Sookie Stackhouse. (#10). Martwy w rodzinie - Charlaine Harris


Reflow text when sidebars are open.
Marzec, pierwszy tydzień
- Mam wyrzuty sumienia, że zostawiam cię w ten sposób - jęknęła Amelia.
Powieki miała podpuchnięte, oczy zaczerwienione. Tak wyglądała niemal bez przerwy od dnia pogrzebu Traya Dawsona.
- Musisz zrobić to, co... musisz - odparłam, posyłając jej bardzo pogodny uśmiech. Wyczuwałam u niej mieszaninę potężnych emocji, na którą składały się poczucie winy, wstyd i ogromny żal. - Czuję się o wiele lepiej - uspokoiłam ją. Paplałam radośnie i chyba nie byłam w stanie przestać. - Chodzę już całkiem dobrze, a wszystkie rany w moim ciele całkiem się zasklepiły... Widzisz? Znacznie lepiej to wygląda.
Opuściłam pasek dżinsów i pokazałam jej ugryzione miejsce. Ślady po zębach prawie nie były już widoczne, chociaż skóra jeszcze niezupełnie się wygładziła i była wyraźnie bledsza niż reszta brzucha. Gdybym nie przyjęła olbrzymiej dawki wampirzej krwi, blizna zapewne kojarzyłaby się oglądającym osobom z ugryzieniem rekina.
Amelia zaledwie zerknęła w dół, a potem szybko odwróciła wzrok, jakby nie mogła znieść tego jawnego dowodu napaści na mnie.
- Chodzi tylko o to, że Octavia wciąż przysyła mi mejle, w których pisze, że muszę pojechać do domu i poddać się wyrokowi rady, czy też raczej tych czarownic, które z naszej rady pozostały - ciągnęła pośpiesznie. - I muszę dopilnować remontu oraz napraw wykonywanych w moim domu. A ponieważ do miasta znowu zjechało trochę turystów, mieszkańcy wracają i trwa odbudowa, tamta dawna przyjaciółka ponownie otworzyła sklepik ezoteryczny. Mogłabym w nim pracować na część etatu. Poza tym, chociaż bardzo lubiłam tu mieszkać z tobą, to odkąd Tray umarł...
- Wierz mi, rozumiem - ucięłam.
Przerabiałyśmy ten temat wiele razy.
- Nie obwiniam cię o nic - dodała, usiłując spojrzeć mi w oczy.
Naprawdę mnie nie winiła. Wiedziałam, że mówi prawdę, ponieważ potrafiłam wyczytać to z jej myśli.
Zresztą, nawet ja sama siebie nie winiłam, co trochę mnie zaskakiwało.
Z drugiej strony... Prawda, że wilkołak Tray Dawson, kochanek Amelii, zginął, pełniąc funkcję mojego ochroniarza. Prawda, że poprosiłam o przysłanie obrońcy najbliższe mi stado wilkołacze - groziło mi niebezpieczeństwo, a oni byli mi dłużni przysługę. Tyle że Tray Dawson zginął na moich oczach od miecza, z ręki pewnego wróża; byłam przy tym, więc wiem, kto odpowiada za jego śmierć.
Dlatego nie czuję się winna. A jednak, na myśl o odejściu Traya ogarniała mnie chandra, szczególnie że ta tragedia stanowiła ledwie dodatek do wszystkich innych ostatnich okropności. Moja kuzynka Claudine, pełnokrwista wróżka, także umarła w trakcie Wojny z Wróżkami, a jako że była moją prawdziwą dobrą wróżką, strasznie za nią tęskniłam. Poza tym, była w ciąży.
Odczuwałam więc ból i żal, cierpiało nie tylko moje ciało, ale również dusza.
Amelia zniosła naręcze ubrań na parter, a ja tymczasem stałam w jej sypialni i zbierałam siły. W końcu pochyliłam się i podniosłam pudło z drobiazgami kosmetycznymi. Zeszłam ostrożnie po schodach i powoli ruszyłam do samochodu przyjaciółki. Słysząc moje kroki, odwróciła się od kartonów z ubraniami, które wcześniej umieściła w bagażniku.
- Nie powinnaś tego robić! - zauważyła bardzo zaniepokojona i zatroskana. - Jeszcze nie wyzdrowiałaś.
- Nic mi nie jest.
- Nie powiedziałabym. Ilekroć ktoś wejdzie niespodziewanie do pokoju, zawsze podskakujesz nerwowo pod sufit, widzę też często, że bolą cię nadgarstki - wytknęła mi. Zabrała przyniesione przeze mnie pudło i wsunęła je na tylne siedzenie. - Ciągle wolisz obciążać lewą nogę zamiast prawej, a kiedy pada deszcz, znosisz prawdziwe męki. I wszystko to mimo całej tej wampirzej krwi.
- Już coraz mniej się denerwuję. W miarę upływu czasu nerwowość całkowicie ustąpi... gdy tylko wspomnienia nie będą już tak świeże i przestaną mnie nawiedzać - odparłam. (Jeśli telepatia czegoś mnie nauczyła, to faktu, że jeśli dać człowiekowi odpowiednio dużo czasu i zajęć, potrafi wyprzeć z pamięci najboleśniejsze i najbardziej przykre zdarzenia). - Krew nie pochodzi przecież od byle jakiego wampira. To krew Erica. Jest stara i działa potężnie. A co do nadgarstków, są w znacznie lepszym stanie.
Nie wspomniałam, że nerwy przegubów dłoni często mi drgają bez powodu i palą mnie niczym gorące węże; działo się to nawet w tym momencie. Jest tak, ponieważ nadgarstki miałam związane bardzo ciasno i przez wiele godzin. Doktor Ludwig, lekarka istot nadnaturalnych, zapewniła mnie jednak, że stan nerwów - i samych przegubów - w końcu wróci do normy.
- Tak, mówiąc o krwi... - Amelia głęboko zaczerpnęła tchu i przygotowała się na powiedzenie czegoś, o czym wiedziała, że mi się nie spodoba. Ponieważ usłyszałam jej sugestię, zanim rzeczywiście ją wypowiedziała, nie dałam się zaskoczyć. - Myślałaś o... Sookie, nie spytałaś mnie nigdy o opinię, ale uważam, że nie powinnaś przyjmować od Erica więcej krwi. Chcę powiedzieć... Wiem, że to twój facet, ale musisz myśleć o konsekwencjach. Czasami ludzie z takiego powodu dostają szału, to taki skutek uboczny. Przyjmowanie wampirzej krwi bywa groźne.
Chociaż doceniałam jej troskę o mnie, nie zamierza-łam rozwijać tej kwestii. Amelia poruszyła temat zbyt osobisty.
- Nie wymieniamy się krwią - ucięłam, po czym dodałam: - Eric najwyżej zliże kroplę z mojej ranki, wiesz, w chwilach rozkoszy.
Obecnie Eric miewał, niestety, więcej "chwil rozkoszy", niż ja. Wciąż jednak żywiłam nadzieję, że niedługo znów będę odczuwała przyjemność z seksu. I wierzyłam, że jeśli jakiś mężczyzna potrafi uleczyć moje łóżkowe traumy, tym mężczyzną bez wątpienia jest Northman.
Amelia uśmiechnęła się, tak jak na to liczyłam.
- Przynajmniej... - Odwróciła się, nie dokończywszy zdania, wiedziałam jednak, że pomyślała: "Przynajmniej masz ochotę na seks".
Wcale nie miałam szczególnej ochoty uprawiać seksu, sądziłam po prostu, że ciągle powinnam próbować odkryć na nowo rozkosz. Ale na pewno nie zamierzałam o tym rozmawiać! Umiejętność pozbycia się kontroli, która jest kluczem do dobrego seksu, po prostu podczas tortur jakoś mnie opuściła. Czułam się wówczas kompletnie bezsilna. Teraz mogłam jedynie mieć nadzieję, że również w tej sferze mój organizm się zregeneruje. Wiedziałam, że Eric potrafi wyczuć brak orgazmu. Wcześniej pytał mnie wiele razy, czy na pewno chcę się z nim kochać. Prawie za każdym razem odpowiadałam twierdząco, starając się przezwyciężyć traumę. To tak jak z rowerem. Tak, spadasz z roweru. Ale, tak, chcesz znów na nim jeździć.
- Więc jak się wasz związek rozwija? - spytała. - Oprócz bara-bara.
Wszystkie rzeczy Amelii znajdowały się już w jej samochodzie. Czarownica odsuwała moment pożegnania, obawiając się chwili, w której faktycznie wsiądzie do auta i odjedzie.
Jedynie duma powstrzymywała mnie przed wykrzyczeniem jej tego wszystkiego.
- Sądziłam, że całkiem dobrze się dogadujemy - stwierdziłam, z wielkim wysiłkiem siląc się na wesoły ton. - Chociaż wciąż nie jestem pewna, co czuję naprawdę, a jakie emocje narzuca mi nasza więź.
Całkiem przyjemna wydawała mi się możliwość rozmowy o moim nadnaturalnym związku z Erikiem, a także o starych, dobrych sprawach damsko-męskich. Nawet jeszcze zanim doznałam obrażeń podczas Wojny z Wróżkami, Erica i mnie połączyła - jak ją nazywają wampiry - więź krwi, jako że szereg razy wymieniliśmy się krwią. Od tej pory znam mniej więcej miejsce pobytu Northmana i jego nastrój, a on wie dokładnie to samo o mnie. Myśli o Ericu zawsze jakoś zaprzątały moją uwagę; mogłabym je przyrównać do cichego, monotonnego buczenia włączonego wentylatora albo filtra powietrza. (Dobrze dla mnie, że Eric przesypia cały dzień, ponieważ przynajmniej część czasu mam dla siebie. Może jego ogarnia podobna ulga, gdy kładę się w nocy do łóżka?). Nie powiedziałabym, że słyszę głosy czy coś w tym rodzaju... przynajmniej nie więcej głosów niż zwykle. A jednak, jeśli bywam szczęśliwa, zawsze muszę sprawdzić, czy nie jest to tylko szczęście Erica, które mi się po prostu udzieliło. Podobnie jest z gniewem. Choć Eric bardzo stara się nad sobą panować, czasem bywa rozgniewany, szczególnie ostatnio. Może przejął ten gniew ode mnie, bo obecnie przepełnia mnie prawdziwa złość?
Zupełnie zapomniałam o Amelii. Rozmyślałam o własnych sprawach i z wolna popadałam w depresję.
Wyrwała mnie z zadumy.
- Och, to tylko taka głupia wymówka - odparowała zgryźliwie. - Daj spokój, Sookie. Kochasz go albo nie. Starasz się o tym nie myśleć i stale zrzucasz winę na łączącą was więź. Ble, ble, ble. Jeśli tak bardzo tej więzi nienawidzisz, dlaczego do tej pory nie wybadałaś metod, dzięki którym mogłabyś się od niej uwolnić? - Oszacowała szybko wyraz mojej twarzy i irytacja opuściła ją w jednej chwili. - Chcesz, żebym spytała o to Octavię? - zasugerowała łagodniejszym tonem. - Jeśli ktoś coś na ten temat wie, tym kimś jest właśnie Octavia.
- Tak, chciałabym się dowiedzieć - przyznałam po chwili. Westchnęłam głęboko. - Przypuszczam, że masz rację. Byłam tak bardzo przygnębiona, że odsuwałam od siebie wszelkie nowe decyzje albo działania związane z tymi, które już podjęłam. Eric jest jedyny w swoim rodzaju, tyle że czasem jego osoba trochę mnie... przytłacza.
Northman ma naprawdę silną osobowość, a w dodatku jest przyzwyczajony do tego, że wszyscy traktują go jak szychę. Wie również, że czas, który ma przed sobą, jest praktycznie nieograniczony.
Mój nie.
Nie poruszył jeszcze tego tematu, lecz prędzej czy później na pewno to zrobi.
- Przytłacza mnie czy nie, kocham go - podsumowałam. Nigdy wcześniej nie złożyłam tej deklaracji na głos. - I, jak sądzę, tak brzmi konkluzja.
- Też mi się tak zdaje. - Amelia usiłowała się do mnie uśmiechnąć, ale niestety, jej próbę można by nazwać jedynie godną pożałowania. - Słuchaj... powinnaś pogłębiać tę samowiedzę. - Stała przez moment w bezruchu z miną zmrożoną w półuśmiech. - No cóż, Sookie, lepiej wyruszę w drogę. Tato na mnie czeka. Gdy wrócę do Nowego Orleanu, natychmiast wpakuje wścibski nos w moje sprawy.
Ojciec Amelii jest potężnym, bogatym biznesmenem, który w ogóle nie wierzy w moc mojej przyjaciółki. Popełnia duży błąd, nie szanując jej umiejętności. Amelia, jak każda prawdziwa czarownica, urodziła się z wielkim potencjałem mocy. Jeśli kiedyś będzie więcej ćwiczyła i narzuci sobie nieco więcej wewnętrznej dyscypliny, stanie się istotą naprawdę przerażającą - to znaczy, jeżeli celowo zechce kogoś przestraszyć, zamiast popełniać "przerażające" pomyłki. Miałam nadzieję, że jej mentorka, Octavia, wie, w jaki sposób należy szkolić Amelię i rozwijać jej talent.
