Sookie Stackhouse. (#4). Martwy dla świata - Charlaine Harris

-
Proszę czekać

 

 

Liścik znalazłam na drzwiach, gdy wróciłam do domu z pracy. Miałam tego dnia w "Merlotcie" zmianę od lunchu do wczesnego wieczoru, ale że był koniec grudnia, zmierzch zapadał wcześnie. Widząc liścik, wiedziałam, że Bill, kiedyś mój chłopak - czyli Bill Compton, zwany przez większość stałych klientów baru Wampirem Billem - zostawił go nie dawniej niż godzinę temu. Bill nie wychodzi przecież na dwór przed zmrokiem.

Nie widziałam go od ponad tygodnia, a nie rozstaliśmy się w przyjaznej atmosferze. Gdy dotknęłam teraz koperty z moim imieniem, poczułam się naprawdę kiepsko. Przyszłoby wam do głowy, że chociaż skończyłam już dwadzieścia sześć lat, nigdy wcześniej nie miałam "byłego chłopaka"?

Cóż, taka jednak była właśnie prawda.

Normalni faceci nie chcą się umawiać z takimi dziwnymi dziewczynami jak ja. A przecież, odkąd zaczęłam chodzić do szkoły, ludzie mawiają, że jestem stuknięta.

I mają, niestety, trochę racji.

Nie powiem, podczas mojej pracy w barze od czasu do czasu któryś próbuje mnie obmacywać. Mężczyźni upijają się, a ponieważ wyglądam nieźle, zapominają o swoich obawach związanych z moją reputacją osoby dziwacznej i o moim osobliwym, stale obecnym uśmiechu.

Ale tylko Billa dopuściłam naprawdę blisko do siebie. Dlatego nasze zerwanie tak bardzo mnie zraniło.

Z otwarciem koperty czekałam, aż usiądę przy starym kuchennym stole o porysowanym blacie. Wciąż miałam na sobie płaszcz, zdjęłam jedynie rękawiczki.

Najdroższa Sookie,

chciałem przyjść pomówić z Tobą, kiedy nieco wydobrzejesz po przykrych wydarzeniach z ostatniego miesiąca.

"Przykrych wydarzeniach"?! Też coś! Sińce w końcu wprawdzie zbladły, lecz kolano nadal bolało mnie w chłodne dni i podejrzewałam, że już zawsze będzie mi doskwierało. Dodam, że wszystkie obrażenia odniosłam, ratując mojego niewiernego chłopaka uwięzionego przez grupę wampirów, wśród których znalazła się jego dawna flama, Lorena. Nie wiedziałam jeszcze, dlaczego Bill tak bardzo durzył się w owej Lorenie, że natychmiast odpowiedział na jej wezwanie i udał się do Missisipi.

Masz prawdopodobnie wiele pytań dotyczących tego, co się zdarzyło.

Cholerna racja!

Jeśli pragniesz pomówić ze mną osobiście, podejdź do frontowych drzwi i wpuść mnie.

O, rany! Tego nie przewidziałam. Rozmyślałam przez dobrą minutę i ostatecznie uznałam, że chociaż nie ufam już Billowi, nie wierzę również, by chciał mnie skrzywdzić. Wróciłam więc do frontowych drzwi, otworzyłam je i zawołałam:

- W porządku, wejdź!

Wyłonił się z lasu otaczającego polanę, na której stoi mój stary dom. Uprzytomniłam sobie, jak bardzo za nim tęskniłam.

Bill jest barczysty, lecz szczupły, dzięki życiu spędzonemu na uprawie ziemi położonej tuż obok mojej. Z kolei latom żołnierki w służbie konfederacji, aż do śmierci w roku 1867, zawdzięcza odporność i wytrzymałość. Nos Bill ma prosty jak młodzieńcy na greckich wazach, włosy ciemnokasztanowe i przycięte tuż przy czaszce, oczy równie ciemne. Wygląda dokładnie tak samo jak w dniu, w którym się poznaliśmy. I zawsze będzie tak wyglądał.

Zanim przekroczył próg, zawahał się, lecz nie wycofałam pozwolenia i usunęłam się, aby mógł przejść obok mnie. Wkroczył do utrzymanego w idealnym porządku salonu zastawionego starymi, wygodnymi meblami.

- Dziękuję - oznajmił typowym dla siebie chłodnym, opanowanym głosem, na dźwięk którego jak zwykle zalała mnie fala dzikiego pożądania. Ja i Bill mieliśmy różne problemy, ale w łóżku zawsze było nam wspaniale. - Chciałem ci wszystko powiedzieć, zanim wyjadę.

- A dokąd jedziesz?

Starałam się mówić tak spokojnie jak on.

- Do Peru. Z rozkazów królowej.

- Wciąż pracujesz nad swoją... hmm... bazą danych?

Niemal nic nie wiedziałam o komputerach, Bill jednak od dłuższego czasu intensywnie się uczył, toteż radził sobie świetnie.

- Tak. Muszę przeprowadzić tam pewne badania. Jeden bardzo stary wampir z Limy jest wręcz skarbnicą wiedzy o nieumarłych zamieszkujących jego kontynent. Spotkam się z nim, a później trochę pozwiedzam.

Walczyłam z impulsem zaproponowania mu butelki krwi syntetycznej. Wiedziałam, że gościnność jest cnotą.

- Usiądź - poprosiłam i kiwnęłam głową ku sofie. Sama przysiadłam naprzeciwko, na brzeżku starego fotela. Zapadło milczenie, które jeszcze dotkliwiej uświadomiło mi, jak bardzo jestem nieszczęśliwa. - Jak miewa się Bubba? - spytałam w końcu.

- Jest teraz w Nowym Orleanie - wyjaśnił Bill. - Królowa lubi mieć go przy sobie od czasu do czasu, a ponieważ w ubiegłym miesiącu kręcił się tutaj, uznaliśmy, że dobrze będzie wysłać go gdzie indziej. Niedługo wróci.

Gdybyście zobaczyli Bubbę, na pewno byście go rozpoznali. Każdy zna jego twarz. Niestety, gdy zmieniano go w wampira, nie wszystko poszło jak trzeba. Prawdopodobnie nieumarły przypadkowo pracujący w kostnicy, kiedy przywieziono Bubbę, powinien po prostu zignorować tlącą się w ciele maleńką iskrę życia. Ponieważ jednak był wielkim fanem piosenkarza, nie potrafił oprzeć się pokusie i teraz wampiry z Południa stale przekazują sobie Bubbę, a równocześnie próbują ukrywać go przed ludźmi.

Znowu zapadła cisza. Wcześniej planowałam zdjąć buty i strój kelnerki, włożyć mięciutki szlafrok i oglądać telewizję z kawałkiem pizzy "Freschetta" w ręku. To był skromny plan, lecz mój własny. Zamiast tego tkwiłam na krawędzi fotela i cierpiałam.

- Jeśli masz coś do powiedzenia, lepiej to powiedz - mruknęłam.

Skinął głową.

- Muszę ci wyjaśnić - zaczął. Blade ręce ułożył na kolanach. - Lorena i ja...

Mimowolnie wzdrygnęłam się. Nigdy więcej nie chciałam słyszeć tego imienia. Bill rzucił mnie przecież właśnie dla niej.

- Muszę ci to powiedzieć - upierał się prawie gniewnym tonem. Widział, że się skrzywiłam. - Daj mi szansę.

Po sekundzie machnęłam ręką, pozwalając mu kontynuować.

- Pojechałem do Jackson, kiedy mnie wezwała - ciągnął - ponieważ nie mogłem się powstrzymać.

Gwałtownie uniosłam brwi. Znałam podobne tłumaczenia. "Och, nie mogłem nad sobą zapanować" albo: "Wówczas sądziłem, że warto, i nie myślałem o niczym poza własnym rozporkiem".

- Bardzo dawno temu byliśmy kochankami. Eric twierdzi, że mówił ci, jak bardzo nietrwałe, choć intensywne są związki uczuciowe między wampirami. Nie powiedział ci jednak, że właśnie Lorena mnie stworzyła...

- Przeciągnęła cię na ciemną stronę? - spytałam, po czym ugryzłam się w język.

To nie był temat do żartów.

- Tak - przyznał Bill poważnie. - A potem zostaliśmy kochankami, co nieczęsto się zdarza.

- Ale zerwaliście...

- Tak, jakieś osiemdziesiąt lat temu nie mogliśmy już ze sobą wytrzymać. Od tamtej pory nie widziałem jej, chociaż oczywiście słyszałem o jej... uczynkach.

- No tak, jasne - odburknęłam.

- Nie mogłem jednak zignorować jej wezwania. Nie da się inaczej. Gdy stwórca wzywa, trzeba okazać posłuszeństwo - upierał się.

Skinęłam głową, usiłując okazać zrozumienie. Obawiam się, że nie byłam szczególnie przekonująca.

- Poleciła mi ciebie opuścić - wyjaśnił. Jego ciemne oczy intensywnie wpatrywały się w moje. - Powiedziała, że cię zabije, jeśli tego nie zrobię.

Powoli traciłam nad sobą panowanie. Usiłując się skupić, przygryzłam wewnętrzną stronę policzka, i to mocno.

- Zdecydowałeś więc sam, co jest najlepsze dla nas obojga.

- Musiałem - nalegał. - Musiałem wykonać jej rozkaz. I wiedziałem, że potrafiłaby cię skrzywdzić.

- No cóż, miałeś więc rację.

Lorena rzeczywiście bardzo się starała mnie skrzywdzić, czy raczej zabić. Na szczęście dopadłam ją pierwsza... Hmm, może miałam szczęście, ale się udało.

- A teraz już mnie nie kochasz - podsumował jedynie z lekką nutą zapytania w głosie.

Nie przyszła mi do głowy sensowna odpowiedź.

- Nie wiem - bąknęłam. - Nie sądziłam, że zechcesz do mnie wrócić. Ostatecznie... zabiłam twoją... matkę!

W moim tonie również pobrzmiewała lekka nuta zapytania, więcej jednak było w nim goryczy.

- Zatem musimy dać sobie trochę czasu - ocenił. - Kiedy wrócę, porozmawiamy znowu... Jeśli się zgodzisz. Całus na pożegnanie?

Wstydzę się przyznać, ale bardzo pragnęłam pocałować Billa. Wiem, że to był kiepski pomysł, i nawet samo pragnienie wydawało mi się niewłaściwe. Staliśmy przez chwilę, a potem szybko musnęłam ustami jego policzek. Blada skóra Billa lśniła lekką poświatą, która odróżnia wampiry od ludzi. Zdumiało mnie niegdyś odkrycie, że nie wszyscy ją widzą.

- Widujesz się z wilkołakiem? - spytał, odwracając się do mnie w drzwiach.

Odniosłam wrażenie, że spytał odruchowo.

- Z którym? - odparowałam, opierając się pokusie zatrzepotania rzęsami. Bill nie zasłużył na odpowiedź i wiedział o tym. - Kiedy wracasz? - spytałam z większą werwą, on natomiast spojrzał na mnie z niejaką zadumą.

- To nie jest pewne. Może za dwa tygodnie - odparł.

- Możemy wtedy porozmawiać - powiedziałam. Popatrzyłam w bok. - Chcę ci oddać klucze od twojego domu.

Wyjęłam je z torebki.

- Nie, proszę cię, zatrzymaj je u siebie - powiedział. - Może będziesz musiała wejść podczas mojej nieobecności. Wchodź, ilekroć zechcesz. Korespondencję odbiorę na poczcie po powrocie, wszystkie inne sprawy chyba już też załatwiłem.

Czyli że byłam ostatnią ze spraw do załatwienia. Przeklęłam się za złość, którą poczułam.

- Mam nadzieję, że bezpiecznie spędzisz podróż - oznajmiłam lodowato uprzejmym głosem i zamknęłam za nim drzwi.

Wróciłam do sypialni. Zamierzałam narzucić szlafrok i oglądać telewizję. Natychmiast zaczęłam wdrażać w życie ten plan.

A jednak, kiedy wkładałam do piekarnika pizzę, kilka razy musiałam zetrzeć z policzków łzy.

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przyjęcie noworoczne w barze "U Merlotte'a" wreszcie dobiegło końca. Mimo że właściciel baru, Sam Merlotte, poprosił cały personel o pomoc na tę noc, pracowałyśmy ostatecznie tylko we trzy - Holly, Arlene i ja. Charlsie Tooten oświadczyła, że jest za stara, by znosić sylwestrowy bałagan, Danielle już dawno temu postanowiła spędzić ten wieczór z chłopakiem na eleganckim przyjęciu, a nowa kelnerka miała zacząć pracę dopiero za dwa dni. Sądzę, że Arlene, Holly i ja potrzebowałyśmy pieniędzy bardziej niż dobrej zabawy.

Zresztą, ja osobiście nie otrzymałam żadnych zaproszeń na powitanie Nowego Roku. A podczas pracy w "Merlotcie" biorę przynajmniej udział w świętowaniu. Jestem tam "na swoim miejscu" i goście mnie akceptują.

Zamiatałam strzępki papieru i ponownie upomniałam siebie, że nie będę powtarzać Samowi, jak kiepskim pomysłem było konfetti. Już wcześniej wszystkie trzy dałyśmy naszemu szefowi to dość jasno do zrozumienia, a nawet dobroduszny Sam potrafi się czasem zdenerwować. Tak czy owak, nie byłoby w porządku zostawienie tych śmieci Terry'emu Bellefleurowi, chociaż do niego należało zamiatanie i mycie podłóg.

Merlotte liczył utarg i pakował pieniądze, które miał zawieźć do nocnego depozytu. Wyglądał na zmęczonego, lecz zadowolonego.

Otworzył klapkę telefonu komórkowego.

- Kenya? Jesteś gotowa eskortować mnie do banku? W porządku, widzimy się za minutę przy tylnych drzwiach.

Policjantka Kenya często jeździła z Samem w nocy, szczególnie z tak dużym utargiem jak dzisiejszy.

