Sookie Stackhouse. (#9). Martwy i nieobecny - Charlaine Harris

-
Proszę czekać

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Wampiry rasy białej nigdy nie powinny nosić ubrań w tym kolorze - oznajmił prezenter telewizyjny. - Sfilmowaliśmy z ukrycia Devon Dawn, która jest wampirem zaledwie od dziesięciu lat, gdy ubierała się na nocne wyjście na miasto. Popatrzcie na ten strój! Dziewczyna podjęła same niewłaściwe decyzje!

- Co ona sobie myślała?! - wtrąciła jadowitym głosem jego koleżanka. - Wyraźnie utknęła w latach dziewięćdziesiątych! Spójrzcie na tę bluzkę, jeśli można tak nazwać ten skrawek materiału. Skóra Devon aż krzyczy o kolor, a jaki odcień dziewczyna wybiera? Kości słoniowej! Przez to jej skóra wygląda na przezroczystą.

Przerwałam wykonywaną w tym momencie czynność, czyli wiązanie buta, chciałam bowiem zobaczyć, co się zdarzy, kiedy dwoje przedstawicieli wampirzej policji modowej wtargnie do domu nieszczęsnej ofiary - och, przepraszam, chciałam powiedzieć, szczęściary - która otrzyma niezamawianą stylizację czy wręcz metamorfozę. Na pewno nieszczęsna ucieszy się, gdy odkryje, którzy przyjaciele nasłali na nią parę "funkcjonariuszy".

- Nie sądzę, żeby to się dobrze skończyło - zauważyła Octavia Fant.

Chociaż moja lokatorka Amelia Broadway w jakimś sensie ściągnęła Octavię do mojego domu - opierając się na luźno rzuconym przeze mnie zaproszeniu, które wypowiedziałam w chwili słabości - całkiem dobrze się dogadywałyśmy, mieszkając we trzy.

- Devon Dawn, to jest Bev Leveto z programu "Najlepiej ubrany wampir", a ja jestem Todd Seabrook. Zadzwoniła do nas twoja przyjaciółka Tessa i powiedziała nam, że potrzebujesz pomocy w kwestiach mody! Potajemnie filmowaliśmy cię przez ostatnie dwie noce i... aaach! - Blada ręka błysnęła przy szyi Todda, która zniknęła, a po gardle pozostał jedynie ziejący na czerwono otwór. Kamera, jakby zafascynowana, na chwilę zatrzymała się na tym widoku, toteż widzieliśmy, jak Todd pada na podłogę, ale już chwilę później mogliśmy zamiast tego śledzić walkę, która rozgrywała się pomiędzy Devon Dawn i Bev.

- Cholera - mruknęła Amelia. - Wygląda na to, że Bev zwycięży.

- To lepiej w sensie strategicznym - odparłam. - Zauważyłaś, że pozwoliła, aby Todd przeszedł pierwszy przez drzwi?

- Mam ją, trzymam! - obwieściła triumfalnie Bev. - Devon Dawn, zanim Todd odzyska mowę, wspólnie przejrzymy twoją szafę. Dziewczyna, która zamierza żyć wiecznie, nie może sobie pozwolić na zły gust. Wampiry nie powinny tkwić w przeszłości. Wręcz przeciwnie, musimy wyprzedzać modę!

- Ale ja lubię moje ubrania! - zapiszczała Devon Dawn. - Są częścią mnie, tego, kim jestem! W dodatku złamałaś mi rękę.

- Przecież ci się zrośnie. Słuchaj, nie chcesz chyba być znana jako mała wampirzyca, która ubiera się tandetnie, prawda? Nie chcesz tkwić w przeszłości!

- Nie, cóż, chyba nie...

- To świetnie! Pozwolę ci teraz wstać. A sądząc po kaszlu Todda, mój partner bez wątpienia czuje się lepiej.

Wyłączyłam telewizor i zawiązałam drugi but, ale jeszcze przez chwilę kręciłam głową, myśląc o tym nowym nałogu Amerykanów, czyli wampirzych reality show. Wyjęłam z szafy czerwony płaszcz. Jego widok przypomniał mi, że ja również mam niejakie, absolutnie rzeczywiste, problemy związane z pewnym wampirem; przez dwa i pół miesiąca od przejęcia wampirzego królestwa Luizjana przez nieumarłych z Nevady, Eric Northman na okrągło zajmował się utrwalaniem swej pozycji w nowym reżimie i szacowaniem resztek, które pozostały ze starego.

Z tego też względu wciąż odsuwała się w czasie pogawędka, którą mieliśmy odbyć, a której tematem powinny być "nowe" wspomnienia Erica dotyczące naszego niezwykłego i intensywnie spędzonego razem okresu, kiedy Northman z powodu pewnego zaklęcia tymczasowo stracił pamięć.

- Co zamierzacie robić dziś wieczorem, gdy będę w pracy? - spytałam Amelię i Octavię, ponieważ znudziły mi się rozmowy o bzdurach.

Włożyłam płaszcz. W północnej Luizjanie nie mamy mrozów typowych dla "prawdziwej" Północy, teraz na dworze były zaledwie cztery stopnie Celsjusza, a kiedy wyjdę z pracy, będzie jeszcze zimniej.

- Mnie zabiera na kolację siostrzenica z dziećmi - odparła Octavia.

Obie z Amelią posłałyśmy sobie zaskoczone spojrzenia, podczas gdy starsza kobieta nadal pochylała głowę nad bluzką, którą cerowała. Wiedziałam, że Octavia zobaczy się z siostrzenicą po raz pierwszy, odkąd przeprowadziła się z jej domu do mojego.

- Sądzę, że wraz z Trayem wpadniemy dziś do baru - rzuciła Amelia pośpiesznie, starając się przerwać krótką ciszę.

- Czyli zobaczymy się w "U Merlotte'a".

Jestem tam barmanką od lat.

Octavia bąknęła: "Och, wzięłam nitkę niewłaściwego koloru" i poszła korytarzem do swojego pokoju.

- Przypuszczam, że nie widujesz się już z Pam? - spytałam Amelię. - Zauważyłam, że ty i Tray spotykacie się regularnie.

Głębiej wsunęłam biały podkoszulek z krótkim rękawem w czarne spodnie i popatrzyłam w stare lustro wiszące nad gzymsem kominka. Włosy już wcześniej ściągnęłam w zwykły koński ogon stanowiący moją fryzurę do pracy. Dostrzegłam teraz zabłąkany długi jasny włos na czerwonym płaszczu i zdjęłam go.

- Och, Pam była dla mnie jedynie przerywnikiem, krótką rozrywką. Jestem pewna, że ona odczuwa to samo. I naprawdę lubię Traya - wyjaśniała Amelia. - Wydaje mi się, że nie obchodzą go pieniądze mojego ojca, nie martwi się, że jestem czarownicą, a w sypialni sprawuje się tak, że ziemia drży. Więc dobrze nam razem.

Uśmiechnęła się lubieżnie. Może i wygląda jak wysportowana mamuśka - krótkie lśniące włosy, białe zęby, jasne oczy - ale wiedziałam, że bardzo lubi uprawiać seks, i to (według moich standardów) dość różnorodny.

- Tray jest dobrym człowiekiem - podsumowałam krótko. - Widziałaś go już we wcieleniu wilka?

- Nie, ale z góry się cieszę na to doświadczenie.

Bezwiednie odczytałam w tym momencie z głowy Amelii, która była dla mnie pod tym względem niemal "przezroczysta", pewną myśl i szczerze mnie ona zaskoczyła.

- Tak szybko? Ujawnienie?

- Nie rób tego. - Amelii zazwyczaj nie przeszkadzały moje zdolności telepatyczne, dziś jednak nie miała dla mnie zrozumienia. - Sama widzisz, że muszę czasami dochowywać sekretów innych osób!

- Wybacz - jęknęłam.

I było mi przykro, jednocześnie jednak ogarnęło mnie lekkie niezadowolenie. Szczerze mówiąc, wolałabym we własnym domu odprężyć się i zapomnieć o blokowaniu myśli napływających od innych osób. Musiałam to robić każdego dnia pracy w barze, starając się zapanować nad swoimi zdolnościami.

- Ty mi także - powiedziała natychmiast Amelia. - Słuchaj, muszę się przygotować do wyjścia. Zobaczymy się później.

Weszła lekko po schodach na piętro, z którego niemal w ogóle nie korzystałam do czasu, gdy kilka miesięcy temu przywiozłam tutaj z Nowego Orleanu Amelię. Dzięki temu moja lokatorka nie doświadczyła w mieście ataku Katriny - w przeciwieństwie do nieszczęsnej Octavii.

- Do widzenia, Octavio. Baw się dobrze! - zawołałam, po czym wyszłam tylnymi drzwiami i skierowałam się do samochodu.

Zjeżdżając długim podjazdem, który prowadził przez las do Hummingbird Road, zastanawiałam się, jakie szanse na powodzenie ma związek Amelii i Traya Dawsona. Tray, wilkołak, posiadał warsztat, w którym naprawiał motocykle, czasem wynajmował się także jako ochroniarz. Amelia była dobrze zapowiadającą się czarownicą, a jej ojciec, bogacz, pozostał niezwykle majętny nawet po Katrinie. Nie dość bowiem, że z huraganu ocalała większość znajdujących się w jego magazynach materiałów, teraz, po tragedii, ojciec Amelii miał tyle zamówień, że pracy wystarczy mu na całe dziesięciolecia.

Dzięki myśli, którą odczytałam z mózgu lokatorki, wiedziałam, że dziś jest ta noc! Nie noc, w której Tray poprosi Amelię, żeby za niego wyszła (czy coś w tym stylu), lecz moment, kiedy ujawni światu swą prawdziwą naturę. Amelia bowiem, którą pociągała wszelka egzotyka, uważała dwoistość natury Traya za dodatkową zaletę ukochanego.

Weszłam drzwiami dla personelu i ruszyłam prosto do biura Sama.

- Cześć, szefie - zagaiłam, widząc go za biurkiem.

Sam Merlotte nienawidzi pracować nad księgami, a jednak tym się właśnie w tej chwili zajmował. Może musiał skupić umysł na czymś konkretnym? Tak czy owak, wyglądał na zmartwionego. Włosy miał jeszcze bardziej splątane niż zwykle; jasnorude fale sterczały aureolą wokół jego wąskiej twarzy.

- Przygotuj się. To dziś w nocy - oświadczył.

Poczułam wielką dumę, że powiedział mi o planach zmiennokształtnych, a ponieważ akurat o tym samym myślałam, nie mogłam się powstrzymać przed uśmiechem.

- Jestem gotowa. Będę tu. - Schowałam torebkę w przepastnej szufladzie w biurku Sama i poszłam po fartuszek. Przejmowałam zmianę po Holly, gdy jednak dowiedziałam się od niej, co zamówili klienci zajmujący stoliki w naszym rewirze, zasugerowałam: - Powinnaś pokręcić się w pobliżu dziś wieczorem.

Popatrzyła na mnie ostro. Holly ostatnio zaczęła zapuszczać włosy, więc farbowane czarne końce wyglądały jak zanurzone w smole. Dwa, trzy centymetry od czaszki widać już było włosy w naturalnym kolorze, którym okazał się przyjemny, jasny odcień brązu. Holly farbowała włosy od tak dawna, że całkiem już zapomniałam o tym naturalnym odcieniu.

- Myślisz, że nie dość długo Hoyt na mnie czeka? - spytała. - On i mój mały doskonale się dogadują, ale to przecież ja jestem mamą Cody'ego.

Hoyt, kiedyś najlepszy kumpel mojego brata Jasona, teraz zajmował się wyłącznie Holly i jej synkiem. I świata poza nimi nie widział.

- Powinnaś zostać chociaż na chwilę. - Uniosłam znacząco brwi.

- Wilkołaki? - spytała Holly, a gdy skinęłam głową, jej rysy rozjaśnił uśmiech. - O rany! Arlene dostanie szału.

Arlene, nasza współpracowniczka i niegdysiejsza przyjaciółka, zmieniła się niestety pod wpływem jednego ze swoich kochanków, mężczyzny o bardzo radykalnych poglądach. Teraz była twarda jak wódz Hunów Attyla, szczególnie w kwestiach antywampirzych. Wcześniej przyłączyła się nawet do Bractwa Słońca, które Kościołem było wyłącznie z nazwy. W chwili obecnej Arlene stała przy jednym z obsługiwanych przez siebie stołów, odbywając poważną rozmowę właśnie ze swoim aktualnym facetem, Whitem Spradlinem, oficjałem Bractwa Słońca, który na co dzień pracował w shreveporckim oddziale firmy Home Depots. Mężczyzna miał znaczną łysinę i dość wydatny brzuch, ale nie to było dla mnie ważne. Większy problem stanowiły jego durne poglądy polityczne. Whitowi towarzyszył oczywiście inny osobnik. Ludzie z Bractwa Słońca wyraźnie przemieszczali się stadami - dokładnie tak jak przedstawiciele innej mniejszości, która właśnie dziś zostanie im zaprezentowana.

Inny ze stołów zajmował z kolei mój brat, Jason, który siedział z Melem Hartem. Mel pracuje w salonie samochodowych części zamiennych w Bon Temps i jest mniej więcej w wieku Jasona, liczy więc sobie plus minus trzydzieści jeden lat. Szczupły, ale umięśniony, ma dość długie jasnokasztanowe włosy, wąsik i brodę oraz przyjemną aparycję. W ostatnich czasach często go widuję z Jasonem. Cóż, przypuszczam, że brat musiał sobie kimś wypełnić lukę, jaka pojawiła się w jego życiu po odejściu Hoyta. Bo Jason do szczęścia potrzebuje stałej obecności bliskiego kolegi. Dziś umówili się tutaj z dziewczynami na podwójną randkę. Mel jest wprawdzie rozwiedziony, ale Jason wciąż nominalnie pozostaje mężczyzną żonatym, więc nie powinien pokazywać się publicznie z inną kobietą. Wiedziałam jednak, że nikt w miasteczku go za to nie potępi. Żonę Jasona, Crystal, przyłapano przecież wcześniej na zdradzie z jednym z miejscowych facetów.

Słyszałam, że Crystal wraz z nienarodzonym dzieckiem Jasona w łonie wróciła do małej społeczności Hotshot i obecnie mieszka u krewnych. (Obojętne, w którym domu w Hotshot wybierze pokój, i tak będzie przebywała u krewnych. Tak, to tego typu miejsce!). Mel Hart urodził się właśnie w Hotshot, należy jednak do tych rzadkich członków stada, którzy postanowili zamieszkać poza pumołaczą osadą.

Ku swemu zaskoczeniu zauważyłam również Billa Comptona, mojego byłego chłopaka. Towarzyszył mu inny wampir, imieniem Clancy. Wampir czy nie, nie zaliczyłabym Clancy'ego do swoich ulubieńców. Na stoliku przed nimi stały butelki po Czystej Krwi. Nie wydaje mi się, żeby Clancy kiedyś wcześniej wpadł się napić do "Merlotte'a", a już na pewno nie widziałam go tu nigdy z Billem.

- Witam, jeszcze Krwi? - spytałam, uśmiechając się najszerzej jak potrafię.

To z nerwów, bo w pobliżu Billa zawsze robię się trochę niespokojna.

- Poproszę - odparł Compton grzecznie, a Clancy bez słowa pchnął w moją stronę pustą butelkę.

Weszłam za bar, wyjęłam z lodówki dwie butelki Czystej Krwi i po zdjęciu kapsli włożyłam obie do kuchenki mikrofalowej. (Najlepiej nastawiać czas na piętnaście sekund). Potrzasnęłam delikatnie ciepłymi butelkami i postawiłam je na tacy obok kilku świeżych serwetek. Kiedy stawiałam napój przed Billem, dotknął chłodną ręką mojej dłoni.

- Jeśli będziesz potrzebowała jakieś pomocy w domu, proszę, zadzwoń do mnie.

Wiedziałam, że mówi serio i z życzliwości, chociaż z drugiej strony, ta propozycja w jakiś sposób podkreślała mój obecny status kobiety samotnej, czyli nieposiadającej mężczyzny. Dom Comptona stoi stosunkowo blisko mojego, to znaczy tuż po drugiej stronie cmentarza, a Bill miał w zwyczaju włóczyć się po nocach, stąd - jak podejrzewałam - doskonale wiedział, że nie mam obecnie życiowego partnera.

- Dzięki, Billu - odparłam, zmuszając się do uśmiechu.

Clancy jedynie wyszczerzył szyderczo zęby.

Weszli Tray i Amelia. Gdy wilkołak posadził przy stole towarzyszkę, poszedł do baru, witając po drodze wszystkich znajomych. W tym momencie z biura wyszedł Sam i dołączył do krzepkiego Traya, który był dobrze ponad dziesięć centymetrów od niego wyższy i niemal dwukrotnie potężniejszy. Dwaj zmiennokształtni uśmiechnęli się do siebie. Bill i Clancy wzmogli czujność.

Na ekranach telewizorów zamontowanych wysoko w kilku miejscach sali nastąpiła właśnie przerwa w nadawanych wiadomościach sportowych i rozległa się seria dźwięków, które powiadomiły gości naszego baru, że dzieje się coś niezwykłego. W lokalu stopniowo zapadała cisza, jedynie tu i ówdzie było słychać pojedyncze rozmowy. Przez ekran przesunął się napis: "Raport specjalny", po czym pojawił się prezenter o krótkich, postawionych na żel włosach i stanowczej, a raczej wręcz srogiej minie.

- Jestem Matthew Harrow - przedstawił się ponurym tonem. - Dzisiejszego wieczoru przekażemy państwu raport specjalny. Podobnie jak wszystkie inne redakcje informacyjne w całym kraju, tak i my, tutaj w studiu w Shreveport mamy gościa.

Kamera odjechała i na szerszym planie, który się pojawił, zobaczyliśmy towarzyszącą Matthew Harrowowi ładną kobietę. Jej twarz wydała mi się znajoma. Kobieta wprawnym ruchem pomachała do kamery. Miała na sobie muumuu. Uznałam tę długą, luźną, różnokolorową suknię noszoną przez Hawajki za dziwny strój na wizytę w telewizji.

- Oto Patricia Crimmins, która sprowadziła się do Shreveport zaledwie kilka tygodni temu. Patty... Mogę mówić do ciebie Patty?

- Wolałabym raczej "Patricio" - odparła brunetka.

Przypomniałam sobie, skąd ją znam. Należała do członków grupy, którą wchłonęło stado Alcide'a. Kobieta była śliczna jak z obrazka, a te części jej ciała, których nie skrywało muumuu, prezentowały się szczupło i jędrnie. Patricia obdarzyła Matthew Harrowa uśmiechem.

- Przyszłam tu dziś jako przedstawicielka ludzi, którzy żyją wśród was od wielu lat. Ponieważ przeprowadzony przez wampiry proces publicznego ujawnienia się okazał się takim sukcesem, uznaliśmy, że nadszedł czas, abyśmy i my opowiedzieli wam o sobie. Ostatecznie, wampiry są martwe i nawet nie są istotami ludzkimi. A my? My jesteśmy zwyczajnymi osobami, dokładnie takimi samymi jak wy wszyscy... z jedną tylko różnicą.

Sam podkręcił głośność. Ludzie w barze zaczęli się obracać na krzesłach, ponieważ chcieli zobaczyć, co się dzieje.

Uśmiech Newmana stał się tak twardy, jak twardy może być uśmiech, i mężczyzna wyraźnie coraz bardziej się denerwował.

- Jakie to interesujące, Patricio! A czym jesteś... jesteście?

- Dzięki, że pytasz, Matthew! Osobiście jestem wilkołaczycą.

Mówiąc to, Patricia otoczyła rękoma kolano nogi, którą założyła na drugą. Wyglądała na kobietę przedsiębiorczą, równie dobrze mogłaby sprzedawać używane samochody. Tak, Alcide dokonał dobrego wyboru. A poza tym, gdyby ktoś ją zabił na miejscu, w programie... No cóż, była przecież nowa.

Do tej pory "U Merlotte'a" panowała cisza, teraz zagłuszana jedynie szeptanymi informacjami przekazywanymi od stolika do stolika. Bill i Clancy podeszli i stanęli przy barze. Zdałam sobie teraz sprawę, że przybyli do baru, by w razie potrzeby zapewnić spokój; prawdopodobnie Sam ich o to poprosił. W tym momencie Tray zaczął rozpinać koszulę. Merlotte miał na sobie podkoszulek z długim rękawem i szybko zdjął go przez głowę.

- Twierdzisz, że przemieniasz się w wilka, gdy księżyc jest w pełni? - Matthew Harrow zadrżał, ale wciąż bardzo się starał zachować szczery uśmiech i zainteresowaną minę. Nie wychodziło mu to zbyt dobrze.

- I w innych chwilach - wyjaśniła Patricia. - Podczas pełni księżyca większość z nas po prostu musi się przemieniać, jeśli jednak jesteśmy czystej krwi łakami, potrafimy zmieniać się także o innej porze. Istnieje wiele rodzajów łaków, czyli istot zmiennokształtnych, a ja akurat przemieniam się w wilka. My, wilkołaki, stanowimy najliczniejszą grupę ze wszystkich składających się na świat istot natury dwoistej. Teraz zamierzam wszystkim państwu pokazać, jakim zadziwiającym procesem jest przemiana. Proszę się nie obawiać, nic mi się nie stanie.

Kobieta zzuła buty, ale nie zdjęła muumuu. Nagle zrozumiałam, że właśnie dlatego włożyła taki strój - aby nie musieć rozbierać się publicznie, przed kamerą. Uklękła na podłodze, po raz ostatni uśmiechnęła się i rozpoczęły się u niej drgania poprzedzające przemianę. Powietrze wokół Patricii zadrżało od magii, a wszyscy siedzący w "Merlotcie" jednym głosem wydali z siebie dźwięk "Ooooooo".

Gdy Patricia zaczęła przemianę, w jej ślady natychmiast poszli Sam i Tray. Mieli na sobie bieliznę, której nie żal im było podrzeć. Ludzie w "Merlotcie" nie wiedzieli na co patrzeć - na ładną kobietę przemieniającą się w stworzenie z długimi, białymi zębami, czy na spektakl w wykonaniu dwóch znajomych mężczyzn, którzy robili to samo. Ze wszystkich stron baru dobiegły mnie okrzyki, na większość z nich składały się słowa nie do powtórzenia w kulturalnym towarzystwie. Dziewczyna, z którą umówił się Jason, Michele Schubert, nawet wstała, chcąc lepiej widzieć.

Byłam z Sama ogromnie dumna. Takie ujawnienie wymagało mnóstwa odwagi, ponieważ Merlotte prowadził bar, którego dochody w dużym stopniu zależały przecież od tego, czy klienci lubią jego właściciela.

Po minucie sytuacja się uspokoiła, a przemiany skończyły. Sam, należący do czystej krwi zmiennokształtnych, przybrał najbardziej swojską ze swoich postaci, czyli stał się owczarkiem collie. Przytruchtał od razu do mnie, usiadł, popatrzył mi w oczy i wesoło zaszczekał. Pochyliłam się i pogłaskałam go po głowie. Pies wywiesił język i się wyszczerzył. Tray jako zwierzę prezentował się oczywiście znacznie bardziej imponująco. Potężnych wilków nie widuje się często w naszej wiejskiej północnej Luizjanie. Spójrzmy prawdzie w oczy, widok takiego zwierzęcia może przerazić każdego, toteż wśród gości baru zapanowało niespokojne poruszenie. Podejrzewam, że niektórzy może by się nawet zerwali z miejsc i uciekli z "Merlotte'a", gdyby Amelia nie kucnęła w pewnym momencie obok Traya i nie objęła ramieniem jego szyi.

- On rozumie, co mówicie - oznajmiła ludziom przy najbliższym stoliku. Amelia pięknie się uśmiecha, jej uśmiech jest wielki i szczery. - Hej, Tray, podaj państwu podkładkę pod szklankę.

Wręczyła wilkowi jedną z podkładek z logo baru, a Tray Dawson, jeden z najbardziej nieprzejednanych wojowników, zarówno w formie ludzkiej, jak i wilczej, podbiegł do klientki i położył jej na kolanach podkładkę. Kobieta gwałtownie zamrugała, zatrzęsła się lekko, ale w końcu przemogła się i zachichotała.

Sam polizał mnie po ręce.

- Och, dobry Jezu! - krzyknęła Arlene.

Whit Spradlin i jego towarzysz zerwali się na równe nogi. Mimo że kilkoro gości wyglądało na nieco poruszonych, nikt inny nie zareagował w sposób tak gwałtowny.

Bill i Clancy obserwowali zachowanie członków Bractwa Słońca z kamiennymi wyrazami twarzy. Oba wampiry były wyraźnie gotowe poradzić sobie z potencjalnymi kłopotami, na szczęście wydawało się, że Wielkie Objawienie przebiega całkiem spokojnie, stanowiąc przeciwieństwo znacznie bardziej problematycznej nocy Wampirzego Wielkiego Ujawnienia. Trudno się jednak dziwić, gdyż wampirza rewelacja stanowiła pierwszy z serii wstrząsów, które społeczność ludzi odczuła w kolejnych latach. Od tamtego czasu nieumarli stopniowo stawali się nieodłączną częścią mieszkańców Ameryki, chociaż ich status obywateli ciągle w pewnym stopniu był ograniczony.

Sam i Tray chodzili teraz wśród ludzi, pozwalając się pieścić, jakby byli zwykłymi, łagodnymi zwierzakami domowymi. Z kolei prezenter wiadomości na ekranie telewizora wyraźnie nie potrafił patrzeć bez lekkiego dygotu na piękną białą wilczycę, w którą zmieniła się Patricia.

- Popatrzcie, jaki jest przerażony, po prostu się trzęsie! - zauważył D'Eriq, który był kuchcikiem i pomocnikiem kelnera w jednym, po czym głośno się roześmiał.

Słysząc te słowa, goście "Merlotte'a" odprężyli się i poczuli dumę. Przecież w porównaniu ze spikerem całkiem dobrze znieśli to niezwykłe wydarzenie. Dobrze, i z zimną krwią.

- Jak można bać się tak ładnej damy, nawet jeśli zrzuca łaszki? - mruknął Mel, nowy przyjaciel Jasona.

W barze rozległy się rechoty i napięcie całkowicie opadło. Poczułam ulgę, chociaż pomyślałam, że jest w tym lekka ironia, gdyż ludziom pewnie nie byłoby do śmiechu, gdyby to Jason i Mel się przemienili. Obaj byli pumołakami (mimo że Jason nie potrafi dokonać kompletnej prze-miany).

Tak czy owak, miałam wrażenie, że wszystko będzie dobrze. Bill i Clancy rozejrzeli się z uwagą, po czym wrócili do swojego stolika.

Whit i Arlene, otoczeni przez obywateli, którzy właśnie bez problemu przełknęli tak potężną rewelację na temat natury własnego świata, wyglądali na zaszokowanych. Słyszałam myśli Arlene, wiedziałam więc, że jest dodatkowo zdezorientowana, i nie wie, jak zareagować. Ostatecznie, Sam był naszym szefem od wielu lat. Jeżeli chciała zachować posadę, nie mogła jawnie go skrytykować. Z drugiej strony, wyczuwałam w niej strach i coraz mocniej narastający gniew. Whit natomiast, na wszystko, czego nie rozumiał, reagował zawsze tak samo - nienawidził tego, a nienawiść jest zaraźliwa. Popatrzył teraz na swego towarzysza od kielicha. Wymienili mroczne spojrzenia.

W głowie Arlene myśli szalały niczym kulki w maszynie losującej. Trudno było wskazać tę, która zwycięży.

- Boże, połóż ich trupem! - obwieściła moja była przyjaciółka, kipiąc z wściekłości.

Czyli że wygrała kulka nienawiści.

- Och, Arlene...! - jęknęło kilka osób, ale wszyscy czekali na ciąg dalszy.

- Coś takiego godzi w Pana i jest sprzeczne z naturą - kontynuowała głośnym, gniewnym głosem. Jej farbowane na rudo włosy trzęsły się, podkreślając gwałtowność wypowiedzi. - Wy wszyscy chcecie, żeby wasze dzieci były świadkami czegoś takiego?

- Nasze dzieci zawsze były świadkami czegoś takiego - odparowała Holly równie głośno. - Po prostu o tym nie wiedzieliśmy. A jednak nasze dzieci nigdy nie doświadczyły ze strony tych ludzi niczego złego.

- Bóg ukarze nas, jeśli się z nimi nie rozprawimy - podjęła Arlene i dramatycznym gestem wskazała na Traya. W tej chwili jej twarz miała niemal równie ognisty odcień jak włosy, a Whit patrzył na nią z aprobatą. - Nie rozumiecie?! Wszyscy pójdziemy do piekła, jeżeli nie uwolnimy świata od takich istot! Popatrzcie, kto tam stoi z zamiarem utrzymania w ryzach nas, ludzi!

Wycelowała palcem w Billa i Clancy'ego, chociaż nie odniosła spodziewanego efektu, gdyż oba wampiry siedziały teraz spokojnie na krzesłach.

Postawiłam tacę na barze i zrobiłam krok ku Arlene, zaciskając dłonie w pięści.

- Wszyscy tu, w Bon Temps, świetnie się dogadujemy - oznajmiłam, starając się mówić spokojnym, opanowanym tonem. - Chyba tylko ty jedna tak się pieklisz.

Arlene obrzuciła piorunującymi spojrzeniami ludzi w barze, próbując przyciągnąć ich uwagę. Wszystkich znała. Przeżyła autentyczny wstrząs, uświadomiwszy sobie, że jej reakcji nie podziela więcej osób. Sam podszedł i usiadł przed nią. Uniósł głowę i wpatrywał się w kobietę pięknymi psimi oczyma.

Zrobiłam krok w stronę Whita, ot tak, na wszelki wypadek. Mężczyzna zastanawiał się, co robić. Brał pod uwagę skok na Sama. Ale kto by się do niego przyłączył, żeby pobić owczarka collie? Whit dostrzegł absurdalność tego pomysłu i z tego powodu jeszcze bardziej znienawidził Merlotte'a.

- Jak mogłeś?! - krzyknęła Arlene do Sama. - Okłamywałeś mnie przez te wszystkie lata! Sądziłam, że jesteś istotą ludzką, a nie pieprzonym dziwakiem!

- Sam jest istotą ludzką - wtrąciłam się. - Przybiera tylko czasem inną... twarz, to wszystko.

- A ty! - odparowała, wypluwając słowa. - Jesteś najdziwaczniejsza, najbardziej nieludzka z nich wszystkich.

- Hej, no - warknął Jason.

Zerwał się teraz na równe nogi, a Mel po chwili wahania dołączył do niego. Dziewczyna, z którą się umówił, wyglądała na spłoszoną, chociaż przyjaciółka mojego brata wręcz się uśmiechała.

- Zostaw w spokoju moją siostrę. Wiele razy podczas tych lat zajmowała się twoimi dziećmi, sprzątała twoją przyczepę i znosiła twoje humory. Jaka z ciebie przyjaciółka?!

Jason nie patrzył na mnie. Zamurowało mnie ze zdziwienia. Ten gest był bardzo niepodobny do mojego brata. Czyżby Jason trochę ostatnio dojrzał?

- Taka, która nie chce mieć nic wspólnego z nienaturalnymi stworzeniami, takimi jak twoja siostra - odcięła się Arlene. Gwałtownym ruchem zerwała z siebie fartuszek i powiedziała do owczarka: "Rzucam tę robotę!", po czym, głośno tupiąc, ruszyła do biura szefa po torebkę.

Może jedna czwarta gości baru wyglądała na zaniepokojoną czy wytrąconą z równowagi. Połowa osób była raczej zafascynowana rozgrywającym się dramatem. Pozostała jedna czwarta wyglądała na niezdecydowaną. Sam zaskowyczał jak smutny pies i położył głowę na łapach, przykrywając nimi nos. Rozśmieszyło to wielu ludzi i chwila skrępowania minęła. Przyglądałam się Whitowi i jego towarzyszowi, którzy podnieśli się i ruszyli do drzwi. Gdy wyszli, odprężyłam się.

Ot tak, na wszelki wypadek, gdyby Whitowi odbiło i postanowił przynieść strzelbę z bagażnika, zerknęłam znacząco na Billa, który natychmiast wyślizgnął się na dwór za dwoma członkami Bractwa Słońca. Po chwili wrócił, dając mi znak, z którego wynikało, że odjechali.

Od chwili, gdy tylne drzwi z hukiem zamknęły się za Arlene, reszta wieczoru minęła dość spokojnie. Sam i Tray oddalili się do biura Merlotte'a, gdzie ponownie przybrali ludzkie postaci i włożyli ubrania, po czym szef wrócił na swoje miejsce za barem, jak gdyby nic się nie wydarzyło, a Tray usiadł przy stoliku z Amelią, która go pocałowała. Przez jakiś czas klienci baru trzymali się nieco z dala od nich i wielu wymieniało ukradkowe spojrzenia, ale mniej więcej po godzinie atmosfera w barze "U Merlotte'a" chyba znów stała się raczej normalna. Zakasałam rękawy, ponieważ musiałam teraz obsłużyć także gości przy stolikach w rewirze Arlene. Szczególnie miła starałam się być dla osób, które nie potrafiły jeszcze zdecydować, co myślą o zdarzeniach, do których doszło tego wieczoru.

Tej nocy ludzie chyba naprawdę dużo pili. Może mieli obawy w kwestii drugiej natury Sama, ale zwiększenie jego zysków nie było dla nich problemem. W pewnym momencie Bill przyciągnął moją uwagę i uniósł rękę na pożegnanie, po czym wraz z Clancym wymknęli się z baru.

Również mój brat próbował parę razy przyciągnąć mój wzrok, a jego towarzysz, Mel, posyłał wielkie uśmiechy w moją stronę. Mel jest wyższy i szczuplejszy od Jasona, ale obu cechuje to optymistyczne spojrzenie typowe dla bezmyślnych mężczyzn, którzy działają odruchowo i instynktownie. Na rzecz Mela świadczy fakt, że najwyraźniej nie zgadza się ze wszystkim, co powie Jason (czyli przeciwnie, niż miał w zwyczaju Hoyt). Mel wygląda na sympatycznego faceta, o ile mogę coś powiedzieć po naszej krótkiej znajomości; to, że należy do nielicznych pumołaków, które nie mieszkają w Hotshot, również przemawia na jego korzyść i może nawet właśnie dlatego tak bardzo się zaprzyjaźnili z Jasonem. Przypominali inne pumołaki, ale zarazem jakoś się wyróżniali.

Gdybym kiedyś znów zaczęła rozmawiać z Jasonem, miałabym do niego pytanie: Jak to możliwe, że w tak ważny dla wszystkich wilkołaków i zmiennokształtnych dzień, mój brat nie skorzystał z okazji znalezienia się w centrum uwagi? Jason bardzo się szczyci nowym statusem. Niestety, został ugryziony, czyli że nie urodził się łakiem. W przeciwieństwie na przykład do Mela, nie posiada wrodzonej zdolności do przemiany, ponieważ zaraził się wirusem (czy czymś), gdy ugryzł go inny pumołak. Z tego też względu podczas przemiany wygląda dziwnie - niby jak człowiek, tyle że bardzo owłosiony na całym ciele. Poza tym ma pysk i pazury pumy. Podobno straszny widok, jak sam mi powiedział. Ale nie jest pięknym zwierzęciem, i to go trochę gryzie. Mel z kolei jest czystej krwi zmiennokształtnym, więc po przemianie na pewno prezentuje się wspaniale i przerażająco.

Może pumołaki poproszono, żeby się na razie przyczaiły, bo wielkie koty są po prostu zbyt straszne. Gdyby w barze zjawiło się nagle zwierzę tak duże i niebezpieczne jak puma, klienci prawie na pewno zareagowaliby dość histerycznie. Chociaż niewiele potrafię wyczytać z mózgów istot zmiennokształtnych, u obu pumołaków wyczuwałam rozczarowanie. Jestem przekonana, że taką decyzję podjął za nich Calvin Norris, jako przywódca pumołaczego stada.

Dobry ruch, Calvinie, pomyślałam.

Pomagałam trochę przy barze, a później poszłam do biura Sama po torebkę. Uściskałam mojego szefa serdecznie. Wyglądał na zmęczonego, ale szczęśliwego.

- Czujesz się tak dobrze, jak wyglądasz? - spytałam.

- Tak. Wreszcie mogłem ujawnić swoją prawdziwą naturę. To daje poczucie swobody. Moja mama zarzekała się, że wyzna wszystko jeszcze dziś wieczór mojemu ojczymowi. Właśnie czekam na wieści od niej.

Jak na zawołanie, zadzwonił telefon. Podnosząc słuchawkę, Sam wciąż się uśmiechał.

- Mamusia? - spytał. Potem wyraz jego twarzy zmienił się całkowicie, jakby czyjaś ręka starła mu poprzednią minę. - Don? Co zrobiłeś?!

Opadłam na krzesło przy biurku i czekałam. Był tam też Tray, który przyszedł zamienić ostatnie kilka słów z Samem; towarzyszyła mu Amelia. Oboje stali sztywno w progu, z obawą oczekując nowin.

- O mój Boże - jęknął Sam. - Przyjadę najszybciej, jak będę mógł. Wyruszę jeszcze tej nocy. - Bardzo delikatnym ruchem odłożył słuchawkę. - Don strzelił do mojej mamy - wyjaśnił. - Przemieniła się, a wtedy wycelował do niej ze strzelby.

Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby Sam wyglądał na tak zdenerwowanego.

- Zabił ją? - szepnęłam, bojąc się usłyszeć odpowiedź.

- Nie - odparł. - Żyje, ale trafiła do szpitala z pogruchotanym obojczykiem i raną postrzałową przy lewym barku. O mało nie umarła. Gdyby nie skoczyła...

- Tak mi przykro - bąknęła Amelia.

- Jak mogę pomóc? - spytałam.

- Prowadź bar podczas mojej nieobecności - odrzekł, otrząsając się z szoku. - Zadzwoń do Terry'ego. On i Tray niech ustalą harmonogram pracy za barem. Tray, kiedy wrócę, zapłacę ci za wszystko. Sookie, plan pracy kelnerek jest na ścianie za barem. Znajdź kogoś, kto przejmie obowiązki Arlene, bardzo cię o to proszę.

- Jasne, Sam - powiedziałam. - Potrzebujesz pomocy w pakowaniu? Mogę zatankować dla ciebie pikapa albo zrobić coś jeszcze?

- Nie, nie, dzięki, z tym sobie poradzę. Masz klucz do mojej przyczepy, możesz więc czasem podlać moje kwiaty. Sądzę, że wyjeżdżam tylko na parę dni, ale nigdy nic nie wiadomo.

- Oczywiście, Sam. Nie martw się. Informuj nas o wszystkim na bieżąco.

Rozeszliśmy się, żeby Sam mógł pójść do przyczepy i zacząć się pakować. Mieszkalna przyczepa Merlotte'a stoi tuż za barem, więc przynajmniej nie miał daleko.

Jadąc do domu, próbowałam sobie wyobrazić, z jakiego powodu ojczym Sama tak zareagował. Tak bardzo przeraził się odkryciem drugiej natury żony, że dostał szału? A może przemieniła się w innym pomieszczeniu, podeszła do niego jako zwierzę i przestraszyła go? Cóż, po prostu nie potrafiłam uwierzyć, że można świadomie strzelić do kogoś, kogo się kocha, kogoś, z kim się mieszka od lat, tylko dlatego, że ta osoba posiada cechy, których się wcześniej nie znało. Może Don drugie "ja" żony uznał za swoistą zdradę? A może nie spodobało mu się, że ukrywała swoją drugą naturę. Gdybym spojrzała na jego czyn w ten sposób, w pewnym sensie potrafiłabym go zrozumieć.

Wszyscy ludzie mają sekrety, a ja dziwnym zrządzeniem losu znam większość z nich. Telepaci nie mają zabawnego życia. Często słyszę o wielu nieprzyjemnych, smutnych, obrzydliwych lub błahych sprawach, które ludzie pragną ukryć przed innymi, żeby się dobrze prezentować w ich oczach.

Najmniej wiem o własnych tajemnicach.

Zaczęłam rozmyślać o najdziwniejszej z nich - niezwykłym genetycznym dziedzictwie, które otrzymaliśmy w spadku ja i mój brat. Otrzymaliśmy je od przodków ze strony ojca. Nasz ojciec nigdy się zresztą nie dowiedział, że jego matka, Adele, dochowała straszliwego sekretu. Mnie ujawniono go dopiero w październiku ubiegłego roku. Okazało się, że oboje dzieci mojej babci - mój tato i jego siostra Linda - nie byli owocami jej długoletniego małżeństwa z moim dziadkiem.

Oboje zostali poczęci w wyniku romansu babci z pół człowiekiem, pół wróżem imieniem Fintan. Według ojca Fintana, Nialla, to właśnie krew wróżek, która z powodu tego genetycznego dziedzictwa płynęła w żyłach mojego ojca, należy obarczyć winą za zaślepienie mojej matki. Matka bowiem była tak bardzo zakochana w swoim mężu, że poświęcała mu całą uwagę, toteż dla dzieci nie wystarczyło już uczucia. Krew wróżek na nic się jednak nie przydała siostrze mojego ojca, Lindzie; na pewno nie pomogła jej zwalczyć choroby nowotworowej, która zakończyła jej życie, i nie pomogła zatrzymać męża, który najwyraźniej jej nie kochał. A jednak wnuk Lindy, Hunter, był telepatą tak jak ja.

Ciągle jeszcze borykam się z fragmentami tej opowieści. Wierzę, że Niall opowiedział mi prawdziwą historię, nie potrafię jednak pojąć pragnienia posiadania dzieci, które było tak silne, że babcia zdecydowała się zdradzić dziadka. Coś takiego najnormalniej w świecie nie pasowało do jej charakteru, nie mogłam też zrozumieć, dlaczego nie wyczytałam tego z jej myśli przez wszystkie te lata, które przeżyłyśmy razem. Babcia na pewno od czasu do czasu myślała o okolicznościach, w jakich poczęła dzieci. Przecież to niemożliwe, żeby ukryła na dobre te szczegóły w jakimś zakamarku swego umysłu.

Tak czy owak, babcia nie żyje już od ponad roku, nigdy więc nie zdołam jej o to spytać. Także jej mąż zmarł wiele lat wcześniej, a jak poinformował mnie Niall, mój biologiczny dziadek Fintan również odszedł z tego świata. Przemknęło mi kiedyś przez głowę, żeby przejrzeć rzeczy babci w poszukiwaniu jakiegoś wyjaśnienia i jej reakcji na nadzwyczajne zdarzenia, których doświadczyła w życiu, potem jednak zadałam sobie pytanie: "Po co mam się trudzić?".

Ważna była teraźniejszość, musiałam bowiem przede wszystkim radzić sobie z konsekwencjami tamtych zdarzeń, tu i teraz.

Dzięki śladowi krwi wróżek, który mam w sobie, jestem bardziej atrakcyjna dla istot nadnaturalnych, a przynajmniej dla niektórych wampirów. Nie wszyscy oni potrafią wykryć ten mały ślad dziedzictwa wróżek w moich genach, lecz wielu interesuje się mną, chociaż czasem efekty tego zainteresowania nie są wcale pozytywne. A może ta krew wróżek to bzdura, a wampiry zwracają uwagę na każdą dość pociągającą młodą kobietę, która traktuje ich z szacunkiem i jest tolerancyjna?

Kto może znać prawdę o związku telepatii z krwią wróżek? Po ziemi nie chodzi wielu ludzi, których mogłabym o to wypytać, nie ma całych ton dzieł, w których mogłabym to połączenie sprawdzić, nie znam też laboratorium, gdzie mogłabym wykonać jakieś testy. A może oboje, mały Hunter i ja, posiadamy tę umiejętność przez przypadek? Może to rzeczywiście jest cecha genetyczna, ale nie ma żadnego związku z genami wróżek?

Może po prostu miałam szczęście?

 

ROZDZIAŁ DRUGI

Weszłam do "Merlotte'a" wcześnie rano - dla mnie oznacza to ósmą trzydzieści - żeby skontrolować sytuację w barze, a później zostałam, ponieważ trzeba było przejąć zmianę Arlene. Musiałam więc pracować podwójnie. Na szczęście, podczas pory lunchu ruch był nieduży. Nie wiedziałam, czy jest to wynik ujawnienia się Sama, czy też normalnego biegu spraw. Ponieważ nie było tłumów, mogłam przynajmniej zadzwonić w parę miejsc, podczas gdy Terry Bellefleur (który wiąże koniec z końcem dzięki licznym pracom dorywczym) zajmował się barem. Terry był dziś w dobrym nastroju, czy raczej w dobrym jak na niego. Bellefleur jest weteranem z Wietnamu, u którego wojna pozostawiła trwałe ślady na psychice. W głębi duszy jednak jest dobrym człowiekiem i zawsze się jakoś dogadywaliśmy. Objawienie zmiennokształtnych naprawdę go zafascynowało, szczególnie że od czasów wojny Terry znacznie lepiej sobie radzi w kontaktach ze zwierzętami niż z ludźmi.

- Założę się, że właśnie dlatego zawsze lubiłem pracować dla Sama - oznajmił teraz, a ja uśmiechnęłam się do niego.

- Ja również lubię dla niego pracować - przyznałam.

Terry pilnował piwa i miał oko na Jane Bodehouse, jedną z naszych "etatowych" pijaczek, a ja tymczasem zaczęłam dzwonić do dziewczyn, chcąc znaleźć zastępstwo na miejsce Arlene. Amelia zapewniła mnie, że czasem pomoże, ale mogła się zjawić w barze dopiero na nocną zmianę, ponieważ za dnia podjęła pracę tymczasową w towarzystwie ubezpieczeniowym, gdzie zastępowała urzędniczkę, która poszła na urlop macierzyński.

Najpierw zatelefonowałam do Charlsie Tooten. Chociaż mi współczuła, odmówiła, gdyż - jak wyznała - przez cały dzień zajmuje się wnukiem, ponieważ córka pracuje, a wieczorem jest zbyt zmęczona na pracę w barze. Zadzwoniłam do kolejnej dawnej kelnerki z "Merlotte'a", ta jednak zdążyła się już zaczepić w innym barze. Holly powiedziała, że mogłaby brać więcej zmian, ale nie chce tego robić z powodu synka. Danielle, następna pełnoetatowa kelnerka, znalazła podobną wymówkę. (W przypadku Danielle wymówka była podwójna, ponieważ dziewczyna ma dwoje dzieci).

Z tego też względu ostatecznie wydałam z siebie potężne westchnienie, powiadamiając puste biuro Sama, jak strasznie czuję się wykorzystywana, i z ciężkim sercem postanowiłam się skontaktować z jedną z osób, których naprawdę nie lubię - Tanyą Grissom, lisołaczycą i niedawnym szpiegiem. Trochę czasu zajęło mi ustalenie miejsca jej pobytu, ale po obdzwonieniu kilku osób z Hotshot, w końcu znalazłam ją w domu Calvina. Tanya już od pewnego czasu spotyka się z Norrisem. Mnie również Calvin kiedyś się podobał, nie powiem. Gdy jednak pomyślałam o tym skupisku małych domków na starym skrzyżowaniu, wzdrygnęłam się i dałam sobie spokój.

- Tanyu, jak się miewasz? Mówi Sookie Stackhouse.

- Naprawdę? Hmmm. No, witaj.

Nie winiłam jej za ten ostrożny ton.

- Jedna z kelnerek odeszła... Przypominasz sobie Arlene? Wkurzyła się na wieść o istnieniu wilkołaków i rzuciła robotę... Zastanawiałam się, czy mogłabyś może wziąć kilka jej zmian, choćby na krótki czas.

- Jesteś teraz wspólniczką Sama?

Nie ułatwiała mi rozmowy.

- Nie, jedynie dzwonię w jego imieniu. Musiał wyjechać z powodu ważnych spraw rodzinnych.

- Moje nazwisko znajdowało się prawdopodobnie na samiutkim dole twojej listy.

Zamilkłam na moment, co było aż nadto wymowne.

- Przyszło mi do głowy, że przecież możemy razem pracować - bąknęłam, ponieważ coś musiałam powiedzieć.

- W dzień teraz pracuję, ale mogę wpaść parę razy wieczorem, do czasu, aż znajdziesz kogoś na stałe - odparła Tanya.

Z jej tonu nie potrafiłam odgadnąć, co myśli.

- Dzięki. - Miałam więc teraz dwie osoby, które mogły pracować wieczorami, a dzienne zmiany mogę wziąć sama. W ten sposób powinnyśmy dać radę. - Możesz przyjść jutro na wieczorną zmianę? Gdybyś mogła być tutaj około siedemnastej, siedemnastej trzydzieści, któraś z nas pokaże ci, co robić, a później zostałabyś aż do zamknięcia baru.

Przez chwilę panowała cisza.

- Przyjadę - zapewniła mnie Tanya. - Mam jakieś czarne spodnie. Znajdzie się dla mnie podkoszulek?

- Tak. Rozmiar M?

- Tak, to mój.

Rozłączyła się.

No cóż, chyba nie mogłam oczekiwać, że strasznie się ucieszy z mojego telefonu albo że uszczęśliwię ją propozycją pracy i będzie wdzięczna, że może mi wyświadczyć przysługę. Przecież nigdy się nie przyjaźniłyśmy. Wręcz przeciwnie - chociaż nie wierzyłam, że Tanya to pamięta, kazałam rzucić na nią czar Amelii i jej mentorce, Octavii. Na myśl o tym, jak zmieniłam przez to jej życie, nadal cierpię katusze, wtedy jednak sądziłam, że nie mam wielkiego wyboru. Czasami trzeba po prostu odżałować pewne decyzje, a później zapomnieć o nich i żyć dalej.

Gdy wraz z Terrym zamykaliśmy lokal, zadzwonił Sam. Byłam strasznie zmęczona. Głowa mi ciążyła, a stopy bolały.

- Jak leci? - spytał ostrym głosem, świadczącym o wyczerpaniu.

- Dajemy radę - zapewniłam go, siląc się na dziarski, beztroski ton. - Jak się miewa twoja mama?

- Wciąż żyje - odrzekł. - Mówi i oddycha bez wspomagania. Lekarz twierdzi, że jego zdaniem wyjdzie z tego bez szwanku. Ojczyma aresztowano.

- Co za kłopotliwa sytuacja - mruknęłam, szczerze strapiona z powodu problemów szefa.

- Mama wie, że powinna była powiedzieć mu wcześniej - podjął. - Po prostu bardzo się tego bała.

- No cóż... I słusznie się bała, prawda? Jak się okazało.

Sam prychnął.

- Zastanawia się teraz, czy gdyby odbyła z nim długą rozmowę, a potem na jego oczach się przemieniła, już po programie telewizyjnym, to wtedy stałoby się inaczej.

Byłam tak zajęta w barze, że nie miałam okazji oglądać telewizyjnych relacji ukazujących reakcję świata ludzi na Wielkie Ujawnienie Zmiennokształtnych. Zadałam sobie teraz pytanie, co się dzieje w Montanie, Indianie czy na Florydzie. Ciekawe, czy któryś ze sławnych aktorów w Hollywood przyznał się, że jest na przykład wilkołakiem. Kto wie, może ciało Ryana Seacresta porasta włosiem przy każdej pełni księżyca? A co z Jennifer Love Hewitt czy Russellem Crowe'em? (Co wydało mi się bardziej niż prawdopodobne). Takie informacje mogą ogromnie zmienić nastawienie widzów.

- Widziałeś ojczyma? Rozmawiałeś z nim?

- Nie, jeszcze nie. Nie mogę się do tego zmusić. Mój brat poszedł do niego. Twierdzi, że Don zaczął płakać. Okropny widok.

- Jest tam twoja siostra?

- No cóż... jest w drodze. Miała problemy, musiała zorganizować opiekę nad dziećmi.

W tonie Sama usłyszałam lekkie wahanie.

- Wiedziała o twojej mamie, prawda? - usiłowałam ukryć niedowierzanie.

- Nie - odparł, potwierdzając moje obawy. - Wiesz, naprawdę często rodzice zmiennokształtnych nie mówią o sobie dzieciom, które nie mają tej cechy. Moje rodzeństwo nie wiedziało ani o mamie, ani o mnie.

- Przykro mi - stwierdziłam, co miało wiele znaczeń.

- Szkoda, że cię tu nie ma - oznajmił Sam, zaskakując mnie tą uwagą.

- Szkoda, że nie mogę ci bardziej pomóc - szepnęłam. - Jeśli przyjdzie ci do głowy, co jeszcze mogę dla ciebie zrobić, dzwoń o każdej porze dnia i nocy.

- Zajmujesz się moim barem, to wiele dla mnie znaczy - odpowiedział. - Teraz lepiej trochę się prześpię.

- W porządku, Sam. Porozmawiamy jutro, dobrze?

- Pewnie - odparł.

Wydał mi się tak przemęczony i smutny, że ledwie panowałam nad łzami.

Po tej rozmowie poczułam ulgę i dumę, że odłożyłam na bok animozje i własne uczucia i zadzwoniłam jednak do Tanyi. Tak, podjęłam słuszną decyzję. Matka Sama otrzymała postrzał, ponieważ jest tym, czym jest - to była tragedia, która pozwoliła mi spojrzeć na własną niechęć do Tanyi Grissom z pewnej perspektywy.

Tej nocy padłam na łóżko jak kłoda i chyba nawet nie przewracałam się z boku na bok.

Myślałam, że ciepłe uczucia, które zrodziły się we mnie podczas rozmowy z Samem, pomogą mi przetrwać wszystko, co czekało mnie nazajutrz, niestety, dzień od samiutkiego rana zaczął się koszmarnie.

Sam zawsze osobiście zamawiał dostawy i pilnował zapasów. Teraz z tego wszystkiego, rzecz jasna, zapomniał mi powiedzieć, że zamówił dostawę piwa. Wczesnym rankiem zadzwonił do mnie kierowca półciężarówki, Duff, toteż musiałam wyskoczyć z łóżka i szybko pojechać do "Merlotte'a". W drodze do drzwi zauważyłam migające światełko na sekretarce automatycznej, której ze zmęczenia nie sprawdziłam poprzedniej nocy. Teraz jednak nie miałam czasu martwić się o pozostawione przez kogoś nagranie. Cieszyłam się po prostu, że gdy Sam nie odebrał telefonu, Duff wpadł na pomysł zadzwonienia do mnie.

Otworzyłam tylne drzwi baru, a Duff wwiózł stosy skrzynek piwa i postawił je w odpowiednim miejscu. Nieco nerwowym zawijasem podpisałam się w imieniu Merlotte'a. Gdy skończyliśmy i półciężarówka odjechała z parkingu, zjawiła się listonoszka Sarah Jen z pocztą zaadresowaną na bar i prywatnymi listami dla Sama. Przyjęłam wszystkie przesyłki. Sarah Jen miała ochotę pogadać. Słyszała (już), że mama Sama jest w szpitalu, uznałam jednak, że nie muszę opowiadać jej o okolicznościach wypadku. Szczegóły poda im wszystkim sam Merlotte, jeśli zechce. Sarah Jen oznajmiła, że wcale nie zdziwiła jej informacja o zmiennokształtności Sama, gdyż zawsze uważała, że jest w nim coś dziwnego.

- To miły facet - przyznała. - Nie twierdzę, że nie. Tylko trochę... no, dziwny. Tak czy owak, nie byłam ani trochę zaskoczona.

- Naprawdę? A on ciągle mówi o pani same miłe rzeczy - obwieściłam słodko, nie patrząc na kobietę, żeby zdanie wyglądało na rzucone mimochodem.

Oczyma wyobraźni zobaczyłam - tak wyraźnie, jakbym oglądała zdjęcie wnętrza jej głowy - jak fale zachwytu zalewają jej umysł.

- Zawsze był naprawdę grzeczny - przyznała Sarah Jen, nagle uznając Sama za najbardziej spostrzegawczego z ludzi. - No cóż, lepiej już pójdę. Muszę dokończyć obchód. Jeśli będziesz rozmawiała z Samem, przekaż mu, że myślę o jego mamie.

Kiedy zaniosłam pocztę na biurko Merlotte'a, zadzwoniła Amelia z pracy, i powiedziała, że telefonowała do niej Octavia z pytaniem, czy któraś z nas może ją zawieźć do Wal-Martu. Octavia, która straciła większość dobytku podczas ataku Katriny, bez samochodu praktycznie nie była w stanie opuścić mojego domu.

- Będziesz musiała ją zawieźć podczas przerwy na lunch - odrzekłam, z trudem powstrzymując się przed warknięciem na przyjaciółkę. - Jestem dziś okropnie zajęta. I właśnie widzę, że zbliżają się kolejne kłopoty - mruknęłam na widok samochodu zatrzymującego się obok mojego na parkingu dla pracowników. - Przyjechał facet, który reprezentuje za dnia Erica, Bobby Burnham.

- Och, miałam ci to przekazać. Octavia mówiła, że Eric dzwonił do domu dwa razy, usiłując się z tobą skontaktować. Więc gdy dziś rano zadzwonił Bobby, powiedziała mu, gdzie może cię znaleźć. Wiesz, uznała, że sprawa może być ważna. Masz szczęście. No dobra, wezmę na siebie Octavię. Jakoś.

- Zgoda - mruknęłam, wciąż próbując nie dopuścić do głosu odczuwanej złości. - Porozmawiamy później.

Bobby Burnham wysiadł z chevroleta impali i ruszył w moją stronę. Jego szef, Eric, jest ze mną związany w pewien skomplikowany sposób, który opiera się nie tylko na naszym krótkim romansie. Jesteśmy połączeni również dlatego, że kilka razy wymieniliśmy krew.

Nie uważałam tamtej decyzji za przemyślaną.

Bobby Burnham to dupek. Może Eric dostał go tanio?

- Panno Stackhouse - zagaił, grubo przesadzając z dworskim tonem i zachowaniem. - Mój pan prosi, żebyś przyjechała do "Fangtasii" dziś wieczorem na zebranie z udziałem nowego porucznika króla.

Nie tego rodzaju wezwania oczekiwałam od wampirzego szeryfa Piątej Strefy ani nie tego rodzaju rozmowę pragnęłam z nim odbyć. Biorąc pod uwagę fakt, że mieliśmy do przedyskutowania pewne sprawy osobiste, sądziłam, że kiedy ustabilizuje się sytuacja w nowym ustroju, Eric po prostu do mnie zadzwoni i umówimy się na spotkanie (albo randkę), na którym porozmawiamy o różnych, dotyczących nas obojga kwestiach. Nie podobało mi się to bezosobowe wezwanie wygłoszone przez sługusa.

- Słyszałeś kiedyś o telefonie? - odburknęłam.

- Mój pan zostawił ci wiadomości ubiegłej nocy. Kazał mi koniecznie dziś z tobą pomówić. Ja jedynie wypełniam rozkazy.

- Eric kazał ci przyjechać aż tutaj i prosić mnie, żebym zjawiła się w jego barze dziś wieczorem? - Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.

- Tak. Powiedział: "Wyśledź ją, dostarcz wiadomość osobiście i bądź uprzejmy". Oto jestem. Uprzejmy.

Mówił mi prawdę i wcale go to nie bawiło. Ja natomiast o mało się nie uśmiechnęłam. Bobby naprawdę mnie nie lubi. Nasuwał mi się tylko jeden powód - Bobby sądził po prostu, że nie jestem godna uwagi Erica. Nie lubił mojego "nie dość pełnego czci" stosunku do Northmana i nie mógł zrozumieć, dlaczego wampirzyca Pam, prawa ręka Erica, darzy mnie sympatią, choć z nim, Bobbym, nawet nie zamieni słowa.

Nijak nie mogłam zmienić tej sytuacji, nawet gdyby niechęć Bobby'ego naprawdę mnie martwiła... A nie martwiła. Za to Eric tak, Eric bardzo mnie martwił. Musiałam z nim porozmawiać, więc równie dobrze mogłam skorzystać z zaproszenia. Ostatnio widziałam go pod koniec października, a teraz mamy środek stycznia.

- Mogę pojechać dopiero, gdy wyjdę stąd. Tymczasowo zarządzam barem - stwierdziłam, nie siląc się ani na zadowolony, ani na uprzejmy ton.

- O której godzinie? On chce cię widzieć o dziewiętnastej. Będzie tam wtedy Victor.

Victor Madden był przedstawicielem nowego króla, Felipe de Castro. Przejęcie Luizjany było naprawdę krwawe i ze wszystkich szeryfów starego reżimu, przy życiu pozostał po nim jedynie Eric. Oczywiście, wciąż nie chciał wypaść z łask, to było dla niego ważne. Nie wiedziałam właściwie, w jakim stopniu powinno mnie to obchodzić. Sama jednak szczęśliwym zbiegiem okoliczności miałam dobre układy z Felipe de Castro i pragnęłam je utrzymać w takim stanie jak najdłużej.

- Może zdołam dotrzeć tam do dziewiętnastej - oznajmiłam, kiedy dokonałam w głowie niezbędnych obliczeń. Próbowałam nie myśleć, jak wielką przyjemność sprawi mi spotkanie z Erikiem. Co najmniej dziesięć razy w ostatnich kilku tygodniach przyłapałam się na chęci wskoczenia do auta i pojechania do "Fangtasii". A jednak skutecznie opierałam się impulsowi, ponieważ wmawiałam sobie, że Eric walczy teraz o zachowywanie pozycji pod rządami nowego króla. - Muszę tylko wprowadzić w obowiązki nową dziewczynę... Tak, siódma wieczór to wykonalne.

- Jakaż to będzie ulga dla mojego pana - odparował Bobby, krzywiąc się szyderczo.

Tak trzymaj, dupku, pomyślałam.

Najwyraźniej odczytał tę myśl z mojej miny, ponieważ dodał: "Naprawdę, ulga, prawdziwa ulga", tonem najszczerszym, na jaki potrafił się zdobyć.

- No dobra - mruknęłam. - Wiadomość dostarczona. Muszę wracać do pracy.

- Gdzie twój szef?

- Miał pewne problemy rodzinne w Teksasie.

- Och, a już sądziłem, że może dopadł go rakarz.

Też mi dowcip, phi, można skonać ze śmiechu.

- Do widzenia, Bobby - powiedziałam i odwróciłam się do niego plecami, chcąc wejść tylnymi drzwiami do baru.

- To dla ciebie - dodał, więc odwróciłam się poirytowana. - Eric mówił, że będziesz tego potrzebowała. - Wręczył mi pakunek zawinięty w czarny aksamit.

Wampiry nie potrafią niczego dać w reklamówce z Wal-Martu albo owiniętego w ozdobny papier, co to to nie. Czarny aksamit! Mało tego, pakunek został dodatkowo zabezpieczony złotym sznurkiem z frędzelkami, takim, jakim podwiązuje się zasłony.

Ledwie wzięłam ten przedmiot w rękę, a już ogarnęły mnie złe przeczucia.

- I co to niby jest?

- Nie wiem. Nie zezwolono mi tego otworzyć.

Nie spodobała mi się ta odpowiedź.

- Co mam z tym zrobić? - naciskałam.

- Eric polecił: "Przekaż jej, żeby dała mi to dziś wieczorem w obecności Victora".

No tak, Eric niczego nie robi bez powodu.

- W porządku - odparłam niechętnie. - Uznajmy, że mnie powiadomiłeś.

Jakoś przetrwałam drugą zmianę w pracy. Wszyscy starali się pomagać, co mnie cieszyło. Kucharz ciężko pracował przez cały dzień; jest to może piętnasty kucharz, jakiego zatrudniliśmy, odkąd zaczęłam pracować w "Merlotcie". Na tym stanowisku pracowały już w barze niemal wszystkie możliwe osoby, jakie można sobie wyobrazić: czarnoskórzy i rasy białej, mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, martwi (tak, mieliśmy kucharza wampira), wilkołaki; a prawdopodobnie byli też tacy, których w ogóle nie pamiętam. Obecny kucharz, Antoine Lebrun, jest naprawdę sympatyczny. Przyjechał do miasteczka po Katrinie i został dłużej niż większość uciekinierów, którzy wrócili na Południe lub ruszyli w głąb kraju.

Antoine jest po pięćdziesiątce i wśród jego kręconych włosów tu i ówdzie można dostrzec siwe pasma. Wcześniej pracował w barku w nowoorleańskim Superdome. Powiedział mi o tym tego dnia, kiedy Sam go przyjął, po czym oboje wzruszyliśmy ramionami. Antoine świetnie się dogaduje z D'Eriqiem, pomocnikiem kelnera, który z czasem stał się również jego asystentem.

Kiedy dziś weszłam do kuchni, chcąc się upewnić, czy Antoine ma wszystko, czego potrzebuje, powiedział mi, że jest naprawdę dumny z pracy dla zmiennokształtnego. D'Eriq chciał się z kolei podzielić wrażeniami po przemianach Sama i Traya. Mówił też, że w noc Objawienia zadzwonił do niego kuzyn z Monroe i podzielił się nowiną, toteż kuchcik pragnął nam teraz opowiedzieć ze szczegółami o żonie tego kuzyna, która okazała się wilkołaczycą.

Miałam nadzieję, że zachowanie D'Eriqa jest typowe dla naszego społeczeństwa. Dwie noce temu wiele osób odkryło, że ktoś, kogo znają osobiście, jest istotą zmiennokształtną. Przy odrobinie szczęścia, jeśli ów zmiennokształtny nigdy wcześniej nie zachował się jak szaleniec ani jak człowiek gwałtowny, jego sąsiedzi powinni bez trudu go zaakceptować i uznać skłonność do przemian za niegroźne dziwactwo. Wówczas po prostu ich świat poszerzy się o wilkołactwo, podobnie jak wcześniej o wampiryzm, i stanie się przez to jeszcze bardziej ekscytujący.

Nie miałam czasu sprawdzić rzeczywistych reakcji na świecie, ale jeśli chodzi o moją okolicę, ludność bez problemów przełknęła rewelacje zmiennokształtnych. Nie miałam wrażenia, że ktoś zamierza zrzucić bomby zapalające na "Merlotte'a" z powodu dwoistej natury Sama, a i należący do Traya warsztat naprawy motocykli wydawał się bezpieczny.

Tanya zjawiła się dwadzieścia minut przed czasem, czym zyskała parę punktów w moich oczach, toteż posłałam jej szczery uśmiech. Gdy omówiłyśmy kilka podstawowych spraw, jak godziny pracy, płacę i zasady panujące w barze, spytałam:

- Podoba ci się tam, w Hotshot?

- Tak, bardzo - odparła trochę zaskoczona. - Rodziny w Hotshot... wiesz, naprawdę dobrze sobie radzą. Jeśli dzieje się coś złego, organizują zebranie i dyskutują. Ci, którzy nie lubią tamtejszego życia, wyjeżdżają, tak jak Mel Hart.

Prawie wszyscy w Hotshot nazywali się Hart albo Norris.

- Mel naprawdę zaprzyjaźnił się ostatnio z moim bratem - zauważyłam, ponieważ trochę mnie ciekawił nowy kumpel Jasona.

- Tak, słyszałam. Wszyscy są zadowoleni, że znalazł przyjaciela po tak długim okresie samotności.

- Czemu stamtąd wyjechał? - spytałam wprost.

- Z tego, co zrozumiałam - powiedziała Tanya - Mel nie lubi... się dzielić, a tak trzeba, jeśli człowiek mieszka w małej społeczności typu Hotshot. Mel jest naprawdę... No, wyznaje zasadę: "Co moje, to moje". - Wzruszyła ramionami. - Tak przynajmniej o nim mówią.

- Jason ma podobne podejście - zgodziłam się.

Nie potrafiłam czytać w myślach Tanyi, ze względu na jej dwoistą naturę, umiem jednak odgadywać nastroje i ich intensywność, toteż uświadomiłam sobie, że inne pumołaki martwią się o Mela Harta.

Podejrzewałam, że martwią się po prostu, jak Mel sobie poradzi w dużym świecie Bon Temps. Hotshot stworzyło przecież swój własny mały kosmos.

Gdy skończyłam instruować Tanyę (która, jak się okazało, miała całkiem spore doświadczenie w pracy kelnerki), poczułam, że jest mi nieco lżej na sercu. Powiesiłam fartuszek, wzięłam torebkę i pakunek przywieziony przez Bobby'ego Burnhama, wybiegłam drzwiami dla personelu i pojechałam do Shreveport.

Podczas jazdy zaczęłam słuchać wiadomości, ale znużyła mnie ponura rzeczywistość, więc zamiast radia włączyłam płytę Mariah Carey, i od razu poczułam się lepiej. W ogóle nie umiem śpiewać, ale kiedy prowadzę, uwielbiam ryczeć na całe gardło słowa słuchanej właśnie piosenki. Stres całego dnia szybko wtedy ze mnie spływa i ogarnia mnie optymistyczny nastrój.

Sam wróci, jego matka wydobrzeje, a jej mąż zmieni się na lepsze i złoży przyrzeczenie, że będzie ją kochał wiecznie. Cały świat będzie podziwiał wilkołaki i inne istoty zmiennokształtne przez jakiś czas, a później sytuacja znów wróci do normy.

Pomarzyć dobra rzecz, prawda?

 

ROZDZIAŁ TRZECI

Im bliżej byłam wampirzego baru, tym bardziej przyśpieszało mi tętno. Na tym polegała negatywna strona więzi krwi, jaka łączyła mnie z Erikiem Northmanem. Wiedziałam, że go zobaczę i ta myśl po prostu mnie uszczęśliwiała. Powinnam się trapić, powinnam z obawą zastanawiać się, czego Eric ode mnie chce, powinnam zadawać sobie milion pytań na temat tego zawiniętego w aksamit pakunku, a ja - jak gdyby nigdy nic - jechałam sobie z uśmiechem na twarzy.

Chociaż nie mogłam zapanować nad uczuciami, potrafiłam kontrolować własne zachowanie. Z czystej przekory, i ponieważ nikt mi nie powiedział, że powinnam podjechać na tył, do wejścia dla pracowników, wkroczyłam do "Fangtasii" głównymi drzwiami. Lokal jest obecnie niezwykle popularny, toteż w holu przed głównym wejściem na ławkach czekał prawdziwy tłum. Pam stała dziś na stanowisku dla hostessy witającej klientów. Uśmiechnęła się do mnie szeroko, lekko wysuwając kły. (Tłum był wniebowzięty).

Znam Pam już od jakiegoś czasu i jest najbliższą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek miałam wśród nieumarłych. Dziś ta blond wampirzyca nosiła obowiązkową przezroczystą czarną suknię, którą okryła długim, gładkim czarnym welonem. Paznokcie pomalowała na purpurowo.

- Moja przyjaciółka - rozanieliła się, wyszła zza pulpitu i uściskała mnie.

Zdumiałam się i ucieszyłam, więc z ochotą odwzajemniłam uścisk. Poczułam woń perfum, którymi spryskała się Pam, pragnąc zaćmić słaby, lecz niezbyt przyjemny zapach wampira.

- Masz to? - wyszeptała mi do ucha.

- Eee, zawiniątko? Tak, jest w torebce.

Chwyciłam za paski dużą brązową torebkę.

Pam obrzuciła mnie spojrzeniem, którego nie byłam w stanie zinterpretować, choćby z powodu welonu. Miałam wrażenie, że jej mina stanowi skrzyżowanie irytacji i miłości.

- Jeszcze nie zajrzałaś do środka?

- Nie miałam czasu - odparłam. Nie powiem, że nie byłam ciekawa. Po prostu naprawdę nie zdarzyła mi się wolna chwila, w której mogłabym się nad tym zastanowić. - Sam musiał wyjechać, bo ojczym postrzelił jego mamę, i teraz ja zarządzam barem.

Pam przez chwilę szacowała mnie wzrokiem.

- Idź na tyły, do biura Erica, i daj mu paczkę - powiedziała. - Nie rozwijaj jej. Niech cię nie obchodzi, kto będzie w pokoju. Ale też nie wręczaj Ericowi zawiniątka, jakby to było narzędzie ogrodowe, które zostawił na dworze.

Zagapiłam się na nią, nie rozumiejąc.

- Co ja robię, Pam? - spytałam, chociaż wiedziałam, że już za późno na ostrożność.

- Chronisz swoją skórę - odparowała. - Nigdy w to nie wątp. No, idź. - Poklepała mnie pocieszająco po plecach, po czym odwróciła się do jakiejś turystki, której odpowiedziała na pytanie, jak często wampiry muszą myć zęby: - Chciałabyś podejść i obejrzeć moje? - spytała namiętnie.

Kobieta aż krzyknęła z zachwytu i strachu. Właśnie dlatego istoty ludzkie przychodzą do wampirzych barów, wampirzych klubów z występami komików, prowadzonych przez wampiry pralni chemicznych i kasyn - ponieważ chcą poflirtować z niebezpieczeństwem.

Co jakiś czas przekraczają granice flirtu.

Przeszłam pomiędzy stołami, potem przemaszerowałam po parkiecie do tańca i znalazłam się na tyłach baru. Barmanka Felicia na mój widok zrobiła nieszczęśliwą minę, po czym natychmiast znalazła sobie jakieś zajęcie, które wymagało przykucnięcia i zejścia mi z drogi. No cóż, zdarzyło mi się kilka pechowych historii z udziałem barmanów z "Fangtasii".

Przy barze siedziało kilkoro wampirów, przemieszanych z gapiącymi się na nich turystami, którzy, sądząc po kostiumach, usiłowali nieudolnie naśladować nieumarłych. Zauważyłam też biznesmenów prowadzących z wampirami interesy. Obok, w małym sklepiku z pamiątkami, jeden z nieumarłych, którzy uciekli z Nowego Orleanu po Katrinie, sprzedawał podkoszulki z logo "Fangtasii" parze chichoczących dziewczyn.

Maleńka Thalia, bledsza niż wybielona bawełna wampirzyca o profilu niczym ze starożytnej monety, siedziała sama przy niewielkim stoliczku. Stale kręcili się wokół niej liczni fani, którzy poświęcili jej nawet stronę internetową, chociaż zupełnie by jej nie obeszło, gdyby wszyscy nagle stanęli w płomieniach. Jakiś pijany żołnierz z bazy powietrznej w Barksdale ukląkł właśnie przed nią, ale gdy Thalia zwróciła na niego ciemne oczy, mężczyźnie zamarły w gardle przygotowane wcześniej słowa. Choć był z niego kawał chłopa, mocno pobladł, wstał i umknął przed wampirzycą, która ważyła zapewnie mniej niż połowę tego, co on. Wrócił do stolika i mimo że przyjaciele głośno z niego drwili, wiedziałam, że nie odważy się ponownie podejść do Thalii.

Po obejrzeniu tych kilku scenek składających się na barowe życie "Fangtasii", cieszyłam się, że wreszcie pukam do drzwi biura Erica. Ze środka dobiegał głos Northmana, mówiącego, że mam wejść. Weszłam więc i zamknęłam za sobą drzwi.

- Cześć, Ericu - zdołałam wydukać, gdyż prawie natychmiast oniemiałam zalana falą szczęścia, które ogarniało mnie zawsze, gdy widziałam tego wampira.

Długie jasne włosy Eric splótł dziś w warkocz, miał też na sobie swój ulubiony zestaw składający się z dżinsów i podkoszulka z krótkim rękawem. Dzisiejszy podkoszulek był jasnozielony, a Eric wyglądał w nim na bledszego niż kiedykolwiek.

Moje fale radości nie do końca były jednak związane z urodą Northmana czy faktem, że uprawialiśmy kiedyś seks. Za wszystko była odpowiedzialna więź krwi. Tak sądzę. W każdym razie wiedziałam, że muszę walczyć z tym uczuciem. Na pewno tak!

Victor Madden, przedstawiciel nowego króla, Felipe de Castro, wstał i pochylił kędzierzawą ciemną głowę. Victor, wampir niski i krępy, zawsze był grzeczny i zawsze dobrze ubrany. Dziś wieczór prezentował się szczególnie olśniewająco w oliwkowym garniturze i brązowym krawacie w paski. Uśmiechnęłam się do niego i już miałam mu powiedzieć, że cieszę się, widząc go znowu, gdy zauważyłam, że Eric przygląda mi się wyczekująco. Och, no tak.

Zdjęłam płaszcz i wyjęłam z torebki spowity w aksamit pakunek. Rzuciłam torebkę i płaszcz na puste krzesło, a następnie podeszłam do biurka Erica, wyciągając ku niemu trzymany w obu rękach pakunek. Starałam się to zrobić szybko, czyli zanim ugną się pode mną kolana i będę musiała czołgać się ku niemu, na co zupełnie nie miałam ochoty. Tak, prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie, niż to zrobię!

Położyłam zawiniątko przed Erikiem, pochyliłam głowę w geście, który - miałam nadzieję - był uroczysty, po czym usiadłam w fotelu dla gości.

- Ericu, co przyniosła ci nasza jasnowłosa przyjaciółka? - spytał Victor wesołym tonem, którym zazwyczaj się posługiwał.

Może naprawdę był człowiekiem szczęśliwym, a może mama nauczyła go kiedyś (kilka stuleci temu), że na miód złapie się więcej much niż na ocet.

Dość przesadnymi, wręcz teatralnymi ruchami Eric rozwiązał złoty sznurek, w milczeniu rozłożył aksamit i naszym oczom, iskrząc się niczym klejnot na ciemnym tle, ukazał się rytualny sztylet, który ostatnio widziałam w mieście Rhodes. Eric użył go wtedy podczas udzielania ślubu dwóm wampirzym królom, a potem drasnął nim skórę na swojej piersi, dając mi krew i biorąc w zamian moją: była to nasza ostatnia wymiana krwi, właśnie ta, która (z mojego punktu widzenia) spowodowała wszystkie kłopoty. Teraz Northman podniósł sztylet do ust i pocałował lśniące ostrze.

Victor rozpoznał sztylet, a wówczas uśmiech zniknął z jego twarzy. Przez chwilę on i Eric bacznie się sobie przypatrywali.

- Bardzo interesujące - zauważył w końcu Madden.

Znów ogarnęło mnie poczucie, że tonę, chociaż doskonale wiedziałam, że nie znajduję się w wodzie. Zaczęłam coś mówić, odkryłam jednak, że Eric siłą woli zmusza mnie do milczenia. Gdy chodzi o sprawy wampirze, zawsze inteligentnym wyjściem jest przyjęcie rady Erica.

- Odrzucę zatem prośbę tygrysa - oznajmił Victor. - Mój pan i tak nie był zadowolony, słysząc, że tygrys chce odejść. No i, oczywiście, poinformuję mojego pana o twoim wcześniejszym żądaniu. Oficjalnie potwierdzamy twoje połączenie z nią.

Ponieważ Victor kiwnął głową w moim kierunku, wiedziałam, że ja jestem tą "nią". A znałam tylko jednego tygrysołaka płci męskiej.

- O czym mówisz? - spytałam otwarcie.

- Quinn poprosił o prywatne spotkanie z tobą - wyjaśnił Madden. - Obecnie jednak nie może wrócić do strefy Erica bez jego pozwolenia. To jeden z warunków, które wynegocjowaliśmy, kiedy my... kiedy Eric został naszym współpracownikiem.

Gdyby chciał być mniej miły, powiedziałby: "Kiedy zabiliśmy wszystkie inne wampiry w Luizjanie z wyjątkiem Erica i jego zwolenników. I kiedy uratowałaś naszego króla przed śmiercią".

Żałowałam, że nie mam chwili na zastanowienie, zwłaszcza gdzieś z dala od wpatrujących się we mnie nieumarłych.

- Czy ta nowa reguła dotyczy jedynie Quinna czy też odnosi się do wszystkich zmiennokształtnych, którzy zechcą przyjechać do Luizjany? Jak mógłbyś rządzić wszystkimi łakami? I od kiedy wprowadziliście w życie tę zasadę? - spytałam Erica, próbując zyskać na czasie, zanim zbiorę myśli i wezmę się w garść.

Chciałam także, by Victor wyjaśnił mi ostatnią część swojej krótkiej przemowy, ten fragment o oficjalnym połączeniu, uznałam jednak, że w tej chwili zadałam już dosyć pytań.

- Trzy tygodnie temu - odparł Eric, odpowiadając najpierw na ostatnią kwestię. Twarz miał spokojną, podobnie głos. - A "nowa reguła" dotyczy tylko tych istot zmiennokształtnych, z którymi prowadzimy interesy.

Quinn pracował dla Extreme(ly Elegant) Events, firmy, która według moich podejrzeń przynajmniej częściowo należała do wampirów, ponieważ w ramach swoich zajęć nie organizował raczej ślubów i bar micw zwykłym ludziom. Tak, Quinn inscenizował wyłącznie ważne wydarzenia dla nadnaturalnych.

- Tygrys dostał od ciebie kosza, słyszałem o tym z jego własnych ust. Po co miałby tu wracać? - powiedział, wzruszając ramionami.

Przynajmniej nie próbował osładzać mi prawdy słowami: "Pomyślałem, że może ci się naprzykrzać" albo: "Zrobiłem to dla twojego dobra". Niezależnie od tego, jak bardzo byliśmy związani (a byliśmy tak bardzo, że walczyłam w tej chwili z pokusą obrzucenia go wielkim uśmiechem), to, gdy Eric w taki sposób decydował o moim życiu, czułam, że jeży mi się włos na karku.

- Teraz, kiedy ty i Eric jesteście otwarcie połączeni - obwieścił Victor jedwabistym głosem - na pewno nie zechcesz widzieć się z Quinnem, i dokładnie to mu powiem.

- My jesteśmy... co?! - Przeszyłam Erica wzrokiem pełnym furii, wampir jednak odwzajemnił mi spojrzenie, które mogłabym nazwać jedynie nijakim.

- Sztylet - ciągnął Victor jeszcze bardziej radosnym tonem. - Takie jest jego znaczenie. To rytualne ostrze przekazywane przez stulecia i używane podczas ważnych obrzędów i uroczystości składania ofiar. Nie jest, naturalnie, ostatnim ze swego rodzaju, lecz jest rzadki. Obecnie wykorzystuje się go jedynie w trakcie ceremonii... zaślubin. Nie jestem pewny, jak Eric wszedł w jego posiadanie, ale fakt, że mu go darowujesz, a on go przyjmuje, oznacza, że dopełniliście ślubów.

- Przepraszam bardzo, może wszyscy cofniemy się o krok i głęboko zaczerpniemy powietrza! - warknęłam, chociaż z osób znajdujących się w tym pomieszczeniu oddychałam wyłącznie ja. Podniosłam rękę, jak gdyby dwa wampiry ruszyły na mnie, a ja chciałam je tym gestem powstrzymać. - Ericu? - Próbowałam w tym jednym słowie zawrzeć wszystkie moje emocje, ale okazało się, że imię Northmana nie może unieść tak dużego bagażu.

- To tylko dlatego, żeby cię chronić, kochanie - oznajmił.

Starał się przemawiać łagodnie, tak, żeby nieco z jego spokoju dotarło i ogarnęło mnie dzięki łączącej nas więzi.

Teraz jednak nie powstrzymałyby mnie nawet tony spokoju.

- Jakie to... despotyczne - oceniłam zdławionym głosem. - Masz... tupet. Jak mogłeś zrobić coś takiego, nawet mnie nie spytawszy?! Jak mogłeś sądzić, że pozwolę ci wciągnąć siebie w takie zobowiązanie bez wcześniejszego omówienia tej sprawy? Nie widzieliśmy się przecież od miesięcy.

- Byłem tu trochę zajęty. Miałem nadzieję, że zwycięży twój instynkt samozachowawczy - odparł Eric. Stwierdzenie było szczere, jeśli nawet nietaktowne. - Masz cień wątpliwości, że chcę dla ciebie jak najlepiej?

- Nie wątpię, że chcesz tego, co sam uważasz za najlepsze dla mnie - odburknęłam. - I nie wątpię, że nie zrobisz niczego, co nie wydaje ci się dobre dla ciebie!

Victor roześmiał się.

- Ona dobrze cię zna, Ericu - zauważył, a ja i Northman przeszyliśmy go wzrokiem pełnym nienawiści. - Ups - mruknął i zaczął udawać, że zasuwa sobie usta zamkiem błyskawicznym.

- Ericu, jadę do domu. Porozmawiamy o tym wkrótce, chociaż nie wiem kiedy. Prowadzę bar podczas nieobecności Sama. Ma kłopoty rodzinne.

- Ale przecież Clancy twierdzi, że w Bon Temps ludzie dobrze przyjęli ujawnienie.

- Tak, rzeczywiście, lecz nie w domu rodzinnym Sama w Teksasie.

Eric wyglądał na autentycznie zniesmaczonego.

- Zrobiłem co mogłem, żeby im pomóc. Wysłałem co najmniej jednego z moich ludzi w każde publiczne miejsce. Sam pojechałem obserwować przemianę Alcide'a w kasynie Shamrock.

- Dobrze poszło? - spytałam, na chwilę zapominając o głównym temacie.

- Tak, tylko kilku pijaków sprawiło kłopoty, ale całkiem łatwo ich poskromiono. Jedna kobieta ofiarowała nawet swe ciało, gdy Alcide pozostawał w wilczym kształcie.

- Ech - prychnęłam i wstałam, łapiąc torebkę.

Eric już dostatecznie mocno oderwał moją uwagę od spraw ważnych.

Northman błyskawicznie wstał z miejsca i przeskoczył biurko ruchem zarówno zdumiewającym, jak i imponującym, toteż nagle zjawił się tuż przede mną. Otoczył mnie ramionami i przyciągnął blisko do siebie. Ze wszystkich sił starałam się trzymać proste plecy, nie chciałam bowiem przylgnąć do jego piersi. Trudno mi wyjaśnić, jak się z powodu naszej więzi czuję. W każdym razie... Bez względu na to, jak wściekła jestem na Erica, w jego towarzystwie zalewa mnie szczęście. Nie jest tak, że podczas naszej rozłąki szaleńczo za nim tęsknię; po prostu mam świadomość jego istnienia. Przez cały czas! Zastanawiałam się, czy jego emocje związane ze mną są podobne.

- Jutro w nocy? - spytał, uwalniając mnie z uścisku.

- Jeśli uda mi się wyjść z pracy. Mamy dużo do omówienia.

Ukłoniłam się sztywno Victorowi i wyszłam. Zerknęłam raz za siebie i spojrzałam na sztylet, który lśnił na czarnym aksamicie na biurku Erica.

Wiedziałam, jak Northman go zdobył. Po prostu zatrzymał go czy też raczej nie zwrócił Quinnowi, który zorganizował rytuał ślubu dwóch wampirzych królów, uroczystość, której byłam świadkiem w Rhodes. Eric jest pewnego rodzaju księdzem po kursie korespondencyjnym, toteż udzielał tego ślubu i później widocznie zachował sztylet ot tak, na wypadek, gdyby się przydał. Jak go wyszukał w ruinach zburzonego hotelu, tego nie wiem. Może wrócił tam w nocy po dniu wybuchów? Może wysłał Pam? Tak czy owak, zdobył go, a teraz użył do zaślubin ze mną.

A ja, z powodu oszołomienia, ciepłych uczuć wobec wampira-wikinga - albo miłosnego zaślepienia - zrobiłam dokładnie to, o co poprosił. I to bez chwili zastanowienia.

Nie miałam pojęcia, na kogo bardziej się za to złoszczę - na siebie czy na Erica.