Sookie Stackhouse. (#3). Klub martwych - Charlaine Harris

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy weszłam do domu Billa, mój wampir siedział zgarbiony nad komputerem. W ostatnich paru miesiącach ten scenariusz stał się aż za bardzo znajomy. Jeszcze kilka tygodni temu, gdy przychodziłam, Bill odrywał się od pracy, teraz jednak bardziej pociągała go klawiatura.
- Witaj, kochanie - rzucił z roztargnieniem, nie odwracając wzroku od ekranu.
Na biurku, obok klawiatury stała pusta butelka po Czystej Krwi grupy zero. Dobrze, przynajmniej pamiętał, że czasem trzeba coś zjeść.
Bill, który nie lubi chodzić w dżinsach i podkoszulkach, miał tego dnia na sobie spodnie khaki i koszulę w stonowaną niebiesko-zieloną kratę. Jego skóra jarzyła się, a gęste ciemne włosy pachniały szamponem "Herbal Essence". Bez wątpienia podnieciłby dziś każdą kobietę. Pocałowałam go w szyję, ale nie zareagował. Polizałam jego ucho. Nadal nic.
Przez ostatnie sześć godzin nieźle się uwijałam w barze "U Merlotte'a" i za każdym razem, ilekroć klient zapomniał mi dać napiwku albo jakiś głupiec poklepał mnie po tyłku, pocieszałam się myślą, że za chwilkę znajdę się sam na sam z moim chłopakiem, z którym cudownie pobaraszkujemy w łóżku i który poświęci mi całą swą uwagę.
Niedoczekanie moje! Nie miałam na co liczyć.
Westchnęłam przeciągle, po czym obrzuciłam piorunującym spojrzeniem plecy Billa. Były to piękne plecy o szerokich ramionach, na które zamierzałam patrzeć z bardzo, bardzo bliska, a może nawet przy okazji wbijać w nie paznokcie. Ogromnie na to liczyłam. Odetchnęłam głęboko.
- Za minutkę zajmę się tobą - oznajmił mój wampir.
Na ekranie komputera dostrzegłam zdjęcie dystyngowanego mężczyzny o srebrzystych włosach i ciemnej opaleniźnie. Wyglądał seksownie, był w typie Anthony'ego Quinna. Seksowny i dobrze zbudowany. Pod zdjęciem widniało nazwisko, a poniżej tekst, który zaczynał się od słów: "Urodzony w 1756 roku na Sycylii". W momencie gdy otworzyłam usta, chcąc skomentować fakt, że wbrew legendzie wampiry można jednak sfotografować, Bill odwrócił się i odkrył, że czytam.
Wcisnął klawisz i zdjęcie zniknęło z ekranu. Zagapiłam się na niego bezradnie, nie do końca wierząc w to, co właśnie zrobił.
- Sookie - rzucił, zmuszając się do uśmiechu.
Nie wysunął kłów, co oznaczało, że z pewnością nie jest w nastroju, którego się po nim spodziewałam. Dokładniej mówiąc, nie miał ochoty na cielesne igraszki ze mną. Podobnie jak wszystkie inne wampiry, Bill wysuwa kły tylko wtedy, gdy ma ochotę possać krew, uprawiać seks lub jedno i drugie. (Niektóre wampiry posuwają się w tych zabawach za daleko i zdarza się, że jeden czy drugi miłośnik kłów straci życie, ale moim zdaniem większość tych osób pociąga właśnie ów element niebezpieczeństwa). Chociaż niektórzy sugerują, że ja również należę do żałosnych istot, które się kręcą wokół wampirów w nadziei na przyciągnięcie ich uwagi, prawda jest inna - związałam się i pragnę utrzymywać kontakt wyłącznie z jednym wampirem (co zresztą nie zawsze mi się udaje), osobnikiem, który właśnie siedzi przede mną. A on zaczyna mieć przede mną sekrety. I wcale się szczególnie nie cieszy, że mnie widzi.
- Billu - odparowałam zimno.
Atmosfera była napięta. Coś iskrzyło. Ale na pewno nie z powodu zwiększonego libido Billa ("libido" było w moim kalendarzu Słowem Dnia).
- Zapomnij o tym, co właśnie zobaczyłaś. Nic nie widziałaś - pouczył mnie stanowczo.
Przyglądał mi się twardo ciemnymi piwnymi oczyma.
- Ehe... - odburknęłam, chyba z lekkim sarkazmem. - A nad czym tak siedzisz?
- Otrzymałem tajną misję.
Nie wiedziałam - śmiać się czy obrazić i odejść. Zapanowałam jednak nad sobą, uniosłam brwi i czekałam na więcej informacji. Bill jest oficerem śledczym Piątej Strefy, wampirzej jednostki administracyjnej, czyli Luizjany. Eric, szef tejże Strefy, nigdy przedtem nie przydzielał Billowi żadnego zadania, o którym mój wampir nie mógłby mi powiedzieć. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj należałam do ekipy dochodzeniowej i mimo swej niechęci stanowiłam jej integralny element.
- Eric nie może się o niczym dowiedzieć - wyjaśnił Bill. - Żaden z wampirów Piątej Strefy nie może o niczym wiedzieć.
Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem.
- Jeżeli zatem... nie pracujesz dla Erica, kto zlecił ci tę misję? - Ponieważ bolały mnie nogi, klęknęłam i oparłam się o kolana Billa.
- Królowa Luizjany - odparł niemal szeptem.
Patrzył na mnie z ogromną powagą, więc usiłowałam się nie roześmiać, ale nie wytrzymałam. Zaczęłam chichotać i nie mogłam przestać.
- Mówisz serio? - spytałam wreszcie, choć doskonale znałam odpowiedź.
Bill prawie nigdy nie żartuje.
Przytuliłam twarz do jego uda, żeby nie dostrzegł mojego rozbawienia. Potem zerknęłam na niego. Był wyraźnie wkurzony.
- Jestem śmiertelnie poważny - zapewnił mnie.
Jego głos brzmiał tak twardo, że zmusiłam się do zmiany nastawienia.
- Okej, chciałabym zrozumieć - oznajmiłam dość spokojnie. Usiadłam na podłodze po turecku i położyłam ręce na kolanach. - Pracujesz dla Erica, który jest szefem Piątej Strefy, lecz istnieje także królowa? Królowa Luizjany?
Bill skinął głową.
- Czyli że podzieliliście nasz stan na strefy, a królowa jest zwierzchniczką Erica, ponieważ jego siedziba znajduje się w Shreveport, mieście leżącym w Piątej Strefie?
Ponownie potwierdził. Przyłożyłam rękę do twarzy i potrząsnęłam głową.
- A gdzie ona mieszka? W Baton Rouge?
Stolica stanu wydała mi się miejscem oczywistym.
- Nie, nie. W Nowym Orleanie. Oczywiście.
Oczywiście. Wampirza centrala. Czytając gazety, można by pomyśleć, że w Nowym Orleanie nie sposób rzucić kamieniem i nie trafić w jednego z nieumarłych (chociaż jedynie prawdziwy głupiec poważyłby się na taki gest). Nowoorleański przemysł turystyczny kwitł, ale do miasta nie przyjeżdżali już ci sami ludzie co kiedyś - lubiący alkohol i dobrą zabawę bywalcy parad. Nowi turyści pragnęli zbliżyć się do wampirów, odwiedzić wampirzy bar, wynająć nieumarłą prostytutkę lub obejrzeć pokaz wampirzego seksu.
Tylko o tym słyszałam, bo od dzieciństwa nie byłam w Nowym Orleanie. Rodzice zabrali tam kiedyś mnie i mojego brata Jasona. Nie miałam jeszcze wtedy siedmiu lat, ponieważ później tato i mama zginęli w wypadku.
Zmarli prawie dwadzieścia lat przed dniem, w którym wampiry wystąpiły w pewnym programie telewizji kablowej i obwieściły, że od dawna egzystują wśród nas. Postanowiły się ujawnić niedługo po odkryciu przez Japończyków krwi syntetycznej, dzięki której wampir, by żyć, nie musi już wysysać krwi z istot ludzkich.
Wampirza społeczność w USA pozwoliła się najpierw ujawnić japońskim klanom wampirzym. Potem, równocześnie, w większości krajów na świecie, które mają telewizję (a który dziś nie ma?), w setkach języków setki starannie wybranych wampirów o ujmującej powierzchowności wygłaszały to samo oświadczenie.
Tej nocy, czyli dwa i pół roku temu, my, zwykli ludzie dowiedzieliśmy się, że w naszym otoczeniu zawsze żyły potwory.
Równocześnie jednak usłyszeliśmy, że pragną one żyć z ludźmi w zgodzie. "Nie stanowimy dla was zagrożenia" - mówiły wampiry. "Do życia nie potrzebujemy już waszej krwi".
Łatwo można sobie wyobrazić, że tej nocy kanały nadające oświadczenie miały niezwykłą oglądalność. A później podniosło się ogromne oburzenie.
Reakcje na usłyszane rewelacje zmieniały się w zależności od kraju.
Najgorzej wampiry zostały przyjęte przez kraje muzułmańskie. Nawet nie chcecie wiedzieć, co się przydarzyło nieumarłemu rzecznikowi w Syrii, chociaż chyba jeszcze gorszą - i ostateczną - śmiercią zmarła wampirzyca z Afganistanu. (Gdzie tamtejsze wampiry miały rozum, wybierając do tego paskudnego zadania istotę płci żeńskiej? Cóż, wampiry może i są inteligentne, czasami jednak wyraźnie widać, że nie mają pojęcia o współczesnym świecie).
Niektóre kraje - spośród których należy wymienić Francję, Włochy i Niemcy - w ogóle nie uznały wampirów za pełnoprawnych obywateli.
Wiele innych - jak Bośnia, Argentyna i większość afrykańskich - odmówiło wampirom statusu prawnego, czyniąc je w ten sposób łatwym celem dla łowców nagród. Natomiast Stany Zjednoczone, Anglia, Meksyk, Kanada, Japonia, Szwajcaria czy państwa skandynawskie potraktowały nieumarłych z większą tolerancją.
Trudno ustalić, czego wampiry się spodziewały. A ponieważ latami potajemnie egzystowały wśród żywych, nauczyły się nie ujawniać tajemnic dotyczących swojej struktury społecznej i rządowej. Dlatego też obecne wyjaśnienia Billa stanowiły dla mnie absolutną nowość.
- Więc królowa wampirów Luizjany przydzieliła cię do tajemnego projektu - podsunęłam, siląc się na obojętny ton. - I właśnie z tego powodu od wielu tygodni spędzasz całe noce przy komputerze.
- Tak - przyznał Bill.
Wziął butelkę Czystej Krwi i podniósł do ust, pozostało w niej jednak zaledwie kilka kropel. Poszedł korytarzem do małej kuchni (podczas przebudowy starego domu rodzinnego, zmniejszył kuchnię, wówczas już bowiem jej nie potrzebował) i wyjął z lodówki kolejną butelkę. Słyszałam, że ją otwiera i wstawia do kuchenki mikrofalowej. Gdy krew się ogrzała, wrócił, potrząsając zatkaną kciukiem butelką, by wyrównać temperaturę zawartości.
- No to ile czasu zamierzasz poświęcić temu projektowi? - zadałam pytanie, które wydało mi się logiczne.
- Tyle, ile będzie trzeba - odparował niezbyt uprzejmie. Był wyraźnie rozdrażniony.
Hm... Czyżby nasz miesiąc miodowy dobiegł końca? Oczywiście mam na myśli miesiąc miodowy w przenośni, ponieważ z racji tego, że Bill jest wampirem, nie mogę go poślubić właściwie nigdzie na świecie.
Poza tym, jakoś mi się do tej pory nie oświadczył...
- No cóż, jeśli jesteś tak bardzo pochłonięty swoim przedsięwzięciem, lepiej będę się trzymała z daleka od ciebie do czasu aż je ukończysz - oznajmiłam powoli.
- Tak pewnie byłoby najlepiej - odparł po dostrzegalnej przerwie, a ja poczułam się tak, jakby rąbnął mnie pięścią w brzuch.
Wstałam w mgnieniu oka i już wkładałam płaszcz na mój zimowy strój roboczy, na który składały się czarne spodnie, biały podkoszulek z długim rękawem, dekoltem w łódkę i haftem "Merlotte" nad lewą piersią. Odwróciłam się do Billa plecami, by nie widział mojej twarzy.
Nie chciałam się rozpłakać, więc nie spojrzałam na niego, nawet kiedy poczułam na ramieniu dotyk jego ręki.
- Muszę ci coś powiedzieć - oznajmił typowym dla siebie chłodnym, spokojnym głosem.
Zastygłam, przerywając wkładanie rękawiczek, nie mogłam się jednak zmusić nawet do zerknięcia na Billa. Niech mówi do moich pleców.
- Jeśli coś mi się stanie - kontynuował (i w tym momencie powinnam się zacząć martwić) - musisz zajrzeć do kryjówki, którą zbudowałem w twoim domu. Powinien tam być mój komputer. I płyty. Nic nikomu nie mów. Jeśli komputera nie będzie w kryjówce, przyjedź i poszukaj go tutaj. Przyjedź za dnia i weź ze sobą broń. Zabierz komputer i wszystkie nośniki, jakie znajdziesz, a później ukryj je w mojej, jak ją nazywasz, dziupli.
Skinęłam głową. Na pewno dostrzegł ten ruch. Nie byłam w stanie się odezwać.
- Jeżeli nie wrócę i nie otrzymasz ode mnie żadnej wiadomości przez... powiedzmy... osiem tygodni... tak, osiem, przekaż Ericowi wszystko, co ci dzisiaj powiedziałem. I poproś go o ochronę.
Nie odzywałam się. Byłam zbyt nieszczęśliwa, żeby się wściekać, i czułam, że za chwilę się rozpłaczę. Gwałtownie pokiwałam głową na znak, że rozumiem. Mój koński ogon mocno smagnął mi kark.
- Wyjeżdżam wkrótce do... Seattle - ciągnął Bill.
Poczułam, że jego chłodne wargi muskają miejsce, którego dotknęła kitka.
Kłamał.
- Kiedy wrócę, porozmawiamy.
Perspektywa tej rozmowy nie wydała mi się pociągająca. Powiedziałabym raczej, że propozycja Billa zabrzmiała złowieszczo.
Znowu kiwnęłam głową. Nie odezwałam się, bo w tej chwili naprawdę płakałam. Nie zamierzałam jednak pokazać Billowi łez, prędzej wolałabym umrzeć.
I tak się rozstaliśmy tej zimnej grudniowej nocy.
***
Nazajutrz wpadłam na niemądry pomysł i postanowiłam pojechać do pracy okrężną drogą. Byłam w takim nastroju, że widziałam cały świat w czarnych barwach. Mimo niemal całkowicie bezsennej nocy coś mnie ostrzegało, że poczuję się jeszcze gorzej, jeśli pojadę Magnolia Creek Road; a jednak pojechałam. Chociaż dzień był zimny i brzydki, wokół starej rezydencji Bellefleurów "Belle Rive" wrzało jak w ulu. Przed domem sprzed wojny secesyjnej stała furgonetka z firmy dezynsekcyjnej i samochód projektanta mebli kuchennych, a dostawca desek na szalunek parkował przed kuchennym wejściem. Wiele się obecnie działo w życiu Caroline Holliday Bellefleur, starszej damy, która od dobrych osiemdziesięciu lat rządzi "Belle Rive" i (przynajmniej częściowo) Bon Temps. Zastanawiałam się, co myślą na temat tych wszystkich zmian w rezydencji jej wnuki: prawniczka Portia i detektyw Andy. Mieszkali z babcią (tak jak ja kiedyś z moją) przez całe swoje dorosłe życie. Chyba przynajmniej cieszą się, widząc, że babci sprawia przyjemność remont posiadłości...
A moją babcię zamordowano kilka miesięcy temu...
Bellefleurowie nie mieli z tym nic wspólnego. I, rzecz jasna, nie istniał żaden powód, dla którego Portia i Andy mieliby się podzielić ze mną nowo zdobytym bogactwem. Tak naprawdę, oboje unikali mnie jak zarazy. Mieli wobec mnie dług wdzięczności i nie mogli tego znieść. A i tak nie zdawali sobie sprawy, jak wiele mi zawdzięczają.
Otrzymali ostatnio tajemniczy spadek po krewnym, który rzekomo "zmarł w tajemniczy sposób gdzieś w Europie" - tak powiedział Andy, opowiadając o pieniądzach kumplowi z posterunku, gdy popijali w "Merlotcie". Kiedy Maxine Fortenberry podrzuciła bilety na loterię kółka kobiet przy Kościele Baptystów Getsemani, powiedziała mi, że "panna Caroline", chcąc ustalić tożsamość ofiarodawcy, przejrzała wszystkie rodzinne dokumenty, jakie zdołała znaleźć; niestety, bez rezultatu.
"Panna Caroline" nie miała jednak najwyraźniej żadnych skrupułów, jeśli chodzi o wydawanie tych pieniędzy.
Nawet Terry Bellefleur, kuzyn Portii i Andy'ego, jeździł teraz nowym pikapem, który stał na ubitej ziemi podwórza przed jego jednopiętrowym domem. Lubiłam Terry'ego, poranionego weterana z Wietnamu. Wiedziałam, że nie ma wielu przyjaciół, i nie zazdrościłam mu nowego auta.
Niemniej jednak pomyślałam o gaźniku, który dopiero co musiałam wymienić w moim starym samochodzie. Zapłaciłam od razu, choć przez chwilę chciałam spytać Jima Downeya, czy nie przyjąłby połowy kwoty, rozkładając mi pozostałe koszty na następne dwa miesiące. Ale przecież Jim miał żonę i troje dzieci. Pomyślałam, że może poproszę Sama Merlotte'a, mojego szefa, o dodatkowe godziny w barze. Skoro Bill pojechał do Seattle, równie dobrze mogłabym przeprowadzić się do "Merlotte'a", gdyby tylko Sam potrzebował mnie tam non stop. Ja bez wątpienia potrzebowałam pieniędzy.
Mijając "Belle Rive", naprawdę walczyłam z uczuciem zazdrości. Ruszyłam na południe, a potem skręciłam w Hummingbird Road i skierowałam się do baru. Wmawiałam sobie, że wszystko będzie dobrze, że, gdy Bill wróci z Seattle (czy skądkolwiek), będzie ponownie namiętnym kochankiem, okaże mi uczucie i sprawi, że znów poczuję się kimś wyjątkowym. Chciałabym się znowu poczuć z kimś związana, a nie tak samotna jak teraz.
Miałam oczywiście brata, Jasona. Ale niezależnie od więzów krwi i łączącej nas przyjaźni, brat to tylko brat.
Przede wszystkim jednak czułam się w tej chwili odrzucona. A przez lata znałam to uczucie tak dobrze, jak gdyby było moją drugą skórą.
Na pewno nie chciałam wracać do tego stanu.
Przekręciłam gałkę u drzwi, sprawdzając, czy zamknęłam je na klucz, i odwróciłam się, a wówczas kątem oka zauważyłam, że ktoś siedzi na huśtawce na ganku. Stłumiłam krzyk, gdyż osobnik zaczął wstawać. A później go rozpoznałam.
Miałam na sobie ciężki, gruby płaszcz, a on był w podkoszulku bez rękawów. Właściwie, jego strój wcale mnie nie zaskoczył.
- El... - O rany, mało brakowało! - Jak się miewasz, Bubbo?
Próbowałam mówić spokojnym, beztroskim tonem. Nie wyszło mi to zbyt dobrze, jednak Bubba nie należał do najbystrzejszych osób. Wampiry przyznawały, że dużym błędem było zmienienie go w nieumarłego, gdy był bliski śmierci i koszmarnie odurzony lekami. Kiedy przewieziono go w nocy do kostnicy, przypadkowo pracował tam wampir, który był w dodatku wielkim fanem piosenkarza. Wymyślił na poczekaniu plan i - po dokonaniu jednego czy dwóch morderstw - przywrócił swego idola do życia, już jako wampira. Niestety, nie wszystko ułożyło się po myśli fana, toteż od tamtej pory wampiry przekazują sobie Bubbę niczym nietrafiony prezent. Od ubiegłego roku przebywa w Luizjanie.
- Panno Sookie, co słychać?
Mówił z silnym akcentem, a jego twarz wciąż pozostawała ładna na swój specyficzny sposób. Ciemne włosy opadały mu na czoło w postaci pozornie niechlujnej grzywki. Gęste bokobrody były starannie uczesane. Pewnie jakiś inny fan spośród nieumarłych zajął się nim dzisiejszego wieczoru.
- Wszystko świetnie, dziękuję ci - odpowiedziałam uprzejmie, szczerząc zęby w uśmiechu od ucha do ucha. Tak właśnie się uśmiecham, ilekroć jestem zdenerwowana. - Akurat wybieram się do pracy - dodałam, zadając sobie w duchu pytanie, czy zdołam po prostu wsiąść do samochodu i odjechać. Uznałam, że chyba nie.
- Eee, panno Sookie, przysłano mnie, żebym cię dziś strzegł.
- Kto cię przysłał?
- Eric - odparł z dumą. - Byłem sam w biurze, gdy zadzwonił. Kazał mi ruszyć dupę i przywlec się tutaj.
- Ale co mi grozi?
Rozejrzałam się po leśnej polanie, na której stał mój stary dom. Rewelacje Bubby mocno mnie zdenerwowały.
- Nie wiem, panno Sookie. Eric... powiedział, że mam cię pilnować dziś wieczorem do czasu, aż dotrze ktoś z "Fangtasii". To znaczy, Eric, Chow, panna Pam albo choćby Clancy. Więc jeśli jedziesz do pracy, będę ci towarzyszył. Zajmę się każdym, kto spróbuje cię niepokoić.
Dalsze wypytywanie go nie miało sensu. Wiedziałam, że Bubby lepiej nie stresować. I tak wyglądał na wytrąconego z równowagi, a wolałam nie wiedzieć, jak zachowa się podrażniony. Właśnie dlatego trzeba było pamiętać, by nie zwracać się do niego jego dawnym imieniem... Chociaż od czasu do czasu podśpiewywał, i były to pamiętne chwile.
- Nie możesz wejść do baru - oznajmiłam mu otwarcie.
Wyobraziłam sobie tę katastrofę. Klienci "Merlotte'a" są wprawdzie przyzwyczajeni do widoku wampirów, ale przecież nie zdołałabym wszystkich ostrzec, żeby nie wymawiali dawnego imienia Bubby. Eric był chyba naprawdę zdesperowany; wampirza społeczność stara się przecież trzymać w ukryciu pomyłki w rodzaju Bubby, chociaż od czasu do czasu wymyka się on spod kontroli i włóczy gdzieś samotnie. A potem nagle dostaje "olśnienia" i tabloidy szaleją.
- Może mógłbyś posiedzieć w moim samochodzie, dopóki nie skończę pracy?
Bubbie wyraźnie nie przeszkadzał chłód.
- Muszę być bliżej ciebie - powiedział i zabrzmiało to stanowczo.
- No dobrze, w takim razie może spędzisz ten czas w biurze mojego szefa? Mieści się tuż obok sali barowej i na pewno usłyszysz, jeśli krzyknę.
Bubba nadal nie wyglądał na usatysfakcjonowanego, ale w końcu skinął głową. Odetchnęłam z ulgą, choć nawet nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymuję oddech. Najłatwiej byłoby zostać w domu - zadzwonić i wykręcić się chorobą. Tyle że nie chciałam stawiać przed faktem dokonanym Sama, który na mnie liczył. A poza tym zależało mi na odebraniu wypłaty.
Gdy Bubba usiadł obok mnie na przednim siedzeniu, w samochodzie zrobiło się trochę ciasno. Podskakując na wyboistej drodze, oddaliliśmy się od mojego domu, przejechaliśmy przez las i dotarliśmy do drogi gminnej, a wówczas pomyślałam, że muszę wezwać ekipę, która nawiezie więcej żwiru na mój długi, kręty podjazd. Po chwili zastanowienia uznałam, że jednak tego nie zrobię. Nie stać mnie było obecnie na taki wydatek. Podjazd musi poczekać do wiosny. Albo do lata.
Skręciliśmy w prawo i pokonaliśmy ostatnie kilka kilometrów do "Merlotte'a" - baru, w którym pracowałam jako kelnerka, jeśli tylko nie wypełniałam kolejnych tajnych misji dla wampirów. W połowie drogi przyszło mi do głowy, że nie dostrzegłam przed moim domem samochodu Bubby. W jaki sposób się tam dostał? Może przyleciał? Podobno niektóre wampiry umieją latać. Bubba był wprawdzie najmniej utalentowanym wampirem, jakiego kiedykolwiek spotkałam, ale może to akurat potrafił.
Rok temu wypytałabym go, ale nie dziś. Obecnie przyzwyczaiłam się do towarzystwa nieumarłych. Nie jestem wampirzycą, lecz telepatką. Moje życie było piekłem, dopóki nie spotkałam mężczyzny, w którego myślach nie jestem w stanie czytać. Niestety, nie czytam mu w myślach tylko dlatego, że ów mężczyzna nie żyje.
Jestem już z Billem od wielu miesięcy i aż do ostatniej rozmowy było mi z nim naprawdę dobrze. A ponieważ inne wampiry potrzebują moich usług, jestem bezpieczna - oczywiście do pewnego stopnia. Przeważnie. No, czasami.
Sądząc po zapełnionym jedynie w połowie barowym parkingu, w "Merlotcie" nie było zbyt wielu gości. Sam kupił lokal jakieś pięć lat temu. Poprzedni właściciel zrezygnował - może ze względu na lokalizację baru, który mieścił się na polanie wśród drzew rosnących wokół parkingu? A może nie potrafił zaproponować odpowiednich drinków, jedzenia i dobrej obsługi?
