Sorry, taki mamy ślad węglowy. Fakty, liczby, procenty - Prof. Mark Berners-Lee


Reflow text when sidebars are open.
Przypisy
Wstęp
Krótki kurs o emisyjności i śladach węglowych
Krótki wykład o emisyjności i śladach węglowych
"Ślad węglowy" to pojęcie ogromnie nadużywane[1]. Chciałbym, aby moja definicja była jasna. Na kartach tej książki posługuję się pojęciem śladu węglowego jako rodzajem metafory mającej oznaczać całkowity wpływ czegoś na zmiany klimatu. Terminem "emisyjność" określam nie tylko sam dwutlenek węgla, ale i rozmaite inne gazy cieplarniane przyczyniające się do globalnego ocieplenia.
A zatem "ślad węglowy" jest u mnie skrótowym określeniem możliwie najlepszego oszacowania całkowitego wpływu czegoś na zmianę klimatu. Tym "czymś" może być wszystko - czynność, przedmiot, styl życia, firma, kraj, wreszcie cały świat.
Co to jest CO2e?
Zmiany klimatu wywoływane działalnością człowieka, zwane też globalnym ociepleniem, następują wskutek emisji do atmosfery pewnego typu gazów. Dominującym gazem cieplarnianym jest dwutlenek węgla (CO2), uwalniający się, ilekroć spalamy w naszych domach, pojazdach, fabrykach czy elektrowniach paliwa kopalne.
Lecz znaczenie mają też inne gazy cieplarniane. Na przykład metan (CH4), którego głównym źródłem emisji są rolnictwo oraz składowiska odpadów, ma 28-krotnie większą siłę oddziaływania niż dwutlenek węgla, jeśli porównać wpływ obydwu tych gazów w ciągu ostatniego stulecia.
Jeszcze silniejsze - choć emitowane w mniejszych ilościach - są podtlenek azotu (N2O), uwalniany głównie w trakcie procesów przemysłowych i gospodarki rolnej - w ciągu tego samego okresu ok. 265 razy silniejszy niż dwutlenek węgla, oraz gazy stosowane w chłodnictwie, zazwyczaj oddziałujące kilka tysięcy razy silniej niż dwutlenek węgla.
W Wielkiej Brytanii całkowity wpływ gazów na klimat rozkłada się w następujący sposób: dwutlenek węgla (81%), metan (11%), podtlenek azotu (5%) oraz gazy stosowane w chłodnictwie i inne gazy (3%).
Choć czynniki te należy uwzględniać przy ocenie wpływu tych gazów w ciągu ostatnich 100 lat, to obliczenia są nieco bardziej skomplikowane, ponieważ gazy zachowują się w rozmaity sposób. Na przykład metan utrzymuje się w atmosferze znacznie krócej niż dwutlenek węgla, co oznacza, że największe szkody czyni przez pierwsze 10 lat z analizowanych tu 100. W tym samym okresie CO2 dokona tylko 1/10 zmian, jakie zajdą pod jego wpływem w ciągu całego stulecia. Jeśli więc interesuje nas krótsza skala czasowa, to metan jest ponad 28 razy silniejszy niż CO2.
Biorąc pod uwagę, że pojedynczy przedmiot bądź czynność mogą wywoływać uwalnianie wielu różnych gazów cieplarnianych w zróżnicowanych ilościach, to ślad węglowy w szczegółowym ujęciu prezentowałby się dość zawile.
W celu uniknięcia tego przyjęła się konwencja wyrażania śladu węglowego w kategoriach ekwiwalentu dwutlenku węgla (CO2e). Oznacza to, że całkowity wpływ na zmiany klimatu wszystkich gazów cieplarnianych uwalnianych przez dany przedmiot bądź czynność wyraża się jako ilość dwutlenku węgla, jaka miałaby taki sam wpływ w okresie 100 lat.
Uwaga na ślady palców: emisje bezpośrednie i pośrednie
Najczęstszą formą nadużywania pojęcia śladu węglowego jest pominięcie niektórych - albo i większości - emisji spowodowanych przez daną rzecz. Na przykład wiele stron internetowych z kalkulatorami emisji szacuje wielkość naszego śladu węglowego wyłącznie na podstawie energii zużywanej w domu i sposobu przemieszczania się, zupełnie pomijając wszystkie dobra i usługi, jakie nabywamy.
