Sophie Quire - ostatnia strażniczka Książek - Jonathan Auxier


Reflow text when sidebars are open.
Stos Postępu
Mówi się, że nie wolno oceniać książki po okładce. Każdy prawdziwy czytelnik może potwierdzić, że rada ta jest bezsensowna. Prawdziwy czytelnik doskonale zna niezwykłą przyjemność trzymania w ręku dobrze wydanego dzieła - zwraca uwagę na jego wagę i fakturę okładki, skrzypnięcie grzbietu przy otwieraniu stron, słodki, lekko zakurzony aromat pożółkłych kartek, kiedy przebiega przez nie palcami. Książka jest nie tylko składnicą myśli - to coś żywego, co potrzebuje miłości, ciepła i ochrony.
Nikt nie rozumiał tego lepiej niż Sophie Quire - dwunastoletnia dziewczynka o obgryzionych paznokciach, szpotawych stopach i niepokojąco inteligentnym spojrzeniu. Sophie kochała książki ponad wszystko. Naprawdę, kochała je bardziej niż cokolwiek w swoim otoczeniu. To właśnie sprawiało, że była wyjątkowa, aż w końcu stała się osobą... niebezpieczną. Ale wyprzedzamy fakty, a to jest równie niebezpieczne. Zapalcie więc lampę, znajdźcie wygodny fotel, a ja opowiem wam jej historię.
* * *
W Gwarburgu nastał rześki wietrzny poranek - kapitalna pogoda na palenie książek. Wąskie smużki dymu unosiły się z kominów w całym mieście, wypuszczając drobinki spalonego papieru. Sophie Quire wyszła z księgarni swojego taty, nad której drzwiami zadźwięczał mały dzwoneczek, i znalazła się na zimnej ulicy. Zadrżała, wdychając słodkie powietrze pachnące popiołem. Mieszkańcy postanowili spalić w kominkach swoje stare książki z baśniami, aby przegnać jesienny chłód. Zapach byłby całkiem przyjemny, gdyby cała sytuacja nie była tak przerażająca. Dziewczynka obserwowała opadające wokoło drobinki popiołu i zastanawiała się, czy wśród nich były też jej książki.
Spojrzała na drzwi sklepu. Wisiało na nich odręcznie napisane ogłoszenie, które ktoś umieścił w nocy:
PRECZ Z NONSENSEM! Wszyscy obywatele proszeni są o przybycie na doroczną Ceremonię Stosu, dwudziestego siódmego dnia tego miesiąca. Prosimy o przyniesienie książek z baśniami. Przyłącz się do obywateli Gwarburga! Zrzucamy okowy dziecięcych zabobonów i śmiało maszerujemy w stronę nowoczesnego rozumnego jutra!
Sophie zdarła plakat, żeby nie zobaczył go jej ojciec. Tak jakby komukolwiek trzeba było przypominać o Ceremonii Stosu...
Zastanawiała się, co to święto będzie oznaczało dla księgarni jej ojca specjalizującej się w różnych rodzajach "nonsensu", które miasto z takim zapamiętaniem próbowało zniszczyć. Ojciec starał się nadążać za najnowszą modą, zamawiać jedynie odpowiednie gatunki coraz lepszej literatury, ale jeśli to nie wystarczy? Gdzie się podzieją, jeśli księgarnię trzeba będzie zamknąć? Rzuciła plakat na ziemię i naciągnęła kaptur na plątaninę czarnych włosów. Nie mogła tracić czasu na roztrząsanie, A JEŚLI - miała przed sobą konkretne zadanie.
Sophie biegła przez miasto, klucząc pomiędzy małymi uliczkami. Niedawno wstał świt i Gwarburg był cichy, słychać było jedynie pracowników doków, żebraków oraz strażników, którzy kończyli nocny obchód. Biegła z opuszczoną głową. Kaptur spuściła na oczy tak, by nie przyciągać niczyjej uwagi. Mieszkańcy Gwarburga w większości byli bladzi - tak bladzi, że widać było niebieskie żyłki pod ich skórą. Ale Sophie miała ciemną cerę i jeszcze ciemniejsze włosy, które sprawiały, że wyglądała jak ktoś obcy. Cechy te odziedziczyła po matce, która urodziła się na wyspie daleko od kontynentu. Sophie wiele razy pytała ojca, jak nazywała się ta wyspa, ale ojciec - tak samo jak w przypadku innych pytań dotyczących matki Sophie - milczał, doprowadzając córkę do szału. Czasami się zastanawiała, czy w ogóle zna odpowiedź.
Sophie minęła kanał wewnętrzny, akademie, domy rachunkowe, sądy, a nawet wejście do krypt, gdzie dwanaście lat temu spoczęła jej matka. Czasami, kiedy Sophie czuła się szczególnie samotna, przekradała się tam i odwiedzała pełne zapomnienia podziemia.
Szła dalej w kierunku Stosu, który znajdował się nad rzeką. Przez chwilę miała wrażenie, że ktoś ją śledzi i że słyszy za sobą kroki, ale kiedy zatrzymała się, żeby to sprawdzić, nie mogła nic dostrzec.
- Za bardzo się martwisz - mruczała do siebie, biegnąc wąskimi schodami, które prowadziły do wschodniego wybrzeża.
Sophie jednak wcale nie przesadzała z ostrożnością, bo ktoś naprawdę śledził każdy jej krok - zatrzymywał się tam, gdzie ona się zatrzymywała, biegł wtedy, gdy ona biegła. Nie widziała tego kogoś, ponieważ do głowy jej nie przyszło, by zerknąć do góry. Gdyby tak uczyniła, dostrzegłaby sylwetkę szczupłego chłopca schowanego za kominem, którzy z żywym zainteresowaniem towarzyszył jej od pewnego czasu. Chłopiec miał na sobie podniszczony jeździecki płaszcz i poplamiony solą kapelusz. Jedną ręką ściskał płócienną torbę na ramię, w drugiej coś, co wyglądało na bardzo ostry harpun - jego srebrne ostrze pobłyskiwało w porannym słońcu.
Kiedy Sophie ruszała, chłopiec szedł za nią, przeskakując bezszelestnie z dachu na dach z niezwykłą lekkością. A gdyby Sophie zdołała dojrzeć swój "cień", uderzyłaby ją przede wszystkim jedna rzecz:
Chłopiec miał na oczach przepaskę niewidomego.
* * *
Sophie przeszła szeroką ścieżką wokół doków, aż dotarła do starego kamiennego mostu, który łączył Gwarburg z Wgłębikrajem. Minęła Wilki Świtu - parę masywnych gargulców, które stały wysoko nad Rzeką Trunkową. Mówiono, że te kamienne bestie broniły miasta w zamierzchłych czasach przed wrogimi armiami. Ze zdumieniem zauważyła, że nie mają na szyjach żadnych transparentów z napisem "Precz z nonsensem!". Przechodząc, pogładziła prawą łapę wilka. Na szczęście.
Wzdłuż mostu biegły rzędy nowoczesnych latarni gazowych, a ich płomienie dawały niesamowite światło, które odbijało się w rzece. Na przeciwległym brzegu rozciągała się polana otoczona wysokim kamiennym murem wzniesionym po to, by zapobiegać podróżom do i z Baśniowego Boru, niebezpiecznej puszczy, która majaczyła w oddali. Przy żelaznej bramie stało dwóch strażników - każdy z muszkietem na ramieniu. Tuż za nimi wznosił się Stos Postępu - ogromna góra złożona z książek.
Gwarburg był miastem, które właśnie przechodziło przemianę. Przez wieki widziało największe cuda i dziwy - stworzenia i artefakty, których spodziewać się można było jedynie w baśniach, kołysankach albo balladach. Ostatnimi czasy jednak prosty lud nabrał wątpliwości co do tego dziedzictwa i zaczął podejrzewać, że te dziwne przedmioty w jakiś sposób wstrzymują pochód w stronę nowoczesnego świata. I tak narodził się ruch "Precz z nonsensem!".
Odkąd Sophie pamiętała, każdej jesieni odbywało się nowe głosowanie, jaki rodzaj "nonsensu" należy spalić tym razem. Najpierw pozbyto się owocowych wróżek. Potem wszelkich przedmiotów wykutych przez karły. I kolejno: wszelkich gadających przedmiotów, medycyny ludowej i pewnych wypieków. Następnie (o dziwo) przedmiotów nakręcanych. Potem zbyt jasnych i wyrazistych ubrań. W kolejnym roku jakichkolwiek przedmiotów sprowadzanych z zagranicy. Później wszystkiego, co wyglądało na stare - tkanin, obrazów i wrzecion. Aż wreszcie teraz - książek dla dzieci.
Przez całe miesiące żołnierze sprawdzali księgarnie i szkoły, zbierając na doroczną Ceremonię Stosu wszelkiego rodzaju książki dla dzieci. Kiedy nadszedł ten dzień, księgarnia Sophie również została przeszukana. Oczywiście można było nadal handlować encyklopediami i periodykami naukowymi, ale wszystko, co błahe albo fantastyczne lub nieco rozrywkowe, miało zostać spalone. Wiele osób w Gwarburgu z radością prognozowało, że będzie to największy z dotychczasowych Stosów. Tak jakby było się z czego cieszyć.
Być może słyszeliście sławne powiedzenie, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą? Ta myśl, mimo że teoretycznie prawdziwa, nie bierze pod uwagę faktu, że skutki rąbania drewna zazwyczaj nie są spektakularne - powstaje sporo zamieszania i bałagan. Kto z nas nie wolałby sobie odpocząć, zamiast rąbać drewno? Sophie często myślała, że Gwarburg przypomina drwala, który popadł w obsesję na punkcie swojego zawodu i za wszelką cenę postanowił porąbać całe dostępne drewno. Oczywiście przyznawała, że wygodnie żyje się w nowoczesnym mieście, ale nie była pewna, czy warto niszczyć tak wiele wspaniałych przedmiotów... szczególnie jeśli były wśród nich książki.
Z opuszczoną głową przemknęła przez most i zbliżyła się do muru. Znalazła miejsce, gdzie dało się przesunąć obluzowane kamienie tak, by powstała dziura - wystarczająco duża dla dwunastoletniej dziewczynki. Przecisnęła się przez szczelinę i ponownie stanęła na nogi.
Sophie otrzepała sukienkę i zerknęła na stertę rzuconych na Stos książek. W porannej mgle widziała rzędy żołnierzy rozładowujących wozy obok bramy. Kilku rozdzielało pomiędzy pozostałych stertę ogłoszeń o Ceremonii Stosu.
Sophie podpełzła w stronę najbliższego wozu i schowała się tuż za jego tylnymi kołami. Stanęła na palcach i zajrzała do środka. Ciągle dziwiło ją, jakie wyrzucano książki - często widziała tam tytuły, które sprzedawała w księgarni swojego ojca. Wyjęła ciężką starą książkę i obejrzała jej okładkę: był to zniszczony zbiór opowiadań o Świętym Marcinie, Niedźwiedzim Królu. Jeszcze nie tak dawno każde dziecko w Gwarburgu znało tę opowieść na pamięć, teraz książka została rzucona na Stos. Wydarto z niej kilka stron, grzbiet był nieco zniszczony, ale szkody dałoby się jeszcze naprawić.
Sophie sięgnęła głębiej i znalazła dwie kolejne ciekawe książki: cienki tom kołysanek z Wgłębikraju i opatrzoną komentarzami rozprawę naukową o temperamentach konstelacji.
- Cześć - wyszeptała. - Zabieram was do domu - powiedziała i delikatnie owinęła książki płaszczem.
- Ej, ty tam! - rozległ się krzyk od strony bramy.
Dziewczynka spojrzała i zobaczyła strażnika stojącego przy bramie. Niezdarnie sięgał po wiszący na szyi gwizdek. Sophie złapała książki i rzuciła się w stronę muru tak szybko, jak potrafiły unieść ją nogi. Ostry gwizd rozciął powietrze i strażnicy z krzykiem rzucili się za nią w pogoń.
- Łapać złodzieja!
Sophie przecisnęła się ponownie przez wąską dziurę w murze, drąc płaszcz o ostre kamienie. Pobiegła w stronę mostu, tuląc książki do piersi ze wszystkich sił. Z nadzieją popatrzyła na stare kamienne budowle na przeciwległym brzegu. Jeśli dotrze do Starego Miasta, bez problemu zgubi pościg w jego uliczkach. Dotarła już niemal na drugi koniec mostu, kiedy nagle tuż przed nią wyrosło dwóch mężczyzn w mundurach. Był to nocny patrol wracający ze swojej zmiany.
- Zatrzymać ją! - zawołali strażnicy pilnujący Stosu.
Członkowie nocnego patrolu usłyszeli rozkaz i rzucili się, by odciąć dziewczynce drogę.
- Stój! - zawołali, podnosząc muszkiety jak włócznie.
Sophie niemal nadziała się na wystawione w jej kierunku ostrza. Upadła na ziemię, z trudem chwytając powietrze. Dwaj strażnicy Stosu także dołączyli i Sophie została otoczona.
- Wstawaj! - powiedział ten, który pierwszy ją zauważył, i dźgnął ją dla podkreślenia powagi swych słów. - Wyrzuć nonsens!
Sophie wstała, ale nie oddała książek. Rzuciła poirytowane spojrzenie na gigantyczną rzeźbę wilka górującą nad mostem. To by było na tyle, jeśli chodzi o szczęście. Skierowała się w stronę kamiennej balustrady mostu, przez krótką chwilę rozważając, czy dałaby radę bezpiecznie odpłynąć. Pływała nieźle, ale kamienne nabrzeża rzeki były zbyt strome i wysokie, by zdołała się wspiąć - przy tamtejszych prądach i chłodzie najpewniej zamarzłaby, zanim dostałaby się do doków. A nawet gdyby przeżyła, nie przetrwałyby tego książki.
Od strony Stosu zbliżył się do nich piąty mężczyzna.
- Spocznij! - powiedział groźnym głosem.
Sophie wyjrzała zza kaptura i zobaczyła przed sobą chudego jak szczapa mężczyznę w nienagannie skrojonym granatowym płaszczu, dzierżącego wypolerowaną laskę z kości słoniowej, która stukała o bruk.
Żołnierze odsunęli się i zasalutowali mężczyźnie.
- Inkwizytorze Kołtun - powiedział pierwszy strażnik z lekkim podenerwowaniem. - Nie wiedziałem, że tak wcześnie pan tu bywa.
- Postęp nigdy nie śpi - odparł chłodno nowo przybyły. - Ja również.
Inkwizytor Kołtun znany był powszechnie jako twórca akcji "Precz z nonsensem!". Wypełniał swoje zadania z niemal nieludzkim zapałem. Dokumentował każdy przedmiot przeznaczony na Stos. Mężczyzna stanął teraz przed Sophie, która spuściła głowę.
- Obejrzyjmy sobie naszego złodzieja. - Końcem laski zsunął Sophie kaptur z głowy.
Strażnicy na widok ciemnej buzi Sophie zrobili krok do tyłu.
- Zagraniczny szpieg! - krzyknął jeden z nich, przeładowując muszkiet.
Usta Kołtuna wykrzywiły się w odruchu najczystszego obrzydzenia.
- Twoja wyobraźnia jest sparaliżowana głupotą. Jaki szpieg marnowałby czas na książki dla dzieci? - Złapał Sophie za nadgarstek i spojrzał na jej rękę. - Nagniotki na kciuku i palcu wskazującym podpowiadają, że zajmuje się szyciem. Na palcach ma zaschnięty atrament. A we włosach... - Pochylił się nad nią, wąchając niesforne kosmyki, które wysunęły się z warkocza - ...makaron pszenny. - Puścił jej rękę i wyprostował się. - Pracuje, jak mniemam, dla księgarza Quire'a ze Starego Miasta.
Sophie była zdumiona, że tak ważny dygnitarz zna księgarnię jej ojca, ale inkwizytor Kołtun wiedział po prostu wszystko o wszystkich.
- Księgarz najpewniej ją do tego namówił - powiedział jeden ze strażników. - Ty, dziewczyno - dziobnął Sophie bagnetem. - Czy twój szef wie, co tutaj robisz?
To się często zdarzało, Sophie była tak niepodobna do ojca, że niewiele osób w ogóle wiedziało, że są spokrewnieni.
- Nie wolno wam mnie o nic oskarżyć - powiedziała. - Zakaz książek zacznie obowiązywać dopiero w dniu Ceremonii Stosu.
- Ach, jakiż to będzie wspaniały dzień! - stwierdził Kołtun z prawdziwą radością. - Jednak książki zostały skradzione z naszego Stosu, a to jest przestępstwem. - Wyjął z kieszonki na piersi mały notesik i zaczął pisać. - Niniejszym oskarżam cię o wtargnięcie oraz zniszczenie miejskiego mienia.
- Zniszczenie? - powiedziała Sophie. - Przecież zamierzacie je spalić.
- Grzywna wynosi pięć dulcetów...
- Pięć dulcetów?
- Za książkę. - Kołtun uśmiechnął się do niej kąśliwie i pisał dalej. - Jeśli nie jesteś w stanie zapłacić grzywny...
- Wiesz, że nie jestem - odparła Sophie. - Cały sklep nie zarabia tyle w miesiąc.
Sophie czuła, jak na jej twarz spływa rumieniec czystego gniewu i przez chwilę zastanawiała się, jaka kara by ją czekała za zrzucenie inkwizytora Kołtuna z mostu.
- Bardzo dobrze. - Inkwizytor odłożył na bok książkę. - Aby mieć pewność, że spłacisz tę sumę, zostaniesz poddana nadzorowi Wielkiej Zniewagi, aż dług zostanie rozliczony. - Skinął głową w stronę strażników, którzy zbliżyli się do dziewczynki.
Zanim Sophie zdołała cokolwiek powiedzieć, mężczyźni złapali ją mocno za ramiona. Książki wypadły jej z rąk na ziemię.
- Przestańcie! - zawołała, usiłując wyrwać się z ich uchwytu. - Pomocy!
Sophie nie wiedziała, dlaczego w tej chwili zawołała o pomoc, ponieważ w okolicy z pewnością nie było nikogo, kto mógłby usłyszeć jej wołanie. Słowa jednak, jak wiadomo, czasami same po prostu wyskakują z ust. Ku swojemu głębokiemu zdumieniu niemal natychmiast usłyszała odzew.