Pomachałam jej, gdy zjeżdżała podjazdem, i od razu z mojej twarzy zniknął szeroki uśmiech. Usiadłam na stopniach ganku i najnormalniej w świecie się rozpłakałam. Ostatnio nie trzeba dużo, żeby w oczach stanęły mi łzy, a odjazd ekslokatorki i przyjaciółki okazał się dostateczną ku temu przyczyną. Miałam zresztą naprawdę liczne powody do płaczu.
Moją szwagierkę, Crystal, zamordowano. Na przyjacielu mojego brata, Melu, wykonano wyrok śmierci. Tray, Claudine i wampir Clancy polegli na polu bitwy. Ponieważ zarówno Crystal, jak i Claudine były wtedy w ciąży, do listy ofiar musiałam doliczyć jeszcze dwie osoby.
Prawdopodobnie fakty te powinny sprawić, żebym pragnęła przede wszystkim spokoju. Zamiast jednak zmienić się w Gandhiego z Bon Temps, skrywam także głęboko w duszy spis istot, którym życzę śmierci. Nie jestem bezpośrednio odpowiedzialna za większość tragedii, które przydarzyły się osobom z mojego otoczenia, dręczy mnie jednak poczucie, że gdyby nie ja, żadna z tych tragedii by się nie wydarzyła. W najmroczniejszych, najbardziej ponurych chwilach - a to był jeden z takich momentów - zastanawiam się, czy moje życie warte jest ceny, którą niektórzy za nią zapłacili.
Marzec, koniec pierwszego tygodnia
Kiedy wstałam z łóżka w pochmurny, ale rześki poranek kilka dni po odjeździe Amelii, odkryłam, że na frontowym ganku siedzi kuzyn Claude. Claude nie umie tak dobrze maskować zapachu jak pradziadek Niall. Ponieważ jest wróżem, nie potrafię czytać mu w myślach, mogę wszakże powiedzieć, że - oględnie mówiąc - kuzyn o czymś myśli. Teraz mimo chłodu wyszłam na ganek z kawą, ponieważ picie na ganku pierwszego porannego kubka należało do moich ulubionych czynności przed... przed Wojną z Wróżkami.
Nie widziałam kuzyna od kilku tygodni. Dokładniej mówiąc, nie widziałam go ani razu w trakcie wojny, a od śmierci Claudine nie skontaktował się ze mną.
Przyniosłam dodatkowy kubek i wręczyłam go kuzynowi, a on przyjął go bez słowa. Brałam oczywiście pod uwagę możliwość, że rzuci mi nim w twarz. Przyznam jednak, że ta niespodziewana wizyta wytrąciła mnie z równowagi. Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Nagle podmuch wiatru uniósł długie czarne włosy Claude'a i rozrzucił je wokół jego głowy jak falujące gałęzie hebanowca. Oczy w kolorze karmelu były zaczerwienione.
- Jak umarła? - spytał.
Usiadłam na najwyższym stopniu.
- Nie widziałam tego - odparłam, patrząc na swoje kolana. - Przebywaliśmy w tym starym budynku, którego doktor Ludwig używa jako szpitala. Sądzę, że Claudine starała się zatrzymać złe wróżki, żeby nie przeszły korytarzem i nie trafiły do sali, w której ukrywałam się wraz z Billem, Erikiem i Trayem. - Zerknęłam z uwagą na kuzyna, chciałam bowiem mieć pewność, że zna miejsce, o którym mówię. Skinął głową na potwierdzenie. - Jestem raczej przekonana, że zabił ją Breandan, bo kiedy w końcu wpadł do naszego pomieszczenia, z ramienia wystawał mu jeden z jej drutów do robótek.
Breandan, wróg mojego pradziadka, był, tak jak Niall, księciem wróżek. Uważał, że ludzie i duszki nie powinni się krzyżować. Wierzył w to wręcz fanatycznie. Pragnął, by wróżki całkowicie zaniechały wypadów do świata ludzi, mimo że miały duże udziały finansowe w naszym handlu i produkcji - szczególnie w wytwarzaniu produktów, które pomagały im wmieszać się między ludzi i ułatwiały życie w nowoczesnym świecie. Breandan szczególnie nienawidził, gdy wróżki od czasu do czasu wybierały sobie na kochanków istoty ludzkie, oddając się miłostkom, i nie cierpiał dzieci zrodzonych na skutek takich romansów. Chciał, żeby wróżki całkowicie się odseparowały i odgrodziły murem we własnym świecie, a później rozmnażały się wyłącznie między sobą.
Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, co zrobił pradziadek po pokonaniu zwolenników segregacji rasowej - po całym tym rozlewie krwi Niall postanowił, że pokój wśród wróżek i bezpieczeństwo dla ludzi można osiągnąć jedynie... właśnie zamykając wróżki w ich świecie. Czyli Breandan przez własną śmierć osiągnął swój cel. W chwilach najgorszego samopoczucia myślałam, że wobec ostatniej decyzji Nialla cała ta wojna wygląda na zupełnie niepotrzebną.
- Stanęła w twojej obronie - oznajmił Claude, przywracając mnie do teraźniejszości.
Nie wychwyciłam w jego tonie żadnych emocji. Nie obwiniał mnie, nie gniewał się, nie kwestionował faktu.
- Tak - przyznałam.
Najwyraźniej Claudine musiała mnie bronić w ramach swoich obowiązków. Taki rozkaz zapewne wydał jej mój pradziadek.
Wypiłam długi łyk kawy. Kuzyn siedział obojętnie na poręczy drewnianej ławeczki wiszącej na ganku. Być może zastanawiał się, czy powinien mnie zabić. Claudine była ostatnią jego żyjącą siostrą.
- Wiedziałaś o ciąży - bąknął w końcu.
- Powiedziała mi niedługo przed swoją śmiercią.
Odstawiłam kubek i objęłam rękoma kolana. Czekałam na cios. W pierwszej chwili nie miałam nawet nic przeciw niemu, co jeszcze bardziej mnie przeraziło.
- Słyszałem - zauważył Claude - że schwytali cię Neave i Lochlan. Dlatego utykasz?
Ta nagła zmiana tematu bardzo mnie zaskoczyła.
- Tak - odparłam. - Trzymali mnie przez parę godzin. Zabili ich Niall i Bill Compton. A poza tym... Bill zabił Breandana... żelaznym rydlem mojej babci.
Chociaż rydel znajdował się w rodzinnej szopie na narzędzia od wielu dziesięcioleci, zawsze kojarzył mi się wyłącznie z babcią.
Claude przez długi czas siedział bez ruchu, piękny i pogrążony w myślach, których nie potrafiłam odczytać. Ani razu nie spojrzał wprost na mnie, nie pił też kawy. Ostatecznie wyciągnął najwidoczniej jakieś wnioski, wstał bowiem i odszedł podjazdem ku Hummingbird Road. Nie miałam pojęcia, gdzie zaparkował samochód; równie dobrze mógł przejść całą drogę z Monroe na piechotę albo przylecieć na magicznym dywanie. Weszłam do domu, tuż za drzwiami opadłam na kolana i znów zaczęłam płakać. Ręce mi się trzęsły. Przeguby dłoni bolały jak cholera.
Uprzytomniłam sobie, że przez całą naszą rozmowę czekałam na jego ruch.
A w następnej chwili uprzytomniłam sobie, że bardzo chcę żyć.
Marzec, drugi tydzień
- Sookie, podnieś ramię jak najwyżej! - polecił mi JB.
Był tak skoncentrowany, że aż zmarszczył ładną twarz. Powoli podniosłam lewą rękę, w której trzymałam dwukilogramowy ciężarek. O Jezu, jak to bolało! Zrobiłam to samo prawą.
- Okej, teraz nogi - nalegał JB.
Z wysiłku trzęsły mi się ramiona. JB du Rone nie jest licencjonowanym fizjoterapeutą, pracuje jednak jako osobisty trener, ma więc praktyczne doświadczenie, jeśli chodzi o pomoc osobom, które doznały najrozmaitszych kontuzji. Pewnie nigdy wcześniej nie spotkał się z zestawem takich obrażeń jak moje - ugryzienia, przecięcia i ślady po innego rodzaju torturach - ale nie musiałam wyjaśniać mu szczegółów, a on jakby nie zauważał, że moje problemy z trudem przypominają rany odniesione w wyniku wypadku samochodowego. Nie chciałam, żeby w Bon Temps pojawiły się domysły na temat moich kłopotów zdrowotnych, dlatego od czasu do czasu wyprawiałam się na lekarską wizytę do doktor Amy Ludwig, która podejrzanie przypominała hobbitkę, a o terapię poprosiłam JB du Rone'a, który był dobrym trenerem, ale rozumu nie miał za grosz.
Żona JB, moja przyjaciółka Tara, siedziała dziś obok nas na jednej z ławek treningowych. Czytała Czego się spodziewać, gdy spodziewasz się dziecka. Tara, prawie w piątym miesiącu ciąży, postanowiła zostać możliwie najlepszą matką. Ponieważ JB był pełen zapału, ale nie grzeszył inteligencją, przypuszczała, że będzie musiała wziąć na siebie rolę Bardziej Odpowiedzialnego Rodzica. Kiedyś, w trakcie nauki w liceum, dorabiała sobie jako opiekunka do dziecka, miała zatem pewne doświadczenie w tej kwestii. Teraz, gdy odwracała strony, marszczyła brwi i przybierała znajomą minę, którą pamiętam z naszych lat szkolnych.
- Wybrałaś już lekarza? - spytałam, gdy skończyłam ćwiczyć podnoszenie nóg.
Moje mięśnie czworogłowe błagały o litość, szczególnie ten uszkodzony w lewej nodze.
Znajdowaliśmy się w siłowni, w której JB pracował, po godzinach jego pracy, jako że nie byłam członkiem klubu. Szef du Rone'a zgodził się na ten tymczasowy układ, gdyż lubił JB. Zresztą, JB okazał się jego największym skarbem - odkąd podjął tu pracę, liczba nowych klientek klubu fitness znacząco wzrosła.
- Tak sądzę - odrzekła Tara. - W pobliżu mieliśmy do wyboru czterech, i odwiedziliśmy wszystkich. W końcu umówiłam się z doktorem Dinwiddie'em, tutaj w Clarice. Wiem, że to mały szpital, ale moja ciąża nie jest wysokiego ryzyka, a placówka znajduje się bardzo blisko.
Clarice leży zaledwie kilka kilometrów od naszego miejsca zamieszkania, czyli Bon Temps. Z klubu fitness do mojego domu można dotrzeć w niecałe dwadzieścia minut.
- Słyszałam o nim dobre rzeczy - stwierdziłam.
Ból, który czułam w mięśniach ud, przeszkadzał mi w myśleniu. Moje czoło pokryło się potem. Zawsze uważałam się za kobietę w niezłej formie i zazwyczaj bywałam radosna jak skowronek. Obecnie, niestety, zdarzały mi się dni, kiedy sił wystarczało jedynie na wstanie z łóżka i pracę.
- Sookie - powiedział JB - zerknij na te hantle.
Patrzył na mnie, szczerząc zęby w uśmiechu.
Po raz pierwszy odnotowałam, że mimo dodatkowego obciążenia na nogach udało mi się wykonać o dziesięć powtórzeń więcej niż zwykle.
Odwzajemniłam się uśmiechem. Nie był szczególnie szeroki, ale chciałam być miła.
- Może posiedzisz kiedyś z naszym dzieckiem - zasugerowała Tara. - Nauczymy je, żeby nazywało cię ciocią Sookie.
Oczywiście byłabym ciocią w sensie grzecznościowym. Tak, chętnie zajmę się kiedyś ich dzieckiem. Najwyraźniej oboje mi ufają... Odkryłam, że wreszcie zaczynam myśleć o przyszłości.
Marzec, ten sam tydzień
Następną noc spędziłam z Erikiem. Tak jak zdarzało mi się to przynajmniej trzy czy cztery razy na tydzień, obudziłam się zdyszana, przepełniona panicznym strachem, i z kompletnym mętlikiem w głowie. Przylgnęłam do Northmana, jakby był moją kotwicą, a ja statkiem, który bez tej kotwicy odpłynie porwany przez sztorm. Kiedy się obudziłam, już płakałam. Nie pierwszy raz mi się to przytrafiło, tym razem jednak Eric płakał wraz ze mną. Ronił krwawe łzy, które pozostawiały wyraźne ślady na bladej twarzy, tworząc zdumiewający efekt.
- Nie płacz - zaczęłam błagać.
W jego towarzystwie bardzo starałam się zachowywać jak dawna "ja", choć Eric naturalnie znał prawdę. Widziałam, że podjął jakąś decyzję. Miał mi coś do powiedzenia i zamierzał to obwieścić, niezależnie od tego, czy zechcę go wysłuchać.
- Tamtej nocy czułem twój strach i ból - oznajmił zdławionym głosem. - Ale nie mogłem do ciebie przyjść.
Wreszcie poruszył kwestię szczegółów, które pragnęłam poznać i na które niecierpliwie czekałam.
- Dlaczego? - spytałam, z całych sił próbując zachować spokojny ton.
Może wam się to wydać nieprawdopodobne, lecz byłam taka słaba i w tak złej kondycji, że wcześniej nie odważyłam się zadać tego pytania wampirowi.
- Victor nie pozwolił mi odejść - dodał.
Victor Madden jest szefem Erica, odkąd Felipe de Castro, król Nevady, ustanowił go nadzorcą podbitego królestwa Luizjany.
Moją pierwszą reakcję na takie wyjaśnienie mogłabym nazwać wyłącznie gorzkim rozczarowaniem. Słyszałam już wcześniej tę historię: "Bo potężniejszy ode mnie wampir kazał mi to zrobić". Podobnie brzmiała wymówka Billa, kiedy zdecydował się wrócić do swojej stwórczyni, Loreny.
- Jasne - mruknęłam zatem.
Odwróciłam się na bok i położyłam tyłem do Erica. Poczułam, że ogarnia mnie coraz większe rozżalenie. Postanowiłam wstać, ubrać się i pojechać z powrotem do Bon Temps. Tak, zrobię to... natychmiast gdy zbiorę siły, gdyż w chwili obecnej osłabiały mnie emocje, które wyczuwałam u Erica - napięcie, frustracja i wściekłość.
- Ludzie Victora związali mnie srebrnymi łańcuchami - tłumaczył leżący za mną kochanek. - Mam wszędzie oparzenia.
- Dosłownie - bąknęłam.
Usiłowałam nie dopuścić do głosu sceptycyzmu, który czułam.
- Tak, dosłownie. Miałem świadomość, że coś się z tobą dzieje. Victor zjawił się tamtej nocy w "Fangtasii", jakby z góry wiedział, że powinien tam być. Kiedy Bill zatelefonował i powiedział mi, że zostałaś porwana, zdołałem zadzwonić do Nialla, ale chwilę później trzech spośród ludzi Victora znów przykuło mnie do ściany. Kiedy... zaprotestowałem... Victor powiedział, że nie może mi pozwolić, bym zajął konkretne stanowisko w Wojnie z Wróżkami. Upierał się, że bez względu na to, co ci się przydarzyło, nie mogę dać się wciągnąć w ten konflikt. - W tym momencie zalała go fala gniewu tak potężna, że aż ucichł i milczał przez długą chwilę. Mnie w tym czasie udzieliła się jego wściekłość, przetaczając się przeze mnie niczym rwący lodowaty strumień. - Ludzie Victora - podjął w końcu opowieść zdławionym głosem - schwytali i umieścili w osobnym pomieszczeniu również Pam, chociaż jej akurat nie skuli. - Pam jest zastępczynią Erica. - Billowi natomiast, ponieważ przebywał w owym czasie w Bon Temps, udało się zignorować SMS-y Victora. Niall i Compton spotkali się pod twoim domem, skąd twój pradziadek mógł rozpocząć poszukiwania po śladach. Bill słyszał wcześniej o Lochlanie i Neave. Zresztą, wszyscy o nich słyszeliśmy. Wiedzieliśmy, że czas pracuje na twoją niekorzyść...
Nadal leżałam odwrócona plecami do Erica, ale docierał do mnie nie tylko jego głos, lecz także emocje: żal, gniew, rozpacz.
- I jak się... wyrwałeś z tych łańcuchów? - rzuciłam w ciemność.
- Przypomniałem Victorowi słowa Felipe'a dotyczące zapewnienia ci ochrony. Dodałem, że król przyrzekł ci to osobiście. Victor udawał, że mi nie wierzy. - Poczułam, jak materac się ugiął, gdy Eric ponownie opadł na poduszki. - Niektóre wampiry Maddena okazały się na szczęście silne i honorowe, gdyż pamiętały o zobowiązaniach i lojalności, którą ślubowały Felipe'owi, a nie Victorowi. Chociaż nie przeciwstawiły się bezpośrednio, za plecami Maddena pozwoliły Pam zadzwonić do naszego nowego króla. Pam zatelefonowała i wyjaśniła mu, że ty i ja jesteśmy teraz małżeństwem. Potem skłoniła Victora do rozmowy z władcą, a on nie odważył się odmówić. No i de Castro polecił Maddenowi, by mnie uwolnił.
Felipe de Castro został królem Nevady, Luizjany i Arkansas kilka miesięcy temu. Był królem potężnym, starym i bardzo przebiegłym. Był mi też winien dużą przysługę.
- Czy Felipe ukarał Victora?
Taaa, nadzieja matką głupich.
- W tym cały sęk, niestety... - odparł Eric. W którymś momencie swego długiego życia mój kochany wiking czytał najwyraźniej dramaty Szekspira. - Victor oświadczył, że, och, chwilowo zapomniał o naszym ślubie.
Nawet jeśli sama czasami próbowałam o nim zapomnieć, ta informacja wywołała teraz we mnie gniew. Victor siedział przecież w biurze Erica wtedy, gdy wręczałam Northmanowi rytualny sztylet! Zrobiłam to zresztą z powodu absolutnej niewiedzy, że mój gest będzie oznaczał zawarcie małżeństwa w wampirzym stylu. Może ja byłam wówczas nieświadoma konsekwencji tego czynu, ale Madden na pewno nie.
- Victor powiedział naszemu królowi, że kłamię, bo staram się ocalić przed wróżkami kochankę. Upierał się, że dla ratowania istot ludzkich nie należy narażać życia wampirów. Powiedział Felipe'owi wprost, że nie uwierzył Pam i mnie, gdy zapewniałyśmy go o obietnicy Felipe'a, który rzekomo przyrzekł ci ochronę po twojej akcji ocalenia go przed Sigebertem.
Odwróciłam się i popatrzyłam na Erica. W docierającej przez okno poświacie księżycowej skóra mojego wampira wydawała się ciemnosrebrna. Spotkałam Felipe'a tylko kilka razy i na krótko, wiedziałam jednak, że ten potężny nieumarły, który od pewnego czasu posiadał naprawdę ogromną władzę, z pewnością nie był głupcem.
- Niesamowite - oceniłam. - Dlaczego de Castro nie zabił Victora?
- Wiesz... oczywiście... dużo na ten temat myślałem. Sądzę, że Felipe z jakichś powodów musi stwarzać pozory, jakoby dawał wiarę Victorowi. Chyba zdaje sobie sprawę z tego, że mianując go swoim porucznikiem zarządzającym całym stanem Luizjana, dał mu nadzieję na kolejne awanse, więc teraz pycha i aspiracje Maddena wzrosły wręcz nieprzyzwoicie.
Myśląc nad jego słowami, odkryłam, że potrafię patrzeć na niego obiektywnie. Zbytnia ufność niejednokrotnie w przeszłości sporo mnie kosztowała, i tym razem nie zamierzałam ryzykować, póki starannie nie rozważę wszystkich szczegółów. Jedna rzecz pośmiać się wraz z Erikiem albo cieszyć na nasze nocne spotkania intymne, zupełnie inna jednak zaufać mu, gdy chodzi o subtelne emocje. I nie, wcale mu na razie nie ufałam.
- Byłeś zdenerwowany, gdy przyszedłeś do szpitala - zauważyłam wymijająco.
Kiedy obudziłam się w budynku po starej fabryce, którego doktor Ludwig używała jako polowego szpitala, rany bolały mnie tak bardzo, że śmierć wydała mi się perspektywą znacznie sympatyczniejszą niż dalsze życie. Okazało się, że Bill, który wyrwał mnie z rąk moich katów, został otruty srebrem po ugryzieniu przez Neave, która miała srebrne koronki na zębach; jego los nadal pozostawał pod znakiem zapytania. Śmiertelnie ranny Tray Dawson, wilkołaczy kochanek Amelii, pożył na tyle długo, by... umrzeć od miecza, kiedy żołnierze Breandana wzięli szpital szturmem.
- W czasie, gdy Neave i Lochlan cię torturowali, cierpiałem wraz z tobą - zapewnił mnie Eric, patrząc mi prosto w oczy. - Czułem ten sam ból, tak samo się wykrwawiałem... Nie tylko dlatego, że jesteśmy połączeni więzią, lecz także z powodu uczucia miłości, które do ciebie żywię.
Uniosłam sceptycznie brew. Nie mogłam się powstrzymać przed tym gestem, chociaż wiedziałam, że Northman mówi poważnie. Naprawdę chciałam wierzyć, że gdyby tylko mógł, przybyłby mi na pomoc o wiele szybciej. Byłam też skłonna uwierzyć, że kiedy wróżki mnie torturowały, on czuł się równie paskudnie.
Wtedy jednak cierpiałam sama. To był mój ból, moja krew i mój strach. Może Eric coś wówczas odczuwał, ale był tak daleko!
- Przypuszczam, że zjawiłbyś się, gdybyś mógł - powiedziałam, zdając sobie sprawę, jak cicho mówię. - Naprawdę tak uważam. Wiem, że pozabijałbyś ich wszystkich.
Oparł się na jednym łokciu, drugą ręką mocno przycisnął moją głowę do swojej klatki piersiowej.
Nie mogłam zaprzeczyć, że odkąd zmusił się do tego wyznania, poczułam się lepiej. A jednak nie czułam się tak dobrze, jak miałam na to nadzieję; mimo że teraz wiedziałam, dlaczego nie zjawił się, kiedy go przywoływałam. Potrafiłam nawet zrozumieć, dlaczego tak długo zwlekał z tym wyznaniem. Bezsilność to stan, którego nieczęsto doświadczał. Eric jest wszak istotą nadnaturalną, a w dodatku jest niesamowicie potężny. Wielki też z niego wojownik. Nie jest jednak superbohaterem i nie udałoby mu się pokonać licznych zdeterminowanych członków własnej rasy. Uprzytomniłam sobie jeszcze jedno - Eric dał mi dużo swojej krwi, mimo że w tamtym okresie najwyraźniej sam też jej potrzebował, gdyż goiły się jego rany po kontakcie ze srebrnymi łańcuchami.
W końcu przemówiła do mnie logiczność całej historii i ogarnął mnie spokój. Naprawdę uwierzyłam Northmanowi, nie tylko sercem, lecz także umysłem.
Czerwona łza spadła na moje nagie ramię i spłynęła po nim. Przesunęłam palcem w górę, po czym wsunęłam go wampirowi w usta. Nie chciałam, że cierpiał. Dość miałam własnego cierpienia.
- Myślę, że musimy zabić Victora - oznajmiłam twardo i popatrzyliśmy sobie w oczy.
Tak, tak, wreszcie udało mi się zaskoczyć Erica Northmana.
Marzec, trzeci tydzień
- Więc - powiedział mój brat. - Jak widzisz, ja i Michele wciąż się widujemy.
Stał odwrócony do mnie plecami, przewracając befsztyki na grillu. Siedziałam na składanym krześle, popatrując na duży staw i nabrzeże. Wieczór był piękny, chłodny i rześki. Byłam naprawdę zadowolona, że tu siedzę i obserwuję brata przy pracy; cieszyłam się, że przebywam w jego towarzystwie. Michele została w domu, gdzie robiła sałatkę. Słyszałam, jak śpiewa piosenkę Travisa Tritta.
- Cieszę się - odparłam i byłam szczera.
Po raz pierwszy od miesięcy przebywaliśmy sami. Wcześniej Jason również nie miał najlepszego okresu. Żona, z którą pozostawał w separacji, i ich nienarodzone dziecko umarli potworną śmiercią. Później brat dowiedział sie, że jego najlepszy przyjaciel kochał się w nim czy raczej był chory z miłości. Teraz jednak, gdy tak obserwowałam go, jak grilluje, podczas gdy jego dziewczyna śpiewa w domu, zrozumiałam, że Jason jest twardy. Spotyka się znowu z kobietą, cieszy się na myśl o jedzeniu befsztyków, zapiekanki z ziemniaków, którą przyniosłam, oraz sałatki, którą właśnie przyrządzała Michele. Nie mogłam nie podziwiać determinacji, z jaką poszukiwał przyjemności w życiu. W wielu innych sprawach nie jest najlepszym wzorem do naśladowania, ale... nie zamierzałam się czepiać.
- Michele to dobra kobieta - oznajmiłam.
Jest taka, chociaż może nie w sensie, w jakim użyłaby tego słowa nasza babcia. Michele Schubert to osoba bardzo otwarta, i to we wszystkich kwestiach. Nie sposób jej zawstydzić, ponieważ nie zrobiłaby niczego, do czego nie mogłaby się po fakcie przyznać. Zgodnie z tą samą zasadą "pełnego ujawnienia", gdyby miała do kogoś żal, ten ktoś dobrze by o tym wiedział. Nowa dziewczyna Jasona pracuje w warsztacie firmowym Forda jako recepcjonistka i osoba obsługująca komputer. Skoro nadal pracuje dla byłego teścia, jest prawdopodobnie wydajna i skuteczna. (Pamiętam, że w tamtych czasach lubił mawiać, że bardziej lubi synową niż własnego syna).
Wyszła właśnie na taras. Miała na sobie dżinsy i koszulkę polo z logo przedstawicielstwa Forda, którą wkładała zwykle do pracy. Ciemne włosy upięła w kok. Michele jest zwolenniczką intensywnego makijażu oczu, dużych torebek i butów na wysokich obcasach. W tej chwili jednak była boso.
- Hej, Sookie, lubisz sos wiejski? - spytała. - Bo mogę też zrobić musztardowy.
- Nie, dzięki, może być wiejski - odparłam. - Potrzebujesz pomocy?
- Nie, radzę sobie. - Zadzwonił jej telefon komórkowy. - Cholera, to znowu papcio Schubert. Ten facet nie znalazłby beze mnie własnego tyłka.
Wróciła do domu z telefonem przy uchu.
