Sookie Stackhouse. Pułapka na martwego - Charlaine Harris

Reflow text when sidebars are open.
Panował upał niczym w najgorętszym kręgu piekła, nawet tak późno wieczorem, a ponieważ przez cały dzień było dużo pracy w barze, nie miałam najmniejszej ochoty na siedzenie w zatłoczonym lokalu i oglądanie własnego kuzyna, w dodatku golusieńkiego. Tyle że była to noc tylko dla pań w klubie "Hooligans", zaplanowałyśmy tę wyprawę wiele dni temu, a bar był pełen gwiżdżących i pokrzykujących kobiet, które postanowiły się dobrze bawić.
Po prawej stronie miałam Tarę, moją przyjaciółkę w bardzo zaawansowanej ciąży, po lewej - Holly, która tak jak ja i Kennedy Keyes pracuje na co dzień w barze Sama Merlotte'a. Kennedy i Michele, dziewczyna mojego brata, zajmowały miejsca po drugiej stronie stołu.
- Sookie! - zawołała Kennedy i wyszczerzyła do mnie zęby w uśmiechu.
Kilka lat temu zdobyła tytuł pierwszej wicemiss Luizjany i mimo czasu spędzonego w więzieniu do dziś zachowała spektakularną urodę; na dodatek była niezwykle zadbana, aż po zęby, których biel mogłaby oślepić kierowcę nadjeżdżającego autobusu.
- Cieszę się, że postanowiłaś przyjść, Kennedy - odparłam. - Danny nie ma nic przeciw temu?
Poprzedniego popołudnia głośno i długo się zastanawiała. Byłam wtedy pewna, że zostanie w domu.
- Hej, chcę zobaczyć paru nagich przystojniaków, ty nie? - odparła była miss.
Przyjrzałam się pozostałym dziewczynom.
- O ile czegoś nie przeoczyłam, każdej z nas udaje się regularnie widywać nagich facetów - zauważyłam.
Chociaż wcale nie próbowałam być zabawna, moje przyjaciółki zareagowały hałaśliwym wybuchem śmiechu. Były po prostu we frywolnym nastroju.
A przecież mówiłam samą prawdę. Ja od jakiegoś czasu spotykam się z Erikiem Northmanem, związek Kennedy i Danny'ego Prideaux stał się ostatnio sprawą całkiem poważną, Michele i Jason praktycznie razem mieszkają, Tara - na litość boską! - jest ciężarną mężatką, a Holly zaręczyła się z Hoytem Fortenberrym, który niemal już nie bywał we własnym mieszkaniu.
- Na pewno jesteś przynajmniej ciekawa - wytknęła mi Michele, podnosząc głos, żeby przekrzyczeć panujący wokół nas zgiełk. - Nawet jeśli zdarza ci się widywać Claude'a w domu przez cały czas. To znaczy w ubraniu, niemniej...
- Kiedy właściwie jego dom będzie gotowy i Claude się od ciebie wyprowadzi? - spytała Tara. - Ile czasu może zajmować wymiana hydrauliki?
Z tego, co wiedziałam, instalacja wodno-kanalizacyjna w domu Claude'a w Monroe była w jak najlepszym porządku. Ale opowieść o wymianie instalacji wydawała się po prostu lepsza niż powiedzenie: "Mój kuzyn jest z rodu wróżek, a ponieważ przebywa na wygnaniu, potrzebuje bliskości innych istot ze swojego gatunku. Poza tym Dermot, mój stryjeczny dziadek, półwróż, który wygląda jak wierne odbicie mojego brata, zjawił się u mnie także, dla cholernego towarzystwa".
Wróżki bowiem, w przeciwieństwie do wampirów i wilkołaków, pragną utrzymać fakt własnego istnienia w głębokiej tajemnicy.
Również założenie Michele, że nigdy nie widziałam Claude'a gołego, było błędne. Chociaż zjawiskowo przystojny wróż był moim kuzynem (a ja oczywiście zawsze chodziłam po domu w ubraniu), miał do nagości stosunek naprawdę bardzo swobodny. Ze swymi długimi czarnymi włosami, zamyśloną twarzą i naprężonymi mięśniami brzucha, wydawał się niesamowicie apetyczny, tak apetyczny, że aż ślinka leciała... póki nie otworzył ust i nie przemówił. Dermot też ze mną mieszkał, on jednak był mężczyzną znacznie skromniejszym... może dlatego, że powiedziałam mu wprost o swoich zasadach dotyczących krewnych biegających z gołymi tyłkami.
Dermota lubiłam o wiele bardziej niż Claude'a. Wobec tego drugiego miałam mieszane uczucia. I żadne z tych uczuć nie wiązało się z seksem. Zupełnie niedawno - i niechętnie - pozwoliłam kuzynowi wrócić do mojego domu, ponieważ wcześniej się pokłóciliśmy i go wyrzuciłam.
- Nie mam nic przeciw temu, że u mnie mieszkają - wyznałam słabym głosem. - Ogromnie mi pomogli.
- A Dermot? Czy on również wykonuje striptiz? - spytała Kennedy z nadzieją w głosie.
- Nie, jest tutaj tylko kierownikiem. Jego striptiz byłby dla ciebie czymś niesamowitym, co, Michele? - spytałam.
Dermot to przecież sobowtór mojego brata, który jest mocno związany z Michele od długiego czasu - długiego w rozumieniu Jasona.
- Tak, nie mogłabym tego oglądać - odparła. - No, chyba że dla celów porównawczych!
Wszystkie się roześmiałyśmy.
Podczas gdy moje przyjaciółki dalej rozprawiały o mężczyznach, ja rozejrzałam się po klubie. Nigdy wcześniej nie byłam w "Hooligans", kiedy panował tu taki ruch, i nigdy wcześniej nie uczestniczyłam w żadnym wieczorku tylko dla pań. Zauważyłam wiele szczegółów godnych przemyślenia - na przykład, kwestię personelu.
Opłatę za wstęp uiściłyśmy niezwykle dorodnej młodej kobiecie, która cechowała się... błonami między palcami. Kiedy odkryła, że się na nią gapię, posłała mi uśmiech, pozostałe dziewczyny jednak nawet na nią nie spojrzały. Gdy weszłyśmy do środka, do naszego stolika zaprowadził nas elf imieniem Bellenos, który - kiedy widziałam go po raz ostatni - oferował mi głowę mojego wroga. Dosłownie.
Także w Bellenosie żadna z moich przyjaciółek najwyraźniej nie dostrzegła niczego odmiennego - dla mnie jednak nie wygląda on jak normalny człowiek. Jego głowa okolona czupryną kasztanowych włosów jest okrągła, twarz porośnięta czymś w rodzaju sierści, jego piegi są większe niż u ludzi, a szeroko rozstawione oczy - skośne i ciemne. Teraz czubeczki ostrych jak igiełki, długich na ponad trzy centymetry zębów błyskały w przyćmionych światłach na widowni. Podczas naszego pierwszego spotkania Bellenos nie był w stanie udawać człowieka. Teraz już się tego nauczył.
- Życzę przyjemności, drogie panie - rzucił typowym dla siebie głębokim głosem. - Zarezerwowaliśmy dla was ten stolik.
Odwracając się od nas, obdarzył mnie szczególnym uśmiechem.
Miałyśmy stolik tuż obok sceny. Ręcznie wykonany napis na środku obrusu głosił: "Grupa z Bon Temps".
- Mam nadzieję, że zdołam podziękować Claude'owi naprawdę osobiście - zadumała się zmysłowo Kennedy.
Tak, bez wątpienia toczyła z Dannym jakieś walki.
Michele zachichotała i szturchnęła Tarę w ramię.
Cóż, w końcu na coś mi się przydała znajomość z kuzynem-wróżem.
- Sookie, ten rudzielec, który wskazał nam stolik, uważa, że jesteś bardzo atrakcyjna - oznajmiła Tara niespokojnym tonem.
Wiedziałam, że pomyślała w tym momencie o moim chłopaku i wampirzym mężu, Ericu Northmanie. Wyobraziła sobie, że nie byłby zbytnio zadowolony, wiedząc, że jakiś nieznajomy pożera mnie wzrokiem.
- Był jedynie uprzejmy, bo jestem kuzynką Claude'a - wytłumaczyłam jej.
- Akurat, cholera! Gapił się na ciebie jak na lody czekoladowe - mruknęła. - Jakby chciał cię zjeść.
Byłam całkiem pewna, że mówiąc to, Tara ma rację, ale nie w znaczeniu, o jakie jej chodziło; nie w tym rzecz, że umiem czytać Bellenosowi w myślach, nie bardziej niż innym istotom nadnaturalnym... Jednakże elfy, jeśli chodzi o jedzenie, naprawdę nie potrafią nad sobą zapanować. Miałam nadzieję, że Claude całkowicie kontroluje grupę rozmaitych duszków, które zgromadziły się tutaj, w "Hooligans".
Tymczasem Tara narzekała, że podczas ciąży jej włosy zrobiły się strasznie cienkie i rzadkie, a Kennedy doradziła jej kurację odżywczą w salonie Immanuela w Shreveport.
- Raz przycinał mi włosy - wtrąciłam się, a one wszystkie popatrzyły na mnie ze zdumieniem. - Przypominacie sobie? Gdy mi się przypaliły?
- Kiedy ktoś wrzucił do baru bombę zapalającą - podsunęła Kennedy. - To był Immanuel? No, no, no! Sookie, nie wiedziałam, że go znasz.
- Troszeczkę - odparłam skromnie. - Zastanawiałam się, czy nie zrobić sobie pasemek, ale wtedy akurat wyjechał z miasta. Chociaż salon nadal działa.
- Wszyscy utalentowani ludzie opuszczają nasz stan - zauważyła Holly.
Roztrząsały dalej tę kwestię, ja natomiast się wierciłam, usiłując usadowić tyłek w wygodnej pozycji na składanym metalowym krześle, na którym tkwiłam wciśnięta pomiędzy Holly i Tarę. Ostrożnie się pochyliłam i wsunęłam torebkę między stopy.
Kiedy rozejrzałam się wokół i popatrzyłam na wszystkie te podniecone kobiety, zaczęłam się odprężać. Pewnie mogłabym mieć choć trochę przyjemności z tego wieczoru, prawda? Przecież od mojej ostatniej wizyty tutaj wiedziałam, że klub jest pełen duszków skazanych na swego rodzaju banicję. Teraz byłam z przyjaciółkami, a one wszystkie chciały się dobrze bawić. Chyba mogłam sobie pozwolić na dobrą zabawę razem z nimi? Claude i Dermot są moimi krewnymi i z pewnością nie pozwolą, żeby mi się przytrafiło coś złego. Prawda? Zdołałam się uśmiechnąć do Bellenosa, kiedy podszedł i zapalił na naszym stoliku świeczkę, roześmiałam się też z nieprzyzwoitego żartu, który Michele opowiadała, gdy kelnerka podbiegła przyjąć od nas zamówienia na drinki.
Wtedy jednak mój uśmiech osłabł. Pamiętałam tę dziewczynę z mojej poprzedniej bytności w klubie.
- Jestem Gift i będę was obsługiwała dziś w nocy - odezwała się najradośniejszym tonem, jaki można sobie wymarzyć.
Miała jasne włosy i była bardzo ładna. Ja jednak, jako że jestem po części wróżką (z powodu pewnego poważnego grzechu, którego dopuściła się moja babcia), potrafiłam dostrzec coś więcej niż tylko śliczną powierzchowność blondynki. Nie miała skóry opalonej na miodowo, jaką widzieli wszyscy inni. Była blada, bladozielona! A jej oczy nie miały źrenic... a może raczej jej źrenice i tęczówki były identyczne, czarnego koloru.
Kiedy nikt nie patrzył, Gift zerknęła na mnie i zatrzepotała powiekami. Chyba miała po dwie. To znaczy powieki. Dwie na każdym oku. Zdążyłam to dostrzec, ponieważ pochyliła się nade mną i jej twarz była bardzo blisko.
- Witaj, siostro - szepnęła mi do ucha, a potem się wyprostowała i obrzuciła pozostałe dziewczyny promiennym uśmiechem. - Czego sobie życzycie dzisiejszego wieczoru? - spytała z idealnym luizjańskim akcentem.
- No cóż, Gift, na początek chcę ci powiedzieć, że większość z nas również pracuje jako kelnerki, więc nie damy ci popalić - odpowiedziała Holly.
Tamta w odpowiedzi mrugnęła do niej.
- Bardzo się cieszę, że to słyszę - wyznała. - Ale i tak, dziewczyny, nie wyglądacie na osoby, które potrafią dać mi w kość. Uwielbiam pracować w noce tylko dla pań.
Podczas gdy moje przyjaciółki zamawiały drinki i koszyczki smażonych panierowanych warzyw lub chipsy kukurydziane, znów rozejrzałam się po klubie, chcąc potwierdzić podejrzenia. Tak, żaden z tutejszych pracowników nie był istotą ludzką. Jedynymi ludźmi były tutaj klientki.
Kiedy nadeszła moja kolej, poprosiłam o budweisera light. Gift ponownie pochyliła się nade mną.
- Jak się miewa twoje wampirze ciacho, dziewczyno? - spytała.
- W porządku - odburknęłam chłodno, chociaż ta odpowiedź była daleka od prawdy.
- Jesteś taka fajna! - zauważyła i poklepała mnie po ramieniu, jakby uznała, że powiedziałam coś dowcipnego. - Drogie panie, wszystko w porządku? Pójdę zamówić dla was jedzenie i przyniosę napoje.
Kiedy z dużą wprawą lawirowała wśród tłumu, jej jasnowłosa głowa świeciła niczym latarnia.
- Nie wiedziałam, że znasz tu cały personel - powiedziała Kennedy. - A co u Erica? Nie widziałam go od pożaru w "Merlotcie". - Najwyraźniej podsłuchała pytanie Gift. - Naprawdę przystojny z niego facet. - Pokiwała w zadumie głową.
Moje przyjaciółki zgodnie potwierdziły. Cóż, atrakcyjności Erica nie sposób było podważyć. Był jednak martwy, co świadczyło przeciw niemu, szczególnie w opinii Tary. Gdy spotkała Claude'a, nie wychwyciła jego odmienności, ale Northman, który nigdy nie próbował uchodzić za człowieka, zawsze będzie na jej czarnej liście. Tara miała wcześniej złe doświadczenia w kontaktach z wampirami i to przeżycie pozostawiło w niej niemożliwy do usunięcia ślad.
- Rzadko udaje mu się wyrwać ze Shreveport - bąknęłam. - Ma strasznie dużo pracy.
W tym momencie przerwałam. Mówienie o interesach Erica nigdy nie jest mądre.
- Nie wściekł się, że idziesz obejrzeć, jak inni mężczyźni zrzucają ciuchy? Na pewno mu powiedziałaś? - spytała Kennedy, szczerząc białe zęby.
W związku Kennedy i Danny'ego bez dwóch zdań pojawiły się kłopoty. Och, wcale nie chciałam o nich wiedzieć.
- Moim zdaniem Eric jest bardzo pewny, że świetnie wygląda nago, więc ma w nosie, co może się stać, jeśli będę oglądała innego faceta gołego - stwierdziłam.
Po prostu oznajmiłam mojemu wampirowi, że idę do "Hooligans" i już. Nie spytałam go o pozwolenie; tak jak Kennedy mówiła o Dannym, Eric Northman również nie był moim szefem. Ale rzeczywiście przemknęło mi przez głowę, że chciałabym zobaczyć reakcję mojego wampira. Od kilku tygodni nie działo się między nami najlepiej. Wolałam nie burzyć naszej dość chwiejnej sytuacji - nie z takiego błahego powodu.
Tak jak się spodziewałam, Eric nie potraktował naszej planowanej babskiej nocy w klubie zbyt serio. Przede wszystkim uważał nastawienie współczesnych Amerykanów do kwestii nagości za zabawne. Sam przeżył tysiąc lat długich nocy i gdzieś po drodze stracił wszelkie zahamowania. Podejrzewałam zresztą, że nigdy nie miał ich zbyt wiele.
Nie dość, że mój ukochany spokojnie podchodził do mojej chęci oglądania nagich ciał innych mężczyzn, nie zainteresował go nawet cel naszej wyprawy. Chyba nie brał pod uwagę, że w klubie ze striptizem w Monroe może mi grozić niebezpieczeństwo. Nawet Pam, jego zastępczyni, tylko wzruszyła ramionami, kiedy powiedział jej, co my, ludzkie kobiety, zamierzamy robić dla rozrywki.
- Nie będzie tam żadnych wampirów - powiedziała. Zadała mu kilka symbolicznych pytań o moje pragnienie zobaczenia innych mężczyzn na golasa, po czym porzuciła temat.
Mój kuzyn Claude przyjmował do "Hooligans" wszystkie rodzaje wygnanych duszków - od czasu, gdy mój pradziadek Niall zamknął portale do świata wróżek. Niall zamknął je pod wpływem impulsu, nagłej i radykalnej zmiany własnej wcześniejszej polityki, innymi słowy, doszedł w końcu do wniosku, że ludzie i duszki nie powinni się jednak swobodnie kontaktować. Nie wszystkie wróżki i inne duszki mieszkające w naszym świecie zdążyły przejść na stronę swojego świata przed zamknięciem portali. Za to bardzo mały portal, umieszczony w lesie za moim domem, pozostał odrobinę uchylony. Od czasu do czasu przechodziły przez niego nowiny.
Kiedy Claude i mój stryjeczny dziadek Dermot sądzili, że zostali sami w świecie ludzi, zjawili się w moim domu, chcąc czerpać pociechę z towarzystwa mojej osoby, ponieważ w moich żyłach płynie odrobina krwi wróżek. Pobyt na wygnaniu był dla nich straszny. Prawie równie mocno, jak przedtem znajdowali przyjemność, żyjąc w naszym świecie, tak teraz tęsknili za własnym.
Stopniowo do klubu "Hooligans" zaczęły ściągać inne duszki. Od tej pory Dermot i Claude, a szczególnie Claude, nie przebywali już ze mną tak regularnie. Ta ich decyzja rozwiązała wiele moich problemów, gdyż, jeśli dwaj wróże przebywali w moim domu, Eric nie mógł zostawać u mnie na noc - zapach tych istot po prostu odurza wampiry; z drugiej strony, od czasu do czasu naprawdę tęskniłam za stryjecznym dziadkiem Dermotem, którego zawsze uważałam za świetnego towarzysza.
Akurat myślałam o Dermocie, gdy dostrzegłam go za barem. Chociaż był bratem mojego dziadka-wróża, nie wyglądał starzej niż na niespełna trzydziestolatka.
- Sookie, tam jest twój kuzyn - zauważyła Holly. - Nie widziałam go od przyjęcia, które wyprawiłaś u siebie w domu dla Tary. O mój Boże, jak on bardzo przypomina Jasona!
- Rodzinne podobieństwo jest rzeczywiście silne - zgodziłam się.
Zerknęłam na dziewczynę Jasona, która z pewnością nie była zadowolona, widząc Dermota. Spotkała go wcześniej, gdy był pod wpływem przekleństwa obłędu. Chociaż wiedziała, że Dermot jest obecnie przy zdrowych zmysłach, nie wyglądało na to, żeby pragnęła rzucić mu się radośnie na szyję.
- Nigdy nie zrozumiałam, jaki stopień pokrewieństwa was łączy - wyznała Holly.
W Bon Temps wszyscy wiedzą, kim są i z kim są spokrewnieni inni mieszkańcy.
- Ktoś był z nieprawego łoża - oznajmiłam oględnie. - Nic więcej nie powiem. Nie odkryłam tego aż do śmierci babci... wiem dopiero teraz, z pewnych rodzinnych dokumentów.
Holly popatrzyła ze zrozumieniem, co musiało ją chyba kosztować trochę wysiłku.
- Czy znajomość z kierownictwem oznacza, że dostaniemy darmowego drinka albo coś w tym stylu? - spytała Kennedy. - Może ktoś wykona na naszych kolanach taniec erotyczny na koszt lokalu?
- Dziewczyno, nie chciałabyś, żeby striptizer usiadł ci na kolanach! - obruszyła się Tara. - Nie wiesz, gdzie wcześniej sadzał dupę!
- Zrzędzisz tylko dlatego, że masz wielki brzuch i akurat tobie żaden facet na kolanach nie usiądzie - odparowała Kennedy, a ja natychmiast posłałam jej piorunujące i wymowne spojrzenie, ponieważ Tara jest nadzwyczaj przeczulona w kwestii utraty figury.
- Hej - rzuciłam - już przecież dostałyśmy świetny stolik tuż pod sceną. Nie przeginajmy, prosząc o więcej.
Na szczęście, w tym momencie Gift przyniosła nam napoje. Dałyśmy jej hojne napiwki.
- Mniam - powiedziała Kennedy, upiwszy spory łyk. - Niesamowity appletini.
Zupełnie jakby wypowiedziała zaklęcie, w tej samej chwili światła na widowni zgasły, a równocześnie zapaliły się na scenie, rozległa się muzyka i wyszedł Claude, paradując w błyszczących srebrnych rajstopach, wysokich butach i... niczym więcej.
- Dobry Boże, Sookie, ależ on apetycznie wygląda! - zawołała Holly, a jej słowa dotarły prosto do spiczastych uszu wróża.
