bólu, wię­cej emo­cji niż kie­dy­kol­wiek, a znam go od po­nad dzie­się­ciu lat.

- Pró­bu­jemy ci po­wie­dzieć o Em.

- Em? - za­py­ta­łem, bo nie przy­po­mi­na­łem so­bie dziwki o ta­kim imie­niu.

- Miała kru­czo­czarne włosy i dziwne sza­ro­fio­le­towe oczy. Zja­wiła się nie­długo po tym, jak ty od­sze­dłeś. Nie miała się gdzie po­dziać, jej matka zmarła w ja­kimś wy­padku. W każ­dym ra­zie roz­ma­wia­li­śmy ze sobą, gdy im­prezy się koń­czyły. Nie była taka jak inne. Umiała słu­chać. Na­prawdę mnie lu­biła. Zbli­ży­li­śmy się do sie­bie. - Wes­tchnął ciężko. - By­li­śmy za bli­sko. Zo­stała moją dziew­czyną. Po­mimo tego, co ro­biła z in­nymi braćmi, za­nim przy­cho­dziła do mo­jego po­koju w nocy, była moją dziew­czyną.

- No więc co się stało? - Sły­sza­łem już dziw­niej­sze rze­czy. Wi­dzia­łem nie­raz, jak dziwki mo­to­cy­kli­stów sta­wały się ich part­ner­kami. Sa­die była jedną z nich.

- Chop o tym usły­szał. Co prawda, wcale nie trzy­ma­li­śmy tego w ta­jem­nicy. Do­wie­dział się, że pla­no­wa­łem za­brać ją z tego klubu, z tego ży­cia i zna­leźć jej ja­kieś miej­sce, gdzie mo­głaby za­miesz­kać. Nie po­winno go to było ob­cho­dzić. Nie­je­den brat tak zro­bił. On na­wet nie znał jej imie­nia. Chop już wcze­śniej do­da­wał swoje za­sady do ko­deksu i co­fał stare prawa klubu, kiedy mu to pa­so­wało, i te­raz na­gle za­ka­zał wią­zać się z klu­bo­wymi dziw­kami.

- Mów da­lej - po­wie­dzia­łem, cho­ciaż wie­dzia­łem, jak ta hi­sto­ria się skoń­czy. Bo wszyst­kie hi­sto­rie do­ty­czące Chopa koń­czyły się tak samo, czyli więk­szość lu­dzi umie­rała.

Wolf za­pa­lił pa­pie­rosa i po­dał go Stone'owi, który kon­ty­nu­ował:

- Chop we­zwał mnie do swo­jego ga­bi­netu. Po­pro­sił, bym za­mknął drzwi. Zro­bi­łem to i usia­dłem. Wtedy za­uwa­ży­łem szpilki wy­sta­jące spod jego biurka. Wie­dzia­łem, że to buty Em. Sam je ku­pi­łem. - Za­milkł i prze­su­nął ręką po twa­rzy. -Za­py­ta­łem go, czego chce, cho­ciaż mia­łem wra­że­nie, że za­raz albo się po­rzy­gam, albo go za­biję. Albo jedno i dru­gie. Przez cały ten czas skur­wiel się uśmie­chał. Ka­zał mi cze­kać. Wie­dział, że mnie tor­tu­ruje, i po­do­bało mu się to.

- Po­pier­do­lony du­pek - po­wie­dział Munch, ude­rza­jąc pię­ścią w stół.

- Gło­wi­łem się przez chwilę, bo nie wie­dzia­łem, co ta­kiego zro­bi­łem, by za­słu­żyć so­bie na tę karę, ale nic nie wy­my­śli­łem - oznaj­mił Stone. Znowu usiadł na ławce i oparł głowę o blat, mó­wiąc w stronę ziemi: - By­łem do­brym żoł­nie­rzem. Naj­lep­szym. Ni­gdy nie za­da­wa­łem py­tań. Ro­bi­łem to, co mi ka­zano.

- Po­wiedz mu resztę. To już pra­wie ko­niec - po­le­cił Wolf.

Stone wziął bu­cha pa­pie­rosa, a po jego po­liczku spły­nęła łza. Ten fa­cet po­gwiz­dy­wał, gdy ko­goś za­bi­jał, a pła­kał za klu­bową dziwką? To nie miało sensu.

- Po­wie­dział mi, że ni­czego ode mnie nie chce, ale ma coś dla mnie. Kiedy za­py­ta­łem co, od­parł, że na­uczkę.

Stone za­gryzł wargę, a jego twarz za­częła się ro­bić co­raz bar­dziej czer­wona, gdy jego smu­tek zmie­niał się w złość. Moje serce za­biło gło­śniej.

- Spa­ni­ko­wa­łem, bo zo­sta­wi­łem broń w po­koju, ale ni­gdy nie my­śla­łem, że miał­bym nią ce­lo­wać we wła­snego szefa, bo by­łem do­brym żoł­nie­rzem - po­wtó­rzył. - Na­prawdę za­je­bi­stym.

- Wiem o tym, bra­cie - za­pew­ni­łem.

- Zła­pał ją za włosy i po­cią­gnął, od­ry­wa­jąc jej usta od swo­jego fiuta. Po­wie­dział: "Nie bądź nie­grzeczna, Em. Przy­wi­taj się z na­szym go­ściem". Od­wró­ciła się, by na mnie spoj­rzeć, a jej usta wciąż były wil­gotne od ssa­nia go. Oko miała spuch­nięte, a dolną wargę roz­wa­loną i po­krytą krwią, która spły­nęła jej po bro­dzie. My­śla­łem, że za­raz się po­rzy­gam. Wtedy zo­ba­czy­łem w jej oczach strach. Ale nie tylko to. Jej oczy były jakby pu­ste. Jakby już się pod­dała. To, co mu­siało się stać przed moim przyj­ściem, naj­wy­raź­niej było tak okropne, że stra­ciła wszelką na­dzieję na ucieczkę z klubu. My­ślę, że to była naj­bar­dziej bru­talna rzecz w tej ca­łej sy­tu­acji. Bo ona miała ra­cję. - Stone te­raz szlo­chał.

Munch po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu.

- Do­rwiemy tego skur­wiela, obie­cuję.

Stone kon­ty­nu­ował przez łzy:

- Po­wie­dział mi, że chciał, aby jego żoł­nie­rze byli tylko żoł­nie­rzami, a nie za­ko­chi­wali się w la­cho­cią­gach, które każdy z braci w tym miej­scu na­zna­czył swoją spermą. Za­py­ta­łem go, dla­czego to zro­bił. Nie ro­zu­mia­łem. Był moim sze­fem. Był dla mnie pie­przo­nym kró­lem. Gang wziął mnie z ulicy i dał mi coś, w co mo­głem wie­rzyć. Nie zdra­dził­bym go. Na­wet gdy od­sze­dłeś i uzna­łem, że po­stą­pił nie­wła­ści­wie, i tak przy nim zo­sta­łem. Nie dla­tego, że miał ra­cję, ale dla­tego, że na­uczy­łeś mnie nie kwe­stio­no­wać de­cy­zji mo­jego szefa, więc tego nie zro­bi­łem.

- Przejdź do sedna - po­wie­dzia­łem. Nie po­do­bało mi się to, że mu­sia­łem cze­kać na za­koń­cze­nie, które już zna­łem.

- "Bo dziwki nie są twoją ro­dziną", po­wie­dział Czop. "Twoi bra­cia są ro­dziną. Dziwki są nic nie­warte". Nie wie­dzia­łem, że ma na ko­la­nach broń, do­póki nie przy­ło­żył jej do głowy Em. "Wi­dzisz. Wła­śnie spu­ści­łem się jej do gar­dła, a ta dziwka dzię­kuje mi tym, że na mnie krwawi", do­dał. A po­tem po­cią­gnął za spust.

- Kurwa! - po­wie­dzia­łem. Te­raz to ja wsta­łem i za­czą­łem krą­żyć.

- To nie wszystko - rzu­cił Wolf. Zo­sta­wił braci sie­dzą­cych przy stole i pod­szedł do mnie. Zni­żył głos, jakby nie chciał jesz­cze bar­dziej za­smu­cać Stone'a.

- Jak to "jesz­cze nie ko­niec"? Prze­cież ten chuj za­bił dziew­czynę Stone'a na jego oczach, by dać mu ja­kąś chorą na­uczkę w kwe­stii po­glą­dów na ro­dzinę.

- To do­piero po­czą­tek.

- Po pro­stu w końcu mi po­wiedz - na­ka­za­łem, my­śląc o tym, jak Chop po­kie­re­szo­wał Ti. Zro­biło mi się nie­do­brze. To mo­gła być ona. Mógł ją wtedy za­bić.

- Nie tylko Em za­bił - po­wie­dział Wolf, pa­trząc na Stone'a, który ukry­wał twarz w zgię­ciu łok­cia.

- Za­bił jesz­cze jedną? - za­py­ta­łem, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego Chop miałby za­bić dwie dziwki.

Wolf po­krę­cił głową.

- Nie, bra­cie... Za­bił je wszyst­kie.

- Ja pier­dolę - po­wie­dzia­łem, sia­da­jąc na ławce.

Wolf za­jął miej­sce obok mnie.

- Zdję­li­śmy ka­mi­zelki i wy­pa­li­li­śmy znak na skó­rze, bo praw­dziwy szef nie zro­biłby cze­goś ta­kiego. Nie za­biłby lu­dzi, któ­rych ko­chamy - po­wie­dział Wolf, pa­trząc mi pro­sto w oczy tak, bym wi­dział, że mówi prawdę. - I te­raz ro­zu­miem, dla­czego od­sze­dłeś. Bo ka­zał ci wy­brać po­mię­dzy klu­bem a ludźmi, któ­rych uwa­żasz za ro­dzinę, a tak być nie po­winno. - Po­krę­cił głową. - To nie­do­pusz­czalne.

- Urzą­dził eg­ze­ku­cję - wtrą­cił się Munch. - Na po­dwórku. Za­bi­jał jedną po dru­giej. Pró­bo­wa­li­śmy go po­wstrzy­mać. Po­strze­lił pro­specta w nogę i po­wie­dział nam, że­by­śmy pil­no­wali wła­snego nosa, bo to nie na­sza, ale jego sprawa.

- Ale dla­czego za­bił wszyst­kie dziwki? - za­py­ta­łem, my­śląc o nie­win­nych dziew­czy­nach, któ­rych je­dyną winą było to, że chciały być czę­ścią tego świata, cho­ciaż nie po­winny były.

- Nie mamy po­ję­cia. Wiemy tylko, że zwo­łał je wszyst­kie na po­dwórko i przy­kła­dał im broń do głów. Krzy­czał do nich i py­tał, gdzie "ona" jest, a one py­tały, o kogo mu cho­dzi, albo mó­wiły, że nie wie­dzą. Wtedy on strze­lał i ko­pał ich ciała, aż wpa­dły do ba­senu.

Przy­ło­ży­łem ręce do twa­rzy.

- Nie prze­stał, do­póki nie za­bił wszyst­kich - po­wie­dział Wolf, pod­pa­la­jąc ko­lej­nego pa­pie­rosa.

- To stało się tak cho­ler­nie szybko. W jed­nej chwili wszystko było do­brze, a w na­stęp­nej mor­do­wał dziwki. Gdy skoń­czył, od­szedł, mam­ro­cząc coś pod no­sem, a po­tem za­mknął się w swoim ga­bi­ne­cie. Kiedy z niego wy­szedł, za­cho­wy­wał się tak, jakby nic się nie stało. Ka­zał pro­spec­tom po­sprzą­tać cały ten ba­ła­gan i za­czął grać w bi­lard. To wszystko było cho­ler­nie dziwne - po­wie­dział Munch.

- Za­bił moją la­skę - ję­czał Stone.

Po­cią­gną­łem się za brodę i spoj­rza­łem w jego stronę.

- Chop pró­bo­wał do­brać się do mo­jej dziew­czyny, za­nim jesz­cze była moja - przy­zna­łem. - Nie wiem, jak się czu­jesz, bra­cie, ale mogę ci po­wie­dzieć, że każ­dego dnia boję się, że znowu coś jej zrobi. - Przy­po­mnia­łem so­bie, w ja­kim strasz­nym sta­nie była Ti, cała za­krwa­wiona, gdy Gus przy­wiózł ją do domu Kinga. Tak mocno za­ci­sną­łem zęby, że w każ­dej chwili mo­gły pęk­nąć.

- Po pierw­sze je­stem w szoku, że masz dziew­czynę, ale po­ga­damy o tym, gdy zaj­miemy się bar­dziej na­glą­cymi spra­wami - po­wie­dział Wolf z uśmie­chem, który przy­po­mniał mi, że kie­dyś by­li­śmy so­bie bli­scy. Sie­dzie­li­śmy ra­zem przy stole, tak jak kie­dyś, i spra­wiało nam to przy­jem­ność, nie­za­leż­nie od tego, jak po­srany był oma­wiany te­mat.

- Jest nas dzie­wię­ciu. Wszy­scy wy­pa­li­li­śmy swoje ta­tu­aże w dniu, gdy dziwki zo­stały za­mor­do­wane. Zro­bi­li­śmy to my, Gus, Chump i paru in­nych. Kiedy Chop wy­dał roz­kaz i po­le­cił nam przyjść do tego wię­zie­nia i cię za­bić, uzna­li­śmy, że to do­sko­nała oka­zja - po­wie­dział Munch, roz­glą­da­jąc się po po­dwórku, jakby chciał się upew­nić, że nikt nas nie słu­cha. Zo­ba­czył tylko jed­nego straż­nika sto­ją­cego przy bra­mie po dru­giej stro­nie, skąd przy­szli. Nie mógł nas sły­szeć.

- Oka­zja do czego? - za­py­ta­łem, wciąż nie­pewny, dla­czego w ogóle po­słu­chali Chopa i zja­wili się w wię­zie­niu, skoro już nie na­le­żeli do klubu.

- Chop chce iść z tobą na wojnę - oznaj­mił Munch. Wy­cią­gnął ręce, wska­zu­jąc na dwóch po­zo­sta­łych. - Bę­dziesz po­trze­bo­wać ar­mii.

Stone po raz pierw­szy od dłuż­szego czasu uniósł głowę.

- My je­ste­śmy twoją ar­mią.

- Do­ce­niam to, ale je­śli kie­dy­kol­wiek doj­dzie do wojny, to chyba tu­taj. Mimo że ktoś pra­cuje nad tym, by mnie stąd wy­cią­gnąć, może się to nie udać, a wtedy długo tu po­sie­dzę - po­wie­dzia­łem, ście­ra­jąc pot z czoła.

- Je­steś tu z po­wodu tam­tej dziew­czyny, prawda? - za­py­tał Munch. - Bo za­bi­cie dwóch cy­wi­lów nie jest w twoim stylu.

- Tak. - Ode­tchną­łem głę­boko, po­trze­bu­jąc ni­ko­tyny bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. - Wzią­łem to na sie­bie. I zro­bił­bym to po­now­nie w oka­mgnie­niu. Pod­pi­sa­łem ze­zna­nie, więc na ra­zie ni­g­dzie się nie wy­bie­ram.

- Zo­staw to nam, bra­cie - oznaj­mił Munch z prze­bie­głym uśmie­chem. Ten dzie­ciak za­wsze był bar­dzo po­my­słowy i po­tra­fił zna­leźć wyj­ście z każ­dej sy­tu­acji, więc moż­liwe, że ja­koś uda mu się mnie stąd wy­cią­gnąć. - Już mamy plan.

- Mun­chowi cho­dzi o to, że la­ska, którą kie­dyś pie­przył, zna­la­zła pracę przy sor­to­wa­niu do­wo­dów - po­wie­dział Wolf.

- Na­prawdę?

- Tak. I wy­gląda na to, że broń, z któ­rej strze­lano, na­gle znik­nęła - oznaj­mił Munch, wy­ko­nu­jąc w po­wie­trzu gest ozna­cza­jący znik­nię­cie.

Na tej broni nie ma mo­ich od­ci­sków pal­ców, ale to wy­star­czyło, by wy­wo­łać za­mie­sza­nie w spra­wie.

- Ale i tak mają pod­pi­sane przeze mnie ze­zna­nie.

Wolf się za­śmiał.

- Już nie. To za­bawna sy­tu­acja. Naj­wy­raź­niej oskar­ży­ciel przy­pi­sany do tej sprawy gdzieś je za­po­dział. A sę­dzia -stary i cho­ro­wity, nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że bar­dzo za­dłu­żony w klu­bie przez to, że wy­pę­dzi­li­śmy z mia­sta na­rze­czo­nego jego córki - przy­sięga, że ni­gdy tego ze­zna­nia nie wi­dział. - Pu­ścił do mnie oko.

Wolf po­krę­cił głową i się uśmiech­nął.

- Poza tym uwa­żamy, że twoja szem­rana praw­niczka wpro­wa­dziła zmianę w ra­por­cie ko­ro­nera i wy­stą­piły pewne roz­bież­no­ści w kwe­stii mor­der­stwa. Zło­żyła wnio­sek o od­rzu­ce­nie two­jego ze­zna­nia, więc te­raz mu­simy tylko po­cze­kać.

Munch wy­giął palce z trza­skiem i wło­żył nie­za­pa­lo­nego pa­pie­rosa za prawe ucho.

- Ta suka jest cho­ler­nie szem­rana. Chciał­bym po­ka­zać jej, jak bar­dzo do­ce­niam to, jak wy­gląda w tych ob­ci­słych spód­ni­cach, po­przez ze­rżnię­cie jej. Była oskar­ży­cielką w kilku mo­ich spra­wach, ale przy­się­gam, mia­łem to gdzieś, in­te­re­so­wało mnie tylko to, by da­lej po­chy­lała się nad swoim sto­łem, wy­pi­na­jąc cudny ty­łek, gdy po­pra­wiała pa­piery.

Wszy­scy się za­śmiali i na­wet Stone uśmiech­nął się prze­lot­nie. Zro­biło się tak nor­mal­nie.

Cóż, a przy­naj­mniej na tyle nor­mal­nie, na ile może być w moim ży­ciu.

Mia­łem prze­czu­cie, że kie­dyś w przy­szło­ści znów za­trud­nię Be­thany Flet­cher.

Na myśl, że miał­bym stąd wyjść i zo­ba­czyć Ti, moje serce za­biło moc­niej, szyb­ciej, gło­śniej.

I wtedy coś do mnie do­tarło.

- Chyba wiem, jak do­brać się do mo­jego sta­rego - po­wie­dzia­łem, bio­rąc dłu­giego bu­cha, my­śląc o oso­bie, która od­wie­dziła mnie dzi­siaj rano.

- Jak? - za­py­tał Munch, po­chy­la­jąc się w moją stronę.

- Nie jak, tylko przez kogo - spre­cy­zo­wa­łem.

- Okej, a więc przez kogo? - za­py­tał Wolf, rów­nież po­chy­la­jąc się w moją stronę.

- Po­wie­dzia­łeś, że Chop wy­py­ty­wał dziwki o to, gdzie "ona" jest. - Zga­si­łem pa­pie­rosa i po­cią­gną­łem za swoją brodę. - My­ślę, że wiem, o kogo mu cho­dziło.

Na wię­zien­nym po­dwórku, w dniu, gdy słońce pie­kło nie­ubła­ga­nie, jakby chciało uka­rać nas wszyst­kich, od­zy­ska­łem cząstkę sie­bie.

- A więc co na to po­wiesz, bra­cie? Chcesz mieć no­wych żoł­nie­rzy, że­by­śmy znowu mo­gli no­sić ka­mi­zelki? Że­by­śmy znowu mo­gli uwie­rzyć w to gówno? - za­py­tał Munch, ga­sząc pa­pie­rosa. - Mo­żemy stwo­rzyć wła­sny klub, ale tym ra­zem zro­bimy to jak na­leży.

Strze­li­łem sta­wami pal­ców.

- Nie za­mie­rzam znowu za­kła­dać tej pie­przo­nej ka­mi­zelki. Ta część mnie umarła. Nie będę wa­szym sze­fem. Nie będę wa­szym do­wódcą, ale będę żoł­nie­rzem, jak wy. Ra­zem pój­dziemy na wojnę i znisz­czymy tego skur­wiela.

Może i nie by­li­śmy ofi­cjal­nym klu­bem mo­to­cy­klo­wym.

Ale ofi­cjal­nie za­częła się wojna.

ROZ­DZIAŁ 8

THIA

- My­śla­łam, że za­bie­rasz mnie do domu - po­wie­dzia­łam, gdy King za­par­ko­wał przed mo­te­lem przy au­to­stra­dzie, w po­ło­wie drogi mię­dzy Jes­sep a Lo­gan's Be­ach.

- Za­bie­ram, ale Bear nie chciał, że­byś była tam sama. Za­dzwo­nił po ko­goś, kto bę­dzie cię pil­no­wał. Mamy spo­tkać się tu­taj.

- Kto to? - za­py­ta­łam, ale King już wy­siadł z fur­go­netki i otwo­rzył drzwi do jed­nego z po­ko­jów w mo­telu.

Zda­wało mi się, że cze­ka­li­śmy ca­łymi go­dzi­nami, ale w rze­czy­wi­sto­ści mi­nęło pew­nie tylko kilka mi­nut, za­nim ktoś za­pu­kał do drzwi. King przy­ło­żył do ust pa­lec wska­zu­jący. Po­woli pod­szedł do za­słony, od­su­nął gruby ma­te­riał i wyj­rzał przez brudne okno. Gdy to, co zo­ba­czył, za­do­wo­liło go, prze­su­nął za­suwę w drzwiach i otwo­rzył je, ale tylko na kilka cen­ty­me­trów, od­su­wa­jąc się, by wpu­ścić nie­zna­jo­mego do środka.

By­łam za­sko­czona.

My­śla­łam, że bę­dzie to ko­lejny tęgi mo­to­cy­kli­sta. Ktoś, kto wy­gląda nie­bez­piecz­nie, ma ta­tu­aże przed­sta­wia­jące czaszki i skrzy­żo­wane pisz­czele. Ale nie spo­dzie­wa­łam się drob­nej blon­dynki. W ogóle nie spo­dzie­wa­łam się, że bę­dzie to ko­bieta.

- To miej­sce to ja­kaś me­lina - po­wie­działa bez ogró­dek, prze­cho­dząc obok Kinga. Ro­zej­rzała się po po­koju, gdy on za­mknął drzwi, za­cią­gnął za­suwę i jesz­cze raz wyj­rzał przez okno.

- Czy ktoś cię śle­dził? - za­py­tał King.

Zi­gno­ro­wała go, krą­żąc po po­koju jak mu­cha pró­bu­jąca zna­leźć otwarte okno.

- Wiesz, ilu lu­dzi co roku ła­pie cho­roby w ta­kim miej­scu? - za­py­tała, pa­trząc na ła­zienkę z nie­skry­wa­nym obrzy­dze­niem. - Sta­ty­stycz­nie, bio­rąc pod uwagę wiek tego bu­dynku oraz liczbę klien­tów - sza­co­waną oczy­wi­ście na pod­sta­wie do­stęp­nych miejsc par­kin­go­wych lub liczby wóz­ków do sprzą­ta­nia sto­ją­cych na ko­ry­ta­rzach - nie ma w tym po­koju i w ca­łym mo­telu ani jed­nego miej­sca, które nie zo­stało za­nie­czysz­czone spermą czy od­cho­dami -wy­rzu­ciła z sie­bie jed­nym tchem.

Cho­dziła po po­koju, oglą­da­jąc wszystko - od ka­bli po li­stwy. Była tylko tro­chę star­sza ode mnie.

- Wie­dzia­łeś, że dwie trze­cie przy­pad­ków za­tru­cia po­kar­mo­wego tak na­prawdę nie ma z nim nic wspól­nego, ale jest skut­kiem ubocz­nym kon­taktu z ma­łymi, mor­der­czymi, jed­no­ko­mór­ko­wymi or­ga­ni­zmami, które cze­kają na two­ich rę­kach, by prze­sko­czyć na je­dze­nie wkła­dane po­tem przez cie­bie do buzi, a da­lej tra­fiają do układu po­kar­mo­wego i do­pro­wa­dzają do, je­śli masz szczę­ście, wie­lo­go­dzin­nej nie­straw­no­ści i ze­społu je­lita draż­li­wego, a je­śli masz pe­cha, do na­głego zgonu? -Po­krę­ciła głową. - Śmierć z po­wodu bie­gunki.

Za­czy­nała mnie bo­leć głowa.

Spo­kojne ży­cie na wsi to okre­śle­nie, które na pewno wy­my­ślono w Jes­sep, gdzie wszystko to­czyło się wol­niej niż trak­tor ja­dący po głów­nej dro­dze. A ta dziew­czyna po­ru­szała się po po­koju z taką pręd­ko­ścią, że brzmiała i wy­glą­dała, jakby ktoś wci­snął jej przy­cisk prze­wi­ja­nia do przodu.

- Rage! - wark­nął King.

Dziew­czyna prze­stała oglą­dać fra­mugę drzwi i od­wró­ciła się do niego.

- My­ślisz, że ktoś cię śle­dził? - po­wtó­rzył.

Prych­nęła, jakby King su­ge­ro­wał coś nie­praw­do­po­dob­nego.

- Gdyby mnie ktoś śle­dził, to bym go sprząt­nęła. Gdyby mnie ktoś śle­dził, to nie sta­ła­bym te­raz w tym ob­le­śnym po­koju mo­te­lo­wym, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kie za­razki mnie za­ata­kują. - Po­ło­żyła ręce na pa­sku ja­sno­nie­bie­skiej torby spor­to­wej prze­wie­szo­nej przez jej ra­mię, z na­pi­sem: "LEE CO­UNTY HIGH SCHOOL". Spoj­rzała na chro­po­waty su­fit. -Prze­cież mnie znasz.

- Masz na imię Rage? - za­py­ta­łam, pró­bu­jąc nie brzmieć na tak za­sko­czoną, jak się czu­łam.

Miała nieco po­nad metr pięć­dzie­siąt wzro­stu. Ubrana była w ró­żową, do­pa­so­waną ko­szulkę z na­pi­sem mó­wią­cym coś o no­sze­niu ró­żo­wego w środy, białe szorty i białe trampki.

- Je­steś przy­ja­ciółką Be­ara? - za­py­ta­łam, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co tu się, do cho­lery, dzieje.

Dziew­czyna prze­nio­sła uwagę z Kinga na mnie, jakby do­piero te­raz za­uwa­żyła, że je­stem w tym po­koju. Uśmiech­nęła się słodko. Nie był to jed­nak przy­ja­zny uśmiech ani taki, ja­kiego można by się spo­dzie­wać po jej bez­tro­skim na­sta­wie­niu i ener­gicz­nej oso­bo­wo­ści. To był sztuczny uśmiech. Wy­ćwi­czony.

Ale jej nie wy­szedł, bo wy­glą­dała, jakby coś ją bo­lało.

Rage po­de­szła do drzwi i je otwo­rzyła. Na po­czątku my­śla­łam, że za­mie­rza wyjść, ale ona tylko zdjęła pla­sti­kową ta­bliczkę z na­pi­sem: "Nie prze­szka­dzać" i po­wie­siła ją po ze­wnętrz­nej stro­nie, po czym za­mknęła drzwi i od­wró­ciła się w na­szą stronę.

- Tak, mam na imię Rage i nie je­stem przy­ja­ciółką Be­ara. Przy­jaź­nię się z tym, kto za­płaci wię­cej, a w tej chwili są to Bear i King. - Wska­zała kciu­kiem na tego ostat­niego. - A przy oka­zji, Rage to skrót od Ra­giny.

- Wcale nie - wy­tknął King.

- Do­bra, rze­czy­wi­ście - po­wie­działa, prze­sta­jąc się sztucz­nie uśmie­chać. - Prawda jest taka, że moje imię może mieć coś wspól­nego z mo­imi pro­ble­mami z pa­no­wa­niem nad gnie­wem, które kie­dyś mo­głam mieć lub wciąż mam.

Przy­glą­da­łam się jej, ale nic nie mó­wi­łam. Nie mo­głam. By­łam oszo­ło­miona.

- Nie zo­sta­niemy tu­taj, prawda? Nie je­stem ja­kimś pie­przo­nym ob­le­śnym mo­to­cy­kli­stą. Po pro­stu nie mogę wejść do łóżka i za­snąć, je­śli wiem, że są tam żywe or­ga­ni­zmy, a na ma­te­racu znaj­dują się po­zo­sta­ło­ści po nie­uda­nych za­płod­nie­niach. - Wzdry­gnęła się. - Już nie mó­wiąc o ręcz­ni­kach.

- Te­raz już sy­piasz? - za­py­tał King.

- Nie - od­parła Rage to­nem po­zba­wio­nym emo­cji, wciąż ga­piąc się w su­fit. Zmarsz­czyła nos. - Może rze­czy­wi­ście po­win­nam była ci po­wie­dzieć, że ktoś mnie śle­dził, bo wtedy nie mu­sia­ła­bym się mę­czyć w tym mo­telu Ba­te­sów. -Wy­trzesz­czyła oczy. - O mój Boże, pleśń! - krzyk­nęła, wska­zu­jąc na kilka czar­nych pla­mek wo­kół szpary w ką­cie przy drzwiach. Schy­liła się i zła­pała za gar­dło, jakby na­gle za­częła się du­sić. Każdy jej wdech był gło­śny, świsz­czący. -Nie mogę od­dy­chać. Grzyb wy­wo­łał u mnie na­pad astmy. Mam na­pad! Po­trze­buję swo­jego in­ha­la­tora!

- Co mogę dla cie­bie zro­bić? - za­py­ta­łam, pod­bie­ga­jąc do niej, ma­jąc na­dzieję, że ja­koś ura­tuję jej ży­cie.

- Wy­buch ma­ga­zynu w Ocala. To by­łaś ty? - za­py­tał King, nie­wzru­szony sta­nem Rage.

Rage się wy­pro­sto­wała i uśmiech­nęła, a ja mu­sia­łam się od­su­nąć, by nie ude­rzył mnie jej ku­cyk. Na­gle zu­peł­nie za­po­mniała o ataku astmy, jej oczy po­ciem­niały, a źre­nice się po­więk­szyły, jakby wła­śnie wcią­gnęła kre­chę.

- To było piękne, prawda? - po­wie­działa pod­eks­cy­to­wana, pod­ska­ku­jąc i klasz­cząc w dło­nie. - To, jak do tej pory, moja naj­lep­sza ro­bota. Sym­fo­nia. Było ma­gicz­nie.

- Wy­sa­dzi­łaś bu­dy­nek, Rage. Nie je­steś pie­przo­nym Mo­zar­tem - od­parł King sar­ka­stycz­nie.

Spoj­rzała w prze­strzeń, roz­ma­rzona.

- Mo­zart był wi­zjo­ne­rem. Wi­dział świat ina­czej. - Unio­sła nie­wi­dzialną ba­tutę, jakby była dy­ry­gen­tem sto­ją­cym przed or­kie­strą. - I ja także taka je­stem.

King prze­wró­cił oczami.

Rage opu­ściła ra­miona i po­stu­kała bu­tem o pod­łogę, mocno przy­ci­ska­jąc torbę do piersi.

- Nie znam cię, ale nie­stety je­śli zo­sta­niemy tu jesz­cze chwilę dłu­żej, wy­sa­dzę ten pie­przony mo­tel w po­wie­trze, a ty pew­nie przez przy­pa­dek zo­sta­niesz ranna, a bar­dzo po­do­bają mi się twoje włosy, więc to by­łaby strata, skoro po­le­cono mi za­dbać o twoje bez­pie­czeń­stwo.

- To ona ma mnie chro­nić? - za­py­ta­łam Kinga, nie dba­jąc o to, że Rage też mnie sły­szy.

King za­ci­skał pię­ści tak mocno, że knyk­cie mu po­bie­lały, i wy­glą­dał, jakby z ca­łych sił pró­bo­wał nie po­sta­wić dziew­czyny do pionu po tym, jak go ob­ra­ziła.

- Ja­sna cho­lera! - krzyk­nęła Rage. - Grzyb na ścia­nie chyba się prze­su­nął. Jedźmy, za­nim stwier­dzę, że niań­cze­nie tej la­ski jest cho­ler­nie złym po­my­słem.

King otwo­rzył drzwi i wy­szli­śmy na ze­wnątrz.

- Ale bę­dzie za­bawa! - oznaj­miła sar­ka­stycz­nie, gdy do­tarła do fur­go­netki i rzu­ciła Kin­gowi swoją torbę, a on wrzu­cił ją na tył po­jazdu. Usia­dła po­środku, a ja za­ję­łam miej­sce obok niej i ru­szy­li­śmy w stronę Jes­sep.

Bear był w wię­zie­niu przeze mnie. Je­śli chciał, bym po­je­chała do domu w to­wa­rzy­stwie Bar­ba­rzyń­skiej Bar­bie, to tak po­stą­pię.

Rage zro­biła ba­lon z gumy do żu­cia tuż przy moim uchu, a ja za­gry­złam wargę nie­mal do krwi.

- Pach­nie tu po­tem - na­rze­kała. Na­kie­ro­wała na sie­bie wszyst­kie wy­wietrz­niki kli­ma­ty­za­cji.

Za­ufaj mu, przy­po­mnia­łam so­bie.

W końcu to nie po­trwa długo.

Bear na pewno nie­długo wyj­dzie z wię­zie­nia i wszystko bę­dzie do­brze.

Po­wta­rza­łam to so­bie w gło­wie raz po raz. Gdy w końcu do­tar­li­śmy do Jes­sep, brzmiało to nie­mal wia­ry­god­nie.

Nie­mal.