Rozdział 1
Jasmine
Cios.
A zawsze powtarzałam, że mnie nikt nigdy nie uderzy. Że nie trafię na takiego faceta. Że mój będzie mnie kochał, wielbił i szanował.
Co w takim razie poszło nie tak?
Chyba wszystko.
- Na co się tak patrzysz? - zapytał Tom, kiedy ze łzami w oczach rozmasowywałam obolały policzek. - Czego nie zrozumiałaś w słowach, że jedziesz ze mną na przejażdżkę i zamykasz ten cholerny salon raz na zawsze?! Nie będziesz dotykać obcych mężczyzn! - krzyczał tak głośno, że aż odruchowo zrobiłam kilka kroków w tył i wpadłam pośladkami na biurko.
- Nie zamknę swojej firmy. Z czego będę żyć? - jęknęłam, bo gardło zaciskało mi się z żalu i strachu.
Nigdy wcześniej nie podniósł na mnie ręki.
Owszem, był zazdrośnikiem i czasem uniósł głos, ale nie używał przemocy.
Nigdy nie miałam go również za ideał.
Po prostu był, bo któregoś dnia stwierdziłam, że mogę dać mu szansę.
Byliśmy ze sobą od pół roku, znałam go nieco dłużej. Był kiedyś moim klientem. Jeździł motocyklem, którego ja się bałam jak ognia. Tom dobrze o tym wiedział, ale mimo wszystko zmuszał mnie do przejażdżek, mając gdzieś mój komfort i poczucie bezpieczeństwa. A ja wsiadałam, chcąc w końcu przezwyciężyć swój strach. Na próżno, bowiem wycieczki z nim nie miały nic wspólnego z bezpieczeństwem.
- Ja cię utrzymam, księżniczko - wyszeptał i zbliżył się do mnie.
Odruchowo zamknęłam oczy, kiedy przyłożył swoją dłoń do mojej rozpalonej skóry.
- No, już, nie dąsaj się. Trochę mnie poniosło, przepraszam.
- Nie zasłużyłam na takie traktowanie - burknęłam, czując, jak coś ciepłego spływa mi po policzku. Krew. Rozciął mi skórę.
Tom nosił na rękach dużo biżuterii. Miał na palcach grube i ciężkie sygnety, a na nadgarstkach bransolety z ćwiekami. Udawał typowego harleyowca, chociaż jeździł na zwykłym ścigaczu, rozpędzając go do mrożących krew w żyłach prędkości.
Prawdopodobnie jedna z jego błyskotek rozorała mi skórę na wysokości kości policzkowej.
- Wyjdź stąd - warknęłam, a kiedy się nie ruszył, wrzasnęłam na całe gardło. - Wypierdalaj, Tom! Nie chcę cię więcej widzieć!
- Trzeba to opatrzyć - odparł z powagą i ruszył w stronę apteczki, kompletnie ignorując moje żądanie.
- Poradzę sobie! Zostaw mnie, proszę! - wycedziłam przez zaciśnięte z bezsilności zęby. - To koniec, rozumiesz?
- Wrócimy do tej rozmowy, myszeczko - powiedział surowo.
Z hukiem położył na biurku sól fizjologiczną oraz jałowe gaziki i wyszedł. Trzasnął drzwiami tak mocno, że ten cholerny dzwoneczek runął na podłogę.
Zapadła cisza, którą przerwał mój spazmatyczny płacz. Osunęłam się na ziemię, skuliłam się, oplatając nogi ramionami, i pozwoliłam, by wszystkie emocje wypłynęły wraz ze łzami.
Zaskoczył mnie, odarł z godności i udawał, że nic takiego się nie stało.
W takiej pozycji zastała mnie moja przyjaciółka, z którą umówiłam się na popołudnie, dlatego też nie chciałam jechać na tę cholerną przejażdżkę. Tom nie lubił Rity i na każdą wzmiankę o niej robił się gniewny.
- Jass? - zapytała z wnętrza pomieszczenia, a kiedy mnie ujrzała, rzuciła się, by mi pomóc. - Chryste, co ci się stało? Mam dzwonić po lekarza? Policję? Antyterrorystów? Ktoś cię skrzywdził?
Pochylała się nade mną, oglądając moją podpuchniętą twarz.
- Nic mi nie jest. Gapa ze mnie i zrzuciłam na siebie kilka rzeczy z szafki. Jedna z nich uderzyła mnie w policzek - skłamałam.
Dlaczego? Sama nie wiedziałam, ale uznałam, że to w tej chwili najlepsze rozwiązanie. Zachowałam się jak typowa ofiara przemocy domowej. Broniłam swojego oprawcy.
Toma poniosło, ale on przecież taki nie był. Może miał gorszy dzień?
Nie tłumaczyłam go, bo dla takiego zachowania nie było logicznego wyjaśnienia, a co najważniejsze - przebaczenia.
Nie wróżyłam sobie z nim przyszłości i w najbliższym czasie planowałam z nim zerwać. Nie potrzebowałam teraz afery, a taka by wybuchła, gdyby Rita poznała prawdę.
Była niczym taran i najpewniej starłaby mojego chłopaka w proch, gdyby dotarło do niej, że mnie skrzywdził.
- Jakoś ci nie wierzę, ale widocznie masz swoje powody. Jeśli jednak się dowiem, że to ten twój niewydarzony facet, przysięgam, owinę mu jaja wokół szyi i uduszę gada. - Uśmiechnęła się szeroko, niczym jakiś psychopata, po czym wyciągnęła do mnie ręce, by pomóc mi wstać. - Chodź, opatrzymy to, bo wyglądasz, jakbyś uciekła z planu filmowego jakiegoś horroru.
Rzeczywiście, miałam brudną od krwi nie tylko twarz, ale również bluzkę oraz spodnie. Na szczęście czarny kolor w miarę maskował ślady zbrodni. To cholerstwo jednak wciąż się sączyło i nie zamierzało przestać.
- Trzeba szyć - oznajmiła Rita, kręcąc głową z dezaprobatą. - Powiesz mi?
- Nie - zaprzeczyłam niemalże od razu i zbyt emocjonalnie.
- Zajebię go. Niech no ja się tylko dowiem, że to on - mruknęła.
- Rita, to nie on - wyszeptałam i pozwoliłam sobie przykleić plasterki ściągające.
Nie wiedziałam, jakim cudem po chwili znalazłam się w jej samochodzie, a następnie byłam w drodze do szpitala.
- Przesadzasz - odparłam po długim milczeniu. - Zrosłoby się samo, a ty robisz aferę.
- Aferę, to ja dopiero zrobię, jak tylko mi się przyznasz, co cię tak załatwiło.
Była nieugięta, ale słynęła właśnie z uporu i chroniła najbliższych jak lwica. Bałam się jej reakcji, dlatego wciąż szłam w zaparte.
- Jeden z pucharów spadł mi na twarz - powiedziałam, nawet na nią nie spoglądając.
Miałam w salonie mnóstwo nagród z przeróżnych konkursów tatuażu. Do tego naprawdę byłam chodzącą łamagą, która potrafiła przeciąć sobie palec zwykłą kartką.
- Puchar największego skurwiela to dostanie ten twój frajer, jak tylko dorwę go w swoje ręce. Od początku ci powtarzam, że to nie jest facet dla ciebie. Nie podoba mi się jego styl bycia i ta chorobliwa zazdrość o ciebie. Wiem, że ja sobie mogę gadać, a i tak zrobisz, jak zechcesz, ale chociaż mi ulży. Dlatego oznajmiam ci, że jeśli kiedykolwiek będziesz chciała wziąć z nim ślub, położę się krzyżem w kościele i będę tą, która najgłośniej się drze, że się sprzeciwia.
Kolejny raz przemilczałam jej wywód, chociaż każde słowo trafiało w punkt, a chwilami nawet bawiło. Było mi głupio, że kłamałam jej w żywe oczy i brnęłam w to jak skończona idiotka, mimo że Rita w lot odkryła prawdę.
Nikt z moich znajomych nie lubił Toma. Do tej pory zrzucałam to na troskę o mnie, ale dzisiaj boleśnie się przekonałam, że to zwyczajnie zły człowiek, z którym musiałam zerwać kontakt. Chciał przejąć nade mną kontrolę i zrobić ze mnie swoją zabaweczkę.
Miałam ten luksus, że byłam niezależna i samowystarczalna. On chciał mnie tego pozbawić z wiadomych względów. By mnie usadzić na tyłku i sprawić, że będę zdana tylko na niego.
Nie kochałam go. Nigdy mu nawet nie wyznałam miłości, bo za każdym razem stwierdzałam, że to jeszcze za wcześnie, że nie jestem gotowa. Jego zwyczajnie nie dało się kochać, a oczarował mnie jedynie swoim stylem bycia, który na początku był odmienny od tego, który reprezentował teraz.
Przychodził codziennie z kwiatami. Odprowadzał mnie do domu, prawił komplementy i pewnego dnia tak po prostu został. Wprowadził się i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestał się mną interesować. Zdobył i olał, ale został. Chyba z wygody. Nie lubiłam być sama i teraz miałam zapłacić za to wysoką cenę. Już płaciłam.
- Jesteśmy na miejscu.
Spokojny głos przyjaciółki wyrwał mnie z rozmyślań.
- Zrób od razu obdukcję - dodała złośliwie.
- Spadaj! - prychnęłam i wysiadłam z samochodu. - Idziesz? - Pochyliłam się do siedzącej wciąż w aucie Rity.
- Nie, bo będzie ci głupio, jak lekarz głośno stwierdzi, że twój puchar ma na imię Tom.
- Lekarz nie wie, jak ma na imię mój facet - mruknęłam i zatrzasnęłam drzwi, uzmysławiając sobie, co przed chwilą powiedziałam.
Ruszyłam niechętnie przed siebie, naciągając na twarz obszerny kaptur mojej czarnej bluzy. Wstydziłam się tego, co miałam na buzi, i cały najbliższy tydzień chciałam spędzić w domu, odwoławszy wszystkie wizyty.
Usiadłam w poczekalni, spoglądając na swój telefon. Widniało na nim kilka wiadomości od Toma. Przepraszał, obiecywał poprawę, a jako dowód wysłał mi bukiet czerwonych róż, których szczerze nie cierpiałam. Nie wiedziałam, czy robił to specjalnie, czy był takim idiotą, który nie mógł nic zapamiętać. Tak samo, jak tego, że nie jadłam mięsa, a on notorycznie podsuwał mi pod nos swoje popisowe dania z wołowiny.
Ricie napisałam, że to trochę potrwa i żeby jechała do domu, a ja wrócę taksówką. Odpowiedziała, żebym nie kombinowała, bo poprawi mi symetrycznie w drugi policzek. A jeśli ucieknę bocznymi drzwiami, zamknie mnie w piwnicy i będzie tak długo torturować, aż przyznam się, kto mi to zrobił.
Westchnęłam, bo właśnie taki miałam plan - uciec.
Kiedy nadeszła moja kolej, a drzwi do gabinetu lekarza otworzyły się z łoskotem, dosłownie podskoczyłam ze strachu.
- Panna Scott? - zapytał grubym, gburowatym i cholernie zmęczonym głosem.
- To ja - odparłam cicho i stanęłam przed wysokim, postawnym mężczyzną, który obrzucił mnie przelotnym spojrzeniem i zniknął w pomieszczeniu.
- Zapraszam - dodał i zasiadł za swoim biurkiem. - Co panią do mnie sprowadza?
- Nadgorliwa przyjaciółka - wymamrotałam.
- Słucham?
- Chyba mam głęboką ranę na policzku, nie wiem, czy wymaga szycia - sprecyzowałam.
Dopiero teraz ciemne spojrzenie lekarza wylądowało na mojej twarzy i analizowało ją zbyt ostentacyjnie.
Te oczy... Znałam je skądś.
Na jego policzku, tuż obok oka, widniała blizna. Na szyi tak samo. Jeśli miał ich więcej, to skrywały się pod kilkudniowym zarostem. Nie miał plakietki. Nawet kitla lekarskiego.
Ubrany był w ciemne spodnie i czarną koszulę. Dość ekstrawagancki strój jak na lekarza. Doświadczenie ze szpitalem miałam zerowe, a poprawność stroju znałam tylko z seriali medycznych, dlatego olałam temat, napawając się niesamowitą urodą doktorka. Tyle mi zostało, bo za chwilę wyjdę i prawdopodobnie nigdy go już nie spotkam.
Wszystko to dodawało mu tajemniczości i grozy. Był naprawdę mroczny i niedostępny. Cichy, milczący, bez grama uśmiechu. Jakbym trafiła do jakiegoś psychopaty, a nie lekarza. A w jego głowie zamiast metod leczenia krążyły tortury, jakim mnie podda, gdy zaciągnie do swojej jaskini.
Nie wiedzieć czemu, stwierdziłam, że on nie jest taki, na jakiego się kreuje, a ja już kiedyś go spotkałam.
Nie! Nigdy nie zapomniałabym tego człowieka. Tacy jak on zapisywali się w pamięci niczym tatuaż na ciele. Niewielu było bowiem takich mężczyzn. Idealnych pod każdym względem. A im bardziej tajemniczy był, tym większe wyzwanie stanowił i tym mocniej przyciągał.
- Nie trzeba szyć - oznajmił po chwili. - Rana jest dobrze opatrzona. Zabiera pani tylko cenny czas innych pacjentów, którzy naprawdę potrzebują mojej pomocy.
No i czar prysł, a ja zapragnęłam jak najszybciej opuścić ten gabinet.
Wygłupiłam się, że z byle draśnięciem przyjechałam do szpitala. Miałam ochotę udusić Ritę i siebie zresztą też, że byłam takim pokornym baranem bez własnego zdania.
- A na przyszłość - powiedział, kiedy już trzymałam dłoń na klamce drzwi wyjściowych - proszę nie pozwalać się tak traktować. Każdy facet, który podnosi rękę na kobietę...
- Do widzenia - powiedziałam i pospiesznie wybiegłam z gabinetu, powstrzymując napływające do oczu łzy.
Nie miałam ochoty na niczyje towarzystwo, a moja przyjaciółka o dziwo to zaakceptowała. Odwiozła mnie pod klatkę i bez słowa odjechała.
Dopiero w domu dostrzegłam, że na moim policzku odbiły się również trzy palce, co oznaczało jedno i właściwie tylko kretyn by się nie zorientował.
Zrobiłam sobie zimny okład, położyłam się na kanapie i sama nie wiedziałam, kiedy zasnęłam. Tom nie wrócił na noc, więc najprawdopodobniej szalał z kolegami na motocyklach lub nie chcąc konfrontacji ze mną, przeniósł się do swojego mieszkania.
Zawsze tak robił, kiedy się pokłóciliśmy. Uciekał przed obowiązkami i konsekwencjami.
W co ja się wpakowałam? Zmarnowałam na tego człowieka pół roku swojego życia, a na koniec dostałam jeszcze po gębie. Cudowne podsumowanie tego chorego związku.