Soul care - dr Rob Reimer

Kup ebooka

43.20 zł
35.86 zł (34,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 Rekomendacje

Setki razy słyszałem, jak mój drogi przyjaciel Rob Reimer nauczał prawd ujętych w tej książce. Jednak dopiero wczytując się w kolejne rozdziały, zrozumiałem, dlaczego to się nigdy nie starzeje - zawarta jest tu moc Jezusa, która uwalnia zniewolonych. To dlatego robimy, co robimy. Na przestrzeni lat miałem zaszczyt nauczać wraz z Robem w Seminarium Teologicznym Alliance i podczas licznych konferencji. Obserwowaliśmy, jak Jezus uwalnia ludzi. Modlę się o to, byś czytając tę książkę i ty zaznał tej wolności oraz wraz z nami pomagał Jezusowi uwalniać zniewolonych.

- dr Ron Walborn

dziekan Seminarium Teologicznego Alliance

W książce Soul care Rob porusza najgłębsze problemy, z jakimi ludziom przyszło się mierzyć - jako zaproszenie do podporządkowania się Bogu, który przemienia nas, byśmy zaznali uzdrowienia i wolności. Rob przekazuje prawdę precyzyjnie, w pomocny sposób, pełen czułości i łaski - jak dobry przyjaciel lub bliski mentor. Ma wielką zdolność przechodzenia do sedna sprawy, do pobudek, które nami kierują. Rzucił mi wyzwanie, zachęcił mnie i popchnął do zmierzenia się z rzeczywistością, która nie zawsze jest "fajna", gdy trzeba o niej rozmawiać i ją przepracować. Ale, co ważniejsze, wciąż przypominał mi, bym zwracał się do Jezusa  - cierpliwego Uzdrowiciela - po jeszcze więcej nadziei i mocy. To natchniona książka - szczera i prosta. Naprawdę wierzę, że będzie miała silne oddziaływanie, niezależnie od geograficznych i kulturowych granic. Wierzę, że dzięki niej wielu ludzi uwolni się od dawnych, obecnych i przyszłych problemów, z przewodnikiem przechodząc proces życiowej przemiany.

- wielebny Tim Meier

kierownik międzynarodowy w Envision

Soul care to poradnik dla tych, którzy mają poczucie, że ich dusza pragnie być w kontakcie z Chrystusem i emanować Nim. Ta książka to nie harmonogram, którego trzeba przestrzegać. To brzask poznania życia i wolności, który Chrystus prawdziwie daje tym, którzy pragną z Nim przebywać. To niezbędne, ponieważ nie możemy głosić Dobrej Nowiny, którą nie żyjemy.

- Tania Watson

dyrektor wykonawczy Churches of Christ in Western Australia Inc.

Za młodu byłem utrapieniem. Często denerwowałem ludzi swoim głupim zachowaniem i nieraz padły w moją stronę słowa: "Czas, byś wreszcie dorósł!". Rob Reimer, autor książki Soul care, nie tylko odważnie wzywa nas do "dorastania", lecz nawet wyznacza szlak, który nam w tym pomoże. W swoim pokrzepiająco otwartym i szczerym stylu zabiera nas w podróż do delikatnych zakątków duszy. Zadaje pytania, z którymi musimy się zmierzyć, jeśli mamy odnaleźć drogę do dojrzałości i spełnienia. Oświadcza: "Dorastanie to trudny proces. To sprawa sercowa". Porażka w tym wyzwaniu sprawia, że starzejemy się w latach, podczas gdy emocjonalnie pozostajemy w wieku niemowlęcym. Autor ostrzega: "Nasza niedojrzałość zawsze zaburza naszą produktywność. Nasza grzeszność ujmuje naszej urodzajności". To kontrowersyjna książka, która popycha nas do otwierania drzwi, które wielu z nas wolałoby pozostawić zamknięte. Wezwanie do życia w światłości poprzez dokonanie "spowiedzi z życia" przed zaufanymi przyjaciółmi to mocne zaproszenie do wolności od toksycznego wstydu. W tej książce znajdziemy też uzdrowienie. Subtelnie zajmiemy się w niej ranami duszy i zgłębimy wiedzę o tym, jak uprzątnąć i usunąć odłamki przeszłości oraz przyjąć świeżą odwagę do mierzenia się ze złożonością teraźniejszości. Nie przegap tego wezwania do "dorastania"! Jest fascynujące, uwalniające i warte tej podróży.

- wielebny David Hearn

prezes Christian & Missionary Alliance of Canada

Doktor Rob Reimer przedstawia istotne spostrzeżenia dotyczące ludzkiej kondycji i mocy Ducha Świętego do odradzania duszy zarówno jako pastor, jak i teolog praktyczny. Jego podejście wyewoluowało od pierwszych etapów wiary przeżywanej w lokalnym kościele do studiów doktoranckich. Serdecznie polecam książkę doktora Reimera wszystkim tym, którzy chcieliby zobaczyć przemianę w trosce o własną duszę.

- dr Martin Sanders

prezes Global Leadership Inc., kierownik studiów doktoranckich w Seminarium Teologicznym Alliance

 

Informacje o książce

Tytuł oryginału: Soul Care. Seven Transformational Principles for a Healthy Soul

Autor: dr Rob Reimer

Tłumaczenie: Sara Wacławik, Arkadiusz German

Redakcja: Krystyna Stobierska

Korekta: Joanna Salamon, Agnieszka Luberadzka, Bartosz Szpojda

Skład i przygotowanie do druku: Sylwia Cupek

Projekt graficzny okładki: Sylwia Cupek

Druk: Drukarnia im. A. Półtawskiego, Kielce

Copyright ? 2016 by Rob Reimer

Published by Carpenter's Son Publishing, Franklin, Tennessee

Published in association with Larry Carpenterof Christian Book Services, LLC

Do dystrybucji na terenie całego świata:

Wydawnictwo Szaron ul. 3 Maja 49a, 43-450 Ustrońe-mail: wydawnictwo@szaron.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej książki nie może być kopiowana ani przesyłana w jakiejkolwiek formie ani żadnymi środkami, elektronicznymi lub mechanicznymi, w tym kserokopiami i nagraniami, ani jakimkolwiek systemem przechowywania i wyszukiwania informacji bez pisemnej zgody wydawcy.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty biblijne pochodzą z Biblii Tysiąclecia (Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, wyd. 5, Poznań 2003).

Wydanie I, Ustroń 2022

ISBN 978-83-8247-056-7

Książkę można nabyć:

Księgarnia i hurtownia Szaronul. 3 Maja 49a, 43-450 Ustroń

tel. 503 792 766e-mail: zamowienia@szaron.pl

szaron.pl

 

Dedykacja

Tę książkę dedykuję mojemu tacie i mojej mamie. Pamiętam dzień, w którym zdałem sobie sprawę z tego, jakim szczęściarzem byłem, dorastając w naszym domu. Wyjechałem do chrześcijańskiej uczelni i słuchałem historii nowo poznawanych przyjaciół. Raz za razem okazywało się, że wychowywali się w o wiele trudniejszej sytuacji rodzinnej, i dotarło do mnie, jakiej łaski zaznałem. Jesteście kochającymi i szczodrymi ludźmi, którzy nauczyli nas, jak ciężko pracować i jak dobrze się bawić. Żadna rodzina nie jest idealna, więc i nasza miała jakieś niedoskonałości, ale zapewniliście nam stabilny dom, pełen miłości i chrześcijańskiego dziedzictwa. Dorośliście, rozwinęliście się i dojrzeliście w Waszej duchowej podróży. Podobnie jak ja, nie jesteście jeszcze ludźmi, którymi chcielibyście być, ale nie jesteście też tacy, jak kiedyś. Błogosławię Was za to.

Tato, dziękuję Ci za to, że bawiłeś się z nami, kiedy byliśmy mali, i za to, że niejednokrotnie odpadała Ci ręka od rzucania nam tysięcy piłek, gdy dorastaliśmy. Dzięki za Twoją bezkompromisowo dobrą naturę i poczucie humoru. Śmialiśmy się z Tobą, może czasem też z Ciebie, ale godziłeś się na to i śmiałeś się wraz z nami - za to wyrazy uznania. Twoje pogodne usposobienie i dobra natura były widoczne w trakcie Twojej niedawnej batalii z rakiem. Niezliczone godziny spędziłem, siedząc z Tobą w salach szpitalnych i gabinetach lekarzy, a Ty wciąż znosisz ten trudny okres próby z odwagą i poczuciem humoru. Wniosłeś radość w życie Twoich lekarzy i uprzyjemniłeś im ich ciężką pracę. Jestem z Ciebie dumny. Być Twoim synem to dla mnie zaszczyt. Zdrowiej szybko, Tatusiu - mamy jeszcze wiele gier przed sobą!

Mamo, dziękuję, że pomagałaś tacie przejść przez to wszystko i pokazywałaś, jak powinno się to robić z pełną miłości wrażliwością, cierpliwością, wytrwałością i humorem. Zawsze oferowałaś nam wszystkim emocjonalne wsparcie, zwłaszcza w trudnych chwilach. Dziękuję, że siedziałaś ze mną do późnej nocy przed TV, pomagając mi poradzić sobie z problemami okresu dojrzewania. Jesteś dobrą mamą i żoną, kocham Cię.

Dziękuję Wam obojgu. Pomimo wszystkich moich wad przez lata wspieraliście moją duchową służbę. Dziękuję za bycie dumnymi rodzicami, a także dorastanie i dojrzewanie pod moją opieką duchową - świadczy to o Waszej pokorze i dokonaniach Boga w Waszym życiu. Żyjecie dla Jezusa i dobrze o Nim świadczycie. Jesteście wzorem kochających rodziców dla wielu osób - nie tylko dla mnie i Kena. Jesteście szlachetnymi i honorowymi ludźmi, kocham Was.

Z wyrazami wdzięczności oraz serdecznej miłości i sympatii chcę okazać mój szacunek, dedykując Wam tę książkę.

 

Wasz syn Rob

 

 

 

 

Podziękowania

Miałem dwadzieścia cztery lata, gdy spędzając czas sam na sam z Panem w seminarium, usłyszałem, jak mówi o moim powołaniu. Powiedział mi między innymi, że będę pisał książki. Odparłem, że zrobię dla Niego wszystko, ale nigdy nie będę torował sobie drogi dla własnych korzyści. Będę czekał, aż On otworzy mi drzwi, przez które mam przejść. Poczułem ulgę, gdy kilka lat temu zacząłem pisać. Oto moja trzecia książka. Chociaż piszę w samotności, wydanie książki nigdy nie jest solowym przedsięwzięciem. Im bardziej się starzeję, tym bardziej dostrzegam dług wdzięczności, jaki mam względem tak wielu ludzi. Oto kilka słów podziękowania dla tych, którzy zasługują na więcej, niż słowa mogą wyrazić.

Dave i Barb MacBeth oraz Fred i Karen White, nie wydałbym tej książki bez Waszego wsparcia. Dziękuję Wam z głębi serca. Fred i Karen, wspieraliście mnie i moją rodzinę tyle razy, na tyle sposobów i z taką szczodrością! Jestem głęboko wzruszony. Dave i Barb, wraz ze mną i paroma innymi osobami zapoczątkowaliście South Shore Community Church. Odegraliście znaczącą rolę w początkowych latach SSCC i choć już dawno się przeprowadziliście, wciąż tu wracacie i pomagacie w naszych wspólnych staraniach, by szerzyć królestwo Boże. Dziękuję Wam za lata oddanego wsparcia.

Dziękuję całej kadrze, przewodniczącym i członkom SSCC, którzy wraz ze mną z mozołem szerzyli królestwo Boże i którzy ochoczo wypełniali luki spowodowane moim pisaniem i przemawianiem. Obyście zaznali radości Boga i poczuli satysfakcję z owoców Waszego udziału w Ewangelii na cześć Króla.

Andi, modlę się, żeby to, czego słowa nie wyrażą, ukazał Ci Duch Święty. Jesteś integralną częścią wszystkich trzech książek. Są o wiele lepsze dzięki Twojej miłości i poświęceniom dla mnie. Jestem Ci dozgonnie wdzięczny!

Do moich drogich przyjaciół, Rona Walborna i Martina Sandersa: Często stałem na fundamentach, które Wy dla mnie budowaliście. Wspólne głoszenie Ewangelii było dla mnie wielką radością, zaszczytem i błogosławieństwem. Dziękuję Wam za możliwość nauczania u Waszego boku. Pomysły na tę książkę rodziły się w klasach, które dzieliliśmy - dzięki możliwościom, które mi zaoferowaliście. Modlę się o to, byśmy razem aż po grób działali na rzecz królestwa Bożego.

Do czytelników, którzy zapoznali się z pierwszymi dwiema książkami: Dziękuję, że dołączyliście do mnie w tej podróży! Niech ta książka przeniesie Was na nowy poziom relacji z Bogiem.

I na koniec do całej mojej rodziny: Kocham Was wszystkich i bardzo się cieszę, że Bóg mi Was dał. Wypełniliście moje życie radością i śmiechem. Jestem szczęściarzem, że Was mam!

Danielle, Courtney, Darcy i Craig, płakałem, prowadząc Was do przedszkola, ponieważ wiedziałem, że zaznacie bólu tego zepsutego świata. Danielle i Courtney, płakałem, zawożąc Was na studia, ponieważ wiedziałem, że spędzany z Wami codziennie cenny czas zbliża się ku końcowi. Zarówno łzy, jak i modlitwy, które tak często za Was ofiarowałem, są wyrazem mojej głębokiej miłości. Jestem dumny z Was wszystkich.

Jen, odgrywałaś główną rolę w moim duchowym rozwoju przez większość mojego dorosłego życia. Twoje poczucie humoru mnie rozweselało, Twoja dobroć mnie zmiękczała, Twoja miłość mnie poruszała, Twoja uczciwość mnie kształtowała, a Twoja przyjaźń mnie wzmacniała. Twoje życie wpłynęło na moje i odcisnęłaś się na każdej ze stron tej książki. Z całą moją miłością i wdzięcznością.

 

Wstęp - Moja droga do soul care1

W czerwcu 2015 roku świętowaliśmy z Jen naszą dwudziestą piątą rocznicę ślubu. Pojechaliśmy do Włoch. Włochy to piękny kraj. Idylliczne, romantyczne miejsce przesiąknięte bogatą historią. Jednak pośród pięknego otoczenia, zapierającej dech w piersiach sztuki i wybitnej architektury zepsucie ludzkości było wyraźnie obecne.

Stałem przed Pietą Michała Anioła, a obok była para modląca się za swoje małe dziecko, które umierało na raka. Jen i ja spacerowaliśmy ulicami Florencji wśród historycznego piękna, a obok byli naćpani bezdomni żebrzący o pieniądze, by znów "odlecieć". Staliśmy w kolejce, by zobaczyć Dawida Michała Anioła i nawią-zaliśmy rozmowę z dwiema uroczymi Brytyjkami, które straciły mężów, mając pięćdziesiąt siedem lat. Rozmawialiśmy z nimi o żałobie.

Gdziekolwiek pójdziesz - nieważne, jak będzie pięknie, nieważne, jak będzie romantycznie - zepsucie sięga po dusze ludzkości. Zepsucie dopada w życiu nas wszystkich: bogatych i biednych, czarnych i białych, starych i młodych. Nikt nie uniknie jego szponów.

Nasze ciała oraz dusze są chore2 i potrzebują uzdrawiającego dotyku Jezusa. Dlatego napisałem tę książkę. Jezus jest uzdrowicielem i przyszedł uleczyć nasze ciała oraz dusze. Tutaj skupiam się na leczeniu duszy. Jezus potrafi poskładać nasze popsute odłamki w całość, a niniejsze zasady pielęgnowania duszy zaczerpnięte z Pisma Świętego są Bożymi narzędziami uzdrawiania.

Zasady soul care zmieniły moje życie. Dla mnie to nie jest tylko teoria. To są zasady głębokiej przemiany, którymi można dzielić się z innymi. Przemiana życiowa to nie łut szczęścia lub przypadek. Istnieją podstawowe duchowe prawdy, do których możemy dotrzeć, aby naprowadziły nas na drogę do zdrowszej duszy.

To jest w pewien sposób analogiczne do zdrowia fizycznego. Jeśli chcesz być zdrowy, musisz przestrzegać pewnych zasad - musisz zdrowo się odżywiać i dużo ćwiczyć. Naruszanie tych zasad powoduje, że twoje zdrowie podupada. Tak samo jest z zasadami opieki nad duszą. Gdy ich przestrzegasz, twoja dusza jest zdrowa. Gdy je ignorujesz, twoja dusza cierpi.

Gdy w moim życiu nastąpił osobisty przełom, nie mogłem pojąć, dlaczego nie uczą tych zasad w seminarium. Gdybym je wtedy poznał, zaoszczędziłoby mi to mnóstwo bólu w małżeństwie i podczas posługi duszpasterskiej. Postanowiłem, że jeśli tylko nadarzy się okazja, będę przekazywał te lekcje dalej i pomagał ludziom poznawać prawdy, które pozwolą im uniknąć bólu, z którym ja musiałem się mierzyć.

Okazja się nadarzyła. Mój przyjaciel Martin Sanders zaprosił mnie do poprowadzenia wspólnych zajęć w Alliance Theological Seminary. To było jakoś na przełomie tysiącleci. Od tamtej chwili systematycznie nauczaliśmy razem, a po paru latach zaproponowałem, żebyśmy stworzyli kurs Soul care, dzięki któremu ludziom byłoby łatwiej uwolnić się od śmieci zagracających ich dusze - aby mogli żyć zdrowiej i pomagać innym odkrywać wolność poprzez duszpasterstwo.

Potrzeba zdrowego przywódcy, aby poprowadzić zdrowy Kościół. Jeśli w skali od jeden do dziesięć twoje zdrowie emocjonalne i duchowe wypada na pięć, najzdrowszy Kościół, jaki masz szansę poprowadzić, też nie osiągnie więcej niż pięć. Musisz stać się zdrowszym przywódcą, aby twój Kościół stał się zdrowszy.

Tak samo działa to w związkach. Potrzeba dwojga zdrowych ludzi do stworzenia zdrowego związku. Wyznam wam przerażający sekrecik: ludzie zawierają małżeństwa odpowiednio do poziomu ich zepsucia3. Jeśli w skali od jeden do dziesięć dostajesz pięć, najzdrowszy związek, jaki utworzysz, dostanie pięć. Jeśli chcesz poprawić związek z pięć na siedem, jest na to tylko jeden sposób. To ty musisz się zmienić.

Gdy nadszedł dzień, w którym mieliśmy poprowadzić nasze nowe zajęcia, Martin się rozchorował. Przygotowałem więc materiały na temat opiekowania się duszą na kurs w seminarium. Żyłem według tych zasad przez lata, zanim zacząłem ich nauczać. Teraz już blisko piętnaście lat dzielę się swoją wiedzą na różnych poziomach - uczyłem zasad soul care na studiach magisterskich, na studiach doktoranckich, na spotkaniach lokalnych Kościołów, a także na konferencjach dla pastorów i Kościołów. Nauczałem ludzi wywodzących się z różnych środowisk ekonomicznych, rasowych, etnicznych, socjalnych i wyznaniowych.

Odkryłem, że sformułowanie tych zasad i życie w zgodzie z nimi prowadzi do wolności i zdrowej duszy. Otrzymałem niezliczone maile, esemesy, listy i świadectwa ogromnego wpływu, jaki zasady soul care wywarły na różne osoby. Język i zasady serca oraz duszy przechodzą próbę czasu i zmiany kulturowe.

Podróżując, nauczając i rozmawiając z wieloma ludźmi, odkryłem, że dużo osób utknęło gdzieś w swojej duchowej podróży i potrzebuje wyzwolenia. Niektórzy przechodzą kryzys małżeński i pragną poprawy, ale nie mogą znaleźć drogi pojednania. Kościół nie pomógł tym ludziom wyzdrowieć na tyle, żeby stworzyli zdrowy związek. Inni utknęli w rutynie grzechu. Kościół zbyt często ograniczał się do powiedzenia im: "Nie róbcietak", bez zapewnienia im pomocy potrzebnej do tego, by się uwolnili. Widziałem ludzi dręczonych mocą zła, którzy nie wiedzieli, jak uzyskać dostęp do Bożej mocy, która uwolni ich z uścisku szatana.

Pragnę zobaczyć odrodzenie. Pragnę zobaczyć, jak Kościół znów staje się Kościołem, aby świat uwierzył. Pragnę zobaczyć, jak Kościół kroczy w pełni Ducha Świętego, zaznając głębokiej bliskości z Chrystusem i doświadczając wolności wykupionej krwią Jezusa. To dlatego piszę o opiece nad duszą. Piszę, aby ukoić ludzi, którzy pragną wyswobodzenia od prześladujących ich problemów duszy. Piszę do pastorów, przywódców i misjonarzy, którzy pragną żyć zdrowiej, mieć zdrowsze relacje z Bogiem i innymi ludźmi oraz prowadzić zdrowszy Kościół lub organizację. Piszę do przywódców Kościoła, którzy chcą mieć wiernych4 uczniów i pomagać innym odnajdować wolność w Chrystusie. Właśnie dlatego piszę.

Bolesna droga do życiowej przemiany

John Maxwell napisał: "Ludzie zmieniają się, kiedy cierpią wystarczająco, żeby wiedzieć, że muszą się zmienić, uczą się tyle, że chcą się zmienić, i otrzymują tyle, że są w stanie to zrobić". Wielu z nas zmienia się, gdy sprawy zaczynają nas przerastać. Gdybym usiadł z tobą i poprosił o opisanie, kiedy na twojej duchowej drodze nastąpiła życiowa przemiana, prawdopodobnie opisałbyś jakiś kryzys. Wielu z nas zmienia się w trudnych chwilach. Tak też było ze mną.

Miałem trzydzieści parę lat i właśnie założyłem Kościół w Nowej Anglii. Kościół wzrastał. Ludzie nawracali się na wiarę w Chrystusa i przechodzili przemianę. Doświadczaliśmy Bożej mocy. Było wspaniale. Wszystkie wskaźniki szły w górę - frekwencja w kościele, uczestnictwo w spotkaniach małych grup, przyjęcia Jezusa jako Zbawiciela, chrzty, wolontariat i finanse. Z pozoru wszystko było jak z obrazka, ale za zamkniętymi drzwiami coś zaczynało się psuć. Istniał wewnętrzny problem, który zaczynał wywoływać zewnętrzne skutki.

Jen - moja żona - oddalała się ode mnie emocjonalnie. Próbowałem do niej dotrzeć, ale nie przynosiło to rezultatu. Czułem, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałem, co i jak to naprawić. Próbowałem modlitw i rozmów, ale nie było żadnej poprawy. W zasadzie to tylko pogorszało sprawę. Im dłużej to trwało, tym bardziej miałem wrażenie, że jest na mnie zła. Tak wściekła, że całkowicie zamykała się w sobie. To była tłumiona furia.

Zacząłem ją o to wypytywać:

- Skarbie - zacząłem delikatnie pewnej nocy. - Jesteś na mnie zła?

- Nie - odparła oschle.

"Kłamie!" - pomyślałem. Spytałem jednak:

- Jesteś pewna?

- Nie jestem zła - odpowiedziała chłodno.

Nalegałem. Wciąż wracałem do pytania:

- Skarbie, gniewasz się na mnie?

- Nie - konsekwentnie odpowiadała.

Ta scena powtarzała się co jakiś czas, aż pewnego dnia Jen wzięła książkę, którą wtedy czytałem - Rediscovering the Church autorstwa Billa i Lynne Hybels. Podniosła ją ze stolika kawowego, otworzyła w losowym miejscu i przeczytała akapit, w którym Lynne opisała, jak doszło do tego, że nie mogła już znieść Billa. Jen odłożyła książkę i powiedziała:

- Jestem na ciebie zła.

- Dobrze - odpowiedziałem. - Cieszę się, że to przyznałaś. Teraz możemy nad tym popracować.

Nie miałem pojęcia, na co się pisałem.

Rzeczywistość okazała się taka, że moja żona przestała mnie lubić i nie zapowiadało się, że uda się temu zaradzić jakąś prostą sztuczką lub łatwym sposobem. Było parę głęboko zakorzenionych problemów. Nie na zewnątrz, ale w głębi duszy. Nie da się naprawić problemów duszy zmianą jedynie zachowania.

Z początku myślałem, że przyczyna leży wyłącznie po jej stronie. No może przede wszystkim po jej stronie. Chciałem, żeby Bóg jej pomógł. Odmawiałem modlitwy w stylu "Boże, odmień ją!", ale Bóg nie odpowiadał na moje prośby tak, jak ja bym sobie tego życzył. Stopniowo docierałem do tego, że problem nie leżał tylko w niej. To ze mną był problem. I nie była to powierzchowna sprawa. To była kwestia serca i duszy.

Jen miała swój zestaw niedociągnięć i wad, którymi musiała się zająć, ale nawet gdyby naprawiła je wszystkie, dalej nie rozwiązałoby to głównego problemu. Potrzeba dwojga zdrowych ludzi, żeby stworzyć zdrowy związek. Ja też musiałem się zmienić. Nie lubiła mnie, bo raniłem ją emocjonalnie. Nie chciałem jej krzywdzić. Byłem nieświadomy tego, co i dlaczego robiłem, a to niebezpieczna kombinacja.

Miesiącami co wieczór siadaliśmy do rozmowy, próbując zażegnać konflikt. To było bolesne. Zwykle wcale nie czuliśmy poprawy. Czasem czuliśmy się bezsilni. Większość dni wyglądało tak, jakby nic nigdy nie miało się zmienić, ale powtarzaliśmy sobie nawzajem:

- Rozwód nie wchodzi w grę. Uporamy się z tym - z Bożą pomocą.

I jestem bardzo wdzięczny, że się nam udało. Nie wystarczyło jednak nagłe ulepszenie naszych małżeńskich stosunków. Potrzebna była głęboka przemiana duszy.

Bolesne rozmowy z Jen w domu zbiegły się w czasie z konfliktem, w jaki popadłem z jednym z moich pracowników - Randym. I, co smutne, Jen i Randy wytykali mi częściowo te same rzeczy. Nawet ze sobą nie rozmawiali, więc to nie było ustawione - chyba że przez Boga, który chciał dobrać się do mojego serca i duszy - nie by mnie skrzywdzić, lecz uleczyć.

Obydwoje mówili mi:

- Nie obchodzi cię moje zdanie. Nie słuchasz mnie. Zawsze musi być po twojemu.

Nie podobało mi się to, co słyszałem, ale nie mogłem tego ignorować w nieskończoność. Pytanie, z którym musiałem się zmierzyć, brzmiało:

- Dlaczego? Dlaczego się tak zachowuję? Co się za tym kryje?

Gdy miałem jakieś dwadzieścia pięć lat, brałem udział w konferencji Johna Maxwella. Usłyszałem tam od niego:

- Jeśli Tom ma problem z Dickiem, i Tom ma problem z Harrym, i Tom ma problem z Sue... Pozwólcie, że powiem wam coś o Tomie. To z Tomem jest problem.

Uwielbiałem ten cytat. Śmiałem się z niego. Uczyłem innych prawdy w nim zawartej, bo tego potrzebowali. Uważałem, że jest świetny... aż do teraz. Krótkie błyskotliwe frazy są cudownymi narzędziami, gdy można wykorzystać je w formie przysłowia, by pomagać innym. Okazuje się jednak, że nie są nawet w połowie tak zabawne, jeśli opowiadają o mnie. Miałem problem z Jen. Miałem też problem z Randym. Musiałem zmierzyć się z faktem, że to ja byłem wspólnym mianownikiem.

Oczywiście nie tylko ja miałem problem, ale modlitwy o to, żeby to oni się zmienili, nie miały sensu. Skupianie się na ich części do niczego nie prowadziło. Jeśli czytasz tę książkę, chcąc naprawić kogoś innego, tobie też się nie uda. Musisz uporać się z własnymi sprawami. Dorastanie to trudny proces. To sprawa serca. Zdałem sobie sprawę, że jeśli się nie zmienię, moje małżeństwo nigdy nie będzie szczęśliwe, a moja rola duchownego nigdy nie przyniesie takich owoców, jakich bym chciał i do jakich powinienem dążyć. Co ważniejsze, nigdy nie dorosnę do tego, żeby być podobnym do Jezusa. Nasza niedojrzałość zawsze zaburza naszą produktywność. Nasza grzeszność ujmuje naszej urodzajności.

Wybierając dojrzałość

Często to problemy duszy odciągają nas od bliskości z Bogiem i innymi. Wielu ludzi przychodzi do mnie po pomoc, ponieważ chcą zbliżyć się do Boga, ale nie mogą. Nie rozumieją, że często to problemy duszy im to uniemożliwiają. Modlitwy, post czy uczenie się Pisma Świętego na pamięć nie pomogą nam dotrzeć do Boga, dopóki nie zajmiemy się problemami naszej duszy. Mamy swoje niewyznane, nieprzepracowane, nieruszone sprawy i to właśnie one powstrzymują nas przed doświadczaniem pełni Boga. Wyobraź sobie, że twoja dusza to naczynie. Dopóki naczynia naszych dusz będą wypełnione sprawami jak te powyższe, nie będzie w nich miejsca dla Boga.

D. L. Moody, dziewiętnastowieczny ewangelista i pastor, w książ-ce Secret Power napisał: "Wierzę, że zanim poprosimy Boga, by nas wypełnił, powinniśmy poprosić, by nas opróżnił. Przed wypełnianiem musi nastąpić opróżnienie; a kiedy serce będzie odwrócone na drugą stronę i wszystko, co przeciwne Bogu, wywleczone, wtedy Duch Święty zstąpi, tak jak uczynił w świątyni, i wypełni nas Jego Chwałą"5.

Żyjemy w kulturze sławy. Ludzie są oczarowani naszymi umiejętnościami, darami, talentami. Ludzie oceniają naszą wartość poprzez nasze zdolności, ale Bóg bada serce. Ludzie zachwycają się naszymi wrodzonymi umiejętnościami, ale Bóg nie. On nam je dał. Zdolności otrzymaliśmy, ale poznawanie Jezusa i stawanie się podobnymi Mu... to już nasz wybór.

Dojrzałość to wybór, którego musimy dokonać, i koszt, jaki musimy ponieść. Żadne talenty tego świata nie zrównoważą niedoj-rzałości. To praca nad naszym charakterem i głębia bliskości imponują Bogu. Zbawienie jest darmowe. Dojrzałość ma swoją cenę.

Niedojrzałość również jest kosztowna. Różnica polega na tym, że za dojrzałość płacisz z góry, a przy niedojrzałości płacisz na końcu - ale z odsetkami. Zapłać każdą cenę za dojrzałość - jest tego warta. Wiedziałem, że muszę ponieść pewien koszt, żeby się zmienić, ale wiedziałem też, że w przeciwnym razie zapłacę więcej - moim małżeństwem, moim duszpasterstwem i moją relacją z Bogiem, którego kocham. Zanim mogłem się zmienić, Bóg musiał przebić się przez wszystkie moje osłony, żeby dotrzeć do sedna.

Defensywność

Pierwszym obszarem, którym Bóg musiał się zająć, była moja defensywność. Chciałem być człowiekiem Boga. Chciałem dobrze znać Jezusa. Znać, a nie tylko o Nim wiedzieć. Ale w mojej duszy zalegało coś, co nie pozwalało mi dorosnąć. Bez dostrzeżenia i przyznania tego nie mogłem być tym, kim chciałem. Nie byłem pewien, na czym polegały problemy, i nie wiedziałem, jak je naprawić. Ale byłem zdeterminowany, by uporać się z nimi z Bożą pomocą. Musiałem. Rozpaczliwie chciałem się zmienić. Bolała mnie dusza.

Chodziłem do kościoła w niedzielne poranki i często wypłakiwałem się podczas uwielbienia. Modliłem się: "Panie, jeśli dasz mi siłę, by wstać, przemówię tak, jak mnie nauczyłeś". Miałem siłę. Podnosiłem się i wygłaszałem kazanie, ale po powrocie do domu padałem na kanapę emocjonalnie wyczerpany. Nie mogłem tak dłużej żyć.

Przemiana życiowa to często powolny i bolesny proces. Nie byłem gotów zmienić się z dnia na dzień. Bóg jest cierpliwy i próbował pomóc mi w zmaganiach z prawdziwymi problemami mojego serca, ale ja nie byłem skory, by przyznać się do prawdy. Bez objawienia nie ma mowy o przemianie. Nie możemy przezwyciężyć czegoś, do czego się nie przyznamy.

Gdy pierwszy raz rozmawiałem z Jen na temat tego, dlaczego była na mnie zła, broniłem się. Kładliśmy nasze maleństwa do łóżek i rozpoczynaliśmy dialog, próbując rozwiązać konflikt. Pytałem:

- Dlaczego jesteś na mnie zła?

A ona odpowiadała:

- Czuję się, jakbyś mnie nie słuchał.

- To nieprawda! - protestowałem.

Później oczywiście zdałem sobie sprawę z tego, że broniąc się, dowodziłem jej tezy. Nie słuchałem. Tak to wyglądało przez dłuższy czas.

Mówiła:

- Mam wrażenie, że Kościół jest jak kochanka w naszym związku.

- Daj spokój! Niby jak? - odcinałem się.

- Gdy mamy wolny dzień, odbierasz telefon i pozbawiasz nas dwóch godzin wspólnego czasu przez jedną rozmowę telefoniczną -argumentowała.

- Czego ode mnie chcesz? - kłóciłem się z nią. - Żebym nie odbierał?

- Tak - odpowiadała, jakby to było takie proste i oczywiste.

Szczerze mówiąc, nigdy nie przyszło mi do głowy, że to faktycznie było jakieś wyjście. Wyjaśniała mi, dlaczego jest zraniona, zła i smutna, a ja broniłem się przed wszystkim na każdym kroku. Defensywna postawa tylko zaogniała konflikt. Ona nie czuła się wysłuchana, więc uznawała, że musi wyrażać swoją opinię nieco bardziej dobitnie. Ja czułem się wtedy bardziej urażony, więc broniłem się z większą zaciekłością.

Pewnego wieczoru po jednej z naszych bezowocnych dyskusji poszedłem na górę do mojego gabinetu, żeby pobyć z Bogiem sam na sam. Gotowałem się w środku. Pan do mnie przemówił. Byłem przekonany, że opowie się po mojej stronie, ale się myliłem. Nie obchodziły go strony. Dla niego ważni byli dojrzali naśladowcy ze zdrowymi duszami. Ja chciałem ukojenia mojego bólu, Bóg chciał przemiany mojego serca.

Powiedział:

- Nie chcę, żebyś się dalej bronił.

- Serio? - pomyślałem. - To jedno z moich najlepszych narzędzi!

Problem polegał na tym, że moja defensywna postawa powstrzymywała mnie przed życiową przemianą. Nie umiałem przyznać się do tego, czym Bóg chciał się zająć. Jednak tamtego wieczoru On uzmysłowił mi moją winę. Byłem zdecydowany Go słuchać, bo wiedziałem, że On chce dla mnie jak najlepiej. Wiedziałem, że tylko On może uwolnić mnie od kłopotów i uzdrowić moją duszę.

Więc się poddałem. Jestem przekonany, że najwięcej przemian dokonuje się sam na sam z Bogiem - ale tylko jeśli będziemy słuchać i się poddamy.

Obwinianie

Chociaż porzuciłem moją defensywność, dalej nie byłem gotów, by się przemienić. Miałem jeszcze parę warstw ochronnych, które trzymały Boga i innych z dala od problemów mojego serca. Nie byłem nawet świadom tych fortyfikacji, lecz Bóg - owszem.

Nadal co wieczór rozmawialiśmy z Jen i byłem zdeterminowany słuchać zamiast się bronić. Mimo tego wciąż nie byłem gotowy na przemianę. Z pozoru nie miałem teraz defensywnej postawy, ale w duchu byłem też daleki od otwartości. Między brakiem obrony a otwartością jest jeszcze olbrzymia różnica.

Jen mówiła mi, o co się gniewała, a ja słuchałem i powtarzałem to samo własnymi słowami, aż przyznała, że to miała na myśli. Kończyłem rozmowę westchnięciem i słowami:

- Zawsze moja wina.

Ciągnęło się to przez kilka tygodni.

Oczywiście Jen wciąż nie czuła się wysłuchana. Nie broniłem się, ale mimo tego do mojej duszy nie docierało to, co mówiła. Mogłem powtarzać jej słowa, ale nie byłem otwarty, żeby je przyswoić.

Na szczęście nie przestałem spędzać czasu sam na sam z Bogiem każdego wieczoru po rozmowie z Jen i każdego ranka po przebudzeniu. Większość przemian życiowych zaczyna się, gdy jesteśmy sam na sam z Bogiem. Jeśli damy Mu dostęp do naszego serca, On dokona w nim wewnętrznej przemiany. Ale Bóg to dżentelmen i nie robi tego na siłę. On tylko prosi o dostęp. Pragnie głęboko przeniknąć nasze serce, by dokonała się nasza przemiana.

Pewnego wieczoru po kolejnej bezowocnej dyskusji z Jen Bóg ponownie do mnie przemówił, gdy byliśmy sam na sam. Powiedział:

- Przeczytaj piąty rozdział Listu do Efezjan.

Znałem go bardzo dobrze i stałem się nieco podejrzliwy odnośnie do tego, co Bóg chciał mi przekazać.

- Znam ten fragment - odpowiedziałem.

Usłyszałem szept:

- Przeczytaj go.

Odczytałem znany mi rozdział nakłaniający mężów, by kochali swoje żony tak, jak Chrystus umiłował Kościół. Chrystus przedstawia Kościół jako "nieskalany". To właśnie to słowo rzuciło mi się w oczy tego wieczoru. Gdy Duch Święty natchnie jakieś słowo w Piśmie Świętym, ono rzuci ci się w oczy i cię dogłębnie poruszy. To chwila, gdy zbliża się Bóg. To moment cudownego przełomu. Jeśli tylko na to pozwolisz, to właśnie wtedy może dokonać się przenikanie twojego serca i początek głębokiej przemiany. Za każdym razem, gdy bierzesz Biblię do rąk, zaledwie tchnienie Ducha Świętego dzieli cię od nowego spotkania z żywym Bogiem.

Gdy Duch Święty natchnął to słowo, usłyszałem szept:

- Ja przedstawiam moją oblubienicę jako nieskalaną, a ty swoją kalasz. Nie chcę, byś ją więcej winił. Za każdym razem, gdy wzdychasz i mówisz: "zawsze moja wina" - zrzucasz winę na nią.

Zostałem zapędzony w kozi róg. Kończyły mi się możliwości. Nie mogłem się bronić. Nie mogłem obwiniać. Co mi pozostało?

Pertraktacje z Bogiem

Zagrałem moją ostatnią kartą - rozpocząłem pertraktacje z Bogiem. To nie była przemyślana decyzja. To był akt desperacji. To tylko kolejna linia umocnień powstrzymujących Boga przed przebiciem się do mojego serca. To, czego Bóg pragnie najbardziej,to dostęp do twojego serca. Ja wciąż nie byłem gotów, żeby Go wpuścić. Zacząłem się modlić:

- Panie, musisz odmienić Jen. Jeśli tego nie zrobisz, nie będę w stanie pozostać w duszpasterstwie. Za bardzo cierpię. Ledwie daję radę prowadzić nabożeństwa i prawie nie starcza mi sił, żeby przetrwać. Musisz coś zrobić. Daję Ci pół roku, żebyś ją zmienił, Panie. Później będę musiał porzucić duchowieństwo, bo dłużej tak nie mogę.

Możecie mi wierzyć - naprawdę nie szukałem zaczepki. Ta modlitwa była wynikiem cierpienia i wyczerpania emocjonalnego. Gdzieś w głębi duszy wiedziałem, że targowanie się z Bogiem musi się skończyć.