Analogicznie wydawca jakiegoś czasopisma mógłby twierdzić, że obliczył jego ślad węglowy, lecz uwzględnił w tych kalkulacjach tylko to, co dzieje się w redakcji, oraz jej środki transportu, ignorując znacznie większe emisje powodowane przez drukarnię, która drukuje cały nakład. W ten sposób postępują również kraje przy obliczaniu swoich emisji, pomijając często ślady węglowe dóbr importowanych (od odzieży po stal i cement), a nawet całych sektorów, jak transport lotniczy czy transport morski.
Tego rodzaju ślady węglowe można uznać za ślady samych palców - nie oddają one pełni obrazu.
Ślad węglowy naszego sposobu życia obejmuje więcej niż tylko ślady samych palców
Nieporozumienie to sprowadza się w dużej mierze do rozróżnienia między emisjami "bezpośrednimi" a "pośrednimi". Na przykład rzeczywisty ślad węglowy plastikowej zabawki obejmuje nie tylko emisje bezpośrednie, wynikające z produkcji zabawki i jej transportu do sklepu, lecz również cały szereg emisji pośrednich, wynikłych na przykład z wydobycia i przetworzenia ropy naftowej użytej do wyprodukowania plastiku. Prześledzenie wszystkiego, co musiało nastąpić, aby zabawka mogła powstać, wiedzie nas ku nieskończonej (a używam tego słowa oględnie) ilości ścieżek, nieraz króciutkich, lecz istotnych, jeśli je wszystkie zsumujemy.
Podam jeszcze inny przykład - faktyczny ślad węglowy przemieszczania się samochodem osobowym obejmuje nie tylko emisje uchodzące rurą wydechową, ale i te związane z wydobyciem, transportem i rafinacją ropy naftowej, przekształcające ją w formę paliwa, a następnie z dostarczeniem jej na stację benzynową. Do tego dochodzą spore emisje wynikające z produkcji i późniejszej konserwacji samochodu.
Miernik podstawowy, lecz nie do ustalenia
Ślad węglowy w moim rozumieniu to taki właśnie miernik zmiany klimatu, któremu trzeba się przyjrzeć. Szkopuł w tym, że on się wymyka precyzyjnym pomiarom. Nie możemy się spodziewać, że zrozumiemy, jak emisyjność naszych bananów wypada na tle emisyjności wszystkich innych rzeczy, które moglibyśmy kupić zamiast nich, jeśli nie znajdziemy jakiegoś sposobu na uwzględnienie uprawy, transportu, magazynowania oraz procesów mających na nie wpływ.
Jak więc uporać się z sytuacją, gdy kwestia, którą usiłujemy zgłębić, wydaje się beznadziejnie skomplikowana?
Jako wyjście z tego impasu często wybiera się rezygnację z ambitnego zadania i poprzestanie na prostszych obliczeniach, mimo że oznacza to zgodę na brak wiedzy o rzeczywistych liczbach, które chcielibyśmy poznać. Iluzjonista Derren Brown nazywa jedną ze swych kluczowych technik odwracaniem uwagi - przekierowanie uwagi widzów na coś mało istotnego sprawi, że umknie im to, co rzeczywiście ważne. To praktyka dość częsta w przypadku firm - a nawet rządów - deklarujących swój ślad węglowy. Możemy na przykład usłyszeć, jak zarząd portu lotniczego rozpływa się z zachwytu nad efektywnością energetyczną swoich budynków, za to milczy na temat samych lotów. Albo biuro podróży, które szczyci się przyjaznym dla środowiska naturalnego zakwaterowaniem, również nie wspominając o wysokoemisyjnych lotach (tak, w kwestii lotów często nabiera się wody w usta).
W książce tej obrałem podejście zakładające dokonywanie możliwie najbardziej realistycznych szacunków, które mają walor praktyczny, a jednocześnie uczciwe deklarowanie wszelkich niepewności. Ilekroć było to możliwe, starałem się przedstawiać pełny obraz, przede wszystkim zaś ustalić rzędy wielkości.
Pozostaje jednak ogromny stopień niepewności i, jak to się często zdarza w nauce, każdy ślad węglowy w tej książce jest tylko możliwie dokładnym oszacowaniem. Kiedy więc zobaczymy liczbę "3,2 kg CO2e" przy cheeseburgerze, będzie ona tak naprawdę oznaczać "prawdopodobnie między 1,5 a 5 kg CO2e, a prawie na pewno między 1 kg a 10 kg CO2e". Taka już natura wszystkich śladów węglowych. Nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej.
Niektóre liczby są jeszcze bardziej niepewne, zwłaszcza wtedy gdy próbuję ustalić chociaż skalę ważnych zagadnień, których w zasadzie nie sposób skwantyfikować. Weźmy na przykład posiadanie dziecka, wysłanie e-maila czy udział państwa w wojnie. Takie wyliczenia i założenia są mocno dyskusyjne, mimo to zamieściłem je, ponieważ przedstawiony w nich proces myślowy może się okazać przydatną refleksją, poza tym mogą nam one jednak pomóc w wyrobieniu sobie ogólnego pojęcia.
Pozwolę sobie powtórzyć z naciskiem, że niepewność ta nie przekreśla sensu podejmowania starań. Faktyczne ślady węglowe są podstawowym miernikiem i nie ma lepszego. Stopień precyzji, który tutaj prezentuję, wystarcza, by dostrzec różnicę między podróżą samolotem a używaniem suszarki do rąk.
Jeśli chodzi o latanie, powinienem jeszcze coś dodać. Dla wielu z nas, mieszkańców krajów wysoko rozwiniętych, podróże lotnicze stanowią istotną część naszego osobistego śladu węglowego. Nawet jeśli lecimy tylko raz w roku i o rzut beretem, może to być ok. 1/10 całości naszego śladu węglowego. Jeśli wybierzemy się w dłuższą podróż, na przykład z Londynu do Nowego Jorku bądź z Londynu do Indii czy Tajlandii, może to stanowić aż połowę naszego śladu węglowego. Każdy, kto regularnie podróżuje do Ameryki w interesach, ma ślad węglowy prawdopodobnie przynajmniej dwukrotnie większy niż przeciętny Brytyjczyk.
Liczby związane z transportem lotniczym mogą się okazać jeszcze bardziej niepokojące, ponieważ emisje z podniebnych lotów mają większy wpływ na klimat niż emisje pochodzące ze spalania tej samej ilości paliwa na ziemi. Dlatego wszystkie emisje związane z transportem lotniczym mnożę przez współczynnik 1,9[2]. Jest to prawdopodobnie i tak ostrożne oszacowanie. Zdaniem niektórych ekspertów faktyczny wpływ emisji na dużych wysokościach może być nawet 4-krotnie wyższy od przeciętnego. (Bardziej techniczne omówienie metodologii, jakimi się posłużyłem, można znaleźć na stronie 262).
Co właściwie znaczą te liczby?
Jak dotąd ustaliliśmy, jakich pomiarów powinniśmy próbować dokonać, lecz tona emisji to jednak pojęcie mocno abstrakcyjne.
Jak więc wygląda tona CO2e?
Otóż gdybyśmy wypełnili benzyną parę typowych beczek na deszczówkę i podpalili je, to bezpośrednio do atmosfery zostałaby uwolniona mniej więcej tona dwutlenku węgla. (Ślad węglowy spalenia tej ilości benzyny podczas jazdy samochodem jest nieco większy, przyczyny wyjaśnię później). Gdybyśmy postąpili podobnie z półlitrową butelką po mleku, uwolniłby się nieco ponad kilogram CO2, a gdybyśmy podpalili kroplę benzyny wielkości ziarnka grochu, uwolniłoby się ok. 1 grama.
1000 g = 1 kg
1000 kg = 1 t
Dla porównania ślad węglowy przeciętnego Brytyjczyka wynosi obecnie ok. 13 t (spadł z 15 t 10 lat wcześniej, głównie dzięki większemu wykorzystaniu odnawialnych źródeł energii).
Taka też mniej więcej jest średnia wielkość śladu w zachodniej Europie. Amerykanie i Australijczycy mają większy ślad węglowy, podobnie jak kraje eksportujące ropę naftową znad Zatoki Perskiej. W krajach rozwijających się ślad węglowy jest znacznie mniejszy. Przeciętny Amerykanin potrzebuje zaledwie kilku dni, by prześcignąć roczny ślad węglowy przeciętnego Nigeryjczyka czy Malijczyka. Globalna przeciętna to nieco ponad 7 t na osobę.
Jak wspomniałem, przy zastosowaniu tej metodologii różnice między poszczególnymi krajami bywają olbrzymie. Niższe liczby (ślady palców) uzyskamy wtedy, gdy uwzględnimy jedynie najbardziej oczywiste elementy naszego śladu węglowego, jak zużycie prądu i przemieszczanie się, a pominiemy emisje związane z nabywanymi towarami produkowanymi za granicą oraz ich transport lotniczy, lądowy bądź morski.
5-tonowy styl życia?
Za probierz przyjąłem 5-tonowy styl życia jako kolejny miernik stosowany w tej książce. W roku 2009 posłużyłem się 10-tonowym stylem życia, lecz od tamtego czasu sytuacja zdążyła się zmienić i dziś wzorzec 5-tonowego stylu życia wydaje się stosowniejszy, a przy tym zarówno realistyczny, jak i konieczny. Tu i tam odwołuję się do niego, ponieważ jest alternatywnym i niejednokrotnie klarowniejszym sposobem ujmowania abstrakcyjnych kilogramów i ton CO2e.
W 5-tonowym stylu życia - czyli w takim sposobie życia, który powoduje coroczne uwalnianie się 5 t CO2e - nie ma nic szczególnie tajemniczego. Z pewnością nie dla każdego na świecie taki przyjazny dla środowiska naturalnego cel będzie możliwy do zrealizowania. Gdyby jednak każdy Europejczyk ograniczył się w tej chwili do 5 t, byłby to duży krok w stronę niskoemisyjnego świata.
Jednym ze sposobów postrzegania śladu węglowego w postaci przedmiotu bądź czynności jest umieszczenie ich w rocznym kontekście 5-tonowego stylu życia. Na przykład duży cheeseburger (3,2 kg CO2e) odpowiada ok. 6 godzinom 5-tonowego roku. Jeśli przez rok przejedziemy dość paliwochłonnym samochodem 1000 mil, czyli 1600 km (1,3 t CO2e), to zużyjemy nasz 3-miesięczny przydział. Jeśli pozostawimy kilka rzadko już dziś stosowanych tradycyjnych 100-watowych żarówek (lamp żarowych) zapalonych przez cały rok, zużyjemy 44 dni. Przelot w obie strony na trasie Londyn-Hongkong klasą ekonomiczną premium to uwolnienie ok. 4,5 t CO2e. Oznacza to wykorzystanie prawie całego rocznego 5-tonowego zapasu na jeden wyjazd, pozostaje nam wówczas w rocznym budżecie jedynie 500 kg CO2e na wszystko inne: żywność, ogrzewanie, zakupy, opiekę zdrowotną, korzystanie z usług publicznych, nasz udział w utrzymanie dróg, jakiekolwiek wojny gdziekolwiek na świecie, z którymi nasz rząd ma cokolwiek wspólnego (czy nam się to podoba, czy nie) - na to wszystko.
Można by się zastanawiać, czy istnieją jakieś lepsze sposoby zużywania tego czy jakiegokolwiek innego budżetu niż przepuszczanie go na hamburgery, jazdę samochodem czy podróże lotnicze. Jeśli kogoś interesuje takie zagadnienie, ta książka jest właśnie dla niego.
Pozostały światowy budżet CO2
Ponieważ w odróżnieniu od innych gazów cieplarnianych CO2 utrzymuje się w atmosferze w zasadzie bez końca, możliwe jest oszacowanie całkowitego budżetu tego, co wolno nam spalić, jeśli jako mieszkańcy tej planety mamy zamiar się utrzymać w jakimś konkretnym limicie temperatury. To kolejny ważny miernik pomocny w dokonywaniu porównań.
Szacunki są zróżnicowane, lecz w roku 2018 pozostały budżet pozwalający utrzymać świat w granicach ocieplenia do 1,5 stopnia wyniósł ok. 400 mld t CO2. To przerażająco mała wielkość, odpowiadająca zaledwie drobnemu ułamkowi emisji, które spowodowaliśmy jak dotąd i zaledwie nieco ponad 10-letniemu okresowi emisji CO2 na obecnym poziomie.
(Pamiętajmy też, że budżet CO2 to niejedyna kalkulacja do uwzględnienia, musimy jednocześnie podjąć zdecydowane kroki co do wszystkich pozostałych gazów cieplarnianych. Dlatego też posługuję się w tej książce pojemniejszym miernikiem CO2e).
Czy emisje można offsetować?
"Offset" to bałamutne pojęcie, zwłaszcza gdy oferuje się go po cenie tak śmiesznie niskiej jak 3 funty brytyjskie za tonę CO2e - co pozwalałoby przeciętnemu Brytyjczykowi wykupić się za 40 funtów rocznie z wszelkich wyrzutów sumienia za swoje emisje. Przy takich założeniach cały kryzys klimatyczny można by rozwiązać za banalne 0,2% światowego PKB. Gdybyż to była prawda. Lecz niestety to absurd.
Wszelkie tego typu możliwości "offsetowe" okazują się skrajnie ułomne i/lub zasadniczo ograniczone pod względem swego zakresu. Często przyjmują postać takich działań, jak energia słoneczna czy sadzenie drzew, które tak czy siak, powinniśmy podejmować, chcąc dojść do zerowej emisyjności - nie możemy wykorzystywać ich do rekompensowania naszych emisji.
Jedynym autentycznym offsetem jest wyeliminowanie CO2 bądź innych gazów cieplarnianych - usunięcie ich z atmosfery i trwała ich sekwestracja (związanie). Tego rodzaju "emisje ujemne" są kosztowne, technologie przeważnie dopiero raczkują. Będą jednak potrzebne jako nasza reakcja na zmiany klimatu. Omawiam je pod koniec książki (zob. s. 225).
Żaden zamiennik redukowania naszych śladów węglowych jednak nie istnieje.
Wstęp
Pomysł tej książki narodził się w 2007 roku. Pracowałem w raczkującej wówczas dyscyplinie śladów węglowych - zajmującej się ustalaniem, w jakim stopniu zwyczajne rzeczy przyczyniają się do emisji dwutlenku węgla - i zgodziłem się odbyć wyprawę po supermarkecie w towarzystwie pewnej dziennikarki, przygotowującej właśnie materiał o żywności niskoemisyjnej. Wędrowaliśmy wzdłuż alejek z włączonym dyktafonem, a ona zasypywała mnie pytaniami, na które zazwyczaj niestety nie umiałem odpowiedzieć. "A te banany? A ten ser? Organiczny. To chyba lepszy, prawda? Sałata jest na pewno nieszkodliwa, zgadza się? Lepiej było przyjechać tu autobusem? Czy żywność w ogóle ma jakieś większe znaczenie?"
Nie było bynajmniej pewne, co uświadomiony emisyjnie klient powinien kupować, i tamtego dnia nie staliśmy się w tej kwestii specjalnie mądrzejsi. Mało tego, artykuł ostatecznie nie został napisany - może to i lepiej. Od tamtego dnia zacząłem się jednak długo i uważnie przyglądać najrozmaitszym śladom węglowym i przeprowadziłem na ten temat wiele badań, w tym również jedno w pewnej sieci supermarketów. Książka ta, wydana po raz pierwszy w 2010 roku (a z okazji ponownej edycji w 2020 r. gruntownie przejrzana), miała za zadanie odpowiedzieć na te dziennikarskie pytania oraz na wiele innych.
Już w trakcie pisania zrozumiałem, że nie powinienem się ograniczać tylko do omówienia produktów żywnościowych i kwestii związanych z podróżowaniem, chciałem dać czytelnikowi pojęcie o emisyjności - o wpływie na zmianę klimatu - wszystkiego, co jemy, co robimy i o czym myślimy, zarówno w domu, jak i w pracy. Chciałem pomóc nam wszystkim rozwinąć w sobie instynkt emisyjny.
Choć omówiłem tu ślad węglowy prawie 100 rzeczy, mam nadzieję, że w trakcie lektury czytelnik wyrobi sobie pojęcie, skąd się bierze emisyjność, i będzie w stanie szacunkowo określić ślad węglowy niemal wszystkiego, z czym się zetknie. Nie będzie to dokładna wartość, ale liczyłbym na to, że uda się przynajmniej odgadnąć liczbę zer. Że na przykład będzie się mniej więcej wiedziało, ile banany mają za uszami (spoiler - niewiele, okazuje się, że to całkiem przyzwoita żywność niskoemisyjna, acz problematyczna z perspektywy zrównoważonego rozwoju).
Czym to nowe wydanie różni się od poprzedniego?
