Rozdział I
"Rodzina"
To był kolejny niezwykle słoneczny dzień w tym dobiegającym końca tygodniu. Mimo braku zagrożenia ze strony Pirsjan, Deynard nadal pełnił funkcję Świetlika, a teraz - jako przywódcy wszystkich oddziałów - doszła mu jeszcze dodatkowa robota papierkowa.
Weekend miał nareszcie należeć tylko do nich, a on całą sobotę spędził, wypełniając zaległe raporty. Niedzieli nie zamierzała mu darować. Drzwi od sypialni otworzyły się z hukiem, a w progu stanęła ona - Chisa. Młoda kobieta o bujnych kasztanowych włosach utkwiła surowe spojrzenie w mężu, który powoli obrócił się na krześle. Wiedział, że się zbliżała. Potężne uderzenia obcasów niosły się po domu, jeszcze zanim wparowała, aby przeszkodzić mu w wertowaniu dziesiątej, a może piętnastej strony notatek nadesłanych z samego rana przez trójkę Świetlików z oddziału Alpha.
- Zdajesz sobie sprawę, która jest godzina? - spytała Chisa.
Była zła. Deynard wolał nie ryzykować niepotrzebną kłótnią.
- Już prawie skończyłem.
- Żadnego prawie. - Uderzyła dłonią o framugę drzwi. - Nate czeka w samochodzie. - Drugą dłoń oparła o biodro, a jej głos nieoczekiwanie złagodniał. - Przecież mu obiecaliśmy.
Deynard podniósł się z krzesła i wyciągnął dłonie w stronę sufitu. Chciał rozciągnąć się po kilkugodzinnej pracy w pozycji siedzącej. Wykonał krok w przód, a opuściwszy ręce, objął żonę w pasie i przyciągnął ją do siebie.
- Skończyłem - oznajmił szeptem i pocałował Chisę w czoło.
- Jesteś głupi - odpowiedziała.
Nadal działał na nią tak samo, jak przed laty.
Deynard wyminął Chisę i przeciągnął dwoma palcami po lewym nadgarstku. Aktywowany Trin połączył się ze stojącym na podjeździe samochodem, a ryk silnika poniósł się po całym osiedlu.
Chociaż urządzenie, z którego skorzystał Deynard, było częścią technologii pozyskanej od Pirsjan, Ziemianie nigdy z niego nie zrezygnowali. Trin za bardzo zakorzenił się w codziennym życiu miliardów ludzi, aby zmusić ich do nagłej zmiany - nawet jeśli tak głosiły postanowienia zawartego przed rokiem traktatu pokojowego.
- Idziesz? - rzucił rozbawiony Deynard.
Chisa poprawiła ramiączko od limonkowej bluzki i fuknęła pod nosem.
Pojazd rodziny Redo pochodził z wyższej półki. Porównanie Serva I10 ze starym Avosem Xona, należącym do Luny, byłoby kompletnie nie na miejscu. Deynard już kilkukrotnie oferował matce wsparcie finansowe, ale ta regularnie mu odmawiała. Jako przywódca Świetlików, ten dwudziestosześcioletni mężczyzna nie mógł narzekać na brak środków do życia, nie wspominając o ofertach reklamowych, których napływało przynajmniej kilka tygodniowo. Chisę było stać na najdroższe ubrania i kosmetyki, a Nate dostawał wszystkie zabawki, o jakich tylko zamarzył. Luna trzymała się od fortuny syna z daleka. Jak sama twierdziła - miała wszystko, czego potrzebowała do szczęścia.
- Jak ci się podobało, mistrzu? - spytał Deynard, podchodząc do białego jak śnieg pojazdu.
Tylne drzwi się uniosły, a z wnętrza wyjrzał chłopiec z gęstą kruczoczarną grzywą.
- Zrób tak jeszcze raz! - zawołał radośnie Nate.
- Rozkaz!
Serv I10 znowu zaryczał.
Chisa nie skomentowała ich zachowania i tylko uśmiechnęła się z politowaniem.
Otworzyła przednie drzwi od strony pasażera.
Zegar nie wskazywał jeszcze południa, a rodzina Deynarda miała przed sobą cały dzień wrażeń. Ich celem był park rozrywki Giardino, który mieścił się kilka kilometrów od włoskiego miasta Viterbo, w którym mieszkali.
***