Tak czy siak, modliłem się w ten sposób przez jakiś czas. Aż za którymś razem, gdy byliśmy sami, Bóg znów do mnie przemówił. Powiedział:

- Prawo siewu i zbioru.

Wiedziałem, że chodziło o szósty rozdział Listu do Galatów. Człowiek zbiera, co zasieje. Skupiłem się na tym fragmencie i analizowałem go. W trakcie moich rozważań poczułem wewnątrz znajome poruszenie wywołane przez Ducha Świętego:

- Człowiek zbiera, co zasieje. Możesz winić Jen, jeśli chcesz. Możesz winić Mnie. Ale stoisz w polu chwastów, bo zasiałeś chwasty. Zasiałeś ziarna gniewu i samolubności. Jeśli chcesz stać pośród urodzaju, musisz zasiać nowe ziarna.

Poddanie się: Przyznanie Bogu pełnego dostępu

Tego dnia wyczerpałem wszystkie możliwości i znalazłem się dokładnie tam, gdzie Bóg mnie chciał. Tego dnia przestałem się bronić. Przestałem kogokolwiek obwiniać i się targować. Zacząłem brać odpowiedzialność za swoje życie. To, że ktoś kończy osiemnaście lat, może legalnie pić alkohol i zdaje prawo jazdy, wcale nie czyni go dorosłym. Wstąpienie do wojska, małżeństwo czy pierwsze dziecko też nie świadczą o dojrzałości. Dorosły człowiek to taki, który bierze odpowiedzialność za swoje życie. Tego dnia stałem w gabinecie pośrodku mojego pola chwastów i poddałem się kształtującej ręce Boga. Udostępniłem Mu najgłębsze zakamarki mojego serca. Bóg przeniknął moje serce, ale ja wciąż nie wiedziałem, jak się zmienić.

Niedługo później modliłem się w moim gabinecie:

"Panie, chcę się zmienić, ale nie wiem jak. Jest głęboko we mnie coś, co nie działa prawidłowo. Dostrzegam to. Problem w tym, że nie wiem, co to jest. Nie wiem, jakie są tego przyczyny i jak je wyeliminować. Potrzebuję Twojej pomocy. Poprowadzisz mnie ku przemianie?".

Bóg odpowiedział na tę modlitwę. Nie stało się to od razu. Nie było jednego objawienia, które zmieniło wszystko. Było za to więcej bardzo ważnych spotkań z Bogiem w trakcie procesu przemiany. Nie było jednej tajemnej reguły, która otwierała skarb życiowej przemiany, były jednak podstawowe zasady, do których się nie stosowałem.

Rozpaczliwie chwyciłem się Boga i odkryłem, że On jest wszystkim, czego mi trzeba. Wiedziałem, że On mnie kocha, ale na mojej drodze do naprawy jak nigdy przedtem doświadczyłem ujawnienia Bożej miłości poprzez moc uzdrawiania.

Rozumiałem, że musimy wyznać nasze grzechy, ale teraz Boże światło przenikało mnie w stopniu, jakiego nigdy wcześniej nie chciałem przyjąć. To mnie wyswobodziło. Czytałem słowa Jezusa o przebaczaniu innym, ale dopiero teraz zauważyłem własne zgorzknienie, które było kajdanami mojej duszy. Pan pokazał mi, jak zerwać te łańcuchy. To było moje wyzwolenie.

Dowiedziałem się, że strach czynił ze mnie kalekę. Nawet nie byłem świadom tego, że się boję. Żyłem w całkowitym wyparciu, ale uzewnętrzniające się objawy tego strachu siały spustoszenie w moim życiu. Powinienem się domyślić - najważniejsze przykazanie w Piśmie brzmi: "Nie lękaj się". To na pewno nie przypadek, ale byłem tak bardzo nieświadomy swojego lęku, że pozwalałem mu niszczyć moje relacje z ludźmi. Nie zdawałem sobie sprawy, że pod moją potrzebą posiadania racji krył się strach. To była droga odkrywania samego siebie, droga leczenia, droga wolności. Nie da się wznieść ponad swój poziom samoświadomości. Rzeczy, których się wypieramy, odcinają nas od pełni Boga.

Proces życiowej przemiany

Proces przemiany wymagał mnóstwa czasu sam na sam z Bogiem. Większość życiowych przemian zaczyna się w ten sposób. Wymagał też mnóstwa książek. Jestem szczególnie zobowiązany wobec twórczości Leanne Payne i Davida Bennera. Mnogość książek, które przeczytałem w tym czasie, pomogła mi uzyskać samoświadomość. Nie dałbym rady bez nich.

Droga do życiowej przemiany wiązała się też z kilkoma niesłychanie ważnymi spotkaniami z Bogiem. Z niektórymi ze spraw mogłem się mierzyć wyłącznie w obecności Boga i z pomocą Jego potęgi.

Społeczność również odegrała istotną rolę w moim dojrzewaniu. Jestem ogromnie wdzięczny Martinowi Sandersowi i mojemu przyjacielowi Richowi Schmidtowi, którzy szli ze mną ramię w ramię przez te pierwsze dni. Rozmawialiśmy, modliliśmy się i otwieraliśmy się przed sobą nawzajem. Moi pracownicy również mieli kluczowy wpływ na odkrywanie samego siebie we wczesnych dniach. Ron Walborn stał się moim przyjacielem w trakcie tej podróży, a przyjaźń z nim została użyta przez Boga do kształtowania mojego życia. I nie byłbym tym, kim się staję, bez Jen - to naszpoczątkowy spór był impulsem do mojej uzdrawiającej duszę wędrówki. Jej słowa zmusiły mnie do zmagania się z problemami mojego serca i duszy, których nie dostrzegłbym bez daru prawdy, który mi dała. Nasz związek był cudownym źródłem siły, pomocy, wsparcia i miłości przez całe życie. Było też tak wielu innych - jestem wdzięczny całej rodzinie Bożej.

Zamierzam tutaj zgłębić siedem zasad soul care, które mogą poprowadzić do przemiany. Możesz zwyczajnie przeczytać książkę, ale samo poznanie zasad cię nie odmieni. Zachęcam, byś czytając, jednocześnie przepracowywał jej treść. Może się okazać, że do niektórych sekcji będziesz musiał wracać i przepracowywać je jeszcze raz. Otwieranie przed Bogiem naszych serc często przebiega etapami i wymaga czasu. Zdzieramy jedną warstwę i idziemy naprzód, a później okazuje się, że pod nią była jeszcze głębsza warstwa, którą musimy odkryć i przepracować. Nie czytaj tej książki jak powieści czy podręcznika. Traktuj ją jak zeszyt ćwiczeń do życiowej przemiany.

Przemiana życia to interaktywny proces, który wymaga podwinięcia rękawów i ubrudzenia się po łokcie. To podróż pełna rozważań nad sobą, inspiracji Ducha Świętego, wewnętrznych głębokich zmagań i poddania się. To proces odkrywania siebie w prawdziwej społeczności i doświadczania, jak Bóg przebija się przez kolejne warstwy naszych serc. Dopuść Go do siebie. Udaj się w głąb siebie. Warto.

Niektórzy nazywają to duchowym kształtowaniem, inni naśladowaniem. Ja wolę zwrot "opieka nad duszą". Moim zdaniem słowo "dusza" przemawia nawet do świeckiego świata. Zatrzymuję się w nowojorskim hotelu, gdy nauczam w seminarium. Spędzam tam jakieś trzydzieści nocy rocznie. Pewnego wieczoru przyjechałem do mojego "domu z dala od domu", a kobieta często będąca na recepcji powitała mnie imiennie:

- Dobrze pana widzieć, doktorze Reimer. Witamy z powrotem.

Pogodnie odwzajemniłem jej powitanie. Meldując mnie, zapytała ze swoim silnym rosyjskim akcentem:

- Czego pan naucza w seminarium?

- Uczę wielu rzeczy o tym, jak mieć zdrowszą duszę - odpowiedziałem.

- Napisał pan jakąś książkę?

- Jestem w trakcie.

- Chcę zostać pańską uczennicą - oświadczyła.

- Dlaczego? - zapytałem ze śmiechem.

- Każdemu przydałaby się zdrowsza dusza.

Dlatego napisałem tę książkę. Każdemu przydałaby się zdrowsza dusza. Wyznaczam szlak, by tam dotrzeć.

 

Bramy życiowej przemiany

Wielu ludzi chce doznać życiowej przemiany, a okoliczności często nas do tego motywują. Możesz mieć ciężką sytuację małżeńską, jak w moim przypadku. Modlisz się z nadzieją, że się zmienisz, że twój partner się zmieni, że twoje małżeństwo się zmieni... ale nic się nie zmienia. Czujesz bezradność. Czytasz książki, chodzisz do kościoła, modlisz się, czytasz Biblię i postanawiasz poprawę - ale utknąłeś i nie umiesz się wydostać.

Możesz mieć destrukcyjny czy niegodny schemat postępowania. Wiesz, że to niezdrowe i musi się zmienić. Chcesz się zmienić, modlisz się, żebyś się zmienił, ale schemat pozostaje nienaruszony. Masz krótkie chwile wytchnienia, ale wciąż wracasz do starego schematu postępowania. Czujesz się pokonany.

Biblia uczy nas, że gdy ktoś nawraca się na wiarę w Chrystusa, dokonuje się w nim przemiana: "Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto [wszystko] stało się nowe" (2 Kor 5,17). Więc skoro jesteśmy nowymi stworzeniami w Chrystusie, dlaczego te stare grzeszne nawyki wciąż się gdzieś przewijają? Żeby odmienić swoje życie, musimy nauczyć się uzyskać dostęp do przemiany, którą Jezus zwyciężył dla nas na krzyżu. Jak dostąpić życiowej przemiany?

Bramy życiowej przemiany: Sedno

Czasem nie doświadczamy obiecanego przez Chrystusa nowego życia, ponieważ skupiamy się na objawach, a nie samej chorobie. Gdyby lekarz wyleczył twoje objawy, ale w ogóle nie zająłby się powodującym je schorzeniem, choroba dalej siałaby spustoszenie, nawet mimo braku symptomów. Dobry lekarz nie poprzestałby na objawach - zwalczyłby odpowiedzialną za nie chorobę.

W Kościele zbyt często skupiamy się na radzeniu sobie z zachowaniem czy grzechem. Wyobraź sobie na przykład kogoś zmagającego się z uzależnieniem od pornografii. Jest mu z tym źle, gdyż za każdym razem, popełniając grzech, czuje wstyd. Jakby tego było mało, zostaje przyłapany na oglądaniu pornografii i teraz dochodzi do tego kryzys małżeński. Często w takiej sytuacji uwaga skupia się na wyjściu z nałogu. Uzależnienie jest traktowane jako przyczyna problemu - wróg, którego należy pokonać. W rzeczywistości pornografia to zazwyczaj tylko symptom, a nie sama choroba.

Gdy Kościół pada ofiarą nieradzenia sobie z grzechem, zwykle uciekamy się do moralizowania:

- Po prostu przestań.

- Weź za to odpowiedzialność.

- Módl się więcej i czytaj Biblię.

- Ucz się Pisma na pamięć.

Nie zrozum mnie źle, żadna z powyższych rad nie musi być od razu czymś złym. Niektóre z tych rzeczy są wręcz niezbędne w naszym duchowym rozwoju. Ale żeby usunąć przyczynę problemu, należy zrobić coś więcej.

Jezus nauczał, że korzenie naszych grzesznych słów i czynów znajdują się w sercu. W Ewangelii według św. Mateusza Jezus powiedział do faryzeuszy: "Przecież z obfitości serca usta mówią. Dobry człowiek z dobrego skarbca wydobywa dobre rzeczy, zły człowiek ze złego skarbca wydobywa złe rzeczy" (Mt 12,34-35).

Nie tylko słowa płyną z tego, co mamy w sercu. Czyny również. Kilka rozdziałów później Jezus wyjaśnił ten koncept swoim uczniom nieco głębiej. Kontekst był taki, że faryzeusze szykanowali Jezusa, ponieważ Jego uczniowie jedli bez właściwego ceremonialnego obmycia rąk. Jezus wyjaśnił apostołom, że to, co wkładają do ust, nie czyni ich nieczystymi - liczy się to, co mają w sercu.

Jezus powiedział: "Lecz to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to czyni człowieka nieczystym. Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czyny nierządne, kradzieże, fałszywe świadectwa, przekleństwa. To właśnie czyni człowieka nieczystym. To zaś, że się je nie umytymi rękami, nie czyni człowieka nieczystym" (Mt 15,18-20). (Pragnę nadmienić, że może to jednak powodować niezadowolenie twojej mamy i otaczających cię religijnych ludzi!)

To, co ktoś robi i co mówią jego usta, wypływa z serca. Zauważ, że Jezus nie ograniczył wpływu serca tylko do naszych słów - włączył do tego też nasze zachowania, jak zabójstwa, cudzołóstwa i czyny nierządne. Dobro i zło płyną z serca. Jeśli mamy doświadczyć prawdziwej przemiany, musimy uporać się z problemami serca, a nie wyłącznie uzewnętrznionym zachowaniem.

W Piśmie Świętym kwestie dotyczące serca często są obrazowane poprzez porównania do rolnictwa. Nie jestem zbyt dobrym ogrodnikiem, ale obserwując innych, nauczyłem się kilku rzeczy. Jedną z nich jest to, że chwasty należy usuwać - nie wystarczy ucięcie tego, co wystaje nad ziemię. Musisz je wypielić lub wyrwać z korzeniami. Jeśli będziesz walczyć tylko z liśćmi chwastu, nie zabijesz go. Chwasty powracają, dopóki nie wyrwiesz ich z korzeniami.

Tak samo jest z sercem. Musisz dobrać się do korzenia problemu, żeby doświadczyć prawdziwej przemiany. Naprawianie zachowań to skupianie się na liściach chwastów rosnących w twoim życiu. Musisz sięgnąć pod powierzchnię i rozwiązać problemy serca, które motywują twoje czyny.

Ludzie nieustannie przychodzą do mnie, gdy męczy ich schemat grzechu. Czują się z tym źle. Chcą się zmienić. Ale myślą tylko o zachowaniu. Tak naprawdę chcą, żeby Bóg ich naprawił. Chcą, żeby Bóg zmienił ich zachowanie. Boga nasze zachowanie obchodzi znacznie mniej, niż nam się wydaje. O wiele bardziej przejmuje się naszymi sercami. Bóg wie, że jeśli uzdrowimy nasze serca i podporządkujemy je Jego woli, następstwem tego będzie zmiana zachowania. Natomiast jeśli tylko uporządkujemy nasze zachowania bez leczenia przyczyny w sercu, w najlepszym razie staniemy się faryzeuszami. Zostaniemy z ciemnymi plamami na duszy i życiem pełnym osądów zamiast miłości.

Kluczem jest spojrzenie w serce. Co kryje się za twoim zachowaniem? Dlaczego postępujesz tak, jak postępujesz? Co tobą kieruje? Gdy dotrzesz do poziomu serca, będziesz leczył chorobę, a nie objawy. Będziesz wyrywał korzenie, nie zrywał liście. Będziesz naprawiał serce, nie samo zachowanie. Dopiero wtedy może się rozpocząć prawdziwa przemiana.

W tej książce przyjrzymy się siedmiu różnym problemom serca, którymi należy się zająć, aby zaznać wolności.

Bramy życiowej przemiany: Uprawianie gleby duszy

W ogrodnictwie musisz zadbać o właściwe warunki do wzrostu i owocowania roślin. Jeśli gleba będzie skalista, twarda, za sucha lub za mokra, uprawa nie przyniesie plonów. Jeśli natomiast będziesz uprawiał glebę we właściwy sposób, rośliny z biegiem czasu zaowocują. Dokładnie tak samo jest z przemianą życia. Muszą zaistnieć odpowiednie warunki, żeby życiowa przemiana mogła się w końcu dokonać.

Istnieją trzy podstawowe składniki, które tworzą atmosferę umożliwiającą największą przemianę. Te trzy elementy uprawiają glebę duszy i zapewniają środowisko, w którym może zajść owocna zmiana życia. Jeśli prowadzisz Kościół, musisz zadbać o atmosferę, dzięki której te trzy elementy będą osiągalne dla ludzi. Jeśli jesteś członkiem Kościoła, który nie zapewnił tych trzech składników, musisz znaleźć inny sposób dostępu do tych kluczowych elementów umożliwiających życiową przemianę.

Namaszczone nauczanie

Po pierwsze, musisz doświadczyć namaszczonego nauczania. Jeśli nauka jest oparta na prawdzie Słowa Bożego, jest w niej namaszczenie. Namaszczenie jest też w duchowym darze nauczyciela. Ale jeśli nauczyciel sam żyje wedle swoich nauk, wtedy namaszczenie prawdy i darów wnosi więcej do serca słuchacza.

Przeżywanie prawdy zwiększa wiarygodność nauczyciela i podnosi wagę jego czy jej słów. Dzięki tej wiarygodności prawda może przeszyć serce, które jest na to gotowe. A tylko przeszyte serce - złamane, pokorne i skruszone - jest dostępne dla Boga i gotowe na przemianę.

Jako nauczyciel jestem autorytetem tylko w sprawach, w których sam odniosłem zwycięstwo. Mój duchowy autorytet i zdolność przedstawienia kontekstu, dzięki któremu inni mogą zaznać wolności, są warunkowane moim życiem. Jezus, posyłając swoich uczniów, aby głosili królestwo Boże i uwalniali uwięzionych, powiedział im: "Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!" (Mt 10,8). Możemy podarować tylko to, co sami już mamy.

Pismo Święte ma nieprzeniknioną głębię. Im więcej objawień doznał nauczyciel, tym lepsze spostrzeżenia może przekazać. Im więcej wolności uzyskał, tym większą ma zdolność do uwalniania innych. Im większy dostęp dał Bogu do swojego serca, tym lepiej dociera do zakamarków serc innych. Nauczyciel, który pisze lub mówi w stanie głębokiego objawienia i przemiany, przekazuje prawdę, która nie osiada na umyśle, lecz przeszywa serce. To stwarza warunki do głębokiej przemiany.

Oczywiście nie wystarczy nauczać prawdy. Musimy dzielić się prawdami serca, które pozwalają uzyskać wolność. Atmosfera wolności nie powstanie, jeśli nauczyciel upraszcza przekaz jedynie do zmiany zachowania. Potrzebujemy nauczycieli, którzy mają wgląd w duszę i głoszą z duchową doniosłością prowadzącą do przełomów.

Szczera społeczność

Przemiana życia zachodzi w środowisku szczerej społeczności. W szczerej społeczności ludzie żyją otwarcie, uczciwie i jawnie w kulturze łaski Bożej. Nie ma ukrywania czy udawania. Tajemnice są toksyczne dla zdrowia duszy. Jeśli chcesz doświadczać przełomów, musisz zdecydować się na jawne życie bez sekretów.

Za czasów studenckich zmagałem się z pożądliwością. Kościół, w którym dorastałem, nigdy nie mówił o takich sprawach. Jawne życie nie było częścią mojego wychowania. Podporządkowałem moje życie Bogu i pragnąłem podążać za Nim. Mimo tego zmagałem się z pożądliwością, a nikt o tym nie wiedział. Czułem się pokonany i zawstydzony.

Pewnego dnia podczas modlitwy w tej sprawie poczułem, że Duch Święty prowadzi mnie, bym wyznał swoje problemy jednemu z przyjaciół. Na samą myśl żołądek podszedł mi do gardła, bo wyznawanie sekretów było mi tak obce. Bałem się przyznać. Bałem się tego, co ludzie o mnie pomyślą. Którejś nocy zebrałem się na odwagę i po ciemku wyjawiłem, że zmagam się z pożądliwością. Mój przyjaciel ze studiów natychmiast wyznał, że ma ten sam problem.

Dlatego, że nie żyłem w otwartej, uczciwej i jawnej społeczności, do tej chwili myślałem, że tylko ja tak mam. Gdy dowiedziałem się, że nie jestem odosobniony w swojej walce, poczułem olbrzymią ulgę. Nawet więcej - wyznanie tego grzechu złagodziło poczucie wstydu i pomogło mi nie wracać do tego wzorca zachowań, dopóki kroczyłem drogą światła.

Liderzy Kościoła, to my musimy stworzyć atmosferę pełną łaski, w której ludzie mogą wyznawać swoje grzechy. Kiedyś nauczałem na konferencji i miałem poczucie, że okolica jest przesiąknięta tajemnicami. Duch Święty pozwolił mi odczuć wagę tej skrytości. Wezwałem ludzi do wyznania swoich sekretów i wydostania się spod ciężaru grzechu, winy i wstydu. Dałem im przykład, będąc otwartym, uczciwym i bezbronnym. Ludzie wychodzili naprzód i wyznawali wszelkie rodzaje skrywanych grzechów. Następowały przełomy. Dało się czuć uzdrawiającą moc Ducha Świętego.

Jako przywódcy musimy żyć tak, by widział nas Bóg i ludzie. Nie możemy kryć swoich wad. Musimy pozwolić łasce Jezusa przenikać i przesiąkać nasze serca, abyśmy potrafili rozszerzać Jego łaskę na tych, którzy wychodzą z cienia do światłości.

Jako naśladowcy Jezusa musimy wybierać życie oświetlone dla oczu Boga i ludzi. Tylko światło może ocalić nas przed ciemnością. Nikt nigdy nie zazna ostatecznej wolności poprzez osłanianie ciemnych zakamarków skrytości swojej duszy. Nawet jeśli nie jest to w zwyczaju twojej obecnej kościelnej rodziny, możesz utworzyć grupkę, która będzie żyć z tobą w ten sposób.

Obecność i moc

I w końcu - żeby stworzyć warunki umożliwiające życiową przemianę - potrzebna jest obecność i moc Boga. Ostatecznie tylko On potrafi odmienić serce. Gdy zwracamy się ku wierze w Chrystusa, otrzymujemy nowe serce (zob. Ez 36,26-27). Bóg daje nam serce, które chce iść za Nim. Umieszcza w nas swojego Ducha, uzdalniając nas do nowego życia w Chrystusie. Musimy dostąpić Jego obecności i mocy, żeby się zmienić i kroczyć przez nowe życie, które jest w nas. Potrzebujemy Bożej obecności, która uleczy nasze serca z dawnych urazów i krzywd. Potrzebujemy Bożej mocy, która uwolni nas z uścisku szatana.

W Kościele zbyt często mówimy o obecności i mocy Boga, ale tak naprawdę ich nie widzimy. W początkach Kościoła było inaczej. Apostoł Paweł napisał: "A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej" (1 Kor 2,4-5). Ciekawe, czy to samo można powiedzieć o wielu współczesnych Kościołach. Dziś znów potrzebujemy autentycznego ukazania obecności i mocy Boga pośród nas. Często pojawia się to w naszej nauce o Bogu, ale nie w naszej rzeczywistości. Jeśli obecność i moc Boga są częścią naszego systemu przekonań, ale brakuje ich w naszym sposobie postępowania, to mamy duże braki w spójności naszej wiary z naszym życiem.

Wszystkie życiowe przemiany, których doznałem, wywodzą się z ukazania obecności i mocy Boga. Bóg do mnie przemówił; Bóg mi się objawił; Bóg się ze mną spotkał; Bóg mnie wypełnił. To te Boże momenty zainicjowały przemianę.

To dlatego uczyniłem czas z Bogiem niepodlegającym dyskusji zobowiązaniem w moim życiu. Spędzam z Nim czas, gdy mam na to ochotę i gdy jej nie mam. Angażuję się w duchowe praktyki, jak czytanie Pisma Świętego, rozmyślanie nad Pismem, modlitwy, słuchanie głosu Ducha Świętego, uwielbianie, spędzanie czasu w samotności i ciszy, bo wiem, że potrzebuję Boga. Potrzebuję Jego obecności.

Apostoł Jan napisał, że "gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest" (1 J 3,2). To jest reguła dnia ostatecznego - gdy staniemy z Nim twarzą w twarz, nasza przemiana będzie kompletna. Staniemy się Mu podobni. Ten fragment zawiera też wskazówkę na teraz - dzięki Jego obecności następuje nasza przemiana. Jeśli chcemy doświadczyć przemiany życia, musimy angażować się w aktywności duchowe, które pozwolą nam doświadczyć Jego obecności.

Moje dwie pierwsze książki - Pathways to the King i River Dwellers uwypuklają kwestię bliskości z Bogiem jako kluczową w życiowej przemianie. Nauczając opieki nad duszą, zwykle poświęcam wykład czy dwa na samo zagadnienie bliskości z Bogiem i doświadczanie Jego obecności. Nie pomijaj tej kwestii. Ta książka podkreśla niektóre kluczowe prawa duszy, które musimy przyswoić, żeby móc się zmienić. Na pierwszym miejscu i tak stoi twoja relacja z Bogiem. Większość życiowych przemian zachodzi sam na sam z Nim. Nie przegap tego. Tylko Bóg przemienia serca. Tylko Bóg uzdrawia dusze. Tylko Bóg uwalnia zniewolonych.

Wiele współczesnych Kościołów ma w swojej kulturze jeden ze składników - namaszczoną prawdę, szczerą społeczność lub obecność i moc Boga. Ale potrzeba wszystkich trzech, aby była to kultura głębokiej przemiany. Tak samo wygląda to wśród osób praktykujących wewnętrzne uzdrawianie. Ci, u których dostrzegłem największy i najtrwalszy wpływ na ludzi, przyswoili i stosują w swoim duszpasterstwie wszystkie trzy składniki. Wszystkie trzy są konieczne do życiowej przemiany. Jeśli prowadzisz Kościół, jednym z twoich podstawowych zadań jest utworzyć właściwą kulturę. Taką, w której wszystkie trzy składniki są ogólnodostępne. Jeśli jesteś członkiem Kościoła, w którym któryś składnik nie jest widoczny na pierwszy rzut oka, możesz być zmuszony poszukiwać niektórych środków i narzędzi potrzebnych do zmiany życia gdzieś indziej.

Opieka nad duszą a trzy składniki zmiany

Nie byłem skory do napisania tej książki, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że jest ona w stanie wpłynąć na tylko jeden z tych trzech obszarów. Ufam, że mogę pisać z namaszczeniem i objawieniem Ducha Świętego. Sama namaszczona prawda nie wystarczy jednak do głębokiej przemiany. Podkreślę to jeszcze raz - potrzeba wszystkich trzech składników. Potrzebujesz namaszczonego nauczania, które mam nadzieję zapewnić tym tekstem. Ale musisz też chętnie angażować się w szczerą społeczność i ochoczo poszukiwać Bożej obecności.

Dlatego zachęcam cię do czytania tej książki wraz z przyjaciółmi, z którymi zobowiążecie się do całkowitej szczerości. Nie miejcie przed sobą tajemnic. Wiem, że sama myśl o tym wywołuje u wielu ludzi ból brzucha. Rozumiem to. Za wieloma ludźmi ciągnie się długa historia sekretów. Ale nie ma przemiany bez wyznania grzechów. Nie ma zwycięstwa w ukrywaniu. Nie ma przełomu w skrytości. Musisz żyć jawnie względem Boga i ludzi, aby uzyskać wolność.

Powinieneś też zobowiązać się do stosowania się do tych zasad i szczerego przepracowywania treści tej książki. Rób przerwy na spędzanie czasu sam na sam z Bogiem, żeby mogły nadejść Jego obecność i moc. Spędzaj czas w ciszy i nasłuchuj Jego przemieniającego głosu. Odwiedzaj miejsca i bierz udział w wydarzeniach i konferencjach, gdzie obecność i moc Boga jest wyraźnie odczuwalna.

Za każdym razem, gdy nauczam prawd związanych z troską o duszę, wcielam w życie wszystkie trzy składniki. Nie tylko podczas wykładów. Na początku zajęć czy konferencji dzielę ludzi na trójki. Najpierw wzywam ich do otwartości i szczerości, a potem dzielę na trzyosobowe grupki, żeby w nich dzielili się swoją historią i otwierali się wobec siebie nawzajem.

Na przestrzeni lat ludzie setki razy wyznawali sekrety i przyznawali się do rzeczy, o których nigdy wcześniej nikomu nie mówili. Jest dużo łez, jest też dużo miłości i łaski - i są znaczące przełomy. Często tak utworzone trójki pozostają w kontakcie, ponieważ wytwarza się między nimi silna więź. Nierzadko przed zajęciami są to zupełnie obcy dla siebie ludzie, ale podejmują wielkie ryzyko i ochoczo otwierają się przed sobą. Zdarzało się, że ludzie podchodzili do mnie, mówiąc:

- Nie mogę otworzyć się przed tymi ludźmi. Zrobiłem wiele złych rzeczy, o których nigdy nikomu nie mówiłem.

- Nie musisz się otwierać - odpowiadałem. - Ale jeśli chcesz zaznać wolności, zachęcam, abyś to zrobił. Nigdy nie będziesz wolny, mając tajemnice.

Raz za razem byłem świadkiem tego, jak ci ludzie otwierają się, wyznają swoje sekrety, dzielą się swoimi historiami i dochodzą do wielkich i znaczących przełomów. Zaryzykuj!

Utwórzcie, proszę, trójki i przejdźcie przez tę książkę razem. Ustalcie, że będziecie wobec siebie otwarci, uczciwi, pozbawieni sekretów i łaskawi. Podejmijcie decyzję, że będziecie żyć bez tajemnic. Uczę zasad soul care na zajęciach i konferencjach już od bardzo dawna. Spotkałem tysiące ludzi różnych kultur i grup etnicznych, ludzi wywodzących się z różnych Kościołów i bazujących na różnych doświadczeniach. Okazuje się, że bardzo niewielki odsetek ludzi żyje w szczerej społeczności - takiej, która jest jednocześnie pozbawiona sekretów i łaskawa. A taka społeczność jest szalenie istotna w procesie życiowej przemiany.

Gdy roślina ma zapewnione odpowiednie środowisko - owocuje. Potrzebuje odpowiedniej ilości światła słonecznego, wody i składników odżywczych w glebie. Jeśli otrzyma, czego potrzebuje, będzie zdrowa i urośnie. To samo można powiedzieć o duszy.

