Sookie Stackhouse. (#5). Martwy jak zimny trup - Charlaine Harris


Reflow text when sidebars are open.
Wiedziałam, że mój brat zmieni się w pumę, na długo zanim to się stało. Kiedy jechaliśmy do odizolowanej od świata społeczności Hotshot, Jason w milczeniu obserwował zachód słońca. Miał na sobie stare ciuchy, a w ręku trzymał reklamówkę z Wal-Martu, wypełnioną rzeczami, których mógłby potrzebować, takimi jak szczoteczka do zębów czy czysta bielizna. Garbił się w wielkiej kurtce panterce i patrzył prosto przed siebie. Rysy twarzy miał napięte, ponieważ usilnie starał się zapanować zarówno nad strachem, jak i podnieceniem.
- Włożyłeś do kieszeni komórkę? - spytałam i natychmiast przypomniałam sobie, że już przedtem zadałam mu to samo pytanie.
Jason jednak nie wytknął mi tego, lecz tylko skinął głową.
Pora była popołudniowa, lecz pod koniec stycznia zmierzch zapada wcześnie.
Dziś wieczorem księżyc po raz pierwszy w nowym roku wejdzie w fazę pełni.
Kiedy zatrzymałam samochód, brat odwrócił się do mnie i mimo przyćmionego światła dostrzegłam w jego oczach zmianę. Nie były już błękitne, tak jak moje, ale żółtawe. Zmieniły również kształt.
- Moja twarz jest jakaś dziwna - powiedział.
Co oznaczało, że wciąż nie kojarzył faktów.
W zapadającym mroku maleńka osada Hotshot wydawała się cicha i wymarła. Zimny wiatr szalał na pustych polach, a sosny i dęby drżały w jego lodowatych porywach. Zauważyłam tylko jednego człowieka. Stał przed małym domem, tym świeżo otynkowanym. Oczy miał zamknięte, brodatą twarz uniesioną ku ciemniejącemu niebu. Calvin Norris poczekał, aż Jason wysiądzie z mojego starego auta; dopiero wtedy podszedł i pochylił się przy moim oknie. Otworzyłam je.
Złotozielone oczy Calvina były tak zdumiewające, jakimi je zapamiętałam, poza tym mężczyzna kompletnie niczym się nie wyróżniał. Krępy, siwawy, mocnej budowy - wyglądał jak setki innych facetów, których widywałam w barze "U Merlotte'a". Tylko te oczy!
- Dobrze się nim zaopiekuję - zapewnił mnie Norris.
Jason stał za nim, odwrócony do mnie plecami. Powietrze wokół niego wyglądało specyficznie - jakby wibrowało.
W całej tej sprawie Calvin Norris niczym nie zawinił. Nie on ugryzł mojego brata i zmienił go na zawsze.
Calvin był pumołakiem i taki się urodził. To była jego natura.
Zmusiłam się do powiedzenia:
- Dziękuję ci.
- Odwiozę go do domu rano.
- Przywieź go do mnie, bardzo cię proszę. Jego pikap stoi pod moim domem.
- Świetnie zatem. Dobrej nocy.
Znów zadarł głowę, a ja poczułam, że cała tutejsza społeczność czeka za drzwiami i oknami, aż odjadę.
Więc odjechałam.
Jason zastukał w moje drzwi o siódmej następnego ranka. Ciągle trzymał reklamówkę z Wal-Martu, ale widziałam, że nic z niej mu się nie przydało. Twarz miał posiniaczoną, ręce podrapane. Nie odezwał się. Na moje pytanie, jak się miewa, popatrzył tylko bez słowa, po czym minął mnie, przeszedł przez salon i ruszył korytarzem. Wszedł do łazienki i zamknął za sobą drzwi stanowczo i głośno. Sekundę później usłyszałam odgłos płynącej wody i westchnęłam ciężko. Chociaż z Hotshot pojechałam do pracy i do domu wróciłam zmęczona około drugiej nad ranem, nie spałam zbyt dużo.
Zanim Jason opuścił łazienkę, usmażyłam mu jajka na bekonie. Zadowolony usiadł przy starym stole w kuchni - wyglądał jak zwyczajny człowiek podczas znanych sobie i lubianych czynności. Jednakże, gdy spojrzał na talerz, od razu zerwał się na równe nogi, pobiegł z powrotem do łazienki i zatrzasnął za sobą drzwi. Słyszałam, że długo wymiotował.
Bezradna wyszłam na dwór, wiedząc, że brat woli zostać w domu sam, po chwili jednak wróciłam do kuchni i wyrzuciłam jedzenie do kosza. Wstydziłam się takiego marnotrawstwa, ale nie potrafiłabym się zmusić do zjedzenia.
Kiedy Jason wrócił, poprosił jedynie o kawę. Był chorobliwie blady i miałam wrażenie, że chodzenie sprawia mu ból.
- Nic ci nie jest? - spytałam, niepewna, czy zdoła mi odpowiedzieć.
Nalałam kawy do kubka.
- Nie - odparł po dłuższej chwili, jak gdyby musiał najpierw zastanowić się nad odpowiedzią. - To było najbardziej niesamowite doświadczenie w moim życiu.
Przez chwilę myślałam, głupia, że mówi o wymiotach w łazience, ale przecież na pewno zdarzały mu się takie sytuacje wcześniej. Jako nastolatek dość często popijał z kumplami, aż odkrył, że czas spędzony nad muszlą klozetową nie jest przeżyciem ani estetycznym, ani przyjemnym.
- Przemiana - zasugerowałam nieśmiało.
Kiwnął głową. W ręku trzymał kubek z gorącą, mocną, czarną kawą, która parowała prosto w jego twarz. Spojrzał mi w oczy. Jego znów były niebieskie i zwyczajne.
- To naprawdę niezwykłe uczucie - tłumaczył. - Ale ponieważ tę cechę otrzymałem z powodu ugryzienia, a nie z racji urodzenia, nigdy nie będę prawdziwą pumą, taką jak tamci. - Usłyszałam w jego głosie ton zazdrości. - Chociaż i tak było zadziwiająco. Czułem w sobie magię, moje kości zmieniły kształt i przystosowały się, widziałem wiele rzeczy inaczej. Jesteś bliżej ziemi i chodzisz w zupełnie inny sposób, właściwie, cholera, biegasz, tak naprawdę biegasz. Możesz ścigać...
I głos mu zamarł.
Wcale nie chciałam znać dalszej historii.
- Więc nie jest aż tak źle? - upewniłam się i splotłam dłonie.
Jason był jedynym członkiem rodziny, jaki mi pozostał, nie licząc pewnego kuzyna narkomana, który od wielu lat żył w swoim świecie.
- Nie, nie jest aż tak źle - zgodził się ze mną, siląc się na uśmiech. - Dopóki jesteś zwierzęciem, jest wspaniale. Wszystko wydaje się takie proste. Dopiero kiedy wracasz do ludzkiej postaci, zaczynasz się martwić o mnóstwo rzeczy.
Czyli że Jason nie miał skłonności samobójczych. Nie był nawet przygnębiony. Odetchnęłam głęboko, zdawszy sobie sprawę, że wstrzymywałam powietrze. Z pomocą innych zmiennokształtnych mój brat poradzi sobie w nowej sytuacji. Wszystko będzie dobrze.
Poczułam niemal niewiarygodną ulgę, jak gdyby wreszcie udało mi się wyjąć coś, co boleśnie i na długo utkwiło mi między zębami albo w bucie. Przez wiele dni, a może raczej tygodni niepokoiłam się o niego i teraz ta obawa zniknęła. Oczywiście, przynajmniej z mojego punktu widzenia, życie Jasona jako pumołaka nie będzie wolne od trosk. Jeśli poślubi zwyczajną kobietę, ich dzieci będą normalne, jeżeli jednak ożeni się ze zmiennokształtną ze społeczności Hotshot, będę miała bratanków i bratanice raz na miesiąc zmieniające się w zwierzęta. Na szczęście, dopiero po okresie dojrzewania, dzięki czemu i one, i ciotka Sookie, będą mogły przygotować się na ten pierwszy raz.
Szczęśliwym trafem Jasonowi zostało do wykorzystania sporo urlopu i mógł dziś w ogóle nie pojawić się w okręgowym wydziale dróg. Ja jednak musiałam wieczorem pojechać do pracy. Gdy brat oddalił się swoim pikapem, położyłam się z powrotem do łóżka, w dżinsach i podkoszulku, a po pięciu minutach już spałam. Ulga to niezły środek nasenny.
Po przebudzeniu prawie o godzinie piętnastej musiałam od razu wstać i przygotować się do pracy w "Merlotcie". Jaskrawe słońce lśniło na bezchmurnym niebie i było jedenaście stopni Celsjusza, co sprawdziłam na specjalnym termometrze. Taka temperatura nie jest niczym niezwykłym w północnej Luizjanie w styczniu. Po zachodzie słońca zrobi się chłodniej, a Jason znów się przemieni... Wtedy jednak będzie nosił futro, chociaż nie na całym ciele, ponieważ jest tylko pół człowiekiem, pół kotem, czym różni się od zwykłych pum. Wyjdą na polowanie. W lasach otaczających osadę Hotshot, która leży w najdalszym zakątku gminy Renard, znowu nie będzie dziś bezpiecznie.
Kiedy jadłam, brałam prysznic i składałam pranie, przemykały mi przez głowę dziesiątki pytań, na które pragnęłam poznać odpowiedzi. Zastanawiałam się, czy zmiennokształtni zabijają ludzi, jeśli natkną się na nich w lesie. I jak dużo ludzkiej świadomości zachowują, gdy przybierają postać zwierzęcą? Czy jeśli spłodzą dziecko jako pumy, urodzi im się kocię czy ludzkie niemowlę? Co się dzieje z ciężarną pumołaczycą podczas pełni księżyca? Interesowało mnie, czy Jason zna już odpowiedzi na te wszystkie pytania. A może Calvin podał mu tylko podstawowe informacje?
Cieszyłam się jednak, że nie wypytałam brata dziś rano, gdyż teraz wszystko było dla niego jeszcze nowe. Będę przecież miała wiele lepszych okazji na zaspokojenie ciekawości.
Po raz pierwszy od Nowego Roku myślałam o przyszłości. Symbol pełni księżyca w moim kalendarzu wreszcie przestał straszyć mnie jako potencjalny koniec jakiegoś okresu naszego życia; obecnie był tylko jednym z oznaczników upływającego czasu. Kiedy wkładałam strój kelnerki (czarne spodnie, biały podkoszulek z krótkim rękawem i dekoltem w łódkę oraz czarne reeboki), prawie zakręciło mi się w głowie z radości. Przynajmniej tym razem zostawiłam włosy rozpuszczone, zamiast ściągnąć je w tył i związać w koński ogon. Uszy przyozdobiłam jasnoczerwonymi kolczykami, usta pomalowałam szminką w identycznym odcieniu. Podkreśliłam nieco oczy, policzki musnęłam różem i byłam gotowa do wyjścia.
Ubiegłej nocy zaparkowałam samochód za domem, toteż najpierw sprawdziłam dokładnie, czy na tylnym ganku nie czają się jakieś wampiry, i dopiero wtedy wyszłam, zatrzasnęłam za sobą drzwi i zamknęłam je na klucz. Zaskakiwano mnie wcześniej i nie było to przyjemne uczucie. Chociaż dopiero niedawno zapadł zmrok, niektóre osobniki mogły się już obudzić. Japończycy, którzy wynaleźli syntetyczną krew, na pewno nie spodziewali się, że dzięki jej dostępności wampiry opuszczą świat legend i wkroczą do naszego. Japończycy próbowali po prostu zarobić na sprzedaży sztucznej krwi prywatnym pogotowiom ratunkowym i szpitalnym oddziałom pomocy doraźnej. Niestety, w ten sposób bezwiednie, lecz nieodwracalnie zmienili nasz świat.
Skoro mowa o wampirach (choć raczej o nich myślałam, niż mówiłam), zadałam sobie pytanie, czy Bill Compton jest w domu. Wampir Bill był moim pierwszym kochankiem, a nasze posiadłości oddziela jedynie cmentarz. Mój dom i jego znajdują się przy drodze gminnej na obrzeżach małego miasta o nazwie Bon Temps i na południe od baru, w którym pracuję. Ostatnio Bill sporo podróżował. Dowiadywałam się, że wrócił, tylko wówczas, jeśli akurat wpadł do "Merlotte'a", co praktykował co jakiś czas, aby pobyć z tubylcami i wypić trochę ciepłej krwi grupy 0 Rh+. Bill lubił Czystą Krew, najdroższą odmianę japońskiej syntetycznej. Powiedział mi, że syntetyczna niemal całkowicie zaspokaja jego pragnienie świeżej, ludzkiej. Ponieważ na własne oczy widziałam, jak Bill wpada w szał i zaczyna pałać żądzą mordu, naprawdę dziękowałam Bogu za istnienie Czystej Krwi.
Czasami strasznie za Billem tęsknię...
Zbeształam się w myślach i powiedziałam sobie, że trzeba wziąć się w garść. Koniec kryzysu! Dość zmartwień! Dość strachu! Zwarta i gotowa do pracy! Dom spłacony! Pieniądze w banku! Same dobre rzeczy, same pozytywy.
Parking przed barem był pełen. Wiedziałam, że będę dziś wieczorem bardzo zajęta. Podjechałam pod tylne wejście dla personelu. Sam Merlotte, właściciel lokalu i mój szef, mieszka tam w bardzo ładnej, dużej przyczepie, przed którą jest nawet mały dziedziniec otoczony żywopłotem, stanowiącym jego ekwiwalent białego parkanu. Zamknęłam auto i weszłam drzwiami dla personelu, które prowadziły do korytarza z toaletami męską i damską, wielkim magazynem i biurem Sama. Schowałam torebkę i kurtkę do pustej szuflady biurka, włożyłam czerwone skarpetki, potrząsnęłam głową, burząc rozpuszczone włosy, pokonałam kolejne drzwi (które niemal zawsze były otwarte) i znalazłam się w głównej sali barowo-restauracyjnej. Ta nazwa nie oznacza, że nasza kuchnia oferuje cokolwiek więcej niż najprostsze dania: hamburgery, paluszki drobiowe, frytki, smażone krążki cebuli, sałatki (latem) i chili (zimą).
Sam był równocześnie barmanem i bramkarzem, a od czasu do czasu także gotował, ostatnimi czasy jednak mieliśmy szczęście do kucharzy, szczególnie że co jakiś czas sezonowa alergia mocno doskwierała Samowi i nie do końca sprawdzał się jako żywieniowiec. Nowa kucharka pojawiła się w odpowiedzi na ogłoszenie Sama akurat tydzień temu. Kolejni szefowie kuchni, niestety, nie wytrzymywali długo w "Merlotcie", ale miałam nadzieję, że Sweetie Des Arts trochę u nas popracuje. Zjawiała się codziennie punktualnie, dobrze gotowała i nigdy nie sprawiła pozostałym pracownikom żadnych kłopotów. Naprawdę niczego więcej nie pragnęliśmy. Nasz ostatni kucharz, mężczyzna, dał mojej przyjaciółce Arlene nadzieję, że jest tym jedynym (w jej przypadku byłby tym jedynym czwartym lub piątym), po czym ulotnił się pewnej nocy z serwisem Arlene, sztućcami i odtwarzaczem płyt kompaktowych. Jej dzieci były zdruzgotane - nie dlatego że pokochały kucharza, tylko brakowało im odtwarzacza.
Wchodząc do pomieszczenia wypełnionego hałasem i dymem papierosowym, poczułam się jakbym wkraczała do alternatywnego wszechświata. Wszyscy palacze siedzieli wprawdzie w zachodniej części sali, ale dym najwyraźniej nie wiedział, że powinien tam pozostać. Uśmiechnęłam się, weszłam za bar i poklepałam po ramieniu Sama, który z wprawą napełnił właśnie szklankę piwem i przesunął ją po ladzie w stronę gościa, po czym wstawił pustą pod kranik i cały proces zaczął się od początku.
- Co słychać? - spytał.
Sam wiedział wszystko o problemach Jasona, ponieważ towarzyszył mi tej nocy, gdy znalazłam brata uwięzionego w Hotshot w pewnej szopie na narzędzia. Ale musieliśmy uważać na słowa; wampiry wprawdzie ujawniły się publicznie, lecz zmiennokształtni i wilkołaki wciąż woleli pozostawać w ukryciu. Podziemny świat istot nadnaturalnych czekał, pragnąc zobaczyć, jak pójdzie wampirom, zanim inni ewentualnie podążą za ich przykładem.
- Lepiej, niż sądziłam.
Posłałam mu uśmiech, unosząc wzrok, chociaż niezbyt wysoko, gdyż Sam jest mężczyzną niedużym i szczupłym. A także silnym, choć na takiego nie wygląda. Jest po trzydziestce, przynajmniej tak sądzę, i ma dość długie rudawozłote włosy. Dobry z niego człowiek i wspaniały szef. Jest też zmiennokształtnym, więc czasem przemienia się w zwierzę, najczęściej w milutkiego owczarka collie o przepięknej sierści. Czasami przychodzi do mojego domu w tej postaci i wtedy pozwalam mu spać na dywanie w salonie.
- Nic mu nie będzie - dodałam.
- Cieszę się - odparł.
Nie potrafię czytać w myślach zmiennokształtnym tak łatwo jak zwykłym ludziom, umiem jednak powiedzieć, czy ich emocje są prawdziwe. Sam cieszył się moją radością.
- Kiedy wychodzisz? - spytałam.
Miał to nieobecne spojrzenie, które mi mówiło, że w myślach Sam już pędzi przez las, tropiąc oposy.
- Natychmiast gdy zjawi się Terry.
Uśmiechnął się do mnie ponownie, lecz tym razem uśmiech był trochę wymuszony. Merlotte robił się niespokojny.
Drzwi do kuchni znajdowały się tuż za barem na zachodnim krańcu i wsunęłam głowę do środka, żeby przywitać się ze Sweetie. Sweetie była kościstą brunetką po czterdziestce, która mocno się malowała jak na osobę przebywającą przez cały wieczór w kuchni, gdzie nikt jej nie widział. Wydawała się trochę bystrzejsza czy też może lepiej wykształcona niż wszyscy poprzedni kucharze Sama.
- W porządku, Sookie?! - zawołała, podrzucając na patelni hamburgera.
Stale kręciła się po kuchni i nie lubiła, gdy ktoś wchodził jej tam w drogę. Nastolatek, który jej pomagał, panicznie się jej bał i usiłował jej unikać, szczególnie gdy przechodziła od gorącej blachy do frytkownicy. Kuchcik przygotowywał talerze, mieszał sałatki i przywoływał nas przez okienko, gdy danie było gotowe.
Holly Cleary i jej najlepsza przyjaciółka Danielle pracowały już ciężko, toteż gdy weszłam, obie spojrzały na mnie z ulgą. Danielle obsługiwała część dla palących aż do zachodniej ściany, a Holly zazwyczaj pracowała na środku przed barem, tak więc, gdy byłyśmy we trzy, mnie przypadała część wschodnia.
- Chyba od razu powinnam zakasać rękawy - rzuciłam do Sweetie.
Posłała mi szybki uśmiech i odwróciła się do blachy. Przestraszony nastolatek, którego imienia nie pamiętałam, skinął mi głową i wrócił do ładowania zmywarki.
Chciałam, żeby Sam odwołał mnie na bok, nim zacznę obsługiwać gości. Właściwie mogłam przyjść trochę wcześniej. Zresztą, Sam i tak nie był dziś właściwie sobą. Zaczęłam sprawdzać stoliki w moim rewirze, donosząc świeże drinki, zbierając koszyki z chlebem, przyjmując zapłatę i wydając resztę.
- Kelnerka! Przynieś mi Czerwoną!
Głos zamawiającego był mi nieznany, a zamówienie niezwykłe. Czerwona była najtańszą wersją krwi syntetycznej i prosiły o nią tylko wampiry o najmłodszym stażu. Wyjęłam butelkę z oszklonej lodówki i wstawiłam do kuchenki mikrofalowej. Gdy krew się podgrzewała, badawczo przyglądałam się tłumowi w poszukiwaniu wampira. Okazało się, że siedzi w towarzystwie mojej przyjaciółki Tary Thornton. Nigdy wcześniej go nie widziałam, co mnie zaniepokoiło. Tara spotykała się jeszcze niedawno ze starszym wampirem (dużo starszym: Franklin Mott, gdy został nieumarłym, był dość wiekowym mężczyzną, a jako wampir przeżył ponad trzysta lat), który dawał jej bardzo drogie prezenty, takie jak na przykład chevrolet camaro. Co zatem robiła tutaj z nowym facetem? Franklina przynajmniej cechowały dobre maniery.
Postawiłam ciepłą butelkę na tacy i zaniosłam wampirowi. W nocy światło w "Merlotcie" nie jest szczególnie mocne, bo tak lubią nasi goście, toteż dopiero gdy podeszłam bardzo blisko, mogłam ocenić towarzysza przyjaciółki. Był szczupły, miał wąskie ramiona i włosy zaczesane w tył. Jego paznokcie były długie, rysy twarzy ostre. Przypuszczam, że w jakimś sensie był atrakcyjny - jeśli ktoś lubi sporą dawkę niebezpieczeństwa podczas seksu.
Postawiłam butelkę przed nim i zerknęłam niepewnie na Tarę. Wyglądała świetnie, zresztą jak zwykle. Tara jest wysoka, smukła, ciemnowłosa i nosi piękne ubrania. Miała naprawdę straszne dzieciństwo, ale teraz prowadzi własny sklep i jest prawdziwą bizneswoman. Niestety, odkąd związała się z bogatym wampirem, Franklinem Mottem, nie widujemy się zbyt często.
- Sookie - odezwała się - chciałabym ci przedstawić przyjaciela Franklina, Mickeya.
Nie miałam wcale wrażenia, że chce nas ze sobą poznać. W jej tonie raczej wyczułam żal, że to właśnie ja przyniosłam Mickeyowi napój. I chociaż jej szklanka była prawie pusta, Tara odmówiła, kiedy spytałam, czy chce nowego drinka.
Wymieniłam ukłony z wampirem. Wampiry nie ściskają sobie dłoni, przynajmniej niezbyt często. Mickey obserwował mnie, popijając krew z butelki. Patrzył na mnie nieprzyjaźnie niczym wąż. Jeśli był przyjacielem superwytwornego Franklina, to ja jestem Miss Luizjany. Pewnie jakiś pracownik, mniej więcej. Może ochroniarz? Ale po co Franklin zapewniałby Tarze ochronę?