- Martwię się jednak, że narażam ją na niebezpieczeństwo - mruknął Jason nieśmiałym tonem, którym zawsze pyta mnie o opinię na temat istot nadnaturalnych. - To znaczy... ten wróż, Dermot, ten, który wygląda jak ja. Nie wiesz, czy przebywa jeszcze w okolicy?
Odwrócił się do mnie. Opierał się o balustradę tarasu. Dobudował go do domu, który nasi rodzice postawili, kiedy mama była w ciąży z Jasonem. Rodzice cieszyli się tym domem niewiele ponad dziesięć lat; zginęli, gdy byłam siedmiolatką. A kiedy Jason poczuł się dorosły i postanowił żyć na własny rachunek (we własnym mniemaniu), wyprowadził się od babci i przeniósł właśnie tutaj. Przez dwa czy trzy lata w tym domu odbywały się naprawdę szalone imprezy, potem jednak mój brat się uspokoił. Dziś wieczorem stało się dla mnie całkowicie jasne, że po ostatnich nieprzyjemnych zdarzeniach dojrzał jeszcze bardziej.
Wypiłam łyk z butelki. Nie należę do osób pijących dużo alkoholu - dość się napatrzę w pracy na skutki jego nadużywania - ale w ten pogodny wieczór nie byłam w stanie odmówić sobie zimnego piwa.
- Ja również chciałabym wiedzieć, gdzie jest Dermot - wyznałam. Dermot jest półwróżem, bratem bliźniakiem naszego dziadka Fintana. - Niall zamknął się w świecie wróżek wraz ze wszystkimi istotami, które postanowiły do niego dołączyć, i ciągle trzymam kciuki za to, żeby Dermot był tam wraz z nimi. Claude został tutaj, widziałam go parę tygodni temu.
Niall to nasz pradziadek, a Claude jest jego wnukiem z małżeństwa z inną wróżką czystej krwi.
- Claude, striptizer...
- Właściciel klubu ze striptizem, który prezentuje swoje wdzięki w wieczory dla pań - poprawiłam brata. - Nasz kuzyn pozuje też do okładek romansów.
- Tak, założę się, że dziewczyny mdleją na jego widok. Michele ma książkę z nim na okładce... w kostiumie dżinna. Facet na pewno uwielbia każdą minutę tego zamieszania.
Ton Jasona bez wątpienia sugerował zazdrość.
- Zapewne. I wiesz, jest trochę upierdliwy - powiedziałam i roześmiałam się, co samą mnie zaskoczyło.
- Często go widujesz?
- Odkąd zostałam ranna, widziałam go tylko raz. Ale, kiedy wczoraj brałam pocztę, odkryłam, że przysłał mi kilka darmowych wejściówek na noc dla pań w "Hooligans".
- Sądzisz, że kiedyś skorzystasz z zaproszenia?
- Na razie nie. Może kiedy będę miała... lepszy nastrój.
- Myślisz, że Eric będzie miał coś przeciw temu, że oglądasz striptiz innego faceta?
Tą niby przypadkową wzmianką o moim związku z wampirem Jason próbował mi pokazać, jak bardzo się zmienił. No cóż, plus za dobre chęci.
- Nie jestem pewna - przyznałam. - Ale wydaje mi się, że nie poszłabym na striptiz w wykonaniu innego faceta, nie powiadamiając o tym wcześniej Erica. Dam mu szansę, niech też wtrąci swoje dwa grosze. A ty? Powiedziałbyś Michele, że idziesz do klubu pogapić się na striptizerkę?
Jason wybuchnął śmiechem.
- Przynajmniej wspomniałabym o tym, choćby po to, żeby usłyszeć, co powie. - Wyłożył befsztyki na duży talerz i wskazał rozsuwane szklane drzwi. - Jesteśmy gotowi - oznajmił.
Otworzyłam przed nim drzwi.
Nakryłam do stołu wcześniej, teraz więc tylko nalałam herbaty. Michele zdążyła już postawić tam sałatkę, gorącą zapiekankę z ziemniaków i sos do befsztyków ze spiżarni. Jason uwielbia ten sos. Posługując się dużym widelcem, położył na każdym talerzu po kawałku mięsa. Parę minut później wszyscy troje jedliśmy. Przyjemne rodzinne spotkanie.
- Calvin przyszedł dziś do mojej firmy - oznajmiła Michele. - Myśli o zamianie starego pikapa.
Calvin Norris jest dobrym człowiekiem. Ma niezłą posadę i jest nieco po czterdziestce. Dzierży na barkach sporą odpowiedzialność, gdyż jest przywódcą stada, do którego należy mój brat, samcem alfa w pumołaczej społeczności zamieszkującej małą osadę Hotshot.
- Nadal spotyka się z Tanyą? - spytałam.
Tanya Grissom pracuje w Norcross, tak samo jak Calvin, niemniej czasami przychodzi do "Merlotte'a" pomagać nam przez kilka godzin, kiedy nie może się zjawić któraś z kelnerek.
- Tak, mieszka z nią - potwierdził Jason. - Dość często się kłócą, sądzę jednak, że dziewczyna z nim zostanie.
Calvin Norris, przywódca pumołaków, robił wszystko, co mógł, żeby nie dać się wciągnąć w sprawy wampirze. Od dnia, w którym wilkołaki i zmiennokształtni ujawnili się społeczeństwu ludzi, Calvin miał sporo spraw na głowie. On sam oznajmił współpracownikom, że jest dwoistej natury już nazajutrz, w pokoju pracowniczym w firmie. Teraz, kiedy nowina się rozeszła, Norris zdobył jedynie jeszcze większy szacunek. Cieszył się dobrą opinią w okolicy Bon Temps, nawet jeśli na większość mieszkańców Hotshot zerkano nieco podejrzliwie, ponieważ społeczność trzymała się tak bardzo na uboczu, a jej przedstawiciele wydawali się tak strasznie dziwni.
- Jak to możliwe, że nie ujawniłeś się, gdy Calvin to zrobił? - spytałam.
Takiej myśli nigdy nie wychwyciłam u Jasona.
Brat wyglądał na zadumanego i ten wyraz twarzy wydał mi się u niego trochę niesamowity.
- Podejrzewam, że po prostu nie jestem jeszcze gotów odpowiedzieć na wiele pytań - odparł. - To osobista rzecz, ta... przemiana. Michele wie i tylko to się dla mnie liczy.
Michele uśmiechnęła się do niego.
- Jestem naprawdę z niego dumna - oświadczyła, i to wystarczyło. - Gdy zmienia się w pumę, staje się naprawdę odważny. Nic nie może przecież poradzić na to, że musi się przemieniać. Stara się zrobić jak najlepszy użytek z tej sytuacji... Nie narzeka, nie jęczy. Ale ludziom opowie o sobie wtedy, kiedy będzie gotowy.
Jason i Michele naprawdę mnie zaskakiwali.
- Co do mnie, nigdy nic nikomu nie powiedziałam - zapewniłam brata.
- Ani przez moment nie brałem pod uwagę możliwości, że mogłabyś to zrobić. Eee... Calvin twierdzi, że Eric jest jakimś ważnym wampirem - rzucił nagle, zmieniając temat.
Nigdy i pod żadnym pozorem nie omawiam kwestii wampirzej polityki z osobami, które nie są wampirami. Nie uważam po prostu takiego pomysłu za dobry. Ale Jason i Michele podzielili się ze mną swoimi myślami, więc uznałam, że jakieś wyjaśnienie im się należy.
- Eric ma pewną władzę - odparłam ostrożnie. - Ma też jednak nowego szefa i jego sytuacja to sprawa dość drażliwa.
- Chcesz o tym pomówić?
Byłam przekonana, że Jason nie jest pewny, czy chce słuchać o sprawach moich i Erica, mocno się jednak starał grać rolę dobrego brata.
- Lepiej nie - odparłam i zobaczyłam, że poczuł ulgę. Nawet Michele cieszyła się, że może wrócić do konsumpcji befsztyka. - Ale pomijając kontakty z innymi wampirami, Eric i ja radzimy sobie całkiem dobrze - dodałam. - Związki męsko-damskie zawsze wymagają wzajemnych ustępstw, czyż nie?
Chociaż Jason przez te wszystkie lata wiązał się z dziesiątkami dziewczyn i kobiet, dopiero ostatnio nauczył się, na czym polega kompromis.
- Rozmawiam znów z Hoytem - wyznał, a ja natychmiast zrozumiałam znaczenie tego oświadczenia.
Hoyt, który nie odstępował mojego brata przez wiele lat, potem na jakiś czas odsunął się od Jasona. Narzeczona Hoyta, Holly, który pracowała ze mną w barze "U Merlotte'a", nie przepada bowiem za moim bratem. Zdziwiłam się, słysząc, że przyjaźń kwitnie na nowo, a jeszcze bardziej mnie zdumiał fakt, że Holly godzi się na tę znajomość.
- Ogromnie się zmieniłem, Sookie - oznajmił Jason, jakby (przynajmniej raz!) czytał mi w myślach. - Chcę być dla Hoyta dobrym przyjacielem. I dobrym facetem dla Michele. - Popatrzył poważnie na swoją dziewczynę i położył rękę na jej dłoni. - I chcę być lepszym bratem. Mamy przecież tylko siebie. To znaczy... oprócz pokrewieństwa z wróżkami, chociaż i o tym pragnę jak najszybciej zapomnieć. - Zapatrzył się w swój talerz, jakby był zażenowany. - Po prostu nie potrafię uwierzyć, że babcia zdradziła dziadka.
- Doskonale cię rozumiem - zapewniłam go. Przez długi czas również nie umiałam się pogodzić z tą informacją. - Wiesz, babcia naprawdę pragnęła mieć dzieci, a z dziadkiem ich mieć nie mogła. Myślałam przez jakiś czas, że może Fintan ją oczarował. Wróżki są w stanie zawrócić ludziom w głowach, dokładnie tak, jak wampiry. A wiesz przecież, jakie wróżki są śliczne.
- Claudine na pewno. A Claude, jak przypuszczam, podoba się większości kobiet.
- Claudine starała się nie rzucać w oczy, ponieważ uchodziła za istotę ludzką.
Ta, mierząca metr osiemdziesiąt wzrostu, jedna z dwóch sióstr-bliźniaczek Claude'a, była naprawdę olśniewająco piękna.
- Dziadka - powiedział Jason - nie można by nazwać przystojniakiem.
- Tak, wiem.
Popatrzyliśmy na siebie w milczeniu, rozważając w myślach moc atrakcyjności fizycznej.
Po chwili równocześnie spytaliśmy:
- No ale babcia?
I nie mogliśmy się powstrzymać przed śmiechem. Michele bardzo starała się zachować powagę, w końcu jednak i ona nie zdołała nad sobą zapanować, więc zaczęła szczerzyć do nas zęby w uśmiechu. Każdemu człowiekowi trudno sobie wyobrazić rodziców uprawiających seks, a co dopiero dziadka z babcią? Niewyobrażalne.
- Słuchaj, skoro mówimy o babci - powiedział Jason - chciałem cię spytać, czy mogę wziąć ten stolik, który trzymała na poddaszu. Wiesz, ten na trójnożnej podstawie, który kiedyś stał w salonie obok fotela?
- Pewnie, podjedź któregoś dnia i weź go sobie - odparłam. - Prawdopodobnie stoi dokładnie tam, gdzie go postawiłeś tamtego dnia, gdy babcia poprosiła cię o zaniesienie go na poddasze.
Wkrótce potem odjechałam z prawie opróżnionym żaroodpornym naczyniem na zapiekankę i kilkoma befsztykami. Na sercu było mi lekko.
Wcześniej zupełnie nie przypuszczałam, że kolacja z bratem i jego dziewczyną będzie jakimś niesamowitym zdarzeniem, a jednak po powrocie do domu spałam tej nocy aż do rana - po raz pierwszy od wielu tygodni, ani razu się nie budząc.
Marzec, czwarty tydzień
- Hej - powiedział Sam. Musiałam wytężyć słuch, żeby zrozumieć, co do mnie mówi. Ktoś włączył utwór Jace'a Everetta Bad Things i prawie od razu wszyscy goście baru zaczęli śpiewać wraz z wokalistą. - Uśmiechnęłaś się dzisiejszego wieczoru aż trzykrotnie.
- Liczysz moje miny?
Odłożyłam tacę i przypatrzyłam mu się. Sam Merlotte, mój szef i przyjaciel, jest prawdziwym zmiennokształtnym - umie zmieniać się chyba w dowolne stworzenie ciepłokrwiste. Hmm, o jaszczurki, węże i owady nigdy go nie pytałam.
- No cóż, dobrze widzieć, że znowu się uśmiechasz - wyznał. Przestawił kilka butelek na półce, ot tak, żeby wyglądać na zajętego. - Tęskniłem za tym.
- Dobrze czuć uśmiech na własnej twarzy - zgodziłam się. - Nawiasem mówiąc, podoba mi się twoja fryzura.
Sam z zakłopotaniem przeczesał dłonią włosy. Były teraz tak krótkie, że wyglądały na jego głowie jak czerwonozłota czapka.
- Nadchodzi lato. Pomyślałem, że tak będzie wygodniej.
- Prawdopodobnie tak.
- Zaczęłaś się już opalać?
Moja opalenizna jest słynna na całą okolicę.
- O, tak.
