Sookie Stackhouse. (#8). Gorzej niż martwy - Charlaine Harris


Reflow text when sidebars are open.
Robiłam porządek w butelkach z alkoholem na składanym stole za przenośnym barem, kiedy podbiegła do mnie Halleigh Robinson. Na jej ładnej twarzyczce dostrzegłam rumieńce i ślady łez. Dziewczyna zresztą natychmiast przyciągnęła moją uwagę, ponieważ za godzinę miała brać ślub, a wciąż była w błękitnych dżinsach i koszulce z krótkimi rękawami.
- Sookie! - wysapała, obiegając kontuar i łapiąc mnie za ramię. - Musisz mi pomóc!
Wydawało mi się, że już jej pomogłam, skoro tkwiłam tutaj w stroju kelnerki zamiast w ładnej sukience, którą planowałam włożyć na ślub.
- Jasne - odparłam, sądząc, że Halleigh chce, żebym jej przyrządziła na przykład jakiegoś specjalnego drinka.
Chociaż... Gdybym wsłuchała się wcześniej w jej myśli, wiedziałabym już, że chodzi o coś zupełnie innego. Próbowałam jednak zachowywać się tutaj jak najlepiej i szaleńczo blokowałam umysł przed napływem myśli innych osób. Telepaci nie mają łatwo, szczególnie na tak intensywnych emocjonalnie imprezach jak podwójny ślub. Tyle że chciałam być tutaj gościem, a nie barmanką serwującą drinki. Niestety, wyznaczonej przez Extreme(ly Elegant) Events osobie, która miała pełnić tę funkcję, przydarzył się wypadek w drodze ze Shreveport, toteż - chociaż firma wcześniej upierała się przy własnym barmanie - ponownie poproszono Sama i mnie.
Byłam zatem trochę rozczarowana, że stoję po "niewłaściwej" stronie kontuaru, uznałam jednak, że mogę wyświadczyć tę przysługę pannie młodej w jej szczególny dzień.
- Co mogę dla ciebie zrobić? - spytałam.
- Potrzebuję ciebie na moją druhnę - odparowała.
- Ach... Co takiego?
- Tiffany zasłabła, gdy pan Cumberland zrobił pierwszy cykl fotek. Odwieźli ją do szpitala!
Jak wspomniałam, do ślubu pozostała jeszcze godzina i fotograf postanowił wcześniej pstryknąć kilka grupowych ujęć. Druhny i drużbowie byli już stosownie ubrani. Cóż, Halleigh również powinna właśnie wkładać ślubną suknię, a zamiast tego stała przede mną w dżinsach, lokówkach na głowie, bez makijażu i z twarzą zalaną łzami.
Kto mógłby odmówić młodej kobiecie w takim stanie?
- Masz ten sam rozmiar co ona - ciągnęła nieszczęśliwa narzeczona. - A Tiffany prawdopodobnie będą wycinać wyrostek robaczkowy. Więc... mogłabyś przymierzyć sukienkę?
Zerknęłam na Sama, mojego szefa.
Uśmiechnął się do mnie i skinął głową.
- Idź, Sookie. Oficjalnie otwieramy dopiero po ślubie, czyli gdy zacznie się przyjęcie weselne.
Podążyłam zatem za Halleigh do Belle Rive, rezydencji Bellefleurów, która po ostatnich remontach wróciła do dawnej, przedwojennej chwały. Drewniane podłogi aż lśniły, błyszczały złocenia stojącej przy schodach harfy, podobnie jak wypolerowane srebra, wystawione na pokaz na blacie dużego kredensu w jadalni. Wszędzie dostrzegałam służących w białych strojach z misternie wyhaftowanym czarną nicią na bluzach logo "E(E)E". Extreme(ly Elegant) Events stała się ostatnio w Stanach Zjednoczonych główną firmą organizującą wszelkie ekskluzywne imprezy. Na widok logo poczułam ukłucie w sercu, ponieważ dla obsługującej istoty nadnaturalne filii Extreme(ly Elegant) Events pracował mój chłopak, od którego od dawna nie miałam żadnych wieści. Nie czułam jednak bólu zbyt długo, ponieważ Halleigh ciągnęła mnie szybko po schodach na piętro.
Pierwsza z brzegu sypialnia była wypełniona dość młodymi kobietami ubranymi w suknie w kolorze złota; wszystkie kręciły się wokół przyszłej szwagierki Halleigh, Portii Bellefleur. Halleigh przemknęła wraz ze mną obok nich i weszła do drugiego pokoju po lewej. Tu również tłoczyły się kobiety, tyle że młodsze od tamtych i ubrane w szyfony w ciemnym odcieniu granatu. W pomieszczeniu panował chaos, a na wielu powierzchniach zalegały prywatne stroje druhen. Pod zachodnią ścianą mieściło się stanowisko makijażowo-fryzjerskie, przy którym spokojnie stała kosmetyczka w różowym fartuchu i z lokówką w ręku.
- Dziewczyny, to jest Sookie Stackhouse - przedstawiła mnie pośpiesznie Halleigh. - Sookie, to jest moja siostra Fay, moja kuzynka Kelly, moja najlepsza przyjaciółka Sarah, moja druga najlepsza przyjaciółka Dana. A tutaj jest sukienka. Rozmiar osiem.
Zdziwiłam się, że Halleigh wykazała się przytomnością umysłu i kazała Tiffany zdjąć sukienkę druhny, zanim biedaczkę zabrano do szpitala. Cóż, panny młode są bezlitosne. W ciągu kilku minut rozebrano mnie do majtek i stanika. Cieszyłam się, że włożyłam tego dnia ładną bieliznę, ponieważ nie było czasu na skromność. Jakże skrępowana bym się czuła, gdybym musiała się zaprezentować na przykład w dziurawych babcinych gatkach! Sukienka miała podszewkę, więc nie potrzebowałam halki, co wydało mi się kolejnym szczęśliwym trafem. Znalazły się dla mnie zapasowe pończochy, które włożyłam najpierw, a później - przez głowę - sukienkę. Czasami noszę dziesiątkę (właściwie niemal przez cały czas), wstrzymywałam więc oddech, kiedy Fay zapinała zamek.
Powinnam wytrzymać, jeśli nie będę zbyt często oddychać.
- Super! - powiedziała radośnie jedna z pozostałych druhen (Dana?). - Teraz buty.
- O Boże - jęknęłam na ich widok.
Były na bardzo wysokim obcasie, ufarbowane na ciemnogranatowo, by pasowały do sukienki. Wsuwając w nie stopy, oczekiwałam bólu. Kelly (chyba) zapięła paseczki i wstałam. Wszystkie wstrzymałyśmy oddech, kiedy zrobiłam krok, potem kolejny. Buty były mniej więcej o pół rozmiaru za małe. I to było ważne "pół"!
- Jakoś pewnie wytrzymam do końca ślubu - bąknęłam, a wszystkie dziewczyny zaklaskały.
- Zapraszam zatem do siebie - oznajmiła pani Różowy Fartuch, więc usiadłam na krześle.
Podczas gdy "prawdziwe" druhny i matka Halleigh pomagały pannie młodej włożyć suknię, kosmetyczka nałożyła mi dodatkowy makijaż na mój własny i poprawiła fryzurę. Włosy mam długie i gęste, więc panią Różową czekało sporo pracy. W ostatnich trzech latach tylko nieco podcinałam włosy, które teraz sięgają mi do łopatek. Moja lokatorka, Amelia, zrobiła mi pasemka i wyszły naprawdę dobrze. Nigdy wcześniej nie miałam aż tak jasnych włosów.
Obejrzałam sobie siebie w pełnowymiarowym lustrze i wydało mi się niemożliwe, że w ledwie dwadzieścia minut ktoś mógł tak bardzo mnie przeobrazić. Z pracującej barmanki w długiej białej koszuli z marszczeniami i czarnych spodniach przemieniłam się w druhnę w ciemnogranatowej sukience, w dodatku ponad siedem centymetrów wyższą.
I wiecie co? Prezentowałam się wspaniale! W tym kolorze było mi naprawdę świetnie, zresztą, w sukience również - spódniczka lekko rozszerzała się ku dołowi, krótkie rękawy nie były zbyt obcisłe, a dekolt nie wydawał się na tyle duży, by nadawać mi zdzirowaty wygląd. Ponieważ mam naprawdę spory biust, staram się starannie dobierać stroje.
Z samouwielbienia wyrwała mnie praktyczna Dana.
- Słuchaj, mamy tu pewne zasady, których trzeba przestrzegać - oznajmiła.
Od tej chwili zatem słuchałam wszystkich wokół i posłusznie kiwałam głową. Wysłuchałam planu i znów pokiwałam głową. Dana okazała się dziewczyną zorganizowaną. Gdybym kiedyś zapragnęła najechać na jakieś małe państwo, właśnie Danę chciałabym mieć u swego boku.
Do czasu, aż ostrożnie zeszłyśmy po schodach (długie spódnice i wysokie obcasy to niezbyt dobre połączenie), zostałam w pełni wprowadzona w szczegóły i gotowa na pierwsze przejście między rzędami zajmowanych przez gości krzeseł.
Większość dziewczyn przed ukończeniem dwudziestu sześciu lat kilkakrotnie już była druhnami, mój przypadek jest jednak inny - Tara Thornton, jedyna moja przyjaciółka na tyle bliska, że mogłabym być jej druhną, wyszła za mąż akurat wtedy, gdy przebywałam poza miastem.
Na dole dostrzegłam gromadzące się uczestniczki drugiego ślubu. Grupa Portii miała być we wszystkim pierwsza. Dwaj panowie młodzi wraz ze swymi drużbami czekali już na dworze - i dobrze, ponieważ do ceremonii pozostało zaledwie pięć minut.
Portia Bellefleur i jej druhny były przeciętnie o siedem lat starsze niż przedstawicielki ekipy Halleigh. Portia jest starszą siostrą Andy'ego Bellefleura, detektywa policji Bon Temps i narzeczonego Halleigh. Strój Portii wydał mi się trochę przesadny (do materiału przyszyto tyle pereł, warstw koronki i cekinów, że moim zdaniem suknia mogłaby sama stać), ale cóż, to był wielki dzień Portii, a w taki dzień dziewczyna może sobie nosić, co, cholera, chce. Wszystkie jej druhny były ubrane na złoto.
Bukiety druhen oczywiście pasowały: były biało-granatowe lub żółte. "Nasze" bukiety w zestawieniu z ciemnogranatowymi sukienkami dawały bardzo ładny efekt.
Konsultantka ślubna, szczupła nerwowa kobieta z wielką burzą ciemnych loków, liczyła uczestników ceremonii prawie na głos. Kiedy wreszcie z zadowoleniem stwierdziła, że wszystkie niezbędne osoby są obecne, otworzyła dwuskrzydłowe drzwi prowadzące na duży ceglany taras. Stąd widzieliśmy tłum gości, zwróconych plecami do nas i usadowionych na stojących w dwóch sektorach na trawniku białych składanych krzesłach; pomiędzy sektorami rozłożono wąski czerwony dywan. Ludzie patrzyli na podwyższenie, na którym pastor stał obok ołtarza przystrojonego białym obrusem i zastawionego zapalonymi już świecami. Na prawo od duchownego czekał narzeczony Portii, Glen Vick. Spoglądał na dom, czyli na nas. Glen wyglądał na bardzo, bardzo zdenerwowanego, niemniej jednak starał się uśmiechać. Drużbowie zajęli już stosowne pozycje po obu jego bokach.
"Złote" druhny Portii wyszły na taras i - jedna po drugiej - zaczęły przechodzić przez wypielęgnowany ogród. Dzięki zapachowi weselnych kwiatów noc wydawała się słodka. Zresztą, w ogrodach Belle Rive róże kwitną nawet w październiku.
W końcu, z towarzyszeniem narastającej muzyki, Portia przekroczyła taras i doszła do początku czerwonego dywanu, a konsultantka ślubna (z niejakim wysiłkiem) podniosła tren jej sukni, by panna młoda nie szorowała nim po cegłach.
Pastor skinął głową, a wówczas wszyscy wstali i obrócili się, by zobaczyć triumfalny marsz Portii. Cóż, Portia czekała na tę chwilę wiele lat.
Bez przeszkód dotarła do ołtarza i wtedy przyszła kolej na naszą grupę. Kiedy przechodziłyśmy przez taras, Halleigh posłała każdej z nas zachęcającego całusa - również mnie, co było z jej strony przemiłe. Konsultantka ślubna wysyłała nas po kolei ku podwyższeniu, gdzie miałyśmy ustawić się w szeregu, to znaczy, każda przed wyznaczonym jej drużbą. Mnie przydzielono kuzyna Bellefleurów z Monroe, który naprawdę się wystraszył, gdy zobaczył, że podchodzę do niego ja, a nie Tiffany. Szłam powolnym krokiem, tak jak pouczyła mnie wcześniej Dana, a w zaciśniętej dłoni trzymałam pod pożądanym kątem otrzymany bukiecik. Uważnie obserwowałam inne druhny i nic nie umykało mojej uwagi. Bardzo chciałam sprawić się bez zarzutu.
Wszyscy na mnie patrzyli, a ja byłam tak rozdygotana, że zapomniałam zablokować umysł, toteż niepożądane myśli osób z tłumu na moment zalały mnie i kompletnie przytłoczyły.
"Wygląda tak ładnie... Co się stało z Tiffany...? No, no, no, co za biust... Pośpieszcie się, pannice, potrzebuję drinka... Co ja tu, do diabła, robię? Czemu ta baba ciąga mnie na wszystkie śluby w gminie... Uwielbiam tort weselny".
Nagle stanęła przede mną dziewczyna i zrobiła mi zdjęcie. Znałam ją, była to ładna wilkołaczyca nazwiskiem Maria-Star Cooper, asystentka Ala Cumberlanda, powszechnie znanego fotografa, który miał atelier w Shreveport. Uśmiechnęłam się do Marii-Star, a ona pstryknęła mi kolejne zdjęcie. Szłam dalej po dywanie i mimo uśmiechu walczyłam z wciąż atakującymi mnie myślami.
Po chwili odkryłam, że niektóre osoby nie wysyłają mi myśli, co oznaczało, że w tłumie są wampiry. Glen prosił, by ślub mógł się odbyć późnym wieczorem, ponieważ pragnął zaprosić niektórych spośród swoich co ważniejszych wampirzych klientów. Kiedy Portia przystała na to bez oporów, miałam pewność, że naprawdę kocha swego wybranka; Portia Bellefleur naprawdę nie przepada za nieumarłymi. Wręcz przeciwnie, każdy kontakt z wampirem przyprawia ją o gęsią skórkę.
Co do mnie, ogólnie rzecz biorąc, nawet lubię nieumarłych, a to dlatego, że ich mózgi są przede mną zamknięte, dzięki czemu, przebywając w towarzystwie wampirów, czuję się osobliwie zrelaksowana. No dobra, bywam przy nich spięta, ale przynajmniej nie męczy mi się umysł.
Ostatecznie dotarłam na wyznaczone mi miejsce. Wcześniej obserwowałam, jak druhny i drużbowie Portii i Glena ustawiają się wokół pary młodej w dwa szeregi tworzące razem kształt odwróconej litery "V". Teraz nasza grupa w identyczny sposób otoczyła Halleigh i Andy'ego. Stanęłam i sapnęłam z ulgą. Ponieważ nie pełniłam tu żadnej ważnej funkcji, tak naprawdę moja rola skończyła się w tym momencie. Musiałam jedynie trwać w bezruchu i udawać zainteresowaną, co nie wydało mi się zbyt trudne.
Muzyka grała na cały regulator, toteż pastor dał kolejny znak. Tłum wstał i wszyscy patrzyli teraz na drugą pannę młodą. Halleigh szła powoli ku nam. Promieniała. Wybrała dużo prostszą sukienkę niż Portia. Wyglądała bardzo młodo i bardzo słodko. Była przynajmniej pięć lat młodsza niż Andy, a może i więcej. Ojciec Halleigh, tak opalony i wysportowany jak jej matka, wbrew wcześniejszym ustaleniom wystąpił z tłumu i wziął córkę pod ramię; ponieważ Portia przeszła po dywanie sama (jako że jej ojciec od dawna nie żył), postanowiono, że Halleigh również pójdzie sama.
Nie przestając się uśmiechać, przyjrzałam się uważnie weselnikom, który obracali się powoli, podążając spojrzeniem za przechodzącą panną młodą.
Dostrzegłam w tłumie mnóstwo znajomych twarzy: nauczycieli ze szkoły podstawowej, w której uczyła Halleigh, funkcjonariuszy departamentu policji, w której służył Andy, przyjaciółki starej pani Caroline Bellefleur, która mimo problemów zdrowotnych wciąż żyła, współpracowników Portii i inne osoby zajmujące się zawodowo prawem, a także klientów Glena Vicka i księgowych. Zajęte były prawie wszystkie krzesła.
Zauważyłam kilku przedstawicieli rasy czarnej i kilkoro Mulatów, jednakże większość gości weselnych reprezentowała rasę białą. Najbledsze oblicza w tłumie należały naturalnie do wampirów. Jednego z nich znałam dobrze - Bill Compton, mój sąsiad i dawny kochanek, siedział mniej więcej w połowie grupy; miał na sobie smoking i był w nim bardzo przystojny. Bill wyglądał zresztą dobrze w każdym ubraniu. Obok siedziała jego dziewczyna, Selah Pumphrey, pracownica agencji handlu nieruchomościami z Clarice. Wybrała na dziś bordową suknię, która ładnie podkreślała jej ciemne włosy. Widziałam może piątkę wampirów, których nie znałam, toteż uznałam ich za klientów Glena. Chociaż Glen o tym nie wiedział, na ślub przyszło sporo gości, którzy byli bardziej (lub mniej) "nieludzcy".
Na przykład, mój szef, Sam, który należy do nielicznych pełnokrwistych istot zmiennokształtnych, co oznacza, że potrafi przemienić się w dowolne zwierzę. Fotograf był z kolei wilkołakiem (podobnie jak jego asystentka), chociaż dla wszystkich zwyczajnych weselników był po prostu niewysokim Afroamerykaninem przy kości, ubranym w ładny garnitur i z dużym aparatem na szyi. Ja jednak wiedziałam, że Al przy pełni księżyca zmienia się w wilka, dokładnie tak samo jak Maria-Star. W tłumie znajdowało się zapewne również kilkoro innych wilkołakow, chociaż rozpoznałam tylko jedną - Amandę, rudowłosą kobietę pod czterdziestkę, właścicielkę shreveporckiego baru o nazwie "Psi Włos". Może firma Glena prowadziła jej księgi rachunkowe, kto wie.
Spostrzegłam też pumołaka, Calvina Norrisa. Przyszedł dziś w towarzystwie, co mnie ucieszyło, chociaż poziom mojego zachwytu zdecydowanie opadł, kiedy przyjrzałam się lepiej jego partnerce i odkryłam, że jest nią Tanya Grissom. Eee... Co ta panna robi znowu w Bon Temps?! I z jakiego powodu Calvin znalazł się na liście gości? Lubiłam go, lecz zupełnie nie potrafiłam połączyć go z młodymi parami.
Podczas gdy ja badawczo przyglądałam się osobom w tłumie, poszukując znajomych twarzy, Halleigh zajęła pozycję obok Andy'ego, a druhny i drużbowie odwrócili się w stronę pastora.
Ponieważ nie byłam emocjonalnie zaangażowana w uroczystość, zaczęłam rozmyślać o różnych swoich sprawach, a tymczasem nabożeństwo odprawiał ojciec Kempton Littrell, duchowny episkopalny, który zazwyczaj przyjeżdżał do naszego niewielkiego kościoła co dwa tygodnie. Reflektory oświetlające ogród odbijały się od okularów ojca Littrella i od jego twarzy, która wydawała się znacznie bielsza, toteż duchowny wyglądał niemal jak wampir.
Obrządek przebiegał zgodnie ze standardowym planem. O rany, jakie to szczęście, że byłam przyzwyczajona do wystawania za barem, ponieważ tu również musiałam długo stać. W dodatku w butach na wysokich obcasach! Rzadko takie wkładam, a obcasy tych miały na pewno ponad siedem centymetrów. Ponieważ mierzę metr siedemdziesiąt pięć, czułam się dziwnie. Niemniej jednak usiłowałam stać spokojnie i uzbroić się w cierpliwość.
Teraz Glen wsuwał obrączkę na palec Portii, a Portia wyglądała prawie ładnie, kiedy patrzyła w dół na ich połączone dłonie. Nigdy nie należała do moich ulubienic - ani ja do jej - ale życzyłam jej dobrze. Glen jest kościsty i ma ciemnawe, rzedniejące włosy, nosi też duże okulary. Gdybyście kręcili film i poprosili o "typ księgowego", pewnie przysłaliby wam właśnie Glena. Jednakże wsłuchałam się w ich myśli i wiedziałam, że on szczerze kocha Portię, a ona kocha jego.
Przestąpiłam z nogi na nogę i przeniosłam ciężar na prawą stopę.
Ojciec Littrell w tym momencie odprawił drugą ceremonię, tym razem z udziałem Halleigh i Andy'ego. Nie przestawałam się uśmiechać (nie miałam z tym kłopotów; przecież, pracując w barze, uśmiecham się przez cały czas), a równocześnie obserwowałam, jak Halleigh zostaje panią Bellefleur. Poszczęściło mi się, gdyż - chociaż śluby episkopalne bywają długie - obie młode pary wybrały najkrótszą możliwą formę nabożeństwa.
W końcu wybrzmiały ostatnie triumfalne tony, muzyka ucichła, nowożeńcy zniknęli w domu, a za nimi udaliśmy się my, druhny i drużbowie, choć teraz w odwrotnej kolejności. Wracając ścieżką po dywanie, czułam się autentycznie dumna z siebie, choć byłam też trochę zmęczona. Pomogłam Halleigh, gdy mnie potrzebowała, a teraz... zamierzałam bardzo szybko zdjąć te buty.
Bill przyciągnął mój wzrok i w milczeniu położył sobie rękę na sercu. Był to gest romantyczny i zupełnie dla mnie nieoczekiwany, toteż przez moment patrzyłam na wampira łagodniejszym okiem. O mało się do niego nie uśmiechnęłam, tyle że tuż u jego boku była Selah. Zresztą, akurat w tym momencie przypomniałam sobie, że Bill jest zdradzieckim draniem, i skupiłam się na bolesnej drodze do rezydencji. Sam Merlotte stał parę metrów za ostatnim rzędem krzeseł. Miał na sobie strój identyczny jak ten, który ja nosiłam jeszcze godzinę temu - białą koszulę frakową i czarne spodnie. Był odprężony i spokojny, jak to Sam. Do sytuacji dziwnie pasowała nawet jego szopa splątanych rudoblond włosów.
Posłałam mu szczery uśmiech, a on w odpowiedzi wyszczerzył do mnie zęby, po czym podniósł kciuk na znak akceptacji i chociaż mózgi zmiennokształtnych są nieco odmienne od naszych i trudno mi czytać tym osobnikom w myślach, wiedziałam, że ten mężczyzna aprobuje zarówno mój wygląd, jak i zachowanie. Ani na moment nie odwrócił ode mnie jasnoniebieskich oczu. Pracuję u niego od pięciu lat i przeważnie doskonale się dogadujemy. Sam trochę się denerwował, gdy zaczęłam się spotykać z wampirem, w końcu jednak jakoś przebolał ten fakt.
Wiedziałam, że muszę wracać za bar, i to szybko. Dogoniłam Danę.
- Kiedy mogę się przebrać? - spytałam.
- Och, mamy jeszcze sesję zdjęciową - odparła wesoło.
Podszedł do niej jej mąż i objął ją. Drugą ręką przytrzymywał ich dziecko - niemowlę ubrane w neutralny żółty kaftanik.
- Pewnie nie będę potrzebna - zauważyłam. - Przecież fotograf zrobił wam wcześniej już mnóstwo fotek, prawda? To znaczy, zanim zemdlała... tamta dziewczyna.
- Tiffany. Tak, ale zdjęć będzie więcej.
Poważnie wątpiłam, czy rodzina chce mieć zdjęcia ze mną, chociaż, z drugiej strony, moja nieobecność zachwiałaby symetrię fotografii grupowych. Odszukałam Ala Cumberlanda.
- Tak - przyznał, fotografując uśmiechnięte młode żony i ich rozpromienionych mężów. - Muszę zrobić jeszcze kilka ujęć. Zostań w tym stroju.
- Cholera! - przeklęłam, gdyż bolały mnie nogi.
- Słuchaj, Sookie, mogę zrobić tylko jedno. Sfotografuję twoją grupę jako pierwszą. Andy, Halleigh! To znaczy... pani Bellefleur! Jeśli wszyscy wyrażą zgodę, zrobię zdjęcia najpierw waszej grupie.
Portia Bellefleur-Vick nieco się zdziwiła na wieść, że jej grupa nie będzie fotografowana jako pierwsza, nie wściekła się jednak, pewnie dlatego, że ustawiła się do niej długa kolejka osób z gratulacjami. Podczas gdy Maria-Star uwieczniała wzruszającą scenkę, jakiś krewny wwiózł na wózku starą panią Caroline - podjechał do Portii, która pochyliła się i pocałowała babcię. Portia i Andy mieszkali z Caroline od lat, czyli od śmierci ich rodziców. Właśnie kłopoty ze zdrowiem starej pani Bellefleur już przynajmniej dwukrotnie stały się powodem przesunięcia daty obu ślubów. Zgodnie z pierwotnym planem, ceremonie miały się odbyć ubiegłej wiosny, i wówczas przyśpieszono przygotowania, ponieważ pani Caroline niedomagała. Przeszła jednak atak serca, więc datę przesunięto na czas jej rekonwalescencji, potem zaś po raz kolejny, gdy złamała biodro. Muszę powiedzieć, że jak na osobę z takimi problemami zdrowotnymi wyglądała... No cóż, prawdę mówiąc, wyglądała jak bardzo stara kobieta, która przeżyła zawał, a później złamanie biodra. Caroline była ubrana w kostium z beżowego jedwabiu, miała lekko umalowaną twarz, a śnieżnobiałe włosy ułożone we fryzurę a la Lauren Bacall. W młodości była znaną pięknością, przez całe życie - despotką, a ostatnio - sławną kucharką.
Dziś wieczorem Caroline Bellefleur była w siódmym niebie. Wreszcie pożeniła wnuki, a teraz przyjmowała wyrazy uznania. W dodatku rezydencja Belle Rive prezentowała się naprawdę spektakularnie - zresztą, dzięki wampirowi, który patrzył na nią z kompletnie niedającą się odczytać miną.
Bill Compton - bo o niego chodzi - odkrył w pewnym momencie, że jest przodkiem Bellefleurów, i anonimowo przekazał pani Caroline ogromną kwotę. Caroline bez wahania przyjęła pieniądze i chętnie je wydawała, nie miała bowiem pojęcia, że pochodzą od wampira. Uznała je za spadek po jakimś dalekim krewnym. Pomyślałam, że to prawdziwa ironia losu, ponieważ Bellefleurowie prędzej by napluli Billowi w twarz, niż mu podziękowali. Był jednak członkiem ich rodziny i cieszyłam się, że znalazł sposób, by wziąć udział w ślubie.
Wzięłam głęboki wdech, wyrzuciłam z głowy wspomnienie mrocznego spojrzenia Billa i uśmiechnęłam się do obiektywu. Zajęłam przydzielone mi miejsce w grupie druhen, przeczekałam działania fotografa, a później umknęłam patrzącemu cielęcym wzrokiem młodemu Bellefleurowi i w końcu ochoczo ruszyłam po schodach na górę, do pokoju, w którym mogłam przebrać się ponownie w strój barmanki.
Na piętrze nie było nikogo i poczułam ulgę na myśl, że wreszcie jestem sama.
Z niejakim trudem zdjęłam sukienkę i powiesiłam ją, a później usiadłam na stołku i zaczęłam rozpinać paseczki niewygodnych butów.
Usłyszałam cichy dźwięk przy drzwiach i zaskoczona podniosłam wzrok. Bill stał w wejściu z rękoma w kieszeniach, a jego skóra lekko się jarzyła. Wysunął kły.
- Próbuję się tutaj przebrać - mruknęłam.
Uznałam, że nie ma sensu udawać skromnisi, skoro widział kiedyś każdy centymetr mojego ciała.
- Nie powiedziałaś im - oznajmił.
- Że co? - sapnęłam, lecz po chwili zrozumiałam. Billowi chodziło o to, że mogłam powiedzieć Bellefleurom o łączącym ich z nim pokrewieństwie. - Nie, oczywiście że nie powiedziałam - odparłam. - Przecież prosiłeś, żebym im nie mówiła.
- Sądziłem, że mogłaś powiadomić ich o tym w gniewie.
Obrzuciłam go spojrzeniem pełnym niedowierzania.
- Nie, niektórzy z nas naprawdę posiadają honor - oświadczyłam.
Bill przez minutę patrzył w dal.
- Tak a propos, wszystkie rany na twarzy ładnie ci się zagoiły - dodałam.
Gdy wybuchły bomby podłożone w Rhodes przez członków Bractwa Słońca, Bill został zmuszony do wystawienia twarzy na działanie słońca. Efekty były wówczas bardzo przykre dla oka.
- Spałem przez sześć dni - odparł. - Kiedy w końcu wstałem, zauważyłem, że większość obrażeń się zagoiła. A jeśli chodzi o twój przytyk dotyczący mojego braku honoru, nie dałaś mi szansy obrony. Bo przecież, kiedy Sophie-Anne kazała mi ciebie wytropić... byłem niechętny, Sookie. Początkowo nie chciałem nawet udawać, że pragnę związku z istotą ludzką... z kobietą. Uważałem, że to mnie zhańbi. Wszedłem do baru tylko po to, żeby zobaczyć, jak wyglądasz... kiedy nie mogłem już dłużej tego odkładać. Niestety, wieczór nie potoczył się w taki sposób, jak sobie zaplanowałem. Wyszedłem z osuszaczami i stało się to, co się stało. Ponieważ właśnie ty pośpieszyłaś mi z pomocą, uznałem tę sytuację za zrządzenie losu. Wypełniłem więc rozkaz mojej królowej. I wpadłem w pułapkę, z której nie potrafiłem uciec. Wciąż nie mogę z niej uciec...
Pułapka miłości, pomyślałam z sarkazmem. A jednak Bill był zbyt poważny i zbyt opanowany, bym ośmieliła się z niego szydzić. Tą złośliwością po prostu broniłam się przed jego słowami.
- Masz dziewczynę - wytknęłam mu. - Wróć do Selah.
Spuściłam głowę i zaczęłam odpinać pasek drugiego sandałka. Gdy wreszcie zdjęłam but i podniosłam wzrok, odkryłam, że Bill wciąż wpatruje się we mnie ciemnymi oczyma.
- Oddałbym wszystko, by znów z tobą zlegnąć - oznajmił.
Zmartwiałam, zatrzymując się w połowie zwijania pończochy z lewego uda.
Okej, przyznaję, jego słowa oszołomiły mnie, niesamowicie i na kilku różnych poziomach. Po pierwsze, zaskoczyło mnie biblijne "zlegnąć". Po drugie, zdumiał mnie fakt, że Compton uważa mnie za tak trudną do zapomnienia kochankę.
Cóż, może pamięta wyłącznie dziewice.
- Dziś wieczorem nie mam ochoty na wygłupy - oświadczyłam mu brutalnie. - Sam czeka na mnie przy barze, muszę mu pomóc podawać drinki. Idź już.
Wstałam i odwróciłam się do niego plecami. Włożyłam spodnie i koszulę, którą w nie wsunęłam. Wtedy nadszedł czas na czarne buty do biegania. Szybko zerknęłam w lustro, sprawdzając, czy ciągle mam na wargach szminkę, po czym odwróciłam się w stronę drzwi.
Billa nie było.
Zeszłam szerokimi schodami, wyszłam przez taras do ogrodu i wreszcie z ulgą zajęłam ponownie swoje stanowisko za barem. Nadal mnie bolały stopy. Podobnie jak miejsce w sercu zranionym przez osobnika nazwiskiem Bill Compton.
Kiedy tak pośpiesznie wracałam do swoich obowiązków, Sam popatrzył na mnie z uśmiechem. Caroline odrzuciła wprawdzie naszą prośbę, by wystawić słoik na napiwki, jednak podchodzący do baru goście już wsunęli kilka banknotów do nieużywanej wysokiej szklanki koktajlowej, więc postanowiłam, że nie będę jej ruszać.
- Wyglądałaś naprawdę ładnie w tej sukience - zauważył Sam, kiedy mieszał rum z colą.
Wręczyłam piwo nad barem i uśmiechnęłam się do starszego mężczyzny, który po nie przyszedł. Za ten uśmiech otrzymałam ogromny napiwek, toteż od razu spojrzałam w dół i odkryłam, że podczas ubierania pominęłam kilka guzików. Tak, tak, pokazywałam niezły kawałek dekoltu. Przez chwilę czułam zakłopotanie, ale w sumie uznałam, że nie prezentuję się jak puszczalska - raczej jak dziewczyna z dużym biustem. Więc dobrze, niech tak zostanie.
- Dziękuję - odparłam, modląc się, by Sam nie zauważył mojej nerwowości. - Mam nadzieję, że zachowałam się jak trzeba.
- Oczywiście, że tak - odparł tonem człowieka, któremu nawet nie przeszło przez głowę, że mogłabym w jakiejś roli popełnić gafę.
I dlatego właśnie Merlotte jest najwspanialszym szefem, jakiego kiedykolwiek miałam.
- No cóż, dobry wieczór - odezwał się ktoś nieznacznie nosowym głosem.
Uniosłam głowę znad wina, które nalewałam, i zobaczyłam, że Tanya Grissom zajęła przestrzeń, którą bez wątpienia inna osoba spożytkowałaby znacznie lepiej. Towarzyszącego jej na ślubie Calvina nie dostrzegłam nigdzie w pobliżu.
- Witaj, Tanyu - zagaił Sam. - Jak się miewasz? Nie było cię u nas przez jakiś czas.
- No cóż, musiałam pozałatwiać pewne sprawy w Missisipi - odrzekła. - Ale wróciłam i zastanawiałam się, Sam, czy nie potrzebujesz przypadkiem pracownicy na część etatu.
Zacisnęłam usta i starałam się mieć zajęte ręce. Tanya podeszła do Sama, kiedy jakaś starszawa dama poprosiła mnie o tonic z plasterkiem limonki. Wręczyłam jej napój tak szybko, że wyglądała na zaskoczoną, po czym zajęłam się kolejnym klientem Sama. Od mojego szefa aż emanowało zadowolenie na widok Tanyi. Mężczyźni to czasem idioci, prawda? Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że wiedziałam o niej parę rzeczy, o których Sam nie miał pojęcia.
Następna w kolejce była Selah Pumphrey. Ależ mam dziś szczęście! Jednakże dziewczyna Billa poprosiła tylko o rum z colą.
- Jasne - odparłam, starając się nie wzdychać z ulgą, gdy przygotowywałam drinka.
- Słyszałam go - oznajmiła nagle bardzo cicho.
- Kogo słyszałaś? - spytałam, skupiona na podsłuchiwaniu rozmowy Tanyi i Sama... raz uszami, raz umysłem.
- Słyszałam, jak Bill rozmawiał z tobą wcześniej. - Ponieważ nie odpowiedziałam, kontynuowała: - Zakradłam się za nim po schodach.
- A zatem on wie, że tam byłaś - stwierdziłam w zadumie i wręczyłam dziewczynie drinka.
Przez sekundę patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczyma - ze strachem? A może z gniewem? Wreszcie odeszła sztywnym krokiem. Gdyby wzrok zabijał, leżałabym już na ziemi bez życia.
Tanya zaczęła się odwracać od Sama dziwnym ruchem, jak gdyby jej ciało myślało o odejściu, ale głowa ciągle rozmawiała z moim szefem. W końcu postanowiła wrócić do Calvina. Patrzyłam za nią, nie myśląc o niej zbyt ciepło.
- No cóż, to dobra wiadomość - oznajmił Sam z uśmiechem. - Tanya będzie przez jakiś czas do naszej dyspozycji.
Ugryzłam się w język w ostatniej chwili i zapanowałam nad pragnieniem obwieszczenia, że Tanya bardzo wyraźnie zasugerowała mu swoją dyspozycyjność.
- O tak, świetna - bąknęłam.
Na świecie jest wiele osób, które lubię. Dlaczego dwie kobiety, za którymi naprawdę nie przepadam, musiały się pojawić na tym przyjęciu dziś wieczorem? No cóż, dobrze przynajmniej, że moje stopy niemal piszczały z rozkoszy, odkąd zdjęłam zbyt małe buty na zbyt wysokich obcasach.
Uśmiechałam się, przyrządzałam drinki i sprzątałam puste butelki. Poszłam też do pikapa Sama i rozładowałam trochę towaru. Otwierałam piwo lub wino, wycierałam plamy po rozlanych napojach, aż w pewnej chwili poczułam się niczym perpetuum mobile.
Spragnione wampiry zjawiły się przy barze w grupie. Odkorkowałam butelkę "Royalty Blended" - kosztownej mieszanki krwi syntetycznej i prawdziwej, europejskiej. Trzeba ją było naturalnie trzymać w lodówce i stanowiła specjalny smakołyk dla klientów Glena, który Vick osobiście zamówił. (Z wampirzych trunków lepsza była jedynie czysta royalty, która zawierała tylko ślad konserwantów). Sam ustawił dla nieumarłych szereg kieliszków do wina, a potem poprosił, żebym nalała do nich blended. Usiłowałam być wyjątkowo ostrożna, starając się nie uronić ani kropli. Merlotte wręczał kieliszki gościom. Wampiry, łącznie z Billem, zostawiały bardzo duże napiwki i szeroko się uśmiechały, gdy wznosiły kieliszki w toaście za zdrowie nowożeńców.
Po łyku ciemnego płynu okazywały zadowolenie, wysuwając kły. Niektórzy ludzie patrzyli z lekkim niepokojem na te objawy upodobania, natychmiast jednak do baru podszedł Glen, uśmiechając i kiwając głową. Dostatecznie dużo wiedział o zwyczajach nieumarłych, by nie wyciągać do żadnego z nich ręki. Zauważyłam, że nowa pani Vick nie nadskakuje przybyłym na jej ślub wampirom, chociaż zmusiła się do sztucznego uśmiechu i jednego przejścia obok ich grupki.
Jeden z nieumarłych wrócił po szklankę zwyczajnej Czystej Krwi. Podałam mu ciepły napój.
- Dziękuję ci - powiedział i wręczył mi kolejny napiwek.
Zerknęłam w otwarty portfel i zobaczyłam prawo jazdy z Nevady. Wiem, bo podczas pracy w "Merlotcie" widziałam mnóstwo tego typu dokumentów - stale przecież sprawdzamy dzieciaki, zanim podamy im alkohol. A zatem ów wampir przyjechał na ten ślub z daleka. Przyjrzałam mu się po raz pierwszy, a on, widząc, że zwrócił moją uwagę, złożył ręce i nieznacznie mi się pokłonił. Ponieważ czytałam kiedyś kryminał, którego akcję osadzono w Tajlandii, wiedziałam, że mam do czynienia z wai, czyli uprzejmym powitaniem praktykowanym przez buddystów... A może przez wszystkich Tajów? Tak czy owak, wampir pragnął okazać uprzejmość. Po chwili wahania wytarłam dłonie w ręczniczek, po czym złożyłam je i powieliłam jego gest. Gość wyglądał na zadowolonego.
- Nazywaj mnie Jonathanem - poprosił. - Amerykanie nie potrafią wymówić mojego prawdziwego imienia.
Chyba usłyszałam w jego głosie nutkę arogancji i pogardy, uznałam jednak, że nie sposób go winić.
- Jestem Sookie Stackhouse - odparłam.
Był niedużym mężczyzną, miał może z metr siedemdziesiąt trzy wzrostu, karnację w jasnym odcieniu miedzi i bardzo czarne włosy typowe dla mieszkańców jego kraju. Cóż, wydał mi się naprawdę przystojny. Nos miał mały i szeroki, usta wydatne. Czarne oczy, bardzo czarne brwi. Jego skóra była tak gładka, że nie potrafiłam dostrzec żadnych, nawet najmniejszych porów. Lśnił lekko, jak mają w zwyczaju wampiry.
- To twój mąż? - spytał, podnosząc szklankę z krwią i przechylając głowę w kierunku Sama. Merlotte mieszał akurat dla jednej z druhen pi?a coladę.
- Nie, sir, to mój szef.
W tym momencie, po kolejne piwo podszedł do nas Terry Bellefleur, dalszy krewny Portii i Andy'ego. Naprawdę lubię Terry'ego, wiem jednak, że zbyt często straszliwie się upija. Dziś również był na dobrej drodze do takiego stanu. Mimo że ten weteran z Wietnamu chciał przystanąć obok nas i wypowiedzieć swoje zdanie na temat aktualnie toczonej wojny i polityki prezydenckiej w tej kwestii, zaprowadziłam go do innego członka rodziny Bellefleurów, jakiegoś dalekiego kuzyna z Baton Rouge, prosząc, by miał oko na Terry'ego i nie pozwolił mu odjechać pikapem.
W tym czasie wampir Jonathan nie spuszczał ze mnie wzroku. Nie byłam pewna powodów jego zainteresowania, nie zaobserwowałam jednak w jego postawie czy zachowaniu agresywności ani lubieżności, a kły miał schowane. Najbezpieczniejsze jednak wydało mi się zlekceważenie go i powrót do własnych zajęć. Jeśli Jonathan z jakiejś przyczyny pragnie ze mną porozmawiać, dowiem się o tym prędzej czy później. Wolałabym "później".
Kiedy niosłam z pikapa Sama skrzynkę puszek coli, moją uwagę przyciągnął z kolei mężczyzna stojący samotnie w cieniu rzucanym przez ogromny zimozielony dąb rosnący na zachodniej stronie trawnika. Mężczyzna był wysoki, szczupły i nienagannie ubrany w garnitur, który wyglądał na bardzo kosztowny. W pewnej chwili przesunął się nieco do przodu - zobaczyłam jego twarz i uprzytomniłam sobie, że gość również na mnie patrzy. Zrobił na mnie dobre pierwsze wrażenie - pomyślałam, że jest "śliczną istotą", choć nie nazwałabym go istotą ludzką. Tak, czymkolwiek był, na pewno nie był człowiekiem. Chociaż dość wiekowy, wydał mi się naprawdę niesamowicie przystojny, a włosy, wciąż jasnozłote, miał równie długie jak ja; nosił je schludnie związane na plecach. Jego skóra wydała mi się nieznacznie pomarszczona, toteż skojarzyła mi się ze skórką wyśmienitego jabłka, które nieco zbyt długo leżało w pojemniku na owoce, trzymał się jednak niezwykle prosto i nie nosił okularów. Wspierał się na lasce, która była prosta, czarna ze złotą gałką.
Kiedy wyszedł z cienia, wampiry odwróciły się całą grupą i patrzyły na niego. A po chwili nieznacznie pochyliły głowy. Odpowiedział im lekkim ukłonem. Nieumarli zachowywali dystans, jak gdyby ów osobnik był niebezpieczny lub ich przerażał.
Zdarzenie to uznałam za bardzo dziwne, nie miałam jednak czasu się nad nim zastanowić. Wszyscy goście pragnęli wypić ostatniego darmowego drinka. Przyjęcie kończyło się bowiem i ludzie przechodzili powoli przed dom, gdzie miało się odbyć pożegnanie szczęśliwych par. Halleigh i Portia zniknęły wcześniej na piętrze rezydencji, gdzie przebrały się w stroje na wyjazd. Personel Extreme(ly Elegant) Events posprzątał już puste filiżanki i małe talerzyki, na których goście mieli ciasto lub przekąski, toteż ogród wyglądał na stosunkowo czysty.
Teraz, kiedy byliśmy mniej zajęci, Sam postanowił ze mną porozmawiać.
- Sookie, mylę się czy masz coś przeciwko Tanyi?
- Cóż, mam rzeczywiście powód, by nie darzyć jej sympatią - odparłam. - Chociaż nie jestem pewna, czy powinnam ci o tym mówić. Najwyraźniej ją lubisz.
Można by pomyśleć, że napiłam się burbona. Albo serum prawdy.
- Skoro nie chcesz z nią pracować, podaj mi ten powód - powiedział. - Chcę go usłyszeć. Jesteś moją przyjaciółką - dodał. - Szanuję twoje zdanie.
Przyjemnie usłyszeć coś takiego.
- Tanya jest ładna - zauważyłam. - Bystra i zdolna.
To były te dobre rzeczy.
- No ale?
- Zjawiła się tutaj jako szpieg - ciągnęłam. - Przysłali ją Peltowie i kazali wybadać, czy mam coś wspólnego ze zniknięciem ich córki Debbie. Pamiętasz ich wizytę w barze?
- Tak - przyznał. W światłach ogrodu wyglądał osobliwie. - A miałaś z tym coś wspólnego?
- Wszystko - odrzekłam ze smutkiem. - Ale w samoobronie.
- Wiem, że tak. - Wziął moją rękę, którą zaskoczona usiłowałam wyszarpnąć. - Wiem, że tak było - powtórzył i puścił moją dłoń.
Wiara Sama była jak balsam na rany, toteż ogarnęło mnie cudowne uczucie zadowolenia. Pracowałam dla Merlotte'a od długiego czasu i jego dobra opinia bardzo dużo dla mnie znaczyła. Poczułam ucisk w gardle i musiałam odchrząknąć.
- Dlatego widok Tanyi na pewno mnie dziś nie uszczęśliwił - kontynuowałam. - Nie ufałam jej od początku, a kiedy dowiedziałam się, dlaczego za pierwszym razem przyjechała do Bon Temps, naprawdę ją znielubiłam. Nie wiem, czy nadal nie pracuje dla Peltów. Poza tym przyszła tutaj z Calvinem, a mimo to podrywała ciebie.
Mój ton okazał się o wiele bardziej gniewny, niż sobie zamierzyłam.
- Och. - Sam wyglądał na zakłopotanego.
- Ale jeżeli chcesz się z nią umówić, nie zwracaj na mnie uwagi i zrób to - dorzuciłam, siląc się na lżejszy ton. - To znaczy... Przecież dziewczyna nie może być wyłącznie zła. Pewnie uważała, że postępuje właściwie, decydując się pomóc w znalezieniu informacji na temat zaginionej zmiennokształtnej... - Uznałam, że moje słowa zabrzmiały całkiem dobrze. I może nawet w tych stwierdzeniach było ziarenko prawdy, kto wie. - Nie muszę lubić osób, z którymi się spotykasz - dodałam, usiłując podkreślić, że nie mam do Sama żadnych praw i doskonale o tym wiem.
- Tak, ale czuję się lepiej, gdy akceptujesz moich znajomych - odparł.
- I wzajemnie - zgodziłam się ku swemu wielkiemu zaskoczeniu.
Zaczęliśmy się pakować spokojnie i dość dyskretnie, ponieważ wokół kręciło się jeszcze sporo gości.
- Skoro rozmawiamy o randkach, to co się stało z Quinnem? - spytał, kiedy pracowaliśmy. - Odkąd wróciłaś z Rhodes, snujesz się z nieszczęśliwą miną z kąta w kąt.
- No cóż, mówiłam ci, że został dość poważnie ranny w trakcie wybuchu bomb.
Filia Extreme(ly Elegant) Events, dla której pracował Quinn, zajmowała się organizacją wyjątkowych imprez dla społeczności nadnaturalnych: przygotowywała wampirze śluby hierarchiczne, wilkołacze osiemnastki, konkursy na przywódcę stada i tym podobne zdarzenia. Właśnie z tego względu Quinn przebywał w pomieszczeniach hotelu "Piramida w Gizie" w czasie, kiedy Bractwo zdetonowało bomby.
Członkowie Bractwa Słońca nienawidzili wampirów, najwyraźniej nie mieli jednak pojęcia, że nie są one jedynymi przedstawicielami ogromnego świata nadnaturalnych - nieumarłych można by raczej porównać z czubkiem góry lodowej, odkąd jako jedyni ujawnili nam fakt swego istnienia. Nikt nie wiedział o innych istotach albo wiedziały o nich zaledwie nieliczne osoby takie jak ja; chociaż powoli coraz więcej ludzi dopuszcza się do tajemnicy. Byłam pewna, że fanatycy z Bractwa znienawidzą wilkołaki lub zmiennokształtnych w typie Sama tak bardzo, jak obecnie nienawidzą wampirów... natychmiast, gdy odkryją istnienie tamtych. A odkryją je zapewne niedługo.
- Tak, sądziłem jednak...
- Tak, wiem, ja również sądziłam, że Quinn i ja jesteśmy dla siebie stworzeni - ucięłam chyba dość ponurym tonem, ale cóż, czułam smutek na myśl o moim zaginionym tygrysołaku. - Ciągle myślałam, że dostanę od niego jakąś wiadomość. Ale... ani słowa.
- Wciąż stoi u ciebie samochód jego siostry?
Po katastrofie w Rhodes Frannie Quinn pożyczyła mi swoje auto, dzięki czemu mogłam wrócić do domu.
- Nie, zniknął pewnej nocy, kiedy Amelia i ja byłyśmy w pracy. Chciałam powiadomić o tym Quinna, więc zadzwoniłam na jego komórkę i zostawiłam wiadomość głosową. Jednak Quinn nie oddzwonił.
- Sookie, tak mi przykro - jęknął Sam.
Wiedział, że nie są to najodpowiedniejsze słowa, lecz co mógł powiedzieć?
- Tak, mnie również - odparłam, usiłując nie dopuścić do głosu przygnębienia.
Bardzo starałam się nad sobą panować. Wiedziałam, że Quinn w żaden sposób nie obwinia mnie za obrażenia, których doznał. Przed wyjazdem do domu widziałam go przecież w szpitalu w Rhodes, gdzie przebywał pod opieką siostry, Fran, która również chyba nie czuła do mnie nienawiści. Nikt mnie nie wini, nikt mnie nie nienawidzi... więc dlaczego się ze mną nie kontaktują?!
Wiedziałam, że to pytanie doprowadzi mnie do kolejnych i będę bez końca rozczulać się nad sobą lub rozpaczać, dałam więc spokój próżnym dumaniom i spróbowałam skupić umysł na czymś innym. Zajęcie się czymś to wszak najlepsze remedium na zmartwienia. Zaczęliśmy przenosić niektóre przywiezione produkty i przedmioty do pikapa, który Sam zaparkował mniej więcej przecznicę od rezydencji. Większość cięższych rzeczy niósł Merlotte. Mój szef nie jest facetem o przesadnych gabarytach, lecz jest naprawdę silny, tak zresztą jak wszyscy zmiennokształtni.
Do godziny dwudziestej drugiej trzydzieści prawie skończyliśmy. Słysząc wiwaty dobiegające sprzed budynku, wiedziałam, że obie młode żony zeszły po schodach w strojach przygotowanych na miesiąc miodowy. Rzuciły bukiety, a później obie pary odjechały. Portia i Glen wybierali się do San Francisco, a Halleigh i Andy lecieli na Jamajkę do jakiegoś kurortu. Nie mogłam się powstrzymać, więc ich wypytałam, stąd wiem.
W końcu Sam powiedział, że mogę już jechać.
- Poproszę Dawsona, żeby pomógł mi rozładować auto pod barem - wyjaśnił.
Ponieważ Dawson, który zastępował dziś Sama za barem w "Merlotcie", miał mięśnie twarde jak głazy, zgodziłam się, że to dobry plan.
Kiedy rozdzieliliśmy napiwki, zostało mi około trzystu dolarów. Intratny wieczór, nie ma co. Wsunęłam pieniądze do kieszeni spodni. Zwitek był duży, gdyż składał się głównie z jednodolarówek. Cieszyłam się, że mieszkam w Bon Temps, a nie w jakiejś metropolii, ponieważ w takim przypadku bałabym się, że zanim dotrę do samochodu, ktoś trzaśnie mnie w głowę i ucieknie z gotówką.
- No to dobranoc, Sam - pożegnałam się, po czym włożyłam rękę do kieszeni i sprawdziłam, czy mam kluczyki. Nie wzięłam z domu torebki, uznałam, że nie warto.
Kiedy zeszłam po spadzistym terenie podwórza za domem i znalazłam się na chodniku, nieśmiało przygładziłam włosy. Nie zdołałam powstrzymać pani Różowy Fartuch przed wykonaniem wymyślonej przez nią dla mnie koafiury, więc natapirowała mi włosy i zakręciła. Wyszła fryzura trochę w stylu Farrah Fawcett, ale ja czułam się z nią głupio.
Mijały mnie auta odjeżdżających gości weselnych. Na ulicach panował też normalny, charakterystyczny dla soboty ruch. Rząd pojazdów zaparkowanych na krawężniku ciągnął się wiele metrów w dół ulicy, toteż na zwężonej jezdni pojazdy przemieszczały się powoli. Co do mnie, zaparkowałam niezgodnie z przepisami od strony kierowcy przy krawężniku, lecz w naszym miasteczku mało kto robił z tego problem.
Pochyliłam się, chcąc otworzyć drzwi samochodu, gdy usłyszałem za sobą hałas. Jednym gwałtownym ruchem ukryłam kluczyki w dłoni, którą równocześnie zacisnęłam w pięść, po czym odwróciłam się i uderzyłam przed siebie najmocniej, jak mogłam. Pięść z kluczami okazała się całkiem niezłą bronią, toteż stojący za mną mężczyzna zatoczył się, potknął na nierówności chodnika i wylądował na pośladkach na pochyłym trawniku.
- Nie chciałem zrobić ci krzywdy - oznajmił.
Był to Jonathan.
Niełatwo jest prezentować się dostojnie i spokojnie, kiedy człowiekowi spływa krew z kącika ust i siedzi na trawniku, ale azjatyckiemu wampirowi jakoś się to jednak udało.
- Zaskoczył mnie pan - bąknęłam, co było sporym niedomówieniem.
- Rozumiem - odparł i bez trudu skoczył na równe nogi. Wyjął chusteczkę i oklepał sobie wargi.
Nie zamierzałam przepraszać. Ludzie, którzy skradają się od tyłu, gdy stoję w nocy sama na ulicy, no cóż, zasługują na to, co ich spotyka. Niemniej jednak rozważyłam ponownie argumenty za i przeciw. Wampiry poruszają się przecież bardzo cicho.
- Przepraszam - powiedziałam. - Zakładałam najgorsze - wyjaśniłam. Był to swego rodzaju kompromis. - Powinnam pana rozpoznać.
- Nie, nie - zaprzeczył Jonathan. - Wtedy byłoby za późno. Samotna kobieta musi umieć się bronić.
- Doceniam pańskie zrozumienie - stwierdziłam ostrożnie. Popatrzyłam gdzieś za niego, starając się nie pokazywać po sobie żadnych emocji. Mam w tym wprawę, ponieważ od lat usiłuję nijak nie reagować na różne mniej lub bardziej zdumiewające rewelacje, które stale słyszę wprost z ludzkich mózgów. W końcu spojrzałam wampirowi prosto w oczy. - Czy pan...? Dlaczego pan tu jest?
- Przejeżdżałem przez Luizjanę i przyjechałem na ślub jako gość Hamiltona Tharpa - wyjaśnił. - Przebywam w Piątej Strefie za pozwoleniem Erica Northmana.
Nie miałam zielonego pojęcia, kim jest Hamilton Tharp - przypuszczalnie jakiś kumpel Bellefleurów. Erica Northmana znałam natomiast całkiem dobrze. (Dokładnie rzecz ujmując, znałam jego ciało od stóp do głowy... i pomiędzy). Jest szeryfem Piątej Strefy zajmującej dużą połać północnej Luizjany. Ja i Eric jesteśmy ze sobą związani w pewien skomplikowany sposób, co przez większość dni ogromnie mi się, cholera, nie podoba!
- Tak naprawdę chciałam zapytać... dlaczego podszedł pan do mnie akurat teraz?
Czekałam na odpowiedź, nadal zaciskając w dłoni kluczyki. Postanowiłam, że będę patrzeć mu w oczy. Nawet wampiry tego nie lubią.
- Byłem ciekaw - odrzekł.
Ręce złożył przed sobą. Zaczęłam odczuwać do niego coraz silniejszą niechęć.
- Czego?
- Słyszałem trochę w "Fangtasii" o blondynce, którą Northman tak wysoce sobie ceni. Eric jest osobnikiem dumnym i bezwzględnym, toteż nie wydawało mi się prawdopodobne, by mogła go zainteresować zwykła kobieta.
- A skąd pan niby wiedział, że będę tutaj, na tym ślubie, dziś wieczorem?
Zamrugał gwałtownie. Bez wątpienia nie oczekiwał przesłuchania, ja jednak nie zamierzałam mu ustąpić. Spodziewał się wcześniej, że zdoła mnie zniewolić wampirzym spojrzeniem. Tyle że na mnie wampirzy urok po prostu nie działa.
- Młoda kobieta, która pracuje dla Erica... jego dziecko imieniem Pam... wspomniała mi o tym - odparł.
Kłamca, kłamca, przyłapany na gorącym uczynku kłamca, pomyślałam. Nie rozmawiałam z Pam od paru tygodni, a nasza ostatnia konwersacja nie przypominała raczej dziewczyńskiego trajkotania i nie opowiadałam jej ani o swoich towarzyskich, ani tym bardziej o zawodowych planach. Pam wyleczyła się już z ran, których doznała w Rhodes. Jej powrót do zdrowia, a także rekonwalescencja Erica i królowej Sophie-Anne, były, szczerze mówiąc, jedynym i wyłącznym tematem naszej rozmowy.
- Tak, jasne - mruknęłam. - No to dobranoc. Muszę jechać.
Otworzyłam drzwiczki i szybko zajęłam siedzenie, próbując równocześnie nie odrywać wzroku od Jonathana, gotowa zareagować na jakiś jego nagły ruch. Wampir stał nieruchomo jak pomnik, pochyliwszy ku mnie głowę. Uruchomiłam silnik i odjechałam. Pas bezpieczeństwa zapięłam dopiero przy następnym znaku stopu, nie chciałam bowiem być czymś skrępowana, póki Jonathan był tak blisko. Opuściłam blokadę drzwiczek samochodu i rozejrzałam się wokół. Żadnych wampirów w polu widzenia. Pomyślałam: to było naprawdę, naprawdę dziwne. Właściwie powinnam zadzwonić do Erica i opowiedzieć mu o tym incydencie.
Ale wiecie, co jest najdziwniejsze? Ten nieco zasuszony piękny mężczyzna o długich jasnych włosach stał przez cały czas w cieniu za wampirem. Nasze oczy spotkały się na moment. Nie potrafiłam zinterpretować wyrazu pięknej twarzy mężczyzny, wiedziałam jednak, że nie życzy sobie, bym ujawniła jego obecność. Nie czytałam mu w myślach - nie potrafiłam - lecz i tak o tym wiedziałam.
Co chyba jeszcze dziwniejsze, Jonathan nie miał pojęcia, że ów starszy pan tam stoi. Jeśli weźmiemy pod uwagę świetny węch, jaki cechuje wszystkich nieumarłych, nieświadomość Jonathana była po prostu zdumiewająca!
Ciągle rozważałam niezwykłe zdarzenie, kiedy zjechałam z Hummingbird Road i znalazłam się na długim podjeździe wiodącym przez las do mojego starego domu. Serce domu powstało ponad sto sześćdziesiąt lat temu, ale, ma się rozumieć, z pierwotnej budowli nie pozostało zbyt dużo. W ciągu dziesięcioleci, które od tamtego czasu upłynęły, dobudowano różne pomieszczenia, inne zaś wielokrotnie przerabiano. Dom miał również któryś z kolei dach. Początkowo był dwupokojowym wiejskim budynkiem, a teraz stał się znacznie większy i wygodniejszy, lecz pozostał całkiem zwyczajny.
Dziś prezentował się bardzo spokojnie w świetle zewnętrznego reflektora, który Amelia Broadway, moja lokatorka, zostawiła dla mnie włączony. Samochód Amelia zaparkowała na tyłach, więc zatrzymałam się obok niego. Wyjęłam klucze od domu, na wypadek gdyby dziewczyna poszła już do siebie, na górę. Drzwi siatkowe nie były zamknięte, więc gdy weszłam, zasunęłam zasuwkę. Otworzyłam kluczem główne drzwi, a kiedy znalazłam się w środku, przekręciłam klucz w zamku. Amelia i ja miałyśmy prawdziwego fioła na punkcie bezpieczeństwa, szczególnie w nocy.
Z niejakim zaskoczeniem zauważyłam, że siedzi przy kuchennym stole i czeka na mnie. Po tygodniach wspólnego pomieszkiwania znałyśmy na wylot swoje wzajemne zwyczaje, wiedziałam więc, że zwykle o tej porze Amelia śpi już w swoim pokoju na piętrze. Ma tam własny telewizor, telefon komórkowy i laptop, wyrobiła też sobie kartę biblioteczną, dzięki której wypożycza mnóstwo książek. Poza beletrystyką leżą u niej dzieła na temat zaklęć, lecz nigdy o nie nie spytałam. Nigdy!
Amelia jest czarownicą.
- Jak było? - spytała, mieszając herbatę ruchem tak gwałtownym, jak gdyby pragnęła stworzyć maleńki wir.
- No cóż, pobrali się. Nikt w tym nie przeszkodził. Wampirzy klienci Glena zachowywali się przyzwoicie, a pani Caroline przez cały czas obdarzała wszystkich wielką łaskawością. A ja musiałam zastąpić jedną z druhen...
- No nie! Opowiedz mi o tym natychmiast.
Więc opowiedziałam jej całą historię ze szczegółami i trochę się pośmiałyśmy. Zastanawiałam się, czy wspomnieć Amelii również o pięknym mężczyźnie, którego widziałam, w końcu jednak odrzuciłam tę myśl. Co miałam jej mówić? "Patrzył na mnie?". Zreferowałam jej za to spotkania z Jonathanem z Nevady.
- Czego twoim zdaniem naprawdę chciał? - spytała czarownica.
- Nie przychodzi mi do głowy żadne wytłumaczenie. - Wzruszyłam ramionami.
- Musisz się tego dowiedzieć. Zwłaszcza że nigdy nie słyszałaś o facecie, na którego zaproszenie rzekomo się zjawił.
- Zamierzam zadzwonić do Erica... Jeśli nie dziś w nocy, to jutro późnym wieczorem.
- Szkoda że nie kupiłaś egzemplarza tej bazy danych, którą rozpowszechnia twój Bill. Widziałam ogłoszenie w Internecie wczoraj na jakiejś wampirzej stronie.
Zmiana tematu mogła się wydawać nagła, tyle że stworzona przez Billa Comptona baza danych miała rzeczywiście związek z tym tematem - zawierała zdjęcia i/lub biografie wszystkich wampirów, które autor zdołał zlokalizować na całym świecie, a także wzmianki o nieumarłych, o których Bill tylko słyszał. Dzięki płycie kompaktowej Comptona jego szefowa, królowa Sophie-Anne, zarobiła więcej pieniędzy, niż ja kiedykolwiek zobaczę. Kopię mógł nabyć jedynie wampir; a wampiry potrafią sprawdzić takie rzeczy.
- No cóż, ponieważ Bill żąda za nią pięćset dolarów, a podawanie się za nieumarłego jest dość niebezpieczne... - zaczęłam.
Amelia zamachała ręką.
- Warto dla niej zaryzykować - ucięła.
Amelia jest osobą o wiele ode mnie nowocześniejszą... przynajmniej w pewnych sprawach. Dorastała w Nowym Orleanie i mieszkała tam przez większą część życia. Teraz rezyduje u mnie, gdyż któregoś dnia popełniła straszliwy błąd. Ponieważ swoim brakiem doświadczenia spowodowała magiczną katastrofę, uciekła z Nowego Orleanu. Miała szczęście, że wyjechała, jako że niedługo później przez miasto przetoczył się niszczycielski huragan Katrina. Od tamtej pory piętro jej nowoorleańskiego domu zajmuje lokator, a mieszkanie na parterze zostało potężnie zniszczone. Amelia nie pobiera od lokatora czynszu, w zamian za co mężczyzna nadzoruje remont domu.
W tej właśnie chwili do kuchni wkroczył "powód", dla którego Amelia wciąż nie wracała do Nowego Orleanu. Bob podszedł do mnie cicho, by się przywitać, po czym otarł się z czułością o moje nogi.
- Witaj, moje małe kochanie - zaszczebiotałam, podnosząc z podłogi długowłosego czarno-białego kota. - Jak się miewa mój skarbek? Mój kochany kotek?
- Chyba zwymiotuję - mruknęła czarownica.
Wiedziałam jednak, że gdy nie ma mnie w pobliżu, moja lokatorka przemawia do zwierzaka tak samo nieprzyzwoicie słodko.
- Jakiś postęp? - spytałam, podnosząc głowę znad futrzastego Boba, którego sierść była dziś puszysta dzięki popołudniowej kąpieli.
- Nie - odburknęła, wyraźnie zniechęcona. - Pracowałam nad nim przez godzinę i uzyskałam jedynie dodatek w postaci ogona jaszczurki. Resztę czasu zajęło mi usunięcie go.
Bob tak naprawdę jest mężczyzną, to znaczy... człowiekiem, a ściśle rzecz biorąc głupawo wyglądającym ciemnowłosym facetem w okularach, który - jak wyznała mi kiedyś Amelia - miał pewne znakomite atuty, tyle że niewidoczne, gdy był w ubraniu. Amelia nie miała prawa ćwiczyć zaklęć transformacyjnych, a jednak skusiła się i zmieniła Boba w kota. Podobno uprawiali w tym czasie bardzo śmiały seks. Przyznam, że nigdy nie odważyłam się zapytać, co próbowała wtedy osiągnąć, bez dwóch zdań jednak chodziło jej o coś dość egzotycznego.
- Jest sprawa - oznajmiła nagle.
Od razu wróciłam do rzeczywistości i skoncentrowałam uwagę na czarownicy. Miałam teraz usłyszeć prawdziwy powód, dla którego nie położyła się jeszcze spać i czekała na rozmowę ze mną. Muszę dodać, że myśli Amelii docierają do mnie bardzo wyraźnie i bez przeszkód, więc znałam już tę przyczynę, pozwoliłam jednak dziewczynie mówić. Wiem przecież, że ludzie naprawdę nie lubią, gdy ich informuję, że wiem, o czym myślą, szczególnie kiedy chcą się rozwodzić nad jakimś tematem.
- Mój tato będzie w Shreveport jutro i zamierza przyjechać do Bon Temps, by się ze mną zobaczyć - oznajmiła pośpiesznie. - On i jego szofer, Marley. Chce przyjść na kolację.
Nazajutrz przypadała niedziela. Lokal "U Merlotte'a" będzie otwarty tylko po południu, gdy jednak zerknęłam w kalendarz, odkryłam, że i tak mam jutro dzień wolny.
- Więc może po prostu wyjdę - odparłam. - Mogłabym odwiedzić JB i Tarę. Nie ma sprawy...
- Nie, nie, proszę, bądź tutaj ze mną - wydukała, patrząc na mnie błagalnie.
Nie wyjaśniła przyczyn swojej prośby. Bez trudu jednak wyczytałam je z jej myśli. Związek Amelii z ojcem był dość skomplikowany. Nie dogadywali się, toteż przyjęła nazwisko matki, Broadway; chociaż po części zrobiła to ze względu na sławę ojca. Copley Carmichael liczył się nawet w polityce i był kiedyś człowiekiem bardzo bogatym, nie wiedziałam jednak, jak Katrina wpłynęła na jego dochody. Niegdyś Carmichael posiadał ogromne składy drzewne i przedsiębiorstwo budowlane, więc być może huragan zniszczył jego majątek. Z drugiej strony, całe miasto potrzebowało obecnie drewna i usług remontowych.
- O której przyjeżdża? - spytałam.
- O siedemnastej.
- Czy szofer jada przy tym samym stole, co on?
Nigdy nie miałam do czynienia z pracownikami. W moim domu był tylko jeden duży stół - tutaj, w kuchni. Cóż, na pewno nie każę temu mężczyźnie siedzieć na tylnych schodach.
- O Boże - jęknęła. Ta kwestia wyraźnie nie przyszła jej wcześniej na myśl. - Co zrobimy z Marleyem?
- O to właśnie cię pytam.
Byłam zbyt niecierpliwa?
- Słuchaj - zaczęła Amelia. - Nie znasz mojego ojca. Nie wiesz, jaki jest.
Wiedziałam wprost z jej mózgu, że uczucia wobec niego ma naprawdę mieszane. Trudno mi było przebrnąć przez fale miłości, strachu i niepokoju, które odczuwała, i ustalić jej rzeczywiste nastawienie. Znałam niewielu bogatych ludzi, a jeszcze mniej takich, którzy zatrudniali pełnoetatowych szoferów.
Cóż, ta wizyta będzie naprawdę interesująca.
Życzyłam Amelii dobrej nocy i poszłam do łóżka. Mimo że miałam dużo do przemyślenia, okazało się, że jestem zbyt zmęczona, i szybko zasnęłam.
***
Niedziela była kolejnym pięknym dniem. Rozmyślałam o młodych parach, bezpiecznie rozpoczynających nowe życie, a później o starej pani Caroline, która cieszyła się nadal towarzystwem kuzynów ("młodzieniaszków" po sześćdziesiątce) - mieli ją pilnować i zapewniać rozrywki. Kiedy Portia i Glen wrócą, kuzyni odjadą do swoich skromniejszych domów, prawdopodobnie z niejaką ulgą. Halleigh i Andy wyprowadzą się natomiast na swoje.
Pomyślałam o Jonathanie i pięknym starszym mężczyźnie. Przypomniałam sobie, że muszę zadzwonić do Erica wieczorem, gdy tylko wampir się obudzi. Przez głowę przemknęły mi niespodziewane słowa Billa. Po raz milionowy rozważyłam kwestię milczenia Quinna.
Zanim jednak naprawdę popadłam w zadumę, wyrwał mnie z niej "huragan Amelia".
Amelia ma wiele cech, za które ją lubię, nawet uwielbiam. Jest bezpośrednia, utalentowana i ma w sobie wiele entuzjazmu. Wie wszystko o świecie istot nadnaturalnych i moim w nim miejscu. Uważa mój niesamowity "dar" za coś naprawdę wspaniałego. Mogę rozmawiać z nią o wszystkim. Nigdy nie reaguje z oburzeniem czy odrazą. Z drugiej strony, jest impulsywna i uparta, ale trzeba przyjmować ludzi takimi, jakimi są. Tak, naprawdę cieszę się, że ze mną mieszka.
A co do spraw praktycznych - Amelia naprawdę nieźle gotuje, jest skrupulatna, jeśli chodzi o rozdział naszych rzeczy, i jest osobą tak czystą, że drugiej podobnej ze świecą szukać. Najlepiej wychodzi jej... sprzątanie. Poważnie! Amelia sprząta, kiedy jest znudzona, kiedy jest zdenerwowana i kiedy czuje się z jakiegoś powodu winna. Nie uważam siebie za brudasa w kwestii prowadzenia domu, lecz czarownica jest przy mnie gospodynią światowej klasy. W dniu, w którym o mało nie spowodowała wypadku samochodowego, wyczyściła meble w salonie. Kiedy jej lokator zadzwonił i powiedział, że trzeba wymienić dach, z nerwów pojechała do wypożyczalni EZ Rent i przytargała do domu maszynę do froterowania i polerowania, którą wypucowała drewniane podłogi na piętrze i parterze.
Kiedy wstałam o dziewiątej, Amelia popadła już głęboko w szaleństwo sprzątania z powodu dzisiejszych odwiedzin ojca. Gdy wychodziłam do kościoła około dziesiątej czterdzieści pięć, tkwiła na czworakach w głównej łazience na dole - pomieszczeniu, nie da się ukryć, bardzo staroświeckim z powodu małych ośmiokątnych czarno-białych kafelków i olbrzymiej starej wanny na nóżkach, które jednak (dzięki mojemu bratu, Jasonowi) posiada bardziej nowoczesną toaletę. Z tej łazienki korzysta na co dzień Amelia, gdyż na górze są jedynie pokoje mieszkalne. Ja mam swoją prywatną, dodaną w latach pięćdziesiątych tuż przy sypialni, w której śpię. W moim domu moglibyście zobaczyć szereg głównych trendów dekoratorskich, jakie rządziły w naszym kraju przez ostatnie kilka dekad; wszystko w jednym budynku, kompletny eklektyzm.
- Naprawdę sądzisz, że było aż tak brudno? - spytałam, stojąc w wejściu.
Zwracałam się do pośladków czarownicy.
Dziewczyna uniosła głowę i przesunęła dłonią w rękawiczce po czole, odgarniając krótkie włosy.
- Nie, nie było źle, chciałam jednak, żeby było wspaniale.
- Ten budynek, Amelio, to tylko zwykły stary dom. Nie sądzę, żeby można było zrobić z niego wspaniałą rezydencję.
Nie ma sensu przepraszać za wiek czy zużycie domu lub mebli. Starałam się, jak mogłam, i kochałam go.
- Ależ to jest cudowny stary dom, Sookie - zapewniła mnie natychmiast Amelia. - Po prostu muszę się czymś zająć.
- No dobrze - odparłam. - Cóż, jadę do kościoła. Będę w domu przed dwunastą trzydzieści.
- Możesz pojechać po kościele do sklepu? Lista jest na ladzie.
Zgodziłam się, zadowolona, że mam do roboty coś, dzięki czemu będę dłużej poza domem.
Ranek pasowałby bardziej do marca (chodzi mi o marzec na południu kraju) niż do października. Wysiadając z samochodu przy kościele metodystów, wystawiłam twarz na lekki wiatr. W powietrzu czuło się już zimę. Okna w skromnym kościółku pozostawiono otwarte. Kiedy śpiewaliśmy, nasze połączone głosy niosły się nad trawą i drzewami. Podczas kazania pastora zauważyłam jednak, że część liści opada.
Tak, hmm, przyznaję, nie zawsze słucham kazania pastora. Czasami ta godzina w kościele służy mi jako czas na przemyślenie własnych spraw, zdarza mi się też dumać o tym, dokąd zmierza moje życie. A jednak te myśli mają związek. Obserwując spadające z drzew liście, też dostrzegłam związek, szerszy kontekst.
Tak czy inaczej, dziś słuchałam kazania z niejaką uwagą. Wielebny Collins mówił, aby oddać Bogu co boskie, a cesarzowi co cesarskie. Kazanie skojarzyło mi się z kwietniowym płaceniem podatków i przyłapałam się na zastanowieniu, czy wielebny Collins płaci podatki co kwartał, częściej czy rzadziej. Po chwili jednak odkryłam, że pastor mówi o prawach, które przez cały czas łamiemy bez poczucia winy - takich jak przekraczanie prędkości na drodze lub wysyłanie listem poleconym przedmiotów, które powinno się nadać paczką, tyle że paczka jest droższa.
W drodze do wyjścia uśmiechnęłam się do wielebnego. Pastor, ilekroć mnie widzi, zawsze wygląda na nieco zmartwionego.
Na parkingu przywitałam się z Maxine Fortenberry i jej mężem, Edem. Maxine jest duża i zażywna, Ed natomiast tak nieśmiały i cichy, że niemal nie rzuca się w oczy. Ich syn, Hoyt, to najlepszy przyjaciel mojego brata Jasona. Hoyt stał dziś obok matki. Miał na sobie ładny garnitur, a włosy przyciął. Interesujące oznaki!
- Kochanie, uściskaj mnie! - poprosiła Maxine, a ja naturalnie natychmiast spełniłam jej prośbę.
Maxine była dobrą przyjaciółką mojej babci, chociaż była od niej znacznie młodsza - raczej w wieku mojego ojca. Posłałam jej mężowi uśmiech i lekko pomachałam Hoytowi.
- Dobrze wyglądasz - zagaiłam, a on uśmiechnął się do mnie.
Nie sądzę, bym kiedykolwiek widziała u niego taki uśmiech, toteż zerknęłam na Maxine, oczekując wyjaśnienia. Wyszczerzyła do mnie radośnie zęby.
- Hoyt spotyka się z tą Holly, z którą pracujesz - oznajmiła. - Dziewczyna ma małe dziecko, ale to dobrze. Hoyt zawsze lubił dzieci.
- Nie wiedziałam - odparłam. Chyba naprawdę za dużo ostatnio skupiam się na sobie. - To naprawdę świetnie, Hoyt. Holly jest rzeczywiście miłą dziewczyną.
Nie byłam pewna, czy tak bym to ujęła, gdybym miała czas zastanowić się nad ripostą. Ale może dobrze, że nie miałam czasu. Holly naprawdę ma sporo atutów (oddana synowi, Cody'emu, lojalna wobec przyjaciół, kompetentna w pracy). Była rozwiedziona od wielu lat, więc, wiążąc się z Hoytem, na pewno dobrze to sobie przemyślała. Zastanawiałam się, czy powiedziała mu, że jest wiccanką. Nie, wiedziałam, że nie powiedziała - w przeciwnym razie Maxine nie uśmiechałaby się tak szeroko.
- Spotykamy się z nią dziś na lunchu w "Sizzlerze" - powiedziała, wspominając stekownię przy autostradzie międzystanowej. - Holly nie chodzi zbyt regularnie do kościoła, lecz pracujemy nad tym. Chcemy, żeby chodziła z nami i zabierała Cody'ego. Och, lepiej już jedźmy, skoro mamy być na czas.
- Świetnie, Hoyt! - powiedziałam, klepiąc go po ramieniu, gdy mnie mijał.
Obrzucił mnie zadowolonym spojrzeniem.
Wszyscy wokół pobierają się lub zakochują. Cieszyłam się ich szczęściem. Szczęście, szczęście, szczęście. Przybrałam sztuczny uśmieszek i pojechałam do marketu Piggly Wiggly. Wyjęłam z torebki listę Amelii. Była dość długa, niemniej jednak miałam pewność, że do tej pory czarownica wymyśliła coś jeszcze. Zadzwoniłam do niej z komórki i, rzeczywiście, dodała trzy produkty. Z tego też względu spędziłam w sklepie trochę czasu.
Z ciężkimi plastikowymi reklamówkami w rękach wspięłam się po schodach na tylny ganek. Amelia pobiegła do samochodu i złapała kolejne torby.
- Gdzie byłaś? - spytała takim tonem, jakby stała w drzwiach i niecierpliwie mnie wyczekiwała.
Popatrzyłam na zegarek.
- Wyszłam z kościoła i pojechałam do sklepu - odparłam. - Jest dopiero trzynasta.
Amelia znów przemknęła obok mnie obładowana. Mijając mnie, potrzasnęła głową ze złością i wydała z siebie odgłos, który potrafię opisać jedynie jako: "Urrrrrrh".
Reszta popołudnia wyglądała tak, jak gdyby Amelia przygotowywała się na randkę życia.
Gotuję całkiem przyzwoicie, a jednak podczas przygotowywania kolacji współlokatorka pozwoliła mi wykonywać jedynie najbardziej niewdzięczne prace. Musiałam na przykład posiekać cebulki i pokroić pomidory. Ach tak, pozwoliła mi pozmywać naczynia, które pobrudziłyśmy w trakcie przygotowań. Zawsze zastanawiałam się, czy - niczym dobre wróżki ze Śpiącej królewny - nie mogłaby po prostu machnąć różdżką, żeby naczynia same się pozmywały, ona jednak tylko prychała, ilekroć poruszyłam ten temat.
Dom lśnił czystością i chociaż próbowałam zachować spokój, nie mogłam nie zauważyć, że Amelia przeleciała odkurzaczem nawet podłogę w mojej sypialni. Z reguły nie wchodzimy jedna drugiej do pokojów.
- Wybacz, że weszłam do twojej sypialni - oznajmiła nieoczekiwanie, a ja aż podskoczyłam... Ja, telepatka. Amelia pobiła mnie własną bronią. - Dostałam naprawdę fioła na punkcie sprzątania. Odkurzałam, odkurzałam, pomyślałam, że może posprzątam również u ciebie, a później, zanim lepiej się zastanowiłam, już skończyłam. Twoje kapcie wsunęłam pod łóżko.
- W porządku - mruknęłam, siląc się na neutralny ton.
- Słuchaj, naprawdę mi głupio.
Skinęłam głową i wróciłam do wycierania i chowania naczyń. Menu, jak postanowiła Amelia, składało się z sałaty z pomidorami i słupkami marchewki, lasagne, grzanek z chleba czosnkowego i świeżych mieszanych warzyw gotowanych na parze. Nie mam pojęcia o warzywach na parze, więc po prostu przygotowałam warzywa - cukinię, kolorowe papryczki, grzyby, kalafior. Późnym popołudniem Amelia uznała, że potrafię zrobić sałatkę, a potem rozłożyłam obrus na stole i postawiłam mały bukiet kwiatów. Nakryłam na cztery osoby.
Zaproponowałam wcześniej, że mogę zabrać pana Marleya do salonu, gdzie we dwoje zjemy na przykład na składanych stoliczkach przed telewizorem, jednak, gdyby oceniać po przerażeniu Amelii, można by pomyśleć, że zaoferowałam się, że umyję temu mężczyźnie stopy... czy coś.
- Nie! Zostajesz ze mną - upierała się.
- Ale przecież musisz porozmawiać ze swoim tatą - odparłam. - W pewnym momencie opuszczam pokój i już.
Wzięła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze.
- Okej, okej, jestem przecież dorosła - wymamrotała.
- Ależ z ciebie strachajło - docięłam jej.
- Nie spotkałaś go jeszcze!
Kwadrans po szesnastej Amelia pośpieszyła na górę, by przygotować się w swoim pokoju.
Siedziałam w salonie i czytałam wypożyczoną z biblioteki książkę, gdy usłyszałam odgłos samochodu wjeżdżającego po żwirowym podjeździe. Zerknęłam na zegar na gzymsie kominka. Była dopiero za dwanaście piąta. Stanęłam przy schodach i głośno powiadomiłam Amelię, a później stanęłam przy oknie i wyjrzałam.
Popołudnie przechodziło w wieczór, ale ponieważ nie zmieniliśmy jeszcze czasu na zimowy, bez trudu dostrzegłam zaparkowanego przed domem lincolna town car. Zza kierownicy wyskoczył mężczyzna w garniturze. Miał króciutkie ciemne włosy. Na pewno był to Marley, chociaż - ku mojemu lekkiemu rozczarowaniu - nie nosił czapki szofera. Otworzył tylne drzwiczki. Copley Carmichael wysiadł.
Ojciec Amelii nie był szczególnie wysoki i miał krótkie gęste siwe włosy, które wyglądały jak naprawdę dobrej jakości dywan; były grube, gładkie i umiejętnie przycięte. Carmichael był bardzo opalony, a jego brwi wciąż jeszcze pozostawały ciemne. Nie nosił okularów. Nie posiadał też warg... No cóż, miał oczywiście wargi, lecz były cieniutkie jak kreseczki, toteż jego usta wyglądały dziwnie.
Rozejrzał się wokół siebie jak taksator dokonujący wyceny posiadłości.
Gdy przyglądałam się mężczyźnie, który stał na moim frontowym dziedzińcu i kończył przegląd moich włości, usłyszałam za sobą stukanie obcasów schodzącej po schodach Amelii. Szofer Marley z kolei patrzył wprost na dom, toteż dostrzegł moją twarz w oknie.
- Marley jest w pewnym sensie nowy - wyjaśniła Amelia. - Pracuje dla mojego ojca dopiero od dwóch lat.
- Twój ojciec zawsze miał kierowcę?
- Tak. Marley jest również jego gorylem - dorzuciła od niechcenia, jakby każdy ojciec miał kogoś takiego.
Obaj teraz szli po żwirowym chodniku, wcale nie patrząc na boki, gdzie rosły ostrokrzewy. Wspięli się po drewnianych stopniach. Weszli na frontowy ganek. W końcu zastukali.
Pomyślałam o wszystkich straszliwych stworzeniach, które przebywały wcześniej w moim domu: wilkołakach, zmiennokształtnych, wampirach... było nawet kilkoro demonów. Dlaczego miałabym się bać tego faceta? Wyprostowałam plecy, nakazałam sobie spokój i ruszyłam do drzwi wejściowych, chociaż Amelia o mało mnie za to nie pobiła. Ale to przecież jest mój dom.
Położyłam rękę na gałce, wykrzywiłam usta w uśmiechu i - gotowa - otworzyłam drzwi.
- Proszę, wejdźcie - powiedziałam.
Marley otworzył drzwi siatkowe przed panem Carmichaelem, który wszedł i uściskał córkę, lecz przedtem zdążył obrzucić kolejnym długim spojrzeniem salon.
Carmichael wysyłał myśli równie chętnie i intensywnie jak jego córka.
Uważał, że dom wygląda naprawdę nędznie jak na potrzeby jego córki... "Ładna ta dziewczyna, z którą Amelia mieszka... Zastanawiam się, czy uprawiają ze sobą seks... Dziewczyna nie jest wszakże najgorsza... Żadnej kartoteki policyjnej, chociaż umawiała się z wampirem i ma zwariowanego brata...".
Oczywiście, taki bogaty i potężny człowiek jak Copley Carmichael nie mógł nie przeprowadzić dochodzenia i nie sprawdzić akt nowej współlokatorki córki. Mnie osobiście taki pomysł nawet nie przyszedłby do głowy - jak zresztą wiele rzeczy, które robią bogacze.
Zrobiłam głęboki wdech.
- Jestem Sookie Stackhouse - odezwałam się uprzejmie. - Pan jest zapewne panem Carmichaelem. A to jest?
Kiedy Carmichael uścisnął mi dłoń, wyciągnęłam rękę do Marleya.
Przez sekundę myślałam, że ojciec Amelii zemdleje. Na szczęście, w rekordowym czasie zapanował nad sobą.
- To jest Tyrese Marley - odparł bez zająknienia.
Szofer uścisnął mi dłoń tak delikatnie jak ktoś, kto boi się, że mógłby połamać mi kości, a później skinął głową Amelii.
- Panno Amelio - rzucił, a ona popatrzyła na niego ze złością.
Chyba zamierzała oznajmić, że powinien sobie darować tę "pannę", potem jednak zastanowiła się i zrezygnowała. Wszystkie ich myśli niemal skakały w mojej głowie... i to wystarczyło, żebym się zdenerwowała.
Tyrese Marley był bardzo, bardzo jasnoskórym Afroamerykaninem. Jego karnacji nie sposób byłoby nazwać czarną, miała raczej odcień starej kości słoniowej. Oczy miał natomiast jasnoorzechowe. Włosy, mimo że czarne, nie kręciły się i dostrzegłam w nich rudawe pasemka. Bez wątpienia należał do osób, którym trzeba się przyjrzeć dłużej.
- Wezmę auto, wrócę do miasta i zatankuję - powiedział do swojego szefa. - Pan tymczasem spędzi trochę czasu z panną Amelią. O której mam wrócić?
Carmichael spojrzał na zegarek.
- Za dwie godziny.
- Może pan zostać na kolację, zapraszam - powiadomiłam szofera, siląc się na absolutnie obojętny ton.
Chciałam po prostu, żeby wszyscy dobrze się u mnie czuli.
- Mam kilka spraw, które muszę załatwić - wykręcił się Tyrese Marley. - Dzięki za zaproszenie. Zobaczymy się później.
Wyszedł.
No dobra, koniec moich walk o demokrację.
Tyrese nie mógł wiedzieć, z jak wielką ochotą pojechałabym z nim do miasta, zamiast zostać tutaj, w domu. Wzięłam się w garść i przyjęłam na siebie obowiązki gospodyni.
- Może podać panu kieliszek wina, panie Carmichael, albo coś innego do picia? A ty, Amelio?
- Proszę mówić do mnie Cope - wtrącił z uśmiechem, który bardziej skojarzył mi się z wyszczerzonymi zębami rekina, więc bynajmniej nie podniósł mnie na du-chu. - Jasne, kieliszek czegoś, co masz otwarte. A ty, kochanie?
- Lampkę białego - odparła.
Kiedy szłam do kuchni, słyszałam, jak prosiła ojca, by usiadł.
Podałam wino, które przyniosłam na tacy z przekąskami - krakersami oraz smarowidłami, jednym ze stopionego sera, drugim z morelowego dżemu zmieszanego z ostrą papryką. Dodałam ładne nożyki, które dobrze prezentowały się na tacy z kupionymi kiedyś przez Amelię serwetkami pod napoje.
Cope miał wielki apetyt i smakował mu sos brie. Sączył wino wyprodukowane w Arkansas i uprzejmie kiwał głową. No cóż, przynajmniej nie pluł trunkiem. Rzadko piję alkohol i nie jestem znawczynią win. Właściwie... na niczym się tak naprawdę nie znam. Ale to wino mi dziś smakowało, więc wypiłam kilka łyków.
- Amelio, powiedz mi, co robisz, czekając, aż twój dom zostanie odremontowany - polecił Cope, co uznałam za całkiem rozsądne pytanie na początek rozmowy.
Chciałam mu od razu oznajmić, że nie jesteśmy kochankami, pomyślałam jednak, że nie powinnam być tak bezpośrednia. Ogromnie starałam się nie czytać mu w myślach, ale - przysięgam - przebywając z tą dwójką w jednym pomieszczeniu, czułam się, jakbym słuchała transmisji telewizyjnej.
- Segregowałam papiery dla przedstawiciela jednej z tutejszych agencji ubezpieczeniowych - odparła. - Pracuję też na część etatu w barze "U Merlotte'a". - Podaję drinki i, od czasu do czasu, również talerz polędwiczek.
- Czy praca w barze jest interesująca? - Cope nie brzmiał sarkastycznie, musiałam mu to przyznać.
Ale, wiecie, nie miałam cienia wątpliwości, że dokładnie sprawdził także osobę Sama Merlotte'a.
- Jest niezła - odpowiedziała Amelia z lekkim uśmieszkiem. Jak na nią, zachowywała się bardzo powściągliwie, więc zerknęłam w jej myśli i odkryłam, że dziewczyna usiłuje się wpasować w ograniczenia kulturalnej konwersacji. - Dostaję dobre napiwki.
Jej ojciec skinął głową.
- A pani, panno Stackhouse? - spytał grzecznie.
Wiedział o mnie wszystko, może z wyjątkiem odcienia lakieru, którym malowałam palce u stóp, lecz byłam przekonana, że i tę informację dodałby do mojej "teczki", gdyby ją znał.
- Pracuję w lokalu "U Merlotte'a" na pełen etat - odrzekłam, udając, że nie wiem, że on wie. - Od lat.
- Ma pani rodzinę w okolicy?
- O, tak - stwierdziłam - mieszkamy tutaj od zawsze. Albo tak długo jak inni Amerykanie. Tyle że nasza rodzina bardzo się obecnie skurczyła. Właściwie mam tylko brata.
- To starszy brat? Czy młodszy?
- Starszy - odparłam. - Ożenił się niedawno.
- Więc może będzie kolejne pokolenie małych Stackhouse'ów - podsunął, najwyraźniej uważając, że to miła sugestia.
Pokiwałam głową, udając, że i mnie taka możliwość bardzo się podoba. Nie przepadam zbytnio za bratową, i sądzę, że ich dzieci będą dość... paskudne. Zresztą, Jason miałby już dziecko z Crystal, gdyby po raz kolejny nie poroniła. Mój brat był pumołakiem (choć tylko z powodu ugryzienia), jego żona zaś urodziła się jako... pełnokrwista pumołaczyca. Wiedziałam, że dorastanie w małej społeczności Hotshot dla nikogo nie jest łatwe, lecz na pewno trudniejsze dla dzieci, które nie są czystej krwi.
- Tato, mogę ci dolać wina? - Amelia zerwała się z krzesła i szybko jak strzała popędziła do kuchni z na wpół opróżnionym kieliszkiem.
A ja, no cóż, zostałam sam na sam z jej ojcem.
- Sookie - zagaił Cope - to niezwykle miło z twojej strony, że przyjęłaś moją córkę pod swój dach i gościsz ją przez tak długi czas.
- Dostaję od niej czynsz - wyjaśniłam. - Amelia kupuje też połowę artykułów spożywczych. Płaci za siebie rachunki.
- Niemniej jednak pragnę wynagrodzić ci kłopoty.
- Kwota, którą otrzymuję od Amelii, jest wystarczająca. Przecież zapłaciła również za pewne usprawnienia w domu.
Rysy jego twarzy stały się nagle ostrzejsze, jak gdyby Carmichael zwęszył coś dużego. Czyżby sądził, że namówiłam Amelię na budowę basenu olimpijskiego na podwórzu za domem?
- Chodzi mi o to, że zainstalowała w swojej sypialni na piętrze klimatyzator okienny - uściśliłam pośpiesznie. - I założyła sobie dodatkową linię telefoniczną do Internetu. O ile się nie mylę, chyba kupiła także dywanik i firanki do swojego pokoju...
- Czyli że Amelia mieszka na górze?
- Tak - odparłam zaskoczona, że mężczyzna tego nie wie. Może kilku rzeczy jego siatka wywiadowcza nie ustaliła. - Ja mieszkam tutaj, na dole, ona na piętrze. Kuchnia i salon są wspólne, chociaż zdaje mi się, że Amelia ma na górze także swój telewizor. Amelio?! - zawołałam.
- Tak?! - odkrzyknęła.
- Nadal masz ten mały telewizor u siebie na górze?
- Tak. Podłączyłam sobie kablówkę.
- Wiesz, tylko się zastanawiałam.
Uśmiechnęłam się do Carmichaela, dając mu do zrozumienia, że czekam na dalszą indagację. Cope rozważał kilka kwestii, których chciał się ode mnie dowiedzieć, i usiłował wymyślić, jak najsensowniej sformułować pytania. Nieoczekiwanie w natłoku myśli pojawiło się pewne imię. Przybrałam uprzejmą minę.
- Pierwsza lokatorka Amelii, która mieszkała w jej domu przy Chloe... to była twoja kuzynka, prawda? - spytał.
- Hadley. Tak. - Pokiwałam głową, zachowując spokój. - Znał ją pan? - rzuciłam niedbale.
- Znam jej męża - odparł i obdarzył mnie uśmiechem.
Wiedziałam, że Amelia wróciła i stoi przy fotelu, na którym siedział jej ojciec. I wiedziałam, że wręcz ją zmroziło, wręcz nie mogła się ruszyć. Ja tylko wstrzymałam oddech na długą chwilę.
- Nigdy go nie spotkałam - odparłam.
Poczułam się, jakbym szła przez dżunglę i nagle wpadła w jakiś niewidoczny dół. Na pewno cieszyłam się, że jestem jedyną telepatką w tym domu. Nie powiedziałam wcześniej nikomu, zupełnie nikomu, co znalazłam w skrytce bankowej Hadley, kiedy poszłam ją zlikwidować tamtego dnia w nowoorleańskim banku.
- Rozwiedli się na jakiś czas przed śmiercią Hadley.
- Powinnaś znaleźć czas i spotkać się z nim któregoś dnia. To interesujący mężczyzna - oznajmił Cope. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że raczy mnie kolejnymi rewelacjami. W dodatku oczekiwał mojej reakcji. Wcześniej miał nadzieję, że w ogóle nie wiem o małżeństwie kuzynki, i pragnął mnie zaskoczyć. - Jest bardzo zręcznym stolarzem. Chciałbym go odszukać i ponownie zatrudnić.
Fotel, na którym siedział, był obity materiałem w kolorze kremowym, na którym wyhaftowano wiele maleńkich błękitnych kwiatków z wygiętymi zielonymi łodyżkami. Fotel był wciąż ładny, chociaż kolory już nieco spłowiały. Skoncentrowałam się na jego kwiatowym wzorku, nie chciałam bowiem okazać Copleyowi Carmichaelowi ogromu mojego gniewu.
- On nic dla mnie nie znaczy, niezależnie od tego, jak bardzo jest interesujący - odparowałam głosem tak zrównoważonym, że można by na nim grać w bilard. - Ich małżeństwo się skończyło i tyle. Jak pan na pewno wie, Hadley, zanim umarła, kochała kogoś innego.
Zanim została zamordowana! Tyle że naszego rządu nie obchodzą morderstwa dokonane na wampirach, chyba że sprawcami tych czynów są ludzie. Wampiry powinny same rozwiązywać swoje sprawy.
- Sądziłem jednak, że pragniesz zobaczyć dziecko - odrzekł Copley.
Dzięki Bogu, że wyczytałam tę informację z myśli Copleya na sekundę czy dwie przedtem, zanim wymówił ją na głos! Zresztą, mimo że wiedziałam, co zamierza powiedzieć, poczułam tę niby przypadkową uwagę jak cios w brzuch. Nie chciałam jednak dawać temu mężczyźnie satysfakcji, więc zapanowałam nad emocjami.
- Moja kuzynka Hadley była osobą... dziką. Brała narkotyki i wykorzystywała ludzi. Nie należała też do istot stałych w uczuciach. Była naprawdę ładna i miała coś w sobie, więc zawsze otaczali ją wielbiciele.
Tak, wyrecytowałam wady i zalety kuzynki Hadley, a jednak nie użyłam słowa "dziecko".
"Jakie, do diabła, dziecko?!" - zapytałam siebie w myślach.
- Jak twoja rodzina przyjęła fakt, że Hadley została wampirzycą? - zaciekawił się Cope.
Transformacja Hadley została odnotowana w państwowych archiwach notarialnych. "Nowe" wampiry miały obowiązek meldować o swoim stanie. Musiały też podać nazwisko stwórcy. Była to swego rodzaju rządowa kontrola urodzeń nieumarłych. Urząd do Spraw Wampirzych pewnie chciał wiedzieć wszystko o wampirach, które przeciągały na swoją stronę zbyt wiele nowych istot. Hadley przemieniła w wampirzycę królowa, sama Sophie-Anne Leclerq.
Amelia postawiła w końcu kieliszek dla ojca w zasięgu jego ręki i wróciła na swoje miejsce - na sofie, obok mnie.
- Tato, Hadley mieszkała nade mną na piętrze przez dwa lata - zauważyła. - Wiedzieliśmy naturalnie, że jest wampirzycą. Na litość boską, myślałam, że przyjechałeś, aby mi opowiedzieć, co słychać u ciebie i w Nowym Orleanie.
Niech Bóg błogosławi Amelię. Naprawdę już z trudem nad sobą panowałam i tylko lata niereagowania na straszne nowiny, które wyczytywałam w ludzkich myślach, pozwoliły mi zachować spokój.
- Muszę sprawdzić, co z kolacją. Wybaczcie - wymamrotałam, wstałam i opuściłam pokój.
Miałam nadzieję, że moje wyjście nie wygląda jak ucieczka. Próbowałam iść normalnym krokiem. Kiedy jednak znalazłam się w kuchni, wcale się tam nie zatrzymałam - wyszłam z domu tylnymi drzwiami, przemierzyłam ganek, pchnęłam drzwi siatkowe i znalazłam się na podwórzu.
Jeśli sądziłam, że usłyszę upiorny głos Hadley, która powie mi, co dalej robić, cóż, rozczarowałam się. Wampiry nie pozostawiają po sobie duchów, przynajmniej z tego co wiem. Niektóre wierzą, że nie posiadają dusz. Ja nie wiem. To pewnie zależy od Boga. Ech, przyznaję, bełkotałam do siebie i myślałam o różnych głupotach, ponieważ nie chciałam skupiać się na kwestii potomka Hadley oraz na fakcie, że nie miałam o istnieniu tej małej istoty najmniejszego pojęcia!
Może Carmichael zawsze po prostu w ten sposób działa? Może zawsze stara się pokazać, jak wiele wie, może to z jego strony jakaś demonstracja siły - sztuczka, którą stosuje w kontaktach z ludźmi?
Przez wzgląd na Amelię musiałam tam wrócić. Skoncentrowałam się, ponownie się wyszczerzyłam - zdawałam sobie sprawę, że jest to typowy dla mnie okropny, nerwowy uśmiech - a następnie weszłam z powrotem do domu i do salonu. Usadowiłam się obok lokatorki i uśmiechałam się promiennie do obojga. Popatrzyli na mnie wyczekująco, toteż uświadomiłam sobie, że trafiłam na chwilę przerwy w rozmowie.
- Och, Amelio - odezwał się nagle Cope - zapomniałem ci coś powiedzieć. Ktoś dzwonił do domu do ciebie w ostatnim tygodniu, ktoś, kogo nie znam.
- A nazwisko?
- Och, niech no tylko pomyślę. Pani Beech je zapisała. Ophelia? Octavia? Octavia Fant. Tak, właśnie tak. Niezwykłe.
Poczułam obawę, że w tym momencie czarownica zemdleje. Jej twarz zmieniła kolory i dziewczyna mocno zacisnęła dłoń na oparciu kanapy.
- Jesteś pewny? - wydukała.
- Tak, oczywiście, że tak. Dałem jej numer twojej komórki i poinformowałem, że mieszkasz w Bon Temps.
- Dzięki, tatku - wykrakała Amelia. - Ach, założę się, że kolacja jest gotowa. Pójdę sprawdzić.
- Czy Sookie dopiero co nie wyszła w tym samym celu?
Uśmiechał się szeroko, protekcjonalnie, jak to mają w zwyczaju mężczyźni, gdy przelatuje im przez głowę myśl, że kobiety to idiotki.
- Och, jasne, ale jedzenie jest w końcowej fazie - wtrąciłam, podczas gdy przyjaciółka wypadła z pomieszczenia tak szybko, że gdy wymawiałam ostatnie słowo już jej z nami nie było. - Byłoby źle, gdyby coś się przypaliło. Amelia pracowała tak ciężko przez cały dzień.
- Znasz tę panią Fant? - przerwał mi Carmichael.
- Nie, chyba nie.
- Córka wyglądała niemal na przerażoną. Chyba nikt nie usiłuje skrzywdzić mojej dziewczynki, prawda?
Powiedział to tonem zupełnie innego mężczyzny, mężczyzny, którego prawie mogłabym polubić. Cope miał bez wątpienia wiele wad, lecz na pewno nie chciał, żeby ktokolwiek robił krzywdę jego córce. To znaczy... nikt poza nim samym, oczywiście.
- Nie sądzę. - Doskonale wiedziałam, kim jest Octavia Fant, ponieważ uzyskałam tę informację wprost z mózgu Amelii, ale skoro dziewczyna nigdy nie wyjaśniła mi tego głośno, uznałam, że nie mogę się tą wiadomością z nikim dzielić. Czasami mieszają mi się kwestie, które słyszę wypowiedziane na głos, i te, które docierają do mnie poprzez czyjeś myśli; powoduje to dezorientację, stanowiącą jeden z powodów, dla których zyskałam reputację osóbki lekko stukniętej. - Pan jest przedsiębiorcą budowlanym, panie Carmichael?
- Proszę, mów mi Cope. Tak, między innymi tym właśnie się zajmuję.
- Przypuszczam, że pańskie usługi w chwili obecnej przeżywają świetną koniunkturę - oświadczyłam.
- Nawet gdyby moja firma była dwukrotnie większa, i tak nie bylibyśmy w stanie wykonać wszystkich napływających zleceń - przyznał. - Z drugiej strony, naprawdę nie potrafię patrzeć na tak bardzo zrujnowany Nowy Orlean.
Co dziwne, uwierzyłam mu.
Kolacja minęła raczej bez problemów. Jeśli ojca Amelii speszył fakt, że musi jeść w kuchni, nie dał nijak tego po sobie poznać. Ponieważ był budowlańcem, od razu zauważył, że kuchnia powstała niedawno, i musiałam mu opowiedzieć o pożarze. Ale pożar może wybuchnąć w każdym domu, prawda? Opuściłam więc część o podpalaczu.
Jedzenie Cope'owi chyba smakowało, gdyż komplementował Amelię, która rozkoszowała się jego pochwałami. Do posiłku wypił kolejny kieliszek wina, ale tylko jeden. Jadł również z umiarem. Ojciec i córka rozmawiali o przyjaciołach rodziny i krewnych, toteż mój umysł podryfował ku moim sprawom. A, wierzcie mi, miałam sporo do przemyślenia.
Akt ślubu Hadley i orzeczenie rozwodu znalazłam w skrytce bankowej kuzynki, kiedy otworzyłam ją po śmierci wampirzycy. W skrytce znajdowały się także inne prywatne przedmioty - kilka fotografii, nekrolog matki Hadley, niemało biżuterii. Przedmiotom towarzyszył również kosmyk delikatnych włosów, ciemnych i rzadkich, oklejonych taśmą klejącą. Kosmyk umieszczono w małej kopercie. Zastanawiałam się nad nimi, zauważywszy, że są takie delikatne. A jednak w skrytce nie było metryki urodzenia dziecka ani żadnego innego dowodu świadczącego o fakcie, że moja kuzynka je powiła.
Aż do tej pory nie miałam żadnego konkretnego powodu, by kontaktować się z jej byłym mężem. Przed otwarciem skrytki nawet przecież nie wiedziałam o jego istnieniu. Nie został wymieniony w jej testamencie. Nigdy go nie spotkałam. Nie pojawił się w Nowym Orleanie podczas mojego pobytu w mieście.
Dlaczego Hadley nie wspomniała w swojej ostatniej woli o dziecku? Chyba żaden rodzic nie pominąłby w takiej sytuacji potomka. I, chociaż mianowała pana Cataliadesa i mnie wspólnymi wykonawcami testamentu, nie poinformowała ani jego, ani mnie - hmm, no cóż, mnie na pewno nie - że zrzekła się prawa do swego dziecka.
- Sookie, mogłabyś mi podać masło? - spytała Amelia i wywnioskowałam z jej tonu, że nie odezwała się do mnie po raz pierwszy.
- Naturalnie - odparłam. - Przynieść wam może jeszcze wodę albo kolejny kieliszek wina?
Oboje pokręcili głowami.
Po kolacji zgłosiłam się na ochotnika do mycia naczyń. Amelia przyjęła moją ofertę po krótkiej chwili zadumy. Wiedziała oczywiście, że musi spędzić w końcu trochę czasu z ojcem, nawet jeśli taka perspektywa nie wydawała jej się przyjemna.
W stosunkowym spokoju pozmywałam, wytarłam i pochowałam naczynia. Wytarłam blaty, zdjęłam ze stołu obrus i wrzuciłam go do pralki stojącej na obudowanym tylnym ganku. Weszłam do mojego pokoju i czytałam przez jakiś czas, chociaż nieszczególnie docierała do mnie treść powieści. W końcu odłożyłam ją i wyjęłam z szuflady z bielizną pudełko. Zawierało wszystkie przedmioty, które zabrałam ze skrytki bankowej Hadley. Sprawdziłam nazwisko na świadectwie ślubu. Powodowana nagłym impulsem, zadzwoniłam nawet do informacji telefonicznej.
- Potrzebuję numer Remy'ego Savoya - powiedziałam.
- W jakim mieście?
- W Nowym Orleanie.
- Ten numer został odłączony.
- Proszę spróbować w Metairie.
- Nie ma takiej osoby.
- Aha, to dziękuję.
Wiedziałam, że po Katrinie wiele osób się przeprowadziło - i niektóre z nich opuściły miasto na stałe. Część ludzi, którzy uciekli przed huraganem, po prostu nie miała powodu wracać. Nie mieliby gdzie mieszkać, a ich stanowiska pracy już nie istniały.
Zadałam sobie pytanie, jak mogę odszukać eksmęża kuzynki.
Przez myśl przemknęło mi bardzo niemile widziane rozwiązanie. Bill Compton był prawdziwym maniakiem komputerowym. Może mógłby wyśledzić tego Remy'ego Savoya, dowiedzieć się, gdzie obecnie mężczyzna przebywa, i ustalić, czy mieszka z nim dziecko.
Rozważaniom, czy skusić się na ten pomysł, towarzyszyły takie emocje, jakbym dumała, czy przełknąć łyk podejrzanego trunku. Biorąc pod uwagę naszą wymianę zdań z ubiegłej nocy, na podwójnym ślubie, naprawdę nie mogłam sobie wyobrazić, że dzwonię do Billa i proszę go o przysługę; chociaż Compton był bez wątpienia właściwym facetem do tej roboty.
Niespodziewanie zalała mnie fala tęsknoty za Quinnem, tak potężna, że aż ugięły się pode mną kolana. Quinn był człowiekiem inteligentnym i bywałym w świecie, toteż na pewno dałby mi w tej chwili jakąś dobrą radę. Nie wiedziałam jednak, czy jeszcze kiedyś go zobaczę.
Otrząsnęłam się z zamyślenia, gdyż właśnie usłyszałam chrzęst żwiru na podjeździe. Samochód wjechał na parking obok chodnika przed domem i zatrzymał się. To Tyrese Marley wracał po swego pracodawcę. Wyprostowałam się i opuściłam pokój z kolejnym uśmiechem stanowczo przyklejonym do twarzy.
Frontowe drzwi były już otwarte i stał w nich Tyrese, wypełniając je całkowicie swoją osobą. Tak, Marley to duży facet. Cope Carmichael pochylił się, chcąc cmoknąć córkę w policzek, co Amelia zaakceptowała bez cienia uśmiechu. Kot Bob przeszedł przez drzwi i usiadł obok niej. Zwierzę podniosło głowę i zagapiło się szeroko otwartymi oczyma na ojca swej pani.
- Masz kotka, Amelio? Sądziłem, że nienawidzisz kotów.
Bob przeniósł wzrok na Amelię. Jego spojrzenie było wymowne.
- Ależ tato! To było wieki temu! A to jest Bob. Jest cudowny.
Amelia podniosła czarno-białego kota i trzymała go przy piersi.
Bob wyglądał na zadowolonego i zaczął mruczeć.
- Hmm... No cóż, zadzwonię do ciebie. Proszę, dbaj o siebie. Dręczy mnie myśl, co robisz tu sama na drugim końcu stanu.
- Zaledwie kilka godzin jazdy - bąknęła Amelia tonem siedemnastolatki.
- Zgadza się - przyznał, udając zasmuconego, sympatycznego faceta. Nie udało mu się. - Sookie, dzięki za wieczór! - zawołał ponad ramieniem córki.
Wyraźnie wyczytałam z myśli Marleya, że był w "Merlotcie" zdobyć jakieś informacje na mój temat. Dowiedział się paru drobiazgów. Rozmawiał z Arlene (niedobrze) oraz z naszym aktualnym kucharzem i jego pomocnikiem (bardzo dobrze), a także z niektórymi klientami baru. Raport, który przekaże, był... zróżnicowany.
W chwili, gdy auto odjechało, Amelia opadła na sofę z ulgą.
- Dzięki Bogu, że wreszcie się wyniósł - oznajmiła. - Rozumiesz, co chciałam ci powiedzieć?
- Tak - zgodziłam się. Usiadłam obok niej. - Człowiek czynu, co?
- Zawsze taki był - przyznała. - Próbuje utrzymywać dobre stosunki między nami, lecz jego metody nie są najlepsze.
- Ale cię kocha!
- No tak. Tyle że kocha również władzę i kontrolę nad innymi.
Hmm, oględnie mówiąc.
- I nie wie, że ty również masz swego rodzaju władzę.
- Nie, ojciec zupełnie w takie rzeczy nie wierzy - odparła. - Powiedziałby ci, że jest żarliwym katolikiem, co zresztą także nie jest zgodne z prawdą.
- W jakimś sensie dobrze się składa - oceniłam. - Gdyby Cope uwierzył, że jesteś czarownicą, która ma różne... możliwości, bez wątpienia próbowałby cię do czegoś namówić. A ty na pewno nie chciałabyś spełniać wielu z jego próśb.
Ech, zanim wygłosiłam to oświadczenie, powinnam ugryźć się w język, jednakże Amelia nie obraziła się na mnie za moje słowa.
- Masz rację - przytaknęła. - Nie miałabym ochoty pomagać mu w codziennej działalności. Zresztą, doskonale sobie radzi bez mojego wsparcia. Byłabym absolutnie zadowolona, gdyby po prostu zostawił mnie w spokoju. Stale próbuje poprawić moje życie. Naturalnie, na własnych warunkach. A przecież żyję sobie naprawdę dobrze.
- Kim jest ta kobieta, która dzwoniła do ciebie do Nowego Orleanu? - Chociaż świetnie wiedziałam, starałam się nie dać tego po sobie poznać. - Nazywa się Fant?
Amelia wzruszyła ramionami.
- Octavia Fant jest moją mentorką - odparła. - Właśnie z jej powodu opuściłam Nowy Orlean. Obawiałam się, że mój kowen przygotuje dla mnie jakąś straszną karę, kiedy dowiedzą się o Bobie. Octavia jest przywódczynią mojego kowenu. Czy raczej tego, co z niego zostało. Jeśli cokolwiek z niego zostało.
- Och.
- Tak, serio. A teraz poniosę karę.
- Myślisz, że Octavia przyjedzie tutaj?
- Dziwię się, że jeszcze się nie zjawiła!
Mimo strachu przed karą Amelia często martwiła się o los swojej mentorki po Katrinie. Spędziła wiele godzin w Internecie, szukając informacji o Octavii, mimo że z drugiej strony nie chciała, by tamta ją odnalazła.
Jej lęk zwiększał fakt, że Bob wciąż był kotem. Twierdziła, że jej próby stosowania zaklęć transformacyjnych zostaną uznane za naganne, ponieważ nadal pozostawała stażystką czy kimś w tym rodzaju... w każdym razie miała status ledwie wyższy niż nowicjuszka. Dokładnie nie wiem, gdyż nie omawiała w mojej obecności infrastruktury świata czarownic.
- Nie brałaś pod uwagę, że mogłabyś poprosić ojca, by nie ujawniał nikomu miejsca twojego pobytu?
- Taka prośba ogromnie by go zaciekawiła i zrobiłby wszystko, chcąc ustalić jej powody. W dodatku, nigdy bym nie wpadła na to, że Octavia do niego zadzwoni, gdyż zawsze dobrze wiedziała, co o nim myślę. - A uczucia Amelii wobec ojca były, jak wspomniałam, sprzeczne. Delikatnie rzecz ujmując. - Muszę powiedzieć ci coś, o czym wcześniej zapomniałam - oznajmiła nagle. - Skoro mówimy o telefonach, Eric do ciebie dzwonił.
- Kiedy?
- Ach, ubiegłej nocy. Zanim wróciłaś do domu. Miałaś tyle nowin, gdy tu dotarłaś, że ta wiadomość po prostu wyleciała mi z głowy. Poza tym mówiłaś, że tak czy owak zamierzasz do niego zatelefonować. A mnie wytrąciła z równowagi wizyta ojca. Przepraszam, Sookie. Obiecuję, że następnym razem zapiszę na karteczce.
Nie pierwszy raz Amelia zapomniała mi powiedzieć o czyimś telefonie. Nie ucieszyłam się oczywiście, ale cóż, było, minęło, nie zamierzałam jej tego wytykać, szczególnie że i bez mojego zrzędzenia miałyśmy dostatecznie stresujący dzień. Żywiłam nadzieję, że Eric dowiedział się czegoś o kwocie, którą królowa była mi dłużna za moje usługi w Rhodes. Nie dostałam jeszcze czeku, a nie chciałam naciskać na Sophie-Anne, która podczas wybuchu została naprawdę poważnie ranna. Poszłam do aparatu w moim pokoju, zamierzając zadzwonić do "Fangtasii", która powinna być o tej porze otwarta. Klub działał co noc poza poniedziałkiem.
- "Fangtasia", bar, w którym kąsamy - usłyszałam. Głos należał do Clancy'ego.
Oj, po prostu świetnie! Wampir, którego lubię najmniej ze wszystkich. Ostrożnie wyraziłam swoją prośbę:
- Clancy, mówi Sookie. Eric prosił, bym do niego oddzwoniła.
Przez moment panowało milczenie. Mogłabym się założyć, że Clancy usiłuje wykombinować, czy zdoła mi zabronić kontaktu z Erikiem. Zdecydował, że nie zdoła.
- Chwileczkę - odparł.
Przez minutę słyszałam w słuchawce "Strangers in the Night".
Później na linii znalazł się Northman.
- Halo? - powiedział.
- Przepraszam, że nie zadzwoniłam do ciebie wcześniej. Dopiero teraz dostałam twoją wiadomość. Dzwoniłeś w sprawie pieniędzy dla mnie?
Chwila ciszy.
- Nie, w zupełnie innej. Wyjdziesz ze mną jutro wieczorem?
Zagapiłam się na telefon, niezdolna sformułować sensownej odpowiedzi. W końcu bąknęłam:
- Ericu, spotykam się z Quinnem.
- A od kiedy go nie widziałaś?
- Od Rhodes.
- A kiedy ostatnio miałaś od niego jakieś wiadomości?
- Nie miałam od Rhodes.
Mój ton był beznamiętny. Nie miałam naturalnie ochoty mówić o tym wszystkim Ericowi, ale wcześniej wymienialiśmy krew na tyle często, że teraz łączyła nas więź silniejsza, niżbym chciała. Właściwie, nie cierpiałam tej więzi i uważałam ją za nieprzyjemny przymus. Muszę jednak przyznać, że gdy słyszę głos Erica, czuję się lepiej. A w towarzystwie Northmana wydaję się sobie piękna i szczęśliwa. I na dodatek nic nie mogę na to poradzić.
- Sądzę, że możesz mi poświęcić ten jeden wieczór - stwierdził. - Nie wygląda na to, żeby Quinn go sobie u ciebie zarezerwował.
- To było podłe, Ericu! - warknęłam.
- To raczej Quinn jest okrutny, skoro obiecał ci, że przyjedzie, a potem nie dotrzymał słowa - odparł gniewnie.
- Wiesz może, co mu się przydarzyło? - jęknęłam. - Wiesz, gdzie jest Quinn?
Zapadło znaczące milczenie.
- Nie - odrzekł w końcu bardzo łagodnym tonem. - Nic nie wiem. Ale w mieście jest ktoś, kto pragnie cię poznać. Przyrzekłem mu, że zorganizuję wasze spotkanie. Chciałbym sam zawieźć cię na nie do Shreveport.
Czyli że nie chodziło mu o randkę ze mną.
- Chodzi o tego... Jonathana? Przyszedł na ślub i osobiście mi się przedstawił. Muszę ci powiedzieć, że go nie polubiłam. Bez urazy, jeśli jest twoim przyjacielem...
- Jonathan? - przerwał mi. - Jaki Jonathan?
- Mówię o tym Azjacie... A może jest Tajem? Był na ślubie Bellefleurów ubiegłej nocy. Powiedział, że pragnął mnie poznać, gdyż zatrzymał się w Shreveport i dużo o mnie słyszał. Twierdził, że zameldował się u ciebie, jak każdy dobry wampir, który przybywa z wizytą do czyjejś strefy.
- Nie znam go - uciął Eric ostro, po czym dodał: - Popytam tutaj, w "Fangtasii", czy ktoś go widział. I postaram się przypomnieć królowej o zapłacie dla ciebie, chociaż Sophie-Anne jest... nie jest obecnie sobą. No dobrze, spełnisz moją prośbę?
Skrzywiłam się, patrząc na słuchawkę.
- Sądzę, że tak - odparłam. - Ale z kim się spotykam? I gdzie?
- Niestety, ta osoba musi pozostać na razie tajemnicą - odparował. - Natomiast, odpowiadając na pytanie: "Gdzie?", pójdziemy na kolację do pewnej bardzo przyjemnej restauracji. Takiej, którą możesz nazwać dyskretnie elegancką.
- Ty przecież nie jesz, Ericu. Co będziesz tam robił?
- Przedstawię cię i zostanę tak długo, jak będziesz mnie potrzebowała.
Hmm, nie powinnam się chyba obawiać spotkania w zatłoczonej restauracji.
- W porządku - zgodziłam się niechętnie. - Wyjdę z pracy około osiemnastej, osiemnastej trzydzieści.
- Podjadę około dziewiętnastej.
- Daj mi czas do dziewiętnastej trzydzieści. Muszę się przecież przebrać.
Wiedziałam, że mój ton jest zrzędliwy, ale czułam się dziwnie. Nie podobała mi się wielka tajemnica otaczająca to spotkanie.
- Poczujesz się lepiej, kiedy mnie zobaczysz - oznajmił Eric, jakby czytał mi w myślach.
Cholera, miał absolutną rację.