Jak wspomniałem, do wydania z 2020 roku trzeba było uaktualnić wszystkie dane liczbowe. Jednakże przez te 10 lat doszło do ogromnej zmiany kontekstu. W roku 2010 zmiany klimatu uważano za zagadnienie "bardzo poważne". Minęły cztery lata od chwili, gdy za sprawą raportu Sterna (Stern review report on the economics of climate change)[1] temat ten trafił na pierwsze strony brytyjskich gazet i do wiadomości opinii publicznej, a był to naprawdę czas najwyższy, aby świadomość emisyjności trafiła pod strzechy. Lecz dziś mamy już do czynienia ze stanem alarmowym, ponieważ globalne emisje nie przestają rosnąć, nieomal jakbyśmy w ogóle nie zauważali problemu[2].
Tymczasem ustalenia nauki budzą coraz większy niepokój: zmianę temperatury o 1,5°C (w porównaniu z poziomem sprzed ery przemysłowej) uważa się dziś powszechnie za większe zagrożenie niż to, jakim wówczas wydawała się zmiana o 2°C[3]. A szybko ku niej zmierzamy. Kiedy piszę te słowa, osiągnęliśmy już poziom 1,1°C - w porównaniu z 0,88°C w 2010 roku (wzrost o 25% w ciągu 10 lat). Skutki zmiany klimatu zaczynają być odczuwalne na całym świecie - topią się lodowce, zmieniają się obszary występowania roślin i zwierząt, drzewa zakwitają wcześniej, drastycznie spada ilość lodu w oceanach, a poziom morza się podnosi. Zjawiska pogodowe zachodzą z większym natężeniem, mamy intensywniejsze fale upałów, pożary lasów i susze. Spod topniejącej wiecznej zmarzliny wybucha metan, pozostawiając tysiące kraterów o szerokości nawet do 50 m.
To niepomyślne wieści. Ale jest i wiadomość bardzo dobra - realna nadzieja, że ludzie mogą stawić temu czoła. W ostatnich kilku latach oglądaliśmy na ulicach manifestacje ruchu Extinction Rebellion (XR) i globalny ruch szkolnych strajków klimatycznych zainspirowany przez Gretę Thunberg. "Debata" w sprawie klimatu zakończyła się i media, jak na przykład BBC, nie przyznają już równego czasu antenowego i denialistom zmian klimatu, i naukowcom. Świadomość zmian klimatu zaczyna wpływać na decyzje w polityce i biznesie. Daleka jeszcze droga przed nami i nie ma czasu do stracenia. W porównaniu jednak z rokiem 2010 odczuwam dziś większą nadzieję, ale większe obawy. I nie tylko to.
Przeglądając poszczególne hasła w książce - i dopisując nowe, poświęcone sprawom, które pominąłem 10 lat temu, jak rowery elektryczne, kryptowaluty i gwałtownie rosnące zapotrzebowanie na usługi sektora ICT - starałem się zachować charakter pierwszego wydania książki, pisać zabawnie i praktycznie, choć dziś już nie tak łatwo żartować o klimacie. Przestałem też być aż tak oględny w słowach skierowanych do polityków, zarówno w tej książce, jak i w mediach, gdy bywam do nich zapraszany. Należy bowiem uniemożliwiać politykom ściemnianie, że nie rozumieją zasadniczych zagrożeń związanych z klimatem.
Na końcu książki dodałem nową część poświęconą temu, co każdy z nas może realnie zrobić, by przyczynić się do przeciwdziałania zmianom klimatu. Obejmuje to też redukowanie naszych śladów węglowych. Zawarłem tam również swoje przemyślenia o wszystkich innych działaniach, jakie możemy podjąć, by skłonić nasze rządy, zakłady pracy i otoczenie do wielkich zmian, tak pilnie potrzebnych. Nie próbuję nikomu nakazywać, co ma robić, gdyby jednak ktoś mnie o to zapytał, to mógłbym przedstawić propozycje znacznie bardziej szczegółowe niż wcześniej.
Pewne podstawowe założenia
W ostatnich latach w dziedzinie obliczania emisyjności poczyniliśmy niejakie postępy, choć wciąż jesteśmy poniekąd na Dzikim Zachodzie. Pojawił się pewien paskudny feler - błąd zaokrąglenia (omawiam go pod koniec książki), wskutek którego instytucje rządowe i wielkie firmy, jak Apple, Dell czy HP, zaniżają wielkość swojej emisyjności nawet o 40%.
