Sookie Stackhouse. (#6). Definitywnie martwy - Charlaine Harris

-
Proszę czekać

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Uwiesiłam się na ramieniu jednego z najprzystojniejszych mężczyzn, jakich spotkałam w życiu, a on patrzył mi w oczy.

- Pomyśl o... - szepnęłam. - Pomyśl o Bradzie Pitcie.

Ciemne oczy wciąż wpatrywały się we mnie bez szczególnego zainteresowania.

No cóż, chyba wybrałam kiepski przykład.

Przypomniałam sobie najnowszego kochanka Claude'a, wykidajłę z klubu ze striptizem.

- Pomyśl o Charlesie Bronsonie - zasugerowałam. - Albo, hmm, o Edwardzie Jamesie Olmosie.

Za swoje wysiłki otrzymałam nagrodę w postaci błysku w oczach ocienionych długimi rzęsami.

Można by pomyśleć, że za chwilę Claude podciągnie moją długą, szeleszczącą spódnicę, zerwie ze mnie obcisłą wydekoltowaną bluzeczkę i zniewoli mnie tak gwałtownie, że aż zacznę błagać o litość. Niestety - dla mnie i dla wszystkich innych mieszkanek Luizjany - Claude nie gustował w przedstawicielkach naszej płci. Biuściasta blondynka nie nadawała się na jego ideał; jego podniecali faceci - twardzi, szorstcy, ponurzy, nieogoleni.

- Mario-Star, podejdź tam i odgarnij dziewczynie włosy - polecił zza aparatu Alfred Cumberland.

Fotograf był przysadzistym czarnoskórym mężczyzną o siwiejących włosach i wąsiku. Maria-Star Cooper szybko zbliżyła się do mnie i poprawiła zbłąkany splot moich długich jasnych włosów. Stałam odchylona do tyłu, wsparta na prawym ramieniu Claude'a, niewidoczną (przynajmniej dla obiektywu) lewą ręką rozpaczliwie ściskałam połę jego czarnego surduta, prawe ramię podniosłam i oparłam lekko na jego lewym ramieniu. On objął mnie lewą ręką w talii. Sądzę, że poza ta miała sugerować, że Claude właśnie delikatnie opuszcza mnie na ziemię i za moment zacznie pieścić.

Mój towarzysz miał na sobie czarny surdut i czarne pumpy do kolan, białe rajstopy i staroświecką białą koszulę. Ja byłam ubrana w długą niebieską, dwuczęściową sukienkę z falbaniastą spódnicą i halką. Jak wspomniałam, górę sukienki stanowiła skąpa bluzeczka z krótkimi rękawami. Cieszyłam się, że w atelier jest stosunkowo ciepło. A światło dużej lampy (która przypominała mi antenę satelitarną) nie było na szczęście tak ostre, jak się obawiałam.

Al Cumberland robił zdjęcia, ale zapał Claude'a słabł. Ze wszystkich sił starałam się podsycić w nim ogień. Moje życie intymne od kilku tygodni to był, że tak powiem, "teren jałowy", więc aż się paliłam do podsycania. Właściwie, byłam nawet gotowa zapłonąć.

Maria-Star, dziewczyna o pięknej, lekko opalonej karnacji i ciemnych lokach, czekała z walizeczką pełną produktów do makijażu oraz szczotkami i grzebieniami. W każdej chwili mogła dokonać ostatnich poprawek. Kiedy Claude i ja przybyliśmy do atelier, ze zdumieniem rozpoznałam młodą asystentkę fotografa. Nie widziałam Marii-Star od kilku tygodni, czyli od dnia, w którym Shreveport wybrało nowego przywódcę stada. Tamtego dnia nie miałam zresztą zbyt wielu okazji dobrze jej się przyjrzeć, ponieważ całą uwagę skupiałam na przerażającej i krwawej rywalizacji. Dziś jedynie "stałam i pachniałam", toteż mogłam całkowicie skupić się na swoim otoczeniu i dostrzegłam, że Maria-Star zupełnie wydobrzała po wypadku samochodowym, który zdarzył się w styczniu. Tak, wilkołaki się prędko regenerują.

Dziewczyna również mnie rozpoznała, a gdy odwzajemniła uśmiech, poczułam ulgę. Moje stosunki ze stadem ze Shreveport są, można by rzec, niejasne. Nie do końca dobrowolnie i dość przypadkowo związałam bowiem swój los z pechowcem, który przegrał rywalizację o fotel przywódcy stada. Z kolei syn nieszczęsnego przegranego, Alcide Herveaux, którego uważałam wcześniej za więcej niż przyjaciela, uznał, że w trakcie wyborów straszliwie go zawiodłam. Nowy przywódca stada, Patrick Furnan, doskonale wiedział o moich powiązaniach z rodziną Herveaux. Maria-Star zaskoczyła mnie teraz, gdyż podczas zapinania mojego kostiumu i czesania mnie rozpoczęła miłą pogawędkę. Nałożyła mi przy okazji na twarz grubszą warstwę fluidu, niż miałam kiedykolwiek dotąd, ale kiedy spojrzałam w lustro, od razu jej podziękowałam. Wyglądałam świetnie, chociaż nie przypominałam Sookie Stackhouse.

Gdyby Claude nie był gejem, może i na nim zrobiłabym wrażenie. Claude to brat mojej przyjaciółki Claudine i czasem wykonuje striptiz na wieczorkach panieńskich w klubie "Hooligans", który obecnie do niego należy. Jeśli chodzi o wygląd, Claude jest po prostu "apetyczny" - ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, faliste czarne włosy, wielkie oczy, idealny nos i usta dokładnie tak pełne, jak być powinny. Nosi długie włosy, by zasłonić uszy. Wprawdzie, odkąd poddał się operacji plastycznej, przestały być spiczaste i wyglądają jak zwykłe, ludzkie, jednakże specjaliści od spraw nadnaturalnych, widząc ślady chirurgicznej interwencji, poznają właśnie po uszach, że mają do czynienia z wróżką. Nie określam tym terminem orientacji seksualnej Claude'a. Rozumiem to słowo dosłownie - tak, Claude jest wróżem.

- Teraz włącz wiatrownicę - poinstruował Al Marię-Star, a ona włączyła wielki wentylator.

Poczułam się tak, jak gdybyśmy stali na pokładzie statku podczas sztormu. Wiatr szarpał moje blond włosy, lecz kitka na plecach Claude'a pozostała nieruchoma. Po kilku kolejnych zdjęciach uwieczniających ten moment Maria-Star rozpuściła mojemu towarzyszowi włosy i sczesała na jedno ramię, dzięki czemu - obnażając drugie - można było utrwalić jego doskonały profil.

- Cudownie - ocenił Al i pstryknął kilka kolejnych fotek.

Maria-Star poruszyła parę razy wiatrownicą, żeby huragan wiał na nas z różnych stron. W końcu fotograf pozwolił mi się wyprostować. Przeciągnęłam się z wdzięcznością.

- Mam nadzieję, że nie stałam się zbyt dużym ciężarem dla twojego ramienia - szepnęłam Claude'owi, który znowu kompletnie zobojętniał.

- Nie, wszystko w porządku - odparł. - Macie tu jakiś sok owocowy? - spytał Marię-Star.

Claude nie widzi sensu w prowadzeniu rozmów towarzyskich.

Ładna wilkołaczyca wskazała na małą lodówkę w rogu atelier.

- Kubki stoją na lodówce - poinformowała Claude'a.

Kiedy przechodził, powiodła za nim spojrzeniem i westchnęła. Kobiety często tak reagują po daremnych próbach nawiązania z Claude'em jakiegokolwiek kontaktu. Westchnienia są wymowne i mówią: "Jaka szkoda!".

Maria-Star zerknęła na swojego szefa, a gdy się upewniła, że Al nadal z przejęciem manipuluje przy sprzęcie, posłała mi promienny uśmiech. Chociaż jest wilkołaczycą, co oznacza, że z trudem przychodzi mi czytanie w jej myślach, na pewno pragnęła mi coś powiedzieć, tyle że... nie była pewna, jak to zniosę.

Telepatia to nic zabawnego. Wiedza, co inni o nas myślą, często sprawia ból. W dodatku takie umiejętności niemal całkowicie uniemożliwiają telepatce bliższe kontakty z "normalnymi" facetami. Zastanówcie się nad szczegółami, a zrozumiecie. (I pamiętajcie, że będę wiedziała, co pomyśleliście...).

- Alcide'owi jest ciężko, odkąd jego tatko został pokonany - powiedziała Maria-Star czułym tonem, starając się mówić cicho.

Claude pił sok, a równocześnie bacznie przyglądał się sobie w lustrze. Ktoś zadzwonił na komórkę Ala Cumberlanda i fotograf oddalił się do biura, by porozmawiać na osobności.

- Bez wątpienia - odparłam. Rywal Jacksona Herveaux zabił pokonanego, a Alcide na pewno bardzo przeżył śmierć ojca. - Wysłałam notkę kondolencyjną do ASPCA, a oni powiadomili jego i Janice - dodałam.

(Janice była młodszą siostrą Alcide'a i z tej racji nie urodziła się wilkołaczycą. Zastanawiałam się, jak brat wyjaśnił jej śmierć ojca).

Jako potwierdzenie otrzymałam drukowane podziękowanie, całkowicie bezosobowe, takie jakie wysyłają domy pogrzebowe.

- No cóż... - bąknęła Maria-Star.

Najwyraźniej nie mogła wydukać tego, co chciała mi powiedzieć, jak gdyby coś utkwiło jej w gardle i nie potrafiła tego wypluć. Skupiłam się na jej umyśle i już mniej więcej wiedziałam, w czym tkwi problem. Poczułam ukłucie bólu, lecz zapanowałam nad sobą. Duma nie pozwalała mi na żal. Miałam wprawę - przecież już jako małe dziecko musiałam się nauczyć panować nad emocjami.

Odruchowo wzięłam album z pracami Alfreda i zaczęłam go przeglądać, lecz niemal nie widziałam fotografii młodych par, uczestników bar micw, pierwszych komunii czy srebrnych wesel. Ostatecznie więc zamknęłam album i odłożyłam go. Usiłowałam przybrać niedbały wyraz twarzy, nie sądzę jednak, by mi się to udało.

- Wiesz, że Alcide i ja nigdy właściwie nie byliśmy parą - oznajmiłam w końcu z szerokim uśmiechem, prawie identycznym jak ten Marii-Star.

Może miałam nadzieję, że mnie i jego połączy coś więcej, lecz, szczerze mówiąc, małe były na to szanse. Stale nam coś przeszkadzało.

Dziewczyna wybałuszyła oczy. Jej były jaśniejsze i miały intensywniejszą barwę niż oczy Claude'a. Dostrzegłam w nich respekt. A może strach?

- Słyszałam, że potrafisz czytać w myślach - jęknęła. - Ale trudno mi było w to uwierzyć.

- Taaak - odburknęłam ze znużeniem. - No cóż, cieszę się, że spotykasz się z Alcide'em, i nie mam prawa sprzeciwiać się waszemu związkowi. Poza tym, wcale się nie sprzeciwiam...

Moja odpowiedź wyszła dość pokrętnie (zresztą nie była całkowicie zgodna z prawdą), sądzę jednak, że Maria-Star pojęła moje intencje - wiedziała, że pragnę ratować twarz.

Ponieważ Alcide nie dawał znaku życia podczas tych kilku tygodni, które upłynęły od śmierci jego ojca, wiedziałam, że stłumił w sobie wszelkie uczucia, jakie być może kiedykolwiek do mnie żywił. Dlatego dzisiejsza informacja oczywiście sprawiła mi przykrość, lecz nie stanowiła dla mnie jakiegoś straszliwego ciosu. Realnie rzecz biorąc, nie mogłam spodziewać się niczego innego po Alcidzie. Chociaż... Cholera jasna, naprawdę go lubiłam, a kobietę zawsze boli, gdy się dowie, z jaką łatwością mężczyzna znalazł sobie na jej miejsce inną. Zwłaszcza że tuż przed śmiercią ojca Alcide wprost mi zaproponował, żebyśmy razem zamieszkali. A teraz żył z tą młodą wilkołaczycą. Może nawet planował mieć z nią małe wilczki.

Przerwałam ten ciąg myślowy. Powinnam się wstydzić! Nie ma sensu być wredną suką. (Hmm, po zastanowieniu uzmysłowiłam sobie, że na przykład Maria-Star faktycznie zmienia się w suczkę w trakcie co najmniej trzech nocy w miesiącu).

Och, teraz zawstydziłam się podwójnie.

- Mam nadzieję, że będziecie bardzo szczęśliwi - bąknęłam.

Dziewczyna bez słowa wręczyła mi kolejny album, zatytułowany po prostu "OCZY". Kiedy go otworzyłam, uświadomiłam sobie, że mam przed sobą zdjęcia istot nadnaturalnych. Oglądałam fotografie ceremonii, jakich nigdy nie zobaczą istoty ludzkie... Na jednej wampirza para ubrana w wyszukany kostium pozowała przed gigantycznym staroegipskim krzyżem; inna uwieczniła młodego mężczyznę w momencie przemiany w niedźwiedzia, przypuszczalnie pierwszej w życiu; było też ujęcie wilkołaczego stada, którego wszyscy członkowie przybrali akurat wilcze kształty. Al Cumberland - fotograf istot niesamowitych! Nic dziwnego, że właśnie jego Claude wybrał na twórcę portfolio, które miało wróżowi zapewnić karierę bohatera okładek romansów.

- Następne ujęcie! - zawołał Al, kiedy wybiegł z biura, zamykając klapkę telefonu. - Mario-Star, właśnie otrzymaliśmy zlecenie na podwójny ślub w okolicy panny Stackhouse.

Zastanowiłam się, kto go wynajął - istoty ludzkie czy nadnaturalne - uznałam jednak, że takie pytanie byłoby niegrzeczne.

Claude i ja staliśmy znowu blisko siebie, w pozie dość intymnej. Stosując się do poleceń Ala, uniosłam rąbek spódnicy, by pokazać kolana. W epoce, do której należała moja sukienka, kobiety prawdopodobnie nie były opalone ani nie goliły łydek, a ja mam skórę brązową i gładką jak pupa niemowlęcia. Ale co za różnica! Prawdopodobnie wówczas faceci nie chodzili także w rozpiętych koszulach.

- Podnieś nogę tak, jak byś zamierzała ją oprzeć na jego udzie - polecił mi Alfred. - No, Claude, masz teraz szansę błysnąć talentem. Zrób minę sugerującą, że zaraz ściągniesz portki. Niech czytelniczki, patrząc na ciebie, dostaną zadyszki!

Claude chciał wykorzystać portfolio ze zdjęciami podczas organizowanego corocznie przez czasopismo "Romantic Times" konkursu na Mistera Romansu.

Kiedy Claude po raz pierwszy opowiadał o swoich ambicjach Alowi (wywnioskowałam, że spotkali się na jakimś przyjęciu), fotograf doradził mu rzekomo zdjęcia z kobietą o typie bohaterek okładek romansów. Dodał wprost, że jego urodę bruneta najlepiej podkreśli niebieskooka blondynka. A ja przypadkiem jestem jedyną piersiastą blondyną, jaką zna Claude. I jedyną dziewczyną chętną mu pomóc za darmo. Zna oczywiście striptizerki skłonne wziąć wraz z nim udział w takiej sesji, ale każda z nich bez wątpienia oczekiwałaby zapłaty. Claude - ze zwykłym dla siebie brakiem taktu - wyznał mi to wszystko po drodze do atelier fotografa. Uważałam, że mógł zatrzymać te szczegóły dla siebie, dzięki czemu miałabym poczucie, że po prostu pomagam bratu przyjaciółki, najwyraźniej jednak musiał się ze mną podzielić detalami.

- No dobra, Claude, teraz zdejmij koszulę! - zawołał Alfred.

Claude był przyzwyczajony do próśb o zdjęcie ubrania. Miał szeroką, bezwłosą klatkę piersiową o imponującej muskulaturze, toteż bez koszuli wyglądał naprawdę bardzo przyjemnie. Pozostałam jednak obojętna na jego wdzięki. Może zaczęłam się już na nie uodparniać?

- Spódnica, noga - przypomniał mi Alfred, a ja wmówiłam sobie, że jestem w pracy.

Al i Maria-Star byli oczywiście zawodowcami, toteż nie reagowali emocjonalnie, a nikt chyba nie jest chłodniejszy od Claude'a. Ja jednak nie jestem przyzwyczajona do podciągania spódnicy na oczach innych osób, toteż czułam się dość dziwnie. Chociaż obnażam nogi, gdy noszę szorty i nigdy się w takich sytuacjach nie rumienię, podciąganie długiej spódnicy wydało mi się jakoś bardziej erotyczne. Zacisnęłam jednak zęby i szarpałam materiał płynnymi ruchami, by dół spódnicy unosił się równomiernie.

- Panno Stackhouse, musi pani postępować w taki sposób, jakby to sprawiało pani przyjemność - wytknął mi Al.

Patrzył na mnie zza obiektywu, marszcząc ze smutkiem czoło.

Starałam się nie stroić fochów. Obiecałam przecież Claude'owi, że wyświadczę mu tę drobną przysługę, a przysługi powinno się wyświadczać z ochotą. Uniosłam nogę, aż udo znalazło się w pozycji równoległej do podłogi, i wycelowałam bosymi palcami nóg w dół, ruchem, który uważałam za pełen gracji. Położyłam obie ręce na nagich barkach Claude'a i przyglądałam mu się. Jego skóra wydawała się ciepła i gładka pod moją dłonią, choć kontakt z nią bynajmniej nie zadziałał na mnie podniecająco.

- Wyglądasz na znudzoną, panno Stackhouse! - upomniał mnie Alfred. - Masz patrzeć tak, jak byś chciała natychmiast zaciągnąć go do łóżka. Mario-Star, spraw, żeby wyglądała bardziej... bardziej...

Wilkołaczyca pośpiesznie pociągnęła w dół moje krótkie bufiaste rękawki. Szarpnęła je z nieco zbyt dużym entuzjazmem, toteż cieszyłam się, że gorset jest obcisły i nie mam biustu na wierzchu.

Fakt, że Claude mógł sobie wyglądać nie wiem jak pięknie i chodzić goły przez cały dzień, a ja i tak bym go nie chciała. Był gburowaty i miał kiepskie maniery. Nawet jako facet hetero nie byłby w moim guście - odkryłabym to bez wątpienia już po dziesięciu minutach rozmowy.

Z tego też względu, tak jak Claude wcześniej, musiałam uciec się do wyobraźni.

Pomyślałam o wampirze Billu, moim pierwszym kochanku (w każdym możliwym znaczeniu tego słowa). Jednakże zamiast pożądania poczułam gniew. Bill spotykał się z inną kobietą, i to już od kilku tygodni.

No dobrze, a co z Erikiem, szefem Billa, niegdysiejszym wikingiem? Wampir Eric mieszkał ze mną i sypiał przez kilka dni w styczniu. Nie, nie, Eric kojarzył mi się raczej z zagrożeniem. Był niebezpieczny, ponieważ znał sekret, który pragnęłam zachować w ukryciu do końca swoich dni. Wcześniej, ponieważ podczas pobytu w moim domu cierpiał na amnezję, nie zdawał sobie sprawy, że brał udział w całej sprawie.

Przemknęło mi przez głowę kilka innych męskich twarzy, na przykład oblicze mojego szefa, Sama, właściciela baru "U Merlotte'a". Nie, nie należy wyobrażać sobie własnego pracodawcy nago. Po prostu nie wypada! Okej, Alcide Herveaux? Nie, nie, nic z tego, szczególnie że przebywałam właśnie w towarzystwie jego aktualnej dziewczyny... Hmm, skończyły mi się pomysły i musiałam odwołać się do moich starych ulubionych bohaterów fikcyjnych.

Niestety, gwiazdy filmowe wydawały się mdłe na tle świata istot nadnaturalnych, w którym żyłam teraz, czyli od chwili, kiedy do baru "U Merlotte'a" wszedł Bill Compton. Ostatnie stosunkowo erotyczne przeżycie, o którym mogłabym wspomnieć, dziwna rzecz, łączyło się z mężczyzną liżącym moją krwawiącą nogę. Było to... intrygujące i dogłębnie mnie poruszyło nawet w tamtych okropnych okolicznościach. Przypomniałam sobie łysą głowę Quinna, która poruszała się, gdy olbrzym oczyszczał językiem moje zadrapanie w sposób bardzo... osobisty. Pamiętałam dotyk jego dużych, ciepłych palców na nodze...

- O to chodziło - ucieszył się Alfred i zaczął nas fotografować.

Claude położył rękę na moim obnażonym udzie i pewnie wyczuł, że moje mięśnie zaczynają drżeć z powodu wysiłku, jaki stanowiło utrzymanie tej pozycji. Zatem znowu jakiś mężczyzna trzymał mnie za nogę. Ponieważ Claude wyczuł drżenie, chwycił moje udo mocniej, żebym miała wsparcie. Pomógł mi znacząco, lecz nadal ani trochę mnie nie podniecił.

- Teraz kilka ujęć łóżkowych - powiedział Al, akurat kiedy zdecydowałam, że nie zniosę tej farsy ani chwili dłużej.

- Nie - odrzekliśmy chórem ja i Claude.

- Ale powinieneś mieć takie zdjęcia - upierał się fotograf. - Nie musicie się rozbierać, wiecie. Nie robię fotek pornograficznych. Żona by mnie zabiła. Położycie się tylko na łóżku w tych strojach. Claude oprze głowę na łokciu i będzie patrzył na panią z góry, panno Stackhouse.

- Nie - odparłam stanowczo. - Niech pan lepiej zrobi mu kilka zdjęć, jak stoi sam w wodzie. Będą skuteczniejsze.

W narożniku znajdował się sztuczny staw, więc ujęcia Claude'a, któremu po obnażonym torsie będzie ściekała woda, na pewno wydadzą się niesamowicie czarujące kobietom (a raczej każdej kobiecie, która nie spotkała wróża w rzeczywistości).

- Podoba ci się ten pomysł, Claude? - spytał Al.

Claude, jak każdy narcyz, natychmiast się zgodził.

- Sądzę, że byłoby świetnie, Al - odparł, panując nad tonem, by nie brzmiał zbyt entuzjastycznie.

Ruszyłam do przebieralni, aż się paląc do zrzucenia kostiumu i powrotu do zwykłych dżinsów. Rozejrzałam się, szukając wzrokiem zegara. Miałam być w pracy o siedemnastej trzydzieści, a musiałam jeszcze pojechać do Bon Temps po strój kelnerki i dopiero stamtąd do "Merlotte'a".

- Dzięki, Sookie! - zawołał Claude.

- W porządku, Claude. Życzę ci wielu kontraktów.

Ale on już podziwiał siebie w lustrze.

Maria-Star zobaczyła, że wychodzę.

- Do widzenia, Sookie. Miło było cię znowu zobaczyć.

- Mnie ciebie również - skłamałam.

Mimo że jej umysł był dla mnie niedostępny, a myśli jakby zasłonięte czerwonawą mgiełką, wiedziałam, że dziewczyna dziwi mi się i zupełnie nie potrafi zrozumieć, dlaczego zrezygnowałam z Alcide'a. Alcide jest przecież na swój surowy sposób niezwykle przystojny, a poza tym jest zajmującym towarzyszem i zdecydowanie heteroseksualnym, gorącokrwistym mężczyzną. Na dodatek obecnie posiada własną firmę geodezyjną i jest człowiekiem zamożnym.

Odpowiedź przyszła mi do głowy od razu, toteż zadałam pytanie, nim się zastanowiłam.

- Czy nadal ktoś szuka Debbie Pelt?

Poczułam się jak masochistka dłubiąca czymś ostrym w bolącym zębie. Debbie przez kilka lat była dziewczyną Alcide'a, z którą to się rozstawał, to znów schodził. Debbie była, hmm, osobą dziwną.

- Nie ci sami ludzie - odparła Maria-Star. Jej twarz spochmurniała. Maria-Star nie lubiła Debbie ani trochę bardziej niż ja, chociaż niewątpliwie z innych powodów. - Detektywi, których wynajęli Peltowie, dali za wygraną i powiedzieli, że nie chcą dłużej naciągać rodziny na koszty, więc rezygnują ze zlecenia. Tak w każdym razie słyszałam. Ludzie z policji niby nie powiedzieli tego wprost, lecz było jasne, że i oni zabrnęli w ślepą uliczkę. Spotkałam Peltów tylko raz, tuż po zniknięciu Debbie, gdy przyjechali do Shreveport. To para dość... dzika. - Gwałtownie zamrugałam, myśląc, że takie stwierdzenie padające z ust wilkołaczycy brzmi naprawdę drastycznie. - Najgorsza jest Sandra, ich córka - ciągnęła Maria-Star. - Ma prawdziwego fioła na punkcie siostry i właśnie przez wzgląd na nią rodzice ciągle szukają Debbie i radzą się różnych osób, także tych, których metody działania są zdecydowanie niekonwencjonalne. Osobiście uważam, że Debbie została porwana. Albo popełniła samobójstwo. Przecież kiedy Alcide wyrzekł się jej, straciła dobre imię...