- Puśćcie ją!
Wcale nie śmiałe czyny
Puśćcie ją!
Słowa chłopca odbijały się echem w spokojnym porannym powietrzu. Jego głos był zimny jak ostrze miecza i dwa razy ostrzejszy. Opaska na oczach nie pozwalała mu zobaczyć rozgrywającej się na dole sceny, ale całkiem dobrze ją słyszał. Powstrzymywał uśmiech, słuchając odgłosów zamieszania, kiedy żołnierze usiłowali się zorientować, kto zwraca się do nich w tak śmiały sposób. Usłyszał, jak zmienia się ich oddech, kiedy dostrzegli go nad swoimi głowami.
- Kto do licha...? - Ten głos należał jednak do dziewczyny.
Chłopiec złapał się mocniej wielkiej latarni, której był uczepiony. Gazowe światło łagodnie sączyło się na jego twarz.
Kiedy był już pewien, że przyciągnął ich uwagę, podniósł srebrne ostrze i wymierzył je dokładnie w stronę mężczyzny, którego nazywano inkwizytorem i którego peruka wydzielała ostry zapach perfum.
- Nie będę prosił ponownie!
Sądząc po dźwięku, inkwizytor uderzył o ziemię laską z kości słoniowej.
- W tej chwili złaź mi z tej latarni! - wrzasnął. - Wspinanie się na własność miasta jest kategorycznie zabronione.
Chłopiec z szelestem zeskoczył ze szczytu latarni. Płynnym ruchem rozwiązał klapę swojego worka, z którego jak strzała wyskoczył mały stwór przypominający kota z czterema kopytami i rozwichrzonym końskim ogonem.
- Juuuhu! - prychnął stwór, lecąc w powietrzu i machając kopytkami.
Gdy fiknąwszy najpierw koziołka, chłopiec dotknął stopami ziemi, natychmiast podskoczył i przyłożył inkwizytorowi ostrze do gardła.
- Czy tak lepiej? - spytał.
W tym momencie rozsądnie byłoby zatrzymać na chwilę naszą scenę i opisać lepiej niewidomego ratownika. Najbystrzejsi z was najpewniej zgadli, że ten dziwny chłopiec jest tak naprawdę słynnym Peterem Nimble'em - królem włóczęgów z nieoznaczonego na mapie królestwa i najsłynniejszym żyjącym złodziejem. Jeśli chodzi o jego futrzanego kompana, był to oczywiście nikt inny jak sir Spląt, wędrowny rycerz i uhonorowany Królewski Bajarz królestwa Leszczynogrodu. W tej chwili powinna nam jednak wystarczyć informacja, że Peter Nimble śledził tę szczególną dziewczynkę już niemal od tygodnia i nie miał zamiaru jej zgubić dla jakiejś Zniewagi, Wielkiej czy też nie.
Zdjął kapelusz - twarzowy trikorn z białym piórem, który kupił na bazarze na Piegowatych Wyspach i szarmancko skłonił się przed Sophie.
- Moja pani...
Strażnicy puścili dziewczynę i zwrócili muszkiety w jego stronę. Peter skoncentrował się na odgłosach ich kroków. Nasłuchiwał, jak przemieszczają się, aby go otoczyć. Wiedział, że jego broń nie robi wrażenia: było to krótkie ostrze z dziwnie zakończoną końcówką. Nie sięgało daleko, ale było mocne i ostre. W odróżnieniu od innych zwykłych ostrzy tego nie dało się wyrwać z ręki.
- Zostawcie tu dziewczynę i wracajcie do swoich spraw - powiedział Peter do inkwizytora. - Nie chcę, by komukolwiek stała się krzywda, ale stanie się, jeśli mnie do tego zmusicie.
- Grozisz urzędnikowi publicznemu? - spytał mężczyzna.
Peter potrząsnął głową.
- Ja nie używam gróźb.
- Straż! - krzyknął inkwizytor i wydobył ze swojej laski cienkie jak igła ostrze. - Aresztować intruza!
Mężczyzna wyciągnął broń w stronę Petera, który wydał z siebie westchnienie zniecierpliwienia.
- Ostrzegałem cię. - Z tymi słowami ruszył do boju z uniesionym ostrzem.
Pole do walki było niewielkie i strażnicy byli zmuszeni machać muszkietami na oślep. Stal uderzała o stal, jeden chłopiec walczył przeciwko czterem wyćwiczonym mężczyznom. Jednak nie był to zwykły chłopiec. Peter Nimble był szybszy niż inni i gdy tylko zaatakował z prawej, potrafił obrócić się, by odpowiedzieć na cios z lewej. A jeśli któryś z żołnierzy próbował uderzyć Petera z tyłu, sir Spląt serwował mu dobrze wymierzonego kopniaka albo ugryzienie w zadek. Taki taniec odgrywali przez ostatnie dwa lata już setki razy, przemierzając mapę w poszukiwaniu przygód. Rzadko kończyło się to dobrze dla ich wrogów.
Peter ciął i dźgał, starając się nie zranić dziewczyny, która kręciła mu się pod nogami i usiłowała pozbierać rozrzucone książki. Krzyczała coś do Petera, ale on nie miał czasu się wsłuchiwać.
- Zostań na dole, moja pani! - zawołał, wskakując na balustradę mostu.
Dziewczynka wciąż krzyczała i dopiero po chwili Peter zdał sobie sprawę, że nie krzyczała ze strachu, ale z wściekłości.
- Przestań! - wrzeszczała, przepychając się pośród żołnierzy. - Przestań natychmiast!
Peter nie był pewien, dlaczego dziewczynka chciała udaremnić mu jego śmiałe czyny, ale zorientował się, że wcale nie żartuje.
- Skoro nalegasz! - Skoczył po raz ostatni w stronę wrogów, kręcąc się pomiędzy nimi jak derwisz z powiewającym za plecami płaszczem. To był stary trik ze złodziejskich czasów. Kiedy chłopiec zamarł w bezruchu, wszystkie cztery muszkiety strażników miał przewieszone przez swoje ramię.
Rozbrojeni mężczyźni patrzyli na niego z osłupieniem. Peter pozwolił im zastanawiać się przez chwilę nad tym, co się stało, aż w końcu krzyknął "Buuu!".
Wszyscy czterej żołnierze wydali z siebie ryk przerażenia i pobiegli mostem w stronę Stosu. Sir Spląt, który nie mógł darować sobie takiej okazji, pogalopował za nimi, parskając i łapiąc ich za pięty.
- Tchórze! - wykrzyknął Peter, zrzucając ich broń z mostu. Uderzyła w wodę z przyjemnym pluskiem. Teraz odwrócił się do inkwizytora, który wciąż stał w miejscu z bronią w ręku. - Lepiej idź za swoimi ludźmi... chyba że jesteś gotów na pojedynek!
Mężczyzna nic nie powiedział. Peter słyszał jego ciężki oddech, zgrzytanie zębów i łomotanie serca. Brzmiało to tak, jakby naprawdę rozważał jego ofertę.
- Ślepy łajdak i kot z kopytami? - Nie zwrócił się do Petera, ale do dziewczyny. - Jestem pewien, że rada miasta będzie bardzo zainteresowana tym, w jakim obracasz się towarzystwie, panno Quire. - Z powrotem ukrył ostrze w lasce i wrócił na brzeg.
Peter strzepnął parę niewidocznych pyłków z rąbka kapelusza i ułożył go na głowie w zawadiacki sposób.
- No cóż, miło było - zwrócił się do dziewczyny i błysnął ujmującym uśmiechem.
Peter dokonał już kilku widowiskowych akcji ratunkowych w swoim życiu. Każda z nich była nieco inna, ale reakcje ocalonych były zazwyczaj podobne. Większość ludzi była mu wdzięczna za ratunek. Większość, ale nie Sophie Quire.
- Czyś ty oszalał? - wrzasnęła głosem zachrypniętym z wściekłości. - Niemal zabiłeś tych ludzi!
Wyrwała mu książkę, na której stanął, i Peter o mało się nie wywrócił. Usłyszał, jak dziewczyna szybko przegląda strony, żeby sprawdzić, czy nie zostały uszkodzone.
- I co w ogóle robiłeś na tej latarni? - spytała. - Śledziłeś mnie?
Peter zbity z tropu cofnął się.
- Ja... yy...
Oczywiście, że ją śledził. Ludzie nie wspinają się na latarnie tak po prostu dla przyjemności. Ale słowa, jakimi opisała jego wyczyn, zabrzmiały jak obelga.
- Gdybyś przypadkiem zapomniała - powiedział w końcu - właśnie cię uratowałem.
- Uratowałeś?! - Dziewczyna stanęła przed nim, kipiąc z wściekłości. - Miałam tylko zapłacić grzywnę... Teraz odpowiem za usiłowanie zabójstwa. I kto wie, co jeszcze zrobią mnie i mojemu tacie? Jedno słowo inkwizytora i znajdę się na ulicy albo... jeszcze gorzej. I to wszystko przez ciebie!
Peter otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Poczuł, że twarz rumieni mu się ze złości albo z zakłopotania - nie był pewien dlaczego. Wiedział tylko, że nie taki miał plan.
- Ja... ja tylko chciałem pomóc - powiedział, wycofując się.
- Następnym razem oprzyj się pokusie. - Dziewczyna gwałtownym gestem narzuciła płaszcz na plecy. - A jeśli masz już coś wyrzucać do rzeki, to może zacznij od tego idiotycznego kapelusza! Wyglądasz w nim jak struś w żałobie. - W teatralny sposób odwróciła się na pięcie i pobiegła w stronę drogi.
- Ach tak?! - zawołał za nią Peter. - Cóż, a ty wyglądasz, jak... struś w piżamie!
Ale było za późno. Dziewczyna biegła już ulicą, a Peter nie miał pojęcia, dlaczego powiedział coś o piżamie, co - jak sam musiał przyznać - było dosyć nędzną ripostą. Chciał po prostu mieć ostatnie słowo.
Pozostał na moście, słuchając kroków dziewczyny znikającej pomiędzy kamiennymi budynkami. Gdyby się skoncentrował, usłyszałby bicie jej serca, które waliło o książki przyciśnięte do piersi. Chciał w duszy nazwać ją brzydką, co w pewnych okolicznościach mogło być nawet obelgą, ale tak naprawdę nie wiedział, jak wygląda. Mógł oczywiście zdjąć przepaskę i spojrzeć na Sophie, ale z doświadczenia wiedział, że to nie jest najlepszy pomysł. Tak długo, jak miał przepaskę na oczach, świat był pełen możliwości, ale kiedy już na coś spojrzał, te nieodwracalnie znikały.
Przez dziesięć pierwszych lat swojego życia Peter Nimble był niewidomy. Wszystko to jednak zmieniło się, kiedy tajemniczy dobroczyńca, profesor Placek, w magiczny sposób pomógł mu odzyskać wzrok za pomocą pary szmaragdowych oczu. Początkowo Peter był zachwycony cudownym podarunkiem. Ale cuda, jak pewnie wiecie, często mają wysoką cenę. Nagle największy żyjący złodziej poczuł się trochę mniej wielki. Wciąż czuł zapachy, wyczuwał i słyszał różne rzeczy, ale już nie tak intensywnie jak kiedyś. Kiedy odzyskał wzrok, Peter Nimble nagle stał się... zwyczajny. Nie pomagało, że ludzie patrząc mu w oczy, reagowali z zachwytem, prawdopodobnie z powodu ich niezwykłego koloru. Przez to Peter czuł się oszustem. I dlatego na razie nie zdejmował przepaski z oczu.
Chłopiec odzyskał kontakt z rzeczywistością dopiero, gdy sir Spląt wrócił ze swojego pościgu, a jego maleńkie końskie kopytka zastukotały o kamienie.
- Mówię ci! - wykrzyknął, łapiąc oddech. - Nie ma jak odrobina heroizmu dla zdrowotności. Od razu krew szybciej krąży w żyłach! Chociaż lepiej byłoby bez bagnetu na zadzie. - Sir Spląt zatrzymał się obok Petera i zerknął mu przez ramię. - Hej, a gdzie się podziała dziewczyna?
- Wróciła do sklepu - wymamrotał Peter. "I krzyżyk na drogę" - pomyślał. Zerwał kapelusz z głowy i przeklinając w cichości sprzedawcę, który mu go sprzedał, oderwał białe piórko.
Sir Spląt wydawał się nie zauważać nastroju chłopca.
- Trochę młodsza, niż się spodziewałem - powiedział, drapiąc się za uchem tylnym kopytem. - Jesteś pewien, że to ona?
- Tak, oczywiście, że ona. - Peter ukląkł i otworzył swoją złodziejską torbę. - Musimy iść.
Rycerz wskoczył do środka i ułożył się wygodnie.
- Niezły początek, powiedziałbym. Pomoc dziewczyny mamy zagwarantowaną. W końcu uratowaliśmy jej życie. - Zaśmiał się porozumiewawczo. - Wiem z doświadczenia, że damy są bardzo chętne do pomocy swoim wybawcom.
Peter zacisnął szczęki, przypominając sobie kąśliwe słowa dziewczyny wypowiedziane na odchodne.
- Ona chyba nie jest typową damą.
Zapiął płaszcz i ruszył w mgłę.
Uzdrawiaczka książek z Gwarburga
Kiedy Sophie w końcu dotarła do księgarni, ojciec już na nią czekał.
- Spóźniłaś się - powiedział, nie odrywając oczu od pracy. - Otworzyliśmy już pół godziny temu. A gdyby przyszedł jakiś klient?
Wiedzieli oboje, że był to bardzo nieprawdopodobny scenariusz, biorąc pod uwagę, jak niewielu ludzi zaglądało ostatnio do ich sklepu.
- Przepraszam, tato. - Sophie zamknęła drzwi i zdjęła płaszcz. Gdyby ojciec zauważył podarty rąbek albo błoto na fartuszku, i tak pewnie nic by nie powiedział. - Coś... mnie zatrzymało - wyjaśniła.
Sophie przez całą drogę do domu roztrząsała spotkanie z niewidomym chłopcem. Po części czuła się nie w porządku - okazała brak wdzięczności. Jednak kiedy przypominała sobie jego pewny siebie uśmiech, poczuła nową falę gniewu. Chłopiec mógł zginąć i byłaby to jej wina. Czym innym było czytanie o potyczkach na miecze, a czym innym oglądanie ostrzy błyskających przed własnym nosem. Zamknęła oczy, starając się wyprzeć z pamięci to wspomnienie, i odwróciła się do ojca.
August Quire siedział przy swoim biurku i wpisywał sumy do księgi rachunkowej, która uporczywie nie chciała wykazywać zysku.
- Miałem zapytać, jaka sprawa wyciągnęła cię z łóżka o tak wczesnej godzinie, ale podejrzewam, że wcale nie chcę tego wiedzieć. - Z roztargnieniem usiłował napić się ze swojego kubka, który już od jakiegoś czasu był pusty.
Sophie położyła trzy uratowane książki na ladzie przed ojcem. Wtedy przerwał pisanie.
- Znowu, Sophie? - Nie zapytał, skąd je wzięła. Nie chciał wiedzieć. - Ile razy cię przed tym ostrzegałem?
- Nie mogłam pozwolić, by je spalono. - Przebiegła dłonią po zniszczonej okładce książki leżącej na wierzchu. Był to zbiór opowiadań Świętego Marcina. Z okładki zerkał ryczący niedźwiedź. - Zasługują na coś lepszego niż Stos.
August Quire zdjął okulary i pomasował skronie.
- Mówisz zupełnie jak twoja matka. - Często jej to powtarzał, ale Sophie nie wiedziała, czy można uznać to za komplement.
Matka Sophie zmarła, kiedy dziewczynka była jeszcze malutka. Okoliczności jej śmierci były owiane tajemnicą, a ojciec nie chciał o nich mówić.
- Niepokojenie umarłych przynosi pecha - odpowiadał zawsze, cytując stare przysłowie z Wgłębikraju. Jedyną pamiątką, jaką Sophie miała po matce, był srebrny łańcuszek, na którym wisiał okrągły dzwoneczek do sań. Co ciekawe, nieważne, jak bardzo Sophie nim potrząsała, nigdy nie wydawał z siebie żadnego dźwięku.
Sophie popatrzyła na ojca, który wpatrywał się w pusty warsztat na tyłach sklepu. August Quire wyglądał starzej, niż wskazywałby na to jego wiek. Miał delikatne włosy, rozważne ruchy i nigdy nie podnosił głosu. Wielu klientów sklepu zgadywało, że jest raczej dziadkiem Sophie. Albo jej nauczycielem. Sophie dowiedziała się od sąsiadów i dawnych klientów, że jej ojciec był kiedyś zupełnie inny. Był zagorzałym czytelnikiem, który potrafił z pamięci cytować długie fragmenty każdej przeczytanej książki. Sophie próbowała to sobie wyobrazić, ale to wykraczało poza jej wyobraźnię.
- Nie powinieneś się o mnie martwić, tato - powiedziała, kładąc mu rękę na ramieniu. - Większość tych żołnierzy ledwo dosięga do własnych sznurowadeł.
Ojciec zamrugał, jakby obudził się ze snu.
- Nie przerażają mnie żołnierze. - Odłożył na bok okulary. - Jesteś rozsądną dziewczynką, ale nawet rozsądne dziewczynki potrafią wpaść w kłopoty. Żyjemy w niebezpiecznych czasach i rządzą nami niebezpieczni ludzie. - Mówił oczywiście o Kołtunie. Jak długo Sophie sięgała pamięcią, jej ojciec obawiał się dnia, w którym uwaga tego człowieka skupi się na nich.
- Sklep przetrwa, tato - powiedziała Sophie, wycofując się nieco. - Będziemy po prostu handlować innymi książkami.
Ojciec machnął ręką.
- Nie martwię się o sklep. Po co w ogóle księgarnia w mieście, w którym nikt już nie czyta książek? Utrata tego miejsca byłaby jedynie zwyczajnym rozczarowaniem. Ale utrata córki? - Skupił na niej wzrok i Sophie przez chwilę zastanawiała się, czy mógł w jakiś sposób dowiedzieć się, że została zatrzymana na moście. - Tego bym nie zniósł.
