Sookie Stackhouse. (#7). Wszyscy Martwi razem - Charlaine Harris

-
Proszę czekać

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dziś wieczorem wampirzy bar w Shreveport miał zostać otwarty później. Pośpiesznie wysiadłam z auta i odruchowo skierowałam się do drzwi frontowych, tych dla gości, lecz tam natknęłam się na jednoznaczną informację - czerwone gotyckie litery układały się na białej tekturze w napis: "DZIŚ WIECZOREM BĘDZIEMY GOTOWI POWITAĆ WAS I POKĄSAĆ OD 20.00. WYBACZCIE ZWŁOKĘ". Podpisano: "Personel Fangtasii".

Był trzeci tydzień września, toteż płonął już czerwony neon "FANGTASIA". Niebo było niemal czarne. Wsiadając ponownie do auta, zatrzymałam się na minutkę i delektowałam łagodnym wieczorem oraz słabym, cierpkim, charakterystycznym dla wampirów zapachem, który otaczał klub. Potem pojechałam na tył lokalu i zaparkowałam obok kilku innych samochodów, które stały przy wejściu dla pracowników. Spóźniłam się tylko pięć minut, a jednak wyglądało na to, że wszyscy pozostali zjawili się na zebraniu przede mną. Zastukałam do drzwi. Poczekałam.

Podniosłam rękę, chcąc zastukać ponownie, lecz właśnie wtedy otworzyła mi Pam, zastępczyni Erica. Zazwyczaj przebywała w barze, lecz miała również inne obowiązki, zajmowała się bowiem licznymi firmami i interesami Erica. Chociaż wampiry ujawniły społeczeństwu ludzi fakt swego istnienia już pięć lat temu i od tej pory starały się pokazywać nam od najlepszej strony, nadal trzymały w tajemnicy metody zarobkowania i czasami zastanawiałam się, jak dużo amerykańscy nieumarli tak naprawdę posiadają. Eric, właściciel "Fangtasii", potrafił się świetnie maskować. Ale, hmm... no cóż, skoro żył tak długo, bez wątpienia nie mogło być inaczej.

- Wejdź, przyjaciółko-telepatko - powiedziała Pam, zapraszając mnie do środka teatralnym gestem.

Była ubrana w typowy dla siebie strój "roboczy" - przezroczystą, powłóczystą czarną suknię, w jakiej pragnęli widzieć każdą wampirzycę wszyscy wchodzący do baru turyści. (Prywatnie preferowała subtelne stroje w pastelowych odcieniach). Pam ma najjaśniejsze i najbardziej proste blond włosy, jakie kiedykolwiek widziałam; właściwie jest eteryczna i śliczna, choć bywa ostra i nigdy nie należy jej lekceważyć.

- Jak się miewasz? - spytałam uprzejmie.

- Miewam się wyjątkowo dobrze - odparła. - A Eric wprost tryska szczęściem.

Eric Northman, wampirzy szeryf Piątej Strefy, zmienił kiedyś Pam w wampirzycę, toteż od tamtej pory była zarówno zobowiązana, jak i zmuszona wykonywać jego rozkazy. Cóż, jest to nieodłączny element egzystencji wszystkich nieumarłych: na zawsze pozostają zależni od swego stwórcy. Pam jednak nieraz powtarzała, że Eric jest dobrym szefem i pozwala jej dokonywać własnych wyborów. Długo zresztą mieszkała z dala od niego - w Minnesocie. Dopiero gdy Northman kupił "Fangtasię", wezwał Pam do pomocy w prowadzeniu lokalu.

Piąta Strefa zajmuje najbardziej wysunięte na północny zachód tereny Luizjany, czyli obszar, który jeszcze miesiąc temu stanowił słabszą pod względem gospodarczym część stanu. Tyle że od huraganu Katrina równowaga sił w naszym stanie zmieniła się, niestety, radykalnie, szczególnie dla społeczności wampirów.

- A jak miewa się twój zachwycający brat, Sookie? I twój zmiennokształtny szef? - spytała Pam.

- Mój zachwycający brat zajmuje się obecnie wyłącznie własnym zbliżającym się ślubem, tak samo zresztą jak wszyscy inni mieszkańcy Bon Temps - odburknęłam.

- Jesteś z tego powodu przygnębiona?

Przechyliła głowę i przyjrzała mi się z uwagą, z jaką wróbel przypatruje się robakowi.

- No cóż, może trochę - przyznałam.

- Pewnie jesteś też ostatnio bardzo zajęta - ciągnęła. - Ale dzięki temu nie będziesz miała czasu rozczulać się nad sobą.

Pam uwielbiała rubrykę "Droga Abby". Zresztą, wiele wampirów szukało tam codziennie porad. A przecież rozwiązania niektórych problemów czytelników po prostu wołają o pomstę do nieba. Dosłownie. Pam już wcześniej doradziła mi, że inni będą mnie wykorzystywać tylko, jeśli im na to pozwolę... oraz że powinnam sobie ostrożniej dobierać przyjaciół! Taaa, nie ma jak porady w takich sprawach otrzymane od... wampirzycy.

- Zgadza się - powiedziałam. - To znaczy, tak, jestem zajęta. Pracuję, wciąż mieszka u mnie koleżanka z Nowego Orleanu, a jutro idę na wieczór panieński. Nie do Crystal, tylko do dziewczyny z drugiej pary.

Pam zastygła z ręką na gałce u drzwi prowadzących do biura Erica i z marsową miną rozważała przez jakiś czas moje słowa.

- Nie pamiętam, czym jest wieczór panieński, chociaż słyszałam to określenie - wyznała i po chwili się rozpromieniła. - Biorą ślub wieczorem? Nie, nie, ale na pewno obiło mi się o uszy. Jakaś kobieta napisała do Abby, że nie dostała podziękowania za wielki prezent, który wręczyła na wieczorze panieńskim. Daje się tam... prezenty?

- Tak - odparłam. - Wieczór panieński to przyjęcie organizowane dla dziewczyny, która wychodzi za mąż. Czasami przyjęcie organizuje się dla obojga narzeczonych... ale wieczór panieński raczej tylko dla niej. I na przyjęciu są same kobiety. Każda zaproszona przynosi prezent. Jest taka teoria, że dzięki temu, po przyjęciu para młodych może zacząć nowe życie, ponieważ niczego więcej im nie potrzeba. Podobne przyjęcie wydaje się, gdy spodziewają się potomka. Wtedy jest to oczywiście przyjęcie na cześć nienarodzonego jeszcze dziecka.

- Przyjęcie na cześć nienarodzonego - powtórzyła Pam. Uśmiechnęła się nieco chłodno, lecz dostatecznie, by zmrozić atmosferę. - Podoba mi się - oceniła w końcu. Zastukała do drzwi biura Erica, a potem wreszcie je otworzyła. - Ericu - oznajmiła - może któregoś dnia jedna z naszych kelnerek zajdzie w ciążę i będziemy mogli wydać przyjęcie na cześć jej nienarodzonego dziecka!

- To byłoby coś - odparł Eric, unosząc złotowłosą głowę znad leżących na biurku papierów.

Zauważył mnie, posłał mi twarde spojrzenie i postanowił mnie zignorować. Eric i ja mamy ze sobą na pieńku.

Mimo że pomieszczenie było pełne czekających na jego uwagę istot, odłożył długopis, powoli wstał i wyprostował się, prezentując w całej okazałości wspaniałe, szczupłe ciało... Może zrobił to z myślą o mnie? Jak zwykle miał na sobie obcisłe dżinsy i reklamujący lokal podkoszulek - ze stylizowanymi białymi kłami, których bar używał jako znaku firmowego; nazwa "Fangtasia" została wykonana krzykliwymi czerwonymi literami, w tym samym stylu co na neonie przed lokalem. Gdyby Eric odwrócił się plecami, z tyłu na koszulce można by przeczytać napis: "Bar, w którym kąsamy". Wiem, bo Pam dała mi jedną, kiedy "Fangtasia" zaczynała promocję.

Na Ericu koszulka prezentowała się doskonale, a ja aż za dobrze pamiętałam, jak jego ciało wygląda... pod nią.

Oderwałam wzrok od przeciągającego się wampira i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Na małej przestrzeni tłoczyło się mnóstwo nieumarłych, lecz dopóki nie zobaczy się wampirów, człowiek nie wie o ich istnieniu, często bowiem tkwią w bezruchu i milczą. Clancy, kierownik baru, zajmował jeden ze stojących przed biurkiem dwóch foteli dla gości. Muszę dodać, że Clancy ledwie przeżył ubiegłoroczną Wojnę z Czarownicami, gdyż czarownice osuszyły go z krwi prawie nieodwracalnie. Do czasu, aż Eric go znalazł, wyśledziwszy jego zapach na cmentarzu w Shreveport, w żyłach Clancy'ego pozostały jedynie resztki krwi i od ostatecznej śmierci dzieliły go ledwie minuty. Po długim okresie zdrowienia rudowłosy wampir stał się osobnikiem rozgoryczonym i opryskliwym. Teraz jednak wyszczerzył do mnie zęby, prezentując w całej okazałości kły.

- Możesz mi usiąść na kolanach, Sookie - oznajmił, klepiąc się po udach.

Odwzajemniłam się uśmiechem, ale nie był szczery.

- Nie, dzięki, Clancy - odrzekłam grzecznie.

Flirt z Clancym nigdy nie wydawał mi się bezpieczny, a dziś propozycja wampira zabrzmiała wyjątkowo groźnie. Clancy należał do wampirów, z którymi w ogóle wolałabym nie zostawać sam na sam. Chociaż kompetentnie zarządzał barem i ani razu nie tknął mnie nawet palcem, stale odnosiłam wrażenie, że posyła mi ostrzegawcze spojrzenia. Nie potrafię czytać wampirom w myślach i właśnie dlatego przyjemnie przebywa mi się w ich towarzystwie, ale kiedy poczułam na sobie jego wzrok, zadrżałam i przyłapałam się na chęci, by zajrzeć do jego głowy i sprawdzić, co też się w niej dzieje.

Felicia, najnowsza barmanka w lokalu, siedziała na kanapie, wraz z Indirą i Maxwellem Lee. Czyżbym znalazła się na wampirzym odpowiedniku zebrania Tęczowej Koalicji? Co do Felicii, dziewczyna wyglądała na udaną mieszankę rasy czarnej i białej, a ponieważ mierzyła ponad metr osiemdziesiąt, było co podziwiać. Maxwell Lee to z kolei jeden z najbardziej ciemnoskórych mężczyzn, jakich kiedykolwiek spotkałam. Mała Indira była córką hinduskich imigrantów.

W pomieszczeniu przebywały jeszcze cztery osoby (o ile można je nazwać "osobami") i na widok każdej z nich poczułam niepokój, chociaż w różnym stopniu.

Jedną z tych osób był mężczyzna, o którego istnieniu staram się zapomnieć. Zaczerpnęłam zasadę stosowaną przez wilkołaki i potraktowałam go jak osobnika wygnanego przez stado - inaczej mówiąc, wyrzekłam się go! Nie wymawiam jego imienia, nie rozmawiam z nim, nawet go nie rozpoznaję! (Chodzi oczywiście o mojego byłego faceta, Billa Comptona, i tak naprawdę wiedziałam, że jest w biurze i, dumając o czymś, siedzi w kącie).

Obok niego stała oparta o ścianę wiekowa Thalia, istota chyba jeszcze starsza niż Eric. Równie niewysoka jak Indira, bardzo blada, o mocno kręconych czarnych włosach, była kobietą ostrą w obyciu i nieuprzejmą.

Ze zdumieniem odkryłam, że jej oschłość podnieca niektórych mężczyzn. Można by rzec, że Thalia wręcz miała oddanych wyznawców, którzy wyglądali na podekscytowanych, ilekroć typowym dla siebie patetycznym angielskim oznajmiała im, że mają się od niej odpieprzyć. Dowiedziałam się, że ma nawet stronę internetową, którą założyli i prowadzili jej wierni fani. Po prostu brak słów. Pam powiedziała mi kiedyś, że skoro Eric pozwolił Thalii mieszkać w Shreveport, równie dobrze mógłby trzymać przywiązanego na podwórzu kiepsko wyszkolonego pitbula. Co oznaczało, że Pam nie akceptuje Thalii.

Wszyscy ci nieumarli obywatele mieszkają w Piątej Strefie. Żyją tu pod opieką Erica Northmana i pracują dla niego, przysięgli mu bowiem wierność. Czyli że - nawet jeśli nie mieli jakichś zadań w barze - musieli poświęcić część swego czasu, wykonując polecenia szefa. Po Katrinie, w Shreveport pojawiło się kilkoro nowych wampirów; po prostu, tak jak wielu ludzi, dokądś musieli się udać. Eric jeszcze nie zdecydował, co zrobi z nieumarłymi uchodźcami. Nie zaprosił ich też na dzisiejsze zebranie.

Mieliśmy tu jednak dwoje gości, z których jeden był osobistością znacznie ważniejszą od Erica.

Andre, najbliższy ochroniarz Sophie-Anne Leclerq, królowej Luizjany. Królowa opuściła oczywiście zniszczony Nowy Orlean i przebywała obecnie w Baton Rouge. Andre wyglądał bardzo młodo, może na szesnaście lat; twarz miał gładką niczym niemowlę, a jasne włosy gęste i grube. Żył długo, dbając wyłącznie o Sophie-Anne, swoją stwórczynię i wybawicielkę. Dziś nie miał przy sobie szabli, ponieważ nie pełnił funkcji strażnika królowej, byłam jednak przekonana, że jest uzbrojony - na pewno miał nóż lub pistolet. Zresztą, nawet bez oręża czy wsparcia innych był groźniejszy niż niejedna śmiercionośna broń.

Akurat gdy Andre zamierzał się do mnie odezwać, zza jego fotela dobiegł czyjś głęboki głos.

- Hej, Sookie.

Należał do naszego drugiego gościa, Jake'a Purifoya. Nakazałam sobie spokój, chociaż całą sobą aż się rwałam do ucieczki z biura. Jestem idiotką - skoro nie wybiegłam z krzykiem na widok Andre, Jake nie powinien zrobić na mnie wrażenia. Zmusiłam się i skinęłam głową temu przystojnemu młodemu mężczyźnie, który wciąż jeszcze nie wyglądał na nieumarłego. Wiedziałam jednak, że moje powitanie nie wyda mu się naturalne. Niestety, Jake wzbudzał we mnie okropną mieszankę uczuć - litości i strachu.

Purifoya, który urodził się wilkołakiem, zaatakowała pewna wampirzyca, toteż wykrwawił się niemal na śmierć. Gdy moja kuzynka Hadley (również wampirzyca) odkryła prawie pozbawione życia ciało Jake'a, popełniła błąd i ze źle pojmowanego współczucia przemieniła mężczyznę w wampira. Można by jej gest uznać za dobry uczynek, lecz - jak się okazało - nikt tak naprawdę nie docenił jej dobroci... nawet sam Jake. Nikt nigdy przedtem nie słyszał bowiem o wilkołaku-wampirze: wilkołaki nie lubiły nieumarłych i im nie ufały, a ci całym sercem odwzajemniali niechęć. Egzystencja Purifoya stała się więc trudna i samotnicza. Ponieważ nikt nie wyciągnął do niego pomocnej dłoni, królowa uprzejmie przyjęła go do siebie na służbę.

Jake, oślepiony żądzą krwi, wybrał sobie na pierwszą wampirzą przekąskę właśnie mnie. Na pamiątkę, do dziś pozostała mi na ramieniu czerwona szrama.

Jaki cudowny wieczór mi się zapowiadał, nie ma co!

- Panno Stackhouse - zagaił Andre, wstając z drugiego fotela dla gości.

Skłonił się. To był prawdziwy hołd i na ten widok humor nieco mi się poprawił.

- Panie Andre - odparłam i również się ukłoniłam.

Wykonał zamaszysty ruch ręką, sugerując, że mogę zająć zwolnione przez niego łaskawie miejsce, a ponieważ najłatwiej było przyjąć jego propozycję, chętnie skorzystałam.

Clancy wyglądał na rozgoryczonego. To on powinien odstąpić mi swój fotel, ponieważ był tu najmniej znaczącym wampirem. Swoim gestem Andre wytknął to tak jednoznacznie, jakby zawiesił mu nad głową mrugający neon w postaci strzałki wycelowanej w nieszczęśnika. Bardzo się starałam zapanować nad uśmieszkiem, który wywołała ta myśl.

- Jak się miewa Jej Wysokość? - spytałam, próbując być tak samo grzeczna jak Andre.

Byłoby trochę naciągane, gdybym oznajmiła, że lubię Sophie-Anne, na pewno jednak ją szanowałam.

- Królowa jest jednym z powodów, dla których przybyłem tutaj dzisiejszego wieczoru - oznajmił. - Ericu, możemy już zaczynać?

Przemknęło mi przez głowę, że łagodnie zbeształ w ten sposób Erica za "grę na czas".

Pam przycupnęła na podłodze obok mojego fotela.

- Tak, jesteśmy już w komplecie - odparł Eric. - Proszę bardzo, Andre, masz głos - dodał, lekko się uśmiechając, z pewnością na myśl o nowoczesnych frazach, jakich używał.

Ponownie rozsiadł się wygodnie w fotelu, po czym podniósł długie nogi, opierając stopy o kant biurka.

- Wasza królowa mieszka w domu szeryfa Czwartej Strefy w Baton Rouge - obwieścił Andre małej grupie zebranych wampirów. - Gervaise był bardzo łaskawy, że udzielił jej gościny.

Pam popatrzyła na mnie, unosząc brwi. Gdyby Gervaise nie zechciał udzielić gościny, zapewne ktoś ściąłby mu głowę.

- Jednakże pobyt w domu Gervaise'a jest bez wątpienia rozwiązaniem tymczasowym - kontynuował Andre. - Od czasu katastrofy byliśmy w Nowym Orleanie wiele razy. Oto raport na temat stanu naszych nieruchomości.

Chociaż żaden z wampirów nawet się nie poruszył, poczułam, że wyostrzyły uwagę.

- W siedzibie królowej została uszkodzona większa część dachu, toteż woda poczyniła rozległe zniszczenia na drugim piętrze i poddaszu. Ponadto, ogromny kawał dachu z innego budynku spadł na gmach, więc na podłodze zalegają stosy gruzu, a w ścianach są dziury... tego typu problemy. Osuszamy wnętrza, lecz dach ciągle jest pokryty niebieskim plastikiem. Przyjechałem między innymi dlatego, że szukam przedsiębiorcy budowlanego, który natychmiast przystąpi do zadaszania budynku. Do tej pory nie miałem szczęścia, więc jeśli ktoś z was ma osobiste kontakty i może polecić człowieka, który wykonuje tego rodzaju prace, chętnie skorzystam z waszej pomocy. Na parterze doszło do licznych, ale raczej powierzchownych szkód. Do niektórych pomieszczeń również wdarła się woda. No i pojawili się rabusie...

- Może królowa powinna pozostać w Baton Rouge - wtrącił złośliwie Clancy. - Jestem pewien, że Gervaise nie posiada się ze szczęścia na myśl, że będzie gościł ją bez końca.

Okazało się zatem, że Clancy jest idiotą o skłonnościach samobójczych.

- Delegacja nowoorleańskich przywódców odwiedziła królową w Baton Rouge. Prosili, by wróciła do miasta - podjął Andre, ignorując Clancy'ego. - Istoty ludzkie sądzą, że jeśli wampiry powrócą do Nowego Orleanu, metropolia znów stanie się interesująca dla turystów. - Popatrzył chłodno na Erica. - W międzyczasie królowa rozmawiała z czterema innymi szeryfami na temat finansowych kwestii związanych z renowacją nowoorleańskich budowli.

Eric niemal niedostrzegalnie pochylił głowę. Nie potrafiłam określić jego stosunku do propozycji opłacenia napraw królowej.

Odkąd potwierdziły się opisywane przez Anne Rice informacje na temat istnienia wampirów, Nowy Orlean stał się prawdziwą mekką, do której ciągnęli zarówno nieumarli, jak i osoby, które szukały ich towarzystwa. Tak, to miasto było jak wampirzy Disneyland. Jednakże od czasu Katriny wszystko się zmieniło. Nawet w Bon Temps odczuwaliśmy skutki huraganu. Jeszcze zanim straszliwa fala dotarła do lądu, ludzie zaczęli uciekać, więc nasze miasteczko wciąż jest zatłoczone osobami przybyłymi z południa.

- Co z drugą posiadłością królowej? - spytał Eric.

Królowa kupiła kiedyś stary klasztor, który stał na skraju dzielnicy Garden District. Organizowała w nim przyjęcia dla rzeszy wampirów i innych istot. Chociaż posiadłość była otoczona murem, nie uważano jej za łatwą do ochrony (klasztor uznawano za zabytek i nie wolno w nim było dokonywać zmian, na przykład zabić deskami okien), toteż królowa nie mogła właściwie w nim mieszkać. Tak, ten historyczny gmach nadawał się wyłącznie na przyjęcia.

- Nie ucierpiał zbytnio - odparł Andre. - Ale i tam grasowali złodzieje. Wiemy o tym, ponieważ zostawili po sobie zapach. - Jeśli chodzi o talent tropicieli, wampiry ustępowały jedynie wilkołakom. - Jeden z nich zastrzelił lwa.

Zrobiło mi się z tego powodu przykro. W pewnym sensie lubiłam tego lwa.

- Potrzebujesz pomocy, żeby ich aresztować? - spytał Eric.

Andre zmarszczył czoło.

- Pytam tylko dlatego - wyjaśnił Northman - że wasze szeregi zostały nieco przetrzebione.

- Nie, nie, zajęliśmy się już tą sprawą - odrzekł Andre i leciutko się uśmiechnął.

Usiłowałam nie myśleć o tym dokładniej.

- Poza utratą lwa i grabieżami... jak prezentuje się posiadłość? - naciskał Eric, starając się wrócić do tematu huraganu i zniszczeń.

- Królowa może zatrzymać się tam na jakiś czas, czyli, dopóki nie rozważy innych opcji mieszkaniowych - kontynuował Andre. - Na pewno jednak nie na dłużej niż noc czy dwie.

Wszyscy zgromadzeni nieznacznie kiwnęli głowami.

- Mamy duże straty w stanie personelu - dodał.

Wszystkie wampiry nerwowo napięły mięśnie, nawet "nowicjusz" Jake.

- Początkowo, jak wiecie, nie mieliśmy obaw. Zakładaliśmy, że tuż po uderzeniu huraganu zaginieni są zajęci i dlatego się nie zgłaszają. Niestety, okazało się, że przeżyło nas jedynie dziesięcioro: pięcioro przebywa tutaj, troje w Baton Rouge, dwoje w Monroe. Szacuję, że w samej Luizjanie straciliśmy trzydzieści osób. A w Missisipi przynajmniej dziesięć.

Tu i ówdzie rozległy się cichutkie szepty, a większość wampirów poruszyła się niespokojnie. Tak shreveporckie wampiry zareagowały na te nowiny. Przed Katriną najwięcej nieumarłych, zarówno na stałe, jak i tymczasowo, przebywało właśnie w Nowym Orleanie. Gdyby huragan o podobnej sile nawiedził na przykład Tampę, liczba zabitych i zaginionych wampirów byłaby znacznie niższa.

Podniosłam rękę, ponieważ coś przyszło mi do głowy.

- A co z Bubbą? - spytałam, kiedy Andre skinął głową, wspaniałomyślnie pozwalając mi przemówić.

Od czasu Katriny nie miałam o nim żadnych wiadomości. Gdybyście spotkali Bubbę, na pewno byście go poznali. Rozpoznałby go każdy człowiek na świecie. No, przynajmniej każdy powyżej pewnego wieku. Na podłodze w łazience, w swoim domu w Memphis piosenkarz nie do końca umarł. Nie całkiem. Tyle że jego mózg nie był w najlepszym stanie, więc od chwili, gdy stał się wampirem, był... dziwny.

- Bubba żyje - zapewnił mnie Andre. - Ukrył się w jakiejś krypcie i przetrwał, żywiąc się krwią małych ssaków. Ale ponieważ psychicznie nie czuł się najlepiej, królowa wysłała go do Tennessee, gdzie będzie mógł przez jakiś czas trzymać się z dala od społeczności Nashville.

- Andre przekazał mi listę zaginionych - wtrącił Eric. - Wywieszę ją po zebraniu.

Znałam kilka osób spośród straży przybocznej królowej, toteż pomyślałam, że chętnie się dowiem, czy żyją.

Miałam kolejne pytanie i ponownie zamachałam ręką.

- Tak, Sookie? - spytał Andre.

Jego obojętne spojrzenie trochę mnie zdeprymowało, więc przeprosiłam, że domagam się prawa głosu.

- Wiecie, nad czym się zastanawiam...? Czy przypadkiem ktoś spośród królów czy królowych biorących udział w konferencji nazywanej przez was... szczytem... Czy przypadkiem któreś z nich nie posiada specjalisty przepowiadającego pogodę? - Tym razem większość osób popatrzyła na mnie obojętnie, za to Andre wydawał się zainteresowany. - Ponieważ, zauważcie, początkowo tę konferencję czy też szczyt zaplanowano na późną wiosnę. Jednakże cały czas zwlekano, prawda? A później nagle w wybrzeże uderzyła Katrina. Gdyby spotkanie rozpoczęło się w pierwotnie zaplanowanym terminie, królowa byłaby w znacznie lepszej sytuacji. Miałaby spore fundusze i mnóstwo podwładnych, przez co trudniej byłoby ją oskarżyć o śmierć króla. Prawdopodobnie przyznano by jej wszystko, o co by poprosiła. Zamiast tego Sophie-Anne wygląda jak... - chciałam powiedzieć "żebraczka", ale w ostatniej chwili zerknęłam na Andre i zrezygnowałam - ...jak dużo mniej potężna władczyni - dokończyłam głupawo.

Obawiałam się, że wszyscy zebrani w tym momencie wybuchną śmiechem i stanę się obiektem ich drwin, jednak zapadło milczenie i czułam, że wiele osób całkiem poważnie rozważa moje słowa.

- To jest właśnie jedna z kwestii, które będziesz musiała ustalić podczas szczytu - odparł Andre. - Ale powiem ci, że twoja sugestia wydaje się osobliwie możliwa. Ericu?

- Też sądzę, że coś w tym jest - powiedział Eric, patrząc na mnie. - Sookie świetnie potrafi wyciągać wnioski.

Siedząca obok mojego fotela Pam uśmiechnęła się do mnie.

- Co z oskarżeniem wniesionym przez Jennifer Cater? - spytał Clancy, patrząc na Andre.

Odniosłam wrażenie, że Clancy'emu zrobiło się niewygodnie w fotelu, na którym wcześniej puszył się z dumą.

Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Nie wiedziałam, o czym, do diabła, rudowłosy wampir mówi, uznałam jednak, że lepiej wywnioskować z rozmowy niż pytać.

- No, jak dotąd nie wycofała go - odparł Andre.

- Jennifer Cater - wyjaśniła mi szeptem Pam - szkoliła się, ponieważ miała zostać porucznikiem Petera Threadgilla. W dniu zamieszek i śmierci króla przebywała w Arkansas, gdzie kierowała jego sprawami.

Skinęłam głową, dając Pam do zrozumienia, że doceniam jej chęć oświecenia mnie w tej kwestii. Wampiry z Arkansas, chociaż ich stan nie doświadczył klęski żywiołowej, również zostały zdziesiątkowane, ponieważ wiele z nich przebywało akurat w Luizjanie.

- Królowa odpowiedziała na zarzuty. Zeznała, że musiała zabić Petera w obronie własnej - tłumaczył Andre. - Zaproponowała oczywiście zadośćuczynienie, czyli pewną kwotę do wspólnej kasy.

- Dlaczego nie bezpośrednio stanowi Arkansas? - spytałam szeptem Pam.

- Ponieważ królowa utrzymuje, że od śmierci Petera ten stan przeszedł w jej posiadanie. Zgodnie z małżeńskim kontraktem - mruknęła. - Nie mogłaby zatem wypłacić tej kwoty sama sobie. Jeśli Jennifer Cater wygra proces, królowa nie tylko straci Arkansas, lecz będzie musiała również zapłacić temu stanowi grzywnę. Ogromną grzywnę! Poniesie także koszty sądowe.

Andre zaczął bezszelestnie chodzić po pokoju. Wiedziałam, co to oznacza - ten temat go smucił i Andre nie miał ochoty go rozwijać.

- Mamy jeszcze w ogóle jakieś pieniądze po huraganie? - spytał Clancy.

To pytanie nie było mądre.

- Królowa żywi nadzieję, że wniosek Jennifer zostanie oddalony - odrzekł Andre, znowu ignorując Clancy'ego. Z młodzieńczej twarzy Andre nie sposób było wyczytać żadnych emocji. - Ale oczywiście być może rozprawa się odbędzie. Jennifer oskarża naszą królową o to, że wabiąc Threadgilla do Nowego Orleanu, jak najdalej od jego terytorium, od samego początku planowała wywołanie wojny i morderstwo. - Teraz słyszałam głos Andre za sobą.

- Ale przecież nic takiego się nie zdarzyło - wtrąciłam.

Zresztą, to nie Sophie-Anne zabiła króla. Byłam świadkiem tej śmierci. Threadgilla zabił wampir stojący w tej chwili za mną i snujący tę opowieść. W dodatku uważałam jego czyn za usprawiedliwiony.

Nie poruszyłam się, choć poczułam, jak zimne palce Andre muskają moją szyję. Nie potrafię wam powiedzieć, skąd wiedziałam, że te palce należą właśnie do niego, lecz ich lekki dotyk uprzytomnił mi nagle pewien straszliwy fakt - oprócz Andre i Sophie-Anne byłam jedynym świadkiem śmierci króla!

Nigdy wcześniej nie rozpatrywałam tej kwestii w tych kategoriach, toteż przysięgam, że teraz na moment przestało mi bić serce. W tej jednej sekundzie przyciągnęłam spojrzenia przynajmniej połowy zgromadzonych w biurze wampirów. Przypatrujący się z uwagą mojej twarzy Eric otworzył szeroko oczy. Na szczęście, po chwili moje serce zabiło ponownie i sytuacja wróciła do normy, jak gdyby nic się nie stało. Widziałam jednak, że leżąca na biurku ręka Erica drga nerwowo, i wiedziałam, że Northman nigdy nie zapomni mojej reakcji i zechce odkryć, co oznaczała.

- Sądzisz zatem, że dojdzie do procesu? - spytał ochroniarza królowej.

- Skoro królowa jedzie na szczyt jako władczyni Nowego Orleanu... Nowego Orleanu w takim stanie, w jakim teraz jest... wydaje mi się, że sąd zechce doprowadzić do ugody pomiędzy nią i Jennifer. Może Jennifer otrzyma propozycję awansu, zostanie prawą ręką Sophie-Anne i otrzyma jakąś wielką premię... No, coś w tym rodzaju. Jednakże tak jak sprawy przedstawiają się obecnie... - Na długą chwilę zapadła cisza i każde z nas dopowiadało sobie w myślach zakończenie tego zdania. Nowy Orlean nie był już taki jak wcześniej i może już nigdy nie wróci do dawnej świetności. Królowej groziło bankructwo. - Jeśli Jennifer się uprze, sąd będzie musiał rozpatrzyć jej zarzuty - dopowiedział Andre, po czym zamilkł.

- Wiemy, że zarzuty nie mają podstaw - dobiegł z kąta głośny i zimny głos. Należał do mojego byłego chłopaka, Billa, którego obecność do tej pory udawało mi się lekceważyć. Tyle że ignorowanie kogokolwiek nie leży w mojej naturze. - Eric tam był - kontynuował wampir (Bezimienny, jak sobie wmawiałam). - Ja tam byłem. Sookie tam była.

To prawda. Zarzuty Jennifer Cater, jakoby Sophie-Anne zwabiła swojego króla na przyjęcie w należącym do niej starym klasztorze z zamiarem morderstwa, były kompletnie zmyślone. Masakrę wywołał jeden z ludzi Petera Threadgilla, ścinając głowę człowiekowi królowej.

Eric uśmiechnął się z rozrzewnieniem. Wspomnienie tej bitwy sprawiało mu wyraźną przyjemność.

- Tłumaczyłem to Jennifer - powiedział. - Król starał się przecież ze wszystkich sił sprowokować Sophie-Anne do jakiegoś nieostrożnego ruchu, lecz dzięki naszej Sookie nie udało mu się to. Gdy odkrył, że spisek się nie powiódł, uciekł się do prostego ataku frontalnego. Nie widziałem Jennifer od dwudziestu lat - dodał. - Szybko awansowała. Na pewno jest osobą bezwzględną i nie ma w niej litości.

Andre stanął po mojej prawej stronie. Wreszcie go widziałam, co mnie uspokoiło. Pokiwał głową, a wszystkie wampiry w pomieszczeniu niemal równocześnie ponownie się poruszyły. Rzadko czułam się tak odmienna od reszty jak dziś: jedyna żywa istota w pokoju pełnym ożywionych martwych stworzeń.

- Tak - zgodził się Andre. - Królowa zazwyczaj pragnie mieć wokół siebie wszystkich popleczników, lecz obecnie, niestety, mamy ograniczone finanse, więc wspierać ją będzie znacznie mniejsza grupa.

Był znowu tak blisko mnie, że niemal muskał mój policzek.

Przemknęło mi przez głowę pewne spostrzeżenie, które było niczym objawienie: zatem tak czują się normalni ludzie. Normalni, czyli ci, którzy nie potrafią czytać w myślach innym. Bo dziś zupełnie nie wiedziałam, jakie zamiary i plany mają moi towarzysze. Tak właśnie codziennie egzystują zwyczajne osoby. Doświadczenie wydało mi się przerażające, a równocześnie ekscytujące. Czułam się jak ktoś, kto musi z zawiązanymi oczyma przejść przez zatłoczoną salę. Zastanowiłam się, jak przeciętni ludzie wytrzymują ten codzienny stan napięcia.

- Królowa chce, by ta kobieta towarzyszyła jej podczas wszystkich spotkań, w których będą uczestniczyły inne istoty ludzkie - kontynuował Andre. Wyraźnie mówił do Erica. - Sophie-Anne chce znać ich myśli. Zresztą, Stan przywozi ze sobą telepatę. Znasz go może?

- Siedzę tutaj! - mruknęłam.

Nikt nie zwrócił na to uwagi poza Pam, która posłała mi pogodny uśmiech. Chwilę później poczułam na sobie wiele lodowatych spojrzeń i zrozumiałam, że wszyscy czekają na moją odpowiedź, bo Andre mówił jednak do mnie. Tak bardzo się przyzwyczaiłam do tego, że swobodnie rozmawiają między sobą o mnie i w mojej obecności, że teraz ochroniarz królowej naprawdę mnie zaskoczył. Przemyślałam sobie wszystkie jego wypowiedzi i doszłam do wniosku, że zadał mi pytanie.

- Spotkałam w życiu tylko jednego innego telepatę i mieszkał w Dallas, więc przypuszczam, że to ten sam facet... Barry, goniec hotelowy. Pracował w wampirzym hotelu w Dallas, kiedy odkryłam jego... hmm... dar.

- Co o nim wiesz?

- Jest młodszy ode mnie i słabszy niż ja... W każdym razie wtedy miał słabsze zdolności. W przeciwieństwie do mnie nie akceptował swojej odmienności. - Wzruszyłam ramionami. Na tym kończyła się moja wiedza.

- Sookie tam będzie - powiedział do Andre Eric. - Jest najlepszą telepatką na świecie.

Cóż, pochlebił mi, chociaż przypomniałam sobie, że przecież, jak sam twierdził, oprócz mnie spotkał w życiu również tylko jednego telepatę.

Po namyśle uznałam, że jego uwaga mnie zirytowała, ponieważ Northman jawnie sugerował Andre, że swoje niezwykłe umiejętności w jakiś sposób zawdzięczam jemu, Ericowi, a nie samej sobie.

Chociaż cieszyłam się, że wyjadę i zobaczę coś poza miasteczkiem, w którym mieszkam przez całe życie, odkryłam, że chętnie wykręciłabym się z wyjazdu do Rhodes. Nie potrafiłam jednak znaleźć żadnej wymówki. Zresztą, już kilka miesięcy temu zgodziłam się wziąć udział w wampirzej konferencji jako wysoko opłacana pracownica królowej. A przez ostatni miesiąc pracowałam przez wiele godzin w "U Merlotte'a", tak żeby inne kelnerki nie narzekały, że będą mnie musiały zastępować przez kolejny tydzień. Mój szef, Sam, pomagał mi na bieżąco kontrolować nadgodziny dzięki wykresowi, który narysował.

- Clancy zostanie tutaj i będzie prowadzić bar - oznajmił Eric.

- Czyli ta kobieta jedzie, a ja muszę zostać na miejscu? - jęknął rudowłosy kierownik. Decyzja Erica naprawdę go zasmuciła. - Ominie mnie cała zabawa.

- To prawda - przyznał uprzejmie Eric. Jeśli Clancy zamierzał powiedzieć coś niemiłego, to, spojrzawszy na twarz swego szefa, zrezygnował. - Felicia zostanie i będzie ci pomagać. Billu, ty też zostajesz.

- Nie - odparował zimnym głosem osobnik siedzący w kącie. - Królowa mnie potrzebuje. Ciężko pracowałem nad tą bazą danych i Sophie-Anne poprosiła, żebym reklamował i sprzedawał swój program podczas szczytu. W ten sposób zarobimy trochę grosza, rekompensując jej poniesione straty.

Eric gapił się na niego w bezruchu przez minutę, a potem wreszcie lekko uniósł brwi.

- Tak, zapomniałem o twoim talencie do komputerów - wyznał. Okazał tyle zainteresowania czy respektu, że równie dobrze mógł powiedzieć: "Och, zapomniałem, że potrafisz przeliterować słowo KOT". - Przypuszczam, że pewnie musisz lecieć z nami. Maxwell?

- Jeśli taka twoja wola, zostanę.

Maxwell Lee chciał dać jasno do zrozumienia, że wie, co to znaczy być dobrym podwładnym. Popatrzył jeszcze po zebranych, sprawdzając, czy wszyscy to zauważyli.

Eric skinął głową. Przypuszczałam, że Maxwell otrzyma sympatyczny prezent na Gwiazdkę, za to Bill... oj, Bezimienny... raczej rózgę.

- W takim razie zostaniesz tutaj. I ty, Thalio. Musisz mi jednak obiecać, że będziesz się dobrze sprawowała w barze.

Eric wymagał od Thalii, by siedziała w barze w bezruchu, wyglądając tajemniczo i wampirycznie przez parę nocy w tygodniu, jednak nie zawsze jej pobyt tam przebiegał bez żadnych incydentów.

Thalia, jak zwykle nieustannie posępna i smętna, oschle skinęła mu głową.

- I tak nie chcę tam jechać - mruknęła.

W jej okrągłych czarnych oczach nie dostrzegłam niczego poza pogardą dla świata. Cóż, Thalia zbyt dużo widziała w swoim bardzo długim życiu i nie cieszyło jej nic już od kilku stuleci. Ilekroć mogłam, starałam się unikać kontaktów z nią. Byłam właściwie zaskoczona, że w ogóle przebywa czasem w towarzystwie innych nieumarłych. Bardziej mi wyglądała na samotną wampirzycę.

- Thalia niczego w życiu nie pragnie - szepnęła mi do ucha Pam. - Chce tylko, żeby zostawić ją w spokoju. Wyrzucono ją z Illinois, ponieważ po Wielkim Ujawnieniu zachowywała się zbyt agresywnie.

Terminem "Wielkie Ujawnienie" wampiry określały noc, podczas której pojawiły się w stacjach telewizyjnych na całym świecie i powiadomiły społeczeństwo ludzi, że w rzeczywistości egzystują i, co więcej, pragną wyjść z cienia, wkraczając w nasze życie gospodarcze i towarzyskie.

- Eric pozwala Thalii żyć, jak ona chce, dopóki przestrzega zasad i co jakiś czas posiedzi kilka godzin w barze - kontynuowała ledwie słyszalnym szeptem Pam. Eric był władcą tego małego świata i nikt nie zapominał o tym ani na chwilę. - Thalia wie, jaka kara ją spotka, jeśli choć raz zachowa się nieodpowiednio. Ale cóż, czasami chyba umyka jej fakt, jak mało spodoba jej się taka kara. Powinna czytać rubrykę Abby i czerpać z niej pomysły.

Jeśli życie was nie cieszy, musicie... och, zrobić coś dla innych, znaleźć sobie nowe hobby albo coś w tym rodzaju, prawda? Czy nie tak wyglądają tamte porady? Wyobraziłam sobie, jak Thalia zgłasza się na przykład do hospicjum i proponuje, że posiedzi czasem w nocy z chorymi... Na tę myśl aż zadrżałam. Potencjalny widok starej wampirzycy robiącej na drutach i wymachującej dwoma długimi, ostrymi metalowymi prętami spowodował kolejny dreszcz przerażenia. Do diabła z taką terapią!

- Podsumowując, na szczyt jadą Andre, nasza królowa, Sookie, ja, Bill i Pam - powiedział Eric. - Prawnik Cataliades i jego bratanica jako pomocnica. Och, i tak, Gervaise z Czwartej Strefy, jego kobieta... Ustępstwo, ponieważ Gervaise niezwykle szczodrze ugościł królową. Rasul jako kierowca. I oczywiście Sigebert. To cała nasza grupa. Wiem, że niektórzy z was czują się rozczarowani, i mogę tylko mieć nadzieję, że przyszły rok będzie dla Luizjany lepszy. I dla Arkansas, który to stan uważamy teraz za część naszego terytorium.

- Sądzę, że nie ma więcej spraw, które powinniśmy dziś omówić - powiedział Andre.

Resztę kwestii on i Eric zamierzali przedyskutować na osobności. Andre nie dotknął mnie ponownie, co mnie ucieszyło. Przerażał mnie całą, od głowy po pomalowane na różowo paznokcie u nóg. Powinnam, naturalnie, reagować identycznie na wszystkie osoby zgromadzone w tym biurze. Gdybym miała dość zdrowego rozsądku, wyjechałabym do Wyoming - stanu, który zamieszkiwała najmniejsza wampirza populacja (zgodnie z artykułem w "Amerykańskim Wampirze", było ich jedynie dwoje). W niektóre dni odczuwałam niezwykle silną pokusę...

Eric podał datę naszego wyjazdu, datę powrotu, godzinę odlotu czarteru Anubis Airline z Baton Rouge, gdzie samolot zjawi się po naszą shreveporckę grupę oraz bagaże z rzeczami, których będziemy potrzebować. Wyjęłam z torebki mały notes i wszystko zapisałam. Z niejakim przerażeniem uświadomiłam sobie, że znów muszę się zapożyczyć u moich przyjaciółek. Northman jednak jakby czytał mi w myślach.

- Sookie, gdyby nie ten wyjazd, nie potrzebowałabyś nowych ubrań, dlatego pozwoliłem sobie zadzwonić do sklepu, który prowadzi twoja koleżanka. Masz tam otwarty kredyt. Wykorzystaj go. - Zapłonęły mi policzki. Już poczułam się jak uboga krewna, wtedy jednak dodał: - Cały nasz personel ma konta w sklepach tu, w Shreveport, lecz przyjazdy do miasta nie byłyby zapewne dla ciebie wygodne. - Rozluźniłam nieco napięte do tej pory mięśnie ramion. Miałam nadzieję, że Eric mówi prawdę. Popatrzyłam mu w twarz i nie zauważyłam miny sugerującej, że jest inaczej. - Może przeżyliśmy katastrofę, lecz nie będziemy prezentować się jak biedota - ciągnął, nie patrząc mi w oczy.

- Nie wyglądasz na biednego - powiedziałam.

- Czy wszyscy wszystko zrozumieli? Naszym celem podczas konferencji ma być wsparcie królowej, która próbuje oczyścić się z tych absurdalnych zarzutów, a także powiadomienie wszystkich w kraju, że Luizjana wciąż pozostaje wspaniałym stanem. Żaden z wampirów, które przyjechały z Arkansas do Luizjany wraz ze swoim królem, nie ocalał, więc nie opowiedzą swojej historii.

Uśmiechnął się i nie był to miły uśmiech.

Przed dzisiejszym wieczorem nigdy wcześniej podobnego u niego nie widziałam.

Cholera, czyż śmierć tamtych nie była dla wielu wygodna?

 

ROZDZIAŁ DRUGI

- Halleigh, skoro wychodzisz za policjanta, może potrafisz mi powiedzieć... No wiesz, jak duża jest pałka gliniarza? - spytała Elmer Claire Vaudry.

Siedziałam obok przyszłej panny młodej, Halleigh Robinson, ponieważ otrzymałam ogromnie ważne zadanie spisywania każdego prezentu i nazwiska osoby, która go wręczyła. Halleigh otwierała jedno po drugim pudła owinięte w srebrzysty papier i rozchylała kwieciste torebki.

To sprośne pytanie chyba do nikogo innego nie mogło by pasować mniej niż do pani Vaudry, czterdziestokilkuletniej nauczycielki szkoły podstawowej, bez wątpienia bogobojnej przedstawicielki klasy średniej.

- Skąd miałabym wiedzieć, Elmer Claire - odparowała Halleigh z fałszywą skromnością.

Odpowiedział jej chór zdecydowanie niedowierzających chichotów.

- No dobrze, a co z kajdankami? - naciskała Elmer Claire. - Używaliście ich kiedyś?

Trajkotanie mówiących z południowym akcentem dam wypełniało salon Marcii Albanese, która zgodziła się zorganizować u siebie wieczór panieński dla Halleigh. Pozostałe damy przyniosły różne przekąski i poncz.

- Ależ z ciebie ziółko, Elmer Claire - wytknęła jej Marcia ze swego miejsca przy stole z napojami.

Mówiąc to, Marcia się uśmiechała. Elmer Claire wybrała dla siebie rolę pani Szokującej, a pozostałe kobiety chętnie na to przystały.

Elmer Claire nigdy by sobie nie pozwoliła na taką wulgarność, gdyby w przyjęciu uczestniczyła stara pani Caroline Bellefleur. Caroline zazwyczaj rządziła życiem towarzyskim Bon Temps. Miała mnóstwo lat, za to niemal zerowe poczucie humoru i zwykle siedziała na takich wieczorkach sztywna jakby połknęła kij od szczotki. Tylko coś niezwykle ważnego mogło ją powstrzymać przed uczestnictwem w rodzinnym wydarzeniu tej rangi i rzeczywiście do czegoś takiego doszło. Ku zdumieniu wszystkich w Bon Temps Caroline Bellefleur miała atak serca. Chociaż członków jej rodziny zawał babci nieszczególnie zaskoczył.

Wielki podwójny ślub Bellefleurów (Halleigh i Andy'ego oraz Portii z jej księgowym) został początkowo zaplanowany na ubiegłą wiosnę. Z powodu nagłego pogorszenia się zdrowia Caroline Bellefleur organizowano go w pośpiechu. Niestety, tuż przed wyznaczoną datą starszą panią powalił atak serca. A później złamała biodro.

Za zgodą Portii i jej narzeczonego, Andy i Halleigh przełożyli ślub na koniec października. Słyszałam jednak, że stan Caroline się nie poprawiał, na co jej wnuki długo miały nadzieję, i wydawało się mało prawdopodobne, że stara dama kiedykolwiek wróci do wcześniejszej formy.

Zarumieniona Halleigh zmagała się ze wstążką opasującą wielkie pudło. Wręczyłam jej nożyczki. Istnieje pewna tradycja związana z nieprzecinaniem wstążki - tradycja wiążąca się jakoś z wróżbą co do liczby dzieci, które urodzą się młodej parze, byłam jednak skłonna się założyć, że Halleigh przyjmie ode mnie pomoc. I rzeczywiście, przecięła wstążkę, choć zrobiła to po kryjomu, tak by nikt nie zauważył jej bezdusznego lekceważenia obyczaju, a potem posłała mi pełne wdzięczności spojrzenie. Wszystkie oczywiście wystroiłyśmy się na to przyjęcie, a Halleigh wyglądała bardzo ładnie i młodo w jasnoniebieskim kostiumie w różowe różyczki. Jako bohaterka wieczoru panieńskiego, naturalnie, miała przypięty bukiecik.

Poczułam się jak obserwatorka interesującego plemienia w obcym kraju, tyle że przedstawicielki owego plemienia przypadkiem mówiły w moim języku. Jestem kelnerką, znajduję się zatem na drabinie towarzyskiej o kilka szczebli niżej niż Halleigh, a poza tym jestem telepatką, chociaż ludzie chętnie zapominają o moim darze, ponieważ trudno im w niego uwierzyć, szczególnie z powodu mojej dość przeciętnej powierzchowności. Mimo to, znalazłam się na liście gości tego przyjęcia, więc bardzo się starałam pasować do reszty elegantek. Byłam raczej pewna, że mi się udało. Włożyłam dziś dopasowaną białą bluzkę bez rękawów, żółte spodnie i pomarańczowo-żółte sandałki, a długie do połowy pleców włosy zostawiłam rozpuszczone. Strój uzupełniały żółte kolczyki i delikatny złoty łańcuszek. Mimo końca września było gorąco jak w piekle. Większość pań włożyła letnie stroje, chociaż kilka odważnych zdecydowało się już na kolory jesieni.

Znałam je wszystkie, ma się rozumieć. Bon Temps nie jest dużą miejscowością, a moja rodzina mieszka tutaj od prawie dwustu lat. Tyle że wiedza, kim jest dany człowiek, wcale nie jest jednoznaczna z lubieniem tej osoby, toteż cieszyłam się z przydzielonego mi zajęcia, czyli spisywania prezentów Halleigh. Marcia Albanese na przykład ogromnie mnie zaskoczyła.

Dowiedziałam się oczywiście niemało. Chociaż bardzo próbowałam się nie wsłuchiwać w myśli zebranych i skupiałam się wyłącznie na wyznaczonym zajęciu, i tak informacje wprost mnie zalewały.

Halleigh była w siódmym niebie. Dostawała prezenty, stanowiła centrum uwagi i miała wyjść za mąż za świetnego faceta. Cóż, nie sądzę, by naprawdę aż tak dobrze znała swego narzeczonego, byłam jednak oczywiście skłonna uwierzyć, że Andy Bellefleur naprawdę posiada jakieś dobre cechy, których po prostu nigdy przy mnie nie ujawnił.

Choćby ta, że Andy miał więcej wyobraźni niż przeciętny przedstawiciel średniej klasy mieszkający w Bon Temps, wiedziałam o tym.

Miał też głęboko skrywane lęki czy pragnienia - je również znałam.

Matka Halleigh, która przyjechała na wieczór panieński z Mandeville, z uśmiechem usiłowała wspierać córkę. Pomyślałam, że tylko ja jedna zdaję sobie sprawę, jak bardzo matka Halleigh nienawidzi tłumów, nawet tak małych jak ten dzisiejszy. Każda chwila spędzona w salonie Marcii była dla Linette Robinson bardzo przykra. Akurat w tej chwili, gdy śmiała się z kolejnej ciętej uwagi wypowiedzianej przez Elmer Claire, równocześnie straszliwie pragnęła znaleźć się we własnym domu, z dobrą powieścią i szklanką mrożonej herbaty.

Zaczęłam szeptać jej, że impreza skończy się za (tu zerknęłam na zegarek) kolejną godzinę czy pięć kwadransów, w ostatniej chwili przypomniałam sobie jednak, że w ten sposób speszę ją jeszcze bardziej. Odnotowałam przyniesione przez Selah Pumphrey ściereczki do naczyń i usiadłam spokojnie, czekając na następny prezent do spisania. Gdy Selah Pumphrey wchodziła, oczekiwała, że jakoś zareaguję na jej widok, ponieważ od dobrych kilku tygodni spotyka się z wampirem, którego się wyrzekłam. Selah stale sobie wyobraża, że dopadnę ją i rąbnę pięścią w głowę. Tak, ma o mnie bez wątpienia kiepskie zdanie, choć przecież w ogóle mnie nie zna. Nie wierzyła, że ów wampir po prostu zupełnie mnie przestał interesować. Zastanawiałam się, czy została zaproszona, ponieważ szuka domu, który chcą kupić Andy i Halleigh.

"Tara Thornton - koronkowe body na ramiączkach", zapisałam i uśmiechnęłam się do przyjaciółki, która wybrała podarunek dla Halleigh spośród towarów w swoim butiku. Elmer Claire naturalnie nie mogła nie skomentować body. Jednym z zebranych kobiet nie podobały się niewybredne dowcipy Elmer, inne uważały, że jej mąż nie ma łatwego życia, jeszcze inne po prostu chciały, żeby się zamknęła. Do tej ostatniej grupy zaliczałam się ja, a także Linette Robinson i Halleigh.

Dyrektorka szkoły, w której uczyła Halleigh, podarowała jej dwie bardzo ładne podkładki pod nakrycia, a jej zastępczyni pasujące do podkładek serwetki. Zamaszystym ruchem spisałam oba prezenty, a podarty papier pakowy wepchnęłam do kosza na śmieci, który stał obok zajmowanego przeze mnie miejsca.

- Dzięki, Sookie - powiedziała cicho Halleigh, podczas gdy Elmer Claire snuła kolejną opowieść o czymś, co zdarzyło się na jej własnym ślubie; coś o drużbie i kurczaku. - Naprawdę doceniam twoją pomoc.

- Nie ma sprawy - odparłam zaskoczona.

- Andy wyznał mi, że namówił cię do ukrycia pierścionka zaręczynowego, kiedy mi się oświadczał - dodała z uśmiechem. - Zresztą pomogłaś mi również w innych sytuacjach.

Zatem Andy najwyraźniej opowiedział Halleigh o mnie wszystko.

- Żaden problem - mruknęłam trochę zakłopotana.

Halleigh zerknęła na Selah Pumphrey, która siedziała o dwa składane krzesła od nas.

- Nadal spotykasz się z tym pięknym mężczyzną, którego wtedy u ciebie widziałam? - spytała nieco głośniej. - Tym przystojniakiem o pięknych ciemnych włosach?

Halleigh widziała Claude'a, który podrzucił mnie do domu w mieście, gdzie przez jakiś czas mieszkałam. Claude jest bratem Claudine, mojej dobrej wróżki. Tak, naprawdę! Rzeczywiście niesamowicie przystojny z niego facet i wydaje się kobietom czarujący przez... jakieś sześćdziesiąt sekund. Gdy spotkaliśmy Halleigh, nieco się wysilił, za co byłam mu teraz wdzięczna, gdyż dosłownie widziałam, jak Selah nadstawia uszu niczym ostrożny lis.

- Widziałam go ostatnio pewnie ze trzy tygodnie temu - odparłam zgodnie z prawdą. - Nie spotykamy się obecnie.

W rzeczywistości nigdy się nie spotykaliśmy, ponieważ Claude umawia się na randki raczej z osobnikami, którzy noszą małe bródki i są posiadaczami organów, jakich nie ma żadna kobieta. Ale nie wszyscy muszą o tym wiedzieć, prawda?

- Spotykam się z kimś innym - dodałam skromnie.

- Ach tak?

Zainteresowanie Halleigh było absolutnie niewinne.

Z każdą sekundą coraz bardziej lubiłam tę dziewczynę (całe cztery lata młodszą ode mnie).

- Tak - przyznałam. - Pewien konsultant z Memphis.

- Będziesz musiała przyprowadzić go na ślub - ciągnęła Halleigh. - Czyż nie byłoby wspaniale, Portio?

Niestety, Halleigh nie wiedziała o jednym. Portia Bellefleur, siostra Andy'ego, a równocześnie druga panna młoda na podwójnym ślubie Bellefleurów, owszem, zaprosiła mnie na wesele, lecz nie jako gościa - miałam wraz z moim szefem, Samem Merlotte'em, podawać drinki. Teraz więc Portia znalazła się w niezręcznej sytuacji. Nigdy by mnie nie zaprosiła w innym charakterze niż jako pracownicę. (Nie zaproszono mnie też na wieczorek panieński zorganizowany dla Portii). Uśmiechnęłam się do niej niewinnie, a jednocześnie z udawaną wesołością.

- Oczywiście - odparła bez zająknienia. Była przecież prawniczką, umiała zwodzić. - Będziemy zachwyceni, jeśli przyprowadzisz swojego chłopaka.

O mało nie wybuchnęłam śmiechem, ponieważ właśnie sobie wyobraziłam, jak Quinn przeobraża się na przyjęciu weselnym w tygrysa. Obrzuciłam Portię najpogodniejszym z uśmiechów.

- Dowiem się, czy będzie mógł mi towarzyszyć - powiedziałam.

- No, moje drogie - oznajmiła nagle Elmer Claire. - Pewien mały ptaszek namówił mnie, żebym spisywała słowa wypowiadane przez Halleigh podczas rozwijania prezentów, ponieważ, jak wiesz, kochana, te same słowa wypowiesz w noc poślubną! - Zamachała notesem.

Wszystkie kobiety umilkły i czekały na ciąg dalszy z radością... Albo z lękiem.

- Pierwsze zdanie, które wypowiedziała Halleigh, brzmiało: "Och, jakie ładne opakowanie!".

Rozległy się grzeczne rechoty.

- Potem stwierdziła... hmm, sprawdźmy. O tak: "Będzie pasować. Nie mogę się doczekać!".

Chichoty.

- W końcu rzuciła: "Och, właśnie takiego potrzebowałam!".

Zapanowała powszechna wesołość.

Później nadeszła pora na tort, poncz, orzeszki i kuleczki serowe. Wszystkie zajęłyśmy ponownie nasze miejsca, starając się nie upuścić talerzy i filiżanek, gdy przyjaciółka mojej babci, Maxine poruszyła nowy temat.

- Jak się miewa twoja nowa przyjaciółka, Sookie? - spytała. Maxine Fortenberry siedziała po drugiej stronie pokoju, ale odległość nie stanowiła dla niej problemu. Miała koło sześćdziesiątki, była korpulentna i serdeczna. Kiedyś pełniła rolę niemal drugiej matki dla mojego brata, Jasona, którego najlepszym przyjacielem był jej syn, Hoyt. - Ta dziewczyna z Nowego Orleanu?

- Amelia? Dobrze.

Posłałam jej nerwowy uśmiech, uświadomiłam sobie bowiem, że teraz ja jestem w centrum uwagi.

- Czy to prawda, że straciła dom w powodzi?

- Jej lokator twierdzi, że woda poczyniła w domu spore szkody, więc Amelia czeka teraz na wieści z towarzystwa ubezpieczeniowego, a później zdecyduje, co robić dalej.

- Jakie to szczęście, że podczas ataku huraganu mieszkała u ciebie - zauważyła Maxine.

Podejrzewałam, że moja nieszczęsna przyjaciółka słyszała od sierpnia to stwierdzenie z tysiąc razy. I pewnie zmęczyły ją już próby wmówienia sobie, że rzeczywiście miała wielkie szczęście.

- O tak - odparłam jednak uprzejmie. - Na pewno tak.

Przybycie Amelii Broadway do Bon Temps stało się szybko tematem wielu plotek. Wcale mnie to nie dziwiło.

- Czyli że teraz Amelia nadal musi u ciebie mieszkać? - spytała Halleigh.

- Przez jakiś czas - odrzekłam z uśmiechem.

- To naprawdę przemiło z twojej strony - powiedziała z aprobatą Marcia Albanese.

- Och, Marcio, wiesz, że mam całe piętro, z którego nie korzystam. Gdy Amelia tam zamieszkała, odnowiła pomieszczenia i upiększyła. Zamontowała klimatyzator okienny, toteż teraz na górze jest znacznie przyjemniej. Jej towarzystwo w ogóle mi nie przeszkadza.

- A jednak mało kto zgadza się na pobyt innych osób w swoim domu przez tak długi czas. Prawdopodobnie powinnam przyjąć do siebie jednego z tych biedaków, który zatrzymali się w Days Inn, ale po prostu nie potrafię sobie wyobrazić, że ktoś obcy mógłby u mnie mieszkać.

- Ja lubię towarzystwo - odparłam, co było zgodne z prawdą.

- A pojechała w ogóle obejrzeć dom?

- Och, tylko raz.

Amelia musiała skrócić pobyt w Nowym Orleanie do absolutnego minimum, aby nie wyśledziła jej tam żadna ze znajomych. Nie była w najlepszych stosunkach ze społecznością czarownic ze swojego miasta.

- I chyba bardzo kocha tego swojego kota - dodała Elmer Claire. - Spotkałam ją z nim u weterynarza, gdy poszłam tam z Powderpuffem. - Powderpuff, biały pers Elmer, był strasznie stary. - Spytałam ją, dlaczego nie każe go wysterylizować, a ona wtedy zakryła zwierzęciu uszy, jak gdyby mogło mnie usłyszeć, po czym wręcz poprosiła, żebym nie mówiła czegoś takiego przy Bobie. Potraktowała go jak człowieka, wyobrażacie sobie?

- Tak, Amelia naprawdę lubi Boba - przyznałam, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać na myśl o weterynarzu kastrującym nieszczęsnego kochanka mojej lokatorki.

- A jak poznałaś tę Amelię? - spytała Maxine.

- Pamiętacie moją kuzynkę Hadley?

Wszystkie kobiety w pokoju oprócz nowo przybyłych do miasteczka Halleigh i jej matki skinęły głowami.

- No cóż, kiedy Hadley mieszkała w Nowym Orleanie, wynajmowała od Amelii piętro w jej domu - kontynuowałam. - A gdy Hadley umarła - w tym momencie większość kobiet pokiwała z powagą głowami - pojechałam do Nowego Orleanu uprzątnąć jej rzeczy i zakończyć sprawy. Wtedy poznałam Amelię, zaprzyjaźniłyśmy się, a ona po prostu postanowiła przyjechać do mnie na parę dni.

Wszystkie damy patrzyły na mnie z maksymalnie wyczekującymi minami, jakby pragnęły usłyszeć, dlaczego do tego doszło. Ponieważ musiało istnieć jakieś wyjaśnienie tej sytuacji, prawda?

Historia rzeczywiście była znacznie dłuższa, wiedziałam jednak, że żadna z kobiet nie jest gotowa na wiadomość, że Amelia po nocy wspaniałego seksu, podczas jakiegoś erotycznego eksperymentu niechcący przemieniła Boba w kota. Nigdy zresztą nie prosiłam jej, aby opisała mi okoliczności tej przemiany, ponieważ nie miałam wątpliwości, że nie chcę sobie wyobrażać tej scenki. Moje towarzyszki czekały jednak na dalsze informacje. Na jakiekolwiek informacje.

- Amelia zerwała wtedy z chłopakiem - oświadczyłam cicho tonem osoby zdradzającej wielką tajemnicę.

Na wszystkich twarzach pojawiło się zarówno podniecenie, jak i współczucie.

- Był mormońskim misjonarzem - ciągnęłam. No cóż, na kogoś takiego w każdym razie wyglądał Bob w ciemnych spodniach i białej koszulce z krótkimi rękawkami. Zresztą, nawet przyjechał do Amelii na rowerze. Tak naprawdę był czarownikiem, podobnie jak ona. - Zastukał kiedyś do jej drzwi i młodzi po prostu się w sobie zakochali.

W rzeczywistości od razu poszli do łóżka. Ale wiecie... opowieści rządzą się swoimi prawami.

- Czy jego rodzice wiedzieli?

- Czy jego Kościół się dowiedział?

- Czy każdy z nich ma więcej niż jedną żonę?

Pytań było zbyt wiele, bym mogła równocześnie na wszystkie odpowiedzieć, poczekałam więc, aż zapadnie cisza, i po chwili kobiety znowu patrzyły na mnie wyczekująco. Nie byłam przyzwyczajona do wymyślania takich historii, ale musiałam jakoś dokończyć opowiadanie.

- Naprawdę nie wiem dużo o mormonach - odpowiedziałam ostatniej pytającej i była to absolutna prawda. - Chociaż sądzę, że obecnie nie praktykują wielożeństwa. Tak czy owak, krewni chłopaka odkryli romans i wściekli się, ponieważ nie uważali Amelii za dziewczynę odpowiednią dla niego, przyjechali więc i zabrali go do domu. Dlatego Amelia chciała opuścić Nowy Orlean i w nowym otoczeniu zapomnieć o przeszłości. Wiecie...

Wszystkie kiwnęły głowami, zafascynowane straszliwym dramatem mojej przyjaciółki. Poczułam się winna. Na minutę czy dwie zapanował hałas, ponieważ każda z kobiet musiała wygłosić własne zdanie na temat smutnej historii.

- Biedna dziewczyna - podsumowała Maxine Fortenberry. - Chłopak powinien im się przeciwstawić.

Podałam Halleigh kolejny zawinięty prezent.

- Halleigh, wiesz, że tobie się to nie przydarzy - powiedziałam, zmieniając temat na właściwszy. - Andy ma na twoim punkcie prawdziwego bzika, każdy to przyzna.

Halleigh tylko się zarumieniła.

- Wszyscy kochamy Andy'ego - powiedziała jej matka i przyjęcie potoczyło się dalej.

Później poruszono kwestię posiłków, które dla ewakuowanych przygotował każdy Kościół. Katolicy zbierali się w tym celu jutro wieczorem i Maxine z ulgą opowiadała, że będą prawdopodobnie gotować dla dwudziestu pięciu osób.

Kiedy jechałam później do domu, byłam zmęczona, ponieważ nieczęsto uczestniczę w takich spotkaniach towarzyskich. Czekała mnie również rozmowa z Amelią, musiałam jej bowiem przekazać historyjkę, którą wymyśliłam na temat jej przeszłości. Ale gdy zobaczyłam stojący na moim podwórzu pikap, natychmiast zapomniałam o wszystkim.

Quinn przyjechał! Quinn tygrysołak, który zarabiał na życie, organizując i produkując przyjęcia oraz inne imprezy dla przedstawicieli świata istot nadnaturalnych. Quinn, mój ukochany! Objechałam dom i wyskoczyłam z samochodu, uprzednio niespokojnie zerkając w lusterko wsteczne i sprawdzając, czy makijaż jeszcze się trzyma.

Mój mężczyzna wybiegł tylnymi drzwiami, kiedy pędziłam po stopniach. Przeskoczyłam ostatni metr, a Quinn złapał mnie w ramiona i zakręcił, a gdy mnie postawił, całował pośpiesznie i obejmował wielkimi dłońmi moją twarz.

- Wyglądasz tak pięknie - powiedział, łapiąc ustami powietrze. Przez chwilę mnie obwąchiwał. - Tak pięknie pachniesz.

A później znowu zaczął mnie całować.

W końcu oderwaliśmy się od siebie.

- Och, tak długo cię nie widziałam! - jęknęłam. - Ależ się cieszę, że tu jesteś!

Nie widziałam go od kilku tygodni, a i wtedy spotkaliśmy się jedynie na krótko, ponieważ tylko przejeżdżał przez Shreveport w drodze na Florydę, z zestawem rekwizytów na przyjęcie z okazji urodzin córki przywódcy stada.

- Tęskniłem za tobą, kochanie - odparł i wyszczerzył duże lśniące białe zęby. Jego ogolona głowa błyszczała w promieniach słońca, które powoli zachodziło, gdyż było późne popołudnie. - Udało mi się trochę pogawędzić z twoją lokatorką w trakcie twojego pobytu na wieczorze panieńskim. Jak było?

- Jak zwykle na tego typu imprezach. Mnóstwo prezentów i wiele plotek. A ponieważ było to już drugie przyjęcie dla tej dziewczyny, w którym uczestniczyłam, i już wcześniej wręczyłam jej w prezencie ślubnym porcelanowy talerz, teraz złożyłam jedynie gratulacje.

- Może być więcej niż jedno przyjęcie panieńskie dla tej samej osoby?

- Cóż, w takich miasteczkach jak nasze to możliwe. W dodatku, latem Halleigh pojechała do Mandeville i tam też jej zorganizowano wieczór panieński i kolację. Domyślam się zatem, że wraz z Andym są już dość dobrze zaopatrzeni.

- Myślałem, że mieli się pobrać w kwietniu.

Opowiedziałam o ataku serca Caroline Bellefleur.

- Gdy jej się poprawiło i znów rozpoczęły się rozmowy o dacie ślubu, Caroline upadła i złamała biodro.

- No, no, no.

- Lekarze sądzili, że staruszka nie dojdzie do siebie, a jednak przeżyła, więc zdaje mi się, że Halleigh i Andy oraz Portia i Glen wezmą te najbardziej oczekiwane w Bon Temps śluby w przyszłym miesiącu. I zostałeś zaproszony.

- Ja?

Do tego czasu weszliśmy do środka, gdyż chciałam zdjąć buty, a także sprawdzić, co robi Amelia. Próbowałam wymyślić jakieś zadanie, z którym mogłabym wysłać ją gdzieś na dłużej. Tak rzadko widuję Quinna, który jest w jakimś sensie moim chłopakiem, o ile w moim wieku (mam dwadzieścia siedem lat) mogę jeszcze tak określać swoich facetów.

To znaczy, pomyślałam, Quinn będzie moim chłopakiem, jeśli kiedykolwiek zatrzyma się przy mnie na tyle długo, żeby ze mną pobaraszkować.

Niestety, z powodu pracy w filii firmy Extreme(ly Elegant) Events Quinn musiał bywać w różnych miejscach podlegającego jej terenu, który był bardzo rozległy. Odkąd rozstaliśmy się w Nowym Orleanie, po ucieczce z łap wilkołaków, widziałam go zaledwie trzy razy. Wpadł do Shreveport na weekend podczas jazdy gdzie indziej i wyszliśmy wtedy na kolację do popularnej restauracji "Ralph and Kacoo's". Wieczór był miły, ale niestety, Quinn odwiózł mnie w końcu do domu, jako że następnego ranka musiał wyjechać o siódmej. Za drugim razem przyszedł do "Merlotte'a", gdy pracowałam, a ponieważ noc była spokojna, mogłam usiąść z nim na godzinkę. Rozmawialiśmy i trzymaliśmy się trochę za ręce. Za trzecim razem dotrzymywałam mu towarzystwa w trakcie ładowania przyczepy przy magazynie "U-RENT-SPACE". Był środek lata, toteż oboje straszliwie się pociliśmy. Pot, kurz, jakaś szopa, sporadycznie przejeżdżające obok pojazdy... Nastrój niezbyt romantyczny.

I chociaż teraz Amelia łaskawie schodziła po stopniach z torebką na ramieniu i wyraźnie planowała wybrać się do miasta, dzięki czemu zostalibyśmy sami, nie bardzo wierzyłam, że w końcu uda nam się wykorzystać chwilę i skonsumować nasz związek, który wciąż był w powijakach.

- Do zobaczenia! - zawołała Amelia.

Uśmiechała się szeroko, a ponieważ ma chyba najbielsze na świecie zęby, wyglądała jak kot z Cheshire. Krótkie włosy sterczały jej na wszystkie strony (Amelia twierdzi, że nikt w Bon Temps nie potrafi ich dobrze przyciąć), a na opalonej twarzy nie dostrzegłam nawet śladu makijażu. Moja przyjaciółka wygląda jak młoda mama z przedmieścia, która wozi na tylnym siedzeniu minivana fotelik dla dziecka; tego rodzaju mama, która ma czas pobiegać, popływać i pograć w tenisa. Ściśle rzecz biorąc, Amelia faktycznie biega trzy razy na tydzień, a także ćwiczy tai-chi na dziedzińcu za domem, nienawidzi jednak wody, a tenis uważa za sport dla (cytuję) "posapujących idiotów". Osobiście zawsze podziwiałam tenisistów, ale kiedy Amelia się na coś uprze, nijak nie można jej skłonić do zmiany zdania.

- Jadę do centrum handlowego w Monroe - oznajmiła. - Czas na zakupy!

Pomachała mi niczym najwspanialsza współlokatorka, wskoczyła do mustanga i zniknęła...

...zostawiając Quinna i mnie, a my gapiliśmy się na siebie przez dobrą chwilę.

- Cała Amelia! - zauważyłam niezbyt przekonująco.

- Jest... jedyna w swoim rodzaju - dodał Quinn, równie nieswój jak ja.

- Chodzi o to, że... - zaczęłam ja.

- Słuchaj, sądzę, że powinniśmy... - stwierdził on w tej samej chwili, po czym oboje zamilkliśmy.

Quinn zrobił gest, którym sugerował, że mam dokończyć pierwsza.

- Na jak długo przyjechałeś? - spytałam.

- Jutro muszę wyjechać - odparł. - Może zatrzymam się w Monroe albo w Shreveport.

Znowu przez jakiś czas tylko na siebie patrzyliśmy. Nie potrafię czytać w myślach istotom nadnaturalnym, w każdym razie nie w takim stopniu jak ludziom. Umiem jednak wyczuć zamiary, a Quinn zamierzał...

- A zatem - powiedział. Ukląkł na kolano. - Proszę.

Nie mogłam się powstrzymać przed uśmiechem, zaraz jednak odwróciłam wzrok.

- Chodzi o to, że... - zaczęłam ponownie. Rozmowa na ten temat na pewno dużo łatwiej przyszłaby Amelii, która jest szczera do bólu. - Wiesz, że łączy nas wielka, hmm, wielka...

Zamachałam ręką.

- Chemia - dopowiedział.

- Zgadza się, namiętność - przyznałam. - Ale jeśli spotykamy się raz na trzy miesiące, nie jestem naprawdę pewna, czy chcę wykonać następny krok. - Wcale nie chciałam mówić takich rzeczy, byłam jednak pewna, że muszę. Nie zamierzałam później cierpieć. - Pragnę cię - ciągnęłam. - Bardzo cię pragnę. Ale nie jestem kobietą na jedną noc.

- Kiedy skończy się wampirzy szczyt, wezmę długi urlop - obiecał Quinn, a ja wiedziałam, że mówi absolutnie szczerze. - Miesiąc. Przyjechałem tutaj, aby spytać, czy możesz go ze mną spędzić.

- Naprawdę? - Nie mogłam się powstrzymać przed niedowierzającym tonem. - Naprawdę?

W odpowiedzi tylko się wyszczerzył w uśmiechu. Quinn ma gładko ogoloną głowę, oliwkową karnację, orli nos i gdy się uśmiecha, robią mu się dołeczki w kącikach ust. Jego oczy są fioletowawe niczym wiosenne fiołki. Jest mężczyzną wielkim jak zawodowi zapaśnicy i bywa równie jak oni przerażający. Podniósł teraz ogromną rękę, jak gdyby składał mi przysięgę.

- Przyrzekam na Biblię - zapewnił mnie.

- Tak - odparłam, gdy przez chwilę rozważałam, czy mam skrupuły, i w końcu stwierdziłam, że nie są zbyt ważne. Nie posiadam może wbudowanego wykrywacza kłamstw, ale wiedziałabym, gdyby chodziło mu tylko o seks. Myśli zmiennokształtnych są bardzo trudne do odczytania, ponieważ ich mózgi różnią się od naszych, ale wiem, że wychwyciłabym to. - W takim razie... dobrze.

- O rany! - Quinn wziął głęboki wdech i jego uśmiech rozświetlił pomieszczenie.

Jednakże chwilę później mój mężczyzna popatrzył na mnie z tą charakterystyczną skupioną miną, jaką miewają faceci, kiedy myślą o seksie. A potem nagle błyskawicznie podskoczył do mnie i objął tak mocno, że o mało nie udusił.

Jego wargi odszukały moje i zaczęliśmy się całować. Quinn całował umiejętnie, a jego język był bardzo ciepły. Przesuwał dłonie po moim ciele - w dół po plecach, w bok do linii bioder, w górę po ramionach, później przez chwilę otaczał dłońmi moją twarz i delikatnie muskał opuszkami palców szyję. Potem te palce znalazły się na moich piersiach, a po sekundzie Quinn wsunął rękę w moje majtki i zaczął dotykać obszarów, które wcześniej badał tylko raz i krótko. Chyba był zadowolony, jeśli "hmm" można uznać za objaw rozkoszy. Mnie ten odgłos wydał się niesamowicie wymowny.

- Chcę cię zobaczyć - powiedział. - Chcę widzieć cię całą.

Nigdy wcześniej nie kochałam się przy świetle dziennym. Sama myśl o igraszkach na długo przed zachodem słońca wydawała mi się niezwykle grzeszna (choć i fascynująca), cieszyłam się jednak, że włożyłam dziś bardzo ładny biustonosz z delikatnej białej koronki i maleńkie figi. Kiedy stroję się na przyjęcie, lubię czuć się piękna od stóp do głowy.

- Och - jęknął na widok biustonosza, który przyjemnie kontrastował z intensywną letnią opalenizną. - O rany!

Nie były to właściwie słowa, lecz wyrazy głębokiego zachwytu. Już wcześniej zrzuciłam buty. Na szczęście, dziś rano zrezygnowałam z użytecznych, ale kompletnie nieseksownych kolanówek i pozostawiłam gołe nogi. Quinn przez długi czas pieścił moją szyję i całował mój dekolt aż do miejsca, gdzie zaczynał się biustonosz, ja tymczasem usiłowałam rozpiąć mu pasek spodni, lecz walka ze sztywną klamrą nie szła mi zbyt składnie.

- Zdejmij koszulę - poprosiłam głosem równie ochrypłym jak głos Quinna. - Nie mam koszulki, więc i ty nie powinieneś jej mieć.

- Dobrze - zgodził się i błyskawicznie pozbył się koszuli.

Można by się spodziewać, że Quinn będzie owłosiony, ale nie był. Był za to niezwykle umięśniony, a teraz dodatkowo jego oliwkowa skóra była opalona. Sutki miał zaskakująco ciemne i (co już mnie tak bardzo nie zaskoczyło) bardzo twarde. Och, i znalazły się dokładnie na poziomie moich oczu. Quinn postanowił sam rozpiąć swój cholerny pasek, podczas gdy ja oddałam się eksploracji jego sutków - jeden badałam ustami, drugi ręką. Całe ciało mojego mężczyzny zadrżało i Quinn zastygł z palcami na pasku, a później wsunął je w moje włosy, przycisnął moją głowę do swojej piersi i chyba westchnął, chociaż zabrzmiało to bardziej jak warknięcie, które niemal wprawiło w drganie jego ciało. Wolną ręką szarpnęłam jego spodnie, więc Quinn wrócił do rozpinania paska, lecz jego ruchy stały się nieskoordynowane i nerwowe.

- Chodźmy do sypialni - zasugerowałam i chociaż miała to być cicha i spokojna propozycja, własne stwierdzenie wydało mi się raczej oszalałym żądaniem.

Quinn podniósł mnie szybko, a ja objęłam go za szyję i znowu całowałam jego cudowne usta.

- To nie fair - mruknął. - Ty masz wolne ręce, a ja nie.

- Łóżko - podsunęłam, a Quinn zaniósł mnie i położył, po czym po prostu znalazł się na mnie. - Ubrania - przypomniałam mu, lecz on pieścił ustami mój spowity białą koronką biust i nie odpowiedział. - Och - powiedziałam, a potem chyba powtórzyłam to słowo jeszcze kilka razy. Mówiłam też parokrotnie: "Tak! Tak!".

Uderzyła mnie nagła myśl, burząc urok tej chwili.

- Quinn, czy masz... No wiesz...?

Nigdy wcześniej nie musiałam się zabezpieczać, ponieważ z wampirem nie można zajść w ciążę ani niczym się od niego zarazić.

- A dlaczego twoim zdaniem wciąż mam na sobie spodnie? - odparował, wyjmując z tylnej kieszeni maleńki pakunek.

W jego uśmiechu dostrzegłam teraz zwierzęcą dzikość.

- To dobrze - odparłam szczerze uspokojona. Rzuciłabym się chyba z okna, gdybyśmy musieli w tym momencie przerwać zabawę. - Więc teraz możesz je zdjąć.

Widziałam go wcześniej nagiego, lecz w stanowczo stresujących okolicznościach - pośrodku bagien, w deszczu, w trakcie ucieczki przed wilkołakami, które nas porwały. Teraz Quinn stanął obok łóżka, zdjął buty i skarpetki, a potem spodnie. Robił to tak powoli, że mogłam patrzeć i delektować się widokiem. Gdy zdjął spodnie, okazało się, że ma na sobie bokserki, które były w tej chwili mocno wybrzuszone. Uwolnił się z nich jednym szybkim ruchem. Miał jędrne, zgrabne pośladki, a jego biodra i nogi prezentowały się wręcz apetycznie. W różnych miejscach na jego skórze dostrzegłam cienkie białe blizny, które wyglądały niemal naturalnie i bynajmniej nie szpeciły jego potężnego ciała. Klęczałam na łóżku, podziwiając go.

- Teraz ty - poprosił po chwili.

Rozpięłam biustonosz i zsunęłam go z ramion, a Quinn szepnął:

- O Boże! Jestem największym szczęściarzem na świecie. - Po chwili dodał: - Wszystko.

Stanęłam przy łóżku i pozbyłam się majteczek z białej koronki.

- Czuję się jak w bufecie - powiedział. - Nie wiem, od czego zacząć.

Dotknęłam swoich piersi.

- Od pierwszego dania - rzuciłam.

Odkryłam, że język Quinna jest nieco ostrzejszy niż u zwykłych ludzi. Łapczywie chwytałam powietrze i wydawałam nieskładne odgłosy, podczas gdy Quinn badał to jedną moją pierś, to drugą, próbując zdecydować, którą z nich lubi bardziej. Trwało to długo i czerpałam z tego dużo przyjemności. Zanim wybrał prawą, nacierałam już na niego całym ciałem i jęczałam, płonąc z pożądania.

- Zdaje mi się, że opuszczę drugie danie i od razu przejdę do deseru - wyszeptał głębokim, urywanym głosem. - Jesteś gotowa, kochanie? Z tego, co słyszę, jesteś. Czujesz się gotowa?

- Jestem niesamowicie gotowa - odparłam, sięgając w dół pomiędzy nas i już po chwili otaczałam palcami jego wzwiedziony członek.

Gdy go dotknęłam, Quinn zadrżał na całym ciele, a potem nałożył prezerwatywę.

- Teraz - ryknął. - Teraz!

Pokierowałam nim, aż wsunął się we mnie. Unosiłam biodra, lgnąc do niego.

- Marzyłem o tym - szepnął i wszedł we mnie głęboko.

A później żadne z nas nie było już w stanie mówić.

Apetyt Quinna okazał się równie wielki jak jego męskość.

"Deser" smakował mu tak bardzo, że rzucał się na niego dobre kilka razy.

 

ROZDZIAŁ TRZECI

Gdy Amelia wróciła, byliśmy w kuchni. Nakarmiłam już jej kota Boba, bo przecież za swój takt moja przyjaciółka zasłużyła na nagrodę. Szczególnie że taktowne zachowanie wcale nie przychodzi Amelii w sposób naturalny.

Bob zignorował karmę i wolał obserwować, jak Quinn smaży bekon, ja zaś kroiłam pomidory. Wyjęłam ser, majonez, musztardę i pikle, czyli produkty, które w mojej opinii mógł zechcieć mężczyzna do kanapki z bekonem. Miałam na sobie stare szorty i podkoszulek, on natomiast przyniósł z samochodu torbę i wybrał dla siebie luźny strój - bezrękawnik i znoszone dresowe szorty.

Kiedy odwrócił się do kuchenki, Amelia obejrzała go sobie od góry do dołu, po czym obdarzyła mnie szerokim uśmiechem.

- Przyjemna randka? - spytała, rzucając na kuchenny stół zakupy.

- Bardzo cię proszę, zanieś to do swojego pokoju - powiedziałam, wiedząc, że w przeciwnym razie przyjaciółka każe nam podziwiać każdy ciuszek, który kupiła.

Moja lokatorka wydęła wargi, ale bez słowa wzięła torby i zaniosła je na piętro. Wróciwszy po minucie, spytała Quinna, czy i dla niej wystarczy bekonu.

- Jasne - odparł uprzejmie, dokładając na patelnię kilka pasków.

Lubię facetów, którzy potrafią gotować. Wyjmując talerze i sztućce, czułam przyjemny ból w podbrzuszu. I byłam ogromnie zrelaksowana. Wyjęłam z szafki trzy szklanki, a później ruszyłam do lodówki, ale natychmiast zapomniałam po co, ponieważ w tym czasie Quinn odszedł od kuchenki, zbliżył się do mnie i szybko mnie pocałował. Usta miał tak cudownie gorące i twarde, że... od razu przypomniałam sobie coś innego, równie ciepłego i twardego... Przemknęły mi przez głowę obrazy wspaniałych chwil, gdy mój mężczyzna wsuwał się w moje ciało po raz pierwszy. Ponieważ moimi wcześniejszymi partnerami były wampiry, których ciała są zdecydowanie chłodne, możecie sobie wyobrazić, z jakim zdumieniem reagowałam na kochanka, który oddychał, a jego męskość była gorąca. Muszę w tym momencie dodać, że zmiennokształtni mają nawet nieco wyższą temperaturę ciała niż my, zwykli ludzie. Nawet przez prezerwatywę czułam to ciepło. Och...!

- Co? - spytał Quinn. - Dlaczego tak patrzysz?

Uśmiechał się w sposób zdradzający lekkie zdziwienie.

Odwzajemniłam się podobnym uśmiechem.

- Myślałam po prostu o ciepłocie twojego ciała - wyjaśniłam.

- Hej, dziewczyno, wiedziałaś, że gorący ze mnie facet - powiedział, nie przestając szczerzyć zębów. - Czyżbyś nie czytała mi w myślach? - spytał poważniej. - Masz z tym kłopoty?

Pomyślałam, jakie to słodkie, że Quinn w ogóle się nad tą kwestią zastanawia.

- Nie mogę nazwać tego kłopotami - odparowałam żartobliwie. - O ile "tak, proszę, tak, proszę, tak, proszę" można uznać za myśl.

- Czyli żadnych problemów - ocenił, wcale niespeszony.

- Żadnych. Dopóki będziesz się zabezpieczał i cieszył chwilą, ja również będę szczęśliwa.

- Och, ileż w tym namiętności. - Quinn odwrócił się do kuchenki. - Po prostu cudownie.

Pomyślałam, że tak, rzeczywiście.

Było nam naprawdę wspaniale.

Amelia zjadła kanapkę z apetytem, a potem podniosła Boba i dała mu kilka kawałków bekonu, które zostały. Duży czarno-biały kot zamruczał.

- Więc to ten facet - spytał Quinn, gdy przełknął pierwszą kanapkę z wprost niewiarygodną szybkością - którego przypadkowo przemieniłaś?

- Taaak - przyznała Amelia, drapiąc Boba za uszami. - To ten facet.

Siedziała po turecku na kuchennym krześle, czego ja w chwili obecnej nie byłabym w stanie zrobić bez bólu. Skupiła się na kocie.

- Mały draniu - szczebiotała. - Moje ty futrzaste, puszyste kochanie. Tak? Tak?

Quinn patrzył na nią lekko zniesmaczony, toteż natychmiast poczułam się nieco winna, ponieważ kiedy pozostawałam sama z kotem, przemawiałam do niego równie czule. Czarownik Bob był chudym facetem o nieco dziwacznym wyglądzie, miał w sobie jednak jakiś osobliwy wdzięk. Amelia twierdziła, że pracował jako fryzjer. Cóż, pomyślałam, jeśli tak było, czesał chyba trupy w domu pogrzebowym. Nosił czarne spodnie i białą koszulę, jeździł na rowerze... Poznaliście kiedyś fryzjera o takiej prezencji?

- No więc? - naciskał Quinn. - Co zamierzasz zrobić z tym faktem?

- Wciąż studiuję problem - odparła. - Próbuję się domyślić, co zrobiłam źle i jak mogę to naprawić. Byłoby łatwiej, gdybym mogła... - Umilkła. Naprawdę miała wyrzuty sumienia.

- Gdybyś mogła pomówić ze swoją mentorką? - podsunęłam pomocnie.

Popatrzyła na mnie wilkiem.

- Tak - przyznała. - Gdybym mogła z nią porozmawiać.

- Dlaczego zatem nie porozmawiasz? - nalegał Quinn.

- Po pierwsze, nie wolno mi było użyć zaklęcia transformacji. Jest zakazane. Po drugie, szukałam mentorki po Katrinie... w Internecie przejrzałam wszystkie fora, na których komunikują się czarownice, i niestety, nie znalazłam o niej żadnych informacji. Może gdzieś się schroniła, może zatrzymała się u dzieci albo u przyjaciół, a może zginęła w trakcie powodzi...

- Rozumiem, że utrzymywałaś się z wynajmu części domu. Jakie masz teraz plany? I w jakim stanie jest właściwie budynek? - indagował Quinn, odnosząc do zlewu swój i mój talerz.

Był dzisiejszego wieczoru bardzo bezpośredni i bez oporów zadawał pytania osobiste. Z zainteresowaniem czekałam na odpowiedź Amelii. Zawsze chciałam więcej o niej wiedzieć, nie pytałam jednak, ponieważ nie chciałam być zwyczajnie nieuprzejma czy wścibska. Nie wiedziałam więc, z czego właściwie obecnie się utrzymywała. Chociaż pracowała przez parę dni w "Ciuszkach Tary", sklepie mojej przyjaciółki, gdy jej pomocnica chorowała, wydatki Amelii bez wątpienia znacznie przewyższały znane mi jej dochody. Oznaczało to, że ma kredyt, jakieś oszczędności albo inne źródło zarobkowania poza wróżeniem z kart tarota, czym zajmowała się w sklepie przy Jackson Square, oraz pieniędzmi za wynajem, które obecnie nie napływały. Wiedziałam wprawdzie, że matka zostawiła jej trochę pieniędzy. Może to była większa sumka?

- No cóż, po huraganie byłam raz w Nowym Orleanie - odparła. - Poznałeś Everetta, mojego lokatora?

Quinn kiwnął głową.

- Natychmiast gdy znalazł działający telefon, zgłosił uszkodzenia na parterze, czyli w pomieszczeniach, które zajmowałam. Na dom zwaliło się kilka drzew, wszędzie leżały gałęzie, no i oczywiście przez parę tygodni nie było prądu ani bieżącej wody. Z drugiej jednak strony, dzięki Bogu, okolica nie ucierpiała tak strasznie jak inne dzielnice, toteż kiedy podłączono prąd, pojechałam tam. - Zrobiła głęboki wdech. Wiedziałam z jej myśli, jak bardzo bała się wówczas jechać do miasta, nie wiedziała bowiem, co tak naprawdę tam zastanie. - Więc, hmm, poszłam porozmawiać z moim tatą o naprawie dachu. Wtedy zamiast dachu mieliśmy niebieską plandekę, tak jak połowa naszych sąsiadów.

Rzeczywiście, wiedziałam o tym, że w Nowym Orleanie mnóstwo uszkodzonych dachów pokryły po huraganie niebieskie warstwy plastiku.

Po raz pierwszy od początku naszej znajomości Amelia wspomniała jednak o kimś ze swojej rodziny, nawet jeśli była to jedynie bardzo ogólna uwaga. Właściwie, dowiadywałam się więcej z jej myśli niż z rozmów z nią, więc musiałam dobrze się koncentrować, aby podczas pogawędek nie pomieszać tych dwóch źródeł moich informacji. Teraz poprzez myśli Amelii wyobraziłam sobie jej ojca, znałam też jej uczucia do niego - miłość i urazę, które tworzyły bezładną mieszaninę emocji.

- Twój ojciec zamierza naprawić budynek? - spytał Quinn jakby od niechcenia.

Przeszukiwał właśnie pojemnik Tupperware, w którym trzymam wszelkie ciasteczka, jakie trafią do mojego domu, co zdarza się niezbyt często, ponieważ gdy słodycze są blisko, zaczynam tyć. Amelia nie ma kłopotów z figurą, toteż uzupełniła stan pudełka paroma gatunkami ciastek "Keebler" i powiedziała Quinnowi, że może się częstować.

W odpowiedzi na jego pytanie skinęła głową, dużo bardziej skupiona na sierści Boba niż przed chwilą.

- Tak, ma brygadę budowlaną - bąknęła.

Była to dla mnie nowość.

- Czyli kim jest twój ojciec?

Quinn robił się coraz bardziej bezpośredni. Hmm, do tej pory nie znałam go od tej strony.

Amelia wierciła się przez chwilę na kuchennym krześle, aż Bob uniósł w proteście łeb.

- Nazywa się Copley Carmichael - mruknęła.

Ja i Quinn milczeliśmy zaszokowani. Po minucie popatrzyła na nas.

- No co? - jęknęła. - Okej, tak, jest sławny. Okej, jest też bogaty. No i?

- Inne nazwisko? - spytałam.

- Używam nazwiska mamy. Zmęczyły mnie dziwne reakcje ludzi - odparowała.

Wymieniliśmy z Quinnem spojrzenia.

Copley Carmichael to był w Luizjanie naprawdę ktoś. Jego nazwisko wiązało się z nieskończoną liczbą interesów i najczęściej były to raczej... brudne interesy. W dodatku uchodził za staroświeckiego kombinatora, toteż na pewno nie skojarzyłabym jego osoby ze światem istot nadnaturalnych.

- Wie, że jesteś czarownicą? - spytałam.

- Nie wierzy w to - odparła żałośnie i z frustracją. - Traktuje mnie jak biedną naiwniaczkę, która z niewiadomych powodów dobiera sobie fatalne towarzystwo dziwaków i zajmuje się głupotami, żeby zrobić mu na złość. Nie uwierzyłby nawet w wampiry, gdyby osobiście kilku nie spotkał.

- A twoja matka? - podsunął Quinn.

Wstałam, żeby dolać sobie herbaty. Na to akurat pytanie znałam odpowiedź.

- Nie żyje - odparła Amelia. - Umarła trzy lata temu. Wtedy wyprowadziłam się z domu mojego taty i zajęłam mieszkanie na parterze budynku przy Chloe. Ojciec podarował mi ten dom, kiedy ukończyłam liceum, żebym miała własne dochody z wynajmu, musiałam jednak radzić sobie ze wszystkim sama, ponieważ chciał, żebym nabrała doświadczenia.

Układ wydał mi się całkiem niezły.

- To ci nie odpowiadało? - zapytałam z wahaniem. - Że musiałaś uczyć się poprzez praktykę?

- No cóż, odpowiadało - przyznała. - Ale kiedy już się wyprowadziłam od niego, chciał mi dawać kieszonkowe... Osobie w moim wieku! Wiedziałam, że muszę sobie radzić sama. Postanowiłam, że do pieniędzy z czynszu będę sobie dorabiać wróżeniem i magią. - Dumnie odrzuciła głowę w tył.

Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, że czynsz, który otrzymywała, też był w jakimś sensie prezentem od ojca, a nie kwotą, którą zarobiła własną pracą. Cóż, Amelia była naprawdę zadowolona z siebie i szczyciła się swoją niezależnością.

Tak, moja nowa przyjaciółka, którą zyskałam niemal przez przypadek, była pełna sprzeczności. Wiedziałam o tym, ponieważ niezwykle łatwo czytało mi się w jej myślach, które docierały do mnie bardzo wyraźne. Przebywając sam na sam z nią, musiałam z całych sił blokować umysł przed ich napływem. Przy Quinnie relaksowałam się, a nie powinnam, gdyż myśli Amelii atakowały mnie teraz całymi seriami.

- Może zatem ojciec potrafiłby ci pomóc w odnalezieniu zaginionej mentorki? - spytał teraz.

Dziewczyna znieruchomiała na chwilę i miałam wrażenie, że rozważa jego sugestię.

- Och, nie sądzę - odparła powoli. - To potężny człowiek. Wiecie o tym. Ale od czasu Katriny ma tyle samo kłopotów co inni mieszkańcy Nowego Orleanu.

Taaak, poza tym, że posiada znacznie więcej pieniędzy, może wyjechać do innego miasta i wrócić dopiero wówczas, gdy przyjdzie mu ochota, na co większości tubylców nie byłoby stać. Zatrzymałam jednak tę uwagę dla siebie, uznałam bowiem, że pora zmienić temat.

- Amelio - zapytałam. - Jak dobrze znałaś Boba? Nikt go nie szuka?

Wyglądała na lekko przerażoną, co zupełnie do niej nie pasowało.

- Ja także się nad tym zastanawiam - wyznała. - Przed tą nocą znałam go słabo, chociaż wiem, że miał... to znaczy ma... wspaniałych przyjaciół w społeczności czarownic. Przypuszczam, że nikt z nich nie wiedział o naszym związku. Tamtej nocy, czyli przed balem u królowej, w trakcie którego wybuchły walki między wampirami z Arkansas i naszymi, Bob i ja wróciliśmy do mojego mieszkania, pozostawiając Terry i Patsy w pizzerii. Następnego dnia Bob zadzwonił do pracy i powiedział, że jest chory, ponieważ świętowaliśmy dość ostro, a później spędził ze mną dzień.

- Istnieje więc możliwość, że rodzina Boba szuka go od miesięcy? Że nawet nie wie, czy on żyje?

- Hej, spokojnie. Nie jestem aż taka bezduszna. Wiem, że Boba wychowała ciotka, z którą dawno temu przestał się dogadywać. Nie kontaktował się z nią od lat. Jestem pewna, że ma przyjaciół, którzy się martwią, i naprawdę, naprawdę... przykro mi z tego powodu. Ale nawet gdyby wiedzieli, co mu się przytrafiło, nijak by mu nie pomogli, prawda? A od czasu Katriny wszyscy w Nowym Orleanie mają dużo powodów do zmartwień.

W tym momencie naszej interesującej dyskusji zadzwonił telefon. Byłam najbliżej aparatu, więc odebrałam. Głos mojego brata prawie wibrował z radosnego podniecenia.

- Sookie, musisz przyjechać do Hotshot za jakąś godzinę!

- Dlaczego?

- Żenię się z Crystal. Niespodzianka!

Chociaż to nie był szok (Jason "chodził" wszak z Crystal Norris od wielu miesięcy), nagłość ceremonii szczerze mnie zaniepokoiła.

- Czy Crystal znowu jest w ciąży? - spytałam podejrzliwie. Niedawno poroniła jego dziecko.

- Tak! - oparł brat, jak gdyby dzielił się ze mną najlepszą nowiną z możliwych. - I tym razem, kiedy dziecko się urodzi, będziemy małżeństwem.

Jason ignorował najwyraźniej rzeczywistość, co przydarzało mu się ostatnio coraz częściej. A rzeczywistość była taka, że przed związkiem z nim Crystal już przynajmniej raz zaszła w ciążę i tamto dziecko również utraciła. Społeczność z Hotshot była ofiarą kojarzenia krewniaczego.

- Okej, zjawię się tam - odparłam. - Mogę zabrać ze sobą Amelię i Quinna?

- Pewnie - odparł Jason. - Crystal i ja z dumą ich ugościmy.

- Mam coś przywieźć?

- Nie, Calvin i reszta wszystko przygotowali. Ceremonia odbędzie się na dworze. Rozwiesiliśmy girlandy. Ma być duży gar jambalayi, pilaw i sałatka z kapusty, a ja i moi kumple przywieziemy alkohol. Po prostu ładnie się ubierz i przyjedź! Do zobaczenia w Hotshot za godzinę. Nie spóźnij się.

Rozłączyłam się i siedziałam przez minutę, nie wypuszczając z dłoni słuchawki telefonu bezprzewodowego. Tak, to było całkiem podobne do Jasona: "Przyjedź za godzinę na uroczystość zaplanowaną w ostatniej chwili z najgorszego z możliwych powodów. I nie spóźnij się!". Dobrze, że nie poprosił mnie o przywiezienie ciasta.

- Sookie, nic ci nie jest? - spytał Quinn.

- Mój brat Jason żeni się dziś wieczorem - odparłam, usiłując mówić spokojnie. - Zostaliśmy zaproszeni na ślub i musimy być tam za godzinę.

Zawsze się obawiałam, że Jason nie wybierze na żonę kobiety, którą bym uwielbiała, ponieważ, odkąd pamiętam, miał słabość do twardych zdzir. I taka jest Crystal, ani chybi. W dodatku Crystal jest pumołaczycą, członkinią społeczności zazdrośnie strzegącej swoich sekretów. Cóż, w rzeczywistości mój brat również jest pumołakiem, od kiedy pogryzł go konkurent walczący z nim o wdzięki tej właśnie dziewczyny.

Jason jest starszy ode mnie i Bóg jeden wie, ile miał wcześniej kobiet. Musiałam założyć, że wie, jaka mu najbardziej odpowiada.

Otrząsnęłam się z tych myśli i dostrzegłam minę Amelii, która wyglądała zarówno na przestraszoną, jak i na przejętą. Amelia uwielbia wychodzić i bawić się, a w Bon Temps szanse na to miała raczej ograniczone. Quinn, który spotkał kiedyś Jasona podczas odwiedzin u mnie, popatrzył na mnie sceptycznie, unosząc brwi.

- Tak, wiem - powiedziałam. - To szalone i głupie. Ale Crystal znowu jest w ciąży i nie sposób powstrzymać tych obojga. Chcecie pojechać tam ze mną? Nie musicie. Obawiam się, że wyruszę już za chwilę.

- O, świetnie - powiedziała Amelia. - Mogę włożyć mój nowy strój.

I pobiegła na górę, by poodcinać metki.

- Kochanie - spytał Quinn - chcesz, żebym ci towarzyszył?

- Tak, bardzo - odparłam.

Podszedł do mnie i objął mnie wielkimi ramionami. Jego gest stanowił dla mnie pociechę, chociaż wiedziałam, że Quinn uważa Jasona za straszliwego głupca.

Zresztą zgadzałam się z nim w bardzo, bardzo dużej mierze.