Moje własne podejście do obliczania śladu węglowego - które stosuję w praktyce w pewnym ośrodku naukowym na Uniwersytecie Lancaster, a także jako konsultant w Small World - w zasadzie się nie zmieniło, acz chciałbym wierzyć, że stałem się w tym bardziej biegły niż w 2010 roku. Mam też nadzieję - a może i coś więcej - że możemy zgodzić się co do trzech zasadniczych faktów:
- Znajdujemy się w stanie zagrożenia klimatycznego.
- Stan ten został wywołany przez człowieka.
- Możemy coś w tej sprawie zrobić.
Mam też nadzieję, że możemy zgodzić się również co do perspektywy. Pewnego razu znajomy zapytał mnie, czy w celu redukcji śladu węglowego w biurze powinno się wycierać ręce papierowymi ręcznikami czy może raczej używać elektrycznej suszarki do rąk. A jednocześnie razem z kolegami dosłownie po kilkadziesiąt razy rocznie przelatywał tam i z powrotem nad Atlantykiem. Miejmy wyczucie proporcji. Latanie samolotem ma dziesiątki tysięcy razy większe znaczenie niż sposób osuszania rąk. Znajomy zwyczajnie odwracał kota ogonem.
Chciałbym czytelnikowi pomóc zyskać orientacyjne pojęcie, jak duża emisyjność wchodzi w grę wskutek prostych codziennych decyzji - dokąd jedziemy, jakim środkiem lokomocji, czy coś kupimy, czy nie, czy zostawimy telewizor w trybie gotowości itd. Oraz oczywiście w jaki sposób najwięcej na tym zyskać. Ta książka ma pomóc nam w decyzjach, o co warto się bić. Jeśli jej lektura zwróci uwagę czytelników na parę obszarów, w których można ulepszyć swoje życie przy jednoczesnym zmniejszeniu emisyjności, będzie to sukces.
Czy emisyjność jest jak pieniądze?
W pewnym sensie tak. Zazwyczaj orientujemy się, ile coś kosztuje, bez konieczności spoglądania na nalepkę z ceną. Nie znamy dokładnie ceny, wiemy jednak, że butelka szampana jest droższa od filiżanki herbaty, za to znacznie tańsza od tygodniowego czynszu za wynajmowane mieszkanie. Nasze finansowe wyczucie proporcji pozwala nam dokonać dobrego wyboru. Jeśli naprawdę chcę mieć tę butelkę szampana, to wiem, że mogę wejść w jej posiadanie, pod warunkiem że zrezygnuję z czegoś porównywalnie drogiego, co nie jest dla mnie aż tak ważne. Podobnie wyczulony powinien być nasz instynkt emisyjny.
Lecz w tym momencie podobieństwa się kończą. Nie nawykliśmy do myślenia o kosztach emisji tak jak o wydatkach pieniężnych. O wiele trudniej nam ocenić, jak duże ich koszty ponosimy, ponieważ nie widzimy ich gołym okiem i nie są nigdzie wyszczególnione. Poza tym nie doświadczamy osobiście konsekwencji naszej własnej emisyjności, ponieważ rozkłada się ona na miliardy ludzi na przestrzeni wielu lat.
Rzućmy okiem
Jako mieszkańcy krajów wysoko rozwiniętych wszyscy - mnie nie wyłączając - mamy wokół siebie mnóstwo zbędnych rzeczy, które niczego nie wnoszą do jakości naszego życia. Taki porządek jest głęboko zakorzeniony w naszej kulturze. Rezygnacja z tych rzeczy polepszy życie nas wszystkich, a nasze własne w szczególności. Ja sam bardzo skorzystałem na tym, że przestałem dojeżdżać do pracy własnym samochodem osobowym, a przerzuciłem się na rower bądź na wspólne przejazdy. W moim przypadku to się sprawdza, ale każdy z nas jest inny.
Na kolejnych stronach mam nadzieję zaproponować pewne praktyczne i ciekawe pomysły na zmniejszenie swojego śladu węglowego, na lepszą jakość życia dzięki podniesieniu świadomości emisyjnej.
Jak korzystać z tej książki? Została pomyślana tak, aby można rzucić okiem to tu, to tam. W przypisach często znajdą się dodatkowe informacje i linki, mam więc nadzieję, że książka odegra też rolę przewodnika po literaturze przedmiotu. Rozmawiajcie o niej ze znajomymi i dajcie znać, co jeszcze można poprawić (info@howbadarebananas.com).
Mike Berners-Lee
Lancaster, sierpień 2020 r.