Sąd narodów
Norymberga. Jesień 1945 roku...
Historyczne wzmianki o tym grodzie sięgają XI wieku -?położone nad
niezbyt szeroką i leniwie płynącą rzeką Pegnitz, pełne historycznych
zabytków, północnobawarskie miasto. Miało ono swe świetne i jasne
okresy, okresy rozkwitu gospodarczego, promieniowania kulturą i sztuką
(tu przecież czas jakiś działał tak nam bliski, genialny rzeźbiarz i snycerz gotyku, twórca Ołtarza Mariackiego w Krakowie, Wit Stwosz).
Miało też dni ciemne i ponure, gdy po dojściu Hitlera do władzy stała
się nieformalną stolicą narodowego socjalizmu, słynną z gigantycznych,
pełnych złowieszczego i butnego ceremoniału parteitagów, celebrowanych
na kolosalnym, specjalnie w tym celu wzniesionym stadionie.
Jesienią 1945 roku Norymberga -?podobnie jak większość niemieckich miast
w zdruzgotanej wojną III Rzeszy -?była inna niż ta, której obraz
prezentują kroniki, przewodniki turystyczne, barwne foldery i kolorowe
pocztówki. Kilka nalotów dywanowych przeprowadzonych przez strategiczne
siły powietrzne aliantów zrobiło swoje, obracając w gruz i popiół całe
kwartały zabudowy. W gruzach legła śliczna, wypieszczona norymberska
starówka -?wyglądająca podobnie jak inne historyczne centra starych
miast, choćby w Warszawie, Gdańsku czy Wrocławiu. Zawalone rumowiskami
kaniony ulic, sterczące samotnie ściany wypalonych kamienic.
Z tej scenerii totalnego niemal zniszczenia wyłaniał się w centrum
miasta, przy prostej i szerokiej Fürtherstrasse, bardziej przypominający
teatralną dekorację niż rzeczywistość obrazek: kompleks prawie
nienaruszonych, nietkniętych wojenną zawieruchą budynków. Dostępu do
nich broni niskie, kamienne ogrodzenie z dwiema kutymi w żelazie
bramami. W środku tkwi brzydkie i bezstylowe -?a właściwie upozowane na
pruski styl "monumentalny" -?czteropiętrowe gmaszysko.
Fronton tworzą przyciężkie, jakby wrośnięte w ziemię kolumny,
podtrzymujące zwieńczenie elewacji. Na galerii jednego z pięter nisze, w których tkwią posągi jakichś anonimowych postaci. Nie wszystkie zastygły
na swych miejscach, niezniszczony bowiem gmach też nosi ślady wojny.
Część kamiennych postaci wymiotła z nisz fala uderzeniowa jakiejś bomby
solidnego kalibru, która upadła w pobliżu. Inne detonacje urwały z murów
płaty tynku, kolumny też są posiekane odłamkami, wyszczerbione, mur i kamień jest "ospowaty", pełno na nim dziobów od uderzeń serii
wielkokalibrowych pocisków z kaemów. Nad gmachem głównym wznosi się
lekko nadwerężona, ale solidnie trzymająca się kopuła, pod którą
znajduje się główna, dwukondygnacyjna, otoczona galerią sala budynku.
To dawny Pałac Sprawiedliwości, siedziba sądu bawarskiego landu, a później hitlerowskiej Rzeszy. Scena, na której rozegra się wielki
spektakl Sądu Narodów.
Do głównego budynku przylega połączony krytym przejściem budynek
administracyjny, dziś rzec by można typowy "biurowiec", z labiryntem
korytarzy pociętych jednakowo wyglądającymi drzwiami wiodącymi do
urzędniczych pokojów. W głębi dziedzińca znajduje się długi, też
czteropiętrowy budynek więzienia o murach otynkowanych na brudnoszary,
nijaki kolor, którego monotonię przerywają małe, zakratowane okienka,
symetrycznie umieszczone jedno przy drugim w równych szeregach. Budynek
więzienia łączy się z gmachem głównym podziemnym przejściem.
Dość tych "krajobrazowych" opisów. Istotne bowiem jest tylko jedno: w właśnie tym gmachu, oszczędzonym przez kaprys wojny, dokonać się ma
dziejowy akt sprawiedliwości, może najdonioślejszy w historii prawa. Za
stołem sędziowskim w Pałacu Sprawiedliwości zasiądzie Międzynarodowy
Trybunał Wojskowy, a na ławie oskarżonych -?główni niemieccy przestępcy,
odpowiedzialni za wtrącenie całego niemal świata w koszmar i gehennę II
wojny, za niespotykane dotąd w takiej skali masowe ludobójstwo.
Zanim rozpocznie się ten proces i zajmiemy się bliżej jedną z postaci
występujących na tej "scenie", musimy cofnąć się o parę lat...
Już w kilka tygodni po wybuchu II wojny światowej do stolic państw
sojuszniczych -?w pierwszym etapie do Paryża i Londynu, w następnym do
Waszyngtonu -?zaczęły z podbitych przez Niemców krajów napływać
alarmujące doniesienia. Informacje te mówiły o faszystowskim terrorze,
zbrodniach popełnianych na jeńcach wojennych i ludności cywilnej, o mordach i grabieży, wysiedleniach, masowych wywózkach na przymusowe
roboty do III RZeszy, egzekucjach, pacyfikacjach, szczególnym znęcaniu
się nad ludnością żydowską. W przestępstwach tych brał udział nie tylko
wyspecjalizowany w sprawach eksterminacji aparat, jak np. budząca grozę
tajna policja, czyli Gestapo, ale także specjalne oddziały SS, jednostki
"rycerskiego" ponoć Wehrmachtu, fanatycy z SA i NSDAP, ślepo posłuszna
Führerowi administracja, a nawet otumanieni wielkogermańskim "mitem" i "posłannictwem" zwykli obywatele brunatnej Rzeszy. Pierwsze sygnały
nadeszły z Polski, kolejne z Norwegii, Belgii, Holandii, Francji, Grecji
i Jugosławii, wreszcie z terenów Związku Radzieckiego.
Nie mogły one pozostać bez echa.
W rezultacie już w styczniu 1942 roku w szacownym pałacu St. James w Londynie, z inicjatywy emigracyjnych rządów Polski i Czechosłowacji,
zwołano konferencję przedstawicieli tych krajów, których tereny znalazły
się pod niemiecką okupacją. Na niej to po raz pierwszy postawiono
kategoryczne żądanie sądowego ścigania wszystkich winnych pogwałcenia
prawa ujętego w międzynarodowych konwencjach precyzujących sposób
prowadzenia działań wojennych i podkreślono z naciskiem, że jednym z celów wojny podjętej przez koalicję antyhitlerowską jest ściganie i ukaranie przestępców wojennych. Bez względu na to, czy wydawali oni
rozkazy popełniania tych zbrodni, czy brali w nich czynny udział, czy
pomagali innym, a nawet nie przeciwstawiali się -?jeśli mieli taką
możliwość -?realizacji programu zagłady ludów Europy. I nie tylko, bo
przecież w grę wchodziły również przestępstwa popełnione w Afryce i na
neutralnych, międzynarodowych obszarach, np. na morzu!
Deklarację tę poparły solidarnie wszystkie kraje, które znalazły się w zasięgu niemieckiej przemocy. Związek Radziecki dał temu wyraz w trzech
notach -?z listopada 1941 roku (cztery miesiące po zaatakowaniu przez
dotychczasowego sojusznika) oraz stycznia i kwietnia 1942 roku -
informując o gwałtach popełnianych na zajętych obszarach ZSRR,
potępiając je i zapowiadając kategorycznie surowe ukaranie wszystkich
winnych odpowiedzialnych za te przestępstwa.
Końcowym rezultatem tych przedsięwzięć było opublikowanie 1 listopada
1943 roku w Moskwie deklaracji trzech mocarstw wielkiej koalicji:
Związku Radzieckiego, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych,
zapowiadającej, że wszyscy przestępcy wojenni wydani zostaną tym krajom,
na terenie których dopuścili się dokonania zbrodni. Deklaracja ta
głosiła również, że tzw. główni przestępcy niemieccy, których
działalność jest "międzynarodowa", gdyż nie da się jej określić
granicami obszarów geograficznych, sądzeni będą na podstawie wspólnej
decyzji sojuszniczej przez specjalnie powołany w tym celu Międzynarodowy
Trybunał Wojskowy. Te właśnie akty stanowiły podstawę prawną do
norymberskiego "Procesu Stulecia", gdyż tak określiła ten sąd
międzynarodowa opinia publiczna.
Jednocześnie rozpoczęła w Londynie działanie Komisja Narodów
Zjednoczonych do Spraw Zbrodni Wojennych, która publikowała listy
oskarżonych i poszukiwanych morderców. Komisja ta uznała, że pojęcie
zbrodni wojennej obejmuje: naruszenie praw i zwyczajów wojennych, czyli
zbrodnie wojenne w ścisłym tego słowa znaczeniu, planowanie, wszczęcie i prowadzenie wojny agresywnej oraz czyny dokonywane przed rozpoczęciem
wojny, ale sprzeczne z elementarnymi zasadami prawnymi obowiązującymi
cywilizowane narody, tzw. przestępstwa wobec ludzkości.
Po tej dygresji czas wrócić na arenę będących tematem tego tomiku
wydarzeń.
Jest jesień 1945 roku. Norymberga, miasto, które znalazło się -?zgodnie
z powziętymi przez sojuszników ustaleniami o podziale okupowanych
Niemiec -?na terenie zajętym przez wojska amerykańskie. W morzu ruin
ocalało wielkie, ponure gmaszysko z szarego piaskowca, budynek dawnego
Pałacu Sprawiedliwości. Może nigdy wcześniej jego mury nie odpowiadały
tak dokładnie pojęciu "sprawiedliwość" jak właśnie w tych dniach... W kilka dni po zajęciu tego miasta przez oddziały armii amerykańskiej
zakwaterowano tu oddział artylerii przeciwlotniczej. W wielkiej sali
rozpraw, straszącej powybijanymi szybami, ulokowano bar, w którym
żołnierze popijali piwo. I raczej obojętnie spoglądali na wycięte z ilustrowanych magazynów fotografie roznegliżowanych girls, którymi
załatano liszaje odpadającego tynku. Nawet nie podejrzewali, że już za
parę miesięcy rozegra się w tej sali historyczny akt dziejowej
sprawiedliwości.
Uwaga, sąd idzie!
Amerykańskie służby kwatermistrzowskie działają sprawnie. Gdy tylko
zapadła decyzja, że Międzynarodowy Trybunał Wojskowy zbierze się w Norymberdze, właśnie w tym ocalałym budynku byłego sądu, szybko
wysiedlono z gmachu chłopców z "pelotki". W rekordowo krótkim czasie,
rzucając do roboty całe kolumny jeńców (głównie byłych esesmanów!),
wyremontowano i przerobiono kompleks budynków. Prowizorycznie, lecz
solidnie naprawiono szkody poczynione przez alianckie bomby. Z całego
miasta zwieziono meble. Jakieś ławy, fotele dawnych patrycjuszy, szafki,
biurka i krzesła. Zmodernizowano też gmach więzienia. A nade wszystko
zmontowano specjalny węzeł łączności (otrzymał on symboliczny kryptonim
"Justice", czyli "Sprawiedliwość") -?przeciągnięto ok. 200 km kabli,
podłączono baterię aparatów telefonicznych i dalekopisów (głównie na
użytek prasy, bowiem korespondenci zagraniczni zapowiedzieli liczny
udział w procesie), zainstalowano radiostację dużego zasięgu.
I zmieniono wystrój głównej sali rozpraw, właśnie tej pod górującą nad
budynkiem kopułą. Ze starego wnętrza pozostawiono tylko niezbyt udaną,
eklektyczną w stylu, ale może z tego względu pasującą do atmosfery
przygotowywanej rozprawy, rzeźbę pod symboliczno-dwuznacznym mianem
"Grzech pierworodny".
To zresztą nie było ważne. Ważny był ustawiony na podwyższeniu stół
trybunału, który miał w tle stale podświetlone cztery flagi o narodowych
barwach: ozdobioną złocistym sierpem i młotem czerwień Związku
Radzieckiego, francuskie tricolore, krzyżujące się pola brytyjskiego
Union Jack oraz gwiaździsto-pasiasty amerykański Stars and Stripes.
Amfiteatralnie tłoczyły się miejsca dla sprawozdawców sądowych.
Zainstalowano stanowiska dla kamer filmowych, a na jednej ze ścian
umocowano zwijany ekran. Stanęły stoliki dla protokolantów i stenografów, w centrum wyróżniał się samotny pulpit dla świadków. I wreszcie ustawiona w dwóch rzędach ława oskarżonych, przed którą
przygotowano miejsca dla obrońców. Na zapleczu ulokowano kabiny dla
tłumaczy, połączone systemem przewodów z całą salą. Wszyscy uczestnicy
rozprawy mogli jej słuchać w wybranym przez siebie języku: po angielsku,
rosyjsku, francusku lub niemiecku. Nie zapomniano też o stanowiskach do
nagrań na płyty najważniejszych momentów procesu (tak powszechnie
obecnie stosowany system magnetofonowy był wtedy jeszcze w powijakach).
Sprawą ważną była zewnętrzna ochrona obiektu, krążyły bowiem uporczywe
plotki, nie wiadomo kto je rozsiewał, że mityczne podziemie zbrojne ma
zamiar odbić i uwolnić oskarżonych! Najbliższy rejon sądu otoczyła więc
gęsta sieć posterunków amerykańskiej żandarmerii wojskowej, znanej
powszechnie pod nazwą Military Police.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki