SOS "Laconia" - Wiesław Brodziński, Tadeusz Stępień

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sąd narodów

Norym­berga. Jesień 1945 roku...

Histo­ryczne wzmianki o tym gro­dzie się­gają XI wieku -?poło­żone nad nie­zbyt sze­roką i leni­wie pły­nącą rzeką Pegnitz, pełne histo­rycz­nych zabyt­ków, pół­noc­no­ba­war­skie mia­sto. Miało ono swe świetne i jasne okresy, okresy roz­kwitu gospo­dar­czego, pro­mie­nio­wa­nia kul­turą i sztuką (tu prze­cież czas jakiś dzia­łał tak nam bli­ski, genialny rzeź­biarz i sny­cerz gotyku, twórca Ołta­rza Mariac­kiego w Kra­ko­wie, Wit Stwosz). Miało też dni ciemne i ponure, gdy po doj­ściu Hitlera do wła­dzy stała się nie­for­malną sto­licą naro­do­wego socja­li­zmu, słynną z gigan­tycz­nych, peł­nych zło­wiesz­czego i but­nego cere­mo­niału par­te­ita­gów, cele­bro­wa­nych na kolo­sal­nym, spe­cjal­nie w tym celu wznie­sio­nym sta­dio­nie.

Jesie­nią 1945 roku Norym­berga -?podob­nie jak więk­szość nie­miec­kich miast w zdru­zgo­ta­nej wojną III Rze­szy -?była inna niż ta, któ­rej obraz pre­zen­tują kro­niki, prze­wod­niki tury­styczne, barwne fol­dery i kolo­rowe pocz­tówki. Kilka nalo­tów dywa­no­wych prze­pro­wa­dzo­nych przez stra­te­giczne siły powietrzne alian­tów zro­biło swoje, obra­ca­jąc w gruz i popiół całe kwar­tały zabu­dowy. W gru­zach legła śliczna, wypiesz­czona norym­ber­ska sta­rówka -?wyglą­da­jąca podob­nie jak inne histo­ryczne cen­tra sta­rych miast, choćby w War­sza­wie, Gdań­sku czy Wro­cła­wiu. Zawa­lone rumo­wi­skami kaniony ulic, ster­czące samot­nie ściany wypa­lo­nych kamie­nic.

Z tej sce­ne­rii total­nego nie­mal znisz­cze­nia wyła­niał się w cen­trum mia­sta, przy pro­stej i sze­ro­kiej Fürtherstrasse, bar­dziej przy­po­mi­na­jący teatralną deko­ra­cję niż rze­czy­wi­stość obra­zek: kom­pleks pra­wie nie­na­ru­szo­nych, nie­tknię­tych wojenną zawie­ru­chą budyn­ków. Dostępu do nich broni niskie, kamienne ogro­dze­nie z dwiema kutymi w żela­zie bra­mami. W środku tkwi brzyd­kie i bez­sty­lowe -?a wła­ści­wie upo­zo­wane na pru­ski styl "monu­men­talny" -?czte­ro­pię­trowe gma­szy­sko.

Fron­ton two­rzą przy­cięż­kie, jakby wro­śnięte w zie­mię kolumny, pod­trzy­mu­jące zwień­cze­nie ele­wa­cji. Na gale­rii jed­nego z pię­ter nisze, w któ­rych tkwią posągi jakichś ano­ni­mo­wych postaci. Nie wszyst­kie zasty­gły na swych miej­scach, nie­znisz­czony bowiem gmach też nosi ślady wojny. Część kamien­nych postaci wymio­tła z nisz fala ude­rze­niowa jakiejś bomby solid­nego kali­bru, która upa­dła w pobliżu. Inne deto­na­cje urwały z murów płaty tynku, kolumny też są posie­kane odłam­kami, wyszczer­bione, mur i kamień jest "ospo­waty", pełno na nim dzio­bów od ude­rzeń serii wiel­ko­ka­li­bro­wych poci­sków z kaemów. Nad gma­chem głów­nym wznosi się lekko nad­we­rę­żona, ale solid­nie trzy­ma­jąca się kopuła, pod którą znaj­duje się główna, dwu­kon­dy­gna­cyjna, oto­czona gale­rią sala budynku.

To dawny Pałac Spra­wie­dli­wo­ści, sie­dziba sądu bawar­skiego landu, a póź­niej hitle­row­skiej Rze­szy. Scena, na któ­rej roze­gra się wielki spek­takl Sądu Naro­dów.

Do głów­nego budynku przy­lega połą­czony kry­tym przej­ściem budy­nek admi­ni­stra­cyjny, dziś rzec by można typowy "biu­ro­wiec", z labi­ryn­tem kory­ta­rzy pocię­tych jed­na­kowo wyglą­da­ją­cymi drzwiami wio­dą­cymi do urzęd­ni­czych poko­jów. W głębi dzie­dzińca znaj­duje się długi, też czte­ro­pię­trowy budy­nek wię­zie­nia o murach otyn­ko­wa­nych na brud­no­szary, nijaki kolor, któ­rego mono­to­nię prze­ry­wają małe, zakra­to­wane okienka, syme­trycz­nie umiesz­czone jedno przy dru­gim w rów­nych sze­re­gach. Budy­nek wię­zie­nia łączy się z gma­chem głów­nym pod­ziem­nym przej­ściem.

Dość tych "kra­jo­bra­zo­wych" opi­sów. Istotne bowiem jest tylko jedno: w wła­śnie tym gma­chu, oszczę­dzo­nym przez kaprys wojny, doko­nać się ma dzie­jowy akt spra­wie­dli­wo­ści, może naj­do­nio­ślej­szy w histo­rii prawa. Za sto­łem sędziow­skim w Pałacu Spra­wie­dli­wo­ści zasią­dzie Mię­dzy­na­ro­dowy Try­bu­nał Woj­skowy, a na ławie oskar­żo­nych -?główni nie­mieccy prze­stępcy, odpo­wie­dzialni za wtrą­ce­nie całego nie­mal świata w kosz­mar i gehennę II wojny, za nie­spo­ty­kane dotąd w takiej skali masowe ludo­bój­stwo.

Zanim roz­pocz­nie się ten pro­ces i zaj­miemy się bli­żej jedną z postaci wystę­pu­ją­cych na tej "sce­nie", musimy cof­nąć się o parę lat...

Już w kilka tygo­dni po wybu­chu II wojny świa­to­wej do sto­lic państw sojusz­ni­czych -?w pierw­szym eta­pie do Paryża i Lon­dynu, w następ­nym do Waszyng­tonu -?zaczęły z pod­bi­tych przez Niem­ców kra­jów napły­wać alar­mu­jące donie­sie­nia. Infor­ma­cje te mówiły o faszy­stow­skim ter­ro­rze, zbrod­niach popeł­nia­nych na jeń­cach wojen­nych i lud­no­ści cywil­nej, o mor­dach i gra­bieży, wysie­dle­niach, maso­wych wywóz­kach na przy­mu­sowe roboty do III RZe­szy, egze­ku­cjach, pacy­fi­ka­cjach, szcze­gól­nym znę­ca­niu się nad lud­no­ścią żydow­ską. W prze­stęp­stwach tych brał udział nie tylko wyspe­cja­li­zo­wany w spra­wach eks­ter­mi­na­cji apa­rat, jak np. budząca grozę tajna poli­cja, czyli Gestapo, ale także spe­cjalne oddziały SS, jed­nostki "rycer­skiego" ponoć Wehr­machtu, fana­tycy z SA i NSDAP, ślepo posłuszna Führerowi admi­ni­stra­cja, a nawet otu­ma­nieni wiel­ko­ger­mań­skim "mitem" i "posłan­nic­twem" zwy­kli oby­wa­tele bru­nat­nej Rze­szy. Pierw­sze sygnały nade­szły z Pol­ski, kolejne z Nor­we­gii, Bel­gii, Holan­dii, Fran­cji, Gre­cji i Jugo­sła­wii, wresz­cie z tere­nów Związku Radziec­kiego.

Nie mogły one pozo­stać bez echa.

W rezul­ta­cie już w stycz­niu 1942 roku w sza­cow­nym pałacu St. James w Lon­dy­nie, z ini­cja­tywy emi­gra­cyj­nych rzą­dów Pol­ski i Cze­cho­sło­wa­cji, zwo­łano kon­fe­ren­cję przed­sta­wi­cieli tych kra­jów, któ­rych tereny zna­la­zły się pod nie­miecką oku­pa­cją. Na niej to po raz pierw­szy posta­wiono kate­go­ryczne żąda­nie sądo­wego ści­ga­nia wszyst­kich win­nych pogwał­ce­nia prawa uję­tego w mię­dzy­na­ro­do­wych kon­wen­cjach pre­cy­zu­ją­cych spo­sób pro­wa­dze­nia dzia­łań wojen­nych i pod­kre­ślono z naci­skiem, że jed­nym z celów wojny pod­ję­tej przez koali­cję anty­hi­tle­row­ską jest ści­ga­nie i uka­ra­nie prze­stęp­ców wojen­nych. Bez względu na to, czy wyda­wali oni roz­kazy popeł­nia­nia tych zbrodni, czy brali w nich czynny udział, czy poma­gali innym, a nawet nie prze­ciw­sta­wiali się -?jeśli mieli taką moż­li­wość -?reali­za­cji pro­gramu zagłady ludów Europy. I nie tylko, bo prze­cież w grę wcho­dziły rów­nież prze­stęp­stwa popeł­nione w Afryce i na neu­tral­nych, mię­dzy­na­ro­do­wych obsza­rach, np. na morzu!

Dekla­ra­cję tę poparły soli­dar­nie wszyst­kie kraje, które zna­la­zły się w zasięgu nie­miec­kiej prze­mocy. Zwią­zek Radziecki dał temu wyraz w trzech notach -?z listo­pada 1941 roku (cztery mie­siące po zaata­ko­wa­niu przez dotych­cza­so­wego sojusz­nika) oraz stycz­nia i kwiet­nia 1942 roku - infor­mu­jąc o gwał­tach popeł­nia­nych na zaję­tych obsza­rach ZSRR, potę­pia­jąc je i zapo­wia­da­jąc kate­go­rycz­nie surowe uka­ra­nie wszyst­kich win­nych odpo­wie­dzial­nych za te prze­stęp­stwa.

Koń­co­wym rezul­ta­tem tych przed­się­wzięć było opu­bli­ko­wa­nie 1 listo­pada 1943 roku w Moskwie dekla­ra­cji trzech mocarstw wiel­kiej koali­cji: Związku Radziec­kiego, Wiel­kiej Bry­ta­nii i Sta­nów Zjed­no­czo­nych, zapo­wia­da­ją­cej, że wszy­scy prze­stępcy wojenni wydani zostaną tym kra­jom, na tere­nie któ­rych dopu­ścili się doko­na­nia zbrodni. Dekla­ra­cja ta gło­siła rów­nież, że tzw. główni prze­stępcy nie­mieccy, któ­rych dzia­łal­ność jest "mię­dzy­na­ro­dowa", gdyż nie da się jej okre­ślić gra­ni­cami obsza­rów geo­gra­ficz­nych, sądzeni będą na pod­sta­wie wspól­nej decy­zji sojusz­ni­czej przez spe­cjal­nie powo­łany w tym celu Mię­dzy­na­ro­dowy Try­bu­nał Woj­skowy. Te wła­śnie akty sta­no­wiły pod­stawę prawną do norym­ber­skiego "Pro­cesu Stu­le­cia", gdyż tak okre­śliła ten sąd mię­dzy­na­ro­dowa opi­nia publiczna.

Jed­no­cze­śnie roz­po­częła w Lon­dy­nie dzia­ła­nie Komi­sja Naro­dów Zjed­no­czo­nych do Spraw Zbrodni Wojen­nych, która publi­ko­wała listy oskar­żo­nych i poszu­ki­wa­nych mor­der­ców. Komi­sja ta uznała, że poję­cie zbrodni wojen­nej obej­muje: naru­sze­nie praw i zwy­cza­jów wojen­nych, czyli zbrod­nie wojenne w ści­słym tego słowa zna­cze­niu, pla­no­wa­nie, wsz­czę­cie i pro­wa­dze­nie wojny agre­syw­nej oraz czyny doko­ny­wane przed roz­po­czę­ciem wojny, ale sprzeczne z ele­men­tar­nymi zasa­dami praw­nymi obo­wią­zu­ją­cymi cywi­li­zo­wane narody, tzw. prze­stęp­stwa wobec ludz­ko­ści.

Po tej dygre­sji czas wró­cić na arenę będą­cych tema­tem tego tomiku wyda­rzeń.

Jest jesień 1945 roku. Norym­berga, mia­sto, które zna­la­zło się -?zgod­nie z powzię­tymi przez sojusz­ni­ków usta­le­niami o podziale oku­po­wa­nych Nie­miec -?na tere­nie zaję­tym przez woj­ska ame­ry­kań­skie. W morzu ruin oca­lało wiel­kie, ponure gma­szy­sko z sza­rego pia­skowca, budy­nek daw­nego Pałacu Spra­wie­dli­wo­ści. Może ni­gdy wcze­śniej jego mury nie odpo­wia­dały tak dokład­nie poję­ciu "spra­wie­dli­wość" jak wła­śnie w tych dniach... W kilka dni po zaję­ciu tego mia­sta przez oddziały armii ame­ry­kań­skiej zakwa­te­ro­wano tu oddział arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej. W wiel­kiej sali roz­praw, stra­szą­cej powy­bi­ja­nymi szy­bami, ulo­ko­wano bar, w któ­rym żoł­nie­rze popi­jali piwo. I raczej obo­jęt­nie spo­glą­dali na wycięte z ilu­stro­wa­nych maga­zy­nów foto­gra­fie roz­ne­gli­żo­wa­nych girls, któ­rymi zała­tano liszaje odpa­da­ją­cego tynku. Nawet nie podej­rze­wali, że już za parę mie­sięcy roze­gra się w tej sali histo­ryczny akt dzie­jo­wej spra­wie­dli­wo­ści.

Uwaga, sąd idzie!

Ame­ry­kań­skie służby kwa­ter­mi­strzow­skie dzia­łają spraw­nie. Gdy tylko zapa­dła decy­zja, że Mię­dzy­na­ro­dowy Try­bu­nał Woj­skowy zbie­rze się w Norym­ber­dze, wła­śnie w tym oca­la­łym budynku byłego sądu, szybko wysie­dlono z gma­chu chłop­ców z "pelotki". W rekor­dowo krót­kim cza­sie, rzu­ca­jąc do roboty całe kolumny jeń­ców (głów­nie byłych eses­ma­nów!), wyre­mon­to­wano i prze­ro­biono kom­pleks budyn­ków. Pro­wi­zo­rycz­nie, lecz solid­nie napra­wiono szkody poczy­nione przez alianc­kie bomby. Z całego mia­sta zwie­ziono meble. Jakieś ławy, fotele daw­nych patry­cju­szy, szafki, biurka i krze­sła. Zmo­der­ni­zo­wano też gmach wię­zie­nia. A nade wszystko zmon­to­wano spe­cjalny węzeł łącz­no­ści (otrzy­mał on sym­bo­liczny kryp­to­nim "Justice", czyli "Spra­wie­dli­wość") -?prze­cią­gnięto ok. 200 km kabli, pod­łą­czono bate­rię apa­ra­tów tele­fo­nicz­nych i dale­ko­pi­sów (głów­nie na uży­tek prasy, bowiem kore­spon­denci zagra­niczni zapo­wie­dzieli liczny udział w pro­ce­sie), zain­sta­lo­wano radio­sta­cję dużego zasięgu.

I zmie­niono wystrój głów­nej sali roz­praw, wła­śnie tej pod góru­jącą nad budyn­kiem kopułą. Ze sta­rego wnę­trza pozo­sta­wiono tylko nie­zbyt udaną, eklek­tyczną w stylu, ale może z tego względu pasu­jącą do atmos­fery przy­go­to­wy­wa­nej roz­prawy, rzeźbę pod sym­bo­liczno-dwu­znacz­nym mia­nem "Grzech pier­wo­rodny".

To zresztą nie było ważne. Ważny był usta­wiony na pod­wyż­sze­niu stół try­bu­nału, który miał w tle stale pod­świe­tlone cztery flagi o naro­do­wych bar­wach: ozdo­bioną zło­ci­stym sier­pem i mło­tem czer­wień Związku Radziec­kiego, fran­cu­skie tri­co­lore, krzy­żu­jące się pola bry­tyj­skiego Union Jack oraz gwiaź­dzi­sto-pasia­sty ame­ry­kań­ski Stars and Stri­pes. Amfi­te­atral­nie tło­czyły się miej­sca dla spra­woz­daw­ców sądo­wych. Zain­sta­lo­wano sta­no­wi­ska dla kamer fil­mo­wych, a na jed­nej ze ścian umo­co­wano zwi­jany ekran. Sta­nęły sto­liki dla pro­to­ko­lan­tów i ste­no­gra­fów, w cen­trum wyróż­niał się samotny pul­pit dla świad­ków. I wresz­cie usta­wiona w dwóch rzę­dach ława oskar­żo­nych, przed którą przy­go­to­wano miej­sca dla obroń­ców. Na zaple­czu ulo­ko­wano kabiny dla tłu­ma­czy, połą­czone sys­te­mem prze­wo­dów z całą salą. Wszy­scy uczest­nicy roz­prawy mogli jej słu­chać w wybra­nym przez sie­bie języku: po angiel­sku, rosyj­sku, fran­cu­sku lub nie­miecku. Nie zapo­mniano też o sta­no­wi­skach do nagrań na płyty naj­waż­niej­szych momen­tów pro­cesu (tak powszech­nie obec­nie sto­so­wany sys­tem magne­to­fo­nowy był wtedy jesz­cze w powi­ja­kach).

Sprawą ważną była zewnętrzna ochrona obiektu, krą­żyły bowiem upo­rczywe plotki, nie wia­domo kto je roz­sie­wał, że mityczne pod­zie­mie zbrojne ma zamiar odbić i uwol­nić oskar­żo­nych! Naj­bliż­szy rejon sądu oto­czyła więc gęsta sieć poste­run­ków ame­ry­kań­skiej żan­dar­me­rii woj­sko­wej, zna­nej powszech­nie pod nazwą Mili­tary Police.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki