Sookie Stackhouse. Na zawsze martwy - Charlaine Harris

-
Proszę czekać

 

PODZIĘKOWANIA

 

Przez ostatnie czternaście lat mieszkałam z młodą kobietą nazywającą się Sookie Stackhouse, która w pewnym momencie stała mi się równie znajoma jak własna kieszeń. Gdy przypomnę sobie nasze początki, wydają mi się prawie nieprawdopodobne - w roku 1999 napisałam pierwszy rozdział historii Sookie, a później mój agent, Joshua Bilmes, mocno się namęczył, chcąc znaleźć wydawcę dla tej opowieści. Po dwóch latach John Morgan z Ace uznał publikację Martwego aż do zmroku za dobry pomysł. Dlatego do tych dwóch panów kieruję bardzo, bardzo istotne podziękowania. Joshua jest moim agentem od początku mojej pisarskiej kariery aż do dziś, a z Johnem nadal się przyjaźnię.

Kiedy John Morgan opuścił (tymczasowo) wydawnictwo Penguin, zajęła się mną znana redaktor naczelna, Ginjer Buchanan. Pracownicy Ginjer stale się zmieniają, jednakże to Kat Sherbo ułatwiła przeprowadzenie niesamowicie trudnego projektu, który mogłabym nazwać "Sookie Stackhouse i spółka". I zrobiła to z wielką chęcią.

Ogromne podziękowania należą się z mojej strony również twórczyni okładek, dzięki której moje książki są tak bardzo charakterystyczne. Liso Desimini, zawsze będę Ci za to wdzięczna.

Jest wiele osób, którym pragnę wyrazić wdzięczność, i chociaż obawiam się, że kogoś pominę, spróbuję. Do Na zawsze martwego adwokat Mike Epley udzielił mi nieocenionych porad, tak zresztą jak w przypadku poprzednich tomów. Mike, dziękuję, że poświeciłeś swój czas i odpowiadałeś na moje długie e-maile dotyczące kobiet, które wpadły w kłopoty prawne, ponieważ spotykały się z wampirami. Wszelkie błędy, jakie popełniłam w tej dziedzinie, są wyłącznie moje i na pewno nie podważają perfekcji Mike'a jako prawnika.

Nie mogę nie wspomnieć o dwóch przyjaciółkach, które stały się moimi czytelniczkami i doradczyniami - przyjaciółkach, które w ubiegłych kilku latach nieprzerwanie przekazywały mi swoje uwagi oraz wyrazy otuchy i zachęty. Bez nich cały ten projekt byłby znacznie, znacznie trudniejszy. Dano Cameron i Toni L.P. Kelner... kocham Was. FPC na zawsze!

Jeśli chodzi o moją stronę internetową, www.charlaineharris.com, wielkie podziękowania za poświęcenie kieruję pod adresem Dawn Fratini, która na początku nie miała pojęcia, w co się angażuje i jak bardzo się ta strona rozwinie. Skoro już dziękuję za stronę internetową, chcę wyrazić wdzięczność moim moderatorkom, dawnym i obecnym, które nie tylko pomagały mi w niezwykle denerwujących sytuacjach, lecz stały się także moimi przyjaciółkami. Wśród byłych moderatorek są Katie Phalen, Debi Murray, Beverly Battillo i Kerri Sauer. Moderatorki, które nadal obsługują stronę, to: Victoria Koski, Michele Schubert, MariCarmen Eroles i Lindsay Barnett. Rebecca Melson była ogromnie pomocna w bardzo wielu sprawach.

Wreszcie, wielkie uściski wdzięczności dla Pauli Woldan, znanej również jako bffpaula, mojej asystentki, bliskiej przyjaciółki i nieodłącznej towarzyszki podróży w nieznane. Podczas naszych wojaży świetnie się bawiłyśmy w towarzystwie cudownych ludzi, a ja mogłam się odprężyć i cieszyć spotkaniami, ponieważ Paula zawsze wiedziała, co się aktualnie dzieje.

Victoria Koski, która nosi zupełnie inny kapelusz niż stetson moderatorki, swoim pojawieniem się ocaliła mnie przed zatonięciem w morzu detali, w które obfituje seria o Sookie Stackhouse. Victoria przejęła kontrolę statku w samą porę, dzięki czemu powstrzymała go przed zatonięciem i od tamtej pory wciąż utrzymuje nas mniej więcej na właściwym kursie. Dziękuję, Nadzwyczajna Redaktorko.

Alan Ball, który uwielbia moje książki, wprost niewiarygodnie je promował, kiedy uznał, że na ich podstawie można stworzyć dobry serial telewizyjny. Dzięki, Alanie, za godziny rozrywki i za niezwykłe doznania, których nigdy bym nie doświadczyła, gdybyście Ty, Christina i Gianna nie stali się częścią mojego życia.

Kiedy zaczęłam pisać powieści o Sookie, moja córka miała osiem lat. Obecnie kończy college. Ten fakt, bardziej niż jakikolwiek inny wyznacznik czasowy, szokuje mnie, uświadamia mi bowiem, jak długo opisywałam przygody Sookie. W tym miejscu zatem podziękuję mojej rodzinie - a w szczególności mężowi - za to, że znosiła wszystkie moje okresy roztargnienia i nieuwagi, a także niespodziewanych gości i kłopotliwe zainteresowanie nieznajomych. Halu, Patricku, Timothy, Julio... kocham Was nad życie. A nowi członkowie naszej rodziny są mi tak samo drodzy.

Najgłębszą wdzięczność pragnę wyrazić Wam, Czytelnicy, za Wasze oddanie i zaangażowanie w świat postaci, które wymyśliłam. Dziękuję, że byliście ze mną zarówno przy tych tomach, które odniosły sukces, jak i przy tych, które trochę nie dorównywały moim aspiracjom. Zawsze staram się dać z siebie wszystko, gdyż w mojej opinii jest to część niepisanej umowy, jaką pisarz zawiera z Czytelnikiem. Wysoko sobie cenię niesamowite reakcje emocjonalne, które otrzymałam od Was w zamian za moją pracę.

Charlaine Harris

 

PROLOG

Styczeń

Tej nocy, kiedy nowoorleański biznesmen, któremu siwe włosy nadawały wygląd człowieka po pięćdziesiątce, spotkał się z diabłem w dzielnicy French Quarter, towarzyszył mu dużo młodszy i wyższy mężczyzna - ochroniarz i szofer zarazem. Spotkanie zostało uzgodnione wcześniej.

- Ten, kogo zobaczymy, to naprawdę diabeł? - spytał ochroniarz.

Był zdenerwowany, co jednak w takim przypadku nie powinno zbytnio zaskakiwać.

- Nie Szatan, nie, lecz jednak diabeł. - Biznesmen był z pozoru całkowicie spokojny i opanowany, ale w środku już nie tak bardzo. - Odkąd podszedł do mnie na bankiecie w izbie handlowej, dowiedziałem się o wielu sprawach, o których wcześniej nie miałem pojęcia. - Rozejrzał się wokół, próbując dostrzec istotę, z którą zgodził się spotkać, po czym powiedział ochroniarzowi: - Przekonał mnie, że jest tym, za kogo się podaje. Zawsze myślałem, że moja córka po prostu się łudzi. Uważałem, że wyobraziła sobie, że posiada moc, ponieważ chciała mieć coś... własnego. Teraz jestem skłonny przyznać, że dziewczyna ma pewien dar, chociaż wcale nie taki, jak sądzi. - W tę styczniową noc, nawet w Nowym Orleanie, powietrze było chłodne i wilgotne. Dla rozgrzewki biznesmen przestępował z nogi na nogę. - Najwyraźniej spotkania na rozdrożu to tradycja - oznajmił ochroniarzowi. Ulica nie była tak ruchliwa, jak bywała latem, a jednak kręcili się na niej pijacy, turyści i mieszkańcy poszukujący nocnych rozrywek. Biznesmen powtarzał sobie, że się nie boi. - Och, oto i on - dodał głośno.

Podobnie jak biznesmen, diabeł był osobnikiem dobrze ubranym. Krawat miał od Hermesa, garnitur produkcji włoskiej, buty wykonano na zamówienie. Jego oczy były wyjątkowo jasne, białka - lśniące, tęczówki - fioletowawobrązowe, widziane pod pewnym kątem wydawały się niemal czerwone.

- Co masz dla mnie? - spytał diabeł głosem, który sygnalizował zaledwie lekkie zainteresowanie jego właściciela.

- Dwie dusze - odparł biznesmen. - Tyrese zgodził się przyjść tutaj ze mną.

Diabeł spojrzał teraz na ochroniarza, który po chwili skinął głową. Ochroniarz był wielkim mężczyzną, Afroamerykaninem o dość jasnej karnacji i jasnoorzechowych oczach.

- Z własnej woli? - spytał diabeł obojętnie. - Obaj?

- Z własnej woli - odrzekł biznesmen.

- Z własnej woli - potwierdził jego towarzysz.

- W takim razie przejdźmy do interesów - oświadczył diabeł.

Dzięki słowu "interesy" biznesmen poczuł się swobodniej. Uśmiechnął się.

- Wspaniale. Mam tu dokumenty, są podpisane.

Tyrese otworzył cienką skórzaną teczkę i wyjął z niej dwie kartki: nie był to pergamin czy ludzka skóra, nic tak spektakularnego ani egzotycznego - zwykły papier komputerowy, który sekretarka biznesmena zakupiła w sklepie OfficeMax. Tyrese podał kartki diabłu, a ten obrzucił je szybkim spojrzeniem.

- Musicie je podpisać ponownie - powiedział. - Na ten podpis atrament nie wystarczy.

- Myślałem, że żartujesz w tej sprawie - wyznał biznesmen, marszcząc brwi.

- Nigdy nie żartuję - odparował diabeł. - Mam poczucie humoru, o tak, wierz mi, że mam. Lecz nie w kwestii kontraktów.

- Naprawdę musimy...?

- Podpisać krwią? Tak, absolutnie tak. To tradycja. I podpiszcie je teraz. - We właściwy sposób odczytał spojrzenie biznesmena z ukosa. - Obiecuję, że nikt nie zobaczy, co robicie - dorzucił.

Kiedy to powiedział, nagła cisza otoczyła trzech mężczyzn i pomiędzy nimi a resztą ulicy powstała gruba powłoka.

Biznesmen westchnął ciężko, pokazując, jak melodramatyczna jest w jego opinii ta tradycja.

- Tyrese, twój nóż? - spytał, patrząc na ochroniarza.

Nóż Tyrese'a pojawił się szokująco nagle, gdyż prawdopodobnie ochroniarz wysunął go z rękawa kurtki; był bez wątpienia ostry i błyszczał w świetle ulicznej latarni. Biznesmen zrzucił płaszcz i wręczył go towarzyszowi. Rozpiął mankiet i podwinął rękaw. Być może, chcąc pokazać diabłu, jak bardzo jest twardy, wbił sobie ostrze w lewe ramię. Nagrodą za jego wysiłek była niemrawa strużka krwi i mężczyzna popatrzył diabłu prosto w twarz, przyjmując pióro, które tamten jakoś tak wyjął... ruchem jeszcze płynniejszym, niż Tyrese wydobył nóż. Biznesmen zanurzył pióro w smudze krwi i napisał swoje nazwisko na szczycie dokumentu, który ochroniarz-szofer trzymał przyciśnięty do skórzanej teczki.

Po podpisaniu biznesmen wręczył nóż swojemu człowiekowi i włożył płaszcz. Tyrese poszedł w ślady pracodawcy. Kiedy podpisał kontrakt, dla wysuszenia krwi podmuchał na kartkę, tak jakby użył mazaka i tusz mógł się rozmazać.

Gdy mężczyźni podpisali dokumenty, diabeł uśmiechnął się, a wówczas wcale już nie wyglądał jak zamożny przedsiębiorca.

Wyglądał na zbyt, cholera, szczęśliwego.

- Zarobiłeś premię - oznajmił biznesmenowi - ponieważ przyprowadziłeś do mnie drugą duszę. Nawiasem mówiąc, jak się czujecie?

- Dokładnie tak jak zawsze - odparł biznesmen. Zapiął płaszcz. - Może jestem trochę rozgniewany. - Uśmiechnął się nagle i jego zęby wydały się równie ostre i błyszczące jak nóż. - A ty, Tyrese? - spytał swojego pracownika.

- Trochę podenerwowany - wyznał ochroniarz. - Ale nic mi nie będzie.

- Zacznijmy od tego, że obaj byliście złymi ludźmi - stwierdził diabeł tonem, którym wcale ich nie osądzał. - Dusze niewinnych są słodsze. Niemniej jednak cieszę się, że do mnie należycie. Przypuszczam, że trzymacie się typowej listy życzeń? Bogactwo i klęska waszych wrogów?

- Tak, chcę właściwie tego - zgodził się biznesmen z żarliwą szczerością. - Mam jeszcze kilka próśb, jako że dostaję premię... A może mam ją wziąć w gotówce?

- Och - odrzekł diabeł z lekkim uśmiechem. - Nie zajmuję się gotówką. Handluję przysługami.

- Mogę wrócić do ciebie z tą sprawą? - spytał biznesmen po chwili zadumy. - Oferta będzie ważna?

Diabeł wyglądał na nieco bardziej zainteresowanego.

- Nie chcesz alfa romeo ani nocy z Nicole Kidman? Ani największego domu we French Quarter?

Biznesmen stanowczo pokręcił głową.

- Jestem pewny, że pojawi się coś, czego naprawdę zapragnę, a wówczas chciałbym zyskać wielką szansę na zdobycie tego. Aż do Katriny odnosiłem sukcesy jako przedsiębiorca. A po przejściu huraganu sądziłem, że się wzbogacę, ponieważ posiadałem firmę handlującą tarcicą. Wtedy każdy potrzebował drewna. - Głęboko zaczerpnął tchu, po czym podjął opowieść, chociaż diabeł wyglądał na wręcz znudzonego. - Ale przywrócenie linii zaopatrzenia okazało się trudne. Wielu ludzi nie miało pieniędzy, gdyż byli zrujnowani, reszta z kolei czekała na pieniądze od firm ubezpieczeniowych. Popełniłem kilka błędów, wierząc, że niektórzy przedsiębiorcy budowlani zapłacą mi na czas... Ostatecznie moja działalność za bardzo się rozbudowała, wszyscy wokół mieli wobec mnie długi, moja linia kredytowa była napięta jak kondom na słoniu. Wiedza o tych szczegółach rozeszła się... - Popatrzył ze smutkiem. - Tracę wpływy, które miałem w tym mieście.

Możliwe, że diabeł wiedział o tych sprawach i właśnie dlatego zbliżył się do biznesmena. W każdym razie wyraźnie nie interesowała go wygłoszona przez tamtego litania nieszczęść.

- Bogactwo zatem - podsumował wesoło. - Z niecierpliwością oczekuję na twoją specjalną prośbę. Tyrese, a czego ty chcesz? Mam również twoją duszę.

- Nie wierzę w duszę - odparł beznamiętnie Tyrese. - I nie sądzę, żeby mój szef wierzył w istnienie czegoś takiego. Bez problemów możemy więc oddać ci coś, w czego posiadanie nie wierzymy.

Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, patrząc na diabła otwarcie, jak mężczyzna na mężczyznę, co było błędem. Bo diabeł nie był mężczyzną.

Odwzajemnił się ochroniarzowi uśmiechem. A wtedy Tyrese natychmiast spoważniał.

- Czego chcesz? - powtórzył diabeł. - Nie spytam po raz wtóry.

- Chcę Gypsy Kidd. Jej prawdziwe nazwisko brzmi Katy Sherboni, jeśli go potrzebujesz. Dziewczyna pracuje w Bourbon Street Babes. Chcę, żeby kochała mnie tak, jak ja ją kocham.

Biznesmen popatrzył na swojego pracownika z zawiedzioną miną.

- Tyrese, wolałbym, żebyś poprosił o coś bardziej trwałego. W Nowym Orleanie seks jest wszędzie, gdzie spojrzysz, a takich panienek jak Gypsy znajdziesz na pęczki.

- Myli się pan - upierał się Tyrese. - Nie sądzę, żebym miał duszę, lecz wiem, że kocha się raz w życiu. Ja kocham Gypsy. Jeśli ona też mnie pokocha, będę szczęśliwym facetem. A gdy pan zarobi, szefie, i ja zarobię. Wystarczy mi. Nie jestem zachłanny.

- Ale ja uwielbiam zachłanność - wtrącił się diabeł niemal łagodnie. - Tyrese, możesz w pewnym momencie pożałować, że nie prosiłeś, na przykład, o obligacje państwowe.

Szofer pokręcił głową.

- Będę zadowolony. Dasz mi, panie, Gypsy, a wszystko inne będzie w porządku. Ja to wiem.

Diabeł popatrzył na niego wzrokiem, w którym prawdopodobnie byłaby litość, gdyby diabeł potrafił odczuwać tego typu emocje.

- Bawcie się dobrze, słyszycie? - powiedział do obu dopiero co pozbawionych dusz mężczyzn. Nie potrafili odgadnąć: drwi sobie z nich czy też jest szczery? - Tyrese, nie zobaczysz mnie więcej... aż do naszego ostatecznego spotkania. - Spojrzał na biznesmena. - Spotkamy się pewnego dnia w przyszłości. Proszę po prostu do mnie zadzwonić, kiedy będziesz gotowy na swoją premię. Oto moja wizytówka.

Biznesmen wziął gładki biały kartonik. Napisano na nim jedynie numer telefonu. Nie był to ten sam numer, pod który dzwonił wcześniej, w celu ustalenia daty pierwszego spotkania.

- A jeśli to będzie za wiele lat... od dziś? - spytał.

- Nie będzie - zapewnił go diabeł, ale jego głos docierał już z coraz większej odległości.

Biznesmen podniósł wzrok i zobaczył, że diabeł znajduje się już o pół kwartału od nich, a gdy tamten zrobił kolejne siedem kroków, jakby się wtopił w brudny chodnik, ostatecznie pozostawiając tylko ulotne wrażenie w chłodnym, wilgotnym powietrzu. Biznesmen i szofer odwrócili się i pośpiesznie rozeszli w przeciwne strony. Szofer już nigdy nie zobaczył diabła w tej postaci. Biznesmen nie zobaczył go aż do czerwca.

Czerwiec

Daleko stąd - tysiące kilometrów stąd - na plaży w Baja leżał wysoki, szczupły mężczyzna. Nie przebywał w jednym z ośrodków wypoczynkowych, gdzie narażałby się na spotkanie z wieloma innymi gringos, którzy mogliby go rozpoznać. Był stałym klientem rozpadającego się baru, a właściwie chałupy. Za niewielką opłatą gotówką właściciel wypożyczał gościom wielki ręcznik i parasol plażowy, a od czasu do czasu wysyłał też syna z kolejnym drinkiem. Tak długo, dopóki gość pił.

Chociaż wysoki mężczyzna sączył jedynie coca-colę, płacił za nią ogromne pieniądze - ale albo nie zdawał sobie z tego sprawy, albo o to nie dbał. W kąpielówkach, kapeluszu i okularach przeciwsłonecznych siedział na ręczniku, kuląc się w rzucanym przez parasol cieniu. Blisko niego leżał stary plecak, a obok na piasku klapki japonki wydzielające słaby zapach gorącej gumy. Wysoki słuchał muzyki z iPoda, a uśmiech wskazywał, że mężczyźnie bardzo się podoba to, co słyszy. Podniósł kapelusz i przeczesał palcami włosy. Były w odcieniu złotoblond, choć można było dostrzec paseczek odrostów, sugerujących, że naturalny kolor to niemal siwizna. Oceniając po ciele, mężczyzna liczył sobie czterdzieści kilka lat. Miał małą głowę w stosunku do szerokich barków i nie wyglądał na człowieka przyzwyczajonego do pracy fizycznej. Nie wyglądał też na kogoś bogatego; jego cały strój - japonki, spodenki do pływania, kapelusz i rzucona obok koszula - pochodził z Wal-Martu albo jeszcze tańszego sklepu.

W Baja nie opłaca się wyglądać na zamożnego, nie w obliczu obecnej sytuacji. Nie było to bezpieczne, nawet gringos doświadczali bowiem czasem przemocy, toteż większość turystów zatrzymywała się w kurortach o ustalonej reputacji, przylatując i odlatując bez przejazdu przez kraj. Wokół mieszkało również kilku innych cudzoziemców, przeważnie mężczyzn stanu wolnego, otoczonych atmosferą desperacji... lub skrytości. Powodów, dla których wybrali takie niebezpieczne miejsce do życia, lepiej było nie poznawać. Zadawanie pytań bywa ryzykowne.

Jeden z tych cudzoziemców, niedawno przybyły, podszedł właśnie i usiadł obok wysokiego mężczyzny, zbyt blisko jak na tak pustą plażę. Wysoki posłał nieproszonemu gościowi spojrzenie z ukosa zza ciemnych okularów, które bez wątpienia przepisał mu lekarz. Przybysz był osobnikiem trzydziestokilkuletnim, ani wysokim, ani niskim, ani przystojnym, ani brzydkim, ani chudym, ani muskularnym - w sensie fizycznym był we wszystkich kwestiach średniakiem. Ten średni mężczyzna obserwował już od kilku dni wysokiego i wysoki był przekonany, że tamten prędzej czy później do niego podejdzie.

"Średniak" starannie wybrał moment optymalny. Teraz siedzieli w odludnym miejscu na plaży, gdzie nikt inny nie mógłby ich ani usłyszeć, ani podejść niezauważony; nawet gdyby wziąć pod uwagę umieszczone w atmosferze satelity, było mało prawdopodobne, że ktoś ich zobaczy, nie będąc równocześnie przez nich dostrzeżonym. Wyższy mężczyzna był w dużej mierze ukryty pod parasolem plażowym. Zauważył, że jego gość siedzi w cieniu.

- Czego słuchasz? - spytał średni mężczyzna, wskazując słuchawki w uszach wysokiego.

Mówił ze słabym akcentem; może niemieckim? W każdym razie z jednego z tych europejskich krajów, pomyślał wysoki, który nieczęsto podróżował. Nieznajomy miał też niezwykle nieprzyjemny uśmiech. Uśmiech, który na pozór wyglądał normalnie - uniesione kąciki ust i obnażone zęby - ale efekt bardziej kojarzył się ze zwierzęciem błyskającym zębami, zanim ugryzie ofiarę.

- Jesteś gejem? Nie interesuje mnie to - oznajmił wysoki. - W rzeczywistości zostaniesz osądzony i skazany na karę ognia piekielnego.

- Lubię kobiety - odparł tamten. - Bardzo lubię. Czasami bardziej, niż one tego chcą. - Jego uśmiech stał się teraz wręcz dziki. - Czego słuchasz? - spytał ponownie.

Wysoki mężczyzna zastanawiał się przez chwilę, wpatrując się z gniewem w obcego. Minęło jednak sporo dni, odkąd z kimś rozmawiał. W końcu postanowił powiedzieć prawdę.

- Pewnego kazania - odrzekł.

Średni mężczyzna okazał jedynie lekkie zdziwienie.

- Naprawdę? Kazania? Nie wziąłbym cię za duchownego - stwierdził, lecz jego uśmiech mówił co innego.

Wysoki zaczął odczuwać niepokój. Pomyślał o broni w plecaku, leżącym od niego w odległości mniejszej niż długość ręki. Dobrze, że kiedy go wcześniej odkładał, przynajmniej nie zapiął sprzączki.

- Mylisz się, ale Bóg cię za to nie ukaże - oświadczył spokojnie. On z kolei uśmiechał się łagodnie. - Słucham jednego z moich starych kazań. Głosiłem Bożą prawdę tłumom.

- Nikt ci nie uwierzył? - Średni z zaciekawieniem przekrzywił głowę.

- Wielu mi uwierzyło. Wielu. Przyciągnąłem całkiem sporo wyznawców. Jednakże pewna dziewczyna o imieniu... Pewna dziewczyna spowodowała mój upadek. Wepchnęła też moją żonę do więzienia... w pewnym sensie.

- Czy ta dziewczyna nazywa się Sookie Stackhouse? - spytał średni mężczyzna, zdejmując okulary przeciwsłoneczne i ujawniając niesamowicie jasne oczy.

Wyższy gwałtownie odwrócił głowę w jego stronę.

- Skąd wiesz? - spytał.

Czerwiec

Diabeł jadł pączki, powoli i starannie, kiedy do jego stolika przed lokalem podszedł biznesmen. Zauważył w krokach Copleya Carmichaela sprężystość. Przedsiębiorca wyglądał na człowieka zamożnego bardziej niż wówczas, gdy był spłukany. Obecnie często pojawiał się na gospodarczych stronach gazet. Dzięki zastrzykowi kapitału znów bardzo szybko został liczącą się w Nowym Orleanie potęgą ekonomiczną, a i jego znaczenie polityczne wzrosło wraz z pieniędzmi, które wpompował w nowoorleańską rzężącą gospodarkę, zniszczoną wcześniej obezwładniającym ciosem Katriny. Z którym to huraganem - jak diabeł błyskawicznie informował każdego, kto spytał - nie miał naprawdę nic wspólnego.

Dzisiaj Copley wyglądał na mężczyznę zdrowego i energicznego, dziesięć lat młodszego, niż w rzeczywistości liczył. Bez pozdrowienia usiadł przy stole diabła.

- Gdzie pański człowiek, panie Carmichael? - spytał diabeł po wypiciu łyka kawy.

Biznesmen był zajęty zamawianiem drinka u kelnera, kiedy jednak młody mężczyzna odszedł, odpowiedział od razu:

- Tyrese ma obecnie kłopoty i dałem mu trochę wolnego.

- Ta młoda kobieta? Gypsy?

- Oczywiście - odparł Carmichael, nieco drwiąco. - Wiedziałem, że jeśli o nią poprosi, nie będzie zadowolony z rezultatów, ale był przekonany, że prawdziwa miłość w końcu zwycięży.

- I nie zwyciężyła?

- O tak, dziewczyna szaleje za Tyrese'em. Kocha go tak bardzo, że przez cały czas uprawia z nim seks. Nie potrafiła się powstrzymać, chociaż wiedziała, że jest nosicielką wirusa HIV... I faktem tym nie podzieliła się z Tyrese'em.

- Ach - mruknął diabeł. - Nie moja robota, ten wirus. Więc jak idzie Tyrese'owi?

- Zaraził się - odparł biznesmen, wzruszając ramionami. - Leczy się, a obecnie ta choroba nie równa się natychmiastowemu wyrokowi śmierci, jak to kiedyś bywało. Podchodzi jednak do tej sprawy niezwykle emocjonalnie. - Pokręcił głową. - Zawsze myślałem, że ma lepsze wyczucie.

- Rozumiem, że chcesz poprosić o swoją premię - przerwał mu diabeł.

Biznesmen nie widział związku pomiędzy tymi dwiema sprawami.

- Tak - przyznał. Szeroko uśmiechnął się do diabła i pochylił, po czym ledwie słyszalnym szeptem powiedział w zaufaniu: - Wiem już dokładnie, czego pragnę. Chcę, żebyś mi znalazł cluviel dor.

Diabeł wyglądał na autentycznie zaskoczonego.

- Jak się dowiedziałeś o istnieniu tak rzadkiego przedmiotu?

- Moja córka wspomniała o nim w rozmowie - odrzekł biznesmen bez cienia wstydu. - Zabrzmiało interesująco, niestety, przerwała opowieść, zanim podała mi nazwisko osoby, która go rzekomo posiada. Dlatego skłoniłem pewnego znajomego, żeby włamał się do jej poczty e-mailowej. Powinienem był to zrobić wcześniej. Pouczające doświadczenie. Córka mieszka z facetem, któremu nie ufam. Po naszej ostatniej rozmowie tak się na mnie rozzłościła, że odmówiła ponownego spotkania ze mną. Ale teraz mogę mieć ją na oku bez jej wiedzy, dzięki czemu mogę ją chronić przed złymi wyborami.

Był całkowicie szczery, gdy to mówił. Diabeł zobaczył, że Carmichael wierzy, że kocha córkę, i wydaje mu się, że wie, co jest dla niej najlepsze w każdych okolicznościach.

- Czyli że Amelia rozmawiała z kimś o cluviel dor - podsunął diabeł. - I z tego powodu później poruszyła ten temat z tobą. Jakie to ciekawe. Nikt nie miał takiego przedmiotu od... no cóż, od kiedy pamiętam. Cluviel dor wykonały wróżki... i, rozumiesz, nie są to maleńkie, urocze istotki ze skrzydłami.

Carmichael skinął głową.

- Ze zdumieniem odkryłem, co istnieje wokół mnie - przyznał się. - Muszę teraz wierzyć we wróżki. I muszę brać pod uwagę możliwość, że może moja córka nie jest wcale taka stuknięta, jak uważałem. Chociaż sądzę, że łudzi się co do własnej mocy.

Diabeł uniósł idealne brwi. W rodzinie Carmichaelów łudziło się najwyraźniej więcej osób niż jedna.

- Co do cluviel dor... wróżki zużyły je wszystkie. Nie wierzę, że zostały jakieś na Ziemi, a do świata duszków od czasu przewrotu nie mogę wejść. Kilka przedmiotów wyrzucono z ich krainy... lecz nikt tam nie wejdzie.

Wyglądał na lekko rozżalonego.

- Jeden cluviel dor jest dostępny i z tego, co słyszałem, ukryła go gdzieś pewna przyjaciółka mojej córki - wtrącił Copley Carmichael. - Wiem, że potrafisz go znaleźć.

- Fascynujące - ocenił diabeł zupełnie szczerze. - A do czego go chcesz? Gdy go znajdę, o co poprosisz?

- Chcę, żeby córka do mnie wróciła - odrzekł Carmichael. Przejęcie, z jakim to powiedział, było niemal namacalne. - Chcę władzy, by zmienić życie córki. Czyli że nie mam wątpliwości, czego sobie zażyczę, gdy wyśledzisz ten przedmiot dla mnie. Kobieta, która wie, gdzie on jest... prawdopodobnie nie może go oddać. Otrzymała go w spadku po babci, a poza tym nie przepada za mną.

Diabeł odwrócił twarz ku porannemu słońcu, a jego oczy na krótko zapłonęły na czerwono.

- Wyobrażam to sobie. Nadam bieg sprawom. Nazwisko przyjaciółki twojej córki, tej, która może wiedzieć, gdzie znajduje się cluviel dor?

- Kobieta jest w Bon Temps. Miejscowość na północy, niezbyt daleko od Shreveport. Sookie Stackhouse.

Diabeł pokiwał powoli głową.

- Słyszałem to nazwisko.

Lipiec

Następnym razem, gdy diabeł spotkał się z Copleyem Carmichaelem, trzy dni po rozmowie w "Café du Monde", pojawił się przy stoliku biznesmena w "Commander's Palace". Carmichael czekał na zamówiony obiad i był zajęty rozmową przez telefon komórkowy z kontrahentem, który chciał rozszerzyć linię kredytową. Carmichael podchodził do sprawy z niechęcią i bez ogródek wyjaśnił powody. Kiedy podniósł wzrok, stał przed nim diabeł w tym samym garniturze, który miał na sobie podczas ich pierwszego spotkania. Wyglądał na spokojnego i prezentował się nienagannie.

Gdy Carmichael odłożył telefon, diabeł wsunął się na krzesło naprzeciwko.

Biznesmen, kiedy rozpoznał diabła, aż podskoczył. A ponieważ nienawidził być zaskakiwany, zachował się nierozsądnie.

- Co, do diabła, sobie myślisz, wchodząc tutaj? - warknął. - Nie poprosiłem cię o spotkanie!

- Co, do diabła... w samej rzeczy - odrzekł jego gość, który nie wydawał się obrażony. Zamówił whiskey single malt u kelnera, który nieoczekiwanie zjawił się obok niego. - Przypuszczam, że chciałbyś wysłuchać nowin na temat swojego cluviel dor.

Wyraz twarzy Carmichaela zmienił się w jednej chwili.

- Znalazłeś go! Masz go!

- To smutne, panie Carmichael, ale nie mam - stwierdził diabeł. (Nie wydawał się smutny). - Coś dość niespodziewanego pokrzyżowało nasze plany.

Kelner postawił szklankę whiskey z niejaką nonszalancją, a diabeł wypił łyk i skinął głową.

- Co takiego? - spytał Carmichael, z gniewu prawie niezdolny przemówić.

- Panna Stackhouse użyła cluviel dor i magia przedmiotu się wyczerpała.

Przez moment panowało milczenie przepełnione wszelkimi emocjami, które diabeł tak lubił.

- Zniszczę ją! - wysyczał Copley Carmichael jadowitym tonem, z najwyższym trudem starając się mówić cicho. - Pomożesz mi w tym. Wezmę to zamiast cluviel dor.

- O rany. Wykorzystał pan swoją premię, panie Carmichael. Nie może pan być zachłanny.

- Ale nie zdobyłeś dla mnie cluviel dor!

Carmichael, mimo faktu, że był doświadczonym biznesmenem, nie potrafił ukryć zdziwienia i oburzenia.

- Znalazłem i byłem gotów wyjąć go jej z kieszeni - wyjaśnił diabeł. - Wszedłem w ciało kogoś, kto za nią stał. Niestety, kobieta skorzystała z przedmiotu, zanim zdążyłem go jej wyrwać. A wszak przysługą, o którą prosiłeś, było znalezienie go. Użyłeś tych słów dwukrotnie i raz powiedziałeś "wyśledź go". Nasza transakcja się zakończyła.

Dopił drinka.

- Przynajmniej pomóż mi dokonać na niej zemsty - warknął Carmichael; twarz miał czerwoną z wściekłości. - Przeciwstawiła się nam obu.

- Nie mnie - odparował diabeł. - Widziałem pannę Stackhouse z bliska i rozmawiałem z wieloma osobami, które ją znają. Wydaje się interesującą kobietą. I nie mam powodu wyrządzać jej krzywdy. - Wstał. - Właściwie, jeśli mogę ci coś radzić, porzuć ten pomysł. Ona ma potężnych przyjaciół, w tym twoją córkę.

- Moja córka włóczy się z wiedźmami - odparował Carmichael. - Nigdy nie była w stanie sama na siebie zarobić, nie w pełni. Sprawdziłem jej "przyjaciół", bardzo dyskretnie. - Westchnął z gniewem i irytacją. - Rozumiem, że ich moc jest rzeczywista. Wierzę w to teraz. Niechętnie. A jak wykorzystują posiadaną moc? Najsilniejsza spośród tych wiedźm mieszka w chałupie! - Zastukał kłykciami o blat stołu. - Moja córka mogłaby być kimś w społeczności tego miasta. Mogłaby pracować dla mnie i prowadzić akcje dobroczynne, a zamiast tego żyje w swoim małym świecie ze swym nieudacznym chłopakiem. Tak jak jej przyjaciółka Sookie. Ale załatwię tę sprawę. Jak wielu potężnych przyjaciół może mieć kelnerka?

Diabeł zerknął w lewo. Dwa stoliki dalej siedział korpulentny mężczyzna o ciemnych włosach, sam przy stole zastawionym jedzeniem. Mężczyzna wytrzymał spojrzenie diabła bez mrugnięcia okiem czy odwrócenia wzroku, co potrafi niewielu. Po długiej chwili ci dwaj skinęli sobie głowami. Carmichael wpatrywał się w diabła.

- Za Tyrese'a nie jestem ci już nic dłużny - powiedział tamten. - A ty jesteś mój na zawsze. Biorąc pod uwagę twoje obecne działania, mogę cię mieć szybciej, niż oczekiwałem.

Uśmiechnął się, a gdy na jego gładkiej twarzy pojawiła się mrożąca krew w żyłach mina, wstał od stołu i wyszedł. Carmichael wściekł się jeszcze bardziej, gdy musiał zapłacić za trunek diabła. Nie dostrzegł korpulentnego mężczyzny. Tamten jednak zauważył jego.

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Gdy wstałam rano następnego dnia po wskrzeszeniu mojego szefa, znalazłam go, jak siedział na wpół rozebrany na szezlongu na podwórku za moim domem. Była godzina dziesiąta w lipcowy dzień i słońce zalewało podwórze jaskrawym ciepłem. Włosy Sama zmieniły się w tym świetle w miedzianozłotą, połyskującą plątaninę. Zeszłam po schodach za domem i przeszłam przez podwórze, a wtedy Merlotte otworzył oczy. Byłam wciąż jedynie w koszuli nocnej i nie miałam ochoty nawet myśleć o swojej fryzurze. Moje włosy przypominały zapewne jedno wielkie kłębowisko.

- Jak się czujesz? - spytałam bardzo cicho.

Gardło miałam obolałe od krzyku, jaki wydałam z siebie ubiegłej nocy na widok Sama wykrwawiającego się na ziemi podwórza za wiejskim domem, który Alcide Herveaux odziedziczył w spadku po ojcu. Mój szef podciągnął nogi, robiąc mi miejsce na szezlongu. Na dżinsach miał plamy własnej zaschniętej krwi. Pierś pozostawił obnażoną; koszula była zapewne zbyt brudna, by w ogóle chciał jej dotykać.

Przez długi czas nie odpowiadał. Chociaż niby udzielił mi wcześniej milczącej zgody, żebym usiadła obok niego, teraz jakby nie przyjmował do wiadomości mojej obecności.

- Nie wiem, jak się czuję - wyznał w końcu. - Nie czuję się sobą. Jakby coś we mnie się zmieniło.

Wzdrygnęłam się. Tego się właśnie obawiałam.

- Wiem... to znaczy, mówiono mi... że za magię zawsze trzeba zapłacić pewną cenę - odparłam. - Myślałam jednak, że to ja poniosę koszty. Wybacz.

- Przywróciłaś mnie do życia - stwierdził pozbawionym emocji głosem. - Sądzę, że potrzebuję czasu na przystosowanie.

Poruszyłam się niespokojnie.

- Jak długo tu jesteś? - spytałam. - Mogę ci podać sok pomarańczowy albo kawę? Śniadanie?

- Wyszedłem z domu kilka godzin temu - odparł. - Leżałem na ziemi. Potrzebowałem ponownego kontaktu.

- Z czym?

Być może nie byłam tak rozbudzona, jak mi się zdawało.

- Z własną naturą - odrzekł bardzo powoli i wyraźnie. - Zmiennokształtni są dziećmi natury. Ponieważ potrafimy się przemieniać w wiele różnych istot. To nasza mitologia. Kiedyś, zanim zmieszaliśmy się z rasą ludzką, mawialiśmy, że gdy nas stworzono, matka całej Ziemi pragnęła istot tak uniwersalnych, żeby mogły zastąpić każdą rasę, której grozi wymarcie. I tymi istotami byli zmiennokształtni. Mogę popatrzeć na zdjęcie tygrysa szablastozębnego i stać się nim. Wiedziałaś o tym?

- Nie - odparłam.

- Myślę, że pojadę do domu. Pojadę do mojej przyczepy i... - Urwał w pół zdania.

- I co?

- Znajdę jakąś koszulę - odrzekł wreszcie. - Czuję się dziwnie. Twoje podwórze wygląda zdumiewająco.

Byłam zdezorientowana i dość mocno zmartwiona. W pewnym stopniu rozumiałam, że Sam - zanim otrząśnie się z traumy związanej ze śmiercią i powrotem do świata żywych - będzie potrzebował trochę czasu w samotności. Ale znałam go od lat, więc martwiło mnie, że wydaje się taki inny. Przez ostatnie kilka lat byłam jego przyjaciółką, pracownicą, wspólniczką w interesach, a od czasu do czasu wychodziliśmy gdzieś razem - łączyły nas wszystkie te sprawy i znacznie więcej, toteż wcześniej mogłabym przysiąc, że Merlotte nie zdoła mnie niczym zaskoczyć.

Obserwowałam go, mrużąc oczy, kiedy wyjmował kluczyki z kieszeni dżinsów. Wstałam, żeby mógł się zsunąć z szezlongu i pójść do pikapa. Wsiadł do kabiny i przez długi moment patrzył na mnie przez przednią szybę. Potem przekręcił kluczyk w stacyjce. Podniósł rękę, a mnie ogarnęła fala przyjemności. Opuścił boczną szybę. Krzyknął mi coś na pożegnanie. Później jednak wycofał pikap, zawrócił i powoli zjechał podjazdem do Hummingbird Road. Odjechał bez słowa. Żadnego "Do zobaczenia później", "Wielkie dzięki" czy "Pocałuj mnie w dupę".

I co miał na myśli, mówiąc, że moje podwórze wygląda zdumiewająco? Był tutaj przedtem setki razy!

Przynajmniej tę zagadkę szybko rozwiązałam. Kiedy się odwróciłam i ruszyłam noga za nogą do domu - po niezwykle zielonej trawie - zauważyłam, że trzy krzaczki z pomidorami, które posadziłam kilka tygodni temu, są obwieszone dojrzałymi czerwonymi warzywami. Na ten widok aż zatrzymałam się w miejscu. Kiedy to się stało? Ostatnim razem, gdy na nie patrzyłam, może z tydzień temu, wyglądały kiepsko i miałam wrażenie, że pilnie trzeba je podlać i nawieźć. Ten po lewej chyba ledwie zipał (jeśli można tak powiedzieć o roślinie). Teraz wszystkie trzy krzaczki bujnie rosły, liście miały zielone, a ich gałęzie uginały się pod ciężarem pomidorów. Jak gdyby ktoś nawiózł je potężnie skondensowaną wersją Miracle-Gro.

Z otwartymi ustami obróciłam się i zaczęłam sprawdzać wszystkie inne krzewy, a także kwiaty na dziedzińcu, a rośnie ich tam dużo. Wiele kobiet z rodziny Stackhouse'ów było namiętnymi ogrodniczkami i sadziły róże, margerytki, hortensje, grusze... Rosło tu wiele kwitnących i zielonych roślin, posadzonych przez pokolenia kobiet z mojej rodziny. A ja źle się sprawiałam, nie utrzymując tej flory w dobrej kondycji.

Ale... Co, do cholery? Podczas gdy trwałam przez ostatnie kilka dni pogrążona w smutku, cały dziedziniec przyjmował sterydy. Albo może Wesoły Zielony Olbrzym* złożył roślinności wizytę? Wszystko, co miało rozkwitać, było obwieszone olśniewającymi kwiatami, a wszystko, co miało rodzić owoce, było od nich aż ciężkie. Pozostałe okazy były zielone, lśniące i gęste. Jak do tego doszło?

Zerwałam parę szczególnie dojrzałych, okrągłych pomidorów i zabrałam je do domu. Wiedziałam, że na lunch zjem kanapkę z bekonem i pomidorem, przedtem jednak miałam do załatwienia kilka spraw.

Odszukałam telefon komórkowy i sprawdziłam listę kontaktów. Tak, miałam numer do Bernadette Merlotte. Bernadette, zwana Bernie, była istotą zmiennokształtną, matką Sama. Chociaż straciłam matkę jako siedmiolatka (może więc nie byłam najlepszym ekspertem), uważałam, że Sam ma z Bernie dobre relacje. Jeśli istnieje pora odpowiednia na wezwanie matki, teraz właśnie nadeszła.

Nie powiem, żebyśmy odbyły przyjemną pogawędkę, nasza rozmowa była też krótsza, niż być powinna, lecz w chwili, gdy odkładałam słuchawkę, Bernie Merlotte pakowała już torbę, wybierając się do Bon Temps. Miała tu dotrzeć późnym popołudniem.

Czy postąpiłam właściwie? Po rozpatrzeniu sprawy w myślach uznałam, że tak, a następnie zdecydowałam, że powinnam wziąć wolny dzień. Może więcej niż jeden. Zadzwoniłam do "Merlotte'a" i powiedziałam Kennedy, że mam grypę. Zgodziła się, że zadzwonią do mnie jedynie w sytuacji kryzysowej, a w przeciwnym razie zostawią mnie w spokoju i pozwolą się wykurować.

- Nie sądziłam, że można w lipcu zachorować na grypę. Ale Sam zadzwonił i podał ten sam powód - oznajmiła Kennedy wesoło.

Cholera, pomyślałam.

- Może ty go zaraziłaś albo on ciebie? - zasugerowała łobuzersko.

Nic nie odpowiedziałam.

- Okej, okej, zadzwonię tylko wówczas, jeśli będzie się paliło - zakończyła. - Baw się dobrze, walcząc z grypą.

Nie zamierzałam się martwić się plotkami, które bez wątpienia zaczną krążyć. Dużo spałam i dużo płakałam. Wysprzątałam wszystkie szuflady w sypialni: w nocnym stoliku, w toaletce, w komodzie. Wyrzuciłam bezużyteczne przedmioty, a inne rzeczy podzieliłam na grupy według pewnego porządku, który wydawał mi się sensowny. I czekałam na wieści od... kogokolwiek.

A jednak telefon nie zadzwonił. Otaczała mnie cisza. Nie miałam nic, oprócz dużej ilości pomidorów. Kładłam je na kanapki, a minutę po zerwaniu z krzaczków czerwonych warzyw na gałęziach pojawiały się nowe, zielone. Usmażyłam kilka zielonych, a kiedy reszta dojrzała, po raz pierwszy w życiu przygotowałam sos salsa. Kwiaty kwitły, kwitły i kwitły, aż miałam pełen wazon prawie w każdym pomieszczeniu. Nawet poszłam na cmentarz i położyłam wiązankę na grobie babci, a drugi bukiet na ganku Billa. Gdybym żywiła się kwiatami, miałabym na każdy posiłek pełen talerz.

Gdzie indziej

Rudowłosa kobieta wyszła za bramę więzienia powoli i nieufnie, jak gdyby podejrzewała, że ktoś robi jej dowcip. Zamrugała w oślepiającym słońcu i ruszyła ku drodze. Stał tam zaparkowany samochód, lecz kobieta nie zwróciła na niego uwagi. Nawet nie przyszło jej do głowy, że pasażer auta czeka na nią.

Z przedniego siedzenia obok kierowcy wysiadł średni mężczyzna. Tak właśnie pomyślała o nim rudowłosa: "średni". Włosy miał średniobrązowe, był średniego wzrostu, średniej budowy i miał przeciętny uśmiech. Jego zęby jednakże błyskały, białe i doskonałe. Ciemne okulary skrywały oczy.

- Pani Fowler! - zawołał. - Przyjechaliśmy po panią.

Rudowłosa odwróciła się do niego z wahaniem. Słońce zaświeciło jej w oczy i popatrzyła spod przymrużonych powiek. Przeżyła tak dużo - rozbite małżeństwa i inne związki z mężczyznami, samotne macierzyństwo, zdrady, ranę od kuli. Nie zamierzała być teraz łatwym celem.

- Kim jesteś? - spytała, nie tracąc gruntu pod nogami, chociaż wiedziała, że słońce niemiłosiernie podkreśla każdą zmarszczkę na jej twarzy i wszelkie niedoskonałości taniej farby do włosów, którą wcześniej nałożyła w więziennej łazience.

- Nie rozpoznajesz mnie? Spotkaliśmy się na przesłuchaniu. - Głos średniego mężczyzny brzmiał niemal łagodnie.

Mężczyzna zdjął ciemne okulary i kobiecie coś zaświtało w głowie.

- Jesteś prawnikiem, tym, który mnie stąd wyciągnął - odparła z uśmiechem. - Nie wiem, dlaczego to zrobiłeś, ale mam wobec ciebie dług. Na pewno nie powinnam siedzieć w więzieniu. Chcę zobaczyć moje dzieci.

- I zobaczysz - obiecał mężczyzna. - Zapraszam. - Otworzył tylne drzwi samochodu i dał znak kobiecie, żeby wsiadła. - Wybacz. Powinienem cię nazywać panią Fowler.

Chętnie wsiadła, wdzięczna, że może się osunąć na miękkie siedzenie, z przyjemnością upajając się chłodnym powietrzem. Takiego fizycznego komfortu nie doświadczyła od miesięcy. Człowiek nie docenia miękkich siedzisk i ludzkiej uprzejmości (albo dobrego materaca i włochatych ręczników), dopóki ich nie straci.

- Wiele razy byłam mężatką i wiele razy bywałam singielką - odparła. - Nie dbam o to, jak mnie nazywasz. Co za wspaniały samochód!

- Cieszę się, że się pani podoba - wtrącił kierowca, wysoki osobnik o przyciętych bardzo krótko siwiejących włosach. Odwrócił się, popatrzył przez ramię na rudowłosą i uśmiechnął się do niej. Również on zdjął ciemne okulary.

- O mój Boże - oznajmiła zupełnie innym tonem. - To ty! Naprawdę ty! We własnej osobie. Sądziłam, że zamknęli cię w więzieniu. A ty jesteś tutaj. - Czuła nabożny podziw dla niego i jednocześnie była zdezorientowana.

- Tak, siostro - stwierdził. - Wiem, jaką byłaś oddaną wyznawczynią. I pokazałaś, ile jesteś warta. A teraz w podziękowaniu mogłem ci pomóc opuścić więzienie, na pobyt w którym w żadnym wypadku sobie nie zasłużyłaś.

Zapatrzyła się przed siebie. W swoim sercu znała własne grzechy i zbrodnie. Ale słyszeć, że taki szanowany człowiek - ktoś, kogo widziała w telewizji! - uważa ją za osobę dobrą... to był balsam na jej duszę.

- Więc dlatego wyłożył pan całą tę kasę na moją kaucję? To przecież cholernie dużo pieniędzy, proszę pana. Więcej niż zarobiłam w całym moim życiu.

- Chcę bronić cię z takim oddaniem, z jakim ty broniłaś mnie - odparł wysoki bez zająknienia. - A poza tym wiemy, że nie uciekniesz.

Uśmiechnął się do niej, a Arlene pomyślała, że miała wielkie szczęście. To, że ktoś wpłacił za nią kaucję w wysokości setek tysięcy dolarów, wydawało się cudowne. Właściwie, wręcz podejrzanie cudowne.

Ale, pomyślała, jak na razie jest dobrze.

- Zawieziemy cię do domu, do Bon Temps - powiedział średni mężczyzna. - Będziesz mogła zobaczyć swoje dzieci, małą Lisę i małego Coby'ego.

Wypowiedział imiona jej dzieci w taki sposób, że poczuła się nieswojo.

- Nie są już takie małe - bąknęła, chcąc zagłuszyć lekkie wątpliwości. - Ale na pewno, chole... Na pewno jednak chcę się z nimi spotkać. Tęskniłam za nimi każdego dnia, który spędziłam w więzieniu.

- W zamian... chcielibyśmy, żebyś nam wyświadczyła drobne przysługi, jeśli łaska - ciągnął średni, bez wątpienia z nieco obcą dla języka angielskiego intonacją.

Arlene Fowler wiedziała instynktownie, że te drobne przysługi w rzeczywistości wcale nie będą takie drobne i że z pewnością nie będzie mogła odmówić ich wyświadczenia. Gdy jednak patrzyła na tych dwóch mężczyzn, nie sądziła, że może ich interesować coś, czego nie chciałaby im dać, jak na przykład jej ciało. Nie pragnęli też na pewno, żeby prasowała im koszule czy polerowała srebra. Teraz, gdy wyłożyli karty na stół, czuła się znacznie lepiej.

- Aha... - odparła. - Jakie na przykład?

- Naprawdę nie wydaje mi się, że możesz mieć coś przeciwko nim, kiedy o nich usłyszysz - powiedział wysoki. - Naprawdę nie wydaje mi się.

- Wszystko, co musisz zrobić - dodał średni - to porozmawiać z Sookie Stackhouse.

Na długą chwilę zapadło milczenie. Arlene Fowler patrzyła to na jednego mężczyznę, to na drugiego, oceniając ich i szacując.

- Jeśli odmówię, zamierzacie wpakować mnie z powrotem do więzienia? - spytała.

- Ponieważ wyszłaś za kaucją... do czasu procesu... obawiam się, że mogłoby się coś takiego zdarzyć - odparł wysoki łagodnie. - Na pewno jednak bardzo bym nie chciał ci tego zrobić. A ty? - spytał swego towarzysza.

Średni mężczyzna pokręcił głową.

- Byłaby to wielka szkoda. Małe dzieci tak bardzo by się smuciły. Boisz się panny Stackhouse?

Zapanowała chwila ciszy, podczas której Arlene Fowler zmagała się z prawdą.

- Jestem ostatnią osobą na świecie, którą Sookie chce zobaczyć - wykręciła się. - Obwinia mnie za ten cały dzień, za dzień...

- Dzień, w którym postrzelono tych wszystkich ludzi - dokończył za nią uprzejmie średni mężczyzna. - Łącznie z tobą. Ale znam trochę Sookie i myślę, że zgodzi się na rozmowę z tobą. Powiemy ci, co masz mówić. Nie martw się o jej dar. Uważam, że damy sobie z nim radę.

- Jej dar? Masz na myśli telepatię? Dar! - Arlene roześmiała się niespodziewanie. - To raczej przekleństwo jej życia.

Obaj mężczyźni uśmiechnęli się, ale ten widok wcale nie był przyjemny.

- Tak - zgodził się kierowca. - To jest przekleństwo i wyobrażam sobie, że jej wrażenie w tej kwestii jeszcze się pogorszy.

- Czego właściwie chcecie od Sookie? - spytała Arlene. - Ona nie ma niczego poza tym starym domem.

- Narobiła nam i kilku innym osobom sporo kłopotów - wyjaśnił kierowca. - Powiedzmy tylko, że teraz i ją czekają pewne problemy.

* Wesoły Zielony Olbrzym [ang. Jolly Green Giant] maskotka amerykańskiego przedsiębiorstwa Green Giant zajmującego się produkcją mrożonych i puszkowanych przetworów z warzyw (przyp. tłum).