(Claude przyciął sobie kiedyś ich koniuszki chirurgicznie, żeby nie musiał zużywać energii na udawanie człowieka, zabieg ten jednak zupełnie nie wpłynął na jakość jego słuchu).
Spojrzał z uwagą na nasz stolik, a dostrzegłszy mnie, wyszczerzył zęby w uśmiechu. Potem poruszył tyłkiem i cekiny na jego rajtuzach zamigotały i rozbłysły w świetle, co sprawiło, że wypełniające klub kobiety zaczęły klaskać, w podnieceniu czekając na ciąg dalszy.
- Drogie panie - przemówił do mikrofonu Claude. - Jesteście gotowe na przyjemności "Hooligans"? Jesteście gotowe obejrzeć kilku wyjątkowych mężczyzn prezentujących wam swoje wdzięki?
Pogładził się dłonią po imponujących mięśniach brzucha i uniósł brew. Dzięki tym dwóm sztuczkom zdołał przybrać niewiarygodnie seksowny wygląd i nieprawdopodobnie wręcz prowokujący.
Muzyka stała się głośniejsza, a z tłumu dotarły do mnie wrzaski i piski. Nawet Tara, mimo zaawansowanej ciąży, dołączyła do entuzjastycznego chóru, gdy kilku roztańczonych mężczyzn pojawiło się na scenie za wróżem. Jeden z nich miał na sobie mundur policjanta (jeśli gliniarze kiedykolwiek postanowią służyć w gatkach obszytych błyskotkami), drugi nosił strój ze skóry, trzeci przebrał się za anioła - tak, ze skrzydłami! A ostatnim w rzędzie był...
W tym momencie przy naszym stoliku nagle zapadła totalna cisza. Wszystkie cztery siedziałyśmy teraz, patrząc prosto przed siebie, nie ośmielając się nawet zerknąć na Tarę.
Ostatnim striptizerem był bowiem jej mąż, JB du Rone. Ubrał się jak robotnik budowlany. Miał kask, ochronną kamizelkę, stare niebieskie dżinsy i ciężki pas z narzędziami. Zamiast kluczy francuskich i śrubokrętów, w szlufkach jego paska tkwiły takie poręczne przedmioty, jak shaker do koktajli, para futerkowych kajdanek czy inne rzeczy, których po prostu nie potrafiłam rozpoznać.
Było nieznośnie oczywiste, że Tara nie miała wcześniej o tym pojęcia.
Ze wszystkich chwil, które nazywam "o cholera!", ta znalazła się na pierwszym miejscu.
Cała nasza grupa z Bon Temps siedziała w bezruchu, podczas gdy Claude przedstawiał wykonawców imionami striptizerów (JB był "Randym"). Cóż, jedna z nas musiała przerwać milczenie. Nagle dostrzegłam, jak to się mówi, światełko na końcu tunelu.
- Och, Tara - powiedziałam najżarliwiej, jak potrafiłam. - To takie słodkie!
Pozostałe kobiety odwróciły się do mnie jednocześnie, a na ich twarzach widniała rozpaczliwa nadzieja, że zdołam im pokazać, jak należy się zachować w tej okropnej chwili. Chociaż potrafiłam usłyszeć, o czym Tara myśli (że wolałaby zabrać JB do przetwórni dziczyzny i kazać rzeźnikowi zmienić mężulka w mięso mielone), zdobyłam się na to.
- Wiesz, że robi to dla ciebie i dzieci - podjęłam, przepełniając głos każdą kroplą szczerości, jaką umiałam w sobie znaleźć. Pochyliłam się bliżej i wzięłam przyjaciółkę za rękę. Chciałam mieć pewność, że Tara usłyszy moje słowa mimo hałaśliwej muzyki. - Wiesz, że uważa te dodatkowe pieniądze za dużą niespodziankę dla ciebie.
- No cóż - mruknęła, ledwie poruszając odrętwiałymi wargami. - Jestem bardzo zaskoczona tą niespodzianką.
Kątem oka dostrzegłam, że Kennedy wdzięczna za moje wysiłki mruży oczy. Poczułam też ulgę emanującą z umysłu Holly, a Michele w widoczny sposób się odprężyła. Teraz, kiedy pozostałe dziewczyny wiedziały, jak reagować, wszystkie przyłączyły się do pocieszania Tary. Kennedy opowiedziała bardzo wiarygodną historię, jak to podczas ostatniej swojej wizyty w "Merlotcie" JB zwierzał się z ogromnej troski o zapłacenie przyszłych rachunków za szpital.
- Skoro mają się urodzić bliźnięta - mówiła - twój mąż był przerażony, że może to oznaczać dłuższy czasu pobytu w szpitalu.
Wymyśliła większą część tej opowieści, lecz całość dobrze brzmiała. W trakcie swojej kariery królowej piękności (a przed okresem, który spędziła jako skazana przestępczyni) doskonale się nauczyła symulować szczerość.
Ostatecznie Tara chyba się odrobinę rozluźniła, nadal jednak monitorowałam jej myśli, ponieważ nie chciałam, żebyśmy straciły panowanie nad sytuacją. Wiedziałam, że przyjaciółka nie ma ochoty przyciągać więcej uwagi do naszego stolika - na przykład, poprzez oświadczenie, że wszystkie mamy ostentacyjnie wymaszerować z lokalu, co pomyślała w pierwszym odruchu. Kiedy Holly niepewnie jej zaproponowała, żeby wyszła, jeśli poczuje się nieswojo, Tara zmierzyła każdą z nas po kolei srogim spojrzeniem.
- Do diabła, nie! - warknęła.
Dzięki Bogu, wtedy pojawiły się nowe napoje, a chwilę później dotarły koszyczki z jedzeniem. Wszystkie z całych sił usiłowałyśmy stwarzać pozory, że nic niezwykłego się nie zdarzyło, i całkiem dobrze nam to wychodziło. Tak było aż do czasu, gdy znów zaczęła grać muzyka, a słowa "Dotknij mojej policyjnej pałki" oznajmiły przybycie "gliniarza".
Wykonawca był czystej krwi wróżem; trochę zbyt chudy jak na mój gust, ale rzeczywiście przystojny. Nie znajdziecie zresztą naprawdę brzydkiego wróża. A ten faktycznie umiał tańczyć. I bez wątpienia własny ruch sprawiał mu przyjemność. Każdy centymetr stopniowo odkrywanego ciała okazywał się tak zadbany i kuszący, jak to tylko możliwe. Tak, "Dirk" miał fantastyczne wyczucie rytmu i lubił tańczyć. Wyraźnie pławił się w otaczającym go uczuciu pożądania, podnieceniu i byciu w centrum uwagi. Czy wszystkie wróżki są tak próżne jak Claude, tak bardzo świadome własnej urody?
Gdy "policjant" wirował na swój seksowny sposób po scenie, szokująca liczba banknotów dolarowych trafiała za pasek męskich stringów, które w pewnym momencie stały się jedynym elementem jego garderoby. Było jasne, że został hojnie obdarowany przez naturę i że lubi przyciągać spojrzenia. Co jakiś czas któraś z co odważniejszych pań próbowała go choć lekko pogładzić, wróż jednak odsuwał się i groził zuchwałej palcem.
- Eee - jęknęła zawiedziona Kennedy, kiedy po raz pierwszy coś takiego się stało, a ja nie mogłam jej nie poprzeć.
Na szczęście, Dirk był tolerancyjny, nawet jeśli nie zachęcał do czułych gestów. Posłał szczególnie szczodrej dawczyni szybkiego całusa, po którym wrzaski kobiet osiągnęły apogeum. Jestem dobra w ocenianiu wysokości napiwków, tym razem wszakże nawet nie byłam w stanie zgadnąć, ile striptizer zarobił do chwili zejścia ze sceny - szczególnie że w przerwach przekazywał garście banknotów Dermotowi. Ostatecznie jednak zakończył układ taneczny idealnie zgrywając się w czasie z muzyką, po czym się ukłonił i zbiegł ze sceny.
Po bardzo krótkim czasie wrócił w brokatowych spodniach policjanta (i niczym więcej), zszedł ze sceny i przeciskał się przez tłum, uśmiechając się i kiwając głową, kiedy kobiety proponowały mu drinki, numery swoich telefonów i jeszcze więcej gotówki. Wypijał jedynie po łyku z drinków, przyjmował numery telefoniczne z czarującym uśmiechem, a pieniądze wsuwał sobie za pasek spodni, aż ten zrobił się zielony od dolarów.
Chociaż nie chciałabym uczestniczyć w tego rodzaju rozrywce na co dzień czy też regularnie, uczciwie nie potrafiłam zobaczyć w niej niczego niewłaściwego. W środowisku kontrolowanym kobiety pozwalały sobie na krzyki i wrzaski, stawały się hałaśliwe. Najwyraźniej świetnie się bawiły. Nawet jeśli niektóre z nich były pod tak wielkim wrażeniem, że wracały tutaj co tydzień (z wielu otaczających mnie mózgów otrzymywałam różnego rodzaju informacje), no cóż, była to tylko jedna noc w tygodniu. Co prawda, panie nie zdawały sobie sprawy, że urządzają owację elfom i wróżom, byłam jednak pewna, że są szczęśliwsze, nie wiedząc, że (oprócz JB) ciała i umiejętności, które tak bardzo podziwiają, są nie z tego świata.
Pozostali wykonawcy zaprezentowali się mniej więcej tak samo. Anioł "Gabriel" na pewno nie kojarzył się anielsko. Gdy do piosenki Twoje niebiańskie ciało zdejmował skrzydła (byłam pewna, że nadal je posiada, tyle że niewidoczne) oraz niemal wszystko inne, w czym wyszedł na scenę, w powietrze wzleciały liczne białe pióra. Podobnie jak policjant, anioł miał wspaniałą sylwetkę i najwidoczniej równie dobrze został wyposażony przez naturę. Skórę miał ogoloną tak gładko, że przypominała pupcię niemowlęcia, chociaż trudno byłoby skojarzyć jego osobę z małym dzieckiem. Kobiety chwytały opadające pióra i usiłowały złapać niebiańskiego striptizera.
Po chwili Gabriel zszedł między publiczność - jedynie w białym męskim monokini, lecz z ponownie widocznymi skrzydłami - a kiedy przechodził obok naszego stolika, Kennedy go dotknęła. Najwidoczniej wraz z wypijanymi drinkami traciła te nieliczne zahamowania, które miała. Anioł przyjrzał jej się ciepłymi złotymi oczyma - przynajmniej takie zobaczyłam ja. Kennedy dała mu swoją wizytówkę i posłała pożądliwe spojrzenie, równocześnie przesuwając dłonią w dół po mięśniach jego brzucha. Kiedy Gabriel odwrócił się od niej, delikatnie wsunęłam w jego palce pięciodolarowy banknot, jednocześnie odbierając mu wizytówkę. Złote oczy spotkały mój wzrok.
- Siostro - powiedział.
Usłyszałam jego głos mimo hałasu obwieszczającego wejście kolejnego wykonawcy.
Uśmiechnął się i odszedł, a ja poczułam wielką ulgę. Pośpiesznie ukryłam wizytówkę Kennedy w torebce. O mało nie przewróciłam oczyma, dumając nad faktem, że pracująca na część etatu barmanka zrobiła sobie wizytówkę; to było bardzo w stylu Kennedy.
Tara całkiem miło do tej pory spędzała czas, niestety, zbliżał się moment, kiedy JB miał wyjść na scenę, toteż przy naszym stoliku nieuchronnie rosło napięcie. Od chwili, w której wskoczył, zajął miejsce pośrodku sceny i zaczął tańczyć do Nail-Gun Ned, było oczywiste, że nie wie o obecności żony na widowni. (Jego umysł jest jak otwarta księga, przy czym na każdej karcie znajdziecie może ze dwa słowa na krzyż). Układ taneczny, który przedstawił JB, był zadziwiająco elegancki. Na pewno wcześniej nie wiedziałam, że mąż mojej przyjaciółki potrafi być taki giętki. My, panie z Bon Temps, bardzo starałyśmy się nie patrzeć sobie w oczy.
"Randy" po prostu świetnie się bawił. Do chwili, w której się rozebrał do męskich stringów, wszystkie kobiety - no, prawie wszystkie - podzielały jego podniecenie, o czym świadczyła liczba zebranych przez niego banknotów. Wyczytałam wprost z jego głowy, że te pochlebstwa zaspokajają wielką potrzebę. Jego żona, ciężarna i zmęczona, już nie płonęła z rozkoszy za każdym razem, kiedy widziała małżonka nagiego. A on był tak bardzo przyzwyczajony do przyjmowania pochwał i tak bardzo za nimi tęsknił, że pragnął je otrzymywać skądkolwiek.
Dokładnie w tej sekundzie, gdy JB wyszedł na scenę, Tara mruknęła coś i odeszła od stolika, więc mąż nie zobaczył jej, kiedy tańczył na scenie blisko nas. W chwili, w której znalazł się tak blisko, że uświadomił sobie, kim jesteśmy, cień niepokoju przemknął przez jego ładną twarz. Na szczęście, był na tyle dobrym tancerzem, że nie przerwał występu, co odnotowałam z ulgą. Właściwie nawet byłam trochę z niego dumna. Kiedy tak wirował, pocił się mimo lodowatej temperatury klimatyzacji. Był silny, wysportowany i pociągający. Wszystkie trzy obserwowałyśmy go z niepokojem, chcąc mieć pewność, że nie dostaje mniej napiwków niż inni wykonawcy, chociaż, gdy same wręczałyśmy mu banknoty, czułyśmy się nieco zażenowane.
Po jego zejściu ze sceny, do stolika wróciła Tara. Usiadła i zagapiła się na nas z najdziwniejszą miną, jaką można sobie wyobrazić.
- Przyglądałam się z tyłu sali - wyznała, widząc, że w napięciu czekamy na jej słowa. - Poradził sobie całkiem dobrze.
My, jej towarzyszki, niemal jednocześnie wypuściłyśmy wstrzymywany oddech.
- Kochanie, był naprawdę, naprawdę świetny - zapewniła ją Kennedy, kiwając głową z takim przekonaniem, że jej kasztanowe włosy przesuwały się w tył i w przód.
- Jesteś szczęściarą - wtrąciła Michele. - A twoje dzieci będą takie śliczne i tanecznie uzdolnione.
Nie chciałyśmy powiedzieć za dużo, więc wszystkie poczułyśmy ulgę, słysząc, że głośny chór Born to Ride Rough obwieszcza występ faceta w skórze. Mężczyzna był przynajmniej częściowo demonem, chociaż z gatunku, jakiego nigdy przedtem nie spotkałam; skórę miał czerwonawą, co moje towarzyszki wytłumaczyły indiańskim pochodzeniem. (Dla mnie zupełnie nie wyglądał na Indianina, ale nie zamierzałam tego mówić). Miał bardzo czarne, proste włosy i ciemne oczy, wiedział też, jak potrząsać tomahawkiem. Sutki miał przekłute, co mnie akurat szczególnie nie podnieca, ale okazało się, że to część ciała, której wiele członkiń widowni pragnęło dotknąć.
Klaskałam i uśmiechałam się, lecz prawdę powiedziawszy, zaczynałam się już czuć nieco znudzona. Chociaż z Erikiem nie nadawaliśmy ostatnio na tych samych falach emocjonalnych, w kwestiach związanych z seksem dogadywaliśmy się całkiem nieźle (nie pytajcie mnie, jak to możliwe). Zaczęłam myśleć, że jestem kobietą zepsutą. Nie istniało coś takiego, jak nudny seks z Erikiem.
Zastanawiałam się, czy zatańczyłby dla mnie, gdybym go o to ładnie poprosiła. Właśnie delektowałam się bardzo przyjemną fantazją na ten temat, kiedy na scenie ponownie pojawił się Claude, nadal w przyozdobionych cekinami rajtuzach i wysokich butach.
Był absolutnie pewny, że cała publiczność ledwie się może doczekać, aż zobaczy więcej jego ciała, i muszę przyznać, że ta jego pewność znajdowała pokrycie. Okazał się też nieprawdopodobnie zwinny i gibki.
- O mój Boże! - stęknęła Michele, a silny zwykle głos prawie jej się łamał. - No cóż! Wcale nie potrzebuje partnerki, co?
- No, no, no! - powiedziała Holly i rozdziawiła usta.
Nawet ja, która już wcześniej widziałam kuzyna w całej okazałości i wiedziałam, jaki potrafi być bardzo niemiły - nawet ja poczułam lekką falę podniecenia, tam... gdzie nie powinnam. Rozkosz, jaką odczuwał wróż, gdy poświęcano mu tak wielką uwagę i podziw, była niemal błoga w swej czystości.
W ramach wielkiego finału wieczoru zeskoczył ze sceny i w męskich stringach zatańczył wśród tłumu. Wszystkie kobiety wyglądały na zdecydowane wyjąć pozostałe im banknoty dolarowe, a także pięciodolarówki i dziesiątki. Claude bez opamiętania rozdzielał całusy, ale unikał bardziej osobistego kontaktu, i to z taką chyżością, że niemal zdradzało to jego nieludzkie pochodzenie. Kiedy zbliżył się do naszego stolika, Michele wsunęła piątaka pod jego stringi, mówiąc: "Zarobiłeś je, kolego", a on w odpowiedzi błysnął zębami. Potem przystanął obok mnie, pochylił się i pocałował mnie w policzek. Podskoczyłam. Kobiety przy sąsiednich stolikach zapiszczały i również zażądały całusów. Pozostałam ze wspomnieniem żaru w jego ciemnych oczach i niespodziewanego chłodu warg.
Byłam w tym momencie gotowa zostawić duży napiwek dla Gift i wyjść stamtąd.
W drodze powrotnej prowadziła Tara, ponieważ Michele powiedziała, że jest zbyt wstawiona. Wiedziałam, że Tara ucieszyła się z tego zajęcia, zyskała bowiem pretekst, dzięki któremu mogła milczeć. Pozostałe kobiety trajkotały o frajdzie, jaką miały; równocześnie próbowałyśmy dać naszej ciężarnej przyjaciółce czas na pogodzenie się z wydarzeniami tego wieczoru.
- Mam nadzieję, że nie polubię tego za bardzo - mówiła Holly. - Strasznie bym nie chciała, żeby Hoyt stale chodził do klubu ze striptizem.
- Miałabyś coś przeciwko, gdyby poszedł tam raz? - spytałam.
- No cóż, nie podobałoby mi się to - odparła szczerze. - Ale gdyby poszedł, bo go zaproszono na wieczór kawalerski albo z innego powodu, nie zrobiłabym mu awantury.
- Mnie by wkurzyło, gdyby Jason chodził - sywierdziła Michele.
- Myślisz, że zdradziłby cię ze striptizerką? - spytała Kennedy.
Byłam pewna, że przemawia przez nią alkohol.
- Gdyby to zrobił, wyleciałby przez drzwi z podbitym okiem - odparowała Michele i parsknęła drwiąco. Po chwili dorzuciła łagodniejszym głosem: - Jestem od niego trochę starsza i może moje ciało nie jest takie samo, jakie było kiedyś. Nie zrozumcie mnie źle, dobrze wyglądam nago, a jednak prawdopodobnie nie tak wspaniale jak te młodsze ode mnie striptizerki.
- Mężczyźni nigdy nie są zadowoleni z tego, co dostają, bez względu na to, jakie to jest dobre - mruknęła Kennedy.
- O co ci chodzi, dziewczyno? Poprztykaliście się z Dannym o inną babkę? - spytała otwarcie Tara.
Kennedy popatrzyła na nią twardo lśniącymi oczyma i przez minutę sądziłam, że powie coś uszczypliwego. Wtedy wybuchłaby otwarta kłótnia. Na szczęście, niczego takiego nie powiedziała.
- Ma jakiś sekret i nie chce mi wyznać, o co chodzi - wyjaśniła. - Twierdzi, że będzie wyjeżdżał w poniedziałkowe/środowe/piątkowe ranki i wieczory. I że mi nie powie, dokąd będzie jeździł ani w jakim celu.
Ponieważ fakt, że Kennedy całkowicie zauroczyła Danny'ego, był oczywisty nawet dla największego kretyna, wszystkie umilkłyśmy zdumione jej ślepotą.
- Spytałaś go? - upewniła się Michele, w typowy dla siebie prostolinijny sposób.
- Nie, do cholery!
Kennedy była zbyt dumna (i zbyt przerażona, ale o tym wiedziałam tylko ja), żeby wprost spytać Danny'ego o jego tajemnicę.
- No cóż, nie wiem, kogo spytać ani o co pytać, lecz jeśli usłyszę cokolwiek na ten temat, na pewno ci powiem. Naprawdę nie sądzę, żebyś musiała się martwić potencjalną zdradą Danny'ego - oznajmiłam.
Szczerze mnie zaskoczyło, że pod taką ładną buzią może się kryć tak ogromny brak pewności siebie.
- Dzięki, Sookie - jęknęła.
Usłyszałam w jej tonie, że jest bliska szlochu. O Boże! Całą wieczorną uciechę szlag trafiał.
Tara stanęła przed moim domem akurat w samą porę. Powiedziałam dziewczynom "do widzenia" i "dziękuję" najbardziej pogodnym i najweselszym tonem, na jaki mnie było stać, a potem pobiegłam do frontowych drzwi. Oczywiście, duży reflektor przed budynkiem był włączony i oczywiście, Tara nie wycofała samochodu, póki nie dotarłam do drzwi, nie otworzyłam zamka kluczem i nie weszłam do środka. Natychmiast zasunęłam zasuwkę. Chociaż dom otaczały magiczne zabezpieczenia, które miały trzymać z dala ode mnie nadnaturalnych wrogów, zamki i zasuwki nigdy jeszcze nikomu nie zaszkodziły.
Nie tylko pracowałam dzisiejszego dnia, znosiłam wrzaskliwy tłum i łomoczącą muzykę, ale jeszcze musiałam przeżywać cały ten dramat związany z moimi przyjaciółkami. Jeśli jest się telepatą, mózg człowieka bardzo się męczy. Niemniej jednak, mimo wyczerpania byłam zbyt zdenerwowana i niespokojna, żeby skierować się bezpośrednio do sypialni. Postanowiłam sprawdzić e-maile.
Upłynęło parę dni, odkąd po raz ostatni miałam sposobność usiąść przy komputerze. Okazało się, że otrzymałam dziesięć wiadomości. Dwie od Kennedy i Holly z wyznaczeniem pory, o której dziewczyny po mnie przyjadą. Ponieważ dotyczyły załatwionej sprawy, skasowałam je. Trzy następne były reklamami. Usunęłam je błyskawicznie. Dostałam też notkę od Amelii z załącznikiem, którym okazało się zdjęcie przedstawiające ją i jej chłopaka, Boba; siedzieli w kawiarni w Paryżu.
"Świetnie się bawimy" - napisała Amelia. - "Ludzie są tutaj bardzo serdeczni. Myślę, że MOI ludzie wybaczyli mi mój mały problem. A ty?".
Określenie "ludzie" w tym drugim kontekście było tajemnym słowem Amelii na określenie członków kowenu, a "mały problem" powstał, kiedy Amelia przypadkowo przemieniła Boba w kota. Teraz, kiedy Bob znów był człowiekiem, kowen mógł przyjąć Amelię z powrotem. Nie ma o czym gadać. A teraz Paryż!
- Niektórzy ludzie po prostu prowadzą zachwycające życie - powiedziałam głośno.
Ale co do mojego i Amelii pogodzenia się, cóż - obraziła mnie bardzo poważnie, ponieważ próbowała "wepchnąć" w moje życie erotyczne Alcide'a Herveaux. Spodziewałam się po niej czegoś lepszego. Nie, niezupełnie jej wybaczyłam, chociaż się staram.
W tym momencie rozległo się ciche stukanie do drzwi frontowych. Podskoczyłam i zawirowałam na krześle obrotowym. Nie słyszałam wcześniej ani odgłosów zbliżającego się pojazdu, ani kroków. Zazwyczaj coś takiego oznaczało przybycie wampira; ale kiedy sprawdziłam dodatkowym zmysłem, mózg, na który się natknęłam, nie był czystym umysłem nieumarłego, lecz czymś całkowicie innym.
Rozległo się kolejne dyskretne pukanie. Przesunęłam się do okna i wyjrzałam. Potem otworzyłam zamek i szybko szarpnęłam drzwi.
- Pradziadek! - zawołałam i skoczyłam w jego objęcia. - Myślałam, że nigdy więcej cię nie zobaczę! Jak się miewasz? Wejdź!
Pachniał cudownie - jak to wróżki. Wyjątkowo wrażliwe wampirze nosy wyczuwają podobno u mnie słaby ślad tego aromatu, chociaż sama nie potrafię go wykryć.
Mój były chłopak Bill powiedział mi kiedyś, że dla niego wróżki pachną jak jego własne wspomnienie smaku jabłek.
W przytłaczającej obecności Nialla natychmiast doświadczyłam przypływu miłości i zdumienia, tak jak zresztą zawsze w towarzystwie pradziadka. Wysoki, o monarszym wyglądzie, ubrany w nienaganny czarny garnitur, białą koszulę i czarny krawat, był zarówno piękny, jak i staroświecki.
Był także odrobinę niesolidny, jeśli mam być szczera. Tradycja mówi, że wróżki nie potrafią kłamać, a i one same tak wam powiedzą, ale na pewno umieją omijać prawdę, kiedy im to pasuje. Czasami myślałam, że Niall żyje od tak dawna, że jego pamięć po prostu pomija niektóre fakty. Kiedy byłam blisko niego, trudno mi było o tym pamiętać, ale zmuszałam się i przypominałam sobie ten szczegół.
- Miewam się dobrze, jak widzisz. - Wskazał na swój majestat, chociaż sądzę raczej, że po prostu usiłował przyciągnąć moją uwagę i pokazać mi, jaki jest odprężony. - A ty jesteś piękna, jak zawsze.
Wróżki wypowiadają się zwykle trochę kwieciście - no, chyba że mieszkają wśród ludzi przez długi czas, tak jak Claude.
- Myślałam, że zamknąłeś dostęp do naszego świata.
- Rozszerzyłem portal w twoim lesie - odrzekł, jakby taki czyn był typowym dla niego kaprysem.
Ot tak, po całym tym wielkim halo, które zrobił wokół zamknięcia wróżek w ich świecie (dla ochrony ludzkości), gdy to zupełnie zerwał wszystkie swoje powiązania handlowe ze światem ludzi? Tak po prostu całkiem szybko powiększył otwór i przeszedł przezeń, bo... bo chciał sprawdzić, jak się miewam? Nawet najczulsza prawnuczka wyczułaby pismo nosem.
- Wiedziałam, że portal tam jest - wyznałam, gdyż nie przyszła mi do głowy żadna inna riposta.
Przekrzywił głowę. Jego białe włosy poruszyły się jak atłasowa firanka.
- To ty wrzuciłaś nam ciało?
- Przepraszam. Nie udało mi się wymyślić żadnego innego miejsca, w którym mogłabym je umieścić.
Umiejętność pozbywania się zwłok nie jest jednym z moich talentów.
- Zostało skonsumowane w całości, jeśli to było twoim celem. Proszę, powstrzymaj się jednak w przyszłości przed takim działaniem. Nie chcemy tłoku wokół portalu - powiedział tonem łagodnego upomnienia, bardziej jak do osoby przyłapanej na karmieniu domowych zwierzaków przy stole w jadalni.
- Przepraszam - powtórzyłam. - Więc... dlaczego tu jesteś? - Usłyszałam obcesowość własnych słów i poczułam, że twarz mi czerwienieje. - To znaczy... czemu zawdzięczam zaszczyt twoich odwiedzin? Mogę podać ci coś do picia albo do jedzenia?
- Nie, dziękuję ci, najdroższa. Gdzie byłaś dziś wieczorem? Pachniesz duszkami, ludźmi i wieloma innymi rzeczami.
Głęboko zaczerpnęłam tchu i starałam się opowiedzieć o nocy tylko dla pań w klubie "Hooligans". Ale z każdym kolejnym zdaniem czułam się coraz bardziej idiotycznie. Trzeba wam było widzieć oblicze Nialla, kiedy mu wyjaśniałam, że w jedną noc w tygodniu kobiety płacą za możliwość patrzenia, jak mężczyźni zdejmują ubrania. Pradziadek na pewno tego nie rozumiał.
- Czy mężczyźni również tak postępują? - spytał. - Chodzą w grupach do specjalnych budynków i płacą, żeby móc obejrzeć rozbierające się kobiety?
- Tak - odparłam - mężczyźni chodzą w takie miejsca znacznie częściej niż kobiety. To właśnie się zdarza w "Hooligans" w pozostałe noce tygodnia.
- I Claude zarabia w ten sposób pieniądze - oświadczył ze zdumieniem. - Dlaczego mężczyźni po prostu nie proszą kobiet o zdjęcie ubrania... skoro chcą zobaczyć ich ciała?
Wzięłam kolejny głęboki wdech, ale wypuściłam powietrze, nie próbując dalszych wyjaśnień. Niektóre tematy są po prostu zbyt skomplikowane do omówienia, szczególnie z wróżem, który nigdy tak naprawdę nie żył w naszym świecie. Bo Niall był turystą, nie mieszkańcem.
- Możemy pominąć całą tę dyskusję aż do następnego razu albo może do... nigdy? Pewnie jest coś ważniejszego, o czym chcesz porozmawiać? - spytałam.
- Naturalnie. Mogę usiąść?
- Bardzo proszę.
Usiedliśmy na kanapie, usadowieni pod kątem, tak że patrzyliśmy sobie w oczy. Nie ma to, jak mieć wróża analizującego naszą osobę - natychmiast człowiek staje się nieznośnie świadom każdej swojej skazy.
- Dobrze się wyleczyłaś - zauważył, zaskakując mnie tym.
- Tak - przyznałam, usiłując nie patrzeć w dół, jakbym się bała, że moje okaleczone udo prześwituje przez ubranie. - Potrwało to chwilę.
Niall chciał powiedzieć, że wyglądam dobrze jak na kogoś, kto był torturowany. Dwie powszechnie znane wróżki, które miały zęby zaostrzone jak uzębienie elfów, pozostawiły mi trwałą fizyczną pamiątkę. Niall i Bill przybyli na szczęście w porę i uratowali moje zdrowie psychiczne i większą część ciała, jeśli nie całe.
- Dziękuję, że zjawiłeś się wtedy na czas - powiedziałam, zmuszając się do uśmiechu. - Nigdy nie zapomnę, jaka byłam zadowolona, widząc was wszystkich.
Niall skwitował moją wdzięczność machnięciem ręki.
- Jesteś krwią z mojej krwi - powiedział.
To był dla niego dostateczny powód. Pomyślałam o stryjecznym dziadku, Dermocie, półczłowieku, synu Nialla, który wierzył, że to ojciec rzucił na niego zaklęcie szaleństwa. Trochę sprzeczne, co? O mało nie wytknęłam tego pradziadkowi, ale naprawdę chciałam zachować między nami pokój, ponieważ nie widziałam Nialla tak długo.
- Kiedy przeszedłem przez portal dzisiejszego wieczoru, wyczułem krew na terenie wokół twojego domu - oświadczył nagle. - Ludzką krew, krew wróżek... Teraz mogę powiedzieć, że na twoim poddaszu jest krew wróża, niedawno przelana. I że mieszkają tutaj teraz wróżki. Kto?
Ujął łagodnie moje dłonie w swoje i poczułam przypływ przyjemności.
- Mieszkają tutaj Claude i Dermot, ale nieregularnie - odparłam. - Kiedy Eric zostaje u mnie do rana, spędzają noc w domu Claude'a w Monroe.
Pradziadek wyglądał na bardzo, bardzo zadumanego.
- Jaką przyczynę podał ci Claude, gdy mówił, że chce przebywać w twoim domu? Dlaczego mu na to pozwoliłaś? Uprawiałaś z nim seks? - spytał.
Nie słyszałam w jego głosie ani gniewu, ani smutku, a jednak same jego pytania były dość ostre.
- Nie uprawiam seksu z krewnymi, to po pierwsze - odparowałam również całkiem ostro.
Mój szef, Sam Merlotte, powiedział mi raz, że duszki wcale nie uważają takich związków za zakazane, ale ja na pewno tak! Wzięłam jeszcze jeden głęboki wdech. Jeśli Niall zostanie bardzo długo, grozi mi hiperwentylacja.
Spróbowałam się znowu odezwać, tym razem usiłując zapanować nad oburzeniem.
- Seks pomiędzy krewnymi nie jest czymś, co my, ludzie, akceptujemy - wyjaśniłam, nakazując sobie zamilknięcie, nim wdam się w dyskusję o kwestiach prawnych. - Spałam w tym samym łóżku z Dermotem i Claude'em, ponieważ twierdzili, że dzięki temu poczują się lepiej. I, przyznaję się, pomogło to także mnie. Obaj wydawali się nieco zagubieni z powodu braku możliwości wejścia do świata wróżek. Grupka duszków pozostała tutaj, w moim świecie, i są dość nieszczęśliwe.
Starałam się ze wszystkich sił nie mówić z wyrzutem, lecz klub "Hooligans" był jak Wyspa Ellis, zanim zamknięto tam punkt przyjmowania imigrantów.
Niall nie zamierzał pozwolić, żebym odwróciła jego uwagę od głównego tematu.
- Claude naturalnie chce być blisko ciebie - stwierdził. - Towarzystwo innych osób z krwią wróżek w żyłach zawsze jest pożądane. Ale czy podejrzewałaś... Czy mógł być inny powód?
Nie wiedziałam, czy w tonie Nialla słyszę aluzję, czy było tam tylko zwykłe wahanie. Prawdę mówiąc, rzeczywiście uważałam, że dwóch wróży przyciągnęła do mnie i do mojego domu jeszcze jedna przyczyna, ale pomyślałam - miałam nadzieję! - że robią to w sposób całkowicie nieświadomy. Teraz miałam szansę uwolnić się od ciężaru wielkiej tajemnicy, a równocześnie mogłabym zdobyć więcej informacji o przedmiocie, który miałam w swoim posiadaniu. Otworzyłam usta, chcąc powiedzieć pradziadkowi o tym, co znalazłam w sekretnej przegródce w starym biurku.
Jednakże ostrożność, jakiej nauczyłam się w życiu jako telepatka... No cóż, ta ostrożność dała o sobie znać, wręcz krzycząc: "Zamknij się!".
- A ty sądzisz - spytałam go - że mieli inny powód?
Zauważyłam, że Niall wspomina głównie o swoim wnuku, pełnej krwi wróżu, Claudzie, a prawie wcale nie mówi o półczłowieku, synu, Dermocie. Ponieważ pradziadek zawsze odnosił się do mnie z wielką miłością, a w mojej krwi był jedynie śladowy procent krwi wróżek, nie mogłam pojąć, dlaczego nie jest równie czuły dla Dermota. Dermot popełnił wprawdzie wcześniej różne złe uczynki, jednakże znajdował się przecież wtedy pod wpływem zaklęcia. Zdaniem Nialla to zaklęcie nie usprawiedliwiało jego syna.
Akurat w tym momencie patrzył na mnie z powątpiewaniem, przekrzywiwszy głowę.
Natychmiast bezwiednie przybrałam swój najbardziej promienny uśmiech. Czułam się coraz bardziej skrępowana.
- Claude i Dermot byli naprawdę pomocni. Znieśli wszystkie stare przedmioty z poddasza. Sprzedałam je antykwariuszom ze Shreveport.
Pradziadek odwzajemnił się uśmiechem i wstał. Zanim zdążyłam policzyć do trzech, już sunął po schodach na piętro. Wrócił na dół parę minut później. Spędziłam ten czas, siedząc w miejscu z rozdziawionymi ustami. Nawet jak na wróża, zachowywał się zastanawiająco.
- Domyślam się, że wyczułeś tam krew Dermota? - spytałam z rezerwą.
- Widzę, że cię zirytowałem, najdroższa prawnuczko. - Uśmiechnął się do mnie ponownie, a mnie na widok jego piękna ogarnęło ciepło. - Dlaczego krwawił na poddaszu?
Nawet nie wypowiedział imienia syna.
- Przyszedł tutaj pewien człowiek, który mnie szukał. Dermot właśnie wtedy pracował i nie usłyszał nadejścia wroga. Za to tamten go dostrzegł i uderzył w głowę - wyjaśniłam, podczas gdy mój rozmówca patrzył na mnie zdezorientowany.
- Krew tego człowieka wyczułem na ziemi wokół domu?
Cóż, było ich sporo. Wampiry i ludzie, wilkołaki i wróżki... dlatego w pierwszej chwili mnie zatkało i musiałam się przez minutkę zastanowić nad odpowiedzią.
- To możliwe - odrzekłam w końcu. - Bellenos uleczył Dermota i we dwóch schwytali facetów...
Umilkłam. Na wzmiankę imienia Bellenosa oczy Nialla błysnęły, i to nie z radości.
- Elf Bellenos - upewnił się.
- Tak.
Nagle Niall odwrócił głowę i wiedziałam, że usłyszał coś, co mi umknęło.
Do tej pory najwidoczniej byliśmy tak mocno pogrążeni w rozmowie, że mogliśmy nie usłyszeć samochodu zbliżającego się podjazdem, teraz wszakże do uszu Nialla dotarł odgłos klucza przekręcanego w zamku.
- Kuzynko, podobał ci się pokaz?! - zawołał Claude z kuchni, a ja miałam czas pomyśleć, po raz kolejny już dziś, "o cholera!".
I wtedy do salonu weszli Claude i Dermot.
Zapanowała lodowata cisza. Trzej wróże mierzyli się wzrokiem niczym rewolwerowcy podczas strzelaniny w O.K. Corral. Każdy z nich czekał, aż inny wykona jakiś rozstrzygający gest, który ustali, czy będą walczyć, czy gawędzić.
- Mój dom, moje zasady - obwieściłam i zerwałam się z kanapy, jak gdyby ktoś właśnie podpalił mi dupsko. - Żadnych awantur! Żadnych! Nie życzę sobie!
Zapadło pełne napięcia milczenie, a potem odezwał się Claude.
- Oczywiście, że nie, Sookie - powiedział. - Książę Niallu... dziadku... obawiałem się, że już nigdy więcej cię nie zobaczę.
- Claude - odparł Niall, kiwając wnukowi głową.
- Witaj, ojcze - przemówił Dermot bardzo spokojnie.
Niall nawet na niego nie spojrzał.
Co za żenada!
Wróżki. Nigdy proste. Moja babcia Adele na pewno by się ze mną zgodziła. Miała przecież z bratem bliźniakiem Dermota, Fintanem, wieloletni romans, w wyniku którego urodzili się moja ciocia Linda i mój ojciec Corbett (oboje nie żyją od lat).
- Może nadszedł czas na szczerą rozmowę - zasugerowałam, próbując wyglądać na pewną siebie. - Niallu, może mógłbyś nam powiedzieć, dlaczego udajesz, że Dermota tu nie ma. I dlaczego rzuciłeś na niego przekleństwo obłędu.
Psychoanalityczka wróżek - moja nowa specjalność.
Albo i nie. Niall posłał mi swoje najbardziej wyniosłe spojrzenie.
- Przeciwstawił mi się - odparował, przechylając głowę ku synowi.
Dermot pochylił swoją. Nie wiedziałam, czy spuścił wzrok, bo nie chce prowokować ojca, ukrywa wściekłość, czy po prostu nie potrafi wymyślić, od czego zacząć.
Pokrewieństwo z Niallem, nawet dalekie pokrewieństwo, nie jest łatwe. Nie potrafiłam sobie wyobrazić jeszcze bliższej więzi. Gdyby piękno Nialla i jego moc łączyły się z logiką postępowania i szlachetnością celu, przypominałby anioła.
Ta myśl chyba nie mogła wpaść mi do głowy w bardziej niedogodnym momencie.
- Dziwnie na mnie patrzysz - zauważył pradziadek. - Co się stało, najdroższa prawnuczko?
- W czasie, który Dermot tutaj spędził - odparłam - był dobry, schludny i pracowity. Mogę mu zarzucić jedynie lekką niestabilność umysłową, stanowi ona jednak bezpośredni skutek szaleństwa, w które popadł na wiele lat. Więc dlaczego mu to zrobiłeś? "Przeciwstawił mi się" to naprawdę nie jest odpowiedź.
- Nie masz prawa mnie pytać - obwieścił Niall najbardziej królewskim tonem. - Jestem jedynym żyjącym księciem świata wróżek.
- Nie wiem, dlaczego oznacza to, że nie mogę ci zadawać pytań. Jestem Amerykanką - odparłam, unosząc dumnie głowę.
Piękne oczy taksowały mnie chłodno.
- Kocham cię - powiedział tonem, który zaprzeczał tym słowom - ale zbyt wiele sobie pozwalasz.
- Jeśli mnie kochasz albo nawet jeśli chociaż szanujesz mnie trochę, musisz odpowiedzieć na moje pytanie. Bo ja kocham także Dermota.
Claude stał całkowicie nieruchomo, doskonale udając, że jest neutralny niczym Szwajcaria. Wiedziałam, że nie zamierza stanąć po mojej stronie, po stronie Dermota czy nawet Nialla. Claude interesował się wyłącznie samym sobą.
- Sprzymierzyłeś się z wodnymi wróżkami - wytknął Niall Dermotowi.
- Po tym, jak rzuciłeś na mnie przekleństwo - zaprotestował stryjeczny dziadek, na sekundę podnosząc wzrok i patrząc na księcia.
- Pomogłeś zabić ojca Sookie - ciągnął Niall. - Twojego bratanka.
- Wcale nie - odrzekł cicho Dermot. - I nie mylę się co do tego. Nawet Sookie mi wierzy i pozwala tutaj mieszkać.
- Nie byłeś przy zdrowych zmysłach - zauważyłam. - Wiem, że gdybyś nie był pod wpływem zaklęcia, nigdy byś tego nie zrobił.
- Widzisz jej życzliwość, a jednak nie masz dla mnie uczuć - pożalił się Dermot. - Dlaczego mnie przekląłeś? Dlaczego? - pytał, spoglądając bezpośrednio na ojca, a na twarzy miał wypisane straszliwe nieszczęście.
- Tylko że to nie ja rzuciłem na ciebie przekleństwo - oznajmił Niall. Wydawał się szczerze zaskoczony. Nareszcie zwracał się wprost do Dermota. - Nie ogłupiłbym własnego syna, półczłowieka czy nie.
- Claude mi powiedział, że to ty mnie zaczarowałeś.
Stryjeczny dziadek popatrzył na Claude'a, który ciągle nie reagował, czekając na rozwój wypadków.
- Claude - odezwał się Niall, a od siły jego głosu aż mi zadudniło w głowie. - Kto ci to powiedział?
- To sprawa powszechnie znana wśród duszków - odburknął kuzyn.
Najwyraźniej przygotowywał się wcześniej na to pytanie i wiedział, co odpowiedzieć.
- Według kogo? - Niall nie zamierzał ustąpić.
- Murry mi o tym powiedział.
- Murry ci powiedział, że rzuciłem zaklęcie na własnego syna? Murry, przyjaciel mojego wroga Breandana?!
Na wspaniałym obliczu pradziadka dostrzegłam niedowierzanie.
"Ten Murry, którego zabiłam rydlem babci?" - zadałam sobie w myślach pytanie, ale doskonale wiedziałam, że lepiej nie przerywać rozmowy moim gościom.
- Murry powiedział mi o tym, zanim przeszedł na stronę wroga - odparł Claude, broniąc się.
- A kto powiedział o tym Murry'emu? - naciskał Niall z lekkim gniewem w głosie.
- Nie wiem. - Claude wzruszył ramionami. - Mówił z takim przekonaniem, że nigdy tego nie kwestionowałem.
- Claude, chodź ze mną - oznajmił Niall po minucie nabrzmiałego milczenia. - Porozmawiamy z twoim ojcem i resztą naszych ludzi. Odkryjemy, kto rozpuszcza tę plotkę na mój temat. I dowiemy się, kto faktycznie przeklął Dermota, kto kazał mu się tak zachowywać.
Można by pomyśleć, że Claude będzie zachwycony propozycją, ponieważ bardzo chciał powrócić do świata wróżek, odkąd nie mógł tam wejść. A jednak wyglądał w tym momencie na strasznie zirytowanego, chociaż jedynie przez chwilę.
- A Dermot? - spytałam.
- Teraz powrót byłby dla niego zbyt niebezpieczny - odparł Niall. - Ten, kto rzucił przekleństwo, może tam na niego czekać i podjąć dalsze działania przeciw niemu. Wezmę ze sobą Claude'a... A ty, Claude, jeśli sprawisz jakieś kłopoty z powodu swoich ludzkich zachowań...
- Rozumiem. Dermocie, czy przejmiesz klub do mojego powrotu?
- Przejmę - odparł stryjeczny dziadek, choć wydawał się tak oszołomiony nagłym zwrotem wydarzeń, że nie byłam pewna, czy wie, co mówi.
Niall pochylił się i pocałował mnie w usta. Subtelny zapach wróżek wypełnił mi nos. Potem on i Claude niemal wyfrunęli tylnymi drzwiami i zniknęli w lesie.
"Wyszli" byłoby po prostu aż nadto głupawym słowem na określenie ruchów, jakie wykonali.
Zostaliśmy w moim starym salonie sami z Dermotem. Ku mojej konsternacji wróż (który wyglądał nawet trochę młodziej niż ja) zaczął płakać. Kolana się pod nim ugięły i całe jego ciało się zatrzęsło. Przycisnął do oczu dłonie.
Przeszłam dzielące nas kilka metrów i osunęłam się na podłogę obok niego. Objęłam go ramieniem.
- Na pewno nie spodziewałam się niczego takiego - zapewniłam go.
Zaskoczył mnie, gdy się roześmiał. Czknął, uniósł wzrok i spojrzał mi w oczy. Wyciągnęłam wolną rękę i sięgnęłam po stojące obok dużego rozkładanego fotela pudełko z papierowymi chusteczkami. Wyjęłam jedną i oklepałam nią mokre policzki Dermota.
- Nie mogę uwierzyć, że jesteś dla mnie taka miła - jęknął. - Wydawało mi się to niesamowite od samego początku, szczególnie zważywszy wszystko to, co Claude ci powiedział.
Prawdę powiedziawszy, sama byłam nieco zaskoczona.
- Nie jestem przekonana - powiedziałam szczerze, z serca - czy w ogóle byłeś na miejscu zdarzenia w noc śmierci moich rodziców. Jeśli jednak się tam znalazłeś, myślę, że robiłeś to pod przymusem. Znamy się już trochę i uważam, że jesteś naprawdę kochany.
Oparł się o mnie jak zmęczone dziecko. Do tej pory zwykły mężczyzna postarałby się nad sobą zapanować. I byłby zakłopotany, że okazywał wrażliwość. A Dermot jawnie i z chęcią pozwalał mi się pocieszać.
- Czujesz się teraz lepiej? - spytałam po paru minutach.
Westchnął głęboko. Wiedziałam, że wciąga mój zapach wróżki i że to mu pomoże.
- Tak - przyznał. - Tak.
- Prawdopodobnie musisz wziąć prysznic i dobrze się wyspać - doradziłam mu, szukając w głowie słów, które nie zabrzmiałyby kompletnie nieprzekonująco. Jak gdybym rozpieszczała małego brzdąca! - Założę się, że Niall i Claude wrócą błyskawicznie i będziesz miał szansę...
Wtedy musiałam zamilknąć, ponieważ właściwie nie wiedziałam, czego właściwie Dermot pragnie. Claude, który - aż do tej pory - rozpaczliwie starał się znaleźć sposób powrotu do świata wróżek, właśnie zdołał spełnić własne życzenie. Wcześniej zakładałam, że taki sam cel przyświeca stryjecznemu dziadkowi. Ale od momentu, w którym wraz z Claude'em przerwaliśmy czar, nigdy Dermota o to nie spytałam.
Kiedy powlókł się do łazienki, obeszłam dom, sprawdzając wszystkie okna i drzwi, co stanowiło część mojego conocnego rytuału. Umyłam i wytarłam kilka naczyń, a podczas tej czynności usiłowałam sobie wyobrazić, co robią w tym momencie Claude i Niall. Ciekawe, jak wygląda świat wróżek? Jak kraina Oz w filmach?
- Sookie - odezwał się Dermot i natychmiast wróciłam do teraźniejszości.
Stał w kuchni ubrany w kraciaste spodnie od piżamy, swój normalny nocny strój. Złote włosy wciąż miał wilgotne po prysznicu.
- Czujesz się lepiej? - spytałam z uśmiechem.
- Tak. Moglibyśmy spać razem dziś w nocy?
Równie dobrze mógłby zapytać: "Możemy złapać wielbłąda i trzymać go w domu jak pieska?". Z powodu indagacji Nialla dotyczących mnie i Claude'a od razu uznałam prośbę Dermota za dość dziwaczną. Nie byłam po prostu w nastroju na "czułostki z wróżkami", bez względu na to, jak niewinne były zamiary stryjecznego dziadka. Zresztą, muszę przyznać, że nie miałam wcale pewności, czy Dermot nie ma na myśli czegoś więcej poza spaniem.
- Eee... nie.
Wyglądał na tak rozczarowanego, że poczułam się winna. Nie mogłam tego znieść, musiałam się wytłumaczyć.
- Słuchaj, rozumiem, że nie masz na myśli seksu ze mną, i wiem, że parę razy w przeszłości wszyscy spaliśmy w tym samym łóżku, i spaliśmy wtedy jak kamień... To był dobry pomysł, kuracja lecznicza. Istnieje jednak pewnie z dziesięć powodów, dla których nie chcę tego powtarzać. Po pierwsze, jest to po prostu naprawdę osobliwe... z ludzkiego punktu widzenia. Po drugie, kocham Erica i powinnam kłaść się do łóżka jedynie z nim. Po trzecie, jesteś ze mną spokrewniony, więc, śpiąc obok ciebie, mogłabym się poczuć naprawdę nieprzyjemnie. Poza tym jesteś tak podobny do mojego brata, że mógłbyś za niego uchodzić, co sprawia, że sytuacja nawet z lekka erotyczna wydaje mi się podwójnie niesmaczna. Wiem, że nie wymieniłam dziesięciu powodów, lecz sądzę, że wystarczy...
- Nie uważasz mnie za atrakcyjnego?
- Och, to nie ma zupełnie nic do rzeczy! - Podniosłam głos, więc przerwałam, dając sobie sekundę na uspokojenie, po czym kontynuowałam już ciszej: - To nie ma znaczenia, czy uważam cię za atrakcyjnego. Oczywiście, że jesteś przystojny. Dokładnie tak samo jak mój brat. Ale nie żywię wobec ciebie uczuć erotycznych, a spanie w jednym łóżku z tobą uważam za nieco dziwne. Więc nie będziemy już więcej spać razem, żeby znajdować w tym pociechę.
- Wybacz, że cię zdenerwowałem - bąknął jeszcze żałośniejszym tonem.
Znowu ogarnęło mnie poczucie winy. Niemniej, powiedziałam sobie, że muszę stłumić wyrzuty sumienia.
- Nie sądzę, żeby ktokolwiek inny na świecie miał takiego stryjecznego dziadka jak ty - oświadczyłam, chociaż postarałam się o delikatny ton.
- Nigdy więcej nie poruszę tego tematu. Szukałem jedynie pociechy.
Popatrzył na mnie wielkimi oczyma, ale kąciki ust drgały mu w lekkim uśmiechu.
- Będziesz musiał po prostu pocieszyć się sam - odparowałam opryskliwie.
Kiedy wychodził do kuchni, uśmiechał się.
Tej nocy, po raz pierwszy odkąd pamiętam, zamknęłam drzwi mojej sypialni na klucz. Przekręcając zatrzask, czułam się paskudnie i odnosiłam wrażenie, że obrażam Dermota swoimi podejrzeniami. A jednak ostatnie kilka lat nauczyło mnie, że jedno z ulubionych powiedzeń mojej babci jest prawdziwe. Tak, lepiej zapobiegać, niż leczyć.
Jeśli Dermot przekręcał gałkę moich drzwi w nocy, spałam zbyt twardo, żeby to usłyszeć. Ale skoro spałam tak mocno, może - na jakimś podstawowym poziomie - ufałam stryjecznemu dziadkowi. Albo ufałam zamkowi. Następnego dnia, po przebudzeniu, usłyszałam, że Dermot pracuje na poddaszu. Jego kroki rozlegały się tuż nad moją głową.
- Zaparzyłam kawę! - zawołałam po jakimś czasie, stając przy schodach i zadzierając głowę.
Dermot znalazł się na dole w ciągu minuty. Zdobył skądś dżinsowy kombinezon, a ponieważ nie nosił pod nim koszuli, wyglądał jak kandydat do szeregu striptizerów z ubiegłej nocy. Byłby Seksownym Farmerem z Dużymi Widłami. Spytałam Seksownego Farmera milczącym gestem, czy chce grzankę, a on kiwnął głową, radosny jak dzieciak. Dermot uwielbia powidła śliwkowe, a ja miałam słoiczek przygotowanych przez Maxine Fortenberry, przyszłą teściową Holly. Na widok tego słoiczka uśmiech Dermota jeszcze bardziej się rozszerzył.
- Starałem się wykonać jak najwięcej roboty, póki nie jest jeszcze tak gorąco - wyjaśnił. - Mam nadzieję, że cię nie obudziłem.
- Nie. Spałam jak zabita. Co robisz dzisiaj na poddaszu?
Dermot zainspirował się programem HGTV i postanowił zainstalować drzwi na poddaszu, dzięki czemu odgrodzi część dużego pomieszczenia przeznaczoną na magazynowanie; resztę przestrzeni przerabiał na sypialnię dla siebie. Wcześniej sypiał razem z Claude'em na drugiej kondygnacji, gdzie mieściły się mała sypialnia i salon. Kiedy uprzątnęliśmy poddasze, od razu postanowił "zmienić przeznaczenie" tego miejsca. Już pomalował ściany, a także dokonał naprawy i renowacji podłogi z desek. Przypuszczałam, że uszczelnił także okna.
- Podłoga jest teraz sucha, więc postawiłem nowe ściany. Dziś zajmuję się futryną, na której zawieszę drzwi. Mam nadzieję skończyć dzisiaj lub jutro. Więc jeśli masz cokolwiek, co chciałabyś składować, pomieszczenie niedługo będzie gotowe.
Kiedy wróże pomogli mi znieść wszystko, co znajdowało się na zagraconym poddaszu, pozbyłam się zgromadzonego przez kolejne generacje rodziny Stackhouse'ów rumowiska - zarówno skarbów, jak i śmieci. Jestem osobą dość praktyczną, wiem więc, że rozpadające się ze starości przedmioty, nieruszane przez dziesięciolecia, nikomu do niczego się nie przydadzą, toteż śmieci do spalenia utworzyły naprawdę wielki stos. Co ładniejsze meble i inne rzeczy sprzedałam właścicielom sklepu z antykami w Shreveport. Kiedy odwiedziłam "Splendide" tydzień temu, Brenda Hesterman i Donald Callaway oznajmili mi, że zdążyli już sprzedać kilka mniejszych przedmiotów.
Podczas gdy para antykwariuszy przebywała w moim domu, oglądając potencjalne przedmioty do nabycia, w jednym ze starych mebli, biurku, Donald odkrył sekretną szufladkę. W niej znalazłam prawdziwy skarb: list, który babcia napisała do mnie, oraz unikatową pamiątkę.
Dermot odwrócił głowę, słysząc jakiś hałas, który do mnie jeszcze nie dotarł.
- Nadjeżdża motocykl - oświadczył, gryząc grzankę z powidłami; mówił głosem niesamowicie podobnym do głosu Jasona.
Wróciłam do rzeczywistości.
Znam tylko jedną osobę, która regularnie jeździ motocyklem.
Chwilę później usłyszałam odgłos wyłączanego silnika, po czym rozległo się stukanie do drzwi frontowych. Westchnęłam, myśląc, że powinnam zapamiętać takie dni jak ten i przypomnieć je sobie następnym razem, gdy poczuję się samotna. Miałam na sobie szorty, w których sypiam, oraz duży stary podkoszulek z krótkim rękawem, i byłam w ogólnym nieładzie, ale będzie to wyłącznie problem niezapowiedzianego gościa.
Na frontowym ganku rzeczywiście stał Mustapha Khan, dzienny facet Erica. Ponieważ dziś było zbyt gorąco na skórzaną kurtkę, jego wygląd "Blade'a" nieco ucierpiał. Ale nawet w drelichowej koszuli bez rękawów, dżinsach i ciemnych okularach, których prawie nigdy nie zdejmował, zdołał się prezentować całkiem groźnie. Nosił geometryczną fryzurę a la Wesley Snipes z niektórych filmów i byłam pewna, że przypiąłby sobie do paska ogromne pistolety, gdyby tylko ustawa o broni palnej mu na to pozwalała.
- Dzień dobry - zagaiłam z umiarkowanym zadowoleniem. - Chcesz filiżankę kawy? Albo szklankę lemoniady?
Dołączyłam lemoniadę, ponieważ patrzył na mnie jak na wariatkę.
Pokręcił głową ze wstrętem.
- Nie przyjmuję środków pobudzających - odparował, a mnie przemknęło przez głowę, niestety zbyt późno, że już mi kiedyś o tym wspominał. - Niektórzy ludzie po prostu przesypiają życie - wytknął mi, zerknąwszy na zegar na gzymsie kominka.
Poszliśmy do kuchni.
- Niektórzy ludzie wrócili do domu bardzo późno ubiegłej nocy - odparowałam, kiedy Mustapha, który jest wilkołakiem, zesztywniał na widok (wyczuł też zapach) "Farmera Dermota".
- Widzę właśnie, jaki rodzaj pracy wykonywałaś do późna - obwieścił.
Już miałam wytłumaczyć, że to Dermot pracował do późna, podczas gdy ja jedynie oglądałam go przy tej robocie, jednakże z powodu tonu, jakim mówił Mustapha, zrezygnowałam z tego planu. Wilkołak nie zasłużył sobie na żadne wyjaśnienia.
- Och, nie bądź idiotą, wiesz, że to mój stryjeczny dziadek - burknęłam. - Dermocie, spotkałeś przedtem Mustaphę Khana, dziennego faceta Erica?
Pomyślałam, że taktowniej będzie nie wspominać faktu, że prawdziwe nazwisko Mustaphy brzmi KeShawn Johnson.
- Nie wygląda jak czyjś stryjeczny dziadek - warknął wilkołak.
- A jednak nim jest, chociaż, prawdę mówiąc, to nie twoja sprawa.
Dermot uniósł jasną brew.
- Przeszkadzam ci tutaj? - spytał. - Siedzę sobie i jem śniadanie z wnuczką mojego brata. Dla mnie twoja obecność nie stanowi żadnego problemu.
Mustapha postanowił najwyraźniej wrócić do typowej dla siebie i będącej istotnym elementem jego wizerunku stoickiej niczym u wyznawcy zen obojętności, toteż po kilku sekundach znów był spokojny.
- Jeśli nie przeszkadzasz Ericowi, dlaczego miałbyś przeszkadzać mnie? - spytał. (Byłoby miło, gdyby wcześniej uświadomił sobie ten fakt). - Przybyłem powiedzieć ci o kilku sprawach, Sookie.
- Pewnie. Siadaj.
- Nie, dziękuję. Nie zabawię aż tak długo.
- Warren z tobą nie przyjechał?
Warren bardzo często siedział za Mustaphą na siodełku jego motocykla. Był chudym małym facetem, dawnym przestępcą, o bladej skórze, potarganych jasnych włosach i szczelinach między zębami, lecz równocześnie dał się poznać jako świetny snajper i wielki przyjaciel Mustaphy.
- Nie sądziłem, że będę tu potrzebował broni palnej.
Odwrócił wzrok. Wydawał się naprawdę poirytowany. Zastanowiło mnie to. Wilkołakom niełatwo czyta się w myślach, ale nie trzeba telepaty, by zobaczyć, że z Mustaphą Khanem jest coś nie w porządku.
- Miejmy nadzieję, że nikt nie będzie jej tutaj potrzebował. Co takiego dzieje się w Shreveport, że nie mogłeś powiedzieć mi o tym przez telefon?
Usiadłam i czekałam, aż przekaże mi wiadomość. Zamiast przysyłać wilkołaka, Eric mógł naturalnie zostawić informację na mojej automatycznej sekretarce albo nawet wysłać mi e-mail - ale jak większość wampirów, nie miał zbyt dużego zaufania do urządzeń elektronicznych, szczególnie jeśli wiadomość była naprawdę ważna.
- Chcesz, żeby słyszał? - Kiwnął głową w stronę Dermota.
- Może lepiej, żebyś o niczym nie wiedział - zasugerowałam stryjecznemu dziadkowi, który spojrzał twardo na dziennego faceta niebieskimi oczyma, ostrzegając go, żeby się dobrze zachowywał, po czym wstał, wziął kubek i wyszedł. Usłyszeliśmy skrzypienie schodów, kiedy wróż się po nich wspinał. W momencie, gdy Mustapha wychwycił wilkołaczym słuchem, że Dermot znajduje się dostatecznie daleko, usiadł naprzeciwko mnie i położył ręce na stole, jedną bardzo precyzyjnie obok drugiej. Styl i poza.
- Okej, czekam - mruknęłam w końcu.
- Felipe de Castro przybywa do Shreveport, ponieważ chce porozmawiać o zniknięciu swojego kumpla Victora.
- O cholera! - wyrwało mi się.
- Powiedz to, Sookie, nawarzyliśmy sobie piwa.
Uśmiechnął się.
- I to jest... to? To jest cała wiadomość?
- Eric chce, żebyś jutro w nocy przyjechała do Shreveport powitać króla.
- Nie zobaczę Erica aż do tej pory?
Czułam, że bezwiednie zrobiłam podejrzliwą minę. To mi wcale nie pasowało. Jeśli mnie i Northmanowi nie uda się spędzać razem więcej czasu, problemy w naszym związku tylko się pogłębią.
- Eric musi się przygotować - odparł Mustapha, wzruszając ramionami. - Nie wiem, czy zabrał się za czyszczenie szafek w łazience, zmienia pościel czy może robi coś innego. "Muszę się przygotować", tak mi powiedział.
- No dobra - stwierdziłam. - I tyle? To jest cała wiadomość? - powtórzyłam.
Zawahał się.
- Mam ci do przekazenia jeszcze parę innych wiadomości, nie od Erica. Dwie.
Zdjął okulary przeciwsłoneczne, odsłaniając oczy, które kojarzyły się z kulkami czekoladowymi. Opuścił wzrok. Nie był zadowolony.
- W porządku, jestem gotowa.
Zagryzłam usta. Skoro Mustapha potrafi podchodzić spokojnie do nieuchronnie zbliżającej się wizyty Felipe'a, ja także mogę. Chociaż groziło nam wielkie niebezpieczeństwo. Oboje wzięliśmy przecież udział w planie mającym na celu schwytanie w zasadzkę Victora Maddena, regenta stanu Luizjana, mianowanego na to stanowisko przez króla Nevady, Felipe'a de Castro, i pomogliśmy zabić tego pierwszego oraz wybić w pień towarzyszące mu osoby. Co więcej, byłam prawie przekonana, że Felipe to wszystko podejrzewa, i to ze sporą pewnością.
- Pierwsza rzecz, od Pam.
Skłonna do ironii blondynka, dziecko Erica, wampirzyca Pam, była najbliższą przyjaciółką, jaką miałam wśród nieumarłych.
Kiwnęłam głową, pozwalając Mustaphie przekazać wiadomość.