To, że pewnego dnia może stracić córkę, było największym lękiem Augusta Quire'a. W każdej rozmowie, nawet o najbardziej błahych sprawach, wracał do tego tematu. Sophie ujęła dłoń ojca. Uklękła i powiedziała to, co często mówiła, gdy wpadał w taki nastrój:
- Nigdy cię nie opuszczę, tato. Nigdy.
Ojciec uśmiechnął się, choć nie wyglądało na to, że jej wierzy.
- Musisz ponaprawiać książki - powiedział i wrócił do pracy.
Sophie weszła do małego składziku, który powiększał nieco jej pracownię. Sterty zdobycznych książek w różnym stanie piętrzyły się na podłodze i meblach. W odległym kącie stał warsztat jej mamy, przy którym pracowała. Dotknęła dzwoneczka bujającego się na jej szyi. Robiła tak zawsze, gdy myślała o matce.
Matka Sophie miała na imię Kolendra i była uzdrawiaczką książek, której praca wymagała podróżowania w różne krańce mapy. Jak to się stało, że osiadła w Gwarburgu jako żona Augusta Quire'a, było jak wszystko w jej przypadku tajemnicą. Klienci czasami dzielili się z Sophie wspomnieniami o jej matce z czasów, gdy pracowała jeszcze w księgarni. Mówili, że była cicha, wdzięczna w ruchach, a w oczach miała pewnego rodzaju smutek, nawet wtedy, gdy się uśmiechała.
Sophie usiadła i dokładnie zbadała stan książek ocalonych ze Stosu. Wszystkie zostały podeptane podczas bójki na moście i niemal nie nadawały się do naprawy. W środku miały podarte strony, ich rogi były zgniecione, grzbiety spłaszczone, a na okładkach widniały błotniste ślady butów.
- Zobaczmy, co uda mi się zrobić - powiedziała Sophie i zapaliła lampę. Zabrała się do pracy i usunęła oprawę pierwszej książki. Sophie nie miała wykształcenia w dziedzinie naprawy książek, ale dużo wiedziała dzięki opracowaniom pozostawionym przez matkę.
- Witaj w domu - wyszeptała do zbioru opowiadań Świętego Marcina, który leżał pozbawiony okładki na porysowanej miedzianej tacy. Sophie delikatnie pokręciła gałką imadła, dopóki nie zabezpieczyła w nim wszystkich kartek. Wyciągnęła garnek z klejem, sięgnęła do szuflady pod warsztatem, wyjęła szpulkę z nicią do szycia grzbietów i zabrała się do pracy. Najpierw odcięła stary sznurek od grzbietu i wyciągnęła arkusze. Potem, posługując się delikatnie pędzelkiem, usunęła brud i zanieczyszczenia spomiędzy stron.
- Spokojnie - powiedziała. - Trochę ukłuję.
Już dawno temu Sophie nauczyła się, że książki mają swój temperament i czasem trzeba je namawiać do nowego życia. Nieuważne szycie mogło zniekształcić ich strony i osłabić całe mocowanie. Podobnie grzbiet nie ulegał odpowiedniemu zgięciu bez właściwego potraktowania. Z czasem zrozumiała, że najlepszym sposobem, by naprawić książkę, jest jej poznanie. Zaczęła więc czytać każde słowo każdej książki, którą naprawiała. Spowalniało to jej pracę, ale efekty były tego warte. Książki, które naprawiała, nie tylko dawały się czytać - stawały się inne, odmienione. Druk wydawał się bardziej wyrazisty. Kartki leżały równo i otwierały się dokładnie tam, gdzie przestawałeś czytać. Grzbiety wołały, by książki zdjąć z półki. Nikt, co prawda, nie przejmował się tym w Gwarburgu, ale Sophie na tym zależało i to było najważniejsze.
Poprawiła lampę i przebiegła palcami po stronie tytułowej. Serce zaczęło jej szybciej bić na myśl o przeczytaniu nowej historii - historii, która na chwilę przeniesie ją z czterech ścian księgarni do świata pełnego królewskich niedźwiedzi, fałszywych żab, złośliwych trolli i tysiąca innych cudów. Przewróciła stronę w nadziei, że zdoła uciec do światów opisanych w tych opowieściach. Ale kiedy tylko o tym pomyślała, zalała ją fala wstydu. Przecież już miała dom.
Spojrzała na ojca, który siedział zgarbiony za biurkiem, notując coś w księgach. Sophie zamknęła oczy i cichutko odnowiła przysięgę, którą złożyła mu tego dnia i wiele razy wcześniej.
- Nigdy cię nie opuszczę, tato.
Gdy wymawiała słowa tej przysięgi, czuła, jak sączą się przez nią i opadają wciąż niżej i niżej, niczym kotwica w głębinach zimnych wód.
Nigdy. Sophie jeszcze tego nie wiedziała - i nie mogła wiedzieć - ale jej przysięga miała wkrótce zostać złamana.
Ciekawa propozycja
Następnego ranka na witrynie sklepu zawisło pismo przysłane z urzędu inkwizytora - Sophie Quire została oskarżona o zniszczenie mienia publicznego oraz napaść na oficera. Wyznaczono jej grzywnę w wysokości trzystu dulcetów. To oczywiście stanowiło sumę wyższą, niż jej ojciec mógłby kiedykolwiek zdobyć. Aby pokryć ten wydatek, musiałby najpewniej sprzedać sklep. Wyglądało na to, że księgarnia Quire & Quire doczekała właśnie końca swych dni.
- Nie dręcz się, moje dziecko - powiedział ojciec, czytając pismo. - Zbliża się Ceremonia Stosu. I tak już długo nie pociągniemy.
Miał rację. Całe miasto huczało, w podnieceniu oczekując na zbliżające się święto. Nieliczni klienci, którzy się u nich pojawiali, kupowali jedynie książeczki dziecięce i to tylko po to, by samemu wrzucić je do Stosu Postępu. Kiedy Sophie sprzedawała każdą kolejną książkę, szeptała "Żegnaj". Wiedziała, że wysyła ją na pewną śmierć.
Sophie zastanawiała się, jaka przyszłość czeka ją i jej ojca. Miała nadzieję, że uda im się uciec do jakiejś bardziej tolerancyjnej części świata, ale wiedziała, że ojciec jest zbyt słaby na taką podróż. Mogli szukać schronienia w Baśniowym Borze za rzeką, ale takie rozwiązanie było dość niebezpieczne: każdego dnia dochodziły opowieści o niewinnych ludziach atakowanych przed włóczęgów lub dzikie zwierzęta, które tam żyły. Zgodnie z ostatnimi zmianami w prawie dzieci od szóstego roku życia mogły teraz pracować w zakładach nad rzeką (najpewniej całe dzieciństwo uznane zostało za nonsens). Sophie miała nadzieję, że dzięki temu ona i ojciec znajdą jakąś pracę. Przynajmniej wciąż mogliby być razem.
* * *
- Proszę uprzejmie - powiedziała Sophie, zwracając naprawioną książkę jednej ze swoich stałych klientek, oryginalnej kobiecie, znanej jako madame Upiorna, chociaż Sophie nie była pewna, czy to jest jej prawdziwe nazwisko. Madame Upiorna miała kasztanowe włosy i porcelanową cerę. Od czasu do czasu przychodziła do Sophie z książkami do naprawy. Książki zazwyczaj były stare i pisane w językach, których Sophie nie rozumiała.
- Pozwoliłam sobie odświeżyć marmurkowanie końcowych kart, aby pasowały do złocenia na grzbiecie - powiedziała Sophie, wręczając madame Upiornej stary tom poświęcony tajemnicom hodowli pszczół.
Madame przejrzała tom tak, jak jubiler bada cenny rubin.
- Dziewczynka ma talent po matce - uznała.
Sophie pochyliła głowę, aby ukryć uśmiech. Kobieta często to mówiła, a słowa te sprawiały Sophie ogromną przyjemność.
- Jest pani bardzo uprzejma, madame.
Madame Upiorna przeliczyła zestaw starych monet z różnych krajów i wcisnęła je w dłoń Sophie, przepłacając, jak to miała w zwyczaju.
Sophie obserwowała, jak kobieta odpływa w stronę drzwi frontowych, które otworzył jej ojciec. Sophie dawno już zauważyła, że madame Upiorna wywiera oszałamiający wpływ na mężczyzn, w tym na jej ojca. Dziś jednak było inaczej. Kiedy Upiorna znalazła się obok niego, August Quire miał całkowicie trzeźwy wyraz twarzy.
- Madame - powiedział. - Jestem pewien, że zauważyła pani ogłoszenia w całym mieście. Przez lata bardzo ceniliśmy pani patronat, ale obawiam się, że Ceremonia Stosu spowoduje, że nie będziemy już w stanie służyć... wymagającej klienteli. - Opuścił głowę. - Przepraszam.
- Czyli na przykład mnie - dopowiedziała kobieta i zwróciła się do Sophie, która wciąż obserwowała ją zza lady. - Żegnaj, mała uzdrawiaczko książek. Być może pewnego dnia znajdziesz świat, który bardziej doceni twoje talenty. - Zamknęła za sobą drzwi, a sklepowy dzwonek zadzwonił za jej plecami.
Słowa wypowiedziane na pożegnanie przez madame Upiorną rozbrzmiewały w głowie Sophie przez resztę popołudnia i cały wieczór. Zastanawiała się, co kobieta miała na myśli, mówiąc o szukaniu innych światów. Niektóre z jej słów przywiodły jej na myśl matkę.
* * *
Wkrótce nadeszła noc, a z nią czas zamknięcia sklepu. Dla Sophie była to ulubiona pora dnia. Oznaczała, że można było już naprawiać książki bez obawy, że klienci przerwą pracę.
- Nie siedź za długo - powiedział ojciec, całując Sophie w głowę, a potem podreptał na górę do mieszkania nad sklepem. Dziewczynka usiadła na swoim zydelku w pracowni i zabrała się do naprawiania książek, które pod koniec miesiąca miały trafić na Stos. Ta myśl powodowała, że czuła się raczej grabarzem niż uzdrawiaczką, zupełnie jakby przebierała ciała przed pogrzebem.
Po południu Sophie usłyszała dzwonek oznajmiający otwieranie drzwi sklepowych. To ją zdziwiło, ponieważ ojciec zazwyczaj zamykał drzwi przed wejściem na górę.
- Zamknięte! - zawołała, zsuwając się z ławki i schodząc do sklepu. W sklepie było pusto, widać było jedynie jakieś cienie. - Halo! - zawołała, podchodząc bliżej.
Obok jej ucha rozległ się czyjś głos.
- Nie zauważyłaś mnie?
Sophie krzyknęła, odskoczyła w tył i potknęła się o siedmiotomowe wydanie Pieśni fantastycznych, które wcześniej postawiła na podłodze.
Podniosła wzrok i zobaczyła chłopca z przepaską na oczach. Stał przed nią i szczerzył się jak matoł. Jego brzydki towarzysz kucał obok, sprawiając wrażenie równie rozbawionego.
- Sophie? - rozległ się z góry głos ojca. - W porządku?
- Nic mi nie jest, tato! - krzyknęła dziewczynka, wstając. - Właśnie zobaczyłam najbrzydsze stworzenie na świecie, które szuka guza.
- Wszystkich klientów tak witasz? - spytał chłopiec i oparł się niedbale o ścianę. - Rozumiem teraz, dlaczego twój sklep ledwo zipie.
- Sklep jest teraz zamknięty, a wy tu wtargnęliście - powiedziała Sophie. - Drzwi były zamknięte.
- Jakby jakikolwiek zamek mógł mnie powstrzymać. - Chłopiec czyścił paznokcie czubkiem swojego harpuna.
- Widzę, że jesteś uzbrojony. - Sophie rzuciła nachmurzone spojrzenie na harpun. Sam widok tego sprzętu przywiódł jej wspomnienie walki na moście i wywoływał mdłości. Zastanawiała się, ile krwi upuściło to ostrze. - Jeśli masz zamiar nas okraść, powinieneś wiedzieć, że nie mamy pieniędzy.
- Gdybym chciał was okraść, nigdy byś mnie nie zauważyła. - Skłonił się, uchylając kapelusza, i Sophie z satysfakcją zauważyła, że zgubił głupie piórko. - Przepraszam, że moja srebrna dłoń tak cię drażni... ale, jak widzisz, nic na to nie poradzę. - Podwinął rękaw i pokazał jej prawą rękę.
Sophie natychmiast zrozumiała, dlaczego chłopiec nigdy nie odkłada broni. Ostrze było częścią jego ręki, zamiast dłoni do kikuta miał przymocowany harpun. Metalowa nasadka przykrywała większość okaleczenia. Wokół nasadki widać było jedynie brzydkie czerwone blizny.
Sophie gapiła się na chłopca.
- Co... co się stało z twoją ręką?
- Wiesz, co mówią - zaczął. - Im większa rana, tym lepsza historia. Przegrałem w pojedynku. - Machnął ostrzem haka w powietrzu, a ono odpowiedziało ostrym, śpiewnym świstem. - Ale mój przeciwnik stracił więcej.
W tej przechwałce było ziarno prawdy, które sprawiło, że Sophie przeszedł dreszcz.
- Czy ty się chwalisz, że kogoś zabiłeś?
Uśmiech zniknął z ust chłopca.
- Ten człowiek na to zasłużył. Poza tym dobra broń może być przydatna, o czym mogłaś się przekonać wczoraj na moście.
Sophie, która do tego momentu była pod lekkim wrażeniem, oburzyła się.
- Może powinieneś wiedzieć, że otrzymałam dzisiaj pismo od inkwizytora Kołtuna - powiedziała, kładąc dłonie na biodrach. - Stracimy nasz sklep, a wszystko przez ciebie!
- I tak byście go stracili, jeśli wierzyć plakatom w całym mieście. - Uklęknął i podrapał kota za uchem.
Sophie po raz pierwszy zauważyła, że towarzysz chłopca nie jest zwykłym kotem, a przynajmniej nie przypomina żadnego kota, którego wcześniej widziała. Dla niewtajemniczonych - miał kopyta zamiast łap i uszy w zupełnie nieodpowiednim kształcie. I dziwny wąsik.
- Co to za pluszak? - spytała Sophie i przesunęła się nieco.
- To nie jest pluszak - powiedział chłopiec. - To rycerz.
Stwór podszedł do Sophie, stukając kopytkami, i schylił głowę z galanterią.
- Moja pani - powiedział niskim głosem. - To niezwykły zaszczyt, że mogę panią poznać.
Nie znam oczywiście waszego zdania na temat gadających zwierząt, ale Sophie uważała, że nawet jeśli istnieją, to na pewno nie w tak nudnym miejscu jak Gwarburg. Odkrycie takiego stwora ogromnie ją zachwyciło.
- Czy... czy to właśnie przemówiło? - zwróciła się z pytaniem do chłopca.
To parsknęło i położyło kopyto na piersi.
- Czy mówiąc "to", masz na myśli mnie? Jeśli tak, to faktycznie przemówiło.
Sophie zakryła dłonią usta.
- Znowu to zrobił!
- Oczywiście - potwierdził chłopak. - On umie mówić. Gorzej, że nie umie się zamknąć.
Nie było to zbyt miłe stwierdzenie. Jednak ze sposobu, w jaki chłopiec to powiedział, można było wywnioskować, że darzy stwora wielką sympatią. Był to rodzaj przyjaźni, o jakiej Sophie często czytała, ale której sama nigdy nie doświadczyła.
Dziewczynka uklękła, zbliżając twarz do twarzy zwierzęcia, które, jak teraz zrozumiała, jedynie częściowo przypominało kota. Stwór raz wydawał się jej znajomy, by za chwilę już nie przypominać niczego, co znała. Sophie spędziła całe życie na czytaniu książek o różnych magicznych stworzeniach, ale żadne z nich nie przypominało tego w jej księgarni. Wyglądało na to, że kilka różnych stworzeń zostało połączonych niewidzialną nicią.
- Wiem! - pstryknęła palcami, przebiegając wzrokiem po półkach. - Jesteś chimerą!
Stworzenie mrugnęło, strzygąc wąsami.
- Co proszę?
- Chimerą! - Sophie zdjęła z półki ulubione bestiarium o magicznych stworzeniach zatytułowane Morza za morzami i przekartkowała wstęp. - Tutaj jest napisane "Chimera to stworzenie, które składa się z części różnych zwierząt. Na przykład gryfon albo świniożab" - powiedziała i odwróciła się do niego. - Zastanówmy się... Jest w tobie mnóstwo z kota, to oczywiste, ale te kopyta i uszy są końskie... musisz więc mieć w sobie konia. Ale jest coś jeszcze. Twoje oczy i wąsik... dziwne, przez nie wyglądasz niemal jak człowiek.
Sophie z hukiem zatrzasnęła książkę.
- Zmieniłam zdanie. Zupełnie nie przypominasz chimery. Uważam, że jesteś normalną osobą, która przekształciła się w dziwaczną kreaturę. - Zakryła usta. - No może nie tyle dziwaczną, co... niezwykłą.
Na te słowa kreatura nastroszyła z dumą sierść.
- Niezwykleś dla mnie łaskawa, o pani. To przyjemność spotkać kogoś, kto widzi we mnie naprawdę tego, kim jestem.
- To nie jego wina - wyjaśnił chłopiec. - Dawno temu pewna wiedźma rzuciła na niego czar.
- To doprawdy ciekawa historia - powiedział stwór, opierając się na zadzie. - Wiele lat temu wyruszyłem na poszukiwania pewnej panny, która, z różnych powodów, nie chciała mi zdradzić swego imienia, kiedy to... - Potem nastąpiła żywa, nieco przydługa opowieść o pannie, kilku konkurujących rycerzach, zachłannym księciu, śpiącej wiedźmie, głośnym ulicznym kocie i pojedynku, w którym nagrodę stanowiła para nowych siedmiomilowych butów... - i zanim się zorientowałem, ta stara wiedźma już machała swoją szmatą z okna i... Puf! Mój koń, ja i kot staliśmy się jednym stworzeniem, które widzisz dziś przed sobą. Od tego czasu właśnie tak przemierzam świat.
Sophie wysłuchała historii i nie wiedziała, czy chce jej się płakać, czy śmiać.
- Czy kiedykolwiek szukałeś na to lekarstwa?