Gdy otrzymamy właściwą mieszankę namaszczonego nauczania, pozbawioną sekretów i przepełnioną łaską społeczność oraz obecność i moc Boga - dochodzi do przemiany życia. W takich warunkach dusza bez dwóch zdań rozkwitnie.

Pastorzy i przywódcy Kościoła, musimy nauczyć się utrzymywać takie warunki. To jeden z powodów, dla których zacząłem prowadzić szkolenie, podczas którego nauczam opieki nad duszą. Rozmawiałem z wieloma pastorami, którzy uczestniczyli w zajęciach i doświadczyli znaczącej przemiany życia i wolności. Po kilku miesiącach pytam, czy zapoczątkowali podobne duszpasterstwo w swoich Kościołach. Zdecydowana większość odpowiada:

- Nie. Nie wiedziałem jak.

Lub:

- Nie. Miałem obawy przed wprowadzeniem niektórych z tych rzeczy w naszych warunkach.

Ci pastorzy szczegółowo opisywali mi w listach swoje doświadczenia życiowych przemian, ale nie wnieśli tego do swoich Kościołów. Zapoczątkowałem szkolenie w zakresie nauczania soul care jako narzędzie, które miało im pomóc stworzyć właściwą atmosferę w ich lokalnych Kościołach. Szkolenie jest przygotowane w taki sposób, żeby mogli z niego korzystać pastorzy wraz ze swoimi liderami. Jako grupa kierownicza mogą doświadczyć trzech elementów atmosfery duchowej przemiany, a my możemy ich wyposażyć w narzędzia niezbędne do przeniesienia tych elementów do ich duszpasterskiego otoczenia. Wielu przywódców duchowych ukończyło szkolenie Nauczanie soul care i wiele Kościołów działa teraz w kulturze duchowej przemiany.

Często wprowadzałem taką atmosferę w klasach i na konferencjach, mając na to zaledwie pięć dni. Zdecydowanie można to też zrobić w Kościele. Prawdziwa przemiana tego wymaga. Musimy stworzyć kulturę na kształt królestwa niebieskiego - taką z natchnionym nauczaniem i szczerą społecznością, gdzie objawia się moc i obecność Boga.

Bramy życiowej przemiany: Samoświadomość

Na pewno słyszałeś kiedyś powiedzenie: "To, czego nie wiesz, nie może cię zranić". Jeśli chodzi o duszę, ta maksyma to niebezpieczne kłamstwo. To, czego nie wiesz, właśnie cię zabija.

Samoświadomość jest bramą do życiowej przemiany. Nie daje pewności powodzenia, ale jest warunkiem koniecznym. W Pierwszym Liście św. Jana czytamy: "Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności" (1 J 1,5). Bóg rozświetla nasze dusze.On odsłania prawdę o nas. Naszą rolą jest stanąć w Bożym świetle i wyznać prawdę.

Musimy nauczyć się przyjmować światło, które daje nam Bóg. To dar - nie niechciany gość. Jezus nauczał, że wróg - książę ciemności - próbuje zabijać, kraść i niszczyć. Ciemność jest intruzem. Ale Bóg nas ocali. On zapala światło, żeby uleczyć duszę, spajać złamane serca, uwolnić zniewolonych, dać zwycięstwo uciemiężonym.

Gdy wypieramy prawdę, omija nas wolność, którą daje nam Bóg. Nie możemy uleczyć tego, do czego się nie przyznamy. Bóg nie może oczyścić nas z tego, czego nie wyznamy. Często nie jesteśmy skorzy do zaakceptowania tego, że mamy jakąś brudną, popsutą i grzeszną cząstkę. Ale jesteśmy związani z nią dokładnie tak samo mocno, jak się jej wypieramy.

Pozwól, że przytoczę przykład. Wyobraź sobie Sally, która jest liderem uwielbienia. Każdego tygodnia Sally staje, by poprowadzić ludzi przed oblicze Boga. Po nabożeństwach ludzie przychodzą do niej i mówią:

- Sally, kiedy mnie prowadzisz, mogę wręcz poczuć Bożą obecność. Uwielbiam, jak śpiewasz i kierujesz nas do oddawania czci Bogu.

Sally jest bardzo skromna i nieśmiało odpowiada:

- Ojej, dziękuję. Ale to nie ja, to Pan!

Pewnego dnia nowa śpiewaczka dołącza do grupy uwielbienia. Jane ma niesamowity głos i natchnienie. Nie to, że jest po prostu utalentowana, ale natchniona przez Ducha Świętego, żeby prowadzić ludzi w oddawaniu czci Bogu. Te same osoby, które przedtem przychodziły do Sally, teraz przychodzą do Jane. W obecności Sally wyrażają swój entuzjazm:

- Och, Jane, kiedy ty śpiewasz, czuję się niczym w sali tronowej Boga!

Sally czuje coś w głębi siebie i nie jest to nic dobrego. Jej zdaniem poznała się na Jane. Myśli sobie: "Z Jane jest coś nie tak. Jest atencjuszką. Robi to na pokaz".

Zaczyna dzielić się swoją opinią z tymi, którzy komplementują Jane. Ale wcale nie ma racji co do Jane. Przemawia przez nią zwykła zazdrość.

Zazdrość zaczyna się od pytania: "A co ze mną?", a kończy na oskarżeniu: "Bóg jest niesprawiedliwy". Przez brak samoświadomości Sally w grupie uwielbienia pojawiły się podziały, a między Sally i Jane istnieje niejawny konflikt. Sally rozsiewa niekorzystne plotki o Jane pod przykrywką troski i próśb o modlitwę. Przez to inni też zaczynają być nieco podejrzliwi względem Jane.

To, czego nie wiesz, może zranić nie tylko ciebie. Może zaszkodzić też innym i Bożej sprawie. Niesłychanie istotne jest, byśmy żyli w Bożym świetle. Tylko żyjąc w świetle z Bogiem, możemy zostać napełnieni Duchem Świętym i podążać za Nim krok w krok. Chrześcijanie napełnieni Duchem Świętym stanowią zagrożenie dla piekła. Jeśli nie stanowisz zagrożenia dla piekła, jesteś niebezpieczny dla Kościoła.

W moim życiu było wiele rzeczy, których nie byłem świadomy, a które krzywdziły mnie i ludzi mnie otaczających. Jen i inni czuli się przygniatani przez moje silne zdanie i brak emocjonalnej wrażliwości, ale ja często nie zdawałem sobie sprawy ani z tego, że ich to przygniata, ani dlaczego tak postępowałem.

Jezus powiedział, że najważniejsza na świecie jest miłość: miłość do Boga i miłość do bliźnich. Jednak mój brak samoświadomości powstrzymywał mnie przed kochaniem w taki sposób, w jaki Bóg tego oczekiwał. Miałem problemy duszy, które wpływały na moją miłość do Boga i do ludzi, ale nie wiedziałem o tym.

W końcu uświadomiłem sobie istnienie niszczycielskich schematów w moim życiu. Jednak wciąż nie wiedziałem, co się pod nimi kryje. Zgłębianie tego doprowadziło mnie do zrozumienia niektórych zasad zdrowej duszy. Zasad, które mogą głęboko wpłynąć na zmianę twojego życia, jeśli będziesz sumiennie ich przestrzegał. Musiałem nauczyć się łączyć kropki w moim życiu. Dlaczego taki się stałem? Dlaczego zrobiłem to, co zrobiłem? Im większą samoświadomość osiągałem, tym więcej miałem wolności.

Przepisy

1 Soul care - w tłumaczeniu z języka angielskiego: opieka nad duszą, troska o nią, dbałość, pielęgnowanie jej (przyp. red.).

2 W oryginale występuje słowo broken [dosł. złamany]. W dalszej części akapitu autor odnosi się do tego obrazowego określenia, mówiąc o odłamkach duszy. W niniejszej publikacji tłumaczenie ang. broken uzależnione jest od kontekstu oraz specyfiki polskiej frazeologii (przyp. red.).

3 W oryginale to the level of their brokenness - do poziomu ich złamania (przyp. red.).

4 Chodzi o wierność Ewangelii.

5 D. L. Moody, Secret Power. The Secret of Success in Christian Life and Work, New Kensington 1997, s. 32 (tłum. własne).

6 D. G. Benner, The Gift of Being Yourself, Downers Grove 2015, s. 76 (tłum. własne).

7 Tamże.

8 Thomas Merton, No Man is an Island , New York 1955, s. 245 (tłum. własne).

9 W oryginale autor używa słowa repent (dosł. żałować). W nawiązaniu do tekstu biblijnego ang. repent przetłumaczono także jako 'skruszyć się' i 'nawrócić się' (przyp. red).

10 Cytowany tekst biblijny (Mt 3,2) w języku polskim ma różne tłumaczenia. W Biblii warszawskiej: "Upamiętajcie się, albowiem przybliżyło się Królestwo Niebios". W Nowej Biblii gdańskiej (NBG): "Skruszcie się, bowiem zbliżyło się Królestwo Niebios". W języku greckim tłumaczeniom 'nawróćcie się', 'upamiętajcie się', 'skruszcie się' odpowiada słowo metanoeite. W formie rzeczownikowej (metanoja) oznacza ono żal skutkujący zmianą myślenia, a w konsekwencji odmianą życia (przyp. red.).

11 N. Grubb, Continuous Revival, Fort Washington 1997, s. 20 (tłum. własne).

12 D. Benner, The Gift of Being Yourself, Downers Grove 2015 (tłum. własne).

13 R. J. Foster, Dyscypliny życia duchowego. Droga do duchowego rozwoju, Wrocław 2008.

14 François Fénelon, Let go, New Kensington, 1973, s. 39 (tłum. własne).

15 Corrie ten Boom, Tramp for the Lord, London 1975, s. 182 (tłum. własne).

16 Mas fuego! (hiszp.) - Więcej ognia! (przyp. red.).

17 Dalszy ciąg znajdziesz w książce: L. Payne, The Healing Presence, Grand Rapids 1995.

18 D. G. Benner, The Gift of Being Yourself, dz. cyt. s. 62-63 (tłum. własne).