Ja również cieszyłam się z zarobionych pieniędzy. Otrzymałam dziś spore napiwki, może nawet ze trzysta dolarów albo i więcej. A potrzebowałam każdego centa. Z przyjemnością myślałam o liczeniu pieniędzy po powrocie do domu. O ile będę miała jeszcze dość sił. Hałas i chaos imprezy, ciągła bieganina z zamówieniami do barku i okienka kuchennego, straszliwy nieporządek, który musiałyśmy posprzątać, stała kakofonia myśli zgromadzonych osób... Wszystkie te elementy razem wzięte naprawdę mnie wyczerpały. Pod koniec przyjęcia byłam zbyt zmęczona, by chronić się przed napływem licznych myśli, więc wiele z nich do mnie dotarło.

Nie jest łatwo być telepatką. Najczęściej wcale nie jest zabawnie.

Tego wieczoru czułam się gorzej niż zazwyczaj. Nie tylko klienci, niemal wszyscy znani mi od wielu lat, w ogóle się nie hamowali, w dodatku mnóstwo facetów aż się paliło, by mi powiedzieć o nowinie, która jakoś do nich dotarła.

- Słyszałem, że twój chłopak poleciał do Ameryki Południowej - obwieścił sprzedawca samochodów, Chuck Beecham, ze złośliwym błyskiem w oczach. - Będziesz w domu bez niego okropnie samotna.

- Chcesz zająć jego miejsce, Chuck? - spytał siedzący obok niego przy barze mężczyzna, po czym obaj zarechotali.

Ach, ta męska solidarność.

- Nie, Terrell - odparował sprzedawca. - Nie mam ochoty na wampirze resztki.

- Bądź uprzejmy albo wyjdziesz - powiedziałam spokojnie.

Poczułam na plecach ciepło czyjegoś oddechu i wiedziałam, że ponad moim ramieniem patrzy na nich mój szef, Sam Merlotte.

- Kłopoty? - spytał.

- Właśnie zamierzali mnie przeprosić - wyjaśniłam, patrząc w oczy Chuckowi i Terrellowi.

Obaj spuścili wzrok i zapatrzyli się w kufle z piwem.

- Wybacz, Sookie - wymamrotał Chuck, a Terrell pokiwał głową na potwierdzenie.

Kiwnęłam im i odwróciłam się, by zrealizować inne zamówienie. A jednak udało im się mnie zranić.

Co było ich celem.

Aż zabolało mnie serce.

Byłam pewna, że większość mieszkańców naszego luizjańskiego Bon Temps nie ma pojęcia o mojej "separacji" z Billem. Wampir na pewno nie miał zwyczaju rozpowiadać o swoich sprawach osobistych, ja również nie. Arlene i Tara znały oczywiście trochę sytuację, ponieważ gdy dziewczyna zrywa z chłopakiem, musi przecież zwierzyć się najlepszym przyjaciółkom, nawet jeśli musi pominąć wszystkie interesujące szczegóły. (Ja na przykład opuściłam fakt, że zabiłam kobietę, dla której mój wampir mnie zostawił. O mało mi się nie wyrwało! Naprawdę). Więc każdy, kto mnie powiadamiał, że Bill wyjechał z kraju, zakładając, że jeszcze o tym nie wiem, był po prostu złośliwy.

Przed ostatnią wizytą Billa w moim domu widziałam go tylko przez chwilę, kiedy odwiozłam mu płyty i komputer, które u mnie ukrył. Pojechałam o zmroku, żeby urządzenie nie stało zbyt długo na frontowym ganku, wyładowałam cały sprzęt umieszczony w dużym wodoodpornym pudle i zostawiłam przy drzwiach. Bill wyszedł z domu akurat, gdy odjeżdżałam, lecz się nie zatrzymałam.

Zła kobieta oddałaby płyty szefowi Billa, Ericowi. A wiele typowych kobiet zatrzymałoby je u siebie wraz z komputerem i unieważniło zaproszenie dla Billa (i Erica) do wejścia. Powiedziałam sobie z dumą, że nie jestem ani złą, ani przeciętną kobietą.

Myśląc praktycznie, Bill mógłby po prostu zlecić komuś włamanie do mojego domu i wyniesienie sprzętu. Nie podejrzewałam go o coś takiego, wiedziałam jednak, że bardzo potrzebuje tych płyt i bez nich będzie miał kłopoty ze swoją szefową. Mam charakterek, gdy mnie ktoś sprowokuje, może nawet paskudny charakterek, nie jestem jednak mściwa.

Arlene często mi powtarza, że jestem zbyt miła, co nie może być dla mnie dobre; a przecież zapewniam ją, że wcale nie jestem taka sympatyczna. (Tara nigdy mi tego nie mówi. Może zna mnie lepiej?). Uprzytomniłam sobie, że w którymś momencie tego szalonego wieczoru Arlene mogła usłyszeć o wyjeździe Billa. I rzeczywiście, jakieś dwadzieścia minut po kpinach Chucka i Terrella przeszła przez tłumek i poklepała mnie po plecach.

- I tak nie potrzebowałaś tego zimnego drania - stwierdziła. - Co kiedykolwiek dla ciebie zrobił?

Pokiwałam słabo głową, chcąc pokazać, jak bardzo doceniam jej wsparcie. Ale wtedy goście z któregoś stolika zamówili dwa razy whisky z sokiem, dwa piwa i gin z tonikiem, toteż musiałam się pospieszyć, choć właściwie chętnie przerwałam rozmowę z przyjaciółką. Kiedy wszakże postawiłam napoje przed klientami, zadałam sobie to samo pytanie. Co Bill dla mnie zrobił?

Podałam dzbany z piwem gościom przy dwóch innych stolikach i dopiero wtedy zabrałam się za podsumowanie.

Bill pomógł mi odkryć seks, który naprawdę uwielbiałam. Zapoznał mnie również z wieloma innymi wampirami, co z kolei wcale mi się nie podobało. Uratował mi życie, chociaż, jak się nad tym wszystkim dobrze zastanowić... nie groziłoby mi niebezpieczeństwo, gdybym nie spotykała się z Billem. Zresztą, ja również ocaliłam mu tyłek, raz czy dwa, więc nie mam wobec niego długów. Nazywał mnie wówczas ukochaną i w owym czasie mówił poważnie.

- Nic - wymamrotałam, kiedy wycierałam rozlaną pi?a coladę i wręczyłam jeden z naszych ostatnich czystych ręczników barowych kobiecie, która ją wylała, ponieważ sporo płynu nadal znajdowało się na jej spódnicy. - Kompletnie nic dla mnie nie zrobił.

Uśmiechnęła się i skinęła głową, wyraźnie myśląc, że jej współczuję. Na szczęście dla mnie w lokalu i tak panował zbyt duży hałas, aby kobieta cokolwiek usłyszała.

Pomyślałam, że ucieszę się, kiedy Bill wróci. Ostatecznie, jest moim najbliższym sąsiadem. Nasze posiadłości rozdziela stary cmentarz osady, który znajduje się przy gminnej drodze na południe od Bon Temps. Bez Billa byłam tam całkiem sama.

- Peru, jak słyszałem - zagaił mój brat Jason.

Obejmował dziewczynę, z którą umówił się na ten wieczór, niską, szczupłą, ciemnowłosą dwudziestojednolatkę z którejś z okolicznych miejscowości. (Wiem, bo ją wylegitymowałam). Przyjrzałam jej się dokładnie. Jason nie wiedział, że dziewczyna jest istotą zmiennokształtną. Bez trudu ich dostrzegam. Dziewczyna była atrakcyjna, a przecież, gdy księżyc jest w pełni, zmienia się w coś pierzastego albo futrzastego. Zauważyłam, że kiedy Jason odwrócił się do niej plecami, Sam rzucił jego towarzyszce ostre spojrzenie, przypominając, że powinna dobrze się sprawować, ponieważ przebywa na jego terytorium. Zmiennokształtna popatrzyła na niego z zainteresowaniem, a potem odwzajemniła się podobnym spojrzeniem. Odniosłam wrażenie, że raczej nie przemienia się w kotka czy w wiewiórkę.

Chciałam poczytać jej w myślach, powstrzymałam się jednak, ponieważ z mózgami zmiennokształtnych zazwyczaj nieszczególnie się to udaje. Ich myśli są częściowo zablokowane i urywane, chociaż czasem potrafię wychwycić obraz emocji. Podobnie jest w przypadku wilkołaków.

Merlotte na przykład, gdy księżyc jest jasny i okrąglutki, zmienia się w owczarka collie. Czasami przybiega aż do mojego domu, a ja karmię go resztkami z miseczki i pozwalam drzemać na tylnym ganku przy ładnej pogodzie lub - gdy jest brzydka - zapraszam go do salonu. Nie wpuszczam go już do sypialni, ponieważ budzi się nagi. Wygląda wówczas naprawdę apetycznie, ale po prostu nie mam ochoty walczyć z pokusą uwiedzenia własnego szefa.

Dziś księżyc nie był w pełni, więc Jasonowi ze strony dziewczyny nic nie groziło, postanowiłam więc, że nie zdradzę mu tajemnicy jego wybranki. Wszyscy mamy sekrety, jej był po prostu nieco barwniejszy.

Poza dziewczyną mojego brata i, oczywiście, Samem, w barze "U Merlotte'a" w to noworoczne przyjęcie dostrzegłam jeszcze dwie istoty nadnaturalne. Pierwszą była atrakcyjna kobieta mierząca na pewno powyżej metra osiemdziesiąt, o długich falujących ciemnych włosach. Wystrzałowo ubrana w obcisłą pomarańczową sukienkę z długim rękawem, przyszła sama i rozmawiała z każdym facetem w barze. Nie wiedziałam, jakim jest stworzeniem, lecz z cech jej umysłu wywnioskowałam, że nie może być zwykłym człowiekiem. Drugą istotą był nieznany mi wampir, który przyszedł z grupą młodych ludzi, przeważnie dwudziestokilkulatków. Nigdy nie spotkałam żadnego z nich. Tylko spojrzenia rzucane z ukosa przez kilku innych hulaków wskazywały na obecność wampira. Tak, w ciągu tych paru lat, które minęły od Wielkiego Ujawnienia, istoty ludzkie zdecydowanie zmieniły swoje nastawienie do nieumarłych.

Prawie trzy lata temu, w noc Wielkiego Ujawnienia, wampiry wystąpiły w telewizji we wszystkich krajach i oznajmiły, że od dawna egzystują wśród nas. Tej nocy tysiące osób zdziwiły się, a wiele istniejących wcześniej hipotez i teorii nieodwracalnie legło w gruzach.

Do wyjścia wampirów z ukrycia przyczynił się japoński wynalazek w postaci krwi syntetycznej, dzięki której wampiry nie musiały żywić się wyłącznie naszą krwią. Od czasu Wielkiego Ujawnienia w Stanach Zjednoczonych doszło do licznych zmian politycznych i społecznych na wyboistej drodze akceptacji naszych najnowszych obywateli, którzy tylko przypadkowo są martwi. Oficjalnie wampiry tłumaczą swój stan alergią na światło słoneczne i czosnek, która powoduje u nich dotkliwe zmiany metaboliczne, ja jednak znam inną stronę świata nieumarłych. Dostrzegam obecnie wiele rzeczy, których większość osób nigdy nie zobaczy. Spytajcie, czy ta wiedza mnie uszczęśliwiła.

Nie, bynajmniej.

Muszę jednak przyznać, że świat wydaje mi się teraz bardziej interesujący. Sama jestem osobą nieprzeciętną, więc lepiej się czuję wśród istot "dziwniejszych". Niestety, nieobce mi są obecnie również strach i niebezpieczeństwo, z czego nie jestem zadowolona. Widziałam "prywatne" oblicze wampirów, dowiedziałam się też o istnieniu wilkołaków, zmiennokształtnych i innych istot nadnaturalnych. Wilkołaki i zmiennokształtni wolą bowiem pozostawać w ukryciu - przynajmniej na razie - i biernie obserwować poczynania wampirów.

O takich to sprawach rozmyślałam podczas zbierania na tacę szklanek i kufli, rozładowywania i ładowania zmywarki. Pomagałam naszemu nowemu kucharzowi, Tackowi (który naprawdę nazywa się Alphonse Petacki. Dziwicie się, że woli przydomek "Tack"?). Kiedy wykonałam wszystkie zadania, które do mnie należały, i ten długi wieczór wreszcie się kończył, uściskałam Arlene i życzyłam jej szczęśliwego Nowego Roku. Ona także mnie uściskała. Chłopak Holly czekał na nią przy wejściu dla personelu na tyłach budynku, więc pomachała nam, włożyła płaszcz i pospiesznie wyszła.

- Jakie są wasze nadzieje na nowy rok, moje panie? - spytał Sam.

Do tego czasu przyszła już Kenya. Oparta o bar czekała na Merlotte'a. Była opanowana, lecz czujna. Kenya jada tutaj dość regularnie wraz ze swoim partnerem, Kevinem, który jest tak blady i szczupły, jak ona ciemna i zaokrąglona. Sam stawiał krzesła na stolikach, żeby Terry Bellefleur, który przychodzi bardzo wcześnie rano, mógł od razu zabrać się za mycie podłogi.

- Zdrowia i właściwego faceta - odparowała Arlene teatralnie i położyła dłoń na sercu.

Roześmialiśmy się. Arlene znalazła już w życiu wielu mężczyzn, a czterech z nich nawet poślubiła, wciąż jednak poszukiwała tego właściwego. W tym momencie dotarła do mnie jej myśl, że odpowiednim kandydatem mógłby być Tack. Zdumiałam się, gdyż nawet nie zauważyłam, że zwróciła na niego uwagę.

Przyjaciółka natychmiast dostrzegła moje zaskoczenie.

- Sądzisz, że powinnam zrezygnować? - spytała niepewnie.

- Nie, do diabła - odburknęłam od razu, zła na siebie za to, że nie zapanowałam nad miną. Mogłam się tłumaczyć jedynie straszliwym zmęczeniem. - To będzie ten rok, z całą pewnością, Arlene. - Uśmiechnęłam się z kolei do jedynej czarnoskórej policjantki w Bon Temps. - Na pewno masz jakieś życzenie w związku z nowym rokiem, Kenya. Albo jakieś postanowienie.

- Zawsze życzę sobie pokoju między mężczyznami i kobietami - odparła Kenya. - Znacznie ułatwiliby mi w ten sposób pracę. A co do postanowienia, chcę wyciskać na leżąco co najmniej stuczterdziestokilową sztangę.

- No, no, no - mruknęła Arlene. Jej pofarbowane na rudo włosy silnie kontrastowały z naturalnymi rudozłotymi lokami Sama, którego właśnie na krótko objęła. Merlotte nie był dużo wyższy od niej, tyle że Arlene mierzyła na oko o pięć centymetrów więcej niż ja, czyli przynajmniej metr siedemdziesiąt trzy. - Zamierzam zrzucić ze cztery, pięć kilo, oto moje postanowienie. - Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Takie postanowienie Arlene wygłaszała w sylwestra od dobrych czterech lat. - A ty, Sam? Życzenia? Postanowienia? - spytała.

- Ja mam wszystko, czego potrzebuję - odrzekł i poczułam emanującą od niego smutną falę szczerości. - Chcę, żeby wszystko pozostało tak, jak jest. Bar przynosi dochody, lubię swoje podwójne życie, a ludzie tutaj są tak samo dobrzy jak wszędzie.

Odwróciłam się, ukrywając uśmiech. Oświadczenie Sama było dość dwuznaczne. Chociaż ludzie z Bon Temps chyba rzeczywiście nie różnili się od mieszkańców innych miejscowości.

- A ty, Sookie? - spytał.

Arlene, Kenya i Sam patrzyli na mnie. Uściskałam znowu Arlene, ponieważ ją lubię. Jestem dziesięć lat młodsza - może więcej, bo chociaż Arlene twierdzi, że ma trzydzieści sześć, szczerze w to wątpię - ale przyjaźnimy się, odkąd zaczęłyśmy razem pracować u Merlotte'a, gdy kupił bar, a było to około pięciu lat temu.

- No, dalej - zachęciła mnie.

Sam objął mnie ramieniem. Kenya uśmiechnęła się, po czym odeszła do kuchni zamienić kilka słów z Tackiem.

Działając pod wpływem impulsu, wyznałam im moje życzenie.

- Mam nadzieję, że nikt mnie w tym roku nie pobije - bąknęłam. Z powodu zmęczenia i późnej godziny zupełnie nie w porę zebrało mi się na wybuch szczerości. - Nie chcę iść do szpitala. Nie chcę żadnej pomocy medycznej - kontynuowałam. Nie miałam również ochoty znowu połykać wampirzej krwi, która szybko leczy rany, lecz powoduje różne skutki uboczne. - Postanowiłam więc trzymać się z dala od kłopotów - oznajmiłam stanowczo.

Arlene wyglądała na wstrząśniętą, a Sam... No cóż, nie potrafiłam odczytać emocji Sama. Ponieważ jednak wcześniej uściskałam ją, teraz objęłam i jego. Poczułam siłę i ciepło jego ciała. Ludzie uważają, że mój szef jest drobny, dopóki nie zobaczą go bez koszuli rozładowującego skrzynie z zapasami. To naprawdę silny i mocno zbudowany facet, którego cechuje też wysoka naturalna temperatura ciała. Cmoknął mnie we włosy, a potem życzyliśmy sobie wszyscy "Dobrej nocy" i wyszliśmy tylnymi drzwiami. Pikap Sama stał zaparkowany przed jego przyczepą, która znajduje się za barem "U Merlotte'a", prostopadle do niego, dziś jednak szef wsiadł do patrolowego wozu Kenyi, gdyż mieli jechać do banku. Kenya odwiezie go do domu i wtedy wreszcie będzie mógł odpocząć. Był na nogach od wielu godzin, tak jak my wszyscy.

Kiedy Arlene i ja otworzyłyśmy drzwi naszych samochodów, zauważyłam, że Tack czeka w starym pikapie. Mogłabym się założyć, że pojedzie za Arlene do jej domu.

Zawołałyśmy po raz ostatni "Dobranoc!" i rozdzieliłyśmy się tej zimnej luizjańskiej nocy.

I tak zaczął się dla mnie nowy rok.

Skręciłam w Hummingbird Road i ruszyłam do mojego domu, który znajduje się pięć kilometrów na południowy wschód od baru. Wreszcie byłam sama. Ogarnęła mnie ulga i powoli zaczęłam się odprężać. Reflektory mojego auta oświetlały ściśle rosnące sosny, które stanowiły podstawę przemysłu drzewnego w naszej okolicy.

Noc była niezwykle ciemna i chłodna. Na gminnych drogach nie ma oczywiście latarni ulicznych. Nie widziałam również żadnych stworzeń. Chociaż stale sobie powtarzałam, że powinnam uważać na jelenie, które często przekraczają jezdnię, ledwie zerkałam na drogę. Myślałam tylko o tym, żeby zmyć makijaż, włożyć najcieplejszą koszulę nocną i wślizgnąć się do łóżka.

Nagle w światłach mojego starego samochodu dostrzegłam poruszającą się postać.

Wstrzymałam oddech, wyrwana z sennej zadumy nad czekającym mnie ciepłem i ciszą.

To był mężczyzna. Biegł. O trzeciej nad ranem pierwszego stycznia mężczyzna biegł gminną drogą ile sił, jak gdyby przed kimś uciekał.

Zwolniłam, próbując wymyślić, co należy zrobić. Byłam samotną kobietą i nie miałam przy sobie żadnej broni. Jeśli tego człowieka ścigało coś złego, może dopaść również mnie. Z drugiej strony, nie powinnam zostawić kogoś w potrzebie, skoro mogłam mu pomóc. Zanim zrównałam się z nieszczęśnikiem, miałam dość czasu, by mu się przyjrzeć. Był wysokim blondynem, ubranym tylko w błękitne dżinsy. Minęłam go, zatrzymałam samochód, przechyliłam się i opuściłam szybę od strony pasażera.

- Mogę panu jakoś pomóc?! - zawołałam.

Nie przestając biec, posłał mi przerażone spojrzenie.

W tym momencie zdałam sobie sprawę, kim jest. Wyskoczyłam z auta i ruszyłam za nim.

- Eric! - krzyknęłam. - To ja!

Obrócił się wtedy i syknął na mnie, w pełni obnażając kły. Stanęłam tak nagle, że aż się zachwiałam, po czym wyciągnęłam przed siebie ręce w pokojowym geście. Oczywiście, gdyby Eric postanowił mnie zaatakować, zginęłabym w minutę. Tak kończą czasem dobre samarytanki...

Dlaczego mnie nie rozpoznał? Znaliśmy się już od wielu miesięcy. Jest szefem Billa w skomplikowanej wampirzej hierarchii, którą dopiero zaczynałam poznawać, ważnym wampirem, szeryfem Piątej Strefy. Poza tym, przystojniak z niego i potrafi świetnie całować, choć ta kwestia w tej sytuacji nie bardzo się wiąże z tematem. Widziałam jednak wysunięte kły i silne dłonie wygięte w szpony, co oznaczało, że Eric jest gotów do ataku, a jednocześnie obawia się mnie tak samo mocno jak ja jego. Tak czy owak, na razie się na mnie nie rzucił.

- Trzymaj się z dala, kobieto - ostrzegł.

Jego głos był zgrzytliwy i ostry, jak gdyby wampira bolało gardło.

- Co tu robisz?

- Ktoś ty?

- Cholernie dobrze wiesz! Co ci się stało? Dlaczego jesteś tu pieszo, bez samochodu?

Eric jeździ elegancką corvette, która ogromnie do niego pasuje.

- Znasz mnie? Wiesz, kim jestem?

No cóż, tym pytaniem wytrącił mnie trochę z równowagi. Wnosząc z jego tonu, na pewno nie żartował.

- Oczywiście, że wiem, Ericu - odparłam ostrożnie. - No, chyba że masz brata bliźniaka. Nie masz, prawda?

- Nie wiem.

Opuścił gwałtownie ręce, cofnął nieco kły i wyprostował się, porzucając przygarbioną pozycję. Odniosłam wrażenie, że zaczyna mi ufać.

- Nie wiesz, czy masz brata?

Miałam w głowie prawdziwy mętlik.

- Nie, nie wiem. Mam na imię Eric?

W świetle reflektorów wyglądał faktycznie żałośnie.

- No, no, no. - Nie udało mi się wymyślić mądrzejszej riposty. - Nazywasz się obecnie Eric Northman - wyjaśniłam cierpliwie. - Co tutaj robisz?

- Tego też nie wiem.

Wciąż nie miałam pojęcia, co myśleć.

- Naprawdę? Niczego nie pamiętasz?

Wydawało mi się, że lada chwila uśmiechnie się do mnie, wyjaśni wszystko, a później roześmieje się, pakując mnie w kłopoty, które skończą się dla mnie jak zwykle... czyli kolejnymi ranami i obrażeniami.

- Naprawdę.

Podszedł krok bliżej, a ja na widok jego obnażonej bladej piersi zadrżałam i poczułam na skórze gęsią skórkę. Teraz, gdy nie byłam już taka przerażona, uświadomiłam sobie, jak rozpaczliwie Eric się prezentuje. Miał minę, jakiej nigdy wcześniej nie widziałam na jego zazwyczaj pewnej siebie twarzy i ten widok z niewiadomego powodu przyprawił mnie o smutek.

- Wiesz, że jesteś wampirem, prawda? - upewniłam się.

- Tak. - Chyba zaskoczyło go moje stwierdzenie. - A ty nie.

- Nie, ja jestem istotą ludzką i dlatego muszę się upewnić, że mnie nie skrzywdzisz, choć wiem, że gdybyś chciał, już byś to zrobił. Ale wierz mi, mimo że tego nie pamiętasz, jesteśmy przyjaciółmi... W pewnym sensie.

- Nie skrzywdzę cię.

Pomyślałam, że prawdopodobnie tysiące ludzi słyszały wcześniej dokładnie takie samo zapewnienie z ust Erica, który następnie wgryzał im się w gardła. Prawda jest taka, że gdy wampir przeżyje pierwszy rok, nie musi już zabijać. Łyczek tutaj, łyk tam i wystarczy. A Eric wyglądał na tak zagubionego, że niemal zapomniałam, jak łatwo potrafiłby mnie rozerwać na kawałki gołymi rękoma.

Któregoś razu powiedziałam Billowi, że gdyby Obcy chcieli zawładnąć Ziemią, bez trudu zwiedliby nas, przebierając się za śliczne, bezbronne kłapouchy.

- Wsiądź do mojego auta, nim zamarzniesz - zaproponowałam.

Nie wyzbyłam się jeszcze podejrzeń, żadna inna reakcja nie przyszła mi jednak do głowy.

- Znam ciebie? - spytał, jak gdyby się wahał, czy wsiąść do samochodu z kimś tak groźnym jak kobieta niższa od niego o dwadzieścia pięć centymetrów, wiele kilogramów lżejsza i o kilka stuleci młodsza.

- Tak - zapewniłam go. Nie potrafiłam zapanować nad lekkim zniecierpliwieniem. Nie czułam się dobrze, ponieważ ciągle się obawiałam, że z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu Eric po prostu sobie ze mnie żartuje. - No, dalej, mój drogi. Jest mi zimno, tobie także.

Wprawdzie wampiry są prawdopodobnie dość odporne na temperaturę, tym niemniej skóra Erica naprawdę wyglądała na wyziębioną. Nieumarły może oczywiście zamarznąć. Przeżyje to (wampiry przeżyją niemal w każdej sytuacji), będzie to jednak zapewne dość bolesne.

- O mój Boże, Ericu, jesteś boso. - Właśnie to zauważyłam.

Wzięłam go za rękę. Nie odsunął się. Pozwolił mi zaprowadzić się do samochodu i posadzić na miejscu obok kierowcy. Kiedy obeszłam auto, kazałam mojemu pasażerowi zamknąć okno, a on wypełnił moje polecenie po kilkuminutowym studiowaniu mechanizmu.

Sięgnęłam na tylne siedzenie po stary koc, który woziłam w zimie (na mecze futbolowe i podobne okazje), po czym owinęłam nim Erica. Nie dygotał, ma się rozumieć, ponieważ był wampirem, ja jednak po prostu nie mogłam dłużej znieść widoku nagiego ciała przy takiej pogodzie. Włączyłam ogrzewanie na cały regulator, choć w moim starym aucie nie daje to zbyt wiele.

Na widok obnażonej skóra Erica nigdy przedtem nie czułam zimna - wręcz przeciwnie, chociaż nie powiem, żebym widziała zbyt dużo. Do tej pory na tyle się już rozluźniłam, że roześmiałam się głośno, myśląc o tym, że powinnam ocenzurować własne sprośne myśli.

Popatrzył na mnie z ukosa. Przestraszyłam go.

- Jesteś ostatnią osobą, którą spodziewałabym się tutaj spotkać - wyjaśniłam. - Chciałeś może zobaczyć się z Billem? Bo Bill wyjechał.

- Bill?

- Wampir, który mieszka w okolicy. Mój były chłopak.

Pokręcił głową. Znowu wyglądał na kompletnie przerażonego.

- Nie wiesz, jak się tu znalazłeś?

Ponownie pokręcił głową.

Bardzo się zmuszałam do intensywnego myślenia. Nie szło mi zbyt dobrze. Byłam naprawdę wyczerpana. Chociaż wcześniej, na widok osobnika biegnącego nieoświetloną drogą poczułam napływ adrenaliny, teraz napięcie znów opadło i ogarnęło mnie zmęczenie. Dotarłam do zakrętu, za którym stoi mój dom, i skręciłam w lewo, przemieszczając się wśród ciemnych drzew po moim ładnym, równym podjeździe, za którego renowację zapłacił przecież właśnie on, Eric.

Może też dlatego zabrałam go i siedział w tym momencie ze mną w samochodzie, zamiast biec przez noc jak olbrzymi biały królik. Był inteligentny - wiedział, czego naprawdę chcę. Z drugiej strony, równocześnie, od miesięcy usiłował zaciągnąć mnie do łóżka. Ale zapłacił za podjazd, ponieważ byłam w potrzebie.

- Jesteśmy na miejscu - oznajmiłam, objeżdżając stary dom i parkując przy tylnym wejściu.

Wyłączyłam silnik. Przed wyjazdem do pracy dziś po południu zostawiłam zapalone światła na zewnątrz, więc, dzięki Bogu, nie tkwiliśmy tu teraz w całkowitych ciemnościach.

- Tutaj mieszkasz?

Rozglądał się po polanie, na której stał dom, z przerażeniem. Jakby się bał pokonać drogę od auta do drzwi budynku.

- Tak - przyznałam rozdrażniona. - Popatrzył na mnie szeroko otwartymi oczyma. Aż widziałam białka jego oczu wokół błękitnych tęczówek. - No, chodź - mruknęłam niezbyt subtelnie. Wysiadłam z samochodu i weszłam po schodach na tylny ganek, którego nie zamykam, ponieważ... no cóż, po co zamykać siatkowe drzwi, skoro zamyka się drzwi wewnętrzne? Przez chwilę szukałam klucza, w końcu otworzyłam drzwi i znalazłam się w oświetlonej kuchni. - Możesz wejść - powiedziałam Ericowi, dzięki czemu zyskał prawo przekroczenia progu.

Wszedł szybko, nadal otulając się kocem.

W jasnej kuchni Eric prezentował się dość nędznie. Jego gołe stopy krwawiły, czego nie dostrzegłam wcześniej.

- Och, Ericu - jęknęłam ze smutkiem.

Wyjęłam z szafki dużą miskę i nalałam nad zlewem gorącej wody. Wiedziałam, że rany wampira zagoją się bardzo szybko, ale pragnęłam zmyć krew. Nogawki niebieskich dżinsów były bardzo brudne.

- Zdejmij spodnie - poleciłam, wiedząc, że i tak zamokną, gdy będę myła jego stopy.

Eric nie łypnął na mnie pożądliwie ani w żaden inny sposób nie zasugerował, że zamyśla jakiś podstęp. Po prostu zdjął dżinsy, a ja rzuciłam je na tylny ganek, postanawiając, że wypiorę je rano. Usiłowałam nie gapić się na mojego gościa, który miał teraz na sobie jedwabne slipki, zdecydowanie do niego niepasujące. Dokładnie mówiąc, były jasnoczerwone, mocno wycięte i bardzo obcisłe. No cóż, kolejna duża niespodzianka. Wcześniej widziałam majtki Erica tylko raz... czyli o jeden raz za dużo! I wtedy nosił jedwabne bokserki. Czy mężczyzna może tak bardzo zmienić styl?

Bez komentarza czy śladu kokieterii ponownie okrył się kocem. Hmm... Byłam teraz przekonana, że naprawdę nie jest sobą. Nie potrzebowałam już więcej dowodów na potwierdzenie tej tezy. Eric zawsze był dumny - wyglądał świetnie (przystojny, prawie dwa metry wzrostu, wspaniały; nawet mimo skóry bladej jak marmur) i zawsze doskonale o tym wiedział.

Wskazałam mu jedno ze stojących przy kuchennym stole krzeseł o prostych oparciach. Posłusznie wysunął je i usiadł. Kucnęłam, postawiłam miskę na podłodze i delikatnie pomogłam wampirowi włożyć stopy do wody. Gdy ciepło dotknęło skóry Erica, jęknął. Sądzę, że nawet nieumarli czują różnicę w temperaturze. Wzięłam spod zlewu czysty ręczniczek i trochę mydła w płynie, po czym umyłam Ericowi stopy. Nie spieszyłam się, ponieważ jednocześnie próbowałam wymyślić, co robić dalej.

- Byłaś na dworze w nocy - zauważył dziwnie niepewnym tonem.

- Jechałam do domu z pracy, jak widać po moim stroju.

Miałam na sobie zimowy uniform kelnerek z "Merlotte'a" - wsuniętą w czarne spodnie białą bluzkę z długim rękawem, dekoltem w łódkę i logo baru wyszytym nad lewą piersią.

- Kobiety nie powinny przebywać na dworze same tak późno w nocy - oznajmił z dezaprobatą.

- Co ty nie powiesz!

- No tak, kobiety są bardziej narażone na napaść niż mężczyźni, więc należy je lepiej chronić...

- Nie prosiłam, żebyś wyjaśniał mi zasady, gdyż generalnie zgadzam się z tobą. Ale to są próżne marzenia. Wolałabym nie pracować po nocach.

- W takim razie dlaczego pracujesz?

- Potrzebuję pieniędzy - odparłam. W zadumie wytarłam rękę, wyjęłam z kieszeni zwitek banknotów i rzuciłam go na stół. - Jestem odpowiedzialna za ten dom, mój samochód jest stary, muszę płacić podatki i ubezpieczenie. Jak wszyscy inni... - dodałam, żeby Eric nie pomyślał, że przesadnie uskarżam się na swój los. Nie lubię się żalić, ale przecież spytał.

- Nie ma w twojej rodzinie żadnego mężczyzny?

Tak, tak, od czasu do czasu wampiry myślą w kategoriach czasów, w których żyły.

- Mam brata, Jasona. Nie pamiętam, czy go poznałeś.

Przecięcie na jego lewej stopie wyglądało szczególnie paskudnie. Dolałam do miski gorącej wody, a potem starałam się oczyścić okolice rany z brudu. Eric skrzywił się, kiedy łagodnie tarłam gąbką miejsca przy samej ranie. Mniejsze obrażenia i siniaki znikały na moich oczach. Za moimi plecami uspokajająco buczał grzejnik na wodę.

- I twój brat pozwala ci wykonywać taką pracę?

Spróbowałam sobie wyobrazić minę Jasona, gdybym mu powiedziała, że proszę, aby utrzymywał mnie do końca życia, ponieważ jestem kobietą i nie powinnam pracować poza domem.

- Och, na litość boską, Ericu. - Z niezadowoleniem podniosłam na niego wzrok. - Jason ma własne problemy.

Na przykład, chroniczny egoizm i latanie za spódniczkami.

Odstawiłam miskę z wodą na bok i oklepałam ręcznikiem czyste teraz stopy Erica. Wstałam ciężko. Bolały mnie plecy.

- Słuchaj, myślę, że najlepiej będzie, jak zadzwonię do Pam. Prawdopodobnie wie, co się z tobą dzieje.

- Pam?

Miałam wrażenie, że rozmawiam z irytującym dwulatkiem.

- Twoja zastępczyni. - Widziałam, że zamierza zadać kolejne pytanie. Szybko uniosłam rękę. - Nic nie mów, poczekaj - poprosiłam. - Zadzwonię do niej i dowiem się, o co chodzi.

- A jeśli zwróciła się przeciwko mnie?

- Tym bardziej musimy się tego dowiedzieć. Im szybciej, tym lepiej.

Podniosłam słuchawkę starego telefonu, który wisiał na ścianie kuchni przy końcu kontuaru. Pod telefonem stał wysoki taboret. Babcia zawsze siadywała na nim i prowadziła długie pogawędki. Stale miała pod ręką notes i ołówek. Nie było dnia, żebym za nią nie tęskniła. W tym momencie jednak nie miałam czasu na żal czy tęsknotę. Zajrzałam do notesu z adresami i poszukałam numeru do "Fangtasii", wampirzego baru w Shreveport, własności Erica, z której czerpał główne dochody i która służyła mu jako baza do prowadzenia również innych interesów, o których niewiele wiedziałam. Nie miałam pojęcia, czym poza lokalem Eric się zajmuje, i wcale mnie to nie interesowało.

W gazecie wydawanej w Shreveport widziałam ogłoszenie, z którego wynikało, że w "Fangtasii" także zaplanowano na dzisiejszą noc duże przyjęcie. Reklamowano je hasłem "Zacznijcie kolejny rok wśród wampirów!", więc byłam pewna, że ktoś w barze odbierze telefon. Oczekując na połączenie, otworzyłam lodówkę i wyjęłam butelkę krwi dla Erica. Włożyłam ją do kuchenki mikrofalowej i nastawiłam minutnik. Wampir śledził wzrokiem każdy mój ruch, a w jego oczach widziałam niepokój.

- "Fangtasia" - odezwał się męski głos z wyraźnym akcentem.

- Chow?

- Tak, czym mogę pani służyć?

W ułamku sekundy przeistoczył się w seksownego naganiacza o uwodzicielskim głosie.

- Mówi Sookie.

- Ach tak - mruknął znacznie naturalniejszym tonem. - Słuchaj, życzę ci szczęśliwego Nowego Roku, Sook, ale zrozum, jesteśmy tu trochę zajęci.

- Nikogo wam nie brakuje?

Zapadło długie, ciężkie milczenie.

- Poczekaj chwilkę - powiedział, a potem w słuchawce zapadła cisza.

- Pam - rzuciła do słuchawki wampirzyca.

Podniosła ją bezgłośnie, toteż aż podskoczyłam, gdy usłyszałam imię.

- Nadal masz nad sobą szefa? - spytałam.

Nie wiedziałam, jak dużo faktów mogę zdradzić przez telefon. Chciałam jednak wiedzieć, czy Pam ponosi odpowiedzialność za stan Erica, czy też nadal pozostaje wobec niego lojalna.

- Tak, mam - odparła spokojnie, rozumiejąc, o co pytam. - Jesteśmy... Mamy pewne problemy.

Zastanawiałam się przez chwilę, w końcu jednak byłam pewna, że dobrze odczytałam zawartą między wierszami informację. Pam sugerowała, że wciąż jest wierna Ericowi, którego stronnicy znaleźli się najwyraźniej w niebezpieczeństwie lub sytuacji nadzwyczajnej.

- Jest tutaj - oświadczyłam.

Pam doceniała zwięzłość.

- Żyje?

- Tak.

- Ranny?

- Ma coś z pamięcią.

Długa pauza.

- Stanowi dla ciebie zagrożenie?

Nie sądzę, żeby obchodził ją mój los. Z jej perspektywy pewnie Eric mógłby się na mnie rzucić i nawet wyssać ze mnie całą krew. Raczej, jak mniemam, zastanawiała się, czy zdołam przetrzymać u siebie jej szefa do momentu jej przyjazdu.

- W tej chwili raczej nie - odrzekłam. - Naprawdę niewiele pamięta.

- Jak ja nienawidzę tych cholernych czarownic! - odparowała. - Ludzie mieli rację, gdy chcieli je wszystkie spalić na stosach.

Ponieważ ci sami ludzie, którzy palili na stosach czarownice, równie chętnie zatopiliby kołki w sercach wampirów, jej uwaga nieco mnie rozbawiła - ale tylko trochę, zważywszy późną porę. Natychmiast zresztą zapomniałam, że wspomniała o czarownicach. Ziewnęłam.

- Przyjedziemy jutro w nocy - zapewniła mnie w końcu. - Możesz go przenocować przez jeden dzień? Do świtu zostały zaledwie niecałe cztery godziny. Masz u siebie bezpieczną kryjówkę?

- Tak. Ale przyjedźcie tutaj natychmiast po zmroku, słyszysz? Nie mam ochoty znowu wplątywać się w jakieś wasze gówniane problemy!

Zazwyczaj nie mówię tak otwarcie, ale, jak wspomniałam, miałam za sobą naprawdę długą i ciężką noc.

- Zjawimy się.

Rozłączyłyśmy się jednocześnie. Eric utkwił we mnie spojrzenie nieruchomych błękitnych oczu. Blond włosy miał splątane i w nieładzie. Jego włosy są dokładnie w tym samym odcieniu co moje, oboje mamy również niebieskie oczy, na tym jednak podobieństwa się kończą.

Miałam ochotę go uczesać, lecz byłam na to po prostu zbyt zmęczona.

- No dobra, zawrzyjmy umowę - oznajmiłam. - Zostaniesz tutaj przez resztę nocy i cały jutrzejszy dzień, a jutro późnym wieczorem Pam i inni przyjadą i cię stąd zabiorą. Wtedy dowiesz się, co ci się przydarzyło.

- Nie pozwolisz nikomu tutaj wejść? - spytał.

Zauważyłam, że dopił krew i nie wygląda już na tak wymizerowanego jak wcześniej. Ucieszyło mnie to.

- Ericu, zrobię co w mojej mocy, by zapewnić ci bezpieczeństwo - zapewniłam go łagodnie. Przetarłam oczy. Obawiałam się, że za chwilę zasnę na stojąco. - Chodź - poprosiłam i wzięłam go za rękę.

Drugą ręką mocno przytrzymywał koc. I tak ruszyliśmy korytarzem, ja i śnieżnobiały olbrzym w tycich czerwonych majteczkach.

Mój stary dom, choć rozbudowywany, pozostał skromną wiejską siedzibą. Piętro dodano na przełomie wieków dziewiętnastego i dwudziestego, toteż na górze mieszczą się dwie dodatkowe sypialnie i poddasze z osobnym wejściem, rzadko tam jednak wchodzę, szczególnie że odcięłam elektryczność, dzięki czemu oszczędzam na opłatach za prąd. Na parterze znajdują się również dwie sypialnie, mniejsza, w której sypiałam za życia babci, oraz, po drugiej stronie korytarza, większa, do której wprowadziłam się tuż po pogrzebie. W mniejszej sypialni Bill zbudował sobie kryjówkę. Wprowadziłam tam Erica, włączyłam światło i upewniłam się, że zasłony są zasunięte, a żaluzje zamknięte. Potem otworzyłam drzwi szafy, usunęłam wszystko z podłogi i odgarnęłam dywanik, który przykrywał utworzoną w niej klapę. Poniżej mieściła się niewielka przestrzeń, którą Bill przygotował sobie kilka miesięcy temu, dzięki czemu mógł zostawać u mnie na dzień lub chować się tutaj, gdy w jego własnym domu mogło nie być bezpiecznie. Bill miał zapewne więcej kryjówek, o których nie wiedziałam. Gdybym była wampirem (Boże broń!), bez wątpienia postępowałabym podobnie.

Porzuciłam myśli o Billu i pokazałam niespodziewanemu gościowi, jak należy zamykać klapę od dołu, tak by dywanik opadał od razu na swoje miejsce.

- Kiedy wstanę rano, włożę te wszystkie rzeczy z powrotem, a wtedy dno szafy będzie wyglądało naturalnie - wyjaśniłam i uśmiechnęłam się do niego krzepiąco.

- Mam tam teraz wejść? - spytał.

Eric, który pyta mnie, co robić! Świat naprawdę stanął na głowie.

- Nie - odparłam, próbując zachować powagę. Zresztą, nie potrafiłam w tym momencie myśleć o niczym innym niż moje łóżko. - Nie musisz. Wejdź tam tylko przed wschodem słońca. Chyba nie przegapisz świtu, prawda? To znaczy... nie zaśniesz i nie obudzisz się w biały dzień?

Zastanawiał się przez moment nad odpowiedzią, w końcu potrząsnął głową.

- Nie - odparł. - Wiem, że do tego nie dojdzie. Mogę zostać w pokoju z tobą?

O Boże, te oczy szczeniaczka w twarzy starożytnego wikinga mierzącego metr dziewięćdziesiąt pięć. Po prostu miałam dość. Brakowało mi energii, nawet żeby się roześmiać, więc tylko zachichotałam niewesoło.

- No to chodźmy - szepnęłam głosem, który zawodził mnie tak samo jak nogi.

Wyłączyłam światło w mniejszej sypialni, przeszłam przez korytarz i pstryknęłam przycisk w moim pokoju, żółto-białym, czystym i ciepłym. Odsunęłam narzutę, koc i kołdrę. Podczas gdy Eric siedział bezradnie w fotelu po drugiej stronie łóżka, zdjęłam buty i skarpetki, wyjęłam koszulę nocną z szuflady i oddaliłam się do łazienki. Umyłam zęby i twarz, i wyszłam po dziesięciu minutach ubrana w bardzo starą koszulę nocną z mięciutkiej kremowej flaneli w niebieskie kwiatki. Tasiemki koszuli poplątały się, a marszczenie na dole wyglądało marnie, ale po prostu ją uwielbiałam. Gdy zgasiłam światło, przypomniałam sobie, że włosy wciąż mam związane w koński ogon, więc zdjęłam gumkę, która trzymała kitkę, i potrząsnęłam głową, żeby rozpuścić włosy. Pomasowałam skórę głowy i błogo westchnęłam.

Kiedy wspięłam się na wysokie stare łóżko, mój wielki prześladowca zrobił to samo. Czyżbym mu pozwoliła położyć się obok siebie? No cóż, wsuwając się pod kołdrę i koc, zdecydowałam, że jestem po prostu zmęczona i nie obchodzą mnie żadne potencjalne plany Erica wobec mnie.

- Kobieto?

- Hmm...?

- Jak się zwiesz?

- Sookie. Sookie Stackhouse.

- Dziękuję ci, Sookie.

- Proszę bardzo, Ericu.

Ponieważ wydawał się taki zagubiony (przecież Eric, którego znałam, zawsze uważał, że wszyscy powinni mu usługiwać), poszukałam pod okryciem jego ręki i położyłam na niej dłoń. Wampir odwrócił rękę i jego palce zacisnęły się na moich.

I chociaż nie sądziłam, że jest to możliwe, zasnęłam, trzymając się za ręce z wampirem.

 

ROZDZIAŁ DRUGI

Budziłam się powoli. Leżąc otulona kołdrą i rozciągając mięśnie ramion i nóg, stopniowo przypominałam sobie niesamowite zdarzenia z ubiegłej nocy.

No cóż, Erica nie było teraz obok mnie w łóżku, więc przypuszczałam, że przebywa bezpiecznie we wskazanej kryjówce. Przeszłam przez korytarz i, tak jak mu obiecałam, włożyłam rzeczy z powrotem do szafy, by jej dno wyglądało normalnie. Według zegara było południe. Na dworze świeciło słońce, choć było zimno. Na Gwiazdkę dostałam od Jasona termometr, który mierzy temperaturę na zewnętrz i pokazuje ją na cyfrowym wyświetlaczu znajdującym się w domu. Brat sam zamontował mi to urządzenie. Teraz zatem wiedziałam dwie rzeczy: było południe, a na dworze jeden stopień Celsjusza.

W kuchni miska z wodą, w której myłam Ericowi stopy, nadal stała na podłodze. Kiedy wylewałam wodę do zlewu, odkryłam, że w którymś momencie wampir wypłukał butelkę po syntetycznej krwi. Będę musiała kupić ich więcej, zanim Eric wstanie, ponieważ nie mam ochoty mieć w domu głodnego wampira. Uprzejmie byłoby również zaproponować butelkę Pam i osobie, która z nią przyjedzie ze Shreveport. Wyjaśnią mi wtedy sytuację... Lub nie. Tak czy owak, zabiorą Erica wraz z wszelkimi problemami, które miała przed sobą wampirza społeczność ze Shreveport, a mnie zostawią w spokoju... Lub nie.

Pierwszego stycznia bar "U Merlotte'a" był zamknięty aż do szesnastej. Dziś i jutro dyżurowały Charlsie, Danielle i nowa kelnerka, ponieważ reszta z nas pracowała w sylwestra. Miałam zatem całe dwa dni wolnego. I, niestety, przynajmniej jeden z nich musiałam spędzić sama w domu z chorym umysłowo wampirem. Los chyba mógł być dla mnie nieco łaskawszy.

Wypiłam dwa kubki kawy, wrzuciłam dżinsy Erica do pralki, przeczytałam kilka stron jakiegoś romansu i przejrzałam mój nowiutki kalendarz ze Słowami Dnia - bożonarodzeniowy podarunek od Arlene. Na dzień Nowego Roku przeznaczono czasownik "wykrwawić się". Uznałam, że prawdopodobnie nie jest to dobry znak.

Trochę po szesnastej zjawił się Jason, pędząc po moim podjeździe czarnym pikapem ozdobionym po bokach przypominającymi płomienie zawijasami w kolorach fioletowym i różowym. Do tej pory zdążyłam wziąć prysznic i ubrać się, wciąż jednak miałam wilgotne włosy. Spryskałam je odżywką ułatwiającą rozczesywanie i usiadłam z grzebieniem przed kominkiem. Włączyłam telewizor na kanał z meczem futbolowym, który oglądałam podczas czesania, lecz wyłączyłam dźwięk. Zastanawiałam się nad dziwacznym stanem Erica, a przy okazji delektowałam ciepłem ognia, które czułam na plecach.

W ciągu ubiegłych paru lat rzadko rozpalałam w kominku, gdyż drewno było bardzo kosztowne, jednakże podczas ubiegłorocznej burzy gradowej wiatr powalił wiele drzew, które Jason następnie porąbał. Byłam zatem dobrze zaopatrzona i korzystałam z przyjemnego ciepła płomieni.

Mój brat wszedł głośno po schodach od frontu, zastukał szybko, po czym wszedł do środka. Tak jak ja, dorastał głównie w tym domu. Oboje zamieszkaliśmy tutaj z babcią po śmierci naszych rodziców. Dom rodziców babcia wynajmowała komuś do czasu, aż Jason skończył dwadzieścia lat i oświadczył, że jest gotów zamieszkać sam. Teraz miał lat dwadzieścia osiem i dozorował dla gminy ekipy drogowe. To był niezły awans jak na lokalnego chłopaka bez szczególnego wykształcenia i sądziłam, że taka praca zaspokaja jego ambicje.

- Dobrze - rzekł na widok ognia. Stanął przed kominkiem i grzał ręce, przy okazji blokując mi ciepło. - O której wróciłaś wczoraj do domu? - rzucił przez ramię.

- Położyłam się chyba około trzeciej.

- Co pomyślałaś o tej dziewczynie, z którą przyszedłem?

- Myślę, że nie powinieneś się z nią więcej umawiać.

Nie takiej odpowiedzi spodziewał się mój brat. Spojrzał mi w oczy.

- Czego od niej chcesz? - spytał przygnębionym głosem.

Wie, że jestem telepatką, choć nigdy nie rozmawia o tym ani ze mną, ani z nikim innym. Widziałam, jak bił się z facetami, którzy nazywali mnie nienormalną, chociaż ma świadomość, że jestem inna. Wszyscy zdają sobie sprawę z mojej odmienności, wolą jednak po prostu udawać, że nie wierzą w moje zdolności lub że nie wierzą, że im potrafię czytać w myślach - każdemu, tylko nie im. Bóg jeden wie, że usiłuję zachowywać się i mówić tak, jak gdyby nie docierały do mnie żadne niepożądane ciągi myśli, emocji, żalów i oskarżeń, niestety, czasami je otrzymuję i tyle.

- Ona nie jest taka jak ty - wyjaśniłam, patrząc w ogień.

- Na pewno nie jest wampirzycą - zaprotestował.

- Nie, nie wampirzycą.

- No cóż, w takim razie...

Obrzucił mnie piorunującym, agresywnym spojrzeniem.

- Jasonie, odkąd wampiry ujawniły nam fakt swojego istnienia... to znaczy, odkąd dowiedzieliśmy się, że egzystują naprawdę, chociaż wcześniej, od dziesięcioleci uważaliśmy je tylko za bohaterów straszliwych legend... czy kiedykolwiek myślałeś o istotach z innych niewiarygodnych opowieści? Może inne stworzenia również żyją wśród nas?

Mój brat zastanawiał się nad tym pytaniem dobrą minutę. Wiedziałam (ponieważ potrafiłam usłyszeć jego myśli), że pragnie całkowicie odrzucić taką tezę i nazwać mnie wariatką, ale nie potrafił.

- Wiesz to na pewno? - bąknął.

Nie do końca było to pytanie.

Upewniłam się, że patrzy mi w oczy, po czym z przekonaniem kiwnęłam głową.

- O, cholera - mruknął z niesmakiem. - Naprawdę polubiłem tę dziewczynę. To tygrysica w skórze kotki.

- Naprawdę? - spytałam, absolutnie zdumiona, że zmieniła się na jego oczach, mimo że księżyc nie był w pełni. - Nic ci nie jest?

Sekundę później zganiłam się w myślach za głupotę. Przecież dziewczyna na pewno nie zmieniła się w tygrysa!

Jason gapił się na mnie przez chwilę, po czym wybuchnął śmiechem.

- Sookie, ależ z ciebie dziwaczka! Naprawdę uważasz, że moja nowa przyjaciółka mogłaby... - W tym momencie zmartwiał. Wiedziałam, że walczy ze sobą, jak wiele osób, które, dopóki nie muszą, nie dopuszczają do siebie myśli o sprawach niezwykłych, niecodziennych i niepasujących do ich wyobrażeń. W końcu usiadł ciężko w fotelu babci. - Szkoda, że wcześniej o tym nie wiedziałem - powiedział cicho.

- Może niedokładnie to jej się przydarza... może nie przemienia się w tygrysa. Wierz mi jednak, coś się z nią dzieje.

Minęła kolejna minuta, zanim Jason znów przybrał typową dla siebie minę, ale ostatecznie znów wyglądał swojsko. Było to charakterystyczne postępowanie mojego brata - jeżeli nie radził sobie z nowinami, po prostu wyrzucał je z głowy.

- Słuchaj - spytał zupełnie innym tonem - widziałaś dziewczynę Hoyta wczoraj w nocy? Gdy odjechali spod baru, Hoyt wpakował auto do rowu niedaleko Arcadii i musieli przejść ponad trzy kilometry do najbliższego telefonu, bo mu się rozładowała komórka.

- No coś ty! - zawołałam tonem wesołym i plotkarskim. - A biedaczka włożyła buty na takim wysokim obcasie!

Jason znów był opanowany. Przez kilka minut dzielił się ze mną pogłoskami, które słyszał w mieście, wypił colę, którą mu zaproponowałam, na koniec zaś spytał mnie, czy potrzebuję czegoś z centrum.

- Tak, akurat potrzebuję.

Rozmyślałam przez chwilę, podczas gdy brat nadal mówił. Większość jego nowin słyszałam wczoraj w nocy w myślach innych osób, ilekroć przestawałam blokować do siebie dostęp.

- No dobra - podsumował, udając przerażenie. - Więc w co się teraz wpakowałem swoją propozycją?

- Potrzebuję dziesięć butelek krwi syntetycznej i ubrania na dużego mężczyznę - poprosiłam, a Jason ponownie się wystraszył.

Biedaczek! Zasłużył sobie na głupią, milutką siostrę, która urodziłaby dużo dzieci - siostrzeńców i siostrzenic - które kleiłyby się do niego i nazywały go wujkiem Jase'em. Zamiast takiej siostry dostał mnie.

- Jak duży jest ten facet i gdzie przebywa?

- Mierzy między metr dziewięćdziesiąt a metr dziewięćdziesiąt pięć. A teraz śpi - wyjaśniłam. - Sądzę, że w pasie ma jakieś osiemdziesiąt pięć centymetrów. Ma też długie nogi i szerokie ramiona.

Przypomniałam sobie, że mogłabym sprawdzić metkę z rozmiarem w dżinsach Erica, które ciągle znajdowały się w suszarce na tylnym ganku.

- Jakiego rodzaju ubrania?

- Zwykłe.

- Ktoś kogo znam?

- Chodzi o mnie - rozległ się dużo niższy głos.

Jason odwrócił się tak gwałtownie, jak gdyby spodziewał się ataku, co oznaczało, że mimo wszystko ma całkiem dobry refleks. Ale Eric wyglądał tak niegroźnie, jak niegroźnie może wyglądać wampir o jego gabarytach. Uprzejmie włożył brązowy welurowy szlafrok, który zostawiłam w drugiej sypialni. Trzymałam go tam dla Billa i widok w nim innego mężczyzny sprawił mi ból. Musiałam jednak patrzeć na sprawę praktycznie. Eric nie mógł przecież chodzić po domu w głęboko wyciętych czerwonych slipkach - w każdym razie, nie podczas wizyty Jasona.

Mój brat wybałuszył oczy na wampira, a potem rzucił mi zaszokowane spojrzenie.

- To twój najnowszy facet, Sookie? Widzę, że nie marnujesz czasu. - Nie bardzo wiedział, jak zareagować: z podziwem czy oburzeniem. Ciągle jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że Eric jest martwy. Zadziwia mnie, że wielu ludzi nie potrafi od razu rozpoznać wampira. - I ja mam kupić dla niego ubranie?

- Tak. Jego koszula podarła się ubiegłej nocy, a dżinsy są w praniu.

- Zamierzasz mnie przedstawić?

Zrobiłam głęboki wdech. Byłoby naprawdę dużo lepiej, gdyby Jason nie zobaczył Erica.

- Wolałabym nie - odburknęłam.

Obaj przyjęli tę odpowiedź kiepsko. Mój brat wydawał się zraniony, a wampir wyglądał na obrażonego.

- Eric - powiedział i wyciągnął do Jasona rękę.

- Jason Stackhouse, brat tej niegrzecznej młodej damy. - Uścisnęli sobie dłonie, a ja zapragnęłam ukręcić im obu łby. - Przypuszczam, że nie istnieje powód, dla którego nie moglibyście wyjść z domu, by kupić mu jakieś ubrania - mruknął mój brat.

- Istnieje bardzo dobry powód - odparłam. - Jest też dwadzieścia dobrych powodów, dla których powinieneś zapomnieć, że kiedykolwiek widziałeś tego faceta.

- Grozi ci niebezpieczeństwo? - spytał mnie wprost.

- Jeszcze nie - zapewniłam go.

- Jeśli w jakiś sposób skrzywdzisz moją siostrę, pożałujesz, cholera - oznajmił Jason wampirowi Ericowi.

- Bardzo dobrze to rozumiem - odparował Eric. - Ale skoro rozmawiasz ze mną szczerze, ja również powiem ci, co myślę. Uważam, że powinieneś utrzymywać swoją siostrę i zabrać ją do swojego domostwa, gdzie będzie miała zapewnioną lepszą ochronę.

Jason znowu rozdziawił usta, a ja musiałam zakryć własne, by nie roześmiać się głośno. Sytuacja stawała się coraz zabawniejsza.

- Dziesięć butelek krwi i ciuchy? - spytał mnie brat i po zmianie w jego tonie wiedziałam, że wreszcie zrozumiał, z kim ma do czynienia.

- Zgadza się. Krew dostaniesz w monopolowym, a ubrania mogą być z Wal-Martu. - Eric zazwyczaj nosił dżinsy i podkoszulki, zresztą na nic lepszego i tak nie było mnie stać. - Och, potrzebuje też butów.

Jason podszedł do Erica, stanął obok niego i przystawił swoją stopę do jego. Zagwizdał, a wampir na ten odgłos aż podskoczył.

- Duże stopy - skomentował mój brat i posłał mi uważne spojrzenie. - Stary mówi prawdę?

Uśmiechnęłam się do niego. Próbował rozładować atmosferę.

- Możesz mi wierzyć lub nie, ale nie wiem.

- Rzeczywiście trudno uwierzyć... Szczególnie że to nie miał być żart. No dobrze, jadę - podsumował, skinąwszy głową Ericowi.

Kilka sekund później usłyszałam, że jego pikap szybko oddala się podjazdem wśród drzew. Panowały już całkowite ciemności.

- Wybacz, że wyszedłem podczas jego odwiedzin - odezwał się Eric ostrożnie. - Wydaje mi się, że nie chciałaś, abym spotkał się z twoim bratem.

Podszedł do ognia i odniosłam wrażenie, że cieszy się ciepłem tak samo jak ja wcześniej.

- Nie chodzi o to, że wstydzę się ciebie... to znaczy twojej obecności w moim domu - wyjaśniłam. - Mam po prostu uczucie, że wpakowałeś się w jakieś kłopoty, i nie chcę narażać na nie Jasona.

- To twój jedyny brat?

- Tak. A moi rodzice nie żyją, podobnie babcia. Mam więc tylko jego, no i jeszcze jakiegoś kuzyna, ale to narkoman... Obawiam się, że już nie porzuci tego nałogu...

- Nie smuć się - powiedział Eric.

- Nic mi nie jest.

Zmusiłam się do energicznego, rzeczowego tonu.

- Przyjęłaś kiedyś moją krew - zauważył.

O, rany! Zaskoczył mnie, lecz pozostałam spokojna.

- Nie wiedziałbym, jak się czujesz, gdybyś nie miała w sobie mojej krwi - ciągnął. - Jesteśmy... byliśmy kochankami?

Jakie uprzejme pytanie! Zazwyczaj mówił o seksie znacznie mniej oględnie.

- Nie - zapewniłam go natychmiast i zgodnie z prawdą, chociaż... niewiele brakowało.

Już prawie zaczęliśmy się kiedyś kochać, gdy nam przerwano, dzięki Bogu. Ale cóż. Nie jestem mężatką i mam momenty słabości. A Eric jest naprawdę przystojny. Co więcej mogę powiedzieć?

Teraz jednak patrzył na mnie badawczo i poczułam na policzkach gorące rumieńce.

- To nie jest szlafrok twojego brata. - O, Jezu! Gapiłam się w palenisko, jakbym liczyła na to, że ogień udzieli za mnie odpowiedzi. - Czyj zatem? - nalegał wampir.

- Billa - odparłam.

To było łatwe.

- Jest twoim kochankiem?

Pokiwałam głową.

- Był - odrzekłam szczerze.

- To mój przyjaciel?

Zastanowiłam się nad tym.

- No cóż, właściwie chyba nie. Bill mieszka w strefie, której jesteś szeryfem. Strefie Piątej.

Znowu zaczęłam czesać włosy i odkryłam, że już wyschły. Elektryzowały się i czepiały szczotki. Uśmiechnęłam się, widząc efekty w lustrze nad gzymsem kominka. Eric odbijał się w nim również. Nie mam pojęcia, dlaczego my, ludzie, uważaliśmy, że wampirów nie widać w lustrach. Mogłabym długo przypatrywać się Ericowi, ponieważ był taki wysoki i niezbyt dokładnie owinął się szlafrokiem... Och! Zamknęłam oczy.

- Potrzebujesz czegoś? - spytał zaniepokojony.

Rany! Muszę bardziej nad sobą panować.

- Nie, nie, dzięki - odpowiedziałam, starając się nie zgrzytać zębami. - Twoi przyjaciele wkrótce przyjadą. Dżinsy są w suszarce, a Jason, mam nadzieję, lada moment wróci z ubraniem.

- Moi przyjaciele?

- To znaczy wampiry, które dla ciebie pracują. Myślę, że Pam można prawdopodobnie określić mianem twojej przyjaciółki. Co do Chowa... nie wiem.

- Sookie, gdzie ja właściwie pracuję? I kim jest Pam?

Ta rozmowa naprawdę mnie męczyła. Przez następne minuty usiłowałam wyjaśnić Ericowi jego sytuację. Mówiłam, że jest właścicielem lokalu "Fangtasia", chciałam też opowiedzieć mu o innych interesach, które prowadził, lecz, prawdę powiedziawszy, nie posiadałam zbyt dużo informacji.

- Za wiele to ty o mnie nie wiesz - wytknął mi.

Uwaga była celna.

- No cóż, bywam w "Fangtasii" tylko wtedy, gdy zabierze mnie tam Bill. A Bill zabiera mnie do was jedynie wówczas, kiedy macie dla mnie jakieś zlecenie...

Uderzyłam się w czoło szczotką. Ależ ze mnie idiotka!

- Jak mógłbym ci coś zlecić?! Eee... Mogę pożyczyć szczotkę?

Zerknęłam na niego. Patrzył na mnie w smętnej zadumie.

- Jasne - odparłam, postanawiając zignorować jego pierwsze pytanie.

Wręczyłam mu szczotkę. Kiedy zaczął się czesać, poruszyły się wszystkie mięśnie jego klatki piersiowej.

Jezu Nazareński, pomyślałam. Może powinnam wrócić pod prysznic i spędzić trochę czasu pod zimnym strumieniem?

Zdecydowanym krokiem poszłam do sypialni. Wzięłam gumkę i ściągnęłam włosy w najściślejszy kucyk na czubku głowy. Użyłam drugiej szczotki, żeby kitka była gładka, a potem stanęłam przed lustrem i kręciłam głową, to w jedną, to w drugą stronę, aż upewniłam się, że koński ogon znajduje się dokładnie na środku.

- Jesteś spięta - ocenił Eric z progu, a ja prawie podskoczyłam. - Och, przepraszam! - dodał pospiesznie.

Przyjrzałam mu się podejrzliwie, wyglądał jednak na prawdziwie skruszonego. Gdyby Eric był sobą, w tym momencie na pewno by się roześmiał. Ale, cholera, nie tęskniłam za "prawdziwym" Erikiem, mimo że jego zachowanie łatwiej dawało się przewidzieć.

Usłyszałam stukanie do frontowych drzwi.

- Zostań tutaj - poleciłam.

Wyglądał na zmartwionego, lecz usiadł w fotelu w rogu pokoju, niczym dobry stary kumpel. Cieszyłam się, że zdążyłam pozbierać ubrania, które rozrzuciłam ubiegłej nocy, dzięki czemu mój pokój prezentował się mniej intymnie. Przeszłam przez salon i dotarłam do frontowych drzwi, mając nadzieję, że nie czekają mnie kolejne niespodzianki.

- Kto tam? - spytałam, przykładając ucho do drzwi.

- To my - odparła Pam.

Zaczęłam przekręcać gałkę, zatrzymałam się jednak, ale przypomniałam sobie, że bez mojego zaproszenia wampiry i tak nie wejdą, toteż je otworzyłam.

Pam ma proste włosy, jasne jak płatek magnolii. Poza tym wygląda jak młoda gospodyni domowa z przedmieścia, która dorabia sobie na pół etatu w przedszkolu.

Wprawdzie w mojej opinii mało kto powierzyłby jej opiekę nad własnymi berbeciami, ale nigdy nie widziałam, by zrobiła coś wyjątkowo okrutnego lub występnego. Bez wątpienia jest przekonana, że wampiry są lepsze niż istoty ludzkie, a przy tym bywa bardzo bezpośrednia i nie owija słów w bawełnę. Jestem pewna, że gdyby uznała jakiś nieprzyjemny czyn za niezbędny dla jej dobra, bez zastanowienia by go popełniła. Zawsze uważałam ją za świetną zastępczynię Erica i nie wydawała mi się przesadnie ambitna czy żądna władzy. Jeśli pragnie posiadać własne terytorium, dobrze skrywa to marzenie.

Wampir Chow jest zupełnie inny. Nie mam ochoty poznawać go lepiej, niż już go znam. Nie ufam mu i nigdy nie czułam się dobrze w jego towarzystwie. Jest Azjatą, niewysokim, lecz potężnie zbudowanym, i ma dość długie i czarne włosy. Nie mierzy chyba więcej niż metr sześćdziesiąt pięć, lecz każdy centymetr jego skóry (z tego, co widziałam) z wyjątkiem twarzy pokrywają wymyślne tatuaże, które stanowią istne dzieło sztuki. Pam twierdzi, że takie tatuaże są typowe dla członków yakuzy. W niektóre noce Chow pracuje w "Fangtasii" jako barman, w inne tylko siedzi w lokalu, a klienci mogą podchodzić do niego i go podziwiać. (Większość wampirzych barów powstała po to, byśmy my, zwykli śmiertelnicy, mogli poczuć ryzyko związane z przebywaniem w jednym pomieszczeniu z nieumarłymi. Bill twierdzi, że jest to ogromnie intratny biznes).

Pam przyszła ubrana w puchaty kremowy sweter i dzianinowe spodnie w kolorze złotobrązowym, a Chow miał na sobie typową dla siebie kamizelkę i spodnie. Chow rzadko wkłada koszulę, dzięki czemu goście "Fangtasii" mogą oglądać jego tatuaże.

Zawołałam Erica, który wszedł powoli do pokoju. Był wyraźnie ostrożny.

- Eric - zagaiła Pam na jego widok. W jej głosie pobrzmiewała ulga. - Nic ci nie jest?

Patrzyła na niego z niepokojem. Nie ukłoniła mu się, choć z szacunkiem pochyliła głowę.

- Panie - odezwał się Chow i się skłonił.

Starałam się nie wyciągać pochopnych wniosków z tego, co widzę i słyszę, przypuszczałam jednak, że odmienne rodzaje powitania oznaczają różne zależności pomiędzy trojgiem wampirów.

Eric miał niepewną minę.

- Znam was - powiedział, starając się, by to stwierdzenie nie brzmiało jak pytanie.

Dwoje spośród moich gości wymieniło spojrzenia.

- Pracujemy dla ciebie - wyjaśniła Pam. - Jesteśmy zobowiązani do wierności i lojalności.

Ruszyłam do wyjścia, zamierzając opuścić pokój, ponieważ uznałam, że bez wątpienia pragną omówić jakieś sekretne wampirze sprawy. A już na pewno nie miałam ochoty poznawać kolejnych tajemnic.

- Proszę, nie odchodź - jęknął Eric.

Był jawnie przerażony. Zmartwiałam i zerknęłam za siebie. Pam i Chow gapili się na mnie ponad ramieniem swego szefa.

Każde z nich miało inną minę - Pam wydawała się niemal rozbawiona, Chow patrzył z wyraźną przyganą.

Usiłowałam nie patrzeć Ericowi w oczy, by z czystym sumieniem zostawić go tutaj, ale, niestety, nie udało mi się. Najwyraźniej nie chciał zostać sam na sam z parą swoich pomagierów. Nabrałam powietrza i nadęłam policzki. Cholera, niech to szlag! Powlokłam się z powrotem, aż dotarłam do Erica, przez całą drogę piorunując Pam wzrokiem.

Znów ktoś zastukał do drzwi. Pam i Chow zareagowali bardzo gwałtownie. Oboje wyraźnie natychmiast byli gotowi walczyć, a wampiry w pełnej gotowości prezentują się naprawdę przerażająco. Wysunęli kły, dłonie wygięli w szpony, napięli wszystkie mięśnie. Powietrze wokół nich niemal iskrzyło.

- Tak? - spytałam, nie otwierając drzwi wejściowych.

Pomyślałam, że koniecznie powinnam zamontować wizjer.

- To ja, twój brat - oznajmił szorstko Jason.

Nie wiedział, jakie miał szczęście, że nie wszedł bez pukania.

Z jakiegoś powodu był w paskudnym nastroju i zadałam sobie pytanie, czy przypadkiem ktoś mu nie towarzyszy. Już miałam otworzyć drzwi, lecz się zawahałam. Ostatecznie, choć czułam się jak zdrajczyni, odwróciłam się do Pam i milcząco wskazałam jej tylne drzwi, po czym zrobiłam gest sugerujący, że powinna przez nie wyjść. Gdy miałam pewność, że pojęła, wykonałam palcem kółko, dając wampirzycy do zrozumienia, że chcę, by obeszła dom. W końcu wycelowałam w drzwi frontowe.

Pam skinęła głową i pobiegła korytarzem na tyły domu. Nie słyszałam odgłosów jej stóp. Zadziwiające!

Eric odsunął się od drzwi. Chow stanął przed nim. Pokiwałam głową z aprobatą. Dokładnie tak powinien postąpić podwładny.

Po niecałej minucie usłyszałam wrzask Jasona w odległości jakichś piętnastu centymetrów. Przestraszona odskoczyłam od drzwi.

- Otwórz! - poleciła Pam.

Szarpnęłam drzwi, a gdy otworzyły się szeroko, zobaczyłam Jasona w uścisku Pam. Wampirzyca bez wysiłku poderwała go z ziemi, choć mój brat dziko machał nogami i z całych sił jej się opierał, niech go Bóg błogosławi.

- Jesteś sam - zauważyłam z ogromną ulgą.

- Oczywiście, cholera! Dlaczego napuściłaś ją na mnie? Postaw mnie, kobieto!

- To jest mój brat, Pam - wyjaśniłam. - Proszę, postaw go na ziemi.

Pam postawiła Jasona, który od razu odwrócił się do niej.

- Słuchaj, kobieto! Nie wolno tak się podkradać do faceta! Masz szczęście, że ci nie oddałem!

Wampirzyca ponownie wyglądała na szczerze ubawioną, a Jason wydawał się zażenowany. Mimo wszystko uśmiechnął się z wdziękiem.

- Sądzę, że to może być trudne - przyznał, podnosząc torby, które upuścił.

Pam pomogła mu.

- Macie szczęście, że kupiłem krew w dużych plastikowych butelkach - dodał. - W przeciwnym razie ta śliczna dama chodziłaby głodna.

Ujmująco się do niej uśmiechnął. Jason lubi kobiety. Pam przerastała go o głowę, ale założę się, że wcale mu to nie przeszkadzało.

- Dzięki. Musisz teraz iść - oznajmiłam obcesowo.

Odebrałam od niego plastikowe torby. On i Pam ciągle mierzyli się wzrokiem. Byłam pewna, że wampirzyca rzuca na niego zły urok.

- Pam - upomniałam ją ostro. - To jest mój brat!

- Wiem - odrzekła spokojnie. - Jasonie, chciałeś nam coś powiedzieć?

Już zapomniałam, że w pierwszej chwili Jason wydał mi się bardzo zdenerwowany.

- Tak - przyznał, z trudem odrywając od niej wzrok. Spojrzał na mnie, a potem kątem oka dostrzegł Chowa i jego oczy się rozszerzyły. Przynajmniej miał dość rozumu, by obawiać się Azjaty. - Sookie - spytał - nic ci nie jest?

Zrobił krok do środka i widziałam, że zalewa go nowa fala adrenaliny, której poziom za sprawą Pam znacząco wcześniej opadł w jego organizmie.

- Tak. Wszystko w porządku. To tylko przyjaciele Erica, którzy przyjechali go stąd zabrać.

- No cóż, lepiej niech pozdejmują listy gończe.

To stwierdzenie przyciągnęło uwagę nas wszystkich. Jason jawnie się z tego ucieszył.

- Widziałem plakaty na ścianach Wal-Martu, Grabbit Kwik i Bottle Barn, a także w wielu innych punktach całego miasta - tłumaczył. - Na wszystkich jest to samo pytanie: "Czy widzieliście tego mężczyznę?". Wynika z nich, że Eric został porwany, a jego przyjaciele tak ogromnie się niepokoją, że wyznaczyli nagrodę za przydatne informacje w wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów.

Chyba niedokładnie zrozumiałam, o co chodzi. Głównie byłam zaskoczona, może nawet w szoku.

- Mają nadzieję, że ktoś im go wskaże i łatwiej będzie go schwytać - powiedziała Pam do Chowa. - To się może udać.

- Powinniśmy zająć się nim - odburknął, kiwając głową w stronę Jasona.

- Nie waż się tknąć mojego brata! - uprzedziłam.

Podeszłam i stanęłam między Jasonem i Chowem. Aż mnie ręka świerzbiła, żeby złapać kołek, młotek lub inną broń, która powstrzyma wampira przed atakiem.

Pam i Chow skupili na mnie całą swoją uwagę. Ich zainteresowanie nie pochlebiało mi, jak pochlebiało mojemu bratu. Mnie się raczej kojarzyło ze śmiertelnym zagrożeniem. Jason otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, a ponieważ poczułam, że narasta w nim gniew i jest gotów na konfrontację, błyskawicznie złapałam jego nadgarstek, tak mocno, że Jason aż chrząknął.

- Ani słowa - poleciłam.

Cudownym trafem posłuchał mnie. Najprawdopodobniej sam widział, że sytuacja szybko się zmienia i staje coraz poważniejsza.

- Będziecie zatem musieli zabić również mnie - obwieściłam.

Chow wzruszył ramionami.

- Czcza pogróżka.

Pam milczała. Jeśli miała do wyboru ważne sprawy wampirze i "kumplowanie się" ze mną... No cóż, obawiam się, że przestaniemy być koleżankami i będę musiała się z tym pogodzić.

- O co chodzi? - wtrącił się Eric. Przemawiał teraz znacznie mocniejszym głosem. - Wyjaśnij... ty... Pam.

Przez minutę panowała cisza i nasz los ważył się na wampirzej szali. Później Pam odwróciła się do Erica, a ja odniosłam wrażenie, że poczuła chyba nieznaczną ulgę, że nie musi mnie zabijać.

- Sookie i ten człowiek... jej brat... widzieli ciebie - wyjaśniła. - Są istotami ludzkimi i bez wątpienia potrzebują pieniędzy. Za pięćdziesiąt tysięcy wydadzą cię czarownicom.

- Jakim czarownicom? - Jason i ja spytaliśmy jednocześnie.

- Dzięki, Ericu, że wpakowałeś nas w takie gówno - dodał Jason, choć było to trochę niesprawiedliwe. - A ty, Sookie, może wreszcie puścisz przegub mojej ręki, co?! Jesteś silniejsza, niż na to wyglądasz.

Zgadza się, byłam silniejsza, niż powinnam być, ponieważ miałam w ciele wampirzą krew... Ostatnio była to krew Erica. Efekty utrzymają się jeszcze przez jakieś trzy tygodnie, może dłużej. Wiedziałam o tym z doświadczenia...

Niestety, w tamtym paskudnym momencie mojego życia potrzebowałam dodatkowej siły, jaką zapewniała wampirza krew. Ten oto wampir, który stał tutaj teraz ubrany w płaszcz kąpielowy mojego byłego chłopaka, ofiarował mi swoją krew, kiedy mimo odniesionych ran musiałam szybko podjąć pewne działania.

- Jasonie - odezwałam się spokojnie, jak gdybyśmy byli tutaj sami. - Proszę, uważaj.

Mówiąc w skrócie, pragnęłam pouczyć w ten sposób brata, by chociaż raz w życiu postąpił inteligentnie. Jason zbyt często lubił zbędne ryzyko.

Bardzo powoli i ostrożnie, jak gdyby oprócz nas przebywał w pomieszczeniu wypuszczony z klatki lew, wraz z bratem podeszliśmy do starej kanapy obok kominka i usiedliśmy. Dzięki temu napięcie nieco opadło. Po krótkim wahaniu Eric usiadł na podłodze i objął moje nogi. Pam usadowiła się na krawędzi fotela najbliżej kominka, Chow natomiast wolał nadal stać (w miejscu, z którego wedle mojej oceny dopadłby Jasona w jednym skoku). Atmosfera trochę się oczyściła i chociaż żadne z nas bynajmniej się nie zrelaksowało, sprawy miały się dużo lepiej.

- Twój brat musi zostać i wysłuchać całej opowieści - podsumowała Pam. - Niezależnie od tego, jak bardzo nie chcesz, aby o wszystkim wiedział. Musi usłyszeć, dlaczego nie powinien próbować zarobić tych pieniędzy.

Jason i ja szybko kiwnęliśmy głowami. Byłam o krok od wyrzucenia Pam i Chowa z mojego domu... Czekajcie, mogłam to zrobić! Mogłam kazać im się wynosić, uchylić zaproszenie, a wtedy... Wiuuu! Oboje ruszyliby w tył i po chwili znaleźli się za drzwiami. Uśmiechnęłam się na tę myśl. Tak, cofnięcie zaproszenia do własnego domu jest niezwykle satysfakcjonujące. Wykonałam już kiedyś ten gest, a gdy wyrzuciłam Billa i Erica z mojego salonu, poczułam się tak dobrze, że natychmiast unieważniłam zaproszenia do wejścia wszystkim wampirom, które znałam. Tyle że... Mój uśmiech przygasł, kiedy rozważyłam sprawę.

W obecnej sytuacji, gdybym poddała się temu impulsowi, musiałabym do końcu życia pozostawać w domu każdej nocy od wieczora do rana, ponieważ jeśli zatrzymałabym ich szefa, wampiry wracałyby codziennie o zmierzchu - jutro, pojutrze i tak dalej, aż wreszcie by mnie dopadły. Popatrzyłam spode łba na Chowa. Miałam ochotę obwinić go za całą sprawę.

- Kilka nocy temu usłyszeliśmy... - zaczęła opowiadać Pam. - Było to w "Fangtasii" - wyjaśniła z myślą o Jasonie. - Usłyszeliśmy zatem, że do Shreveport przybyła grupa czarownic. Powiedziała nam o tym jakaś kobieta, która... pożąda Chowa. Nie wiedziała, dlaczego tak bardzo zainteresowała nas jej informacja.

Początek historii nie wydawał mi się szczególnie przerażający. Jason wzruszył ramionami.

- No i? - spytał. - Jezu, wszyscy jesteście wampirami. Co może wam zrobić grupka dziewczyn w czarnych ciuchach?

- Prawdziwe czarownice mogą bardzo zaszkodzić wampirom - tłumaczyła Pam z niezwykłą cierpliwością. - "Dziewczyny w czarnych ciuchach", o których wspomniałeś, to tylko komediantki. Prawdziwe czarownice mogą być kobietami lub mężczyznami w dowolnym wieku. Są bardzo potężne i ogromnie groźne. Kontrolują moce magiczne, a nasza egzystencja jest przecież zakorzeniona w magii. Ta grupa wygląda na szczególnie...

Przerwała, szukając odpowiedniego słowa.

- Mocną? - podsunął pomocnie Jason.

- Mocną - zgodziła się. - Nie odkryliśmy, co czyni je tak potężnymi.

- W jakim celu przybyły do Shreveport? - spytałam.

- Dobre pytanie - zauważył Chow.

Spojrzałam na niego, marszcząc brwi. Nie potrzebowałam jego cholernych pochwał.

- Chciały... chcą... przejąć interesy Erica - powiedziała Pam. - Czarownice chcą pieniędzy tak bardzo jak inni, a wydaje im się, że mogą po prostu przejąć jego interesy, albo kazać Ericowi płacić za spokój.

- Haracz? - To był termin znany każdemu posiadaczowi telewizora. - Jak jednak mogą was do tego przymusić? Macie wielką władzę.

- Nawet nie wiesz, ile zła mogą wyrządzić czarownice, jeśli wycelują w jakiś biznes. Już podczas naszego pierwszego spotkania przywódcy grupy, czarownica imieniem Hallow i jej brat, czarownik, powiedzieli, czego chcą. Hallow wyjaśniła, że potrafi przekląć naszych pracowników, zatruć drinki, po których goście lokalu zaczną się przewracać na parkiecie, za co mogą nas zaskarżyć... Że nie wspomnę o kłopotach z hydrauliką. - Pam z oburzeniem rozłożyła ręce. - W ten sposób zmieniłyby każdą naszą noc w koszmarny sen, a nasze dochody spadłyby na łeb na szyję, aż w końcu "Fangtasia" przestałaby być cokolwiek warta.

Jason i ja posłaliśmy sobie ostrożne spojrzenia. Cóż, naturalnie, wampiry bardzo interesowały się barami, ponieważ była to najbardziej lukratywna nocna działalność gospodarcza. Prowadziły również całodobowe pralnie, całodobowe restauracje, całodobowe kina... ale posiadanie pubów sprawdzało się najlepiej. Jeśli "Fangtasia" zostanie zamknięta, Eric poniesie naprawdę duże straty finansowe.

- Czyli że żądają haraczu - oświadczył Jason.

Pewnie z pięćdziesiąt razy oglądał trylogię Ojciec chrzestny. Pomyślałam, czyby nie spytać go, jak się zapatruje na perspektywę pływania z nogami w betonie, lecz Chow wyglądał na podenerwowanego, więc się pohamowałam. I mnie, i bratu wciąż groziła nieprzyjemna śmierć i wiedziałam, że nie pora na dowcipy, a szczególnie na czarny humor.

- No dobra, więc jak to się stało, że Eric biegł drogą w środku nocy bez koszuli i butów? - spytałam, uznawszy, że czas przejść do konkretów.

Para podwładnych znów wymieniła spojrzenia. Zerknęłam na przyciśniętego do moich nóg Erica. Wyglądał na równie zainteresowanego odpowiedzią jak my. Jedną ręką mocno trzymał mnie za kostkę. Poczułam się jak olbrzymia przytulanka.

Chow postanowił podjąć opowieść.

- Powiedzieliśmy, że przedyskutujemy ich groźbę, jednak ostatniej nocy, gdy zjawiliśmy się w pracy, jedna z mniej ważnych czarownic czekała już w "Fangtasii" z alternatywną propozycją. - Wydawał się trochę zaniepokojony. - W trakcie naszego pierwszego spotkania przywódczyni kowenu*, Hallow, zdecydowała, że... hmm... pragnie Erica. Rozumiecie, na takie związki czarownice patrzą raczej krzywo, ponieważ my jesteśmy martwi, a czarostwo powinno być bardzo... organiczne. - Chow wypluł to słowo jak coś niesmacznego. - Oczywiście, większość czarownic wcale nie przestrzega zasad kowenu. Tak naprawdę chcą władzy i nie interesują ich kwestie religijne.

* W rzeczywistości wśród wiccan i w innych religiach pogańskich przywódcami kowenu są Wysoka Kapłanka i Wysoki Kapłan (przyp. tłum).

Wywód był bardzo ciekawy, bardziej jednak pragnęłam usłyszeć resztę historii Erica. Podobnie Jason, który uniósł rękę i wykonał gest zniecierpliwienia. Chow otrząsnął się lekko, jakby usiłował wyrwać się z zadumy, po czym podjął:

- Ta przywódczyni czarownic, Hallow, przekazała Ericowi poprzez swoją podwładną, że jeśli będzie ją zabawiał przez siedem nocy, w zamian ona zażąda jedynie jednej piątej jego udziałów, a nie połowy.

- Widocznie masz niezłą reputację - powiedział mój brat do Erica ze szczerym podziwem.

Wampirowi nie do końca udało się ukryć zadowoloną minę. Cieszył się, słysząc, że taki z niego Romeo. Kiedy chwilę później spojrzał na mnie, dostrzegłam niejaką różnicę w jego wzroku.

Ogarnęło mnie uczucie potwornej nieuchronności - jak wówczas, gdy widzimy, że nasz samochód zaczyna się staczać ze wzgórza (chociaż jesteśmy przekonani, że zostawiliśmy go na parkingu) i wiemy, że nijak nie zdołamy go dogonić i wyhamować, niezależnie od tego, jak bardzo nam na tym zależy. Ten samochód i tak musi się rozbić.

- Mimo że niektórzy z nas pomyśleliby, że mądrze byłoby ustąpić, nasz pan odmówił - kontynuował Chow, posyłając swemu "panu" niezbyt czułe spojrzenie. - Zresztą uznał za stosowne odtrącić tę panią w tak obelżywy sposób, że Hallow po prostu go przeklęła.

Eric wyglądał na zakłopotanego.

- Dlaczego, do diabła, odrzuciłeś, facet, taki świetny układ? - spytał Jason, szczerze zaintrygowany.

- Nie pamiętam - odrzekł wampir, przysuwając się jeszcze bardziej do moich nóg. Bliżej już chyba nie mógł być. Wydawał mi się odprężony, wiedziałam jednak, że to tylko pozory. Wyczuwałam, że jego mięśnie są straszliwie napięte. - Nie znałem nawet swojego imienia, dopóki mi go nie podała ta kobieta... Sookie...

- Ale jak znalazłeś się na tej gminnej drodze?

- Tego również nie wiem.

- W jednej chwili po prostu zniknął z miejsca, w którym stał - wyjaśniła Pam. - Siedzieliśmy wówczas w biurze z młodą czarownicą. Chow i ja kłóciliśmy się z Erikiem, roztrząsając przyczyny jego odmowy. I nagle go nie było.

- Coś ci się kojarzy, Ericu? - spytałam.

Przyłapałam się na chęci wyciągnięcia ręki i pogłaskania go po głowie niczym psa, który się do mnie tuli.

Wampir był wyraźnie zakłopotany. Chociaż znakomicie mówił po angielsku, czasami peszyły go pewne potoczne określenia.

- Coś ci się przypomina? - uściśliłam. - Masz jakieś wspomnienia z tamtego dnia?

- Urodziłem się w momencie, gdy biegłem drogą ciemną, zimną nocą - obwieścił patetycznie. - Zanim mnie zabrałaś do samochodu, otaczała mnie wyłącznie czarna otchłań.

Historia Erica, opowiedziana w ten sposób, brzmiała naprawdę okropnie.

- Coś mi tu nie gra - wyznałam. - Przecież on nie mógł zniknąć tak po prostu, bez żadnego ostrzeżenia. - Pam nie wyglądała na obrażoną, a Chow nie patrzył już tak wojowniczo. - Wykonaliście jakiś gest, prawda? Jakoś namieszaliście. Co się stało?

Eric objął moje nogi obiema rękoma, więc nie mogłam się ruszyć. Zapanowałam nad lekkim atakiem paniki. Och, po prostu czuł się niepewnie.

- Czarownica wyprowadziła Chowa z równowagi - przyznała Pam po dłuższej pauzie.

Zamknęłam oczy. Nawet Jason chyba zrozumiał słowa wampirzycy, ponieważ patrzył na nią szeroko otwartymi oczyma. Eric odwrócił twarz i otarł się policzkiem o moje udo. Zastanawiałam się, jak dużo z tego wszystkiego pojmuje.

- Czyli Chow zaatakował czarownicę i w tej samej chwili Eric zniknął? - upewniłam się.

Pam kiwnęła głową.

- Oznacza to, że została wysłana jako przynęta z zaklęciem.

- Najwyraźniej - przyznał Chow. - Chociaż nigdy o czymś takim nie słyszałem i nie czuję się za nic odpowiedzialny.

Obrzucił mnie piorunującym spojrzeniem, więc zamilkłam.

Odwróciłam się do Jasona i przewróciłam oczyma. Nie miałam ochoty cierpieć z powodu gafy Chowa. Byłam niemal pewna, że gdyby całą historię opowiedzieć królowej Luizjany, władczyni Erica na pewno zbeształaby Chowa za ten incydent.

Zapanowało milczenie, podczas którego Jason wstał i dołożył do ognia.

- Byłeś kiedyś w "Merlotcie", prawda? - spytał Erica. - Tam, gdzie pracuje Sookie?

Wampir wzruszył ramionami. Nie pamiętał.

- Ja byłam, ale Eric nie - odpowiedziała za niego Pam.

Popatrzyła na mnie, czekając na potwierdzenie. Zamyśliłam się, po czym skinęłam głową.

- A więc nikt nie będzie łączyć Erica z Sookie.

Jason rzucił tę uwagę niby od niechcenia, lecz wyglądał na bardzo zadowolonego, niemal dumnego.

- Nie - zgodziła się z nim Pam. - Może nie.

Przyszło mi do głowy, że powinnam zacząć się właśnie martwić, nie mogłam sobie jednak uzmysłowić powodów.

- Zatem, jeśli chodzi o Bon Temps, sprawa jest jasna - podjął Jason. - Wątpię, czy ktoś poza Sookie widział go ubiegłej nocy, i niech mnie szlag trafi, jeśli wiem, dlaczego pojawił się na tej konkretnej drodze. - Mój brat wygłosił już drugą celną uwagę. Wyraźnie był w pełni skoncentrowany i miewał dziś przebłyski intelektualnego geniuszu. - Jednak wiele osób stąd również jeździ do waszego baru... "Fangtasii". Sam tam kiedyś byłem. - To była dla mnie nowość i popatrzyłam na niego zmrużonymi oczyma. Wzruszył ramionami, chociaż chyba trochę się speszył. - Więc - ciągnął - co się stanie, kiedy ktoś spróbuje zażądać nagrody? Kiedy ten ktoś zadzwoni pod numer z plakatu?

Chow uznał, że powinien bardziej zaangażować się w rozmowę.

- Telefon odbierze oczywiście jeden z rzekomych przyjaciół Erica i z pewnością powie, że pragnie natychmiast spotkać się z informatorem. Jeśli dzwoniący zdoła przekonać "rzekomego przyjaciela", że widział Erica po chwili, w której zła wiedźma rzuciła na niego zaklęcie, członkinie jej kowenu zaczną przeszukiwać wskazaną okolicę. A wtedy bez wątpienia go znajdą. Spróbują także skontaktować się z lokalnymi czarownicami i wciągnąć je do poszukiwań.

- Ale w Bon Temps nie ma żadnych czarownic - obruszył się Jason, zaskoczony, że Chow w ogóle coś takiego sugeruje. Tym razem jednak mój brat prawdopodobnie się mylił.

- Och, założę się, że są - wtrąciłam. - Dlaczego nie? Pamiętasz, co ci mówiłam?

Chociaż, kiedy ostrzegałam go przed istnieniem istot, których wolałby nie spotkać, myślałam o wilkołakach i zmiennokształtnych.

Mój biedny brat otrzymał dziś naprawdę zbyt dużo nowych informacji.

- Dlaczego nie?! - powtórzył słabym głosem. - A która z dziewczyn do nich należy?

- Nie tylko kobiety, również mężczyźni - przypomniała mu Pam, otrzepując ręce, jak gdyby mówiła o szkodnikach roznoszących infekcje. - Żyją jak inni ludzie, którzy także mają swoje tajemnice... Większość z nich to osoby miłe i absolutnie nieszkodliwe. - A jednak Pam nie wypowiedziała tych słów ze szczególnym przekonaniem. - Niestety, te złe psują opinię tym dobrym.

- To prowincja - oznajmił Chow, patrząc w zadumie na Pam - i równie dobrze może tu mieszkać niewiele czarownic. Nie wszystkie są zrzeszone w kowenach, a te niezależne trudno będzie Hallow i jej stronnikom skłonić do współpracy.

- Dlaczego czarownice ze Shreveport nie mogą po prostu rzucić jakiegoś uroku, który umożliwi im znalezienie Erica? - spytałam.

- Nie mają żadnych podstaw, aby rzucić urok - odparowała Pam takim tonem, jakby wiedziała, o czym mówi. - Nie są w stanie wejść do miejsca, w którym Eric przesypia dnie, gdzie mogłyby znaleźć jego włosy albo ubrania z jego zapachem. Nie znają też nikogo, kto miałby w sobie krew Erica.

O, Boże! Eric i ja posłaliśmy sobie szybkie spojrzenie. Ja miałam w sobie jego krew! Żywiłam wielką nadzieję, że nie wie o tym nikt poza nami.

- Ponadto - podjął Chow, przestępując z nogi na nogę - moim zdaniem takie drobiazgi i tak nie dają podstaw do rzucenia czaru na nas, ponieważ jesteśmy martwi.

Pam ponownie wpatrzyła się w Chowa. Znowu przesyłali sobie myśli, co mi się wcale nie podobało. Eric, podmiot tej wymiany informacji, zerkał to na jedno, to na drugie. Nie wyglądał zbyt inteligentnie.

Wampirzyca zwróciła się do mnie:

- Eric powinien zostać tutaj. Przewożąc go, moglibyśmy narazić go na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Podczas gdy on będzie bezpieczny u ciebie, postaramy się znaleźć jakieś środki zaradcze przeciwko czarownicom.

- Dochodzimy do sedna - mruknął mi w ucho Jason, wciąż używając terminologii z Ojca chrzestnego.

Teraz, kiedy Pam wygłosiła głośno swoją opinię, uprzytomniłam sobie, dlaczego należało się martwić, gdy Jason zaakcentował fakt, iż mało kto mógłby skojarzyć Erica ze mną. Nikt by nie uwierzył, że tak ważny i potężny wampir jak Eric pomieszkuje u zwykłej kobiety, w dodatku barmanki.

Mój cierpiący na amnezję gość wyglądał na oszołomionego. Pochyliłam się i na moment poddałam pragnieniu pogładzenia go po włosach, a następnie położyłam dłonie na jego uszach. Przystał na to, kładąc własne ręce na moich. Udawałam, że Eric nie może usłyszeć tego, co powiem.

- Posłuchajcie, Chow, Pam. To jest najgorszy możliwy pomysł i powiem wam, dlaczego. - Starałam się mówić bardzo szybko i dobitnie. - Jak mam go chronić? Wiecie, jak skończy się cała ta sprawa! Zostanę zaatakowana i znów odniosę rany. Albo nawet zginę.

Pam i Chow popatrzyli na mnie z identycznymi, całkowicie obojętnymi minami. Równie dobrze mogliby spytać: "Ale o co ci właściwie chodzi?".

- Jeśli moja siostra spełni waszą prośbę - wtrącił Jason, lekceważąc mój protest - zasłuży na zapłatę.

Zapadło milczenie, które my, ludzie, nazywamy wymownym. Zagapiłam się na brata.

Pam i Chow pokiwali głowami.

- Przynajmniej tak dużą, jak nagroda, którą otrzymałby informator, gdyby zadzwonił pod numer z plakatu - kontynuował Jason, zerkając na nich oboje. - Pięćdziesiąt tysięcy.

- Jason! - zdołałam wreszcie wydukać i zacisnęłam dłonie jeszcze mocniej na uszach Erica.

Byłam zakłopotana i upokorzona, chociaż nie pojmowałam, dlaczego właściwie tak się czuję. Cóż, pewnie przede wszystkim chodziło o to, że mój brat decyduje o moim losie jak o własnym.

- Dziesięć - powiedział Chow.

- Czterdzieści pięć - odparował Jason.

- Dwadzieścia.

- Trzydzieści pięć.

- Umowa stoi.

- Sookie, przywiozę ci moją strzelbę - zakończył mój brat.