Tara najwyraźniej nie mogła mówić przy nim szczerze, więc powiedziałam tylko: "Przyjdę później" i odniosłam zapłatę Mickeya do kasy.
Przez całą noc byłam zajęta, a w wolnych chwilach myślałam o moim bracie. Już drugą noc figlował pod księżycem z innymi pumołakami. Sam wypadł jak strzała niemal w tej samej sekundzie, w której przyszedł Terry Bellefleur, a jednak kosz na śmieci w jego biurze był pełen zgniecionych papierowych chusteczek. Mięśnie twarzy przez cały wieczór mój szef napinał z niecierpliwości.
To była jedna z tych nocy, podczas których zastanawiam się, jak to możliwe, że moje otoczenie jest tak kompletnie nieświadome istnienia całego innego świata tuż obok naszego. Tylko uparty ciemniak może ignorować magię, którą wyczuwam w powietrzu. Tylko zbiorowy brak wyobraźni może wyjaśniać fakt, że ludzie nie zadają sobie pytania, co kryje się w otaczającym ich mroku.
Chociaż, przypomniałam sobie, sama nie tak dawno byłam tak uparcie ślepa jak reszta bywalców "Merlotte'a". Nawet kiedy wampiry wydały starannie przemyślane oświadczenie, powiadamiając świat o swoim istnieniu, jedynie nieliczni przedstawiciele władz czy pojedynczy obywatele byli skłonni zrobić kolejny krok i zadać sobie pytanie: "Skoro wampiry istnieją, co jeszcze może się czaić w ciemnościach?".
Z ciekawości zaczęłam wsłuchiwać się w myśli otaczających mnie osób, szukając u nich lęku. Odkryłam, że większość klientów baru myśli o Mickeyu. Kobiety i niektórzy mężczyźni marzyli o bliższym kontakcie z nim. Nawet Portia Bellefleur, prawniczka-tradycjonalistka, pragnęła zająć się młodym wampirem. Zadziwiły mnie ich dumania. Mickey był przecież przerażający, więc mnie po prostu nie mógł pociągać. Ale miałam wiele dowodów, że inne osoby przebywające w barze wyznają zupełnie odmienne poglądy od moich.
Od dziecka potrafię czytać ludziom w myślach. Nie uważam tej umiejętności za przyjemny dar. Większości istot ludzkich naprawdę nie warto zaglądać do głowy. Ich myśli są nudne, odrażające, rozczarowujące i bardzo rzadko bywają zabawne. Dobrze, że Bill pomógł mi i nauczyłam się odcinać mentalnie od tego hałasu. Zanim udzielił mi kilku wskazówek, czułam się tak, jakbym nastawiła sto odbiorników radiowych na sto stacji równocześnie; jedne z nich słyszałam jasno i wyraźnie, inne były słabe i odległe, a jeszcze inne, na przykład myśli zmiennokształtnych, docierały z zakłóceniami i przeważnie były niezrozumiałe. Wszystkie razem tworzyły jedną wielką kakofonię. Nic dziwnego, że wielu znajomych traktowało mnie jak kretynkę.
Myśli wampirów za to w ogóle nie słyszę. Dlatego wampiry są takie wspaniałe, w każdym razie z mojego punktu widzenia. Dzieje się tak dlatego, że wampiry nie żyją, toteż ich mózgi również są martwe. Tylko raz na ruski rok wyłapię jakąś wampirzą myśl.
Shirley Hunter, szef mojego brata w okręgowym wydziale dróg, spytał mnie, gdzie jest Jason, gdy stawiałam dzban z piwem na jego stoliku. Shirleya wszyscy nazywali Sumem.
- Wiem tyle co ty - odparłam nieszczerze, a on puścił do mnie oko.
Najczęściej w takiej sytuacji pierwsza odpowiedź cisnąca się na usta brzmi "z kobietą", a druga myśl to "z inną kobietą". Mężczyźni siedzący przy stoliku z Sumem, wciąż ubrani w stroje robocze, roześmiali się głośniej, niż uzasadniałaby moja riposta, ale pewnie wypili już sporo piwa.
Wróciłam pospiesznie do baru, żeby odebrać trzy burbony z colą od Terry'ego Bellefleura, kuzyna Portii, który miał dziś sporo pracy. Terry, weteran wojny w Wietnamie, skąd wrócił z ranami na ciele i duszy, nieźle wytrzymywał stres tej ruchliwej nocy. Lubił proste prace, które wymagały skupienia. Siwiejące kasztanowe włosy związał w kucyk, a na jego twarzy malowała się koncentracja, gdy nalewał płyny z butelek. Drinki przyrządzał błyskawicznie, a kiedy stawiałam moje na tacy, uśmiechnął się do mnie. Uśmiech od Terry'ego to był rzadki prezent, toteż bardzo podniósł mnie na duchu.
Akurat gdy stawiałam tacę na prawym przedramieniu, rozpoczęły się kłopoty. Jakiś student politechniki luizjańskiej z Ruston wdał się w bójkę jeden na jednego z Jeffem LaBeffem, przedstawicielem zupełnie innej klasy społecznej, czyli, dokładnie mówiąc, konserwatywnym wsiokiem z Południa, który spłodził wiele dzieci, a na życie zarabiał, jeżdżąc śmieciarką. Możliwe zresztą, że te dwa uparciuchy po prostu o coś się pokłóciły i tak naprawdę burda nie miała wiele wspólnego z buntem intelektualisty (o ile tacy są w Ruston). W każdym razie, niezależnie od pierwotnych powodów kłótni, szybko odkryłam, że awantura zapowiada się na coś więcej niż pyskówkę.
Terry natychmiast usiłował interweniować. Wpadł szybko między Jeffa i studenta, i każdego z nich chwycił mocno za nadgarstek. Przez minutę sądziłam, że to wystarczy, lecz Bellefleur nie był już taki młody i wysportowany jak kiedyś, więc doszło do prawdziwej bitwy.
- Mógłbyś ich powstrzymać - warknęłam z wściekłością do Mickeya, gdy przebiegałam obok jego stolika w drodze do pokłóconych, których zamierzałam jakoś pogodzić.
Wampir rozsiadł się wygodnie na krześle i sączył krew.
- To nie moja robota - odrzekł bez mrugnięcia okiem.
Rozumiałam to, choć nie zaskarbił sobie tą reakcją mojej sympatii, szczególnie że student właśnie odwrócił się gwałtownie i zamierzył na mnie, ponieważ zachodziłam go od tyłu. Chybił, więc uderzyłam go w głowę pustą tacą. Zatoczył się na bok, z głowy pociekł mu strumyczek krwi, a wtedy Terry poskromił Jeffa LaBeffa, który szukał okazji do wyjścia.
Tego typu incydenty zdarzają się ostatnio coraz częściej, zwłaszcza podczas nieobecności Sama. Było dla mnie jasne, że powinniśmy zatrudnić bramkarza z prawdziwego zdarzenia, przynajmniej na weekendy i... na noce z księżycem w pełni.
Student odgrażał się, że wniesie sprawę do sądu.
- Jak się nazywasz? - spytałam.
- Mark Duffy - odparł, trzymając się za głowę.
- Skąd jesteś, Marku?
- Z Minden.
Natychmiast oceniłam jego strój, zachowanie i odczytałam myśli.
- Chętnie zadzwonię do twojej mamy i powiem jej, że zamierzyłeś się na kobietę - powiedziałam.
Chłopak zbladł i przestał mówić o pozwie, a wkrótce wyszedł wraz z kolegami. Zawsze dobrze jest znać najskuteczniejszą groźbę.
Również Jeffa zmusiliśmy do opuszczenia lokalu.
Terry wrócił na swoje miejsce za barem i zaczął przyrządzać kolejne drinki, ale nieznacznie utykał i wyglądał na zmęczonego, co mnie zmartwiło. Doświadczenia wojenne wciąż go nie opuszczały. A ja miałam dość kłopotów jak na jedną noc.
Tyle że noc była jeszcze młoda.
Jakąś godzinę po walce, do "Merlotte'a" weszła kobieta. Była zwyczajna i zwyczajnie ubrana - w stare dżinsy i kurtkę panterkę. Jej wysokie buty wyglądały zapewne pięknie, kiedy były nowe, ale od tamtej chwili minęło już sporo czasu. Nie miała torebki, ręce wcisnęła w kieszenie.
Był szereg wskazówek, które mnie poruszyły. Przede wszystkim, ta kobieta tu nie pasowała. Tutejsza mogłaby się tak ubrać, gdyby wyprawiała się na polowanie lub do zajęć gospodarskich, lecz nigdy by nie przyszła w takim stroju do "Merlotte'a". Na wieczorne wyjście do pubu większość mieszkanek Bon Temps specjalnie się szykowała. Czyli że ta kobieta była w pracy, chociaż na pewno nie pracowała jako prostytutka - z tych samych powodów.
A zatem chodziło o narkotyki.
Aby chronić bar w trakcie nieobecności Sama, wsłuchałam się w myśli nowej klientki. Ludzie nie myślą oczywiście pełnymi zdaniami, lecz przez głowę kobiety przelatywały mniej więcej takie stwierdzenia: "Zostały trzy fiolki, krew starzeje się, traci działanie, muszę ją sprzedać dziś wieczorem, żebym mogła pojechać do Baton Rouge i kupić więcej. Wampir jest w barze, jeśli mnie złapie z krwią wampirzą, umrę. Bon Temps to dziura, przy pierwszej okazji muszę wrócić do Baton Rouge".
Była zatem osuszaczką, a może jedynie pośredniczką. Wampirza krew jest najlepszym odurzającym narkotykiem na rynku, choć, ma się rozumieć, wampiry nie oddają jej dobrowolnie. Osuszanie wampira z krwi stanowi zajęcie niebezpieczne, co powoduje, że ceny zawierających ją maleńkich fiolek osiągają wprost niewiarygodnie wysokie sumy.
Co dostaje użytkownik za swoje pieniądze? To zależy od wieku krwi, to znaczy od czasu, jaki upłynął od pobrania jej od właściciela, wieku samego właściciela oraz cech użytkownika, ale bywa, że bardzo dużo - uczucie wszechmocy, wzrost siły fizycznej, doskonały wzrok i słuch. Oraz, co najważniejsze dla wszystkich Amerykanów, atrakcyjniejszy wygląd fizyczny.
A jednak wyłącznie idioci piją nabytą na czarnym rynku krew wampirzą. Po pierwsze, efekty są trudne do przewidzenia. Zresztą, zmienne są nie tylko skutki, lecz również czas ich trwania, mogą bowiem utrzymywać się przez okres od dwóch tygodni do dwóch miesięcy. Po drugie, niektóre osoby po prostu wpadają w szał, gdy krew wampira łączy się z ich krwią, a czasami jest to szał morderczy. Słyszałam o dilerach, którzy sprzedawali naiwniakom krew świńską lub skażoną ludzką. Najważniejszy jednak powód, dla którego należało unikać czarnorynkowej krwi, był taki, że wampiry nienawidziły zarówno osuszaczy, jak i ich klientów (powszechnie nazywanych krewkimi). A żaden człowiek nie chciał mieć przeciwko sobie wkurzonego wampira.
Tej nocy nie było "U Merlotte'a" żadnych policjantów, ani na, ani po służbie. Właściciel lokalu szalał gdzieś na czterech łapach. Wolałam nie zwracać się do Terry'ego, ponieważ nie wiedziałam, jak zareaguje. Coś jednak musiałam z tą babą zrobić!
Zazwyczaj próbuję nie mieszać się w żadne sytuacje, jeśli wiedzę o nich uzyskuję jedynie dzięki telepatii. Gdybym wtrącała się za każdym razem, gdy dowiem się czegoś, co ma wpływ na otaczające mnie osoby (na przykład, gdy odkryję, że urzędnik gminny sprzeniewierzył jakąś kwotę albo jeden z miejscowych detektywów bierze łapówki), nie miałabym życia w Bon Temps, a tu przecież jest mój dom. Nie mogłam jednak pozwolić tej chuderlawej na sprzedawanie trucizny w barze Sama.
Kobieta usadowiła się na pustym stołku i zamówiła piwo u Terry'ego, który przyjrzał jej się uważnie. Terry także uważał, że coś jest z nią nie tak.
Poszłam odebrać następne zamówienie i stanęłam obok niej. Powinna się wykąpać, a poza tym przebywała wcześniej w budynku ogrzewanym przez kominek, w którym palono drewnem. Zmusiłam się do dotknięcia jej, gdyż w ten sposób zawsze łatwiej czyta mi się w myślach istotom ludzkim. Gdzie była krew? W kieszeni kurtki. Świetnie.
Bez zbędnych ceregieli wylałam na nią zawartość szklanki z winem.
- Cholera! - warknęła, a potem zeskoczyła ze stołka barowego i bezskutecznie ścierała płyn z kurtki. - Jesteś najbardziej niezdarną kelnerką, jaką spotkałam w życiu!
- Przepraszam - oznajmiłam pokornie, odstawiając tacę na kontuar. Wymieniłam szybkie spojrzenia z Terrym. - Zaraz wyczyszczę plamę specjalnym środkiem.
Nie czekając na jej zgodę, zdjęłam z niej kurtkę. Zanim zrozumiała, co robię, i zaczęła się szamotać, trzymałam kurtkę w rękach. Rzuciłam ją Terry'emu.
- Proszę cię, posyp brudne miejsca sodą - powiedziałam. - I sprawdź, czy nie zamokło nic w kieszeniach.
Stosowałam już tę sztuczkę wcześniej. Miałam szczęście, że na dworze było zimno i kobieta trzymała fiolki w kurtce, a nie w kieszeni dżinsów. Wówczas musiałabym bardziej wysilić mózgownicę.
Pod kurtką kobieta nosiła bardzo stary podkoszulek z logo Dallas Cowboys. Zaczęła drżeć i zastanowiłam się, czy próbowała bardziej konwencjonalnych narkotyków. Terry posypał plamę sodą, a później, za moją radą, sięgnął do kieszeni. Popatrzył na swoją pełną dłoń z odrazą i usłyszałam brzęk, kiedy wrzucał fiolki do znajdującego się za kontuarem pojemnika na śmieci. Pozostałe przedmioty włożył do kieszeni kurtki.
Kobieta otworzyła usta, chcąc krzyknąć na Terry'ego, zdała sobie jednak sprawę, że tak naprawdę nie może tego zrobić. Bellefleur patrzył wprost na nią, prowokując ją do powiedzenia czegoś na temat utraconych fiolek z krwią. Ludzie wokół nas zerkali z zainteresowaniem. Wiedzieli, że coś się dzieje, chociaż nie mieli pojęcia co, ponieważ całe zdarzenie przebiegło bardzo szybko. Kiedy Terry był pewien, że kobieta nie zacznie krzyczeć, oddał mi kurtkę. Przytrzymałam ją, gdy jej właścicielka wsuwała ręce w rękawy, a wtedy Terry syknął:
- Nie przychodź tu więcej.
Pomyślałam, że jeśli będziemy wyrzucać gości w tym tempie, wkrótce bar opustoszeje.
- Jesteś wsiokiem i sukinsynem - odparowała.
Wszyscy otaczający nas klienci wstrzymali oddech (Terry był niemal równie nieprzewidywalny jak krewki).
- Nie obchodzi mnie, jak mnie nazwiesz - odburknął. - Ktoś taki jak ty nie może mnie obrazić. A teraz wynocha stąd.
Odetchnęłam z ulgą.
Kobieta przepchnęła się przez tłum do wyjścia. Wszyscy zgromadzeni w sali obserwowali, jak szła ku drzwiom, nawet wampir Mickey. Zauważyłam, że trzyma w rękach jakiś przedmiot, po czym uprzytomniłam sobie, że chyba zrobił jej zdjęcie telefonem komórkowym i teraz je wysyła. Byłam ciekawa do kogo. Zadałam sobie pytanie, czy kobieta dotrze dziś do domu.
Terry nie spytał, skąd wiedziałam, że ta zaniedbana kobieta ma w kieszeniach coś nielegalnego. To była kolejna niesamowita sprawa, jeśli chodzi o mieszkańców Bon Temps. Plotkowano o moich zdolnościach, odkąd pamiętam. W dzieciństwie rodzice ciągali mnie po lekarzach. A jednak, mimo naocznych dowodów, prawie wszyscy, których znałam, woleli traktować mnie jak głupią i dziwaczną młodą kobietę niż jak telepatkę. Ma się rozumieć, starałam się nie przypominać im o moich zdolnościach. I trzymałam gębę na kłódkę.
Terry zresztą musiał walczyć z własnymi demonami. Dostawał od państwa jakąś rentę, sprzątał też wcześnie rano bar oraz miał różne inne zajęcia. Zastępował Sama trzy, cztery razy w miesiącu. Nikt chyba nie wiedział, co robił z resztą czasu. Kontakty z ludźmi wyczerpywały, a takie noce jak dzisiejsza były dla niego wyjątkowo koszmarne.
Jakie to szczęście, że nie było go w "Merlotcie", gdy naprawdę rozpętało się tu piekło.
Początkowo myślałam, że wszystko wróciło do normy. Następnej nocy w barze panował znacznie większy spokój. Sam był na miejscu, rozluźniony i pogodny, a kiedy opowiedziałam mu o zdarzeniu z dilerką, pochwalił mnie za pomysłowość.
Tara nie przyszła, więc nie mogłam jej wypytać o Mickeya. Zresztą, co tak naprawdę mnie obchodził? To nie była moja sprawa, chociaż oczywiście martwiłam się o przyjaciółkę.
Jeff LaBeff wrócił zażenowany awanturą ze studencikiem. Sam dowiedział się o tym incydencie, ponieważ rozmawiał przez telefon z Terrym, i dał Jeffowi ostrzeżenie.
Andy Bellefleur, detektyw policji gminy Renard, czyli brat Portii, przyszedł z młodą kobietą, z którą się spotykał. Nazywa się Halleigh Robinson. Andy jest starszy ode mnie, a ja mam dwadzieścia sześć lat, Halleigh natomiast tylko dwadzieścia jeden - ledwie tyle, żeby bywać w "Merlotcie". Halleigh uczy w szkole podstawowej, jest tuż po college'u i jest naprawdę atrakcyjna - ma kasztanowe włosy sięgające płatków uszu, ogromne piwne oczy i dobrą figurę z ładnymi krągłościami. Spotykają się z Andym od około dwóch miesięcy i z tego co widziałam ich związek rozwija się w przeciętnym tempie.
W głębi duszy Andy uważał, że bardzo lubi Halleigh (chociaż trochę go nudziła), i chciał się z nią kochać. Halleigh z kolei sądziła, że Andy jest przystojnym światowcem i nawet podobała jej się odnowiona rodzinna posiadłość Bellefleurów, ale przypuszczała, że jeśli prześpi się z nim, detektyw szybko z nią zerwie. Nie cierpię wiedzieć o związkach miłosnych konkretnych osób więcej niż one same, jednak niezależnie od tego, jak bardzo się bronię, pewne szczegóły przeciekają i po prostu je znam.
Tej nocy, tuż przed zamknięciem, do baru weszła Claudine. Claudine ma metr osiemdziesiąt dwa wzrostu, czarne falujące włosy, które opadają jej na plecy, i bladą, niemal lekko siną skórę, która wygląda na cienką i lśni jak na śliwce. Jej stroje przyciągają uwagę. Dzisiejszego wieczoru nosiła kostium ze spodniami w kolorze terakoty, który ładnie leżał na jej ciele amazonki. Za dnia Claudine pracuje w dziale reklamacji dużego sklepu w centrum handlowym w Ruston. Żałowałam, że nie przyprowadziła ze sobą brata Claude'a. Jego widok stanowi ucztę dla oczu i lubię na niego patrzeć, choć raczej bez wzajemności.
Claude jest wróżem. Dosłownie. A Claudine, oczywiście, wróżką.
Pomachała do mnie nad głowami innych gości. Ja również do niej pomachałam i się uśmiechnęłam. W towarzystwie Claudine wszyscy są szczęśliwi, a ona pozostaje radosna, dopóki wokół niej nie ma wampirów. Claudine jest nieobliczalna i bywa zabawna, chociaż - jak wszystkie wróżki - kiedy się rozzłości, jest groźna niczym tygrys. Na szczęście, rzadko wpada w gniew.
Wróżki zajmują wyjątkowe miejsce w hierarchii stworzeń magicznych. Na razie nie wiem dokładnie, dlaczego tak jest, ale prędzej czy później na pewno odkryję tę prawidłowość.
Każdy mężczyzna w barze pożerał Claudine wzrokiem, a ona odpowiadała tym samym. Przez chwilę patrzyła na Andy'ego Bellefleura z rozmarzeniem w oczach, toteż Halleigh Robinson obrzucała ją piorunującym spojrzeniem, naprawdę jadowitym - do momentu, w którym przypomniała sobie, że jest słodką dziewczyną z Południa. Ale Claudine straciła zainteresowanie Andym, gdy odkryła, że funkcjonariusz pije herbatę mrożoną z cytryną. Wróżki nie lubią cytryn jeszcze bardziej niż wampiry czosnku.
Claudine dotarła wreszcie do mnie i uściskała mnie czule, ku zazdrości wszystkich mężczyzn w barze. Wzięła mnie za rękę i zaciągnęła do biura Sama. Szłam za nią z czystej ciekawości.
- Moja droga przyjaciółko - zagaiła - mam dla ciebie złe wieści.
- Co takiego?
Mój dobry nastrój w ułamku sekundy zmienił się w strach.
- Była strzelanina dziś nad ranem. Postrzelono jednego z pumołaków.
- O nie! Jason!
Dlaczego któryś z jego przyjaciół nie zadzwonił do mnie do pracy?
- Nie, nie, Sookie, twojemu bratu nic się nie stało. Postrzelono Calvina Norrisa.
Byłam w szoku. Jason mnie nie powiadomił i musiałam dowiadywać się tego od kogoś innego?
- Nie żyje? - spytałam, słysząc, że głos mi drży.
Nie byłam blisko z Calvinem - na pewno nie - a jednak wiadomość mną wstrząsnęła. Tydzień temu przecież śmiertelnie postrzelono nastolatkę nazwiskiem Heather Kinman. Co się dzieje w naszym Bon Temps?
- Otrzymał postrzał w pierś. Żyje, ale jest bardzo ciężko ranny.
- Leży w szpitalu?
- Tak, bratanice zawiozły go do Grainger Memorial.