- Może i tak - mruknęłam, ale bez przekonania.

- Jemu jest lepiej bez niej. Mam nadzieję, że Debbie nigdy się nie znajdzie - oświadczyła twardo. Myślałam tak samo, tyle że, w przeciwieństwie do Marii-Star, dokładnie wiedziałam, co przydarzyło się Debbie Pelt. Sprawa Debbie rozdzieliła nas, mnie i przystojnego Herveaux. - Żywię szczerą nadzieję - dodała patetycznie wilkołaczyca - że Alcide nigdy więcej już jej nie zobaczy.

Jej ładna twarz spochmurniała, oczy błysnęły dziko, sugerując skrywaną pod łagodnym obliczem prawdziwą naturę dziewczyny.

A zatem, chociaż Alcide spotykał się z Marią-Star, najwyraźniej wcale się jej nie zwierzał. Wiedział przecież, że nigdy więcej nie zobaczy ponownie Debbie Pelt. I wiedział, że nie zobaczy jej z mojej winy, prawda?

Bo przecież to ja ją zastrzeliłam.

W zasadzie nie miałam wyrzutów sumienia, lecz nie zapomniałam też o własnym uczynku. Nie jest możliwe zabicie kogoś i pozostawanie przez to doświadczenie nieporuszonym. Nie ma mowy! Konsekwencje takiego czynu zmienią życie każdego.

***

Do baru weszło dwóch księży.

Brzmi to jak początek miliona dowcipów. Ale tym duchownym nie towarzyszył kangur, a w barze nie siedzieli również ani rabin, ani głupiutka blondynka. Znam wiele blondynek, jednego jedynego kangura oglądałam raz, kiedyś w ogrodzie zoologicznym, a rabina nie spotkałam nigdy. Tych dwóch księży jednakże widywałam wcześniej wiele razy. Umawiali się na kolację w "Merlotcie" mniej więcej raz na dwa tygodnie.

Ojciec Dan Riordan, gładko ogolony i rumiany, był księdzem katolickim, który przyjeżdżał do małego kościoła w Bon Temps co tydzień w sobotę, żeby odprawić mszę. Z kolei ojciec Kempton Littrell, blady i brodaty, był duchownym episkopalnym, który co dwa tygodnie celebrował nabożeństwo w maleńkim kościółku w Clarice.

- Witaj, Sookie - zagaił ojciec Riordan.

Był Irlandczykiem, prawdziwym, z urodzenia, a nie tylko z pochodzenia. Uwielbiałam słuchać, jak mówi z wyspiarskim akcentem. Nosił grube okulary w czarnych oprawkach i był po czterdziestce.

- Dobry wieczór, ojcze. Witam, ojcze Littrell. Co mogę podać?

- Ja poproszę szkocką z lodem, panno Sookie. A ty, Kempton?

- Och, wezmę piwo. I proszę mi przynieść talerz polędwiczek z kurczaka.

Episkopalny ksiądz nosił okulary w złoconych oprawkach i choć młodszy od ojca Riordana, był człowiekiem nastawionym do świata bardzo konserwatywnie.

- Jasne.

Uśmiechnęłam się do nich obu. Jako że potrafiłam czytać im w myślach, wiedziałam, że są naprawdę dobrymi ludźmi i ta myśl mnie uszczęśliwiała. Zażenowałoby mnie odkrycie, że nie są lepsi niż my i nawet nie starają się poprawić.

Ponieważ na dworze panowały już całkowite ciemności, nie zaskoczył mnie widok wchodzącego Billa Comptona. Nie mogłabym powiedzieć tego samego o reakcji księży. Bądźmy szczerzy, Kościoły Ameryki w ogóle sobie nie poradziły z istnieniem wampirów. Określenie działań duchownych epitetem "bezładny" byłoby straszliwym niedomówieniem. W Kościele katolickim właśnie debatowano nad tym problemem, zastanawiając się, czy uznać oficjalnie wszystkie wampiry za istoty diabelskie i wykląć je, czy może raczej przyjąć do "owczarni" jako potencjalnych konwertytów. Kościół episkopalny głosował przeciwko kandydaturom wampirów na duchownych, chociaż pozwalano nieumarłym przyjmować komunię (mimo że spora część laikatu twierdziła, że opłatek po prostu wyparowuje z martwych ciał; niestety, większość osób nie rozumiała, jak to możliwe).

Obaj księża obserwowali z nieszczęśliwymi minami, jak Bill szybko cmoka mnie w policzek, po czym sadowi się przy ulubionym stoliku. Compton ledwie na nich spojrzał, rozłożył gazetę i zaczął czytać. Zawsze w takich momentach wyglądał tak poważnie, jak gdyby studiował strony ekonomiczne albo wiadomości z Iraku, ja jednak doskonale wiedziałam, że czyta najpierw rubryki z poradami, a potem komiksy, mimo że często nie pojmował żartów.

Bill był sam, co stanowiło przyjemną odmianę, zwykle bowiem przyprowadzał uroczą Selah Pumphrey. Nie znosiłam jej. Jako że Bill był moją pierwszą miłością i moim pierwszym kochankiem, tak naprawdę chyba nigdy nie uznałam naszego związku za zakończony. Może i on tego nie chciał... Odnosiłam wrażenie, że na każdą randkę ciągnie Selah do "Merlotte'a". Mogłabym rzec, że stale ostentacyjnie mi tę dziewczynę pokazuje. Chyba tak nie postępuje mężczyzna, którego całkowicie przestała interesować ekskochanka, prawda?

Bez pytania o preferencje zaniosłam mu ulubiony napój, Czystą Krew grupy O. Postawiłam starannie przed nim na serwetce szklankę i odwróciłam się, zamierzając odejść, kiedy chłodna ręka dotknęła mojego ramienia. Dotyk Billa zawsze wstrząsa mną do głębi i może nigdy nie przestanie. Bill zawsze dawał mi jasno do zrozumienia, że niezwykle go podniecam, a ja - kiedy uznał mnie za dziewczynę atrakcyjną - mogłam po latach posuchy, bez związku i seksu, wreszcie unieść dumnie głowę. Inni mężczyźni również zaczęli mi wówczas okazywać większe zainteresowanie. Obecnie wiedziałam, dlaczego ludzie myślą tak dużo o seksie; Bill nieźle mnie wyszkolił.

- Sookie, zostań na moment.

Spojrzałam mu w oczy, które na tle jego bladej twarzy wydawały się niemal czarne. Włosy Billa są kasztanowe. I lśniące. Jest szczupły, lecz barczysty; ramiona ma umięśnione, jak przystało na farmera, którym niegdyś był.

- Jak się miewasz?

- Świetnie - odparłam, usiłując zapanować nad zdumieniem.

Bill nieczęsto zamieniał ze mną choćby kilka słów. Zresztą, pogawędki towarzyskie w ogóle nie należały do jego mocnych punktów. Nawet gdy byliśmy parą, nie mogłabym go nazwać człowiekiem gadatliwym. I, mimo że był wampirem, był też pracoholikiem, a w pewnym momencie przemienił się w maniaka komputerowego.

- U ciebie wszystko dobrze?

- Tak. Kiedy jedziesz do Nowego Orleanu po spadek?

Teraz naprawdę przeżyłam wstrząs. (Tak, to możliwe, nie potrafię bowiem czytać wampirom w myślach. Dlatego zresztą tak bardzo ich lubię. Cudownie przebywa mi się w towarzystwie osób, które pozostają dla mnie absolutną tajemnicą). Prawie sześć tygodni temu, w Nowym Orleanie zamordowano moją kuzynkę Hadley, a Bill towarzyszył mi akurat wtedy, gdy przybył wysłannik królowej Luizjany i powiadomił mnie o tym fakcie oraz powiedział... że zamierzają poddać mordercę pod mój osąd.

- Chyba pojadę do jej mieszkania przejrzeć rzeczy w przyszłym miesiącu albo w następnym. Nie rozmawiałam jeszcze z Samem o urlopie.

- Przykro mi, że straciłaś kuzynkę. Opłakujesz ją?

Nie widziałam Hadley od lat i w ogóle nie miałam pojęcia, że stała się wampirzycą. Ponieważ jednak miałam naprawdę niewielu żyjących krewnych, nie chciałam tracić ani jednej bliskiej osoby.

- Trochę - bąknęłam.

- Więc nie wiesz, kiedy pojedziesz?

- Jeszcze nie zdecydowałam. Pamiętasz jej prawnika, pana Cataliadesa? Twierdził, że powiadomi mnie, kiedy nastąpi odczytanie testamentu. Obiecał, że apartament pozostanie nietknięty, a kiedy zapewnia nas o tym adwokat królowej, trzeba mu wierzyć. Tyle że, prawdę mówiąc, nie jestem szczególnie zainteresowana.

- Kiedy wybierzesz się do Nowego Orleanu, mógłbym pojechać z tobą, o ile nie przeszkadzałoby ci moje towarzystwo w podróży.

- Ojejku - mruknęłam jedynie z odrobiną sarkazmu. - I Selah nie będzie miała nic przeciwko temu? A może ją także zamierzasz zabrać?

Taaak, wówczas mielibyśmy wesołą wycieczkę, nie ma co.

- Nie.

Milczałam. Wiedziałam, że gdy Bill nie chce o czymś mówić, nijak nie uda się wyciągnąć od niego żadnych informacji. No cóż, trochę mnie to zdezorientowało.

- Powiadomię cię - odparłam, zastanawiając się nad jego propozycją.

Chociaż w obecności Billa cierpiałam, ufałam mu. Nigdy by mnie nie skrzywdził. I nigdy nikomu by na to nie pozwolił. Tylko że... istnieje więcej niż jeden rodzaj krzywdy.

- Sookie! - zawołał ojciec Littrell, więc pośpiesznie odeszłam od stolika wampira.

Idąc, zerknęłam za siebie i zauważyłam, że Bill nieznacznie się uśmiecha. Był to uśmieszek lekki, lecz pełen zadowolenia. Nie miałam pewności, co oznacza, lubiłam jednak patrzeć, jak Bill się uśmiecha. Może miał nadzieję, że wrócimy do siebie?

- Nie wiedzieliśmy - rzekł duchowny - czy chcesz, żeby cię od niego odrywać.

Spojrzałam na niego zmieszana.

- Trochę się martwiliśmy, że tak długo i z takim przejęciem przestajesz z wampirem - dodał ojciec Riordan. - Czy to półdiablę usiłowało rzucić na ciebie urok?

Nagle przestałam uważać jego irlandzki akcent za czarujący. Popatrzyłam na ojca Riordana w sposób zdradzający niejakie zdziwienie.

- To żart, prawda? Słyszeliście przecież, że spotykałam się z Billem dobre kilka miesięcy. I najwyraźniej nie wiecie zbyt dużo o diabłach, skoro uważacie, że Bill do nich należy. - W naszym miłym, ślicznym miasteczku widziałam zdarzenia znacznie mroczniejsze niż wszystko, co zrobił Compton. Mało tego, sprawcami wielu z nich byli ludzie. - Ojcze Riordan - podjęłam - nigdy nie zapominam, kim jestem. Znam też naturę wampirów znacznie lepiej, niż wy kiedykolwiek poznacie. Ojcze Littrell - dodałam - woli ojciec do polędwiczek łagodną musztardę czy ketchup?

Ksiądz, wyglądający na oszołomionego moją tyradą, wybrał musztardę. Odeszłam, usiłując zapomnieć o tym drobnym incydencie i zastanawiając się raczej, co obaj duchowni by zrobili, gdyby się dowiedzieli o zdarzeniach, do jakich doszło w naszym barze parę miesięcy temu, kiedy klienci zbiorowym wysiłkiem wykończyli osobnika, który próbował mnie zabić.

Cóż, ten osobnik był wampirem, więc prawdopodobnie pochwaliliby swoich wiernych za ów wyczyn.

Zanim ojciec Riordan opuścił bar, podszedł do mnie, pragnął bowiem "zamienić ze mną słówko".

- Sookie, wiem, że nie jesteś w tej chwili zbyt dobrze do mnie nastawiona, muszę cię jednak prosić o coś w imieniu osób trzecich. Jeśli z powodu moich słów jesteś mniej skłonna mnie wysłuchać, proszę, zignoruj moje wcześniejsze zachowanie i skup się na smutku ludzi, w sprawie których przychodzę.

Westchnęłam. Cóż, ojciec Riordan naprawdę stara się być dobrym człowiekiem. Skinęłam więc niechętnie głową.

- Dziękuję ci - powiedział. - Skontaktowała się ze mną pewna rodzina z Jackson...

Och, w tym momencie zaczęły dzwonić wszystkie dzwonki alarmowe w mojej głowie. Przecież Debbie Pelt pochodziła z Jackson!

- Państwo Peltowie... - podjął - wiem, że o nich słyszałaś. Rodzina wciąż poszukuje nowin o córce, która zniknęła w styczniu. Miała na imię Debbie. Zadzwonili do mnie, ponieważ ich kapłan mnie zna i wie, że służę wiernym z Bon Temps. Widzisz, Sookie, Peltowie chcieliby spotkać się z tobą. Pragną porozmawiać ze wszystkimi osobami, które widziały ich córkę w noc jej zniknięcia, boją się jednak, że jeśli po prostu staną na progu twojego domu, nie zechcesz ich widzieć. Obawiają się, że rozgniewali cię wynajęci przez nich prywatni detektywi, z którymi się spotkałaś, i fakt, że przesłuchiwała cię policja. Myślą, że może jesteś z tego powodu oburzona...

- Nie chcę z nimi rozmawiać - przerwałam mu. - Ojcze Riordan, powiedziałam już wszystko, co wiem. - To była prawda. Tyle że nie powiedziałam tego ani funkcjonariuszom policji, ani Peltom. - Nie chcę więcej mówić o Debbie. - To także była prawda, absolutna i całkowita. - Niech im ojciec odpowie z całym należnym szacunkiem, że naprawdę nie ma o czym gadać.

- Przekażę - zapewnił mnie. - Ale wiedz, Sookie, że jestem rozczarowany.

- No cóż, domyślam się, że mam dziś kiepski dzień - mruknęłam. - Straciłam u księdza dobrą opinię i tak dalej.

Bez słowa odwrócił się i wyszedł. Czyż nie o to mi chodziło?

 

ROZDZIAŁ DRUGI

Następnej nocy już prawie zamykaliśmy, kiedy doszło do kolejnego dziwnego zdarzenia. W chwili gdy Sam dał nam znak sugerujący, że powinnyśmy zacząć mówić klientom, że piją ostatniego tego wieczoru drinka, do "Merlotte'a" wszedł ktoś, kogo nie spodziewałam się jeszcze kiedykolwiek zobaczyć.

Jak na tak potężnego mężczyznę poruszał się bardzo cicho. Przez moment stał w drzwiach, rozglądając się za wolnym stolikiem, a ja zauważyłam go dopiero, gdy od jego ogolonej głowy na chwilę odbiło się przyćmione światło padające z baru.

Mężczyzna był bardzo wysoki, niezwykle szeroki w barach, miał orli nos, duże, białe zęby i pełne wargi oraz oliwkową karnację. Był ubrany w brązową sportową marynarkę, czarną koszulę i czarne spodnie. Chociaż bardziej naturalnie wyglądałby w butach motocyklisty, miał na nogach wypolerowane mokasyny.

- Quinn - powiedział cicho Sam. Jego dłonie znieruchomiały, chociaż był w trakcie mieszania drinka tom collins. - Co on tu robi?

- Nie wiedziałam, że znasz Quinna - zauważyłam, czując, że się rumienię, gdyż zdałam sobie sprawę, że przecież rozmyślałam o tym wielkim łysolu zaledwie wczoraj.

Właśnie on zlizał krew z mojej nogi, i było to niezwykle interesujące przeżycie.

- W moim świecie wszyscy go znają - odparł z obojętną miną Sam. - Dziwię się jednak, że ty go spotkałaś, ponieważ nie jesteś istotą zmiennokształtną.

W przeciwieństwie do Quinna Sam nie jest zbyt postawnym mężczyzną, ale jak większość zmiennokształtnych jest bardzo silny, a rudozłote loczki wyglądają na jego głowie jak anielska aureola.

- Spotkałam go podczas wyborów na przywódcę stada - wyjaśniłam. - Był, hmm... mistrzem ceremonii.

Naturalnie, Sam i ja rozmawialiśmy o zmianie na stanowisku przywódcy shreveporckiego stada. Shreveport nie leży zbyt daleko od Bon Temps, a dla każdego zmiennokształtnego poczynania wilkołaków są raczej ważne.

Prawdziwy zmiennokształtny, jak Sam, może zmieniać się w dowolne zwierzę, chociaż każdy ma ulubione. Nie będę się szczególnie rozwodzić nad tą kwestią, powiem tylko, że chociaż wszystkie istoty, które potrafią przemieniać się z formy ludzkiej w zwierzęcą, nazywają siebie zmiennokształtnymi, bardzo niewiele z nich posiada wszechstronność Sama. Zmiennokształtni, którzy potrafią zmieniać się tylko w jedno zwierzę, są zwierzołakami: tygrysołakami (jak Quinn), niedźwiedziołakami czy wilkołakami. Z nich wszystkich wilkołaki uważają się za elitę, zarówno ze względu na ich naturę, jak i pod względem kultury.

Wilkołaki stanowią także najliczniejszą grupę wśród zmiennokształtnych, chociaż w porównaniu z całą wampirzą populacją, jest ich naprawdę niewiele. Istnieje szereg przyczyn tego stanu rzeczy. Wskaźnik urodzeń wilkołaków jest niski, umieralność noworodków natomiast wyższa od przeciętnej wśród istot ludzkich, a w dodatku tylko pierwsze dziecko, które urodzi się pełnokrwistej parze, staje się pełnym wilkołakiem. Właściwości ujawniają się u potomka w okresie dojrzewania - jak gdyby okres dojrzewania nie był i bez tego wystarczająco paskudnym czasem dla młodego człowieka.

Zmiennokształtni są bardzo skryci i rzadko bywają otwarci, nawet wobec istot ludzkich tak życzliwych i osobliwych jak ja. Nie ujawnili jeszcze swego istnienia opinii publicznej, toteż poznaję ich świat powoli i w małych dawkach.

Sam także ma wiele tajemnic, o których nie mam pojęcia, a przecież uważam go za bliskiego przyjaciela. Zazwyczaj przemienia się w owczarka collie i nieraz odwiedza mnie w tej właśnie postaci. (Czasami sypia na dywanie przy moim łóżku).

Quinna widziałam jedynie w ludzkiej postaci...

Przyznam się wam, że kiedy opowiadałam Samowi o walce pomiędzy Jacksonem Herveaux i Patrickiem Furnanem, do której doszło podczas wyborów na przywódcę stada ze Shreveport, nie wspomniałam mu o Quinnie. Teraz więc mój szef patrzył na mnie z marsową miną, niezadowolony, że zataiłam przed nim ten fakt. A przecież nie zrobiłam tego celowo. Zerknęłam na Quinna. Uniósł głowę, wyraźnie wąchając powietrze i prawdopodobnie szukając źródła zapachu, który go tu przywiódł.

Gdy szedł wprost do stolika w moim rewirze, mimo wielu pustych miejsc w znajdującej się bliżej drzwi części obsługiwanej przez Arlene, uprzytomniłam sobie, że przyciągnął go właśnie mój zapach.

Hmm, miałam w tej kwestii nieco mieszane uczucia.

Spojrzałam z ukosa na Sama, sprawdzając jego reakcję. Znam go od pięciu lat, zawsze mu ufałam, a on nigdy mnie nie zawiódł.

Teraz kiwnął głową, lecz nie wyglądał na szczęśliwego.

- Idź i dowiedz się, czego chce - oznajmił tak niskim głosem, że polecenie zabrzmiało niemal jak warknięcie.

Podchodząc do naszego nowego gościa, z każdym krokiem stawałam się coraz bardziej zdenerwowana. Czułam, że policzki mi czerwienieją. Dlaczego widok tego mężczyzny tak mocno wytrącił mnie z równowagi?

- Witam, panie Quinn - zagaiłam. Głupio byłoby udawać, że go nie rozpoznaję. - Co mogę panu podać? Obawiam się, że zaraz zamykamy, ale zdążę panu jeszcze przynieść piwo albo drinka.

Zamknął oczy i zrobił głęboki wdech, jak gdyby mnie wąchał.

- Rozpoznałbym cię nawet w sali ciemnej choć oko wykol - oświadczył, po czym uśmiechnął się do mnie.

Był to uśmiech szeroki i piękny.

Odwróciłam wzrok, dławiąc mimowolny uśmieszek, który cisnął mi się na usta. Muszę przyznać, że Quinn trochę mnie... onieśmiela.

Nigdy nie byłam nieśmiała. A może powinnam rzec, że nigdy nie byłam wstydliwa, tyle że nie lubię tego słowa.

- Chyba powinnam ci podziękować - zaryzykowałam z rezerwą. - Czy to jest komplement?

- Tak, to miał być komplement. Kim jest ten pies za barem, który gapi się na mnie z taką niechęcią w oczach?

Użył określenia "pies", ponieważ tak wyglądały fakty. Bez wątpienia nie chciał obrażać Sama ani mu uwłaczać.

- To mój szef, Sam Merlotte.

- Interesuje się tobą.

- Mam nadzieję, że tak. Pracuję dla niego od jakichś pięciu lat.

- Hmm... Może wypiłbym piwo?

- Jasne. Jakiej marki?

- Budweiser.

- Zaraz przyniosę - powiedziałam i odwróciłam się.

Przez całą drogę aż do kontuaru wiedziałam, że Quinn mnie obserwuje, gdyż prawie namacalnie czułam na sobie jego spojrzenie. Znałam też - choć jedynie częściowo, tak jak to się dzieje w przypadku skrytych istot zmiennokształtnych - jego myśli i stąd wiedziałam, że przypatruje mi się z zachwytem.

- Czego chce?

Sam wyglądał niemal... na zjeżonego. Gdyby był obecnie w postaci psa, sierść na jego grzbiecie stanęłaby prawie na sztorc.

- Budweisera - odparłam.

Merlotte popatrzył na mnie z gniewem.

- Nie o to pytałem i dobrze o tym wiesz.

Wzruszyłam ramionami. Nie miałam pojęcia, czego chce Quinn.

Po chwili Sam postawił na kontuarze tuż przy moich palcach pełen kufel, z takim impetem, że aż podskoczyłam. Posłałam mu twarde spojrzenie, okazując niezadowolenie, a potem zaniosłam piwo Quinnowi.

Zapłacił mi i dodał duży napiwek - chociaż nie tak absurdalnie wysoki, bym poczuła, że próbuje mnie "kupić". Wsunęłam banknot do kieszeni i zaczęłam chodzić wśród pozostałych stolików.

- Odwiedzasz tutaj kogoś? - spytałam Quinna, kiedy mijałam go po sprzątnięciu kolejnego stolika.

Większość gości płaciła i opuszczała bar. Niektórzy przenosili się w inne miejsce, gdzie mogli napić się o tej porze. Sam udawał, że nie ma pojęcia o istnieniu takich lokali, a wielu naszych stałych klientów wybierało się jednak po prostu do domu, do łóżka. Jeśli bywają bary prorodzinne, "U Merlotte'a" do takich właśnie należał.

- Tak - odparł. - Ciebie.

Po tej odpowiedzi straciłam koncept.

Pracowałam nieprzerwanie, lecz zdejmowałam szklanki z tacy z takim roztargnieniem, że jednej o mało nie upuściłam. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo się denerwowałam.

- Interesy czy sprawy osobiste? - spytałam, kiedy znowu znalazłam się blisko Quinna.

- Jedno i drugie - odrzekł.

Słysząc jego odpowiedź, poczułam się już trochę mniej przyjemnie, nadal jednak zachowałam wyostrzoną uwagę... i to wyszło mi na dobre. W kontaktach z istotami nadnaturalnymi trzeba używać wszystkich zmysłów, gdyż miewają one cele i pragnienia, jakich my, normalni ludzie nawet nie potrafimy pojąć. Wiedziałam o tym, ponieważ przez całe życie byłam niechętną skarbnicą informacji o celach i pragnieniach zwyczajnych ludzi.

Kiedy w barze zostali już niemal wyłącznie jego pracownicy i właściciel Sam, Quinn wstał i popatrzył na mnie wyczekująco. Podeszłam, uśmiechając się promiennie, tak jak zdarza mi się, ilekroć jestem spięta. Zainteresowało mnie odkrycie, że Quinn jest prawie tak samo zdenerwowany jak ja. Wyczuwałam w jego myślach napięcie.

- Spotkamy się w twoim domu, jeśli to ci odpowiada. - Spojrzał na mnie poważnie. - Jeśli się obawiasz, możemy wybrać inne miejsce. Ale chcę porozmawiać z tobą dziś wieczorem... no, chyba że jesteś zbyt zmęczona.

Musiałam przyznać, że wyłożył swoją prośbę całkiem grzecznie. Arlene i Danielle ogromnie starały się nie gapić - a może raczej bardzo starały się nie gapić w momentach, gdy Quinn mógł to zauważyć - Merlotte natomiast odwrócił się plecami i majstrował coś za barem, jawnie ignorując zmiennokształtnego gościa. Zachowywał się naprawdę okropnie.

Szybko rozważyłam pytanie Quinna. Jeśli przyjedzie do mnie do domu, będę zdana na jego łaskę i niełaskę. Mieszkam przecież w dość odosobnionym miejscu. Za najbliższego sąsiada mam swojego byłego chłopaka, Billa, mieszka on wszakże po drugiej stronie cmentarza. Z drugiej strony, gdybym chciała spotykać się z Quinnem, bez wahania zaprosiłabym go do siebie. Z tego, co wyczytałam w jego myślach, nie zamierzał w żaden sposób mnie skrzywdzić.

- W porządku - zgodziłam się w końcu.

Odprężył się i ponownie obdarował mnie swym wielkim uśmiechem.

Zabrałam pusty kufel, zdając sobie sprawę z tego, że trzy pary oczu przypatrują mi się z dezaprobatą. Sam był zdegustowany, a Danielle i Arlene nie potrafiły zrozumieć, dlaczego ktoś wolał mnie od którejś z nich, choć wygląd Quinna zastanowił nawet tak doświadczone kelnerki jak one. Quinn emanował bowiem odmiennością, która wydawała się dostrzegalna nawet dla najprostszych istot ludzkich.

- Skończę za minutkę - rzuciłam.

- Poczekam.

Napełniłam saszetkami z cukrem i słodzikiem małe porcelanowe miseczki na wszystkich stolikach, sprawdziłam, czy serwetniki są pełne, uzupełniłam zawartość solniczek i pieprzniczek. I wreszcie byłam wolna. Wzięłam torebkę z biurka Sama i pożegnałam się.

Quinn pojechał za moim autem ciemnozielonym pikapem. W światłach parkingowych pikap wyglądał na nowiutki - miał połyskujące opony i kołpaki, dużą kabinę i kryty tył. Mogłabym się założyć o dużą sumkę, że w środku też znalazłabym sporo bajerów. Tak czy owak, ten pikap był najbardziej fantazyjnym pojazdem, jaki widziałam od dawna. Mój brat, Jason, oblizałby się na jego widok, a ma przecież fajnego różowego pikapa z namalowanymi na bokach zawijasami w kolorze niebieskawo-zielonym.

Ruszyłam na południe Hummingbird Road, po czym skręciłam w lewo na drogę dojazdową prowadzącą do mojego domu. Przejechałam nią prawie hektar lasu, aż dotarłam na polanę, na której stoi nasz stary rodzinny dom. Przed wyjazdem do pracy, włączyłam zewnętrzne światła, które działają automatycznie, toteż polana była dobrze oświetlona. Objechałam dom, zaparkowałam na tyłach, a Quinn zatrzymał pikap tuż obok mojego samochodu.

Wysiadł i się rozejrzał. W świetle reflektorów podwórze wyglądało na schludnie utrzymane. Podjazd po remoncie miałam wspaniały, ostatnio odmalowałam też stojącą za domem szopę na narzędzia. Mieściła się tam butla z propanem, której nie zdołałby ukryć żaden architekt zieleni, ale moja babcia uprawiała sporo kwiatów, podobnie jak wcześniej inne członkinie naszej rodziny, która mieszkała tu od ponad stu pięćdziesięciu lat. Ja mieszkam na tej ziemi i w tym domu od siódmego roku życia. I kocham go.

Dom nie wygląda jakoś wyjątkowo. Zbudowano go jako zwyczajny rodzinny mieszkalny budynek wiejski, który przez te lata powiększano i przeprojektowywano. Staram się dbać o czystość i utrzymywać w dobrym stanie dziedziniec. Duże remonty przekraczają moje możliwości, ale czasami pomaga mi Jason. Nie był szczęśliwy, gdy babcia zostawiła mi dom i ziemię, lecz przecież już kiedy ukończył dwadzieścia jeden lat, przeprowadził się do domu naszych rodziców, a ja nigdy nie wystąpiłam o swoją połowę tamtej posiadłości. Mnie postanowienie babci wydało się uczciwe, Jason jednak potrzebował trochę czasu, zanim przyznał, że podjęła właściwą decyzję.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy ja i mój brat zbliżyliśmy się do siebie.

Otworzyłam tylne drzwi i wprowadziłam Quinna do kuchni. Rozglądał się z zaciekawieniem, podczas gdy ja wieszałam kurtkę na jednym z krzeseł wsuniętych pod stół pośrodku kuchni, gdzie jadam wszystkie posiłki.

- Nie jest wykończona - zauważył.

Szafki stały jeszcze na podłodze, czekając na montaż. Później całe pomieszczenie trzeba będzie ponownie odmalować i zainstalować blaty; dopiero wtedy będę mogła spać spokojnie.

- Moją starą kuchnię spalono kilka tygodni temu - wyjaśniłam. - Firma budowlana, którą zatrudniłam, zaczęła szybko i ukończyła prace w rekordowym czasie, ale ponieważ transport szafek się opóźnił, szef firmy musiał przenieść się wraz z brygadą na kolejną budowę. Sądzę, że wrócą kiedyś i je zamontują.

I tak cieszyłam się, że znowu mieszkam w swoim domu. Sam wprawdzie postąpił niezwykle uprzejmie i pozwolił mi spędzić trochę czasu w jednym z budynków, które kupił na wynajem (i, cholera, przyznam, że podobały mi się równe podłogi, nowa instalacja wodno-kanalizacyjna i posiadanie sąsiadów), ale nigdzie nie jest tak dobrze jak u siebie.

W kuchni stała już nowa kuchenka, mogłam więc gotować, szczyty szafek natomiast okryłam warstwami sklejki, dzięki czemu zyskałam "stację roboczą", na której przygotowywałam posiłki. Nowa lodówka lśniła i cichutko szumiała, zupełnie niepodobnie do jej poprzedniczki, starego grata, którego babcia używała przez trzydzieści lat. Nowy wygląd kuchni uderzał mnie za każdym razem, kiedy, przekroczywszy tylny ganek (obecnie większy i osłonięty), otwierałam kluczem nowe, cięższe niż poprzednie, tylne drzwi wyposażone w wizjer oraz zasuwkę i wchodziłam do środka.

- Tu zaczyna się stary dom - wyjaśniłam, przechodząc z kuchni do korytarza.

W pozostałej części domu trzeba było wymienić po pożarze jedynie kilka desek w podłodze, poza tym wszystkie pomieszczenia wysprzątałam, a ściany i sufity odmalowałam. Nie tylko powierzchnie poczerniały od dymu, musiałam też pozbyć się zapachu spalenizny. Kupiłam nowe firany na kilka okien, wyrzuciłam parę dywaników oraz... sprzątałam, sprzątałam, sprzątałam. Prace te przez jakiś czas zajmowały mi wszystkie wolne chwile.

- Dobra robota - skomentował Quinn.

- Wejdź do salonu - powiedziałam zadowolona.

Sprawiało mi przyjemność pokazywanie komuś nowego domu - teraz, kiedy wiedziałam, że tapicerka jest czysta, nigdzie nie ma kępek kurzu, a szkło fotografii w ramkach wręcz lśni. Firanki w salonie były nowe, a chciałam je wymienić co najmniej od roku.

Niech Bóg błogosławi polisy ubezpieczeniowe i... niech błogosławi wynagrodzenie, które otrzymałam za ukrywanie Erica przed czarownicą. Wypłaciłam część kwoty z konta oszczędnościowego, ale cieszyłam się, że miałam pieniądze, kiedy okazały się potrzebne. Za to byłam wdzięczna losowi.

Mogłam rozpalić w kominku, lecz było jeszcze na to zbyt ciepło. Quinn usiadł w fotelu, a ja naprzeciwko niego.

- Mogę ci podać coś do picia...? Piwo, kawę albo mrożoną herbatę? - spytałam, świadoma swojej roli gospodyni.

- Nie, nie, dziękuję - odparł i uśmiechnął się do mnie. - Chciałem zobaczyć cię ponownie... odkąd spotkałem cię w Shreveport.

Próbowałam patrzeć mu w oczy. Impuls, by spuścić wzrok na własne stopy lub ręce, niemal mnie przytłaczał. Oczy Quinna były naprawdę głęboko, głęboko fioletowe, tak jak je zapamiętałam.

- To był trudny dzień dla panów Herveaux - zauważyłam.

- Spotykałaś się z Alcide'em przez jakiś czas - oznajmił neutralnym tonem.

Pomyślałam o kilku możliwych odpowiedziach. Zadowoliłam się krótką ripostą.

- Nie widziałam go od dnia wyborów na przywódcę stada - odparłam po prostu.

Mój gość uśmiechnął się szeroko.

- Więc nie spotykacie się?

Pokręciłam głową.

- W takim razie jesteś wolna?

- Tak.

- Nikomu nie nadepnę na odcisk?

Zmusiłam się do uśmiechu, lecz chyba nieszczególnie mi się udało.

- Tego nie powiedziałam.

Niektórym facetom mogłoby się nie spodobać, że spotykam się z Quinnem. Ale ci mężczyźni nie mieli do mnie żadnego prawa.

- Domyślam się, że moja osoba może być nie w smak jakimś niezadowolonym byłym. Ale czy umówisz się ze mną?

Patrzyłam na niego przez sekundę czy dwie, zastanawiając się nad ripostą. Z jego umysłu docierało do mnie wyłącznie uczucie nadziei: nie widziałam w jego myślach śladów oszustwa czy wyrachowania. Kiedy rozważyłam zastrzeżenia, które przyszły mi do głowy, wszystkie okazały się bez sensu.

- Tak - odparłam. - Umówię się z tobą.

W nagrodę otrzymałam od Quinna piękny, jasny uśmiech, a ja odwzajemniłam się takim samym, tym razem szczerym.

- Świetnie - podsumował. - Czyli że omówiliśmy sprawy prywatne. A teraz przejdźmy do interesów, które nie mają żadnego związku z przyjemnościami.

- W porządku - zgodziłam się i spoważniałam.

Żywiłam nadzieję, że będę miała okazję znów się uśmiechać, jednak wszelkie sprawy nadnaturalnych zawsze stanowiły dla mnie powód do niepokoju.

- Słyszałaś o szczycie regionalnym?

O tak, wampirze spotkanie na szczycie: królowie i królowe z kilku stanów zbiorą się i będą konferować o... o sprawach wampirzych.

- Eric mi coś wspomniał.

- Zatrudnił cię już do pracy na nim?

- Wspomniał, że może będzie mnie potrzebował.

- Pytam, bo królowa Luizjany dowiedziała się, że jadę w te strony, i zasugerowała, żebym w jej imieniu poprosił o twoje usługi. Sądzę, że jej oferta unieważnia propozycję Erica.

- Musisz spytać o to Erica.

- Myślę, że musisz powiadomić go sama. Życzenia królowej są dla Erica rozkazami.

Przybrałam ponurą minę. Nie miałam ochoty o niczym rozmawiać z Erikiem, szeryfem luizjańskiej Piątej Strefy. Uczucia Erica wobec mnie były dość skomplikowane. Mogę was zapewnić, że wampiry nie lubią czuć się zdezorientowane. Eric stracił pamięć na krótki czas, który spędził, ukrywając się w moim domu. Ta dziura w pamięci doprowadzała go do szaleństwa, szeryf bowiem lubi panować nad wszystkim, a oznacza to kontrolę nad własnymi działaniami w każdej sekundzie każdej nocy. Dlatego czekał na moment, kiedy poproszę go o przysługę, i w ramach zapłaty za pomoc natychmiast zażądał ode mnie relacji z tego, co się działo w czasie, który spędził u mnie.

Cóż, może w swej opowieści byłam zbyt szczera. Erica nie zaskoczyła właściwie nowina, że uprawialiśmy seks, oszołomiła go jednak informacja, że chciał dla mnie porzucić z trudem zdobytą pozycję w wampirzej hierarchii i wybrać zwyczajne życie we dwoje.

Gdybyście znali Erica, wiedzielibyście, jak bardzo nieznośna była dla niego sama myśl o czymś takim.

Od tego czasu nie rozmawiał ze mną. Kiedy się spotykaliśmy, wpatrywał się we mnie takim wzrokiem, jakby próbował wskrzesić wspomnienia z tamtego czasu i udowodnić mi, że się pomyliłam lub źle go zrozumiałam. Zasmuciło mnie to, że stosunki, które nas łączyły - i nie mówię o sekretnym szczęściu tamtych kilku wspólnie spędzonych nocy, lecz o łączącym nas poczuciu humoru i pokrewieństwie dusz - najwyraźniej, niestety, zmieniły się całkowicie i nieodwracalnie.

Tak, wiedziałam, będę musiała powiedzieć mu osobiście, że królowa go wyprzedziła, ale na pewno nie miałam na to ochoty.

- Uśmiech zniknął - zauważył Quinn. Patrzył na mnie z powagą.

- No cóż, Eric jest... - Nie wiedziałam, jak dokończyć to zdanie. - Jest skomplikowanym facetem - dorzuciłam nieprzekonująco.

- Co będziemy robić na naszej pierwszej randce? - spytał Quinn.

Należał zatem do ludzi, którzy z łatwością potrafią zmienić temat.

- Możemy pójść do kina - zaproponowałam, podejmując wyzwanie.

- Moglibyśmy. A później możemy zjeść kolację w Shreveport. Może w "U Ralpha i Kacoo" - podsunął.

- Słyszałam, że podają tam pyszne rakowe étouffée - ciągnęłam.

- Ach, któż nie lubi rakowego étouffée? Albo moglibyśmy pójść pograć w kręgle.

Mój stryjeczny dziadek był zapalonym graczem. Pamiętam jego stopy w specjalnych butach. Wzruszyłam ramionami.

- Nie umiem.

- No to na mecz hokeja.

- Byłoby zabawnie.

- Albo ugotujemy coś wspólnie w twojej kuchni, a potem obejrzymy film na twoim odtwarzaczu DVD.

- Och, lepiej odłóżmy takie plany na później.

Taka propozycja wydała mi się trochę zbyt intymna jak na pierwszą randkę. Nie chodzi o to, że nie miałam doświadczenia w kwestii pierwszych randek, wiem po prostu, że bliskość sypialni nigdy nie jest dobrym pomysłem, chyba że na pewno nie ma się nic przeciwko zakończeniu wieczoru w łóżku.

- Moglibyśmy pójść zobaczyć Producentów. Spektakl wystawiają w Strand.

- Naprawdę?! - Okej, teraz naprawdę byłam przejęta. Do odnowionego Strand w Shreveport często przyjeżdżały inne teatry z gościnnymi spektaklami. Wystawiano tam repertuar od sztuk teatralnych po przedstawienia baletowe. A ja nigdy nie byłam w teatrze na dramacie! Zastanawiałam się, czy bilety będą strasznie drogie. Och, Quinn pewnie by mi tego nie zaproponował, gdyby nie mógł sobie pozwolić na bilet. - Moglibyśmy?

Skinął głową, zadowolony z mojej reakcji.

- Mogę zarezerwować bilety na weekend. Kiedy pracujesz?

- Mam wolny piątkowy wieczór - odparłam rozpromieniona. - I, hmm, chętnie zapłacę za swój bilet.

- To ja ciebie zapraszam, więc stawiam - odparował stanowczo Quinn. Wyczytałam z jego myśli, jak bardzo zaskoczyła go moja propozycja zapłaty za bilet. Zaskoczyła i wzruszyła. Hmm... Nie spodobało mi się to. - No dobrze, jesteśmy zatem umówieni. Gdy włączę laptopa, natychmiast zamówię bilety przez Internet. Wiem, że zostało kilka dobrych miejsc, ponieważ sprawdziłem wszystkie opcje przed przyjazdem tutaj.

Co naturalne, zaczęłam dumać nad stosownym strojem. Uznałam jednak, że pomyślę o tym później.

- Quinn, gdzie właściwie mieszkasz?

- Mam dom koło Memphis.

- Och - powiedziałam, myśląc o tym, jak trudno będzie nam się spotykać, skoro mieszkamy tak daleko od siebie.

- Jestem wspólnikiem w firmie o nazwie Special Events. Stanowimy coś na kształt sekretnej przybudówki Extreme(ly Elegant) Events. Na pewno widziałaś logo. E(E)E? - Wykonał nawias palcami w powietrzu. Kiwnęłam głową. E(E)E organizowało sporo bardzo eleganckich imprez w kraju. - Jest nas czworo wspólników, którzy pracują na pełny etat dla Special Events, i każde z nas ma swoją ekipę pracowników pełnoetatowych lub zatrudnionych na część etatu. Ponieważ dużo podróżujemy, w całym kraju mamy mieszkania, których możemy używać. Właściwie czasem są to tylko pokoje w domach przyjaciół lub współpracowników, ale bywa, że całe apartamenty. Gdy jestem w twojej okolicy, zatrzymuję się w Shreveport, w domku dla gości, który stoi na tyłach rezydencji jakiegoś zmiennokształtnego.

Wiele się o nim dowiedziałam zaledwie w dwie minuty.

- Czyli że organizujesz różne imprezy w świecie nadnaturalnych, takie na przykład jak konkurs na stanowisko przywódcy stada. - To była niebezpieczna praca, która wymagała użycia wielu talentów i wielu specjalistycznych przyborów. - Ale co jeszcze robicie? Wybory przywódcy stada zdarzają się przecież tylko od czasu do czasu. Jak często musisz podróżować? Jakie inne wyjątkowe wydarzenia przygotowujesz?

- Ogólnie rzecz biorąc, obsługuję południowy wschód kraju, od Georgii aż po Teksas. - Pochylił się na krześle, kładąc ręce na kolanach. - I od Tennessee po Florydę. W tych stanach, jeśli ktoś chce zorganizować walkę o pozycję przywódcy stada albo rytuał wniebowstąpienia jakiegoś szamana czy czarownicy, bądź też gniazdowy ślub wampirzy... i chce zrobić to w sposób właściwy, ze wszystkimi szykanami... zgłasza się do mnie.

Przypomniałam sobie nadzwyczajne zdjęcia w albumie fotograficznym Alfreda Cumberlanda.

- Czyli masz sporo zajęć? Stale jesteś zajęty?

- O tak - przyznał. - Ma się rozumieć, niektóre imprezy odbywają się tylko sezonowo. Wampiry pobierają się głównie zimą, ponieważ wtedy noce są najdłuższe. W styczniu ubiegłego roku przygotowywałem na przykład hierarchiczny ślub w Nowym Orleanie. A później organizowałem pewne obrzędy z wiccańskiego kalendarza. Lub te związane z okresem dojrzewania.

Nie potrafiłam sobie wyobrazić ceremonii, które organizował Quinn, pomyślałam jednak, że może o ich opis poproszę przy następnej okazji.

- I masz troje wspólników, którzy również pracują na okrągło? Wybacz, że wypytuję cię niczym na przesłuchaniu, ale twoje życie zawodowe wydaje mi się bardzo interesujące.

- Cieszę się, że tak myślisz. Do tej pracy trzeba wielu umiejętności, a także zdolności intelektualnych i organizacyjnych.

- I musisz być naprawdę, naprawdę... twardy - dodałam cicho.

Uśmiechnął się z zadowoleniem.

- Nie mam z tym problemów.

Tak, wyglądało na to, że Quinnowi nie brakuje bezwzględności.

- Trzeba też umieć dobrze oceniać ludzi, żeby odpowiednio nimi pokierować i żeby byli zadowoleni z twojej pracy - powiedział.

- A możesz mi opowiedzieć jakieś ciekawe historie? Czy istnieje jakaś klauzula poufności danych?

- Klienci podpisują umowę, ale żaden z nich nigdy nie prosił o zachowanie tajemnicy - odparł. - Tyle że my ze Special Events i tak niewiele opowiadamy o swoich działaniach zwykłym ludziom, bo nasi klienci przeważnie egzystują poza normalnym światem. Właściwie ogromnie się cieszę, że mogę z tobą o tym rozmawiać. To dla mnie wręcz ulga. Zwykle muszę mówić dziewczynom, że jestem jakimś konsultantem albo wymyślać coś podobnego.

- Dla mnie - przyznałam - to również ulga, że mogę pomówić z tobą szczerze, nie martwiąc się, że może zdradzam czyjeś sekrety.

- Mieliśmy zatem szczęście, że się odnaleźliśmy w tym wielkim świecie, prawda? - Znowu błysnął w szerokim uśmiechu białymi zębami. - Lepiej teraz zostawię cię, żebyś trochę odpoczęła, przecież dopiero wróciłaś z pracy.

Wstał, przeciągnął się i wyprostował. Był wysokim mężczyzną o imponującej muskulaturze. Możliwe, że wiedział, jak wspaniale wygląda, kiedy się przeciąga. Spuściłam głowę, skrywając uśmieszek. Nic mnie nie obchodziło to, że pragnął zrobić na mnie wrażenie.

Wyciągnął do mnie rękę, a gdy podałam mu swoją, pociągnął mnie na nogi jednym łatwym ruchem. Czułam, że Quinn jest całkowicie skupiony na mnie. Jego dłoń była ciepła i twarda. Gdyby ścisnął mocniej, mógłby mi połamać wszystkie palce.

Przeciętna kobieta nie zastanawia się, jak szybko jej mężczyzna może ją zabić, ale nigdy nie będę przeciętną kobietą. Wiem o tym od czasu, kiedy jako dziecko odkryłam swoją wyjątkowość - nie każde dziecko słyszy, co myślą o nim członkowie jego rodziny. I nie każda mała dziewczynka wie, którzy nauczyciele ją lubią, a którzy nią pogardzają lub wiecznie porównują z bratem (Jasona zawsze cechował ogromny urok). No i nie każda ma wesołego wujka, który na każdym rodzinnym spotkaniu próbuje... znaleźć się z nią sam na sam.

Dlatego też pozwoliłam Quinnowi trzymać moją rękę, podniosłam wzrok i patrzyłam w jego fiołkowe oczy. Przez minutę pławiłam się w jego zachwycie.

Tak, wiedziałam, że jest tygrysem. Nie chodzi mi o sprawy łóżkowe, chociaż pragnęłam wierzyć, że i tam będzie dziki i wspaniały.

Kiedy pocałował mnie na dobranoc, jego usta musnęły mój policzek, a ja się uśmiechnęłam.

Lubię mężczyzn, którzy wiedzą, kiedy w sprawach damsko-męskich należy przyśpieszać, a kiedy... nie należy.

 

ROZDZIAŁ TRZECI

Następnej nocy, podczas pracy w "Merlotcie" ktoś do mnie zadzwonił.

Oczywiście nie jest dobrze gawędzić przez telefon w czasie pracy; Sam tego nie lubi, o ile nie chodzi o jakiś wypadek lub nagłe zdarzenie w domu. Ponieważ dostaję najmniej telefonów ze wszystkich kelnerek - właściwie mogłabym wskazać liczbę takich sytuacji na palcach jednej ręki - usiłowałam nie czuć się winna, gdy dawałam Merlotte'owi znak, że odbiorę w jego biurze.

- Halo - powiedziałam.

- Sookie - usłyszałam znajomy głos.

- Och, Pam, witaj.

Poczułam ulgę, ale tylko na sekundę. Pam jest przecież zastępczynią Erica i, w sensie wampirzym, jego dzieckiem.

- Szef chce cię widzieć - oświadczyła. - Dzwonię z jego biura.

Ściany biura Erica, które znajduje się na tyłach jego klubu, "Fangtasii", są niemal całkowicie dźwiękoszczelne. W tle słyszałam jedynie cichutko KDED, wampirzą stację radiową. Nadawano akurat Claptonowską wersję utworu "After Midnight".

- Ojej, czyżby Jaśnie Panu Ericowi duma nie pozwalała na podniesienie słuchawki i wystukanie mojego numeru?

- Tak - przyznała Pam.

Ta Pam! Wszystko rozumie dosłownie!

- A o co chodzi?

- Ja tylko wykonuję jego polecenia - odparła. - Eric każe mi zadzwonić do telepatki, więc dzwonię do ciebie. Zostałaś wezwana.

- Pam, musisz mi podać lepsze wyjaśnienie. Nie mam szczególnej ochoty widzieć Erica.

- Jesteś krnąbrna?

Hmm... Ten wyraz nie pojawił się jeszcze w moim kalendarzu ze słowem na każdy dzień.

- Nie jestem pewna, czy dobrze cię rozumiem.

Zamiast brnąć dalej i ryzykować, lepiej po prostu przyznać się do niewiedzy, czyż nie?

Pam westchnęła głośno i cierpiętniczo.

- Buntujesz się - wytłumaczyła z wyraźnym brytyjskim akcentem. - A nie powinnaś. Eric traktuje cię bardzo dobrze.

W jej tonie pobrzmiewało lekkie niedowierzanie.

- Nie będę zwalniać się z pracy ani brać urlopu tylko po to, żeby jeździć do Shreveport, ponieważ Jaśnie Pan Eric chce, żebym zjawiła się natychmiast, ilekroć kiwnie palcem - zaprotestowałam, moim zdaniem słusznie. - Jeśli chce ze mną rozmawiać, może przywlókłby tutaj swoją dupę. Albo niech sam zadzwoni.

Czy aby nie przesadziłam?

- Gdyby chciał, jak to ujęłaś, "sam zadzwonić", dokładnie tak by postąpił. Kazał mi przekazać, że masz być tutaj w piątek wieczorem o dwudziestej.

- Wybacz, ale nie da rady.

Znaczące milczenie.

- Nie przyjdziesz?

- Nie mogę. Mam randkę - odparłam, próbując zapanować nad wszelkimi objawami samozadowolenia.

Przez chwilę znowu panowało milczenie. Potem Pam zachichotała.

- Och, świetnie - powiedziała, nagle pozbywając się brytyjskiego akcentu. - Chętnie mu to przekażę.

Usłyszawszy jej reakcję, zaczęłam się czuć nieco nieswojo.

- Hmm, Pam... - Zastanawiałam się, czy nie powinnam spuścić z tonu. - Posłuchaj...

- O nie - przerwała mi.

Niemal śmiała się głośno, co było do niej bardzo niepodobne.

- Powtórz mu tylko, że dziękuję za kalendarze - powiedziałam.

Eric, zawsze myślący o zwiększeniu zysków "Fangtasii", wyprodukował wampirzy kalendarz, który sprzedawano w sklepiku z upominkami w lokalu. Eric był Panem Styczniem. Na zdjęciu pozował na łóżku okrytym długą, białą szatą z futrzanymi wyłogami i kołnierzem. Łóżko wraz z Erikiem stało na jasnoszarym tle upstrzonym gigantycznymi, błyszczącymi płatkami śniegu. Ale Eric nie włożył szaty królewskiej, o nie! Eric nie miał na sobie zupełnie nic. Zgiął jedno kolano na łóżku, drugą stopę postawił na podłodze i uwodzicielsko patrzył bezpośrednio w obiektyw. (Hmm, mógłby udzielić Claude'owi kilku lekcji). Blond włosy wampira opadały w zmierzwionej grzywie na ramiona, a prawą ręką chwycił leżącą na łóżku białą szatę, unosząc ją na tyle, by przykryć klejnoty. Ciało obrócił nieznacznie, ukazując fragment zgrabnego, nagiego pośladka. Jasny szlaczek ciemnoblond włosów porasta jego podbrzusze od pępka w dół. Cały obraz niemal krzyczał: "Mam tam broń!".

Cóż, jeśli chodzi o broń Erica, przypadkiem wiem, że jest całkiem pokaźna - gdybym musiała porównać, jest to raczej magnum kaliber 0,357 niż pistolet z krótką lufą.

Muszę wam się przyznać, że dziwnym trafem utknęłam w tym kalendarzu na Panu Styczniu i nie przebrnęłam dalej.

- Och, powiadomię go - zapewniła mnie Pam. - Eric twierdzi, że wielu osobom nie spodobałoby się, gdybym znalazła się w kalendarzu przeznaczonym dla kobiet... więc jestem w tym dla mężczyzn. Tobie również wysłać odbitkę mojego zdjęcia?

- Zaskakujesz mnie - odrzekłam. - Naprawdę. To znaczy... Zdumiewa mnie, że nie masz nic przeciwko pozowaniu.

Jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić jej udziału w projekcie przeznaczonym dla ludzkich gustów.

- Eric każe mi pozować, to pozuję - oznajmiła po prostu.

Chociaż Eric miał znaczną władzę nad Pam, ponieważ był jej stwórcą, powiem wam, że nigdy nie widziałam, aby poprosił ją o zrobienie czegoś, czego Pam by nie chciała zrobić. Albo więc znał ją dobrze (oczywiście, że znał!), albo Pam rzeczywiście była skłonna zrobić dla niego prawie wszystko.

- Na zdjęciu jestem z pejczem - wyznała. - Fotograf mówi, że sprzeda je za milion.

Pam była bardzo otwarta w sprawach seksu.

Odezwałam się dopiero po długiej minucie, podczas której przemknął mi przez głowę wizerunek Pam z pejczem.

- Jestem pewna, że tak. Ale co do mnie, podziękuję.

- Wszyscy dostaniemy procent od zysków... wszyscy, którzy zgodziliśmy się pozować.

- Ale Eric dostanie większy procent niż reszta.

- No cóż, jest szeryfem - odrzekła bez wahania.

- Zgadza się. No cóż, do zobaczenia.

Zaczęłam odkładać słuchawkę.

- Czekaj, co mam powiedzieć Ericowi?!

- Cóż, powiedz mu po prostu prawdę.

- Wiesz, że to go rozgniewa.

W głosie Pam bynajmniej nie dosłyszałam przerażenia. Brzmiał raczej radośnie.

- No cóż, to jego problem - odparłam, może trochę dziecinnie, lecz tym razem naprawdę się rozłączyłam.

Wiedziałam jednak, że gniew Erica będzie z pewnością nie tylko jego problemem, lecz także moim.

Miałam paskudne wrażenie, że zrobiłam poważny krok w walce z Erikiem. Nie miałam pojęcia, co się teraz stanie. Kiedy poznałam szeryfa Piątej Strefy, spotykałam się jeszcze z Billem. W owym czasie Eric pragnął wykorzystać mój niezwykły talent. Zmuszał mnie do posłuszeństwa, raniąc Billa. Gdy zerwałam z Billem, Ericowi zabrakło środków przymusu - do czasu, aż potrzebowałam przysługi. A wtedy dostarczyłam mu najpotężniejszą możliwą amunicję - informację, że to ja zastrzeliłam Debbie Pelt. Nie miało znaczenia to, że właśnie Eric ukrył jej ciało i samochód, zresztą w miejscu, którego nie potrafił sobie przypomnieć. Zarzuty wystarczyłyby do zrujnowania mi reszty życia, nawet gdyby nie udowodniono mi winy. Nawet gdybym potrafiła zmusić się do kłamstwa.

Kiedy wykonywałam swoje obowiązki w barze do końca zmiany, odkryłam, że zastanawiam się, czy Eric naprawdę ujawniłby mój sekret. Gdyby powiedział policji, co zrobiłam, musiałby przecież przyznać się i opowiedzieć o swoim udziale, prawda?

W drodze do kontuaru zatrzymał mnie detektyw Andy Bellefleur. Andy'ego i jego siostrę Portię znam, odkąd pamiętam. Są ode mnie starsi o kilka lat, ale chodziliśmy do tych samych szkół i dorastaliśmy w tym samym mieście. Podobnie jak mnie, w dużym stopniu ich wychowała babcia. Cóż, detektyw i ja dogadujemy się raz lepiej, raz gorzej. A obecnie, od kilku miesięcy, Andy spotyka się z młodą nauczycielką, Halleigh Robinson.

Dziś wieczorem Bellefleur chciał mi zdradzić pewną tajemnicę i poprosić o przysługę.

- Słuchaj, ona zamierza zamówić talerz polędwiczek - oznajmił bez wstępów.

Zerknęłam na stolik, chcąc się upewnić, że Halleigh siedzi zwrócona plecami do mnie. Tak było.

- Zanim przyniesiesz nam jedzenie, ukryj w nim to.

Wepchnął mi w dłoń małe aksamitne pudełko. Pod nim był banknot dziesięciodolarowy.

- Jasne, Andy, nie ma sprawy - powiedziałam z uśmiechem.

- Dzięki, Sookie - odparł i odwzajemnił się prostym, a równocześnie osobliwie stremowanym uśmiechem.

Andy miał rację. Kiedy podeszłam do ich stolika, Halleigh rzeczywiście zamówiła talerz polędwiczek.

- Daj dodatkowe frytki - powiedziałam naszej nowej kucharce, kiedy przekazywałam ich zamówienie.

Chciałam więcej frytek dla lepszego kamuflażu. Kucharka odwróciła się jednak od rusztu i obrzuciła mnie piorunującym spojrzeniem. Na tym stanowisku w "Merlotcie" mieliśmy wcześniej prawdziwą mieszaninę ludzką - mężczyzn i kobiety różniących się wiekiem, kolorem skóry i preferencjami seksualnymi. Raz pracował tu nawet wampir. Nasza obecna kucharka była Murzynką w średnim wieku i nazywała się Callie Collins. Była gruba, tak gruba, że nie wiedziałam, jak wytrzymuje, stojąc przez kilka godzin w rozgrzanej kuchni.

- Dodatkowe frytki?! - spytała takim tonem, jak gdyby nigdy wcześniej nikt u niej czegoś takiego nie zamówił. - Hmm... Klienci otrzymują dodatkową porcję frytek, gdy za nią zapłacą, a nie dlatego, że są twoimi przyjaciółmi.

Może Callie jest taka cięta, ponieważ pamięta dawne, złe czasy, kiedy osoby czarnej i białej rasy chodziły do oddzielnych szkół, miały osobne poczekalnie, osobne wodotryski z wodą pitną i tak dalej. Ja nie pamiętałam takich objawów rasizmu i nie miałam ochoty podczas każdej rozmowy z kucharką znosić jej humorów związanych z bagażem nieprzyjemnych doświadczeń.

- Ale oni zapłacili dodatkowo - skłamałam, nie chcąc wykrzykiwać wyjaśnień przez okienko, ponieważ ktoś mógł mnie usłyszeć.

Wrzuciłam dolara z mojego napiwku do kasy, płacąc za dodatkową porcję frytek. Mimo że czasem dochodziło między nami do nieporozumień, dobrze życzyłam Andy'emu i jego nauczycielce. Dziewczyna, która zgodzi się zostać żoną wnuka Caroline Bellefleur, zasługuje na moment romantyzmu.

Kiedy Callie zawołała, że mam do odbioru talerz polędwiczek, pośpieszenie podeszłam do okienka. Wsunięcie małego pudełka pod frytki okazało się trudniejsze, niż sobie wyobrażałam. Musiałam to zrobić dyskretnie i szybko. Zadałam sobie pytanie, czy Andy przewidział, że aksamit się zatłuści, stanie się śliski i słony. Och, no cóż, to nie był mój romantyczny gest, lecz Andy'ego.

Poszłam do ich stolika z tacą i radosną miną. Kiedy podawałam posiłek, Andy musiał ostrzec mnie wzrokiem, żebym przybrała bardziej obojętny wyraz twarzy. Przed Bellefleurem stało już piwo, a przed jego dziewczyną kieliszek z białym winem. Halleigh nie piła zbyt dużo, jak przystało na nauczycielkę pracującą w szkole podstawowej. Odwróciłam się natychmiast po postawieniu talerzy; nawet zapomniałam zapytać, czy goście życzą sobie czegoś jeszcze, co powinna zrobić dobra kelnerka.

Chociaż odeszłam, byłam ciekawa. Mimo że bardzo się starałam nad sobą panować, nie mogłam się powstrzymać i stale zerkałam na parę. Andy siedział jak na szpilkach, a wsłuchawszy się w jego myśli, wiedziałam, że jest bardzo poruszony. Naprawdę nie był pewien, czy Halleigh przyjmie jego oświadczyny, i zastanawiał się nad sprawami, które mogą jej się nie spodobać. Cóż, był od niej prawie dziesięć lat starszy, wykonywał niebezpieczny zawód...

Nie przeoczyłam momentu, w którym dziewczyna znalazła pudełko. Może nie postąpiłam zbyt subtelnie, podsłuchując jej myśli w tamtej chwili, ale prawdę powiedziawszy, zrobiłam to bezwiednie, nie do końca zdając sobie sprawę ze swojego czynu. Chociaż zazwyczaj starannie blokuję umysł przed napływem myśli innych osób, z łatwością potrafię, że tak powiem, zajrzeć w głowy ludziom, jeśli tylko podejrzewam, że znajdę tam coś interesującego. Zawsze żywiłam też przekonanie, że mój dar jest raczej przekleństwem niż dobrodziejstwem, więc uważam, że czasem mogę mieć dzięki niemu trochę przyjemności.

Stałam plecami do nich, sprzątając sąsiedni stolik, chociaż powinnam pozostawić to zadanie pomocnikowi. Tak czy owak, byłam dostatecznie blisko, by wszystko słyszeć.

Halleigh przez długą chwilę milczała zaskoczona.

- W moich frytkach jest jakieś pudełko - stwierdziła w końcu, starając się mówić cicho, obawiała się bowiem, że wywołując zamieszanie, może zdenerwować Sama.

- Wiem - przyznał się Bellefleur. - Jest ode mnie.

Wówczas zrozumiała. Myśli w jej głowie zaczęły szaleć i wiedziałam, że jest przejęta i podniecona.

- Och, Andy - szepnęła.

Najprawdopodobniej właśnie wtedy otworzyła pudełko. Bardzo nad sobą panowałam, usiłując się powstrzymać przed odwróceniem głowy i spojrzeniem na nich.

- Podoba ci się?

- Tak, jest piękny.

- Będziesz go nosiła?

Zapadło milczenie. Wyczuwałam, że Halleigh jest ogromnie zdezorientowana. Niby strasznie się cieszyła, jednak z drugiej strony odczuwała niepokój.

- Tak, pod jednym warunkiem - odparła powoli.

Andy był w szoku. Nie wiem, jakiej odpowiedzi się spodziewał, lecz na pewno nie takiej.

- Jakim? - spytał bardziej jak gliniarz niż jak kochanek.

- Musimy mieć własny dom.

- Co takiego?!

Znowu go zaskoczyła.

- Jak podejrzewam, pewnie zawsze zakładałeś, że nawet po ślubie nadal będziesz mieszkał w domu rodzinnym, wraz z babcią i siostrą. Wasz dom jest wspaniały, a twoja babcia i Portia to cudowne kobiety... - To było taktowne. Brawo, Halleigh! - Ale widzisz, ja chciałabym mieć własny dom - zakończyła łagodnie, zyskując tym mój szczery podziw.

Wtedy, niestety, musiałam naprawdę od nich odejść i zająć się gośćmi przy innych stolikach. Ale podczas napełniania kufli piwem, zbierania pustych talerzy i odnoszenia otrzymanych pieniędzy do kasy wciąż przepełniał mnie podziw dla odwagi Halleigh, ponieważ posiadłość Bellefleurów to najświetniejsza rezydencja w Bon Temps. Większość młodych kobiet dałaby sobie uciąć palec albo i dwa, żeby zamieszkać w tej posiadłości, szczególnie że duży, stary dom został niedawno w znacznym stopniu przeprojektowany i odnowiony dzięki funduszom otrzymanym od tajemniczego nieznajomego... Tym nieznajomym był w rzeczywistości Bill, który odkrył, że Bellefleurowie są jego potomkami. Wiedział, że nie przyjęliby pieniędzy od wampira, więc wymyślił "tajemniczy spadek". Fortel udał się doskonale i Caroline Bellefleur wydawała rzekomą spuściznę z zapałem równym temu, z jakim Andy potrafi pochłonąć cheeseburgera.

Bellefleur zjawił się obok kilka minut później. Zaczepił mnie, gdy zmierzałam do stolika Sida Matta Lancastera, więc stary prawnik musiał trochę poczekać na zamówionego hamburgera i frytki.

- Sookie, muszę wiedzieć - syknął Andy nachalnie, choć bardzo cicho.

- Co wiedzieć? - spytałam, spłoszona jego natarczywością.

- Czy Halleigh mnie kocha?

Czuł się poniżony, że mnie o to pyta. Andy jest człowiekiem dumnym, więc pragnął się upewnić, że Halleigh nie wychodzi za niego dla jego sławnego nazwiska czy rodzinnego domu, tak jak wcześniej bywało w przypadku innych kobiet, co ze smutkiem odkrywał. Cóż, teraz usłyszał, że Halleigh nie chce rezydencji. Jeśli naprawdę się kochają, zamieszkają we dwoje w małym, skromnym domku.

Nikt nigdy nie zażądał ode mnie takiej informacji. Po wszystkich tych latach, podczas których pragnęłam, by ludzie mi uwierzyli i dobrze pojęli naturę mojej dziwacznej umiejętności, dowiedziałam się, że wreszcie ktoś traktuje mnie poważnie i... wcale mnie to nie cieszyło. Ale Andy czekał na odpowiedź, której nie mogłam mu odmówić. Bo Bellefleur należał do najbardziej upartych osób, jakie spotkałam w życiu.

- Kocha cię tak bardzo jak ty ją - zapewniłam go, a wtedy puścił moje ramię.

Ruszyłam do stolika Sida Matta. Kiedy zerknęłam za siebie, dostrzegłam, że Andy wciąż na mnie patrzy.

Przetraw to sobie, Bellefleur, pomyślałam, a następnie trochę się zawstydziłam.

Tyle że, gdyby nie chciał znać prawdy, nie powinien mnie pytać.

***

Coś kręciło się po lesie otaczającym mój dom.

Od razu po przyjeździe z pracy byłam gotowa pójść do łóżka i włożyłam starą koszulę nocną. Bardzo lubię ten moment wieczoru. Koszula sięga mi do kolan, jest niebieska i na tyle ciepła, że nie muszę narzucać na nią szlafroka, więc chodzę w niej po domu. Właśnie myślałam, czyby nie zamknąć okna kuchennego, gdyż marcowe noce są jeszcze dość chłodne; myjąc naczynia, wsłuchiwałam się w odgłosy nocy, a powietrze wypełniały chóry żab i owadów.

Nagle dźwięki, które sprawiają, że noc wydaje się równie przyjazna i ruchliwa jak dzień, ucichły.

Przerwałam zmywanie i znieruchomiałam z dłońmi zanurzonymi w wodzie z płynem. Wyjrzałam w ciemność, lecz niczego nie zauważyłam, za to uprzytomniłam sobie, jak bardzo jestem widoczna, gdy tak stoję w oknie z rozsuniętymi firankami. Podwórze było oświetlone reflektorami, lecz za drzewami, które otaczały polanę, ciągnął się mroczny i nieruchomy las.

Coś tam było! Zamknęłam oczy i próbowałam wyczuć intruza, i rzeczywiście odkryłam pewien rodzaj aktywności mózgowej. Ale myśli natręta nie były dla mnie całkowicie czytelne, toteż nie mogłam określić, z kim lub czym mam do czynienia.

Przemknęło mi przez głowę, czyby nie zatelefonować do Billa, ale dzwoniłam już do niego kiedyś w podobnej sytuacji, czyli gdy martwiłam się o własne bezpieczeństwo, i nie mogłam pozwolić, by weszło mi to w nawyk. Hmm, a może po lesie krążył właśnie Bill? Czasami włóczył się po nocy, a od czasu do czasu przychodził sprawdzić, co u mnie słychać. Popatrzyłam tęsknie na aparat telefoniczny, który wisiał na ścianie na końcu kontuaru. (No cóż, to znaczy... tam, gdzie będzie kontuar, kiedy kuchnia zostanie ukończona). Mój nowy telefon był bezprzewodowy. Mogłabym chwycić go i wraz z nim wycofać się do sypialni, skąd zadzwoniłabym do Billa w sekundę, gdyż jego numer zarejestrowałam pod klawiszem szybkiego wybierania. Jeśli Bill odbierze, będę wiedziała, że powinnam zacząć się martwić, ponieważ to nie on jest w lesie.

Ale gdyby Bill był w domu i odebrał, natychmiast by tu przybiegł. Usłyszałby mój spanikowany krzyk, w rodzaju: "Och, Billu, proszę cię, przyjdź tutaj i mnie uratuj! Nie wiem, co robić, i jedyne, co mi przyszło do głowy, to telefon do dużego, silnego wampira, który pośpieszy mi z odsieczą!".

Przyznałam się przed sobą, że właściwie wiem, że obserwatorem w lesie nie jest Bill. Przecież wykryłam aktywność mózgu. Gdyby wśród drzew znajdował się Bill lub inny wampir, w ogóle bym go nie wyczuła. Tylko dwukrotnie wcześniej dotarł do mnie jakiś subtelny sygnał z wampirzego mózgu - były to nagłe, krótkotrwałe błyski.

A przy telefonie znajdowały się tylne drzwi... których nie zamknęłam na klucz!

Gdy sobie to uświadomiłam, nic na świecie nie mogło mnie zatrzymać przy zlewie. Natychmiast dopadłam drzwi, wybiegłam na tylny ganek, zasunęłam zasuwkę na szklanych drzwiach, po czym wskoczyłam z powrotem do kuchni i zamknęłam na klucz duże drzwi drewniane.

Dodatkowo zasunęłam zasuwę i oparłam się o drzwi. Tyle że... Lepiej niż ktokolwiek inny wiedziałam, jak nieskuteczne bywają drzwi i zamki. Dla wampira nie istnieją fizyczne bariery, lecz musi on otrzymać jednoznaczne zaproszenie do wejścia. Dla wilkołaka z kolei drzwi mają większe znaczenie, ale za to sforsowanie ich nie stanowi zbytniego problemu; istoty te są tak niewiarygodnie silne, że potrafią wejść wszędzie, gdzie, cholera, zechcą. Podobnie inni zmiennokształtni.

Hmm, po co w ogóle zamykam drzwi mojego domu?!

Mimo to, poczułam się o niebo lepiej odseparowana od osobnika w lesie, kimkolwiek był, dwiema parami zamkniętych drzwi. Co do frontowych - wiedziałam, że są zamknięte na klucz i rygiel, gdyż nie otwierałam ich od kilku dni. Rzadko miewam gości, a sama zazwyczaj wchodzę i wychodzę tylnymi.

Podkradłam się ponownie do okna, starannie je zamknęłam i zaciągnęłam zasłonki. Tak, zrobiłam wszystko, co mogłam, by zwiększyć własne bezpieczeństwo. Wróciłam do naczyń. Nogi mi drżały, więc musiałam oprzeć się o krawędź zlewu i na koszuli nocnej natychmiast pojawił się pasek wilgoci. Zmusiłam się jednak i zmywałam dalej - dopóki wszystkie umyte naczynia nie znalazły się w suszarce, a zlew nie był czysty i wytarty.

Potem zastygłam i przez jakiś czas uważnie nasłuchiwałam odgłosów otoczenia. W lesie jednak wciąż panowała cisza. Wyostrzyłam wszystkie zmysły, ale nie miałam już poczucia, że wśród drzew ktoś się kręci. Nie otrzymywałam teraz tego słabego sygnału, który tak bardzo mnie wcześniej zdenerwował. Istota, kimkolwiek była, odeszła.

Siedziałam w kuchni jeszcze przez jakiś czas, ciągle maksymalnie skoncentrowana, aż wreszcie wróciłam do zwykłych zajęć. Gdy myłam zęby, moje serce biło już w normalnym tempie, a kiedy kładłam się do łóżka, zdołałam niemal przekonać samą siebie, że tam, w cichym, ciemnym lesie nic się nie stało. Ponieważ jednak zawsze staram się być wobec siebie szczera, doskonale wiedziałam, że jakieś stworzenie grasowało wśród otaczających mój dom drzew. I że stworzenie to było większe i straszliwsze niż na przykład szop pracz.

Na szczęście, dość szybko po zgaszeniu światła przy łóżku ponownie usłyszałam chóry żab. Delektowałam się tymi niczym nieprzerywanymi dźwiękami normalności, aż wreszcie zasnęłam.