Gdy Sam zmienił nazwę lokalu i wyremontował go, zjawili się klienci. Od tego czasu interesy szły dobrze. Ale w poniedziałkowe wieczory, takie jak dziś, ludzie z naszych stron, czyli północnej Luizjany, rzadko przesiadują przy drinku.
Wjechałam na parking dla pracowników, który znajdował się tuż przed przyczepą Sama Merlotte'a, stojącą na prawo od wejścia dla personelu. Wyskoczyłam zza kierownicy, przebiegłam przez magazyn i zerknęłam przez szybę w drzwiach, oceniając krótki korytarz, z którego prowadziły drzwi do toalet i biura Sama. Pusto. To dobrze. Zastukałam do biura i weszłam. Sam siedział za biurkiem. Jeszcze lepiej.
Sam nie jest zbyt postawnym mężczyzną, choć bardzo silnym. Ma włosy w odcieniu, który można nazwać "rudawy blond", oraz niebieskie oczy, a jest może ze trzy lata starszy ode mnie. Ja mam dwadzieścia sześć. Pracuję dla niego od kilku lat. Lubię go i kiedyś bywał obiektem moich ulubionych fantazji; parę miesięcy temu jednak spotykał się z pewną piękną, lecz morderczą istotą i wówczas mój entuzjazm nieco osłabł. Na pewno jednak mogę go nazwać swoim przyjacielem.
- Wybacz, Sam - powiedziałam, uśmiechając się z nerwów jak idiotka.
- O co chodzi?
Zamknął przeglądany właśnie katalog z produktami dla lokali.
- Muszę tu kogoś ukryć na jakiś czas.
Ta wiadomość wyraźnie go nie zachwyciła.
- Kogo? Czy Bill wrócił?
- Nie, ciągle podróżuje. - Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. - Ale wampiry przysłały jednego ze swoich, żeby mnie... eee... strzegł? I muszę go tu ukryć do czasu, aż skończę pracę. Jeśli się zgodzisz.
- Czemu potrzebujesz ochrony? I czemu ten wampir nie może po prostu siedzieć w barze? Mamy mnóstwo Czystej Krwi.
Czysta Krew bez wątpienia okazała się najbardziej pożądanym spośród konkurujących ze sobą zamienników krwi naturalnej. "Najlepsza zaraz po naturalnej" - głosiła pierwsza reklama, po której wampiry tłumnie rzuciły się do sklepów.
Usłyszałam za sobą cichy odgłos i westchnęłam. Bubba się niecierpliwił.
- Hej, prosiłam cię przecież... - zaczęłam, usiłując się odwrócić.
Niestety, nie zdążyłam. Ktoś położył mi rękę na ramieniu i szarpnął mnie ku sobie. Stanęłam w korytarzu oko w oko z mężczyzną, którego nigdy wcześniej nie widziałam. I który robił właśnie zamach pięścią, zamierzając uderzyć mnie w głowę.
Chociaż wypłukałam już z organizmu większość wampirzej krwi, którą połknęłam kilka miesięcy temu (podkreślę, że w przeciwnym razie nie przeżyłabym), więc obecnie moja skóra jedynie lekko jarzy się w ciemnościach, to wciąż jestem szybsza niż większość ludzkich istot. Wyrwałam się więc błyskawicznie napastnikowi, a potem przykucnęłam i pchnęłam jego nogi. Gdy się zachwiał, Bubbie łatwiej było go chwycić za gardło i zacisnąć na nim dłonie.
Wstałam chwiejnie, a Sam wybiegł z biura. Popatrzyliśmy na siebie, a potem na Bubbę i jego ofiarę.
Cudownie!
- Zabiłem go - oznajmił z dumą Bubba. - Ocaliłem cię, panno Sookie.
Gdy w twoim barze zjawia się facet z Memphis i uświadamiasz sobie, że ów sławny człowiek jest teraz wampirem, a w dodatku obserwujesz, jak na twoich oczach skręca kark potencjalnemu zabójcy... Cóż, nawet Sam miał problem z ogarnięciem tej sytuacji, chociaż i on nie jest zwyczajnym facetem.
- No cóż, rzeczywiście - powiedział łagodnie do Bubby. - Wiesz, kim był?
Dopóki nie zaczęłam się spotykać z Billem, nigdy nie widziałam martwego człowieka - poza domem pogrzebowym. Bill w zasadzie też jest martwy, chodzi mi jednak o osoby "całkowicie" martwe. Tak czy owak, od tamtej pory stale mam do czynienia z trupami. Jak to dobrze, że nie jestem przesadnie wrażliwa.
Ten konkretny martwy człowiek był po czterdziestce i wyraźnie nie miał łatwego życia. Całe jego ręce były pokryte tatuażami, przeważnie kiepskiej jakości, toteż kojarzyły mi się z więzieniem. Mężczyźnie brakowało też kilku przednich zębów. Miał na sobie strój, który wydał mi się typowy dla motocyklistów: poplamione błękitne dżinsy i skórzaną kamizelkę narzuconą na podkoszulek z obscenicznym napisem.
- Co widnieje z tyłu jego kamizelki? - spytał Sam, jak gdyby ten szczegół był dla niego strasznie ważny.
Bubba uprzejmie kucnął i obrócił zwłoki na bok. Gdy ręka trupa opadła bezwładnie na dłoń wampira, poczułam napływ mdłości. Zmusiłam się jednak do obejrzenia kamizelki. Jej tył zdobił profil wilczego łba. Wilk wyglądał, jak gdyby wył, a cały łeb znajdował się w środku białego kręgu, który uznałam za księżyc. Na widok tego obrazka mój szef zaniepokoił się jeszcze bardziej.
- Wilkołak - oznajmił krótko.
Tak, to wiele wyjaśniało.
Na dworze było zbyt mroźno, by nosić jedynie podkoszulek i kamizelkę. O ile nie było się wampirem. Wilkołaki znosiły zimno nieco lepiej niż zwykli ludzie, lecz przeważnie starały się nosić ciepłe okrycia podczas chłodów, ponieważ istnienie wilkołaczej społeczności ciągle nie było znane ludzkiej rasie (z wyjątkiem mnie, szczęściary, i prawdopodobnie kilkuset innych dobrze poinformowanych). Zastanawiałam się zatem, czy zabity zostawił płaszcz w barze, na przykład na haku przy głównym wejściu. Oznaczałoby to, że ukrywał się w męskiej toalecie, czekając, aż się zjawię. A może wszedł za mną tylnymi drzwiami? Może zostawił płaszcz w swoim aucie?
- Widziałeś, jak wchodził? - spytałam Bubbę.
Byłam chyba trochę rozkojarzona.
- Tak, panno Sookie. Pewnie czekał na ciebie na dużym parkingu. Zostawił samochód za rogiem, wysiadł i wszedł tylnym wejściem chwilkę po tobie. Wbiegłaś drzwiami, on tuż za tobą, a ja za nim. Miałaś wielkie szczęście, że przyjechałem tu z tobą.
- Dziękuję ci, Bubbo. Masz rację. Dobrze, że tu byłeś. Ciekawe, co zamierzał ze mną zrobić...
Na samą myśl poczułam zimny dreszcz na całym ciele. Czy wilkołak szukał tylko jakiejś samotnej kobiety, którą chciał porwać, czy polował właśnie na mnie? Uprzytomniłam sobie, że głupio się pocieszam. Skoro Eric tak bardzo bał się o mnie, że przysłał mi ochroniarza, na pewno wiedział o jakimś zagrożeniu. Czyli że atak na mnie był nieprzypadkowy.
Bubba wyszedł bez słowa tylnymi drzwi. Wrócił po minucie.
- Wilkołak miał na przednim siedzeniu auta mocną taśmę klejącą i kneble - oznajmił. - W samochodzie zostawił też kurtkę. Przyniosłem ją, żeby wsunąć mu pod głowę.
Pochylił się, wsunął grubą kurtkę moro pod głowę zabitego i okrył nią jego twarz i szyję. Owinięcie głowy stanowiło naprawdę dobry pomysł, gdyż z ust nieżyjącego pociekło trochę krwi. Po ukończeniu zadania Bubba zlizał ją z palców.
Widząc, że wpadam w lekki dygot, Sam objął mnie.
- To jednak dziwne... - mówiłam, gdy prowadzące z baru na korytarz drzwi zaczęły się otwierać i pojawiła się w nich twarz Kevina Pryora.
Kevin był przemiłym facet, ale pracował w policji. A gliniarz był ostatnią osobą, jakiej obecnie potrzebowaliśmy.
- Przepraszam, niestety, toaleta się zatkała - bąknęłam i pchnęłam drzwi, o mało nie uderzając nimi w pociągłą twarz zaskoczonego mężczyzny. - Słuchajcie, może popilnuję drzwi, a wy dwaj wyniesiecie tego faceta i załadujecie do jego pojazdu? Potem wymyślimy, co z nim zrobić.
Podłogę korytarza na pewno trzeba było umyć. Odkryłam, że drzwi prowadzące na korytarz można zamknąć na klucz. Nigdy przedtem tego nie zauważyłam.
Sam miał wątpliwości.
- Sookie, nie sądzisz, że powinniśmy wezwać policję? - spytał.
Rok temu zadzwoniłabym na posterunek, jeszcze zanim ciało upadło na podłogę. Jednakże w ciągu tego ostatniego roku wiele się nauczyłam. Spojrzałam Samowi w oczy i skinęłam głową w stronę Bubby.
- Myślisz, że wytrzyma w więzieniu? - mruknęłam.
Bubba nucił pod nosem pierwsze słowa Blue Christmas.
- Ani ty, ani ja nie mielibyśmy przecież dość siły, żeby udusić tego wilkołaka - dodałam przekonująco.
Po chwili wahania Sam pokiwał głową. Również nie widział innego wyjścia.
- Okej, Bubba, zanieśmy faceta do jego auta.
Pobiegłam po mopa, a mężczyźni - to znaczy wampir i zmiennokształtny - wynieśli motocyklistę tylnymi drzwiami. Zanim wrócili, przynosząc ze sobą powiew lodowatego powietrza, zdążyłam umyć podłogę w korytarzu i męskiej toalecie (jak gdyby naprawdę doszło w niej do zalania). Rozpyliłam w korytarzu trochę odświeżacza powietrza, żeby nikt nie wyczuł żadnego dziwnego zapachu.
Dobrze, że działałam szybko, ponieważ ledwie przekręciłam klucz w drzwiach, Kevin znów je pchnął.
- Wszystko w porządku? - spytał.
Kevin lubi biegać, więc jego ciało jest szczupłe, pozbawione zbędnego tłuszczu, a przy tym jest niewysoki. Wygląda trochę ciapowato i nadal mieszka z mamą. Ale mimo to wcale nie jest głupi. W przeszłości czasem wsłuchiwałam się w jego myśli, więc wiem, że Kevin zazwyczaj skupia się na szczegółach związanych z pracą w policji albo snuje marzenia związane z czarnoskórą partnerką, postawną Kenyą Jones. Teraz wyczułam u niego podejrzliwość.
- Chyba naprawiliśmy - odpowiedział mu Sam. - Podłoga jest świeżo wytarta, więc patrz pod nogi. Nie poślizgnij się, bo jeszcze przyjdzie ci do głowy mnie zaskarżyć!
- Ktoś jest w twoim biurze? - spytał Kevin, kiwając głową ku zamkniętym drzwiom.
- Jeden z przyjaciół Sookie - odparł Sam.
- Lepiej pójdę na salę i podam parę drinków - oznajmiłam niefrasobliwym tonem, obrzucając obu mężczyzn promiennymi uśmiechami.
Uniosłam rękę, wygładziłam koński ogon i odeszłam w moich reebokach. W barze panowały pustki, toteż kelnerka, którą przyszłam zastąpić (Charlsie Tooten) popatrzyła na mnie z ulgą.
- Nic się nie dzieje - mruknęła do mnie. - Ci przy stoliku numer sześć piją ten dzbanek od godziny, a Jane Bodehouse usiłuje poderwać każdego faceta, który wejdzie. Kevin przez cały wieczór pisał coś w notesie.
Walcząc z niechęcią, zerknęłam na jedyną klientkę baru. Każdy lokal ma swoich pijaków, którzy przesiadują w nim od otwarcia do zamknięcia. Jane Bodehouse należała do naszych. Zwykle piła samotnie w domu, lecz mniej więcej raz na dwa tygodnie wpadała do nas i starała się poderwać jakiegoś faceta. Każdy kolejny podryw był trudniejszy, bo Jane miała po pięćdziesiątce, ale z powodu trybu życia, jaki prowadziła od dobrych dziesięciu lat, czyli częstego braku snu i niewłaściwego odżywiania, wyglądała znacznie starzej.
Dziś wieczorem nie dodawał jej również uroku makijaż, gdyż wykonując go, wyraźnie wyjechała poza brzegi brwi i ust. Rezultat był naprawdę paskudny. Trzeba będzie zadzwonić po jej syna, żeby ją odebrał. Nie miałam wątpliwości, że kobieta nie jest w stanie kierować samochodem.
Skinęłam głową Charlsie i pomachałam Arlene, innej kelnerce, która siedziała przy stoliku ze swoim najnowszym facetem, Buckiem Foleyem. Skoro odpoczywała, w lokalu rzeczywiście interes się nie kręcił. Arlene pomachała mi w odpowiedzi tak energicznie, że aż zawirowały jej rude loki.
- Jak tam dzieciaki?! - zawołałam, odstawiając na miejsce szklanki, które Charlsie wyjęła ze zmywarki.
Własne zachowanie wydawało mi się zupełnie normalne, dopóki nagle nie zauważyłam, jak strasznie trzęsą mi się ręce.
- Wspaniale. Coby przynosi same szóstki, a Lisa wygrała konkurs ortograficzny - odparła z szerokim uśmiechem.
Każdemu, kto uważa, że czterokrotna mężatka nie może być dobrą matką, wystarczy wskazać Arlene. Żeby zrobić jej przyjemność, posłałam również szybki uśmieszek Buckowi. Buck przypomina wszystkich innych facetów, z którymi umawia się moja przyjaciółka - co oznacza, że drań nie dorasta jej do pięt.
- Świetnie! - ucieszyłam się. - Dzieciaki równie bystre jak ich mama.
- Ach, słuchaj znalazł cię ten facet?
- Jaki? - spytałam, choć miałam wrażenie, że już wiem.
- Ten w ciuchach harleyowca. Pytał mnie, czy jestem tą kelnerką, która spotyka się z Billem Comptonem, bo rzekomo miał jej dostarczyć jakąś przesyłkę.
- Nie znał mojego nazwiska?
- Nie. Dziwne, prawda? O mój Boże, Sookie, skoro nie znał nawet twojego imienia, jak mógł twierdzić, że przychodzi od Billa?!
Skoro Arlene dopiero teraz na to wpadła, możliwe, że Coby odziedziczył jednak inteligencję po ojcu. Ale uwielbiam Arlene za charakter, a nie za umysł.
- I co powiedziałaś? - spytałam, uśmiechając się do niej szeroko.
Był to znów oczywiście objaw zdenerwowania, a nie szczery wyraz mojej radości. Niestety, czasem bezwiednie zdarza mi się ten głupi uśmiech.
- Że wolę mężczyzn, którzy są ciepli i oddychają - odparła i roześmiała się. Arlene bywa od czasu do czasu naprawdę nietaktowna. Pomyślałam, że może powinnam się zastanowić i odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego właściwe się z nią przyjaźnię. - Nie, tak naprawdę wcale mu tak nie powiedziałam. Rzuciłam tylko, że jesteś blondynką i przyjdziesz o dwudziestej pierwszej.
Dzięki, Arlene. Czyli że napastnik wiedział, jak wyglądam, bo wydała mnie najlepsza przyjaciółka. Równocześnie oznaczało to jednak, że nie znał mojego imienia i nie wiedział, gdzie mieszkam. Słyszał tylko, że pracuję w barze "U Merlotte'a", a moim chłopakiem jest Bill Compton. Pocieszyła mnie ta myśl, choć tylko trochę.
Trzy godziny wlokły się niemiłosiernie. Do sali barowej przyszedł Sam i szepnął mi, że zostawił Bubbie czasopismo i butelkę krwi syntetycznej. Stanął za barem i czegoś tam szukał.
- Dlaczego ten facet jeździł samochodem, a nie motorem? - spytał cicho. - I czemu jego wóz ma numery rejestracyjne z Missisipi?
Umilkł, bo właśnie podszedł Kevin i spytał, czy dzwoniliśmy po syna Jane, Marvina. Sam zatelefonował, a Kevin czekał obok, dopóki się nie upewnił, że Marvin zjawi się w "Merlotcie" za dwadzieścia minut. W końcu wsunął notes pod pachę i odszedł. Zastanowiłam się, czy Kevin odkrył w sobie talent poetycki, czy może pisze życiorys.
Czterej mężczyźni, usiłując ignorować zaczepki Jane, dokończyli wreszcie w żółwim tempie dzban piwa i wyszli. Każdy zostawił po dolarze napiwku. Ależ szeroki gest, nie ma co! Przy takich klientach nigdy nie zdołam kupić żwiru na podjazd.
Gdy Arlene zostało pół godziny do końca zmiany, posprzątała i spytała, czy może już wyjść z Buckiem. Ponieważ dzieci zostawiła u matki, ona i Buck przez kilka godzin będą mieli przyczepę wyłącznie dla siebie.
- Bill wróci wkrótce do domu? - spytała mnie, wkładając płaszcz.
Buck rozmawiał z Samem o footballu.
Wzruszyłam ramionami. Zadzwonił do mnie trzy noce wcześniej, oznajmił, że dotarł do rzekomego Seattle bezpiecznie i spotka się z... tym, z kim miał się spotkać. Dzwonił z numeru zastrzeżonego. Nie wiedziałam, gdzie naprawdę jest, i uważałam, że to zły znak.
- Tęsknisz za nim? - spytała cicho.
- A jak sądzisz? - odparowałam, krzywiąc się lekko. - Idź do domu i baw się dobrze.
- Buck bardzo dobrze umie się bawić - zapewniła mnie, niemal lubieżnym tonem.
- Szczęściara.
Kiedy po pewnym czasie przybyła Pam, w "Merlotcie" została tylko jedna klientka - Jane Bodehouse. Ale Jane się nie liczyła, bo nie bardzo wiedziała, co się wokół dzieje.
Pam jest wampirzycą, współwłaścicielką "Fangtasii" - wampirzego baru dla turystów w Shreveport, zastępczynią Erica. Blondynka, ma prawdopodobnie ze dwieście parę lat i spore poczucie humoru; a poczucie humoru nie jest cechą charakterystyczną nieumarłych. Jeśli można się przyjaźnić z wampirzycą, moją przyjaciółką jest Pam.
Usiadła na stołku barowym i popatrzyła na mnie ponad lśniącym drewnianym blatem.
Jej przybycie nie wróżyło nic dobrego. Nigdy nie widziałam jej nigdzie poza "Fangtasią".
- Co słychać? - zagaiłam na powitanie i uśmiechnęłam się do niej nerwowo.
- Gdzie Bubba? - spytała prosto z mostu i popatrzyła gdzieś nad moim ramieniem. - Jeśli go nie ma, Eric się wścieknie.
Po raz pierwszy zauważyłam, że Pam mówi ze słabym akcentem, którego pochodzenia nie potrafiłam jednak ustalić. A może chodziło jedynie o modulację charakterystyczną dla dawnego angielskiego?
- Bubba jest na tyłach, w biurze Sama - odparłam, patrząc jej w oczy.
Denerwowałam się coraz bardziej. Zbliżył się do nas Sam i stanął obok mnie, więc przedstawiłam ich sobie. Pam poświeciła mu więcej uwagi niż zwykłemu człowiekowi (którego być może po prostu by zignorowała), ponieważ mój szef jest istotą zmiennokształtną. Sądziłam, że popatrzą na siebie z niejakim zainteresowaniem, Pam bowiem jest nienasycona, jeśli chodzi o seks, a Sam to przystojny osobnik nadnaturalny. Chociaż wampiry rzadko okazują emocje, Pam wydała mi się nagle wyraźnie nieszczęśliwa.
- Co się dzieje? - spytałam po chwili milczenia.
Spojrzała mi w oczy. Obie jesteśmy błękitnookimi blondynkami, ale różnimy się od siebie jak chart od labradora. Na włosach i oczach podobieństwo się kończy. Zresztą, Pam ma proste, bardzo jasne włosy, oczy natomiast bardzo ciemne, niemal granatowe. Teraz dostrzegałam w nich smutek. W tym momencie rzuciła znaczące spojrzenie Samowi, który bez słowa poszedł pomóc synowi Jane, znużonemu mężczyźnie po trzydziestce, odprowadzić matkę do samochodu.
- Bill zaginął - obwieściła Pam, zaskakując mnie tym stwierdzeniem.
- Wcale nie. Jest w Seattle - zapewniłam ją. Nauczyłam się tego określenia akurat dziś rano, ponieważ było w moim kalendarzu Słowem Dnia. I od razu mi się przydało.
- Okłamał cię.
Zastanowiłam się, po czym niedbale machnęłam ręką. Nie uwierzyłam jej.
- Przez cały czas był w Missisipi. W Jackson - dodała.
Zagapiłam się na lakierowane drewno kontuaru. Niby wcześniej podejrzewałam, że Bill mnie oszukuje, jednak wypowiedziane bez ogródek słowa Pam cholernie zabolały. Okłamał mnie i zniknął.
- No i... jak zamierzacie go... znaleźć? - wydukałam i zawstydziłam się z powodu swojego drżącego głosu.
- Szukamy. Robimy wszystko co w naszej mocy - zapewniła mnie. - Ale ten, kto go porwał, może również starać się dopaść ciebie. Dlatego Eric przysłał Bubbę.
Nie miałam siły jej odpowiedzieć. Przez dobrą chwilę próbowałam nad sobą zapanować.
Wrócił Sam. Przypuszczam, że przyśpieszył kroku na widok mojego zdenerwowania. Gdy stanął tuż za moimi plecami, odezwał się:
- Ktoś napadł na Sookie, gdy przyszła dziś wieczorem do pracy. Bubba ją uratował. Ciało jest w samochodzie. Wywieziemy je po zamknięciu baru.
- Tak szybko - zauważyła Pam jeszcze smutniejszym tonem.
Zmierzyła wzrokiem Sama i skinęła głową. Oboje byli istotami nadnaturalnymi, chociaż bez wątpienia dla niej ważniejszy od niego byłby pierwszy lepszy wampir.
- Lepiej pójdę do auta i zobaczę, co tam znajdę.
Pam nie miała cienia wątpliwości, że sami pozbędziemy się zwłok i na pewno nie zawiadomimy policji. Wampiry mają kłopot z akceptacją organów ścigania i obowiązkiem zgłaszania policji ewentualnych problemów. Chociaż nieumarli nie mogą wstępować do wojska, zostają czasem policjantami i nawet lubią taką robotę. Tyle że inne wampiry często nimi pogardzają.
Rozmyślałam o wampirzych gliniarzach pewnie po to, by nie skupiać się na słowach Pam.
- Kiedy Bill zaginął? - spytał Sam.
Mówił spokojnie, choć wyczułam, że tłumi gniew.
- Oczekiwaliśmy go ubiegłej nocy - odparła Pam.
Gwałtownie uniosłam głowę. Nie wiedziałam. Dlaczego mi nie powiedział, że wraca do domu?
- Po drodze do Bon Temps zadzwonił do nas do "Fangtasii" i powiedział, że właśnie jedzie do domu. Chciał się z nami spotkać dziś wieczorem.
Takie tłumaczenie nie pasowało do Pam.
Wampirzyca wystukała cyfry na klawiaturze telefonu komórkowego. Usłyszałam sygnał wybierania, a później wysłuchałam jej rozmowy z Erikiem. Gdy zrelacjonowała fakty, oznajmiła:
- Ona siedzi tutaj. Niewiele mówi.
Wcisnęła mi komórkę w rękę, a ja mechanicznie przyłożyłam ją do ucha.
- Sookie, słuchasz?
Wiedziałam, że Eric potrafi wychwycić nawet dźwięk muśnięcia moich włosów o słuchawkę lub cichy odgłos mojego oddechu.
- Wiem, że tak - dodał. - Wysłuchaj mnie i bądź posłuszna. Na razie nie mów nikomu, co zaszło. Zachowuj się normalnie. Żyj jak zwykle. Jedno z nas przez cały czas będzie cię obserwowało, więc niczym się nie przejmuj. Zapewnimy ci ochronę nawet w trakcie dnia, znajdziemy jakiś sposób. Pomścimy Billa, a ciebie będziemy strzec...
Chcą pomścić Billa? Więc Eric był przekonany, że mój wampir nie żyje? Że umarł na dobre?!
- Nie wiedziałam, że miał wrócić ubiegłej nocy - jęknęłam, jak gdyby to była najważniejsza informacja, jaką usłyszałam.
- Miał... złe wieści, które zamierzał ci przekazać - wtrąciła się niespodziewanie Pam.
Eric usłyszał jej słowa i sapnął z irytacją.
- Powiedz Pam, żeby się zamknęła - rozkazał mi ostro.
Odkąd go poznałam, ani razu nie wydał mi się tak bardzo rozgniewany jak teraz. Nie przekazałam jego polecenia Pam, uznałam, że i tak do niej dotarło. Większość wampirów ma niezwykle wyostrzony słuch.
- Czyli że znaliście tę złą nowinę i wiedzieliście, że wraca - wytknęłam mu.
Nie dość, że Bill zaginął, a może nawet umarł (trwale umarł), to na dodatek oszukał mnie co do miejsca swojego pobytu i powodów wyjazdu. I jeszcze ukrywał przede mną jakiś ważny sekret, informację, która dotyczyła mnie osobiście. Byłam tak zszokowana, że nawet nie odczuwałam bólu. Ale wiedziałam, że niedługo go poczuję.
Oddałam telefon Pam, odwróciłam się i wyszłam z baru.
Załamałam się w samochodzie. Powinnam była zostać w "Merlotcie", żeby pomóc Samowi w pozbyciu się zwłok. Nie był wampirem i został wmieszany w tę sprawę z mojego powodu. Zachowałam się wobec niego nie w porządku.
Wahałam się jednak tylko chwilę, po czym odjechałam. Bubba może mu pomóc... i Pam, która wiedziała wszystko, podczas gdy ja nie miałam o niczym pojęcia.
A jednak, jadąc do domu, przez las, dostrzegłam bladą twarz wśród drzew. O mało nie krzyknęłam do wampira i nie zaprosiłam go do siebie. Mógłby przynajmniej noc przesiedzieć na kanapie. Ale pomyślałam: nie, muszę być sama. Nie ma w tym wszystkim mojej winy. I nie będę podejmować żadnej decyzji. Będę trzymać się z dala. Nie chcę o niczym wiedzieć.
Nigdy wcześniej nie czułam takiego bólu i złości. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Późniejsze rewelacje i zdarzenia pokazały, jak bardzo się wówczas myliłam.
Wbiegłam do domu i zamknęłam za sobą drzwi na klucz. Wampiry są silne, więc taki zamek na pewno nie powstrzymałby żadnego przed wejściem, ale nie mogły gdzieś wejść, jeśli nie udzielono im jednoznacznego pozwolenia. A na dworze miały oczywiście nad istotami ludzkimi sporą przewagę, przynajmniej do świtu.
Włożyłam starą nocną koszulę z niebieskiego nylonu, usiadłam przy kuchennym stole i zagapiłam się beznamiętnie na swoje ręce. Zastanawiałam się, gdzie jest teraz Bill. Czy chociaż chodzi po ziemi? A może pozostała po nim kupka popiołu obok grilla? Pomyślałam o jego gęstych kasztanowych włosach, po których tak często przesuwałam palcami. Rozważyłam potencjalne powody, dla których nie wspomniał mi o planowanym powrocie. Po chwili, która trwała dla mnie ledwie parę minut, zerknęłam na zegar na kuchence. Siedziałam przy stoliku, gapiąc się przed siebie, przez ponad godzinę!
Powinnam położyć się do łóżka. Było późno i zimno, normalnie przydałby mi się sen. Wiedziałam jednak, że od tej pory nic w moim życiu nigdy już nie będzie normalne. Nie, nie, wręcz przeciwnie! Skoro Bill odszedł, moje życie właśnie teraz stanie się... normalne.
Nie będzie Billa, więc nie będzie też wampirów: żadnego Erica, Pam czy Bubby.
Żadnych istot nadnaturalnych: żadnych wilkołaków, zmiennokształtnych czy menad. Nie spotkałabym ich wszystkich, gdyby nie związek z Billem. Gdyby Bill nigdy nie wszedł do "Merlotte'a", pracowałabym nadal jako zwykła kelnerka i słuchała niechcianych myśli otaczających mnie osób; słuchałabym o zachłanności, pożądaniu, rozczarowaniu, nadziejach i fantazjach - o życiu.
Stuknięta Sookie, małomiasteczkowa telepatka z Bon Temps w Luizjanie.
Zanim spotkałam Billa byłam dziewicą. A teraz mogłabym uprawiać seks jedynie z JB du Rone'em, który był tak przystojny, że niemal nie zauważałam jego bezdennej głupoty. Przez głowę JB przelatywało tak niewiele myśli, że w jego towarzystwie czułam się prawie przyjemnie. Mogę go dotykać i nie widzę żadnych nieprzyjemnych obrazów. Ale Bill... Odkryłam, że prawą rękę zacisnęłam w pięść i uderzam nią w stolik tak mocno, że aż mnie rozbolała.
Bill powiedział, że jeśli coś mu się przytrafi, mam "pójść do" Erica. Nie wiedziałam, czy Eric miałby wówczas pomóc mi w zdobyciu jakiegoś spadku po Billu, chronić mnie przed innymi wampirami, czy po prostu byłabym... Erica "no wiecie". No cóż, wtedy musiałoby mnie łączyć z Erikiem to samo co wcześniej z Billem. Odparłam mojemu wampirowi, że nie godzę się na to, by mnie sobie przekazywali niczym pałeczkę w sztafecie.
Tyle że Eric sam przystąpił do działania, więc nawet nie zdążyłam zadecydować, czy skorzystać z ostatniej rady Billa.
Hm, straciłam wątek. Zresztą zazwyczaj miałam w głowie chaos.
Och, Billu, gdzie jesteś?
Ukryłam twarz w dłoniach.
Byłam tak zmęczona, że czułam pulsowanie w skroniach, a w mojej wygodnej kuchni o tak wczesnej porze panował chłód. Wstałam, żeby pójść do łóżka, chociaż wiedziałam, że i tak nie zasnę. Pragnęłam Billa z niemal bolesną intensywnością, która wydała mi się aż osobliwa, toteż zadałam sobie pytanie, czy przypadkiem nie zawładnęła mną jakaś nadnaturalna moc.
Chociaż dzięki telepatycznym zdolnościom, które posiadam, jestem odporna na uroki rzucane przez wampiry, może jestem podatna na inne siły? A może po prostu utraciłam jedyną miłość. Poczułam się słaba, pusta i zdradzona. Poczułam się gorzej niż wtedy, gdy umarła moja babcia, gorzej niż wtedy, gdy utonęli moi rodzice. Kiedy rodzice zmarli, byłam przecież bardzo młoda i prawdopodobnie nie w pełni i nie od razu zrozumiałam, że odeszli na zawsze. Obecnie nie pamiętałam zbyt dobrze tamtego okresu. A kiedy moja babcia umarła kilka miesięcy temu, pocieszenie czerpałam z rytuałów pogrzebowych typowych dla Południa Stanów Zjednoczonych.
Poza tym wiedziałam, że żadna z tych drogich mi osób nie opuściła mnie z własnej woli.
Odkryłam, że stoję w progu kuchni. Wyłączyłam górne światło.
Leżąc pod kołdrą w łóżku w ciemnościach, zaczęłam płakać i przez bardzo długi czas nie mogłam przestać. To nie była moja noc. Przypominało mi się wszystko, co kiedykolwiek utraciłam, i ogarnął mnie prawdziwy żal. Wydało mi się, że towarzyszy mi w życiu pech gorszy niż większości ludzi. Chociaż usiłowałam przestać użalać się nad sobą, nieszczególnie mi się udało. Dodatkowo dręczyła mnie myśl, że nie wiem, co się stało z Billem.
Chciałam, żeby położył się za mną i mnie przytulił. Chciałam poczuć na karku jego chłodne wargi. Chciałam, żeby jego blada dłoń przesunęła się w dół po moim brzuchu. Chciałam z nim porozmawiać. Chciałam, żeby wyśmiał moje okropne podejrzenia. Chciałam mu opowiedzieć o moim dniu; o głupich problemach z gazownią i o nowych kanałach w kablówce. Pragnęłam mu przypomnieć, że potrzebuje nowej baterii łazienkowej, powiadomić go, że mój brat, Jason, dowiedział się, że jednak nie będzie ojcem (to dobrze, ponieważ nie był na razie żonaty).
Najsłodsza w posiadaniu życiowego partnera jest możliwość dzielenia z nim życia.
Widocznie jednak moje życie nie było dostatecznie ciekawe, by ktoś chciał je ze mną dzielić.
O świcie udało mi się zasnąć na jakieś pół godzinki. Najpierw postanowiłam wstać i zaparzyć sobie kawę, uznałam jednak, że nie widzę w tym sensu. Po prostu leżałam dalej. W którymś momencie, jeszcze rano, zadzwonił telefon, ale nie odebrałam. Ktoś również zadzwonił do drzwi; nie zareagowałam.
Po południu przypomniałam sobie, że coś powinnam jednak zrobić, wypełnić zadanie, na które nalegał Bill. Sytuacja pasowała do jego opisu jak ulał.
Korzystam obecnie z wielkiej sypialni, niegdyś należącej do mojej babci, więc przeszłam przez korytarz i wkroczyłam do mojego dawnego pokoju. Kilka miesięcy wcześniej Bill wyciął podłogę mojej starej szafy i przerobił ją na klapę, pod którą, w niskim korytarzyku pod domem, stworzył sobie prowizoryczną kryjówkę. Świetnie się sprawił.
Zanim otworzyłam drzwi szafy, sprawdziłam, czy nie widać mnie z zewnątrz. Na podłodze szafy nic nie stało, była przykryta jedynie dopasowanym dywanikiem odciętym od dużej wykładziny leżącej w pokoju. Podniosłam dywanik, podważyłam scyzorykiem brzegi klapy i w końcu ją otworzyłam. Zajrzałam do stojącego w skrytce czarnego pudła. Było pełne: komputer Billa, pudełko płyt, nawet jego monitor i drukarka.
Najwidoczniej przewidział, że coś może mu się przydarzyć, i przed wyjazdem ukrył efekty swojej pracy. Choć sam był wiarołomny, we mnie wyraźnie wierzył. Pokiwałam głową, opuściłam klapę i ułożyłam dywanik, starannie dopasowując narożniki. Na podłodze szafy postawiłam nieużywane obecnie rzeczy - pudełka z letnim obuwiem, letnią torbę zawierającą ręcznik na plażę, jedną z wielu tubek emulsji do opalania oraz składany fotel. Wsunęłam jeszcze w narożnik ogromny parasol i uznałam, że szafa prezentuje się wystarczająco realistycznie. Moje letnie sukienki na wieszakach wisiały obok siebie, wraz z cieniutkimi szlafroczkami i koszulkami nocnymi. Nagle straciłam zapał, uprzytomniłam sobie bowiem, że spełniłam ostatnią prośbę Billa i nawet nie mogę go o tym powiadomić.
Z jednej strony (żałosne, prawda?) pragnęłam mu przekazać, że dochowałam wierności, z drugiej miałam ochotę pójść do szopy na narzędzia i naostrzyć kilka kołków.
Zbyt rozdarta, by wymyślić sobie jakieś zajęcie, wpełzłam z powrotem do łóżka i przykryłam się. Skończył się dla mnie czas działania, czas siły, optymizmu i praktycznego podejścia. Znowu pogrążyłam się w zgryzocie i przytłaczającej mnie świadomości, że zostałam zdradzona.
Kiedy się obudziłam, było znowu ciemno, a Bill był ze mną w łóżku. Och, dzięki Bogu! Ogarnęła mnie ogromna ulga. Tak, teraz wszystko będzie dobrze. Poczułam jego chłodne ciało za swoim, obróciłam się, na wpół uśpiona, i objęłam go. Uniósł moją długą nylonową nocną koszulę i gładził ręką moją nogę. Przyłożyłam głowę do jego cichej piersi i przytuliłam się. Objął mnie i przycisnął mocno do siebie. Westchnęłam zadowolona, wsunęłam między nas dłoń i zaczęłam rozpinać jego spodnie. Sytuacja wróciła do normalności.
Tylko że... ten mężczyzna pachniał inaczej!
Gwałtownie otworzyłam oczy i odepchnęłam twarde jak skała ramiona. Wydałam z siebie krótki pisk przerażenia.
- To ja - usłyszałam znajomy głos.
- Co tu robisz, Ericu?
- Przytulam się.
- Ty sukinsynie! Sądziłam, że to Bill... Sądziłam, że wrócił!
- Sookie, powinnaś wziąć prysznic.
- Co takiego?
- Masz tłuste włosy, a twój oddech powaliłby konia.
- Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz - odparowałam beznamiętnie.
- Idź się umyć.
- Dlaczego?
- Ponieważ musimy porozmawiać, a jestem pewien, że nie chcesz odbyć długiej pogawędki w łóżku. Chociaż, jeśli chodzi o mnie, chętnie poleżę tu z tobą... - dla potwierdzenia swoich słów znów przysunął się do mnie - ...ale cieszyłbym się bardziej, baraszkując z czyściutką Sookie, do której się przyzwyczaiłem.
Chyba żadna jego uwaga nie wygoniłaby mnie szybciej z łóżka. Gorący prysznic cudownie podziałał na moje wyziębione ciało i nieco poprawił mi humor. Nie po raz pierwszy Eric zaskoczył mnie w moim własnym domu. Będę musiała cofnąć mu zaproszenie do niego. Przed tym radykalnym krokiem powstrzymywała mnie wcześniej - i nadal powstrzymuje - obawa, że gdybym kiedyś potrzebowała pomocy, a on nie zdołałby wejść, mogłabym zginąć, zanim zdążę krzyknąć słowa pozwolenia.
Wkroczyłam do łazienki, z dżinsami, bielizną i czerwono-zielonym bożonarodzeniowym swetrem z reniferem, ponieważ akurat te rzeczy leżały na wierzchu w szufladzie. W tych cholernych świątecznych rzeczach można paradować tylko przez miesiąc, więc większość z nich teraz nosiłam. Wysuszyłam włosy, żałując, że nie ma Billa, który chętnie je czesał. Naprawdę robił to z przyjemnością, a i mnie było miło. Wyobraziwszy to sobie, o mało znowu się nie załamałam, więc oparłam głowę o ścianę i przez długą chwilę trwałam w bezruchu, zbierając siły. W końcu zrobiłam głęboki wdech, odwróciłam się do lustra i wklepałam w policzki trochę fluidu. Opalenizna już mi zeszła, w końcu była zima, ale dzięki wizycie w solarium obok wypożyczalni wideo Bon Temps miałam na twarzy ładne kolorki.
Lubię lato. Lubię słońce, krótkie lekkie sukienki i uczucie, że przez wiele godzin panuje dzień i można robić to, co się chce. Nawet Bill kochał zapach lata; uwielbiał zapach olejku do opalania i (jak mawiał) słońce na mojej skórze.
Ale zima też miała zalety - noce były znacznie dłuższe. Tak przynajmniej uważałam, gdy Bill spędzał je ze mną. Na tę myśl cisnęłam szczotką do włosów w przeciwległą ścianę łazienki. Odbiła się od niej i wpadła do wanny, wywołując nieziemski łoskot.
- Ty draniu! - wrzasnęłam z całych sił.
Głośne wykrzyczenie takich słów uspokoiło mnie bardziej niż cokolwiek innego.
Kiedy wyłoniłam się z łazienki, zauważyłam, że Eric jest całkowicie ubrany. Miał na sobie podkoszulek reklamowy jednego z producentów zaopatrujących "Fangtasię" (napis głosił: "Ta krew jest dla ciebie") i błękitne dżinsy. Zdążył już posłać łóżko.
- Czy Pam i Chow mogą wejść? - spytał.
Przeszłam przez salon, dotarłam do frontowych drzwi i otworzyłam je. Dwa wampiry w milczeniu siedziały na ganku na huśtawce. Były w stanie, który nazywałam znieruchomieniem. Kiedy wampiry nie mają nic konkretnego do roboty, osobliwie zastygają i zamykają się we własnym świecie. Siedzą lub stoją zupełnie nieruchomo, z otwartymi oczyma, lecz są nieobecne. W takim stanie wyraźnie wypoczywają.
- Proszę, wejdźcie - powiedziałam.
Weszli powoli, rozglądając się z zainteresowaniem, jak gdyby byli na wycieczce edukacyjnej. Wiejski dom w Luizjanie, zbudowany mniej więcej sto sześćdziesiąt lat temu. Od tamtego czasu należy do naszej rodziny. Kiedy mój brat Jason postanowił zamieszkać osobno, wprowadził się do domu, który moi rodzice zbudowali tuż po ślubie. Ja zostałam tutaj, z babcią, w tym stale przebudowywanym i często remontowanym budynku; a później babcia zapisała mi go w testamencie.
Salon znajduje się w tym samym miejscu od początku. Inne pomieszczenia, takie jak nowoczesna kuchnia i łazienki, są stosunkowo nowe. Piętro, dużo mniejsze niż parter, zostało dodane na początku dwudziestego wieku, przy uwzględnieniu potrzeb wielodzietnej rodziny. Rzadko wchodzę na górę. Latem jest tam strasznie gorąco, nawet mimo klimatyzacji.
Wszystkie moje meble są stare, pozbawione konkretnego stylu, wygodne i absolutnie stereotypowe. W salonie stoją kanapy, krzesła, odbiornik telewizyjny i magnetowid. Dalej jest korytarz, z jednej strony którego znajduje się moja ogromna sypialnia z własną łazienką, po drugiej natomiast jest druga łazienka, dalej moja dawna sypialnia i kilka szaf: między innymi na bieliznę i na okrycia wierzchnie. Na końcu korytarza znajduje się kuchnia z jadalnią - pomieszczenia dobudowane wkrótce po ślubie dziadka i babci. Z kuchni można wyjść przez drzwi siatkowe na zadaszony tylny ganek, na którym stoi przydatna stara ławka, pralka, suszarka i szereg regałów z półkami.
W każdym pomieszczeniu mam wiatrak sufitowy, a w dyskretnym miejscu na gwoździku wisi packa na muchy. Babcia nie włączała klimatyzacji, jeśli naprawdę nie musiała.
Pam i Chow nie weszli wprawdzie na piętro, ale na parterze nie umknął im żaden szczegół.
Dopóki nie usadowili się przy starym sosnowym stole, przy którym jadało posiłki kilka pokoleń Stackhouse'ów, czułam się jak mieszkanka właśnie skatalogowanego muzeum. Otworzyłam lodówkę i wyjęłam trzy butelki Czystej Krwi, podgrzałam je w kuchence mikrofalowej, wstrząsnęłam każdą i postawiłam na stole przed gośćmi.
Chowa znałam bardzo słabo. Pracował w "Fangtasii" dopiero od paru miesięcy. Przypuszczam, że nabył udziały w barze, dokładnie tak jak poprzedni barman. Chow ma niezwykłe ciemnoniebieskie tatuaże w stylu azjatyckim, tak misterne, że wyglądają jak fantazyjny strój. Tak bardzo się różniły od więziennych bazgrołów wilkołaka, który na mnie napadł, jak gdyby stanowiły inny rodzaj formy artystycznej. Ktoś mi powiedział, że tatuaże Chowa są charakterystyczne dla członków jakuzy, lecz nigdy nie miałam odwagi spytać o nie ich właściciela, szczególnie że nie była to moja sprawa. Jeśli jednak Chow miał rzeczywiście prawdziwe tatuaże jakuzy, był stosunkowo młodym wampirem. Sprawdziłam informacje o jakuzie i wiem, że tatuowanie to stosunkowo świeża moda w długiej historii tej przestępczej organizacji. Chow miał długie czarne włosy (nic dziwnego!) i słyszałam z wielu źródeł, że stanowi prawdziwą atrakcję "Fangtasii". Większość wieczorów pracował z obnażonym torsem. Dziś, z powodu chłodu miał na sobie zapinaną na suwak czerwoną kamizelkę.
Mimowolnie zastanowiłam się, czy kiedykolwiek czuje się naprawdę nagi; jego ciało było przecież tak intensywnie przyozdobione. Żałowałam, że nie mogę go wypytać, uznałam wszakże taki pomysł za wykluczony. Był jedyną osobą pochodzenia azjatyckiego, jaką kiedykolwiek spotkałam, i chociaż wiadomo, że poszczególne osoby niewiele mówią o rasie, którą reprezentują, każdy z nas dokonuje pewnych uogólnień. Chow wyglądał na człowieka nieco zamkniętego w sobie. Z drugiej strony, bynajmniej nie był nieprzeniknionym milczkiem, chętnie gawędził z Pam, choć w języku, którego nie rozumiałam. A mnie posyłał jakieś niepokojące uśmiechy.
No, dobra, może wcale nie był taki zagadkowy. Najpewniej cholernie mnie obrażał, a ja byłam zbyt głupia, by to zauważyć.
Pam jak zawsze miała na sobie ubrania dobrej jakości. Tego wieczoru włożyła ciepłe białe spodnie z dzianiny i niebieski sweter. Jej blond włosy lśniły; proste i rozpuszczone, sięgały pleców. Wyglądała jak Alicja w Krainie Czarów, tyle że miała... kły.
- Dowiedzieliście się już czegoś więcej o Billu? - spytałam, kiedy wypili po łyku Czystej Krwi.
- Trochę - odparł Eric.
Położyłam ręce na kolanach i czekałam.
- Wiem, że Billa porwano - oznajmił, a mnie się wydało, że pokój zawirował.
Żeby się uspokoić, zrobiłam głęboki wdech.
- Przez kogo? - zapytałam, nie przejmując się gramatyką.
- Nie jesteśmy pewni - odparł Chow. - Świadkowie nie są co do tego zgodni.
Mówił z akcentem, ale bardzo wyraźnie.
- Może z nimi pogadam - zaproponowałam. - Jeśli są istotami ludzkimi, wszystkiego się od nich dowiem.
- Gdyby podlegali naszemu zwierzchnictwu, na pewno takie działanie byłoby logiczne - przyznał Eric uprzejmie. - Ale, niestety, nie są.
Kurde, zwierzchnictwu?!
- Wyjaśnij mi - poprosiłam.
Byłam pewna, że wykazuję nadzwyczajną w tych okolicznościach cierpliwość.
- Te istoty ludzkie przysięgały wierność królowi Missisipi.
Wiedziałam, że rozdziawiam usta, lecz nic nie mogłam na to poradzić.
- Wybacz - bąknęłam po długiej chwili - mogłabym jednak przysiąc, że użyłeś słowa... "król". Król Missisipi?
Eric pokiwał głową.
Spuściłam wzrok, starając się zachować powagę. Mimo smutnych okoliczności nie potrafiłam. Czułam, że za chwilę zacznę chichotać.
- Mówisz serio? - jęknęłam bezradnie.
Nie wiem dlaczego istnienie króla Missisipi wydało mi się takie zabawne. Przecież już wcześniej usłyszałam, że Luizjaną rządzi królowa. Przypomniałam sobie, że informację o królowej powinnam zachować dla siebie. Całkowicie.
Wampiry popatrzyły po sobie i równocześnie skinęły głowami.
- A ty jesteś królem Luizjany? - spytałam Erica, z wysiłkiem udając niewiedzę, po czym roześmiałam się tak szaleńczo, że o mało nie spadłam z krzesła. Możliwe, że w moim rechocie pobrzmiewała nutka histerii.
- O nie - zapewnił mnie. - Jestem tylko szeryfem Piątej Strefy.
To zdanie rozśmieszyło mnie jeszcze bardziej. Po twarzy pociekły mi łzy. Zakłopotany Chow dziwnie mi się przyglądał. Wstałam, podgrzałam sobie w kuchence mikrofalowej gorącą czekoladę i mieszałam ją łyżeczką, żeby szybciej ostygła. Podczas tej błahej czynności powoli się uspokajałam, toteż gdy wróciłam do stołu, byłam niemal opanowana.
- Nigdy wcześniej mi tego nie mówiliście - stwierdziłam, tłumacząc się z nagłego wybuchu wesołości. - Podzieliliście Amerykę na królestwa, zgadza się?
Pam i Chow popatrzyli na Erica z niejakim zaskoczeniem, ale ich zlekceważył.
- Tak - przyznał po prostu. - I to odkąd wampiry przybyły do Ameryki. System zmieniał się oczywiście przez lata wraz ze wzrostem populacji. W ciągu pierwszych dwustu lat w Ameryce zjawiło się niewiele wampirów, powodem była ryzykowna podróż. Trudno przepłynąć ocean i nie umrzeć z głodu. Skądś trzeba brać zapasy krwi. - Domyśliłam się, naturalnie, że źródłem owych zapasów była załoga. - Ale zakup Luizjany wiele zmienił.
Tak, jasne. Stłumiłam kolejny nawrót chichotu.
- I te królestwa podzielono na...?
- Na strefy. Kiedyś nazywano je lennami, później uznaliśmy określenie za, hm, zacofane. Każda strefa ma swojego szeryfa. Jak wiesz, mieszkamy w Piątej Strefie Królestwa Luizjany. Stan, którego poznałaś w Dallas, jest szeryfem Strefy Szóstej w Królestwie... w Teksasie.
Wyobraziłam sobie Erica jako szeryfa Nottingham, a gdy ten wizerunek przestał mnie śmieszyć - jako Wyatta Earpa. Z pozoru zachowywałam się beztrosko, fizycznie jednak czułam się paskudnie. Postanowiłam przemyśleć te rewelacje później, a na razie skupić się na obecnych problemach.
- Z tego co zrozumiałam, ktoś porwał Billa w biały dzień? - Cała trójka pokiwała głowami. - I świadkami porwania było kilka istot ludzkich, które mieszkają w Królestwie Missisipi. - Ogromnie mi się spodobało to określenie. - Ci ludzie żyją pod... panowaniem wampirzego króla?
- Russella Edgingtona. Tak, mieszkają w jego królestwie, jednak niektórzy są skłonni udzielić nam informacji. Za pewną cenę.
- A ten król nie pozwoliłby wam ich przesłuchać?
- Nie spytaliśmy go jeszcze. Możliwe, że właśnie on wydał rozkaz porwania Billa.
Słysząc to stwierdzenie, miałam ochotę zadać szereg pytań, lecz postanowiłam skoncentrować się jedynie na najważniejszych kwestiach.
- Jak mogę do nich dotrzeć? O ile postanowię, że chcę pomóc.
- Zastanawialiśmy się, w jaki sposób mogłabyś wypytać istoty ludzkie w miejscu zniknięcia Billa - powiedział Eric. - Nie tylko te, które przekupiłem i dzięki temu dowiedziałem się, co właściwie się tam dzieje, lecz wszystkie osoby związane z Russellem. To ryzykowne zadanie, więc muszę podzielić się z tobą pewnymi informacjami. Możliwe, że zrezygnujesz. Już raz przecież usiłowano na ciebie napaść. Na szczęście, jak widać, ci, którzy przetrzymują Billa, niewiele jeszcze o tobie wiedzą. Wkrótce jednak Bill zacznie mówić. Jeśli znajdziesz się w pobliżu wtedy, gdy Bill się załamie, łatwo cię dopadną.
- Wówczas nie będę im już potrzebna - zauważyłam. - To znaczy, gdy Bill się wygada.
- To niekoniecznie jest prawda - wtrąciła Pam.
Znowu posłali sobie zagadkowe spojrzenia.
- Och, opowiedzcie mi wszystko - poleciłam.
Zauważyłam, że Chow dopił krew, więc wstałam i poszłam po następną butelkę.
- Ludzie Russella Edgingtona utrzymują, że jego zastępczyni, Betty Joe Pickard, podobno wczoraj odleciała do Saint Louis. Istoty ludzkie, które miały zabrać na lotnisko jej trumnę, rzekomo przez przypadek wzięły trumnę Billa, a kiedy dostarczyły ją do hangaru wynajmowanego przez Anubis Airlines, pozostała bez nadzoru może jakieś dziesięć minut, czyli tyle, ile trwa wypełnienie papierów. W tym czasie, tak twierdzą, ktoś chyba wytoczył trumnę na wózku za hangar, załadował ją na ciężarówkę i odjechał.
- Może ktoś się przebrał za strażnika z Anubisa - powiedziałam z powątpiewaniem.
Firma Anubis Air zajmowała się bezpiecznym transportem wampirów zarówno w dzień, jak i w nocy, toteż ich wizytówką była gwarancja absolutnego bezpieczeństwa dla śpiących w trumnach wampirów. Wampiry nie muszą oczywiście sypiać w trumnach, lecz w nich na pewno najłatwiej je przewozić. Gdy wampiry latały wcześniej liniami Delta, czasem dochodziło do "nieszczęśliwych wypadków". Kiedyś jakiś fanatyk dostał się do luku bagażowego i przy użyciu toporka otworzył kilka trumien. Do podobnych zdarzeń doszło na pokładach samolotów linii Northwest. Większość nieumarłych uznała wówczas, że lepiej dopłacić za transport Anubisowi, i teraz niemal wszystkie wampiry korzystały z usług firmy Anubis Air i jej linii lotniczych.
- Myślę, że raczej ktoś się wmieszał między ludzi Edgingtona. Ci od króla uznali go za jednego z pracowników Anubisa, a personel Anubisa pomyślał, że to człowiek Edgingtona. Ktoś taki mógł wytoczyć trumnę z Billem, gdy ludzie Edgingtona wyszli, a strażnicy z Anubisa jakoś dali się zwieść.
- Pracownicy Anubisa nie poprosiliby o dokumenty? Pozwoliliby tak po prostu zabrać trumnę?
- Twierdzą, że widzieli papiery, ale to były dokumenty Betty Joe Pickard. Betty udawała się do Missouri negocjować porozumienie handlowe z wampirami z Saint Louis.
Zaciekawiło mnie, czym, u diabła, wampiry z Missisipi handlują z wampirami z Missouri, zdecydowałam jednak, że wolę nie wiedzieć.
- Panowało wtedy szczególne zamieszanie - dodała Pam. - Pod ogonem innego samolotu linii Anubis dostrzeżono ogień i zapewne strażnicy oderwali się od pracy.
- Kolejny "przypadek".
- Właśnie - przyznał Chow.
- Ale właściwie dlaczego ktoś chciałby porwać Billa? - zadałam kolejne pytanie.
Bałam się, że znam na nie odpowiedź, miałam jednak nadzieję, że moi goście powiedzą mi coś innego. Dzięki Bogu, że Bill przygotował mnie na tę chwilę.
- Pracował nad pewnym projektem specjalnym - odrzekł Eric, patrząc mi w oczy. - Mówił ci coś o nim?
Więcej, niżbym chciała. Lecz mniej, niż powinnam wiedzieć.
- O czym? - odparowałam.
Przez całe życie ukrywałam własne myśli i teraz wykorzystałam zdobyte w tej kwestii doświadczenie. Od niego zależał obecnie mój los.
Eric zerknął na Pam, potem na Chowa. Oboje nieznacznie kiwnęli głowami, więc Eric ponownie skupił wzrok na mnie.
- Trochę trudno mi w to uwierzyć, Sookie - powiedział.
- Doprawdy?! - warknęłam gniewnie. - Od kiedy nieumarli zwierzają się ludziom? A Bill jest przecież jednym z was. - Wyrzuciłam to wszystko z całą wściekłością, na jaką potrafiłam się zdobyć.
Wampiry znowu popatrzyły po sobie.
- Sądzisz, że uwierzymy - uściślił Eric - że Bill nie powiedział ci, nad czym pracuje?
- Tak, sądzę, że mi uwierzycie, ponieważ nie powiedział.
Właściwie sama się domyśliłam tego, co wiedziałam.
- Powiem ci, co zamierzam zrobić - powiedział w końcu Eric. Przyjrzał mi się bacznie, a spojrzenie jego niebieskich oczu było twarde jak marmur i równie mało ciepłe. Przestał udawać sympatycznego. - Nie wiem, czy kłamiesz. Dla twojego dobra mam nadzieję, że mówisz prawdę. Mógłbym cię torturować, aż powiesz wszystko albo do czasu, aż zyskam pewność, że od samego początku mówiłaś prawdę.
O kurczę. Zrobiłam głęboki wdech, wypuściłam powietrze i spróbowałam wymyślić odpowiednią do sytuacji modlitwę. "Boże, nie pozwól, abym krzyczała zbyt głośno"? Nie, trochę mało przekonująca i zbyt pesymistyczna. Poza tym nie usłyszy mnie tu nikt oprócz wampirów, niezależnie od tego, jak głośno będę krzyczeć. Kiedy przyjdzie co do czego, równie dobrze mogę sobie zedrzeć gardło.
- Ale - kontynuował w zadumie Eric - mógłbym ci zrobić podczas tortur nieodwracalną krzywdę, a wówczas nie wypełnisz dla mnie drugiej części mojego planu. Zresztą, nie ma dla mnie właściwie większej różnicy, czy wiesz, co Bill robił za naszymi plecami.
"Za ich plecami?". O cholera. Teraz wiedziałam, na kogo zrzucić winę za bardzo kłopotliwe położenie, w którym się znalazłam. Na mojego ukochanego, Billa Comptona.
- Chyba zrobiło to na niej wrażenie - rzuciła Pam.
- Ale nie takie, jakiego oczekiwałem - odparł powoli Eric.
- Mnie także nie podoba się pomysł z torturami. - Moja sytuacja była tak paskudna, że chyba nie mogłam pogorszyć jej bardziej, a z powodu stresu nie bardzo wiedziałam, co mówię. - I tęsknię za Billem.
Chociaż w tym momencie chętnie skopałabym mu tyłek, naprawdę za nim tęskniłam. I gdybym mogła porozmawiać z nim chociaż dziesięć minut, o ileż lepiej byłabym przygotowana na to, co mnie czekało w najbliższych dniach. Łzy popłynęły mi po twarzy. Niestety, moi goście mieli dla mnie więcej informacji - czy ich pragnęłam, czy nie.
- Przypuszczam, że powiecie mi, dlaczego mnie okłamał i podał inny cel podróży. Skoro wiecie... A Pam wspomniała też o złych nowinach.
Eric popatrzył na wampirzycę niezbyt miło.
- Ona znowu płacze - oznajmiła Pam, chyba nieco skrępowana. - Wydaje mi się, że zanim pojedzie do Missisipi, powinna poznać prawdę. W dodatku, jeśli kryje Billa, zrozumie, że...
Co zrozumiem? Że powinnam puścić farbę? Na co liczyli? Że nagle przestanę być lojalna wobec Billa i postanowię im wszystko wyznać?
Było oczywiste, że Chow i Eric chcieli, żebym o niczym nie wiedziała, i bardzo im się nie podobało, że Pam sugeruje mi istnienie problemów w moim związku. Obaj patrzyli na nią uważnie przez długą minutę, potem Eric skinął głową.
- Poczekaj razem z Chowem przed domem - nakazał jej.
Wampirzyca rzuciła mu ostre spojrzenie, a potem ona i Chow wyszli, pozostawiając na stoliku butelki po krwi. Nawet nie podziękowali za poczęstunek. Ani nie wypłukali butelek. Byłam roztargniona i bez sensu snułam rozważania na temat kiepskich manier wampirów. Odkryłam, że przesadnie trzepoczę powiekami, i przyszło mi do głowy, że za chwilę zemdleję. Nie należę wprawdzie do tych słabowitych dziewczyn, którym z byle powodu uginają się nogi, czułam jednak, że sytuacja naprawdę mnie przerasta. Ponadto, uprzytomniłam sobie, że nic nie jadłam od ponad dwudziestu czterech godzin.
- Nie rób tego - powiedział stanowczym tonem Eric.
Spróbowałam skoncentrować się na jego głosie i zagapiłam się na niego. Skinęłam głową dla podkreślenia, że się staram.
Podszedł do mnie, odwrócił krzesło, które wcześniej zajmowała Pam, postawił je naprzeciwko mnie. Bardzo blisko mnie. Usiadł, pochylił się i przykrył dużą bladą dłonią obie moje, które nadal trzymałam skromnie na podołku. Gdyby zacisnął rękę, mógłby zmiażdżyć mi wszystkie palce. A wówczas nigdy już nie pracowałabym jako kelnerka.
- Nie cieszę się, gdy widzę, że się mnie boisz - oznajmił. Jego twarz znalazła się zbyt blisko mojej.
Wyczułam zapach wody kolońskiej. "Ulysse", pomyślałam.
- Zawsze bardzo cię lubiłem. - Tak, zawsze bardzo chciał mnie zaciągnąć do łóżka. - No i chcę się z tobą pieprzyć - dodał. Wyszczerzył zęby w uśmiechu, który w tej konkretnej chwili nic mnie nie obchodził. - Kiedy się całujemy... to jest bardzo podniecające.
Hm, całowaliśmy się, że tak powiem, służbowo, a nie dla przyjemności. Ale przyznam, że było to ekscytujące przeżycie. Jakżeby inaczej? Eric był niezwykle przystojny i liczył sobie kilkaset lat, w trakcie których miał czas udoskonalić technikę pieszczot.
Zbliżał się do mnie coraz bardziej. Nie byłam pewna, czy zamierza ugryźć mnie, czy pocałować. Wysunął kły. Był rozzłoszczony, napalony, głodny, albo jedno, drugie i trzecie. Kiedy ktoś staje się wampirem, początkowo podczas mówienia sepleni - do czasu, aż przyzwyczai się do kłów. Eric radził sobie z nimi bez problemów. Na udoskonalenie tej techniki również miał parę stuleci.
- Wiesz, po tej rozmowie o torturach jakoś nie czuję się seksownie - bąknęłam.
- A na Chowa podziałała - wyszeptał mi w ucho Eric.
Nie drżałam, chociaż pewnie powinnam.
- Może coś ustalimy - poprosiłam. - Zamierzasz mnie torturować czy nie? Jesteś moim przyjacielem czy wrogiem? Chcesz znaleźć Billa czy pozwolisz mu umrzeć?
Eric zaśmiał się, krótko i niewesoło, lecz przynajmniej przestał się do mnie przysuwać.
- Sookie, jesteś niemożliwa - oświadczył. Wnosząc z jego tonu, moje pytania go nie ujęły. - Nie zamierzam cię torturować. Przede wszystkim nie chciałbym zniszczyć twojej pięknej skóry. Któregoś dnia zobaczę ją w całej okazałości. - Miałam szczerą nadzieję, że gdy będzie ją oglądał, moja skóra nadal będzie na moim ciele. - Nie zawsze będziesz się mnie bała - ciągnął, jak gdyby dokładnie znał naszą przyszłość. - I nie zawsze będziesz tak oddana Billowi jak teraz. Szczególnie że muszę ci coś powiedzieć.
Nadeszła pora na złe wiadomości. Chłodne palce Erica splotły się z moimi i bezwiednie chwyciłam jego dłoń mocniej. Nie przychodziła mi do głowy żadna riposta, w każdym razie żadna bezpieczna. Patrzyłam mu w oczy i czekałam.
- Billa wezwano do Missisipi - powiedział Eric. - Wezwała go pewna wampirzyca, którą znał wiele lat temu. Nie wiem, czy wiedziałaś, że wampiry niemal nigdy nie wiążą się z innymi wampirami, a bardzo rzadko spędzają ze sobą więcej niż jedną noc. Nie robimy tego, ponieważ partnerzy na zawsze mają później nad sobą władzę. Łączenie się w pary i dzielenie krwią... Tak oczy owak, ta wampirzyca...