Miasto Grainger znajdowało się dużo dalej na południe od Hotshot, lecz było do niego bliżej niż do okręgowego szpitala w Clarice.
- Kto to zrobił?
- Nie wiadomo. Ktoś postrzelił go wcześnie rano, gdy jechał do pracy. Wrócił do domu ze swojej... hmm... comiesięcznej przemiany i jechał do miasta na dyżur.
Calvin pracuje w Norcross.
- Jak się tego wszystkiego dowiedziałaś?
- Jeden z jego kuzynów przyszedł do sklepu po piżamy dla Calvina, ponieważ żadnej nie posiadał. Podejrzewam, że sypia na golasa - dodała. - Nie wiem, jak zamierzają włożyć piżamę na bandaże. Może tylko potrzebowali spodni...? Calvinowi na pewno nie spodobałaby się ta okropna szpitalna kiecka.
Claudine lubiła się rozgadać.
- Dzięki, że mi powiedziałaś - wtrąciłam.
Ciekawiło mnie, skąd kuzyn Calvina znał Claudine, ale nie zamierzałam pytać.
- W porządku. Uznałam, że chciałabyś wiedzieć. Heather Kinman również była zmiennokształtną. Pewnie nie miałaś o tym pojęcia. Przemyśl to.
Claudine pocałowała mnie w czoło - wróżki są bardzo uczuciowe - i wróciłyśmy do sali barowej. Naprawdę mnie zaskoczyła, choć sama zachowywała się jak zwykle. Zamówiła drinka 7 & 7 i równo w dwie minuty otoczyli ją zalotnicy. Wróżka nigdy nie wychodziła z żadnym z nich, lecz ich najwyraźniej bawił sam flirt. A Claudine pewnie syciła się ich podziwem i okazywaną uwagą.
Nawet Sam posyłał jej pełne zachwytu uśmiechy, zresztą i ona nie pozostawała mu dłużna.
Nim zamknęliśmy bar, Claudine wyszła i wróciła do Monroe, a wtedy przekazałam Samowi informacje o Norrisie. Opowieść przeraziła go równie mocno jak mnie. Chociaż Calvin Norris był przywódcą małej społeczności zmiennokształtnych z Hotshot, reszta świata znała go jako poważnego, spokojnego kawalera z własnym domem i dobrą pracą brygadzisty w miejscowym tartaku. Trudno było sobie wyobrazić powody, dla których ktoś próbował go zabić. Sam postanowił wysłać kwiaty od personelu baru.
Włożyłam płaszcz i wyszłam tylnymi drzwiami tuż przed Merlotte'em. Usłyszałam, że za mną szef zamyka lokal na klucz. Nagle przypomniałam sobie, że kończy nam się butelkowana krew, i odwróciłam się do Sama, by mu o tym powiedzieć. Dostrzegł to i znieruchomiał, cierpliwie czekając, aż się odezwę. W okamgnieniu jednak jego mina zmieniła się z wyczekującej w zaszokowaną, ciemnoczerwona plama zaczęła zabarwiać lewą nogawkę, i równocześnie dotarł do mnie odgłos wystrzału.
A potem krew była wszędzie, Sam Merlotte padł na ziemię, a ja zaczęłam krzyczeć.
Nigdy przedtem nie musiałam płacić za wstęp do "Fangtasii". Te kilka razy, kiedy wchodziłam głównym wejściem, towarzyszył mi jakiś wampir. Teraz jednak byłam sama i miałam dziwne wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą. Byłam wyczerpana po szczególnie długiej nocy - siedziałam w szpitalu aż do szóstej rano, a po powrocie do domu przespałam zaledwie kilka nerwowych godzin.
Pam przyjmowała opłaty za wejście i wskazywała klientom wolne stoliki. Nosiła długi, zwiewny, czarny strój, który zwykle wkładała, kiedy pełniła dyżur przy wejściu. Pam nigdy nie wygląda na szczęśliwą, gdy musi się przebierać, żeby przybrać wizerunek wampirzycy z legend. Była istotą z krwi i kości, czym się szczyciła. Gustowała raczej w pastelowych spodniach i lekkich mokasynach. Mój widok zaskoczył ją tak bardzo, jak tylko coś może zaskoczyć wampira.
- Sookie - zagaiła - byłaś umówiona z Erikiem?
Przyjęła ode mnie pieniądze, nawet nie mrugnąwszy okiem.
Naprawdę ucieszyłam się, gdy ją zobaczyłam. Żałosne, co? Nie mam wielu przyjaciół i cenię sobie tych nielicznych, których mam, nawet jeśli podejrzewam, że marzą o dopadnięciu mnie w ciemnej alejce, gdzie mogliby bezpiecznie ugryźć mnie w szyję.
- Nie, ale muszę z nim porozmawiać. Interesy - dorzuciłam pospiesznie.
Nie chciałam, by ktokolwiek myślał, że zabiegam o uwagę głównego ważniaka martwych ze Shreveport, nazywanego przez wampiry "szeryfem". Zrzuciłam nowiutki płaszcz w kolorze żurawinowym, złożyłam go starannie i przerzuciłam sobie przez ramię. Z kolumn dobiegał łagodny głos wieczornej didżejki o wdzięcznym imieniu Zwłoki Connie, prowadzącej program WDED, wampirzej radiostacji z Baton Rouge.
- A teraz piosenka dla wszystkich mętów, które grasowały i wyły w tym tygodniu... - mówiła. - Bad Moon Rising, stary przebój Creedence Clearwater Revival.
Zwłoki Connie nadawała najwyraźniej również dla zmiennokształtnych.
- Poczekaj przy barze, powiem mu, że tu jesteś - poleciła mi Pam. - Popatrz sobie na nowego barmana.
Barmani nie zagrzewali długo miejsca w "Fangtasii". Eric i Pam zawsze próbowali zatrudniać na to stanowisko jakąś barwną postać, gdyż egzotyczny barman przyciąga więcej turystów - ciekawskich istot ludzkich, które przybywały pełnymi autobusami, chcąc zasmakować innego świata. Barmani byli bardzo popularni, a jednak, z jakiegoś powodu, szybko ginęli.
Gdy zajęłam jeden z wysokich stołków barowych, nowy barman posłał mi uśmiech, błyskając śnieżnobiałymi zębami. Było na kim oko zawiesić. Miał gęste, sięgające ramion, mocno kręcone kasztanowe włosy oraz wąsy i brodę w stylu malarza Antona van Dycka. Lewe oko przesłonił czarną przepaską. Ponieważ twarz miał pociągłą i o wydatnych rysach, jego zarost natychmiast przykuwał spojrzenie. Mężczyzna był mniej więcej mojego wzrostu, czyli mierzył jakiś metr sześćdziesiąt siedem, nosił długą, czarną, artystowską koszulę, wyłożoną na czarne spodnie, oraz wysokie czarne kozaki. Miałam wrażenie, że brakuje mu jedynie bandany na głowie i pistoletu.
- Może papugę na ramię? - mruknęłam.
- Ach, droga pani, nie pani pierwsza podsuwa mi tę myśl. - Mówił niskim przyjemnym barytonem. - Ale wiem, że istnieją regulacje departamentu zdrowia, które zabraniają przebywać niezamkniętym w klatce ptakom w placówkach serwujących drinki. - Skłonił mi się tak nisko, jak pozwalała mu na to wąska przestrzeń za barem. - Mogę zaproponować pani jakiś napój i mieć zaszczyt poznania pani imienia?
Musiałam się uśmiechnąć.
- Oczywiście, sir. Nazywam się Sookie Stackhouse.
Wyczuł, że jestem inna. Wampiry niemal zawsze to wychwytują. Czyli że nieumarli zwykle mnie zauważają, a ludzie nie. Nieco paradoksalne jest to, że nie potrafię czytać w myślach właśnie tym stworzeniom, które uważają, że mój dar wyróżnia mnie spośród reszty rasy ludzkiej, podczas gdy ludzie wolą mnie uważać za chorą umysłowo niż przypisać mi jakieś niezwykłe zdolności.
Kobieta na stołku obok (karty kredytowe blisko limitu, syn cierpi na zaburzenia koncentracji) częściowo odwróciła się do mnie i słuchała. Była zazdrosna, szczególnie że przez ostatnie pół godziny bezskutecznie usiłowała przyciągnąć uwagę barmana. Zmierzyła mnie wzrokiem, starając się ustalić, z jakiej przyczyny wampir postanowił rozpocząć rozmowę właśnie ze mną. Moja osoba wcale nie zrobiła na niej wrażenia.
- Ogromnie mi miło, że mogę panią poznać, jasna panienko - powiedział barman gładko, a ja wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
No cóż, na pewno byłam "jasna" - w tym znaczeniu, że miałam blond włosy i niebieskie oczy. Wampir bacznie mi się przypatrywał, ale jako kelnerka byłam do tego przyzwyczajona. Przynajmniej nie gapił się po chamsku. A wierzcie mi, że kelnerki potrafią dostrzec różnicę między zwyczajną oceną a obleśną i jednoznaczną propozycją.
- Założę się o sporą sumkę, że nie jest panienką - wtrąciła moja sąsiadka.
Miała rację, lecz nie w tym rzecz.
- Musi być pani uprzejma dla innych gości - pouczył ją wampir z kolejną wersją uśmiechu.
Nie tylko nieznacznie wysunął kły, ale zauważyłam także krzywe (choć cudownie białe) zęby. Amerykańskie standardy dotyczące prostych zębów to przecież nowość.
- Nikt nie będzie mi mówił, jak się zachowywać - odparła kobieta agresywnie.
Była w ponurym nastroju, ponieważ wieczór nie rozwijał się tak, jak sobie zaplanowała. Sądziła, że łatwiej będzie zwabić jakiegoś wampira, mało tego - że każdy wampir uzna jej zainteresowanie jego osobą za szczyt szczęścia. Chciała, by ugryzł ją w szyję, gdyby tylko pokrył debet na jej kartach kredytowych.
Jawnie przeceniała znaczenie własnej osoby, nie doceniała natomiast wampirów.
- Przepraszam, proszę pani, ale skoro przebywa pani w "Fangtasii", mam prawo mówić jej, jak należy się tutaj zachowywać - odparował barman. Ustąpiła, gdyż poskromił ją spojrzeniem, a ja zadałam sobie pytanie, czy przy okazji jej nie oczarował. - Nazywam się - zwrócił się ponownie w moją stronę - Charles Twining.
- Miło mi pana poznać - odrzekłam.
- Coś do picia?
- Tak, poproszę. Piwo imbirowe.
Po spotkaniu z Erikiem musiałam przecież wrócić samochodem do Bon Temps.
Uniósł brwi, ale nalał mi napój do szklanki, którą postawił na serwetce przede mną. Zapłaciłam i wrzuciłam do słoiczka hojny napiwek. Na małej białej serwetce dostrzegłam symbol dwóch kłów oraz jedną czerwoną kroplę spadającą z prawego. Ach, te wykonane na zamówienie serwetki dla wampirzego baru. Nazwę lokalu wydrukowano krzykliwie czerwonym pismem na przeciwległym rogu serwetki, w tym samym stylu co napis przed wejściem do baru. Ślicznie. Sprzedawano tu także podkoszulki z witryny w narożniku oraz szklanki oznakowane identycznym logo. Pod symbolem był podpis: "Fangtasia. Bar wampirzy". W ostatnich kilku miesiącach wiedza Erica z zakresu reklamy i marketingu najwyraźniej niepomiernie wzrosła.
Czekając, aż Eric do mnie przyjdzie, obserwowałam Charlesa Twininga przy pracy. Był uprzejmy dla wszystkich, drinki przygotowywał szybko i nigdy się nie złościł. Jego technika podobała mi się dużo bardziej niż metody Chowa, poprzedniego barmana, przy którym goście lokalu zawsze mieli uczucie, że robi im łaskę, że w ogóle raczy przynieść drinka. Długi Cień, barman, który pracował tu przed Chowem, z kolei za bardzo lubił towarzystwo klientek, co nierzadko powodowało w barze konflikty.
Zatopiona w myślach nie zdawałam sobie sprawy, że Charles Twining stoi za barem tuż przede mną.
- Panno Stackhouse - powiedział nagle - wolno mi powiedzieć, że uroczo pani dziś wieczorem wygląda?
- Dziękuję, panie Twining - odrzekłam, dając się ponieść nastrojowi chwili.
Spojrzenie jedynego widocznego czarnego oka barmana sugerowało mi, że facet jest pierwszorzędnym draniem, i nie ufałam mu na tyle, by zbliżyć się do niego bardziej niż na bezpieczną dla mnie odległość, czyli pół metra. (Skutki mojego ostatniego zastrzyku krwi wampirzej już ustąpiły i stałam się na powrót normalną, słabą dziewczyną. Hej, nie jestem ćpunką - przyjęłam krew, ponieważ była to nadzwyczajna sytuacja wymagająca ode mnie dodatkowej siły!).
Nie tylko cechowałam się więc przeciętną dla dwudziestokilkuletniej kobiety wytrzymałością, ale także mój wygląd powoli stawał się zwyczajny; przestałam być wyjątkowo atrakcyjna dzięki wampirzej krwi. Nie wystroiłam się też dziś przesadnie, wolałam bowiem, by Eric nie myślał, że ubrałam się starannie właśnie dla niego. Z drugiej strony nie chciałam również wyglądać jak flejtuch, miałam więc na sobie błękitne dżinsy biodrówki i puszysty biały sweterek z długimi rękawami i dekoltem w łódkę. Był króciutki, sięgał ledwie talii, więc gdy szłam, było mi widać kawałek brzuszka. Ten brzuch nie był na szczęście biały jak mąka - dzięki wizycie w solarium, które mieściło się w wypożyczalni kaset wideo.
- Proszę, droga pani, mów mi Charles - oznajmił Twining, przyciskając rękę do serca.
Mimo zmęczenia roześmiałam się głośno. Teatralności tego gestu bynajmniej nie zmniejszał fakt, że serce Charlesa nie biło.
- Oczywiście - zgodziłam się grzecznie. - O ile będziesz mówił do mnie Sookie.
Przewrócił okiem, jak gdyby nie mógł zwalczyć napływu emocji, a ja ponownie się roześmiałam. W tym momencie Pam klepnęła mnie w ramię.
- Jeśli możesz oderwać się od swojego nowego kolegi, Eric jest teraz wolny.
Skinęłam głową Charlesowi i zeskoczyłam ze stołka, po czym podążyłam za wampirzycą. Ku mojemu zaskoczeniu nie poprowadziła mnie na tyły, do biura Erica, lecz do jednej z ław. Widocznie dziś wieczorem Eric pełnił dyżur w barze. Wszystkie wampiry ze strefy Shreveport musiały kilka godzin tygodniowo przesiedzieć w "Fangtasii", dzięki czemu turyści stale pragnęli tam bywać. Bar wampirzy bez prawdziwych wampirów długo by nie pociągnął. Eric dawał zatem dobry przykład swoim podwładnym, od czasu do czasu, lecz regularnie przesiadując w lokalu.
Zwykle szeryf Piątej Strefy wybierał środek sali, lecz dziś wieczorem zajął kanapę przy ławie w rogu. Obserwował mnie, gdy podchodziłam. Wiedziałam, że lustruje moje dżinsy, które były bardzo obcisłe, płaski brzuch oraz miękki, puszysty, biały sweter, który opinał mój duży, naturalny biust. Pomyślałam, że trzeba było włożyć najbrzydsze ciuchy. (Wierzcie, mam mnóstwo brzydkich ubrań w szafie). W dodatku nie powinnam przychodzić tu w żurawinowym płaszczu, który dostałam właśnie od Erica. Tak, należało zrobić absolutnie wszystko, by nie wyglądać dobrze z punktu widzenia wampira - taki miałam cel. Chyba nie do końca mi się udało.
Eric wysunął się zza ławy, wstał i się wyprostował. Eric jest wysoki, ma ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Długie jasne włosy opadały mu na plecy, niebieskie oczy błyszczały w bladej, wręcz białej twarzy. Eric ma wyraźne rysy twarzy - wydatne kości policzkowe i nieco kwadratową szczękę. Wygląda jak wiking-awanturnik, taki, który potrafił błyskawicznie splądrować niemałą wioskę. I pewnie kiedyś tym właśnie się zajmował.
Jak wspomniałam, wampiry nie podają sobie ręki, chyba że w nadzwyczajnych okolicznościach, zresztą nie oczekiwałam jakiegoś szczególnego powitania. A jednak Eric pochylił się nade mną i dotknął wargami mojego policzka, a później ponad miarę przedłużał pocałunek, jak gdyby dawał mi w ten sposób do zrozumienia, że pragnie mnie uwieść.
Nie pamiętał, że już wcześniej całował niemal każdy centymetr ciała Sookie Stackhouse. Że byliśmy ze sobą tak blisko, jak tylko może być mężczyzna z kobietą.
Eric po prostu niczego z tego okresu nie pamiętał. A ja wolałam, żeby tak zostało. No cóż, właściwie wcale tego nie chciałam, wiedziałam jednak, że tak jest lepiej.
- Jaki ładny lakier do paznokci - powiedział i uśmiechnął się.
Eric mówi z lekkim akcentem. Angielski to jego drugi język; hmm, co najmniej drugi, bo może i dwudziesty piąty.
Próbowałam nie odwzajemnić uśmiechu, ale jego komplement sprawił mi przyjemność. Spodobało mi się, że Eric zauważył u mnie nowy szczegół. Do niedawna nie zapuszczałam paznokci, a teraz pomalowałam je na piękny głęboki odcień czerwieni - właściwie na kolor żurawinowy, który pasował do płaszcza.
- Dziękuję - mruknęłam. - Jak się miewasz?
- Och, świetnie.
Uniósł jasne brwi.
Wampiry nie miewają kłopotów ze zdrowiem. Eric machnął ręką ku pustej kanapie naprzeciwko niego, toteż usiadłam.
- Panujesz nad wszystkim... bez problemów? - poprawiłam się.
Kilka tygodni wcześniej pewna czarownica spowodowała u Erica amnezję i minęło kilka dni, zanim odzyskał poczucie tożsamości. Na czas amnezji Pam ukryła go w moim domu, przed czarownicą, która rzuciła na niego czar. No i ulegliśmy żądzy... Wiele razy.
- To jak jazda na rowerze - odparł Eric, a ja wyostrzyłam słuch. (Chociaż równocześnie zastanawiałam się, kiedy wynaleziono rowery i czy Eric kiedykolwiek jeździł). - Dzwonił do mnie pan Długiego Cienia, Indianin imieniem... chyba Gorący Deszcz. Na pewno pamiętasz Długiego Cienia.
- Właśnie o nim myślałam - odrzekłam.
Długi Cień był pierwszym barmanem w "Fangtasii". Okradł Erica, lecz Eric go nie podejrzewał, toteż zmusił mnie do przesłuchania barmanek i innych ludzi pracujących w barze, aż odkryję sprawcę. Dwie sekundy przed dopadnięciem przez Długiego Cienia mojego gardła Eric zabił go tradycyjnym drewnianym kołkiem. Wywnioskowałam wtedy, że zabicie innego wampira to bardzo poważna sprawa i Eric musiał zapłacić za swój czyn wysoką grzywnę - wówczas nie wiedziałam komu, teraz natomiast byłam pewna, że pieniądze trafiły właśnie do kieszeni Gorącego Deszczu. Gdyby Eric zabił Długiego Cienia bez powodu, na pewno otrzymałby również inne kary dyscyplinarne. Wolałam ich nie znać. Niech pozostaną tajemnicą.
- Czego chciał Gorący Deszcz? - spytałam.
- Powiadomił mnie, że chociaż zapłaciłem cenę wyznaczoną przez sędziego, on nie jest usatysfakcjonowany.
- Chciał więcej pieniędzy?
- Nie sądzę. Uważał raczej, że rekompensata finansowa nie wystarczy. - Wzruszył ramionami. - Jeśli chodzi o mnie, sprawa jest załatwiona. - Eric wypił łyk krwi syntetycznej, rozparł się na kanapie i popatrzył na mnie w nieodgadniony sposób swymi niebieskimi oczyma. - Podobnie jak mój mały epizod z pamięcią. Kryzys minął, czarownice nie żyją, porządek wrócił na mój niewielki kawałek Luizjany. Co u ciebie?
- Och, jestem tu w konkretnej sprawie - oznajmiłam i przywołałam poważną minę.
- Co mogę dla ciebie zrobić, moja droga Sookie? - zapytał.
- Sam chce cię o coś spytać - odpowiedziałam.
- I przysyła ciebie z tym pytaniem. Jest bardzo sprytny czy bardzo głupi?
- Ani jedno, ani drugie - zapewniłam go, usiłując zapanować nad opryskliwym tonem. - Ma złamaną nogę. Właściwie złamał ją ubiegłej nocy. A dokładniej, został postrzelony.
- Jak to się stało? - Eric nadstawił uszu.
Wyjaśniłam. Zadrżałam, opowiadając, jak Sam i ja zostaliśmy we dwoje. I jak cicha była noc.
- Arlene właśnie opuściła parking. Pojechała do domu o niczym nie wiedząc. Nowa kucharka, Sweetie... również akurat się ulotniła. Ktoś strzelił do Sama z drzew na północnej ścianie parkingu.
Ponownie zadygotałam, tym razem ze strachu.
- Jak blisko byliście?
- Ach - szepnęłam i głos mi zadrżał. - Ja byłam naprawdę blisko. Ledwie odwróciłam się do... A potem on... Wszędzie była krew.
Twarz Erica stwardniała niczym marmur.
- Co zrobiłaś?
- Dzięki Bogu, Sam miał telefon komórkowy w kieszeni. Trzymałam jedną rękę na dziurze w jego nodze, a drugą wystukałam numer pogotowia.
- Jak się czuje?
- No cóż. - Wzięłam głęboki wdech i starałam się nad sobą panować. - Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę okoliczności - powiedziałam całkiem spokojnie. Byłam z siebie dumna. - Ale oczywiście nie będzie mógł pracować przez jakiś czas, podczas gdy... Tak wiele dziwnych rzeczy dzieje się w barze ostatnio... Nasz rezerwowy barman nie da rady pracować więcej niż kilka nocy w tygodniu. Terry jest trochę... chory.
- Więc o co prosi mnie Sam?
- Pyta, czy mógłby pożyczyć od ciebie jakiegoś barmana do momentu, aż noga pozwoli mu na powrót do pracy.
- Dlaczego prosi o to mnie, a nie przywódcę stada ze Shreveport?