Stwór przybrał zafrasowaną minę.
- Klątwy są trudne. Może je zdjąć tylko ta osoba, która je rzuciła. Ostatnio dotarliśmy w okolice "mojej" wiedźmy, ale chyba się przeprowadziła.
Gdyby Sophie obserwowała ich nieco uważniej, zauważyłaby, że Peter w tym momencie się odwrócił.
- Nieważne! - stwierdził stwór z nieco wymuszoną wesołością. - Po dwustu latach trochę się przywiązałem do tych starych kopytek. Poza tym, gdyby klątwa została zdjęta, pewnie nie byłoby nas tutaj i nie rozmawialibyśmy z tobą. - Podszedł bliżej do dziewczynki. - Prawda jest taka, Sophie, że przebyliśmy kawał świata, by cię odnaleźć.
- Odnaleźć mnie? - Sophie gapiła się na swoich gości, jednego dziwniejszego od drugiego. Chłopiec z harpunem i przepaską na oczach oraz gadający kotokoniorycerz. Odsunęła się o krok, przyciskając do piersi bestiarium. - Kim jesteście?
- Nazywam się sir Spląt. A mój kompan to Peter Nimble.
Chłopiec dotknął krańca kapelusza końcem ostrza.
- Być może o mnie słyszałaś?
Sophie z całą przyjemnością poinformowała go, że nie słyszała.
- Peter Nimble? Brzmi jak coś ze starej kołysanki. - Była bliżej prawdy, niż mogła się spodziewać. - Zakładam, że chcecie mi sprzedać jakąś magiczną fasolę?
- Sama jesteś magiczną fasolą - odburknął chłopiec. Zauważyła, że uszy mu spurpurowiały, co dało jej niemałą satysfakcję.
- No dobrze, wy dwoje! - powiedział sir Spląt, odchrząkując. - Nie przebyliśmy tak długiej drogi, żebyście się teraz sprzeczali jak para rozdrażnionych skrzatów.
- Kto właściwie was przysłał? - spytała Sophie.
Mina sir Spląta mówiła, że i tak zbyt dużo już ujawnił.
- Obawiam się, że tego nie możemy ci zdradzić - odparł. - Peterowi i mnie powierzono książkę, bardzo szczególną starą książkę, która wymaga naprawy.
Peter sięgnął to torby i wyciągnął coś, co wyglądało jak gruby tom owinięty w ceratę. Podał go Sophie.
- Poradzono nam, by powierzyć ją uzdrawiaczce książek z Gwarburga.
Uzdrawiaczka książek z Gwarburga.
Słowa te musnęły Sophie jak ożywczy zefirek. Schowała za ucho opadający kosmyk.
- Szukacie uzdrawiaczki książek.
Gdyby powiedział jej, że szukają latającego jeżozwierza, nie byłaby bardziej zdziwiona. Ci dwaj nieznajomi przebyli wiele mil, by znaleźć uzdrawiaczkę książek, by znaleźć ją. Ale nie! Nagle zdała sobie z czegoś sprawę. To nie jej szukali.
- Uzdrawiaczka książek już tu nie mieszka - powiedziała łagodnie. Dotknęła srebrnego dzwoneczka, który wisiał na jej szyi.
Peter i sir Spląt wymienili zmartwione spojrzenia.
- Być może nie wyraziliśmy się jasno... - powiedział Peter. - Jesteś przecież uzdrawiaczką książek.
- Nie jestem. Moja mama nią była, ale zmarła dawno temu - odparła i odwróciła się, zanim mogli zobaczyć jej płonącą ze wstydu twarz. Czuła się jak głupiec na myśl, że przez chwilę wierzyła, że ktoś mógł szukać właśnie jej.
- Poczekaj chwilkę. - Sir Spląt podreptał za nią. - Powiedziano nam, że w tym sklepie znajdziemy uzdrawiaczkę książek.
- Ktoś wprowadził was w błąd.
Peter prychnął z powątpiewaniem.
- Osoba, która nam to powiedziała, nigdy się nie myli. - Wyciągnął książkę w jej stronę.
Sophie spojrzała na nią, ale jej nie dotknęła. Coś powodowało, że jej serce zaczęło bić szybciej, a potem zamarło, jak wtedy, kiedy patrzyła na rzekę ze szczytu mostu.
- O czym opowiada ta książka? - spytała.
- Jest tylko jeden sposób, by się przekonać. - Peter podszedł bliżej. - Może nie jesteś tą uzdrawiaczką książek, ale i tak potrafisz ją uzdrowić. Przez wiele nocy byliśmy tu z tobą, w tamtym pokoju, gdy naprawiałaś zniszczone książki.
Sophie opanowała dreszcz.
- Od jak dawna mnie śledzicie?
- Wystarczająco długo - odpowiedział Peter, podchodząc do niej jeszcze bliżej. Tak blisko, że niemal jej dotknął. - Proszę. Nie mogę go zawieść.
Sophie nie miała bladego pojęcia, kim jest ów "on". Przyjrzała się twarzy chłopca, ale trudno było coś z niej odczytać z powodu przepaski zasłaniającej oczy. Wydawało jej się, że twarz chłopca wyraża uczucie podobne do strachu. Nagle wzrok Sophie spoczął na obwieszczeniu inkwizytora naklejonym na drzwiach sklepu. To podziałało na nią jak kubeł zimnej wody. Czymkolwiek była tajemnicza książka, mogła jedynie sprowadzić jeszcze większe kłopoty na nią i na jej ojca.
- Nie jestem moją matką - powiedziała, otwierając przed nimi drzwi. - Przykro mi.
Chłopiec chyba chciał zaprotestować, ale sir Spląt postawił mu na nodze kopytko.
- Nie możemy jej zmusić, by nam pomogła.
Opuścił głowę i stukocząc kopytkami, wyszedł na zewnątrz. Peter westchnął i poszedł za nim. Zatrzymał się na ganku.
- Wiem, jak to jest, gdy ci czegoś nie wolno, nie wolno robić albo nie wolno kimś być - powiedział grzeczniej, niż się spodziewała. - Mieć poczucie winy, że pragnie się czegoś więcej. - Przez moment miała wrażenie, że mimo przepaski patrzy prosto na nią. - Za te pragnienia nie trzeba przepraszać, Sophie Quire. Mam nadzieję, że zrozumiesz to, zanim będzie za późno. - Mówiąc to, dotknął ronda kapelusza i zniknął w ciemności.
Sophie zamknęła drzwi. Westchnęła i popatrzyła na puste półki, które wydawały się pochylać nad nią w pocieszającym geście. Opanował ją strach. A JEŚLI się myliła? A JEŚLI ta księga naprawdę była jej przeznaczona? A JEŚLI nawet nie była, czy mama nie chciałaby, żeby ją naprawiła? Czy książka nie była warta przeczytania?
- Zaczekajcie! - zawołała, otworzywszy drzwi na oścież. - Zmieniłam zdanie! - Wybiegła w zimną noc i zaczęła przeszukiwać alejki we wszystkich kierunkach.
Ale Peter Nimble i sir Spląt zniknęli.
Poczuła ucisk w żołądku, a na jej czole wystąpił zimny pot. Życie zaoferowało jej niezwykłą możliwość, a ona ją odrzuciła. Z jakiego powodu? Dumy? Strachu? Przeczytała przecież tyle opowieści o ludziach, których życie zostało odmienione przez tajemniczych nieznajomych, a ona właśnie przepędziła taką dwójkę.
- Jesteś idiotką, Sophie Quire - wymamrotała, wchodząc z powrotem do sklepu i zamykając drzwi. Łajając się w myślach, poszła do pracowni i usiadła na swoim zydelku. Kiedy jednak przeniosła wzrok na warsztat, niemal krzyknęła ze zdumienia...
Przed nią leżała księga.
Księga KTO
Sophie powinna być wściekła na Petera za to, że podrzucił jej książkę. W jaki sposób udało mu się położyć ją na jej stole, a ona tego nie zauważyła? Zadziwiające czyny zdawały się kartą przetargową Petera Nimble'a. Podniosła księgę, wciąż owiniętą w ceratę i stary sznurek, i poczuła, że jej serce zaczyna bić szybciej. Dwaj nieznajomi przebyli pół świata i pokonali różne przeszkody, tylko po to, by dostarczyć jej ten tom.
- Jaka księga jest warta takiego zachodu? - wyszeptała.
Odsunęła z biurka częściowo oprawione strony Niebiańskiego tańca i zrobiła sobie miejsce. Podkręciła płomyk w lampie i ponownie usiadła na swoim zydelku.
- W porządku - powiedziała, kładąc księgę na stole. - Przyjrzymy ci się. - Odwinęła sznurek i odsunęła ceratę. Jej oczom ukazała się stara zakurzona okładka.
- Witaj - powiedziała Sophie i przez chwilę odniosła wrażenie, że książka wibruje pod jej palcami, jakby również chciała odpowiedzieć "Witaj".
To, że książka wymagała naprawy, było oczywiste. Okładka wysmarowana była przeróżnymi substancjami, które świadczyły o tym, że wiele przeszła. Sophie dostrzegła ślady skorupiaków, korzeni, pleśni, wodorostów, soków roślinnych, mchu, rdzy, błota, smoły i czegoś, co wyglądało na gumę do żucia.
- Chyba niejedno przeżyłaś, co? - zapytała dziewczynka.
Mimo zewnętrznych uszkodzeń sama księga wydawała się nietknięta. Grzbiet został wzmocniony metalowym rantem, a żelazne okucia chroniły rogi przed zniszczeniem. Sophie pomyślała, że odnajdzie na grzbiecie jakiś napis. Wzięła ze stołu szmatkę i wytarła brud. W skórze wygrawerowane były cztery ozdobne linie, które w środku łączyła kropka, tworząc dziwny kształt:
Sophie gapiła się na znak. Zadrżała. Wyglądał dziwnie znajomo, choć nie wiedziała dlaczego. Przebiegła placami po wgłębieniu, zastanawiając się, czy jest to rodzaj kwiatu, czy gwiazdy... A może to jakiś tajemny znak alchemiczny?
Książka miała ciężką żelazną zapinkę przeżartą przez rdzę. Sophie wiedziała, że nie ma sensu otwierać jej w tym stanie.
- Musimy oczyścić cię warstwa po warstwie - stwierdziła.
Otworzyła lewą szufladę i wyjęła z niej mały flakonik oraz czystą szmatkę. Flakonik zawierał rozpuszczalnik, który kupiła kilka lat temu od obwoźnego aptekarza z Baśniowego Boru - kiedy jeszcze ludzie nie obawiali się przyjeżdżać do Gwarburga. Odkorkowała buteleczkę i w powietrzu natychmiast uniósł się cierpki, świdrujący w nosie zapach. Płyn był niebezpieczny, ponieważ rzeczywiście rozpuszczał większość substancji, z którymi miał kontakt, w tym skórę. Sophie nalała kilka kropel syczącej substancji na skrawek gąbeczki, odpornej na działanie płynu.
Delikatnie naniosła gąbką płyn na wapienny nalot w rogu książki oraz na ślady skorupiaków, starając się nie dotknąć samej książki. Kiedy skończyła, sięgnęła po zestaw niezwykle cienkich ostrzy i zaczęła odcinać korzenie, mech i wodorosty oraz wszystko, co oblepiało zapinkę. Po mniej więcej godzinie książka była oczyszczona.
Sophie usiadła wygodniej, wyczerpana, ale zadowolona. Dotknęła dzwoneczka na szyi w nadziei, że mama pochwaliłaby jej pracę. Dopiero teraz zobaczyła, że książka była oprawiona w zwierzęcą skórę zafarbowaną na niebiesko. Niestety, nie potrafiła określić, co to było za zwierzę. Skóra była gładsza od cielęcej i o wiele delikatniejsza od końskiej. Pomyślała o stworzeniach wymienianych w Morzach za morzami i zastanawiała się, czy okładka nie została zrobiona ze skóry czegoś o wiele bardziej egzotycznego. Jaka mogła być w dotyku oprawa z centaura albo ze smoka?
Przesunęła dłonią po okładce. Ile czasu mogło minąć, od kiedy ktoś czytał księgę po raz ostatni. Lata? Wieki? Myśl o tym, że może być pierwszą osobą, która po raz pierwszy od lat przeczyta tak starą książkę, sprawiła, że przyspieszył jej puls.
Sophie delikatnie podniosła zapinkę i otworzyła księgę. Na chwilę przymknęła oczy i wciągnęła zatęchły zapach, który uniósł się znad wyklejki książki. Wyklejka zdawała się połyskiwać i migotać jak macica perłowa. Dziewczynka przewróciła pierwszą kartkę i ze zdumieniem odkryła, że wcale nie jest zniszczona. Książka nie była wykonana ze zwykłego papieru drukowego, ale raczej z pergaminu. Na pierwszej stronie bardzo eleganckim charakterem pisma zostały odręcznie napisane następujące słowa:
Sophie gapiła się na ten dziwny tytuł. Atrament, niebieski jak okładka, wydawał się lśnić w świetle lampy.
- Księga Kto - wyszeptała Sophie, a słowa te wywołały u niej dreszcz. Zupełnie jakby nie po raz pierwszy czytała tę książkę. Nie było tam ani nazwiska autora, ani wyjaśniającego podtytułu, jedynie dziwne symbole, takie same jak na okładce.
Sophie przewróciła następną stronę, spodziewając się spisu treści albo dedykacji, ale znalazła tylko intrygujące słowa:
A oto cztery księgi - Kto, Co, Gdzie i Kiedy. Jest w nich klucz ukryty do magicznej schedy. Efekt chcesz osiągnąć? Odgadnij dwa słowa! Śmiało je wypowiedz i magia gotowa! Los przedziwnych stworzeń opiszą te strony Innej drogi nie ma, gdy umysł skupiony.
Poza tym napisem widniał tam taki sam znak jak na okładce: cztery zakręcone linie spotykające się przy kropce pośrodku.
Sophie dotknęła palcami błękitnego atramentu i nagle zrozumiała, dlaczego te linie wydawały jej się tak znajome.
- To są znaki zapytania! - powiedziała, uśmiechając się szeroko.
Rzeczywiście: cztery wyraźne znaki zapytania układały się wokół pojedynczej kropki. Dziewczynka postanowiła dalej badać zawartość księgi. Księga Kto wyglądała na ogromne kompendium wiedzy o ludziach na przestrzeni dziejów, uzupełnione szczegółowymi ilustracjami i drobiazgowymi przypisami. Jednak wpisy nie przypominały zwykłych haseł z encyklopedii. Opisywały myszy w lśniącej zbroi, rybaków wysokich jak góry i dzieci z białymi brodami, które umiały rozmawiać z deszczem.
- Jakby każda historia na świecie została zamknięta w jednym tomie.
Zatrzymała się nad rysunkiem dwóch kamiennych wilków u stóp mostu.
- Wilki Świtu - wyszeptała, wyczuwając ten dziwny dreszcz, który następuje, gdy na stronach książki odnajduje się własne doświadczenia. Poza rysunkami widniał następujący wpis:
WILKI ŚWITU: Kamienni strażnicy miasta Gwarburga. Podczas Wielkiego Przesilenia broniły ziem przed hordami goblinów. Według niektórych ich mocarne szczęki przepołowiły Strzaskane Góry, z których popłynęła Rzeka Trunkowa.
Więcej informacji: Księga Gdzie: "Strzaskane Góry", "Gwarburg", "Rzeka Trunkowa" Księga Kiedy: "Wielkie Przesilenie" Księga Co: "Gobliny"
Sophie przeczytała te słowa kilka razy, łudząc się, że pozostałe tomy również trafią w jej ręce i będzie mogła przeczytać więcej. Znała legendę o wilkach, ale widząc ją spisaną tak dokładnie, zaczynała wierzyć, że była prawdziwa. Zastanawiała się, czy wilki były rzeczywiście kiedyś żywe, a jeśli tak, co sądziły o Stosie, który budowano im pod nosem.
Sophie czytała dalej, a minuty zamieniały się w godziny. W lampie skończyła się oliwa i pozostało tylko światło pochodzące z pieca, które rzucało na księgę niezwykłą pomarańczową poświatę. Im dłużej Sophie czytała, tym większe miała wrażenie, że księga w jakiś sposób żyje. Kartki przewracane szybko zdawały się puste. Ale kiedy zatrzymywała się dłużej na jakiejś stronie, uwidaczniały się nowe wpisy - niebieski atrament wypływał na powierzchnię kartek, jak krew przez gazę.
Raz na jakiś czas Sophie zauważała pospiesznie nabazgrane słowa, które same się poprawiały, dostosowując się do nowych, prawdopodobnie dopiero co zmienionych okoliczności. Zamknęła księgę i obejrzała dziwny znak na jej grzbiecie.
- Kto mógł stworzyć taką księgę? - wymamrotała.
Kiedy wypowiedziała te słowa, księga wyrwała jej się z rąk i opadła na stół z ciężkim hukiem, który sprawił, że znowu przeszedł ją dreszcz.
Strony samoistnie się przewracały, jakby unosił się nad nimi jakiś niewidzialny duch. Drobinki kurzu wirowały w powietrzu i Sophie zaczęła kaszleć. Kartki gwałtownie zatrzymały się mniej więcej w połowie księgi. Księga Kto leżała otwarta, a jej grzbiet lekko falował, jak u osoby, która chce złapać oddech po szybkim biegu.
Sophie przysunęła się do stołu, zbliżając się do księgi niczym do dzikiego zwierzęcia. Zerknęła na wybraną kartkę. Na lewej stronie dostrzegła wpis, którego słowa pobłyskiwały błękitem w przyciemnionym świetle.
STRAŻNIK KSIĄŻEK: Ten, który ma pieczę nad opowieściami od czasów niepamiętnych. Wyróżniamy czterech głównych Strażników, każdy z nich posiada inny tom Czterech Pytań.
Więcej informacji: Księga Co: "Cztery Pytania" Księga Kto: "Strażnik"
Sophie przeczytała ten fragment, a potem powtórnie przebiegła go wzrokiem. Określenie "Strażnik Książek" przyprawiło ją o dreszcze. Ale o wiele bardziej przejmujący był sposób, w jaki odkryła to określenie - zadała książce pytanie, a książka jej odpowiedziała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki