3
Everly
Ziemia - czasy obecne
Mgła kłębiła się wokół moich kostek jak fale oceanu. Las pogrążył się w mroku, ale światło księżyca prześwitywało przez sosnowe igły. Ziemia pod moimi bosymi stopami biła chłodem, gdy tak bez celu wędrowałam między drzewami.
Noc była cicha. Leśne stworzenia umykały przede mną, nawet świerszcze zamilkły.
Moja ofiara znajdowała się blisko. Oddychała chrapliwie - była tak przerażona, że nie mogła złapać tchu. Poruszała się głośno i niezdarnie. Raz po raz z paniką zerkała przez ramię, a w jej oczach dostrzegałam coraz więcej rozpaczy i szaleństwa.
Nie miała jednak szans uciec przede mną.
Zahaczyła butem o korzeń, potknęła się i runęła na ziemię. Podniosła się i spojrzała mi prosto w twarz, szepcząc rozpaczliwie:
- Proszę, Everly. Proszę, nie rób tego.
Kiedy upadła, pękły jej okulary. Błagalnie wyciągnęła w moją stronę zakrwawione dłonie.
Zamiast serca miałam zimną dziurę. Coś miotało się wewnątrz mojej czaszki, drapiąc i napierając od tyłu na oczy. W głowie słyszałam szept, okrutny i bezwzględny: "Zabij ją. Zabij ją. Zabij ją".
Nóż w mojej ręce zalśnił w świetle księżyca. Wiedziałam, co muszę zrobić.
- Proszę, Everly! - Po policzkach płynęły jej łzy. - Musisz to zapamiętać. To ważne, proszę, zapamiętaj to.
Stanęłam nad nią, powoli przechylając głowę w bok. Jej krew zabarwi ten las. To będzie moje najwspanialsze dzieło sztuki.
- Sybil wskaże ci drogę - wyszeptała. A potem jeszcze raz. I jeszcze raz.
Mówiła coraz szybciej. Jej słowa zlewały się ze sobą.
W uszach mi dzwoniło. Czułam ból w klatce piersiowej. Drapanie wewnątrz czaszki nie ustawało.
Musiałam to przerwać.
Podniosłam nóż, ale ona nie zareagowała. Nie przestawała szeptać.
- Twoja krew użyźni tę ziemię, Raelynn - oznajmiłam. Mój głos brzmiał obco.
Nagle umilkła. Zamarła w całkowitym bezruchu z mocno otwartymi oczami. Następnie powoli otworzyła usta. Szeroko. Zbyt szeroko. Jej szczęka z nieprzyjemnym trzaskiem wyskoczyła ze stawu, dziewczyna wrzasnęła...
Gwałtownie się obudziłam.
Szkicownik zsunął mi się z kolan i uderzył w drewnianą podłogę z głośnym "łup". Kredki potoczyły się po blacie i jedna po drugiej spadły na podłogę, zanim zdążyłam wyciągnąć rękę, żeby je zatrzymać.
- Cholera... A niech to! - Uderzyłam się głową o stół, kiedy próbowałam się pod niego wślizgnąć, żeby pozbierać kredki. Przez chwilę siedziałam na podłodze, pocierając ręką głowę i użalając się nad sobą.
Było już późno. Biblioteka lada moment miała zostać zamknięta. Cholera, musiałam przespać dobre kilka godzin. Z ciężkim westchnieniem zebrałam kredki i powoli wstałam, po czym włożyłam swoje rzeczy do torby na ramię.
W bibliotece uniwersyteckiej panowała cisza, słychać było tylko strugi deszczu spływające po wielkim witrażu nad wejściem. Głowa mnie bolała, wspomnienia koszmaru sennego powoli się rozmywały. Pozostało tylko to imię.
Raelynn. Kim, do cholery, była Raelynn?
Nowy semestr miał się zacząć dopiero za kilka tygodni, ale ja większość lata spędzałam właśnie tu, w bibliotece. Uwielbiałam lekko waniliowy zapach pokrytych kurzem książek. Kochałam zaciszne wnęki, sklepiony sufit i przytłumione światło płynące ze starych kinkietów na ścianach.
To była moja kryjówka, moja namiastka wolności, przebłysk wszystkich cudów świata, które gdzieś tam na mnie czekały.
Czekały, aż się stąd wyrwę.
Siedziałam na drugim piętrze biblioteki, skąd miałam widok na znajdujące się poniżej główne wejście do budynku, otoczona wysokimi regałami i rozsianymi tu i ówdzie stolikami. Jedna z kredek potoczyła się za daleko, żebym mogła jej dosięgnąć, zmrużyłam więc oczy, wyciągając w jej kierunku rękę. Wyobraziłam sobie, jak turla się w moją stronę, prosto pod nogi krzesła, tak abym mogła ją podnieść.
Kredka jednak nawet nie drgnęła.
Próby posłużenia się magią były jak rozciąganie zesztywniałego mięśnia albo pisanie lewą ręką. Wymagały intensywnego skupienia, ale nawet jeśli dawałam z siebie wszystko, rezultat i tak był mizerny.
Zaciskając zęby, poruszyłam palcami, jakbym chciała przyciągnąć kredkę do siebie.
Kredka oderwała się od podłogi i pomknęła przez powietrze. Wbiła się w ścianę za mną, a ja w ostatniej chwili zrobiłam unik, żeby nie dostać nią w głowę. Cholera. Pospiesznie wyrwałam kredkę ze ściany i skrzywiłam się na widok dziury, którą zostawiła.
Oby tylko nikt nie zauważył.
Było tak późno, że ostatni autobus na pewno już odjechał. Będę musiała wracać do domu po ciemku. Większość okolicznych mieszkańców nie odważyłaby się wychylić nosa z domu po zmroku, ale mnie to już nie ruszało. Jeśli będę się trzymać drogi, najprawdopodobniej nic mi nie będzie.
A jeśli jednak... cóż, jeden koszmar więcej i w końcu będzie po wszystkim.
Nagle podskoczyłam, bo tuż za mną rozległy się kroki. Mogłam jednak odetchnąć z ulgą, bo zza regałów wyłonił się William Frawley, zerkając na mnie z zaciekawieniem zza okularów. Był jednym z bibliotekarzy, zwykle można go było znaleźć za półokrągłym biurkiem przy wejściu, gdzie przesiadywał z nosem w książce.
- Wszystko w porządku? - chciał się upewnić. - Usłyszałem hałas.
- Uderzyłam się w kolano - wyjaśniłam, krzywiąc się i masując nogę, żeby kłamstwo wypadło wiarygodniej. - Przepraszam. Czy komuś przeszkodziłam?
- Nie ma już komu przeszkadzać. - Zachichotał, podnosząc kółko na klucze. - Właśnie miałem zamykać.
- A niech to...! Znowu się zasiedziałam. Przepraszam! - Pospiesznie zgarnęłam resztę swoich rzeczy do torby. - Na dole mam jeszcze stertę książek, jeśli to nie kłopot...
- Żaden problem. - Jego wzrok zatrzymał się na szkicowniku; wziął go do rąk, zanim zdążyłam go ukryć w torbie. Rysunek przedstawiał witraż, kolorowe szybki lśniły w blasku zachodzącego słońca. - To tym się zajmowałaś? - Przytaknęłam, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Jakie to piękne!
Wyjęłam mu szkicownik z rąk ze słowami:
- Mama powtarzała, że bardzo by chciała to namalować. Kochała ten witraż. Te kolory, słońce prześwitujące przez kolorowe szybki... Zawsze mówiła, że to prawdziwa magia.
Williamowi najwyraźniej zrobiło się głupio, niepewnie potarł kark.
- Przepraszam, Ev. Nie chciałem...
- Rozmowa o mamie nie sprawia mi przykrości - zapewniłam go z łagodnym uśmiechem, pakując szkicownik. - Minęło już pięć lat. Jest w porządku.
Pięć lat, odkąd opuściła tę Ziemię. Pięć lat, odkąd zniknęła z mojego życia. Pięć lat samotności.
Było w porządku, choć ściskający moje serce niepokój podpowiadał coś innego.
- Nie zatrzymuję cię, wracaj do zamykania biblioteki - powiedziałam, zakładając torbę na ramię. - Mogę skorzystać ze stanowiska samoobsługowego, żeby wypożyczyć książki?
- Jasne. Jeszcze... yyy... Everly?
- Tak? - Zatrzymałam się na szczycie schodów. Will nerwowo zakasłał.
- W weekend wybieramy się ze znajomymi promem do Seattle - oznajmił, a głos lekko mu się załamał. Odchrząknął. - Wybieramy się do Baru pod Jednorożcem. Wydaje mi się, że to twoje klimaty, więc... yyy... zastanawiałem się...
Skrzywiłam się w myślach, ale zdobyłam się na przepraszający uśmiech.
- Przykro mi, Will, ale w ten weekend pomagam tacie w Towarzystwie Historycznym. Obiecałam mu. - Wzruszyłam ramionami, jakbym nic nie mogła na to poradzić, po czym dodałam: - Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić!
- Nic się nie dzieje... W ogóle się nie przejmuj. Taaak, na pewno. Dzięki. No to... yyy... do zobaczenia później! - Pomachał do mnie, cały czerwony na twarzy.
- Do zobaczenia! - Również mu pomachałam i pospiesznie zbiegłam ze schodów. Nie przestawałam się uśmiechać, dopóki mógł mnie zobaczyć.
Miałam bogate doświadczenie w odgrywaniu takiej roli, jakiej w danym momencie ode mnie oczekiwano. W wieku dwudziestu trzech lat kłamanie przychodziło mi z dużo większą łatwością niż mówienie prawdy.
Will był miły. Słodki, uprzejmy. Był dokładnie takim facetem, z jakim chętnie wybrałabym się promem do Seattle.
Ale to nie było możliwe. Nie wolno mi było tego zrobić.
Większość młodych ludzi w moim wieku zamierzała opuścić Abelaum w poszukiwaniu lepszych możliwości w Seattle czy Tacomie, ale ja nic takiego nie planowałam. Nie mogłam. Nawet gdybym próbowała odejść, Abelaum nigdy by mnie nie wypuściło ze swoich szponów.
Mój ojciec i jego Bóg nie pozwoliliby mi na to.
Mama mnie ostrzegła. W ostatnich słowach, w pospiesznie nakreślonym liściku, który znalazłam pod poduszką w dniu, kiedy znaleziono jej ciało, wyjawiła mi prawdę, której nie była w stanie wypowiedzieć na głos, kiedy żyła.
"To ja jestem zdrajczynią. Pozwoliłam Juniper uciec, a potem ukryłam ją przed wzrokiem demona. Nie można dopuścić, żeby ta zgnilizna się szerzyła. Sięgnij po swoją moc, bo inaczej Istota z głębin pochłonie wszystko, czym jesteś, i zamieszka w Twoim ciele. Sybil wskaże Ci drogę".
Tylko tyle. Wiadomość bez ładu i składu, jak mamrotanie szalonej kobiety.
Koszmary senne zaczęły się pojawiać po jej śmierci. Jej samobójstwo i list, który mi zostawiła, zniszczyły moje życie, byłam w kompletnej rozsypce. Przedtem przerażała mnie wizja cierpienia, które mój ojciec i jego sekta chcieli sprowadzić na innych; teraz dokładnie wiedziałam, ile cierpienia jest przeznaczone dla mnie.
Istota z głębin potrzebowała czyjegoś ciała. Mama twierdziła, że mojego. Moja magia, choć dzika i nieokiełznana, zapewniłaby Bogu moc, której będzie potrzebował, kiedy wreszcie wyłoni się ze swojej kryjówki.
Za cholerę nie miałam zamiaru zgodzić się na taki los. Zapłacę każdą cenę, będę cierpieć i umierać ze strachu, ale prędzej podążę za matką do grobu, niż stanę się bezmyślną marionetką na usługach prastarego bóstwa.
Niestety, nie miałam zielonego pojęcia ani kim jest owa "Sybil", ani jak uciec przed Bogiem. Jej imię prześladowało mnie w snach. Z każdą nocą koszmary nawiedzały mnie coraz częściej i wydawały się coraz bardziej realne. Czasami miałam wrażenie, że to wcale nie są sny.
Były zbyt prawdziwe.
Nagle poczułam przeszywający ból w potylicy, jakby ktoś mi wbił igłę w kark. Skrzywiłam się, zacisnęłam powieki i zatoczyłam się do przodu, ale udało mi się chwycić poręczy.
Dłonie miałam zimne od potu. Gałki oczne poruszały się gwałtownie za zamkniętymi powiekami, wywracając się do tyłu, całkowicie poza moją kontrolą.
Otoczyły mnie szepty. Wściekłe, choć nieuchwytne słowa przyprawiały mnie o dreszcze. Poczułam wiszącą nade mną ciężką obecność, co napełniło mnie przerażeniem.
To minie. Musiałam tylko oddychać, skupiając się na tu i teraz. Gładkie drewno pod palcami, ulewny deszcz, szmer odległych rozmów i miękki szelest przewracanych stron. Musiałam pamiętać, gdzie jestem. Kim jestem. Dlaczego jestem...
W kieszeni zawibrował mi telefon, wyrywając mnie z mglistego oszołomienia. Gwałtownie otworzyłam oczy, głośno wzdychając. Zamrugałam, żeby odzyskać ostrość widzenia, i zobaczyłam, że to wiadomość od Jeremiaha.
"Zbieraj się. Zaraz zawijamy się z chłopakami".
Cholera. Tata musiał mu powiedzieć, że będę dzisiaj na kampusie. Powrót z Jeremiahem samochodem pełnym jego kumpli był ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę. Ojca dziś cały dzień nie było, a ponieważ kluczyki do mojego auta trzymał zamknięte w swoim gabinecie, przyszłam tu na nogach i planowałam wrócić autobusem.
Kiedy dotarłam do miejsca, w którym zostawiłam swoje książki, znowu poczułam mrowienie na karku.
- Cześć, Everly.
Marcus Kynes pomachał na powitanie, podchodząc do mnie z niepewnym uśmiechem na twarzy.
- Już późno. Podwieźć cię do domu?
Marcus był kapitanem uniwersyteckiej drużyny piłki nożnej - tej samej, w której grał Jeremiah. W ostatnich latach młodzi mężczyźni zbliżyli się do siebie. Gdy Juniper została umieszczona w szpitalu psychiatrycznym, Jeremiah wziął młodszego kolegę pod swoje skrzydła.
Ojciec chciał, żebyśmy mieli Marcusa na oku. Bóg nie darowałby nam kolejnej porażki.
Marcus zdecydowanie powinien trzymać się z daleka od naszej rodziny. A jednak byłam wdzięczna, że trafiła mi się okazja uniknąć powrotu do domu w towarzystwie brata.
- Byłoby wspaniale, dziękuję! Muszę tylko wypożyczyć te książki.
* * *
Z naszych ust unosiły się obłoczki pary, kiedy wyruszyliśmy z biblioteki w stronę parkingu dla studentów. Uniwersytet w Abelaum był reliktem przeszłości ukrytym wśród drzew, architektoniczną perełką zbudowaną w czasach, kiedy to górnicze miasteczko przeżywało rozkwit. Wieże w stylu gotyckim były wysokie jak sosny, kamienne ścieżki porósł mech, a szare mury oplatał bluszcz. Gdy trwał semestr, światła padające z okien wzdłuż korytarza przecinały mrok nocy jak światło latarni morskiej. Ale dzisiejszej nocy stare budynki, które należały do uniwersytetu, były ciemne, nie licząc znajdującej się za nami biblioteki.
Pewnego dnia, na przekór wszystkiemu, zdobyte tutaj wykształcenie pozwoli mi stąd uciec. Studiowanie historii zwykle nie jest uważane za wstęp do wielkiej kariery, ale nic mnie to nie obchodziło. Pewnego dnia opuszczę Abelaum, opuszczę stan Washington, być może nawet opuszczę kraj. Szept Boga w mojej głowie zamilknie, a nieustannie towarzyszący mi strach przed cierpieniem i zemstą zniknie.
Poszukam pracy. Chciałam zgłębiać starożytne języki, otoczyć się pięknem i grozą historii. Ludzkość jest ukształtowana przez swoją przeszłość; koniec końców wszyscy jesteśmy rezultatem ciągu ludzkich wyborów.
Niektórzy z nas są rezultatem bardziej nikczemnych wyborów niż inni.
- W zeszłym tygodniu były urodziny Juniper - odezwał się nagle Marcus. - Chciałem do niej zadzwonić, ale chyba zmieniła numer, kiedy ją wypuścili ze szpitala.
Brnęliśmy przed siebie, rozchlapując kałuże, a ja założyłam na głowę kaptur, żeby się schować przed deszczem.
I żeby ukryć przed nim twarz.
- Mama też nigdy nie chce o niej rozmawiać - ciągnął, kiedy nie doczekał się odpowiedzi. - Nikt nie chce. Zawsze, kiedy o niej wspominam, zapada kłopotliwa cisza.
- Przykro mi, Marcus - powiedziałam powoli, ale on tylko potrząsnął głową.
- Przecież rozumiem. Szczególnie po tych wszystkich oskarżeniach, którymi obrzuciła twoją rodzinę. Niepotrzebnie o niej mówię. - Wydawał się taki smutny. Taki zagubiony. - Po prostu ostatnio za nią tęsknię. Tak naprawdę nie miałem okazji się pożegnać, zanim odeszła.
Przed nami rozległ się znajomy okrzyk. Marcus podniósł rękę, żeby powitać trzech zbliżających się do nas mężczyzn, a ja stłumiłam jęk.
- Kto by pomyślał, że z ciebie taki dżentelmen, Marcusie! Miło, że zaopiekowałeś się moją siostrą! - zakpił Jeremiah, podchodząc do nas w obstawie kumpli, Sama i Nicka. - Ale nie musisz się o nią martwić. Kto by tam chciał porywać tę świruskę...!
Marcus przystanął, żeby z nimi porozmawiać, ale ja nie zawracałam sobie nimi głowy. Pomaszerowałam w stronę drogi, zdecydowana dotrzeć do domu na piechotę, niezależnie od ryzyka. Niestety, Jeremiah złapał mnie za przedramię, kiedy go mijałam.
- Dokąd ci tak spieszno, siostrzyczko? - Ostatnie słowo wypowiedział takim tonem, jakby to była obelga.
- Puść mnie - odparłam. Czułam mrowienie w koniuszkach palców, subtelny znak, że mogę stracić panowanie nad sobą. - Idę do domu.
- Najpierw musicie mi w czymś pomóc, ty i Marcus - oznajmił Jeremiah, a Nick i Sam zgodnie pokiwali głowami.
- Chętnie ci pomogę - zgodził się Marcus. - Nie ma problemu.
- Super. - Jeremiah uśmiechnął się, zerkając na mnie ostrzegawczo. Mój przyrodni brat nie był osobą, którą można by nazwać "miłą", jednak teraz w jego uśmiechu kryło się coś naprawdę złowieszczego. Miałam ochotę odwrócić się na pięcie i uciec.
Jeremiah przyciągnął mnie do siebie, szarpiąc za ramię, i zmusił, żebym ruszyła z nim z powrotem w stronę kampusu.
- Obiecałem trenerowi, że zniosę na dół kilka pudeł. Powiedział, że są w magazynie na drugim piętrze w Calgary Hall. Prawie bym o tym zapomniał.
Sam parsknął śmiechem. Miałam wrażenie, że jest kompletnie zaćpany; Nick z kolei miał kaptur nasunięty na oczy i ręce w kieszeniach. Próbowałam uwolnić rękę z uścisku Jeremiaha, ale on, zamiast ze mną walczyć, objął mnie za ramiona. Przysunął usta do mojego ucha, zniżył głos i syknął:
- To twój obowiązek, Everly. Nie próbuj się wymigać.
Ogarnęła mnie panika, nie mogłam złapać tchu. Ręce mi się trzęsły i były tak gorące, jakby pod moją skórą płonął żywy ogień.
Użyłam całej siły woli, żeby się uspokoić. Nie mogłam stracić panowania nad sobą.
Jeśli wybuchnę - jeśli nie poskromię mrowiącego żaru wzbierającego w mojej piersi - mogłabym rozpętać nieopisany chaos.
Weszliśmy po schodach prowadzących do Calgary Hall. Wnętrze budynku było ciemne i zimne, nasze kroki odbijały się echem od kamiennej posadzki. Drzwi za nami się zatrzasnęły, odcinając nas od odgłosów cykania świerszczy i lekkiego wietrzyku szemrającego w koronach drzew.
Było cicho jak w grobie.
Jeremiah wreszcie mnie puścił i położył palec na ustach w ostrzegawczym geście. Miałam wrażenie, że mój świat zatrząsł się w posadach, kiedy Nick sięgnął za pazuchę, po czym wręczył Jeremiahowi nóż. Choć światło było przyćmione, wszystko wokół błyszczało i mieniło się w fioletowej poświacie magii.
Czułam, że lada chwila wybuchnę. Jak balon napompowany tak mocno, że zaraz pęknie.
Jeremiah odwrócił się w stronę Marcusa. Pociemniało mi w oczach. Czas zaczął płynąć wolniej.
Żądania Istoty z głębin musiały zostać spełnione. Należało złożyć w ofierze trzy dusze. To był nasz obowiązek. Nasz rytuał. Nasze wyznanie wiary.
Gdy jednak Jeremiah uniósł nóż, zaczęłam krzyczeć.
Sprawy potoczyły się błyskawicznie. Sam złapał mnie i mocno trzymał, podczas gdy Jeremiah i Nick powalili Marcusa na podłogę. Sam próbował zakryć mi usta, ale ugryzłam go w rękę, zaciskając zęby tak mocno, aż poczułam smak krwi. Walnął mnie w tył głowy.
- Do kurwy nędzy, ty mała psychopatko! - Nie przestawał mnie uderzać, ale ja przestałam go gryźć, dopiero kiedy pod wpływem ciosów zakręciło mi się w głowie.
- Przestań, Jeremiah! - Mój łamiący się głos odbijał się echem od ścian. - Proszę cię, nie rób tego! Nie w ten sposób...
Jeremiah usiadł okrakiem na Marcusie, a Nick unieruchomił mu ręce nad głową. Mój przyrodni brat przebił ostrzem koszulę Marcusa, poruszając ręką w przerażająco wolny i metodyczny sposób, podczas gdy jego ofiara krzyczała, bezradnie wierzgając nogami.
Aż ochrypł od wrzasku, kiedy Jeremiah wyrył mu na piersi rytualne znaki. Chichotał przy tym jak dziecko, które właśnie dostało nową zabawkę, a jego uśmiech stawał się szerszy za każdym razem, kiedy Marcus na nowo zaczynał się szarpać, a jego okrzyki bólu były coraz bardziej rozpaczliwe.
- Wiesz, co w tym wszystkim jest najzabawniejsze, Kynes? - powiedział Jeremiah, zbliżając twarz do twarzy młodego mężczyzny i powoli przesuwając ostrzem po jego policzku. - Że twoja szalona siostra miała rację. Miała rację co do wszystkiego.
Rozdzierający serce przebłysk zrozumienia na twarzy Marcusa na moment pozwolił mu zapomnieć o bólu fizycznym. Spojrzał na mnie, a ja stłumiłam szloch, widząc nieme pytanie w jego oczach.
Dlaczego?
Jeremiah podniósł nóż nad głowę i z rozmachem wbił go w pierś Marcusa. Ten jęknął cicho, gdy z jego płuc uszło powietrze. Zaczęłam się wyrywać z nową energią, miotać w uścisku Sama, aż trafiłam obcasem na coś śliskiego, straciłam równowagę i oboje wylądowaliśmy na podłodze.
Kolejny cios nożem.
I następny.
I jeszcze jeden.
Byłam na granicy wytrzymałości.
Po podłodze powoli płynęła krew, plamiąc brzeg mojej sukienki. Owiewający moją twarz oddech Sama cuchnął, a na ramionach na pewno tworzyły się siniaki, tak mocno mnie ściskał.
Żar we mnie narastał, coraz szybciej i szybciej. Już nie byłam w stanie go kontrolować.
Z całej siły zacisnęłam oczy, a pod moimi powiekami rozkwitły fioletowe i pomarańczowe błyski. To nie działo się naprawdę. Nie było mnie tutaj. Byłam gdzieś indziej, w jakimś spokojnym miejscu. Nie mogłam ponownie być świadkiem tego widowiska, nie mogłam brać w nim udziału, nie mogłam, nie mogłam... błysk.
Niewyobrażalny ucisk w mojej głowie, żar nie do zniesienia i nagle wszystko wybuchło. Przez moment byłam niczym - unosiłam się w powietrzu, leciałam gdzieś, pozbawiona ciała. Bezwstydnie wolna jak powiew wiatru.
Oczy nadal miałam zamknięte, kiedy owionął mnie podmuch zimnego powietrza, aż zadrżałam. Policzek miałam przyciśnięty do czegoś kłującego, mój nos wypełnił zapach wilgotnej ziemi.
Podniosłam powieki.