Zmiennokształtni rzadko się organizują, wyjątek stanowią miejskie wilkołaki. Eric miał rację: byłoby znacznie logiczniej, gdyby Sam zwrócił się do pułkownika Flooda.
Spuściłam wzrok i zapatrzyłam się na swoje dłonie, którymi obejmowałam szklankę z piwem imbirowym.
- W Bon Temps ktoś strzela do zmiennokształtnych i do wilkołaków - tłumaczyłam.
Mówiłam bardzo cicho. Wiedziałam, że Eric mnie usłyszy mimo głośnej muzyki i rozmów w barze.
Dokładnie w tym momencie jakiś mężczyzna podszedł do naszej ławy. Był to młody żołnierz z bazy lotnictwa wojskowego Barksdale, która jest częścią rejonu Shreveport. (Zaszufladkowałam go natychmiast dzięki wymowie, sprawności fizycznej i przebiegającym obok kumplom, którzy wyglądali niemal jak klony). Żołnierz chwiał się na nogach przez długą chwilę, patrząc to na mnie, to na Erica.
- Hej, ty - powiedział do mnie i dźgnął moje ramię.
Uniosłam wzrok, godząc się z nieuniknionym stanem rzeczy. Niektóre osoby same proszą się o nieszczęście, zwłaszcza kiedy sobie wypiją. Ten dobrze zbudowany młody mężczyzna ostrzyżony na jeżyka był daleko od domu i postanowił się sprawdzić.
Mało czego nie lubię bardziej niż zwrotów typu "Hej, ty" i wbijania mi palca w ramię. Ale próbowałam spojrzeć na niego uprzejmie. Miał okrągłą twarz i wielkie ciemne oczy, małe usta i gęste ciemne brwi. Nosił czystą bluzę od munduru i wyprasowane spodnie khaki. Był dobrze przygotowany na konfrontację.
- Nie sądzę, żebym cię znała - zauważyłam łagodnie, starając się rozładować sytuację.
- Nie powinnaś siedzieć z wampirem - wytknął mi. - Żywe dziewczyny nie powinny się zadawać z martwymi.
Ile razy już to słyszałam? Jeszcze dzwonią mi w uszach tego rodzaju bzdury z czasów, kiedy spotykałam się z Billem Comptonem.
- A ty, Dave, powinieneś raczej wrócić do kolegów. Na pewno nie chcesz, żeby twoja mama odebrała telefon stąd i dowiedziała się, że zostałeś zabity podczas barowej bójki gdzieś w Luizjanie. Szczególnie w wampirzym barze, prawda?
- Skąd znasz moje imię? - spytał powoli.
- To chyba nie ma znaczenia, zgadza się?
Kątem oka zobaczyłam, że Eric kręci głową. Nie miał zwyczaju łagodnie rozwiązywać tego typu konfliktów.
Nagle Dave zaczął się uspokajać.
- Skąd tyle o mnie wiesz? - spytał bardziej opanowanym głosem.
- Miałam wizję - odparłam poważnie. - Potrafię odczytać numer prawa jazdy, które masz w spodniach.
Uśmiechnął się.
- Hej, może widzisz coś jeszcze w moich spodniach?
Odwzajemniłam się uśmiechem.
- Masz szczęście, Dave - powiedziałam niejednoznacznie. - Zrozum, przyszłam tutaj pogadać o interesach z tym facetem, więc gdybyś mógł nas zostawić...
- Okej, wybacz, ja...
- Nie ma sprawy - ucięłam.
Wrócił do pozostałych żołnierzy pewnym siebie krokiem. Byłam przekonana, że przekaże im mocno ubarwioną wersję naszej rozmowy.
Chociaż klienci baru usiłowali udawać, że nie przyglądają się zdarzeniu, które mogło doprowadzić do poważnej awantury, teraz, gdy Eric przesunął wzrokiem po gościach przy okolicznych stolikach, wszyscy jak jeden udawali nagle czymś zajętych.
- Zaczęłaś coś mówić, gdy tak niegrzecznie przerwano nam rozmowę - zauważył.
Nie pytając o moją zgodę, kelnerka przyniosła mi świeży napój i postawiła przede mną, zabierając pustą szklankę. Każdego, kto siedział z Erikiem przy jednym stoliku, traktowano tu wyjątkowo.
- Tak. Sam nie jest jedynym zmiennokształtnym, którego postrzelono ostatnio w Bon Temps. Kilka dni temu Calvin Norris otrzymał postrzał w pierś. Calvin jest pumołakiem. A jeszcze wcześniej zastrzelono Heather Kinman. Miała zaledwie dziewiętnaście lat i była lisołaczycą.
- Wciąż nie dostrzegam w tym niczego interesującego - oświadczył Eric.
- Ericu, zabito ją!
Nadal patrzył na mnie pytająco.
Zacisnęłam zęby i powstrzymałam się przed tłumaczeniem, jaką ładną dziewczyną była Heather Kinman. Dopiero co ukończyła liceum i podjęła swoją pierwszą pracę - jako ekspedientka w sklepie z artykułami biurowymi w Bon Temps. Piła akurat mrożony koktajl mleczny w "Sonic", gdy ktoś ją zastrzelił. Dziś technicy w laboratorium kryminalistycznym porównają kulę z nogi Sama z tą, która zabiła Heather, oraz z tą z piersi Calvina. Przypuszczałam, że kule będą identyczne.
- Próbuję wyjaśnić ci, dlaczego Sam nie chciał prosić o interwencję czy pomoc innego zmiennokształtnego ani wilkołaka - mruknęłam przez zaciśnięte zęby. - Sam uważa, że to mogłoby taką osobę narazić na niebezpieczeństwo. A w okolicy nie ma ani jednej istoty ludzkiej, która ma odpowiednie kwalifikacje na to stanowisko. Z tego względu poprosił mnie, żebym przyszła porozmawiać z tobą.
- Kiedy mieszkałem u ciebie w domu, Sookie... - zaczął.
Jęknęłam.
- Och, Ericu, przestań!
Wampira denerwowało, że nie pamięta, co przydarzyło mu się w okresie, gdy pozostawał we władzy czarów.
- Któregoś dnia sobie przypomnę - oznajmił niemal obrażonym tonem.
Kiedy przypomni sobie wszystko, będzie również pamiętał nasze miłosne igraszki.
Oraz kobietę, która czekała na mnie w kuchni ze strzelbą. Dowie się, że uratował mi życie, ponieważ przyjął przeznaczony dla mnie pocisk. I że zastrzeliłam napastniczkę, a on pozbył się ciała.
Zda sobie sprawę, że ma nade mną ogromną władzę. I to na zawsze.
Może także przypomni sobie, że zadurzył się we mnie tak bardzo, że zaproponował rezygnację ze wszystkich pełnionych funkcji i chciał żyć ze mną, w Bon Temps.
Wspomnienie o naszych rozkosznych nocach sprawiłoby mu przyjemność. Świadomość władzy nade mną na pewno też. Ale z tej ostatniej kwestii na pewno by się nie cieszył.
- Tak - odparłam cicho i spuściłam wzrok na swoje dłonie. - Któregoś dnia bez wątpienia wszystko sobie przypomnisz.
Stacja WDED nadawała starą piosenkę Boba Segera, Night Moves. Zauważyłam, że Pam wiruje bez skrępowania w samotnym tańcu. Jej nienaturalnie silne i zwinne ciało wyginało się i kręciło w sposób niedostępny dla człowieka.
Chciałabym zobaczyć, jak tańczy do muzyki granej na żywo przez wampiry. Och, powinniście posłuchać kiedyś zespołów wampirzych. Nigdy nie zapomnielibyście takiego przeżycia. Występują przede wszystkim w Nowym Orleanie i San Francisco, czasami w Savannah lub w Miami. Ale kiedy spotykałam się z Billem, przyprowadził mnie którejś nocy do "Fangtasii" na występ grupy, która później udawała się dalej na południe, właśnie do Nowego Orleanu. Główny wokalista grupy, która nazywała się Renfield's Masters, śpiewając balladę, płakał krwawymi łzami.
- Sam postąpił sprytnie, wysyłając cię do mnie - stwierdził Eric po długiej pauzie. Nic na to nie odpowiedziałam. - Mam kogoś takiego - dodał.
Poczułam ulgę i rozluźniłam mięśnie ramion. Skupiłam wzrok na swoich rękach i zrobiłam głęboki wdech. Kiedy zerknęłam na Erica, dostrzegłam, że rozgląda się po barze i patrzy na swoje wampiry.
Większość z nich spotkałam gdzieś w przelocie. Thalia miała długie czarne pukle spływające na plecy, a jej profil można by opisać jako klasyczny. Mówiła z silnym akcentem - sądziłam, że greckim; była też szybka i temperamentna. Wampirzyca Indira była maleńką Hinduską o sarnich oczach i z kropką między brwiami. Nikt nie traktował jej poważnie, dopóki sprawy nie zaczynały wymykać się spod kontroli. Maxwell Lee był Afroamerykaninem, który działał w bankowości inwestycyjnej. Chociaż był silny jak każdy wampir, preferował bardziej intelektualne rozrywki niż praca wykidajły.
- A może wyślę wam Charlesa?
Eric powiedział to niedbale, ale dobrze wiedziałam, że tylko udaje obojętność.
- Albo Pam - odrzekłam. - Albo kogoś innego, byle potrafił zapanować nad klientami.
Obserwowałam, jak Thalia zgniata w palcach metalowy kubek, by wywrzeć wrażenie na człowieku, który usiłował ją poderwać. Mężczyzna pobladł i szybko wrócił do stolika. Niektóre wampiry lubią towarzystwo ludzi, lecz Thalia wyraźnie do nich nie należała.
- Charles jest najmniej chimerycznym wampirem, jakiego spotkałem, chociaż przyznam, że nie znam go zbyt dobrze. Pracuje u nas od dwóch tygodni.
- Macie tu chyba spory ruch.
- Mogę ci go wypożyczyć. - Eric posłał mi wyniosłe spojrzenie, które mówiło całkiem wyraźnie, że tylko on decyduje, czym mają się zajmować jego pracownicy.
- Hmm... No dobra.
Klientom "Merlotte'a" bez wątpienia bardzo spodoba się pirat za barem, w następstwie czego na pewno zwiększą się dochody Sama.
- Oto warunki - ciągnął Eric, wbijając we mnie wzrok. - Sam dostarczy nieograniczoną ilość krwi dla Charlesa i znajdzie dla niego bezpieczną kryjówkę na dzień. Może chcesz zabrać go do swojego domu, tak jak przyjęłaś mnie?
- Nie mogłabym - odparłam z oburzeniem. - Nie prowadzę hotelu dla wędrownych wampirów.
W tle Frank Sinatra zaczął śpiewać półgłosem Strangers in the Night.
- Och, oczywiście, zapomniałem. Ale otrzymałaś przecież szczodrą zapłatę za mój pobyt.
Uderzył w czułą strunę. Rzeczywiście, tak było. Wzdrygnęłam się.
- Cóż, to był pomysł mojego brata - odrzekłam. Widziałam, że Ericowi płoną oczy, i mocno się zarumieniłam. Potwierdziłam jedynie jego podejrzenia. - Ale miał absolutną rację - dodałam z przekonaniem. - Dlaczego miałabym za darmo ukrywać u siebie wampira? Zresztą potrzebowałam pieniędzy.
- Wydałaś już te pięćdziesiąt tysięcy? - spytał bardzo spokojnie Eric. - Czy Jason poprosił o swoją część?
- Nie twój interes - odburknęłam głosem dokładnie tak ostrym i oburzonym, jak to sobie zamierzyłam.
Dałam Jasonowi tylko dwadzieścia procent tej kwoty. Właściwie nie poprosił, chociaż w mojej opinii jawnie oczekiwał udziału. Ponieważ potrzebowałam pieniędzy znacznie bardziej niż on, zatrzymałam więcej, niż pierwotnie zaplanowałam.
Nie miałam ubezpieczenia zdrowotnego, a Jasonowi, oczywiście, opłacała je gmina. Zaczęły mnie nawiedzać różne myśli: "Co będzie, jeśli zostanę kaleką? Co, jeśli złamię rękę albo będę musiała pójść na operację usunięcia wyrostka robaczkowego?". Nie dość, że nie będę mogła pracować, to dostanę jeszcze do zapłacenia rachunek ze szpitala. A w obecnych czasach każdy dzień pobytu w szpitalu jest niezwykle kosztowny. Wiem, co mówię, bo zapłaciłam kilka razy lekarzom podczas ubiegłego roku i te rachunki naprawdę obciążyły mój budżet.
Teraz ogromnie się cieszyłam z własnej zapobiegliwości. Zazwyczaj nie zastanawiam się nad przyszłością, ponieważ przywykłam żyć chwilą, z dnia na dzień. Ale postrzelenie Sama otworzyło mi oczy na pewne sprawy. Ostatnio myślałam o tym, jak bardzo potrzebuję nowego samochodu... hmm, to znaczy, nowego używanego samochodu. Uprzytomniłam sobie, jak strasznie wyblakłe są zasłonki w salonie i jak przyjemnie byłoby zamówić nowe ze sklepu JCPenney. Przemknęło mi nawet przez głowę, że byłoby zabawnie kupić sukienkę nie na wyprzedaży. Po wypadku Sama o wszystkich tych głupstwach natychmiast zapomniałam.
Kiedy Zwłoki Connie zapowiadała następną piosenkę (One of These Nights), Eric przyglądał mi się uważnie.
- Szkoda, że nie mam twoich zdolności i nie potrafię czytać ci w myślach - zauważył. - Bardzo chciałbym wiedzieć, nad czym dumasz. I chciałbym wiedzieć, dlaczego przywiązuję tak wielką wagę do twoich myśli.
Obrzuciłam go krzywym uśmiechem.
- Zgadzam się na te warunki: krew w dowolnej ilości i zakwaterowanie, chociaż niekoniecznie u mnie. Co z zapłatą?
Eric się uśmiechnął.
- Przyjmę zapłatę w naturze. Chcę, żeby Sam był mi dłużny przysługę.
Zadzwoniłam do mojego szefa z telefonu komórkowego, który mi pożyczył, i wyjaśniłam, jak mają się sprawy.
W głosie Sama słyszałam rezygnację.
- W barze jest pomieszczenie - powiedział - w którym wampir może sypiać. No dobrze... Czyli pokój, krew i przysługa. Kiedy może przyjechać?
Przekazałam pytanie Ericowi.
- Natychmiast. - Eric przywołał kelnerkę, ubraną w wydekoltowaną, długą, czarną suknię, jakie nosiły wszystkie kobiety pracujące w "Fangtasii".
(Powiem wam coś o wampirach: nie lubią obsługiwać gości przy stolikach. Zresztą, wcale nie sprawdzają się jako kelnerzy. Nie spotkacie też raczej wampira, który sprząta ze stołu. Nieumarli prawie zawsze zatrudniają w swoich lokalach do "brudniejszej" roboty ludzi).
Eric kazał dziewczynie przyprowadzić Charlesa. Kelnerka ukłoniła się, po czym dotknęła pięścią ramienia.
- Tak, panie - powiedziała.
Szczerze mówiąc, jej zachowanie wydało mi się po prostu wstrętne.
Tak czy owak, Charles przeskoczył kontuar i, podczas gdy klienci klaskali, zbliżył się do naszej ławy.
Skinął mi głową, po czym odwrócił się do Erica z uwagą, która powinna wydawać się służalcza, lecz zamiast tego wyglądała po prostu na zwyczajne zainteresowanie.
- Ta kobieta powie ci, co masz robić. Dopóki będziesz jej potrzebny, jest twoją panią. - Naprawdę nie mogłam rozszyfrować wyrazu twarzy Charlesa Twininga po poleceniu Erica. Wiele wampirów, mimo jednoznacznego rozkazu szefa, nie zgodziłoby się na pracę u człowieka.
- Nie, Ericu! - Byłam nieprzyjemnie zaskoczona. - Jeśli Charles ma przed kimś odpowiadać, to tym kimś powinien być Sam.
- Sam przysłał ciebie, więc ty będziesz wydawać Charlesowi polecenia.
Eric patrzył na mnie twardo. Wiedziałam z doświadczenia, że kiedy miał taką minę, lepiej było się z nim nie spierać.
Nie miałam pojęcia, jak rozwinie się sytuacja, czułam jednak, że nie wyniknie z tego nic dobrego.
- Wezmę kurtkę i mogę wyjść we wskazanym przez panią momencie - powiedział barman i ukłonił mi się tak dworsko i z taką galanterią, że poczułam się jak kretynka.
Wydukałam jakieś potwierdzenie i chociaż Charles wciąż zachowywał pokorną postawę, mrugnął do mnie. Odruchowo się uśmiechnęłam i poczułam dużo lepiej.
Z kolumn dobiegł głos Zwłok Connie:
- Hej, nocni słuchacze. Kontynuujemy dziesiątkę ulubionych kawałków nieumarłych, oto kolejny. - Rozległ się utwór Here Comes the Night, a Eric spytał, czy z nim zatańczę.
Spojrzałam na niewielki parkiet taneczny. Nikt nie tańczył. Mimo to... Przecież Eric na prośbę Sama pożyczył nam barmana i bramkarza w jednym. Powinnam okazać wdzięczność.
- Chętnie - odrzekłam grzecznie i wstałam zza ławy.
Eric podał mi dłoń, wzięłam ją, a wtedy drugą ręką objął mnie w talii.
Mimo różnicy wzrostu taniec całkiem nam się udał. Udawałam, że nie wiem, że wszyscy w barze na nas patrzą. Sunęliśmy zgodnie niczym po długich treningach. Skoncentrowałam wzrok na szyi Erica, żeby nie patrzeć mu w oczy.
W końcu piosenka się skończyła.
- Wiesz, Sookie, gdy cię obejmuję, mam wrażenie, że robiłem to już wielokrotnie.
Twardo, choć z ogromnym trudem wpatrywałam się w jego grdykę. Miałam straszną ochotę powiedzieć: "Obiecałeś, że będziesz mnie kochał i zostaniesz ze mną na zawsze".
- Chciałbyś - odburknęłam z werwą, zamiast się przyznać. Wypuściłam jego dłoń ze swojej natychmiast, gdy tylko mogłam, i wywinęłam się z uścisku. - Tak przy okazji, natknąłeś się kiedyś na wrednego wampira imieniem Mickey? - Eric znów chwycił moją rękę i ścisnął ją. - Au! - wyrwało mi się i wtedy mnie puścił.
- Był tutaj w ubiegłym tygodniu. Gdzie go spotkałaś? - spytał ostro.
- W "Merlotcie". - Byłam zdziwiona wrażeniem, jakie wywarło na Ericu moje pytanie. - O co chodzi?
- Co tam robił?!
- Pił Czerwoną i siedział przy stoliku z moją przyjaciółką Tarą. Pamiętasz ją? Widzieliście się w Klubie Martwych w Jackson...
- Wtedy była pod opieką Franklina Motta.
- Tak, byli parą. Nie rozumiem, po co kazał jej wyjść z Mickeyem. Miałam nadzieję, że może Mickey był tam tylko jako jej... hmm... ochroniarz albo ktoś w tym rodzaju. - Wzięłam płaszcz z kanapy. - Więc o co chodzi z tym facetem? - spytałam.
- Trzymaj się od niego z daleka. Nie rozmawiaj z nim, nie rozgniewaj go i nie staraj się pomóc przyjaciółce. Kiedy Mickey był tutaj, gawędził najczęściej z Charlesem. Charles powiedział mi, że to łobuz. Jest ponoć zdolny do... barbarzyństwa. Nie odwiedzaj na razie Tary.
Rozłożyłam ręce i poprosiłam o wyjaśnienie.
- Jest zdolny do rzeczy, których większość z nas by nie zrobiła - uściślił.
Popatrzyłam na niego zaszokowana i prawdziwie zmartwiona.
- Nie mogę po prostu zignorować kłopotów Tary. Nie mam tak wielu przyjaciół, żebym mogła niektórych poświęcić.
- Skoro Tara związała się z Mickeyem, sama się skreśliła - odparował brutalnie.
Wziął ode mnie płaszcz i przytrzymał, kiedy wsuwałam ręce w rękawy. Zapięłam guziki, a wtedy Eric pomasował mi ramiona.
- Ładnie na tobie leży - zauważył.
Nie trzeba było telepaty, by zgadnąć, że nie chciał dłużej rozmawiać o Mickeyu.
- Podziękowałam ci, prawda?
- Oczywiście. Bardzo... ach, stosownie.
Skinęłam głową, usiłując zasugerować, że to koniec tematu. Niestety, mój gest nie wystarczył.
- Ciągle się zastanawiam, czym twój stary płaszcz był taki poplamiony - mruknął Eric, a ja wbrew sobie zerknęłam mu w oczy. Przeklęłam się ponownie za tamtą nieostrożność. Kiedy Eric przyszedł mi podziękować za pobyt i opiekę, kręcił się po domu w czasie, gdy byłam zajęta, aż znalazł brudny płaszcz. - Co my zrobiliśmy, Sookie? I komu?
- To była kurza krew. Zabiłam kurczaka i ugotowałam go - skłamałam.
Kiedy byłam dzieckiem, wiele razy widziałam, jak moja babcia to robiła, lecz nigdy osobiście nie zabiłam kury.
- Sookie, Sookie. Wiem, kiedy mówisz bzdury - strofował mnie, kręcąc głową.
Tak bardzo mnie zaskoczył, że aż się roześmiałam. Uznałam, że na tym powinniśmy zakończyć. Widziałam, że Charles Twining stoi przy drzwiach wyjściowych. W rękach trzymał całkowicie współczesną watowaną kurtkę.
- Do zobaczenia, Ericu. I dzięki za barmana - powiedziałam takim tonem, jakby wampir pożyczył mi baterie paluszki albo szklankę ryżu.
Pochylił się i musnął mój policzek chłodnymi wargami.
- Jedź ostrożnie - poprosił. - I nie zbliżaj się do Mickeya. Muszę się dowiedzieć, dlaczego wkroczył na moje terytorium. Zadzwoń, jeśli będziesz miała jakieś problemy z Charlesem.
(Jeśli baterie nie będą działały albo w ryżu znajdę robaki).
Za Erikiem dostrzegłam tę samą kobietę, która zasugerowała, że z pewnością nie jestem dziewicą. Ciągle siedziała przy barze i najwyraźniej zastanawiała się, w jaki sposób przyciągnęłam do siebie uwagę wampira tak starego i przystojnego jak Eric.
Ja również często się nad tym zastanawiam.