- Jej imię - warknęłam.
- Lorena - wyznał niechętnie.
A może przez cały czas miał ochotę mi o niej powiedzieć i niechęć była tylko na pokaz? Kto wie, do diabła, jak to jest z wampirami.
Zrobił pauzę, czekając, aż coś powiem, ale milczałam.
- Była w Missisipi. Nie jestem pewien, czy mieszka tam na stałe, czy pojechała tam specjalnie, żeby omotać Billa. Wiem, że kiedyś mieszkała w Seattle, przez wiele lat wraz z Billem.
Zastanowiłam się, dlaczego Bill podał mi właśnie to miasto jako nieprawdziwy cel swojej podróży. Bez wątpienia nie wybrał tej nazwy przypadkowo.
- Ale niezależnie od jej intencji ściągnęła go tam... nie wiem, czemu nie przyjechała do niego tutaj... może Bill nie chciał ze względu na ciebie...
W tej sekundzie zapragnęłam umrzeć. Wzięłam haust powietrza i spuściłam wzrok na nasze złączone dłonie. Czułam się zbyt upokorzona, by spojrzeć Ericowi w oczy.
- Natychmiast... zauroczyła go... znowu. Po kilku nocach zadzwonił do Pam i powiedział, że jedzie do domu wcześniej, ale nie powiadomi cię, ponieważ, zanim się z tobą zobaczy, pragnie zabezpieczyć twoją przyszłość.
- Zabezpieczyć?
- Chodzi o pewne przedsięwzięcie finansowe na twoją korzyść.
Z szoku aż pobladłam.
- Chciał mi zapłacić - powiedziałam tępo.
Nawet jeśli miał szczere zamiary, nie mógłby chyba zrobić wobec mnie niczego bardziej obraźliwego. Odkąd pojawił się w moim życiu, nigdy nawet nie przemknęło mu przez myśl pytanie, jak wygląda moja sytuacja finansowa, chociaż nie mógł się doczekać, by wspomóc swoich nowo odkrytych potomków, Bellefleurów.
A teraz, gdy postanowił zniknąć z mojego życia i poczuł się winny za to, że opuszcza taką nędzną, żałosną istotę... Tak, teraz zaczął się martwić.
- Chciał... - Eric przerwał i popatrzył bacznie na moją twarz. - No cóż, zostawmy na razie tę kwestię. Nie powiedziałbym ci tego wszystkiego, gdyby Pam się nie wtrąciła. Gdybyś nie usłyszała tego ode mnie, nie moje słowa by cię tak strasznie zraniły. I nie musiałbym cię prosić o to, o co zamierzam poprosić.
Zmusiłam się do uważniejszego słuchania, ściskając jego dłoń niczym ostatnią deskę ratunku.
- Muszę cię bowiem poprosić, Sookie... a ty musisz zrozumieć, że od ciebie zależy również mój los...
Patrzyłam mu prosto w oczy, więc zauważył moje zaskoczenie.
- Tak, od tego zależy moja praca, a może również moje życie... nie tylko twoje i Billa. Jutro przyślę kogoś do ciebie. Mieszka w Shreveport, ale ma drugie mieszkanie w Jackson. Ma przyjaciół w środowisku tamtejszych nadnaturalnych, czyli wampirów, zmiennokształtnych i wilkołaków. Dzięki niemu poznasz niektórych z nich. I ludzi, którzy dla nich pracują.
Nie do końca byłam w tym momencie sobą, ale powtórzyłam sobie wszystko w myślach i wydało mi się, że rozumiem, więc pokiwałam głową. Jego palce gładziły moje, wciąż i wciąż.
- Ten mężczyzna jest wilkołakiem - kontynuował beztrosko - a zatem również szumowiną. Można mu jednak ufać bardziej niż wielu innym, a poza tym jest mi dłużny dużą przysługę.
Przemyślałam to i ponownie pokiwałam głową. Długie palce Erica wydawały się prawie ciepłe.
- Wprowadzi cię w środowisko wampirów z Jackson i będziesz mogła podsłuchać, co myślą współpracujący z nimi ludzie. Wiem, że to trochę ryzykowny plan, lecz jeśli można jeszcze ustalić, czy Billa uprowadził Russell Edgington, być może uda ci się to odkryć. Osobnik, który próbował porwać ciebie, sądząc po rachunkach znalezionych w jego samochodzie, przyjechał właśnie z Jackson, a wilczy łeb na jego kamizelce sugeruje wilkołaka. Nie wiem, kto i czego od ciebie chciał, ale podejrzewam, że skoro pragnęli cię schwytać, Bill żyje i nie chce mówić. Pewnie miałabyś na niego wpłynąć...
- Zdaje mi się, że powinni w takim razie uprowadzić raczej Lorenę - odburknęłam.
Oczy Erica rozszerzyły się w dowód uznania.
- Może już ją mają - stwierdził. - A może Bill uprzytomnił sobie, że właśnie ona go zdradziła. Że nie porwano by go, gdyby nie ujawniła sekretu, który jej przekazał.
Rozważyłam jego słowa i po raz kolejny skinęłam głową.
- Naprawdę ciekawi mnie, co tam robiła - podjął Eric. - Chyba wiedziałbym, gdyby należała do społeczności Missisipi. Zastanowię się nad tym szczegółem w wolnym czasie.
Po jego poważnej minie poznałam, że sporo już o tym myślał.
- Sookie, jeśli ten plan nie powiedzie się w ciągu mniej więcej trzech dni, może będziemy musieli porwać któregoś z wampirów Missisipi w ramach odwetu. Taki gest oczywiście niemal natychmiast doprowadzi do wojny, a wojna... nawet z Missisipi... to koszty finansowe i straty w ludziach. A tamci pewnie wówczas i tak zabiją Billa.
Okej, na moich barkach spoczywa odpowiedzialność za los świata. Dzięki, Ericu. Bardzo potrzebowałam więcej odpowiedzialności i większego stresu.
- Ale wiedz, że jeśli mają Billa... jeśli on nadal żyje... odbijemy go. I będziecie znowu razem, jeśli tego zechcesz.
Duże "jeśli".
- Odpowiadając na twoje kolejne pytanie: jestem twoim przyjacielem i będę nim, póki mogę... póki doprzyjaźń z tobą nie zagrozi mojemu życiu. Albo przyszłości mojej strefy.
No cóż, mówił bez ogródek. Doceniałam jego szczerość.
- Dopóki ta przyjaźń będzie dla ciebie wygodna, chcesz powiedzieć - uściśliłam bez mrugnięcia okiem, co było zarówno nieprecyzyjne, jak i niesprawiedliwe. Zdumiało mnie, gdy zobaczyłam, że naprawdę przejął się moją oceną jego intencji. - Ericu, chcę cię o coś spytać.
Uniósł brwi, sugerując, że czeka na moje pytanie. W zamyśleniu przesuwał dłońmi w górę i w dół po moich ramionach, jak gdyby nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi. Ten ruch skojarzył mi się z człowiekiem ogrzewającym dłonie nad ogniem.
- Jeśli dobrze cię zrozumiałam, Bill pracował nad projektem dla... - Miałam szaleńczą ochotę zachichotać i bezwzględnie się powstrzymałam. - Dla królowej Luizjany - dokończyłam. - A wy nic o tym projekcie nie wiedzieliście. Zgadza się?
Patrzył na mnie przez długą chwilę, najprawdopodobniej zastanawiając się, co mi odpowiedzieć.
- Obwieściła mi, że dała Billowi zlecenie - odrzekł wreszcie. - Ale nie zdradziła szczegółów, nie powiedziała też, dlaczego akurat Bill miał je wykonać ani na kiedy ma je skończyć.
Chyba każdy przywódca czuje się dotknięty, gdy ktoś wyżej postawiony korzysta bez jego wiedzy z usług jego podwładnego.
- Więc dlaczego ta królowa nie szuka Billa? - spytałam, siląc się na obojętny ton.
- Bo nie wie, że zniknął.
- Jak to?
- Nie powiedzieliśmy jej.
Prędzej czy później Eric przestanie odpowiadać na moje pytania.
- Dlaczego?
- Ukarałaby nas.
- Za co? - Zaczynałam myśleć jak dwulatka.
- Ponieważ dopuściliśmy do tego, że coś mu się przydarzyło w czasie, gdy wypełniał dla niej zadanie.
- Jaka byłaby kara?
- Och, w jej przypadku trudno powiedzieć. - Zaśmiał się nerwowo. - Coś bardzo nieprzyjemnego.
Był teraz jeszcze bliżej mnie, jego twarz prawie dotykała moich włosów. Wciągnął powietrze, bardzo delikatnie. Dla wampirów węch i słuch mają o wiele większe znaczenie niż wzrok, chociaż i ten zmysł jest u nich niezwykle wyostrzony. Eric połknął kiedyś nieco mojej krwi, toteż lepiej znał moje emocje niż wampir, który jej nie pił. A wszystkie wampiry interesują się ludzkimi uczuciami, ponieważ drapieżnik powinien znać zwyczaje swojej ofiary.
Eric potarł swoim policzkiem o mój. Był jak kot, który lubi ocierać się o nogi.
- Ericu.
Podał mi więcej informacji, niż planował.
- Hm?
- Tak serio, co zrobi wam królowa, jeśli nie zdołacie odbić Billa i ona z tego powodu nie dostanie na czas swojego projektu?
Moje pytanie nie odniosło pożądanego skutku. Eric odsunął się i spojrzał na mnie oczyma bardziej błękitnymi niż moje i bardziej lodowatymi niż pustkowia Arktyki.
- Sookie, naprawdę nie chcesz tego wiedzieć - odrzekł. - Ale efekty jego pracy wystarczą. Tak naprawdę obecność Billa nie jest konieczna.
Popatrzyłam na niego niemal równie zimno.
- A co dostanę w zamian za przeprowadzenie dla was tych poszukiwań? - warknęłam.
Eric wyglądał równocześnie na zdziwionego i zadowolonego.
- Gdyby Pam nie zasugerowała ci zdrady Billa, cieszyłabyś się, że możesz nam pomóc, a potem bezpiecznie tu oboje wrócicie - przypomniał mi.
- Cóż, teraz jednak wiem już o Lorenie.
- I mimo że wiesz, zgadzasz się wyświadczyć nam tę przysługę?
- Pod jednym warunkiem.
Eric stał się ostrożny.
- Jakim? - spytał.
- Jeśli coś mi się stanie, ona ma skończyć z kołkiem w sercu.
Gapił się na mnie co najmniej całą sekundę, po czym ryknął śmiechem.
- Musiałbym zapłacić ogromną grzywnę - powiedział, kiedy przestał rechotać. - Zresztą nie wiem, czy dałbym radę. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Ona ma trzysta lat.
- Twierdzisz, że jeśli plan zawiedzie, przydarzy wam się coś strasznego - wytknęłam.
- To prawda.
- Mówiłeś, że desperacko potrzebujecie mojej pomocy.
- Zgadza się.
- Właśnie dlatego proszę o rewanż.
- Byłaby z ciebie niezła wampirzyca, Sookie - oznajmił w końcu. - W porządku, mamy zatem umowę. Jeśli coś ci się stanie, Lorena nigdy więcej nie będzie się pieprzyła z Billem.
- Och, to nie wystarczy.
- Nie? - Popatrzył na mnie z maksymalnym możliwym sceptycyzmem.
- Nie, ponieważ go zdradziła.
Błękitne oczy Erica wpatrywały się w moje.
- Powiedz mi coś, Sookie. Poprosiłabyś mnie o to, gdyby była istotą ludzką?
Szeroko rozciągnięte usta o wąskich wargach, które przeważnie układały się w wyraz rozbawienia, teraz zacisnął - tak mocno, że tworzyły niemal linię prostą.
- Gdyby była istotą ludzką, sama bym się nią zajęła - odcięłam się i wstałam, by odprowadzić go do wyjścia.
Po odjeździe Erica oparłam się o drzwi i przyłożyłam policzek do drewna. Czy mówiłam serio? Długo się zastanawiałam, czy jestem naprawdę osobą kulturalną, za jaką pragnę uchodzić. Cóż, gdy powiedziałam, że sama zajęłabym się Loreną, naprawdę tak myślałam. Mam w sobie jakąś dzikość, lecz do tej pory zawsze nad sobą panowałam. Babcia nie wychowała mnie na morderczynię.
Kiedy wlokłam się korytarzem do sypialni, zdałam sobie sprawę, że coraz częściej ujawnia się mój prawdziwy charakterek. Od dnia, w którym poznałam wampiry.
Nie rozumiałam, dlaczego tak się dzieje. Wampiry potrafią się doskonale kontrolować. Czemu ja miałabym tracić nad sobą panowanie?
Dobra, wystarczy tej psychoanalizy jak na jedną noc.
Musiałam pomyśleć o jutrze.