Rzeczywiście, w tym roku wyjątkowo wcześnie zaczęłam się opalać. Tego dnia, gdy po raz pierwszy tej wiosny włożyłam kostium i wyszłam, rozpętało się wokół mnie prawdziwe piekło. Na początek zabiłam wróża... To jednak była już przeszłość. Wczoraj włożyłam bikini ponownie, i nic złego się nie zdarzyło. Chociaż przyznam się, że tym razem nie wyniosłam radia na zewnątrz, ponieważ chciałam mieć pewność, że gdyby ktoś się do mnie podkradał, usłyszę go. Na szczęście, nic się nie stało. Właściwie spędziłam niezwykle spokojną godzinę, leżąc w słońcu i obserwując przelatujące od czasu do czasu motyle. Zakwitł jeden z krzewów różanych mojej praprababci i jego zapach jakby coś we mnie uzdrowił.
- Dzięki słońcu po prostu czuję się naprawdę dobrze - podsumowałam.
Nagle przypomniałam sobie, co mówiły wróżki - że pochodzę od tych związanych z niebem, a nie od wodnych. Nic o tych sprawach nie wiedziałam, teraz jednak zadałam sobie pytanie, czy moja miłość do słońca nie ma przypadkiem podłoża genetycznego.
W tym momencie Antoine zawołał: "Zamówienie!", pośpieszyłam więc po talerze.
Antoine zadomowił się w "Merlotcie" i wszyscy mieliśmy nadzieję, że jeszcze długo będzie gotował w barze. Dziś wieczorem kręcił się po małej kuchni i pracował za czterech. Menu "U Merlotte'a" składa się z dań bardzo podstawowych: hamburgerów, kurzych polędwiczek, sałatki z kurczakiem, frytek z chili, i panierowanych wa-rzyw, ale Antoine opanował umiejętność przyrządzania ich w zadziwiającym tempie. Nasz kucharz ma pięćdziesiąt kilka lat i opuścił Nowy Orlean po Katrinie, wcześniej zaś pracował w barku w Superdome. Szanowałam go za pozytywne nastawienie i postanowienie rozpoczęcia nowego życia po utracie wszystkiego. Był też dobry dla D'Eriqa, który pomagał mu podczas przyrządzania potraw i sprzątał ze stołów. D'Eriq jest słodkim chłopcem, ale działa powoli.
Holly pracowała tej nocy w "Merlotcie" i w którymś momencie pomiędzy roznoszeniem drinków i talerzy stanęła obok Hoyta Fortenberry'ego, swego narzeczonego, który siedział na stołku barowym. Jak się okazało, matka Hoyta z wielką chęcią zajmowała się małym synkiem Holly w te wieczory, które Hoyt chciał spędzić z przyjaciółką. Patrząc na nią, trudno było mi rozpoznać w niej ubraną na czarno posępną wiccankę, jaką była w pewnej fazie swego życia. Teraz włosy nosiła w naturalnym ciemnym odcieniu brązu, długie niemal do ramion, makijaż miała lekki i przez cały czas się uśmiechała. Hoyt, który pogodził się z moim bratem i znów był jego najlepszym kumplem, odkąd spotykał się z Holly, wydawał się silniejszym facetem.
Zerknęłam na Sama, do którego właśnie ktoś zadzwonił na komórkę. Mój szef dużo ostatnio rozmawiał przez telefon, toteż podejrzewałam, że się z kimś widuje. Mogłam oczywiście dowiedzieć się szczegółów, gdybym wsłuchała się w jego myśli na wystarczająco długi czas (chociaż umysły istot dwoistej natury są trudniejsze do zgłębienia niż mózgi zwykłych ludzi), bardzo jednak się starałam nie ulec pokusie. Uważam, że naprawdę nieuprzejmie jest wczytywać się w myśli osób, które lubię. Podczas rozmowy Sam stale się uśmiechał i przemknęło mi przez głowę, że przyjemnie widzieć go - przynajmniej przez chwilę - takiego beztroskiego.
- Często widujesz wampira Billa? - spytał godzinę później, gdy pomagałam mu zamykać lokal.
- Nie. Nie widziałam go od dość dawna - odparłam. - Zastanawiam się, czy mnie nie unika. Przechodziłam obok jego domu parę razy, a raz zostawiłam mu sześciopak Czystej Krwi i karteczkę z podziękowaniem za wszystko, co dla mnie zrobił, kiedy przybył mi na ratunek. Niestety, ani do mnie nie zadzwonił, ani mnie nie odwiedził.
- Był tutaj dwa wieczory temu. Akurat miałaś wolne. - Sam się zamyślił. - Sądzę, że powinnaś złożyć mu wizytę - dodał. - Nic więcej nie mówię.
Marzec, koniec czwartego tygodnia
Pewnej pięknej nocy, później w tygodniu, postanowiłam poszukać w szafie najsilniejszej latarki, jaką posiadam. Sugestia Merlotte'a, że powinnam zobaczyć się z Billem, naprawdę mnie dręczyła, więc, gdy tego dnia dotarłam do domu z pracy, postanowiłam przejść przez cmentarz i rzeczywiście odwiedzić wampira.
Sweet Home jest najstarszym cmentarzem w gminie Renard. Nie ma tu już dużo miejsca na nowe groby, toteż większość zmarłych chowa się obecnie na południowej stronie miasta, na jednym z nowych miejsc wiecznego spoczynku, gdzie zamiast "staroświeckich mogił" są tylko małe płaskie płyty nagrobne. Nienawidzę tej nowej mody. A Sweet Home kocham - nawet jeśli teren jest tu nierówny, porośnięty ogromnymi drzewami, a niektóre części ogrodzenia wokół niego się zapadły, że nie wspomnę o najwcześniejszych kamieniach nagrobnych. Jason i ja bawiliśmy się tu jako dzieci, ilekroć udało nam się uciec babci.
Prowadzącą do domu Billa trasę wśród pomników i drzew poznałam doskonale w czasach, gdy wampir został moim absolutnie pierwszym chłopakiem. Dziś szło się przyjemnie - żaby i różne owady właśnie zaczęły wydawać radosne letnie odgłosy. Im wyższa temperatura, tym harmider będzie większy. Przypomniałam sobie, jak D'Eriq spytał mnie, czy nie boję się mieszkać obok cmentarza. Uśmiechnęłam się do siebie na tę myśl. Nie, nie obawiam się martwych leżących w ziemi. Chodzący i mówiący martwi są o wiele bardziej niebezpieczni. Gdy wyruszyłam w drogę, ścięłam jedną różę, którą zamierzałam położyć na grobie babci. Byłam pewna, że babcia wie, że jestem tu i myślę o niej.
Z okien starego domu Comptonów, który powstał mniej więcej w tym samym czasie co mój dom, padało przyćmione światło. Zadzwoniłam do drzwi. Jeżeli Bill nie włóczył się po lesie, powinien być u siebie, ponieważ jego samochód stał przed budynkiem. A jednak musiałam trochę poczekać, zanim drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem.
Compton włączył światło na ganku, a ja spróbowałam nie wciągnąć gwałtownie powietrza. Wyglądał okropnie!
Podczas Wojny z Wróżkami ugryzła go Neave, a jako że miała na zębach koronki ze srebra, Bill cierpiał od tamtego czasu z powodu zatrucia tą substancją. Przyjął zaraz potem - i w kolejnych dniach - duże ilości krwi od znajomych wampirów, zauważyłam jednak z pewnym niepokojem, że skórę ma wciąż szarą zamiast bladej. Chwiał się też na nogach, a głowę zwiesił niczym starzec.
- Sookie... wejdź - poprosił.
Nawet jego głos nie brzmiał tak mocno jak wcześniej.
Chociaż zaprosił mnie uprzejmie, nie potrafiłam odgadnąć, jaki naprawdę ma stosunek do mojej wizyty. Nie umiem czytać w myślach nieumarłym, co zresztą stanowi jeden z powodów, dla których Compton od razu mi się spodobał. Możecie sobie wyobrazić, jak odurzające bywa milczenie po permanentnym niechcianym wysłuchiwaniu myśli wszystkich wokół.
- Billu - powiedziałam, usiłując nie okazać szoku. - Czujesz się lepiej? Ta trucizna w twoim organizmie... Czy się... wypłukuje?
Mogłabym przysiąc, że westchnął. Gestem pokazał, że mam przejść przed nim do salonu. Lampy były tu wyłączone, paliły się jedynie świece. Naliczyłam osiem. Zadałam sobie pytanie, co wampir robi tutaj, gdy tak siedzi sam w migotliwym świetle. Słucha muzyki? Zawsze uwielbiał swoje płyty kompaktowe, szczególnie utwory Bacha. Szczerze zatroskana, przysiadłam na kanapie, podczas gdy on zajął ulubiony fotel po drugiej stronie niskiej ławy. Bill wydawał się przystojny jak zawsze, ale jego twarzy brakowało wyrazu. Wyraźnie odczuwał ból. Teraz wiedziałam, dlaczego Merlotte chciał, żebym wpadła w odwiedziny.
- Dobrze się czujesz? - spytał.
- Dużo lepiej - odparłam ostrożnie.
Bill był świadkiem najgorszych tortur, jakim mnie poddawano.
- Blizny i to... poważne okaleczenie?
- Blizny są, ale dużo bledsze, niż mogłam się spodziewać. Brakujące fragmenty ciała... wypełniły się już. Mam coś w rodzaju wgłębienia w udzie - powiedziałam, klepiąc się w lewe kolano. - Ale było przecież z czego wycinać. - Starałam się uśmiechnąć, ale, prawdę mówiąc, za bardzo się martwiłam, więc nieszczególnie mi się udało. - A ty... zdrowiejesz? - spytałam ponownie niezbyt pewnym tonem.
- Nie jest gorzej - zapewnił mnie.
Wzruszył ramionami, unosząc je ledwie dostrzegalnie.
- A apatia? - spytałam.
- Chyba ciągle jeszcze nie mam na nic ochoty - odparł po dość długiej przerwie. - Nie interesuje mnie już nawet komputer. Nie chce mi się pracować nad nowymi wpisami i edycją bazy danych. Eric przysyła tutaj Felicię, która pakuje zamówione płyty i wysyła je. Gdy tu wpada, daje mi przy okazji trochę krwi.
Felicia nie jest zbyt długo wampirzycą, a pracuje jako barmanka w "Fangtasii".
Czy wampiry często chorują na depresję? A może powodem jego złego samopoczucia jest również zatrucie srebrem?
- Nie istnieje ktoś, kto mógłby ci pomóc? To znaczy... pomóc ci się całkowicie uleczyć?
Uśmiechnął się gorzko.
- Moja stwórczyni - odparł. - Gdybym mógł wyssać trochę krwi Loreny, do tej pory już bym całkowicie wyzdrowiał.
- No cóż, w takim razie do dupy. - Nie mogłam pokazać po sobie, że przejęłam się jego słowami, chociaż tak było. Przecież to ja zabiłam Lorenę. Szybko otrząsnęłam się ze wspomnień. Lorena musiała zginąć i tyle. A teraz jej nie było i już. - Czy ona... powołała do życia również inne wampiry?
Bill spojrzał na mnie nieco mniej apatycznie.
- Tak, jest jeszcze jedno żywe dziecko.
- No cóż, może to by ci pomogło? Przyjęcie krwi od tego wampira?
- Nie wiem, może. Ale nie zrobię tego... Nie mogę jej prosić.
- Nie wiesz, czy to by pomogło?! Wy, wampiry, naprawdę potrzebujecie jakiegoś podręcznika czy poradnika.
- Tak - zgodził się takim tonem, jakby nigdy nie słyszał o pisaniu poradników. - Rzeczywiście, przydałoby się coś takiego.
Nie zamierzałam go pytać, dlaczego z taką niechęcią mówi o kontakcie z kimś, kto mógłby mu pomóc. Compton jest upartym, nieustępliwym facetem i wiedziałam, że jeśli podejmie jakąś decyzję, nie zdołam go od niej odwieść.
Siedzieliśmy przez moment w milczeniu.
- Kochasz Erica? - spytał nagle.
Spojrzenie jego ciemnych oczu skupiło się na mnie z pełną uwagą. Tym właśnie niezwykłym spojrzeniem zaskarbił sobie moje uczucie, kiedy się poznaliśmy.
Jak długo wszystkie osoby, które znam, będą mnie ciągle pytać o mój związek z szeryfem Piątej Strefy?
- Tak - odparłam spokojnie. - Kocham go.
- Czy on mówi, że cię kocha?
- Tak.
Nie odwróciłam wzroku.
- W niektóre noce chciałbym, żeby umarł - wyznał Bill.
Ależ byliśmy wobec siebie szczerzy tego wieczoru!
- Wiele złego się ostatnio dzieje wokół nas. Ja również mogę wskazać kilka osób, za którymi na pewno bym nie tęskniła - przyznałam się. - Myślę o tym, kiedy opłakuję tych, na których mi zależało, a którzy odeszli, jak Claudine, babcia czy Tray. - I tych troje stanowiło jedynie czubeczek góry lodowej. - Więc, jak przypuszczam, wiem, co czujesz. Tyle że... proszę, nie życz źle Ericowi.
Straciłam już naprawdę zbyt wiele ważnych dla mnie osób.
- Czyjej śmierci pragniesz, Sookie?
W jego oczach dostrzegłam iskierkę zaciekawienia.
- Nie zamierzam ci podać ich nazwisk. - Zaśmiałam się. - Mógłbyś spróbować pomóc im zejść z tego świata... dla mnie. Tak jak wujowi Bartlettowi. - Kiedy odkryłam, że Bill zabił brata mojej babci, tego, który mnie molestował, powinnam wziąć nogi za pas. Gdybym to zrobiła... czy moje życie byłoby inne? Ale było, minęło. Zbyt późno teraz na takie rozważania.
- Zmieniłaś się - wytknął mi.
- Pewnie, że tak. W pewnej chwili myślałam, że zostało mi ledwie kilka godzin życia! Cierpiałam jak nigdy przedtem. A Neave i Lochlan mieli z tego wielką radochę. Coś we mnie wtedy pękło. A kiedy ty i Niall ich zabiliście, to było... jak odpowiedź na najważniejszą modlitwę, jaką kiedykolwiek odmówiłam. Niby jestem chrześcijanką, lecz przez większość czasu nie mogę powiedzieć, żeby pasowało do mnie to określenie. Jest we mnie mnóstwo gniewu. Ilekroć nie mogę spać, myślę o ludziach, których nie obchodziło, jak dużo bólu i kłopotów mi sprawiają. I myślę, że dobrze bym się czuła, gdyby umarli.
Fakt, że potrafiłam powiedzieć Billowi o tej strasznej, głęboko skrywanej części mojej natury, był miarą naszej wzajemnej bliskości.
- Kocham cię - wyznał. - Nic, co zrobisz albo powiesz, nigdy tego nie zmieni. Gdybyś mnie poprosiła, żebym zagrzebał dla ciebie jakieś ciało... albo kogoś uśmiercił... zrobiłbym to bez skrupułów.
- Nie zawsze dobrze nam się układało, Billu, lecz zawsze będziesz miał szczególne miejsce w moim sercu. - Aż się wzdrygnęłam, słysząc, jakich wyświechtanych zwrotów używam. A jednak czasami takie komunały bywają prawdziwe. Ten właśnie taki był! - Chyba nie czuję się godna tak wielkiego oddania - stwierdziłam.
Compton zmusił się do uśmiechu.
- Co do godności, obawiam się, że zakochanie nie ma wiele wspólnego z wartością obiektu miłości. Ale powiem, że polemizowałbym z twoją oceną własnej osoby. Sądzę, że jesteś wspaniałą kobietą i że zawsze starasz się postępować najlepiej, jak potrafisz. Nikt nie byłby w stanie pozostać... beztroski i pogodny... po tak bliskim kontakcie ze śmiercią jak twój.
Wstałam, zamierzając wyjść. Merlotte chciał, żebym spotkała się z Billem i zrozumiała, w jakiej wampir jest sytuacji. Cóż, zrobiłam to. Kiedy Bill podniósł się, chcąc odprowadzić mnie do drzwi, zauważyłam, że nie porusza się z tą błyskawiczną szybkością co dawniej.
- Przeżyjesz, prawda? - spytałam, nagle przerażona.
- Myślę, że tak - odparł, lecz takim tonem, jak gdyby ta kwestia nie miała dla niego zupełnie żadnego znaczenia. - A jednak, ot tak, na wszelki wypadek, pocałuj mnie.
Objęłam jego kark jedną ręką, tą, w której nie trzymałam latarki, i pozwoliłam mu przytknąć usta do moich. Jego dotyk i zapach natychmiast wywołały wiele wspomnień. Przez czas, który wydawał się bardzo długi, staliśmy przytuleni, ale zamiast się podniecić, uspokoiłam się. Byłam dziwnie świadoma własnego oddechu - powolnego i równomiernego; prawie przypominającego oddech śpiącego.
Kiedy się odsunęłam, dostrzegłam, że Bill wygląda lepiej.
- Krew wróżek mi pomaga - wyjaśnił.
- Och, jestem wróżką ledwie w jednej ósmej. Zresztą, nie wypiłeś ani łyka mojej krwi.
- Bliskość - odrzekł lakonicznie. - Zetknięcie skóry ze skórą. - Jego wargi wykrzywiły się w uśmiechu. - Gdybyśmy się kochali, mój proces leczenia znacznie by przyśpieszył.
Co za bzdura, pomyślałam.
Ale nie mogę zaprzeczyć, że ten znajomy, chłodny głos poruszył coś we mnie w pewnym miejscu poniżej pępka i na chwilę ogarnęło mnie pożądanie.
- Billu, to się nie zdarzy - ucięłam. - Powinieneś jednak pomyśleć o odszukaniu tego innego wampirzego dziecka Loreny.
- Tak - przyznał. - Być może.
Jego ciemne oczy osobliwie błyszczały; mógł to być efekt działania trucizny albo odbijało się w nich światło świec. Wiedziałam, że Compton nie zmusi się i nie wytropi córki Loreny. Cokolwiek moja wizyta w nim wyzwoliła, to pragnienie już zgasło.
Smutna i zmartwiona, choć również leciutko zadowolona (nie powiecie, że nie pochlebiałaby wam czyjaś tak wielka miłość), wróciłam do domu przez cmentarz. Z przyzwyczajenia pogładziłam nagrobek Billa. Kiedy szłam powoli po nierównym terenie, myślałam - co naturalne - właśnie o Comptonie. Był kiedyś żołnierzem konfederatów. Przeżył wojnę, ale później, zanim dotarł do domu, do żony i dzieci, dopadła go wampirzyca. Tragiczny koniec ciężkiego żywota.
Po raz kolejny ucieszyłam się, że zabiłam Lorenę.
To było coś, co mi się nie spodobało - zdałam sobie bowiem właśnie sprawę, że nie czuję się źle, kiedy zabijam wampira. Coś mnie stale przekonywało, że przecież oni i tak są już martwi i że tamta, pierwsza śmierć była w ich przypadku najważniejsza. Kiedy zabiłam pewną istotę ludzką, której nie znosiłam, moja reakcja była znacznie intensywniejsza.
Nagle pomyślałam: można by sądzić, że będę się cieszyła, ponieważ uniknęłam gorszego bólu, zamiast wmawiać sobie, że powinnam mieć większe wyrzuty sumienia po zabiciu Loreny. Nienawidzę, gdy zdarzają mi się próby ustalenia, co jest najlepsze z moralnego punktu widzenia, ponieważ często instynktownie... i tak robię coś innego.
A jednak konkluzją całego tego rachunku sumienia była myśl, że zabiłam Lorenę, która teraz mogłaby wyleczyć Billa. Przecież Bill został ranny dlatego, że przybył mnie uratować. Trudno się dziwić, że czułam się za to odpowiedzialna. Z tego też względu zaczęłam się zastanawiać, jak mogę mu pomóc.
Zanim uprzytomniłam sobie, że jestem sama w ciemnościach i powinnam być śmiertelnie przerażona (przynajmniej według D'Eriqa), wchodziłam już na dobrze oświetlone podwórko za własnym domem. Może zaduma nad własnym życiem duchowym była mile widzianą odmianą, dzięki której oderwałam się od ciągłego wspominania fizycznych tortur. A może rzeczywiście poczułam się lepiej, ponieważ właśnie komuś pomogłam - uściskałam Billa i w ten sposób poprawiłam jego stan. Kiedy położyłam się tej nocy do łóżka, mogłam przybrać ulubioną pozycję na boku, zamiast wiercić się i przewracać. I spałam bez snów - w każdym razie rano żadnego nie mogłam sobie przypomnieć.
Przez cały następny tydzień nic nie zakłócało mojego snu, dzięki czemu zaczęłam się czuć jeszcze lepiej, niemal tak dobrze jak kiedyś. Zmiana była stopniowa, ale zauważalna. Nie myślałam na razie, jak pomóc Billowi, ale kupiłam dla niego nową płytę kompaktową (z muzyką Beethovena) i zostawiłam ją w miejscu, gdzie na pewno ją znajdzie, gdy opuści swoją nocną kryjówkę. Innego dnia wysłałam mu kartkę przez Internet. Chciałam po prostu, żeby wiedział, że o nim nie zapominam.
A za każdym razem, gdy widziałam Erica, byłam odrobinę weselsza. Aż w końcu, kiedy się kochaliśmy, przeżyłam orgazm, tak gwałtowny, jakby miał mi zrekompensować cały wcześniejszy okres bez emocji.
- Dobrze... się czujesz? - zaniepokoił się wtedy Eric.
Wpatrywał się we mnie niebieskimi oczyma i lekko się uśmiechał, jak gdyby nie był pewny, co robić - klaskać czy wzywać karetkę.
- Czuję się bardzo, bardzo świetnie - odparłam szeptem. Pieprzyć gramatykę. - Czuję się tak dobrze, że mogłabym się zsunąć z łóżka i leżeć w kałuży na podłodze.
Jego uśmiech stał się nieco pewniejszy.
- Więc było ci dobrze? Lepiej niż wcześniej?
- Wiedziałeś o tym...?
Uniósł brew.
- No cóż, oczywiście, że wiedziałeś. Musiałam tylko... poradzić sobie z kilkoma problemami.
- Wiedziałem, że nie może chodzić o mnie, żono moja - obwieścił Eric i chociaż jego słowa świadczyły o pewności siebie, mina wampira sugerowała raczej odczuwaną ulgę.
- Nie nazywaj mnie swoją żoną. Wiesz, że nasze tak zwane małżeństwo jest tylko pewnym wybiegiem. Wracając do twojego poprzedniego stwierdzenia... Seks z tobą, Ericu, to coś wspaniałego. - Musiałam to powiedzieć, bo taka jest prawda. - Brak orgazmu był jedynie moim problemem, tkwił w mojej głowie. Teraz go rozwiązałam.
- Bajerujesz mnie, Sookie - mruknął. - Ale wiesz, pokażę ci naprawdę wspaniały seks. Ponieważ myślę, że możesz doświadczyć kolejnego orgazmu.
Jak się okazało, miał rację.
Kwiecień
Kocham wiosnę ze wszystkich oczywistych przyczyn. Kocham kwitnące kwiaty (co zdarza się wcześnie tutaj, w Luizjanie) i ćwierkające ptaki; kocham wiewiórki przebiegające przez moje podwórze.
Kocham odgłosy wilkołaków wyjących w oddali.
Nie, nie, tylko żartuję. Chociaż, jak mi powiedział kiedyś nasz nieodżałowanej pamięci Tray Dawson, wiosna jest ulubioną porą roku wilkołaków. Hasa wtedy po lesie dużo zwierzyny, więc polowanie kończy się szybko i zostaje więcej czasu na jedzenie i zabawę. Ponieważ akurat myślałam o wilkołakach, telefon od jednego z nich nie stanowił dla mnie zbyt dużego zaskoczenia.
Tego słonecznego poranka w środku kwietnia siedziałam właśnie na frontowym ganku z drugim kubkiem kawy i czasopismem, ciągle jeszcze w spodniach od piżamy i podkoszulku z logo Superwoman, kiedy zadzwonił do mnie na komórkę przywódca shreveporckiego stada.
- Że co? - mruknęłam, kiedy rozpoznałam jego numer. Otworzyłam telefon. - Halo - rzuciłam.
- Sookie - zagaił Alcide Herveaux. Nie widziałam go od miesięcy. Został wybrany przywódcą stada już rok temu po pewnej wieczornej bitwie. - Jak się miewasz?
- Zdrowa jak byk - odparłam, prawie w to wierząc. - I jak ryba. Jak ryba w wodzie.
Obserwowałam zająca kicającego wśród traw i koniczyny parę metrów ode mnie. Wiosna.
- Nadal spotykasz się z Erikiem? On jest powodem twojego dobrego nastroju?
Wszyscy stale o to pytają!
- Tak, nadal spotykam się z Erikiem. I ten związek niewątpliwie mnie uszczęśliwia. - Właściwie, jak Eric ciągle mi powtarzał, "spotykanie się" nie bardzo pasowało do naszej sytuacji. Chociaż nie myślałam o sobie jako o mężatce, bo przecież wręczyłam mu tylko rytualny sztylet (Eric wykorzystał moją niewiedzę jako część swojej strategii), wampiry uważały mnie za połowicę Northmana. Wampirzo-ludzkie małżeństwo niedokładnie opiera się na zasadzie "ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość", jak w przypadku naszych par młodych, z pewnością jednak Eric oczekiwał, że dzięki naszemu związkowi zyskam u wampirów poważanie. Od tamtej pory sprawy rzeczywiście wyglądały dość dobrze... Naturalnie, z wyjątkiem jednej ważnej sytuacji, gdy Victor zabronił Ericowi wyruszyć mi na pomoc, kiedy umierałam. Victor, który naprawdę powinien umrzeć!
Porzuciłam ten mroczny temat natychmiast; dzięki wieloletniej praktyce mam bowiem wprawę w tej kwestii. I widzicie? Zadziałało. Teraz wyskakiwałam z łóżka codziennie z (niemal) dawną werwą. Ubiegłej niedzieli nawet poszłam do kościoła. Grunt to myśleć pozytywnie!
- Co się dzieje, Alcide? - spytałam.
- Muszę prosić cię o przysługę - odrzekł, czym również wcale mnie nie zaskoczył.
- Co mogę dla ciebie zrobić?
- Możemy skorzystać z twojego terenu podczas naszego spotkania podczas pełni księżyca? Jutro w nocy?
Powstrzymałam się przed automatyczną zgodą na jego prośbę i zastanowiłam się. Tak, uczę się na błędach, nabieram doświadczenia. Mam duże tereny, których wilkołaki potrzebowały; nie w tym tkwił problem. Wciąż posiadam wokół domu ponad osiem hektarów, chociaż babcia większą część pierwotnej farmy sprzedała, kiedy nagle okazało się, że musi mieć pieniądze na wychowania mnie i mojego brata. Chociaż cmentarz Sweet Home zajmował sporą część ziemi pomiędzy moją posiadłością i majątkiem Billa, miejsca zostało dość - szczególnie jeśli Bill również nie będzie miał nic przeciwko polowaniu na jego terenach. Przypomniałam sobie, że stado było tu już kiedyś.
Starałam się znaleźć dobre i złe strony tego pomysłu. I nie zdołałam znaleźć żadnych oczywistych minusów.
- Będziecie tu mile widziani - zapewniłam Alcide'a. - Sądzę, że powinieneś porozumieć się także z Billem Comptonem.
Bill, niestety, do tej pory nijak nie zareagował na żaden z moich małych gestów świadczących o trosce.
Wampiry i wilkołaki raczej się nie zaprzyjaźniają, lecz Herveaux jest człowiekiem praktycznym.
- W takim razie zadzwonię do niego wieczorem - odrzekł. - Masz do niego numer?
Podyktowałam mu.
- Dlaczego właściwie wszyscy nie spotkacie się w twoim majątku, Alcide? - spytałam ze zwykłej ciekawości.
Pamiętałam, że kiedyś, podczas jakiejś luźnej rozmowy, mówił mi, że stado Długi Ząb świętuje pełnię księżyca na jego farmie położonej na południe od Shreveport. Większość ziem Herveaux stanowił las, w którym wataha mogła polować do woli.
- Zadzwonił dziś do mnie Ham i powiedział, że przy strumieniu obozuje mała grupa jednoistych.
"Jednoistymi" wilkołaki, które są natury dwoistej, nazywają zwykłych ludzi. Hama, to znaczy Hamiltona Bonda, znałam z widzenia. Jego farma przylegała do posiadłości Herveaux, a on sam uprawiał kilka hektarów należących do Alcide'a. Członkowie rodziny Bondów należą zresztą do stada Długi Ząb, tak samo jak wszyscy Herveaux.
- Pozwoliłeś im się tam rozlokować? - spytałam.
- Powiedzieli Hamowi, że mój ojciec zawsze udzielał im zgody, dzięki czemu mogli tam łowić ryby wiosną. No i nie pomyśleli, żeby zapytać mnie. Może to i prawda. Chociaż nie przypominam ich sobie.
- Nawet jeśli mówili prawdę, nie postąpili zbyt uprzejmie - upierałam się. - Powinni do ciebie zadzwonić i sprawdzić, czy pasuje ci termin. Chcesz, żebym z nimi porozmawiała? Potrafię się dowiedzieć, czy nie kłamią.
Jackson Herveaux, nieżyjący już ojciec Alcide'a, nie wyglądał mi na mężczyznę, który regularnie pozwala obcym korzystać z dobrodziejstw swojej ziemi.
- Nie, Sookie, dzięki. Nie chcę cię prosić o kolejną przysługę. Jesteś przyjaciółką stada, to my powinniśmy strzec ciebie, a nie ty nas.
- Nie przejmuj się tym. Możecie tu wszyscy przyjechać. Ale jeżeli chcesz, żebym przywitała się z tymi rzekomymi kolegami twojego taty, mogę to zrobić, naprawdę.
Szczerze mówiąc, zainteresowało mnie, że ci ludzie zjawili się na farmie Herveaux tak blisko pełni księżyca. Zainteresowało, ale równocześnie wzbudziło moją podejrzliwość.
Alcide zapewnił mnie, że zastanowi się nad sprawą wędkarzy i jeszcze ze sześć razy podziękował mi za zaproszenie na moją posiadłość.
- Nie ma sprawy, wierz mi - powtórzyłam i miałam nadzieję, że rzeczywiście nic złego się nie stanie.
W końcu Herveaux uznał, że już dostatecznie mi podziękował, więc się pożegnaliśmy.
Weszłam do domu z kubkiem kawy. Nie wiedziałam, że się uśmiecham - do czasu, aż popatrzyłam w lustro w salonie. Przyznałam się przed sobą, że tak, cieszę się na myśl o przybyciu wilkołaków. Przyjemnie będzie poczuć, że nie jestem sama w środku lasu. Żałosne, co?
Chociaż kilka wspólnych wieczorów spędziliśmy miło, Eric ciągle dużo czasu poświęcał na sprawy wampirze. Zaczynało mnie to trochę męczyć. No cóż, nie trochę, bardziej niż trochę. Jeśli jest się szefem, powinno się mieć więcej wolnego czasu dla siebie, prawda? To przecież jedna z dodatkowych korzyści bycia szefem.
Ale z wampirami, ogólnie rzecz biorąc, jest coś nie tak. Ze smutkiem rozpoznawałam znajome sygnały. Do tej pory nowy ustrój już chyba zdążył funkcjonować jak należy, prawda? Czemu więc Eric nie przyzwyczaił się do nowej roli i sytuacji? Victor Madden powinien się teraz zajmować rządzeniem królestwem z Nowego Orleanu, ponieważ Felipe mianował go swoim przedstawicielem na Luizjanę. Ericowi zatem powinno się pozwolić władać Piątą Strefą wedle uznania, byle robił to sprawnie i skutecznie.
Tyle że... ilekroć wypowiadałam nazwisko Victora, niebieskie oczy Erica błyskały niewesoło. Moje zapewne podobnie. W obecnym stanie rzeczy Madden miał nad Erikiem władzę i niewiele mogliśmy na to poradzić.
Spytałam Northmana, czy jego zdaniem Victor może być z jakiegoś powodu niezadowolony z jego pracy w Piątej Strefie, gdyż przerażała mnie taka ewentualność.
- Na wszelki wypadek staram się mieć w porządku wszystkie papiery, żeby móc udowodnić, że doskonale sobie radzę - odparł Eric. - I trzymam te papiery w różnych miejscach.
Nie miałam wątpliwości, że od tego, jak w nowym systemie będzie oceniana praca Erica, zależy życie wszystkich jego ludzi oraz być może również moje. Wiedziałam, jak dużo zależy od niepodważalnej pozycji Northmana, i zdawałam sobie sprawę, że nie wolno mi narzekać. Nie zawsze jednak łatwo jest zakazać sobie pewnych emocji i zmusić się do tych, które są pożądane.
Podsumowując, wycie wokół domu będzie dla mnie stanowiło sympatyczną odmianę. Przynajmniej zdarzy mi się coś nowego, całkiem innego.
Gdy dotarłam tego dnia do pracy, opowiedziałam Samowi o rozmowie z Alcide'em. Prawdziwi zmiennokształtni to w naszym świecie rzadkość. Ponieważ w naszej okolicy Merlotte jest praktycznie jedynym, sporadycznie tylko spędza czas z innymi istotami dwoistej natury.
- Słuchaj, może również zjawiłbyś się u mnie? - zaproponowałam. - Potrafisz zmienić się w wilka, prawda? Jako zmiennokształtny czystej krwi? W każdym razie miałbyś trochę towarzystwa.
Sam rozparł się na starym fotelu obrotowym w biurze, zadowolony, że może wykorzystać pogawędkę ze mną jako pretekst do przerwania wypełniania znienawidzonych druczków. Sam Merlotte ma trzydzieści lat, jest ode mnie starszy o trzy.
- Wiesz, spotykam się z kimś z tego stada, więc mogłoby to nawet być zabawne - wyznał, rozważając mój pomysł. Po chwili jednak pokręcił głową. - Nie, to byłoby jak ucharakteryzowanie się na Murzyna i pójście na zebranie Krajowego Stowarzyszenia Postępu Ludzi Kolorowych. Jak... udawanie kogoś, kim się nie jest. Właśnie dlatego nigdy nie biegałem z pumami, chociaż Calvin zapewniał, że przyjmą mnie ciepło.
- Och - jęknęłam zażenowana. - Nie pomyślałam o tym. Wybacz.
Naprawdę się zastanawiałam, z kim Sam się obecnie spotyka, ale, cóż, nie była to moja sprawa.
- Ach, nie martw się tym.
- Znam cię od lat i powinnam więcej o tobie wiedzieć - ciągnęłam. - To znaczy o twoich zwyczajach.
- Nawet moja rodzina wciąż je poznaje. A ty wiesz więcej niż oni.
Kiedy wilkołaki i zmiennokształtni ujawnili swoją odmienność ludzkiej społeczności, Sam również opowiedział wszystkim o sobie. Jego matka zrobiła to tej samej nocy. Niestety, pozostali członkowie rodziny Merlotte'a z trudem przyjęli te rewelacje. Najgorzej ojczym Sama, który postrzelił jego matkę i teraz się rozwodzili, czego zresztą można się było spodziewać.
- Czy ślub twojego brata w ogóle się odbędzie? - spytałam.
- Craig i Deidra chodzą do poradni. Jej rodzice trochę się martwili, że ich córka ma wejść do rodziny, w której są takie osoby jak ja i mama. Nie rozumieją, że dzieci, które urodzą się Craigowi i Deidrze, po prostu nigdy nie będą mogły zmieniać się w zwierzęta. Ta zdolność jest zarezerwowana wyłącznie dla pierworodnych potomków pary czystej krwi zmiennokształtnych. - Wzruszył ramionami. - Myślę jednak, że bratu i jego narzeczonej uda się przetrzymać ten kryzys. Czekam jedynie, aż ustalą nową datę. Nadal masz ochotę pojechać ze mną na wesele?
- Jasne, że tak - odparłam, chociaż poczułam się nieswojo, gdy wyobraziłam sobie, jak mówię Ericowi, że zamierzam wyjechać z naszego stanu z innym mężczyzną. Wcześniej, kiedy obiecywałam Samowi, że będę mu towarzyszyć, mojego układu z Erikiem nie można jeszcze było nazwać związkiem damsko-męskim. - Nie chcesz pojechać ze swoją przyjaciółką-wilkołaczycą, bo uważasz to za afront wobec rodziny Deidry?
- Prawdę mówiąc - przyznał Sam - Wielkie Objawienie we Wright nie przebiegło tak dobrze dla istot dwoistej natury, jak tutaj, w Bon Temps.
Z lokalnych wiadomości wiedziałam, że nasze miasteczko rzeczywiście miało szczęście. Kiedy tutejsze wilkołaki i inne istoty dwoistej natury, biorąc przykład z wampirów, opowiedziały o swojej inności, nasi obywatele tylko zamrugali i bez większego trudu przełknęli te informacje.
- Po prostu powiadamiaj mnie o sytuacji - poprosiłam. - A jeśli zmienisz zdanie i zechcesz pobiegać ze stadem, przyjedź do mnie jutro.
- Przywódca stada mnie nie zaprosił - odparł z uśmiechem.
- Ale właścicielka ziemska to robi.
Przez resztę mojej zmiany nie rozmawialiśmy więcej na ten temat, więc pomyślałam, że Sam znajdzie sobie po prostu inne zajęcie na czas pełni. Comiesięczna przemiana rozciąga się w rzeczywistości na trzy noce - trzy noce, w trakcie których wszystkie istoty dwoistej natury, jeśli mogą, udają się do lasu (albo wychodzą na ulicę) w formie zwierzęcej. Większość zmiennokształtnych, którzy urodzili się z tą zdolnością, potrafi przemieniać się również w innych dniach, ale czas pełni księżyca jest dla nich wszystkich okresem wyjątkowym... także dla tych nieszczęśników, którzy nabyli tę cechę, ponieważ zostali przez zmiennokształtnego ugryzieni. Słyszałam, że istnieje lek, dzięki któremu można powstrzymać przemianę; muszą go zażywać między innymi wilkołaki służące w wojsku. Środek ten jednak jest powszechnie znienawidzony i, jak sądzę, do osób, które go przyjmą, lepiej nie zbliżać się w noc pełni.
Na szczęście dla mnie, następnego dnia przypadał jeden z moich dni wolnych. Gdybym musiała wracać z baru do domu późno w nocy, nawet perspektywa tej krótkiej odległości od samochodu do stopni na ganek mogłaby mnie lekko przerazić, bo przecież na wolności grasowałyby już wówczas wilki. Nie jestem pewna, jaki procent ludzkiej świadomości pozostaje w wilku, który na co dzień jest człowiekiem, a nie wszyscy członkowie stada Alcide'a są moimi bliskimi przyjaciółmi. Ponieważ jednak cały dzień przesiedziałam w domu, myśl o goszczeniu na swoim terenie grupy wilkołaków wydawała mi się całkiem miła. Kiedy przybywa towarzystwo, które będzie polować w naszym lesie, nie musimy niczego specjalnie przygotowywać. Nie trzeba ani gotować, ani sprzątać domu.
A jednak planowane odwiedziny uznałam za dobrą motywację do dokończenia pewnych prac na dziedzińcu. Jako że był kolejny piękny dzień, włożyłam jeden z ulubionych kostiumów bikini, na nogi wsunęłam tenisówki, a na dłonie rękawiczki, i zabrałam się do pracy. Patyki, liście i igły sosnowe wrzuciłam do beczki, w której je palę, a potem dorzuciłam tam także gałązki ścięte z żywopłotu. Sprawdziłam, czy wszystkie narzędzia ogrodowe leżą bezpiecznie w szopie, po czym zamknęłam ją na klucz. Zwinęłam wąż, którym zwykle podlewam stojące na dziedzińcu rośliny w doniczkach, i ułożyłam go wokół schodów prowadzących na tylny ganek. Sprawdziłam blokadę pokrywy dużego pojemnika na śmieci. Kupiłam kiedyś ten specjalnie zamykany pojemnik, żeby do śmieci nie dobierały się szopy pracze, teraz jednak pomyślałam, że jakiś wilk mógłby się także tym koszem zainteresować.
Spędziłam przyjemne popołudnie, kręcąc się w słońcu i śpiewając fałszywie, ilekroć mi coś w duszy zagrało.
Ledwie zapadł zmrok, zaczęły nadjeżdżać samochody. Podeszłam do okna. Zauważyłam, że wilkołaki postąpiły taktownie i postanowiły przybyć w grupach; w każdym aucie przyjeżdżało zatem wiele osób. Mimo to, wiedziałam, że do rana mój podjazd będzie kompletnie zablokowany.
Jakie to szczęście, że zaplanowałam pozostanie w domu, pomyślałam.
Niektórych członków stada spośród przybywających znałam osobiście, kilkoro innych z widzenia. Hamilton Bond, który dorastał z Alcide'em, zatrzymał pikap i siedział w nim przez chwilę, rozmawiając przez telefon komórkowy. Mój wzrok przyciągnęła postać chudej, żwawej młodej kobiety, która wyraźnie preferowała efekciarskie stroje, kojarzące mi się z kanałem MTV. Po raz pierwszy dostrzegłam tę kobietę kiedyś w "Psim Włosie", barze w Shreveport, pamiętam też, jak otrzymała zadanie dobijania rannych wrogów po zwycięstwie stada Alcide'a w wojnie wilkołaczej; zdawało mi się, że jej imię brzmi Jannalynn. Rozpoznałam również dwie członkinie pokonanego wtedy stada; pamiętam, że pod koniec walk obie się poddały, a później najwyraźniej dołączyły do dawnych wrogów. Wówczas broń złożył wraz z nimi także pewien młody mężczyzna; być może znajdował się teraz gdzieś wśród przybyłych, którzy niespokojnie chodzili po moim podwórzu.
W końcu zjawił się Alcide w znajomym pikapie. Przywiózł dwie inne osoby.
Alcide Herveaux jest wysoki i krzepki, jak to często bywa w przypadku wilkołaków. Jest też mężczyzną atrakcyjnym. Ma czarne włosy i zielone oczy, no i oczywiście niezłą muskulaturę. Zwykle zachowuje się grzecznie, licząc się z uczuciami innych, ale bez wątpienia bywa też brutalny. Słyszałam plotki (od Sama i Jasona), że odkąd awansował na pozycję przywódcy stada, nie raz, nie dwa ujawnił się ten bardziej okrutny element jego osobowości. Odkryłam, że Jannalynn dołożyła wszelkich starań, by - zanim Alcide wysiądzie - znaleźć się przy drzwiach jego pikapa od strony kierowcy.
Kobieta, która wyślizgnęła się za Herveaux, miała pod trzydziestkę i cechowała się mocnymi, szerokimi biodrami. Kasztanowe włosy nosiła sczesane do tyłu w mały kok, a patrząc na jej podkoszulek khaki, widziałam, że jest umięśniona i wysportowana. W chwili obecnej panna Khaki rozglądała się po frontowym podwórzu niczym rzeczoznawca, który ma ustalić wysokość podatku. Mężczyzna, który wyłonił się z drugiej strony, był nieco starszy i prezentował się o wiele surowiej.
Czasami nawet ktoś, kto nie jest telepatą, patrząc na innego człowieka, widzi, że osobnik ów ma ciężkie życie. O tym konkretnym przedstawicielu wilkołaczego stada dokładnie to można by powiedzieć. Ze sposobu, w jaki się poruszał, wywnioskowałam, że mężczyzna jest czujny, jakby wypatrywał kłopotów. Hmm, interesujące.
Obserwowałam go również z innego powodu - gdyż miał długie do ramiom ciemne włosy, które poruszały się wokół jego głowy w obłoku spiralnych loczków. Przyłapałam się na tym, że patrzę na nie z zazdrością. Zawsze chciałam mieć właśnie takie włosy.
Gdy ostatecznie zapanowałam nad zazdrością o włosy, zauważyłam, że wilkołak ma też piękną cerę - śniada, w odcieniu lodów kawowych. Chociaż nie był tak wysoki jak Alcide, nie sposób było nie dostrzec masywnych ramion i innych zarysów muskularnego ciała.
Gdybym miała dzwonek z piosenką Bad to the Bone*, sam by zadzwonił w momencie, gdy pan Loczek postawił stopę na ceglanej ścieżce wiodącej do frontowego ganku mojego domu.
* Bad to the bone (ang.) - zły na wskroś (przyp. tłum.).
- Uwaga, Sookie, niebezpieczeństwo - mruknęłam do siebie na głos.
Nigdy przedtem nie widziałam panny Khaki ani pana Loczka. W tym momencie ze swojego pikapa wysiadł Hamilton Bond, ale przyłączył się do jednej z grupek czekających na podjeździe, a nie do Alcide'a, Loczka i Khaki, którzy dotarli już na mój ganek. Ham wyraźnie nie palił się do rozmowy ze mną. Podobnie Jannalynn, która do niego dołączyła. Odkryłam, że w ostatnim czasie stado Długi Ząb nie tylko poszerzyło szeregi, ale także doszło w nim bez wątpienia do pewnych hierarchicznych przetasowań.
Kiedy odpowiedziałam na stukanie do drzwi, uśmiechałam się jak uprzejma gospodyni. Ponieważ uznałam, że bikini mogłoby zostać niewłaściwie odebrane ("tak, tak, jestem wolna i chętna!"), włożyłam wcześniej obcięte dżinsy i podkoszulek z logo "Fangtasii".
Pchnęłam drzwi siatkowe.
- Alcide! - zagaiłam, szczerze ciesząc się, że go widzę.
Uściskaliśmy się krótko. Ciało wilkołaka było strasznie ciepłe, szczególnie w kontraście z moimi najnowszymi doświadczeniami, gdyż ostatnio obejmowałam wyłącznie Erica, którego temperatura jest niższa od pokojowej. Byłam trochę zdenerwowana, ale uświadomiłam sobie, że panna Khaki, mimo że uśmiecha się do mnie, nie jest zadowolona z moich uścisków z przywódcą.
- Hamilton! - zawołałam.
Skinęłam mu głową, ponieważ był zbyt daleko na powitanie innego rodzaju.
- Sookie - odezwał się Alcide - chcę, żebyś poznała pewnych nowych członków stada. To jest Annabelle Bannister.
Nigdy nie spotkałam nikogo, kto wyglądałby mniej na "Annabelle" niż ta kobieta!
Uścisnęłam oczywiście jej dłoń i powiedziałam, że cieszę się, mogąc ją poznać.
- Hama znasz, a Jannalynn, jak sądzę, również spotkałaś? - kontynuował Herveaux, odchylając głowę do tyłu.
Kiwnęłam głową parze stojącej na dole, przed schodami.
- A to jest Basim al Saud, mój nowy ochroniarz i zastępca - dodał.
Wymówił nazwisko Loczka jako "ba-SIM", czyli z akcentem na drugą sylabę, a później powtórzył je kilkakrotnie, jak gdyby przedstawiał mi grupę Arabów.
Oki-doki.
- Dzień dobry, Basimie - wydukałam, wyciągając rękę.
Określenie "ochroniarz" kojarzyło mi się z kimś przerażającym i na moje oko ten mężczyzna całkiem dobrze nadawał się do tej roboty. Z niejakim ociąganiem wyciągnął dłoń i wymieniliśmy uścisk, podczas którego próbowałam poczytać al Saudowi w myślach. Umysły wilkołaków są często bardzo trudne do zgłębienia - ze względu na dwoistość natury tych osób. I rzeczywiście, niewiele się dowiedziałam, "grzebiąc" mu w głowie: nie dotarły do mnie żadne sensowne myśli, raczej jakaś bezładna mieszanina nieufności, agresji i pożądania.
Co zabawne, podobne emocje wyłowiłam u Annabelle - kobiety o imieniu niedopasowanym do wyglądu.
- Jak długo mieszkacie już w Shreveport? - spytałam grzecznie.
Zerkałam to na Annabelle, to na Basima, chcąc objąć tym pytaniem oboje.
- Sześć miesięcy - odparła Annabelle. - Przeniosłam się tu z watahy Zabójcy Łosi w Dakocie Południowej.
Annabelle była w siłach powietrznych. Stacjonowała w Dakocie Południowej, a później została wysłana do bazy lotnictwa wojskowego Barksdale w Bossier City, miejscowości sąsiadującej ze Shreveport.
- A ja tu jestem od dwóch miesięcy - powiedział Basim. - Uczę się to lubić.
Chociaż prezentował się egzotycznie, mówił jedynie z bardzo słabym obcym akcentem, a jego angielski był znacznie staranniejszy niż mój. Sądząc choćby po fryzurze, mężczyzna ten na pewno nie służył w siłach zbrojnych.
- Basim opuścił swoje stare stado w Houston - wtrącił Alcide swobodnym tonem - i cieszymy się, że został jednym z nas.
Określenie "my" nie obejmowało Hama Bonda. Może nie byłam w stanie czytać Hamowi w myślach tak wyraźnie jak ludziom, ale odkryłam, że nie jest szczególnym miłośnikiem Basima. Nie lubił też Jannalynn, która z kolei patrzyła na al Sauda zarówno z pożądaniem, jak i z czymś w rodzaju urazy. Ogólnie rzecz biorąc, u wielu członków stada wyczuwałam dziś wieczorem żądzę. Nietrudno było mi to zrozumieć, gdy patrzyłam na Basima i Alcide'a.
- Bawcie się dobrze tutaj dzisiejszej nocy, Basimie, Annabelle - oznajmiłam, po czym odwróciłam się do Herveaux: - Alcide, moja posiadłość obejmuje niecałe pół hektara na wschód i kończy się za potokiem, a także jakieś dwa hektary od południa, gdzie sięga do drogi gruntowej wiodącej do odwiertu naftowego, na północy zaś granicę stanowi koniec cmentarza.
Przywódca stada skinął głową.
- Zadzwoniłem do Billa ubiegłej nocy i zgodził się, żebyśmy skorzystali również z jego części lasu. Nie będzie go w domu aż do świtu, więc nie będziemy mu przeszkadzać. A ty, Sookie? Jedziesz dziś do Shreveport czy zostajesz w domu?
- Będę tutaj. Gdybyście potrzebowali mnie do czegoś, po prostu podejdźcie do drzwi.
Posłałam im wszystkim uśmiechy.
Annabelle pomyślała: "Na pewno, kurde, nie, Blondie".
- Ale może zechcesz użyć telefonu - mruknęłam do niej, a ona aż podskoczyła. - Albo czegoś z apteczki. Ostatecznie, Annabelle, nigdy nie wiesz, co ci się przydarzy.
Chociaż zaczęłam tę wypowiedź nadal uśmiechnięta, kiedy ją kończyłam, nie było na mojej twarzy uśmiechu.
Ludzie powinni przynajmniej próbować okazywać sobie uprzejmość.
- Jeszcze raz dzięki za możliwość skorzystania z twojego terenu. Skierujemy się teraz do lasu - zakończył szybko Herveaux.
Ciemność zapadała nieubłaganie i widziałam, jak inne wilkołaki znikają wśród drzew. Jedna z kobiet odrzuciła głowę w tył i zawyła. Oczy Basima były już okrąglejsze i bardziej złote.
- Dobrej nocy - pożegnałam się, weszłam do domu i zatrzasnęłam za sobą drzwi siatkowe.
Trzy wilkołaki ruszyły po frontowych stopniach w dół. Głos Alcide'a dobiegał teraz z oddali.
- Mówiłem ci, że jest telepatką - wytknął przywódca kobiecie imieniem Annabelle, kiedy przechodzili przez podjazd i wchodzili do lasu.
Za nimi wlókł się Ham. Jannalynn nagle zaczęła biec ku linii drzew, najwyraźniej jak najszybciej pragnęła się przemienić. A jednak to Basim zerknął na mnie, gdy zamykałam za sobą drzwi drewniane. Spojrzał na mnie tak, jak patrzą na człowieka zwierzęta w zoo.
A później na dworze zrobiło się zupełnie ciemno.
Zachowanie wilkołaków trochę mnie rozczarowało. Nie robiły tak dużego hałasu, jakiego się spodziewałam. Pozostałam, naturalnie, w domu, zamknęłam wszystkie drzwi na klucz, zasłony na oknach zaciągnęłam, czego na co dzień nie mam zwyczaju robić, bo przecież mieszkam w środku lasu. Pooglądałam trochę telewizję i trochę poczytałam. Nieco później, podczas mycia zębów, usłyszałam wycie. Uznałam, że dochodzi z daleka, prawdopodobnie aż spod wschodniego krańca mojej posiadłości.
Wcześnie następnego ranka, niemal dokładnie o świcie, obudziłam się, ponieważ usłyszałam odgłosy uruchamianych silników. Wilkołaki odjeżdżały. Już się prawie odwróciłam na drugi bok, zamierzając spać dalej, kiedy stwierdziłam, że muszę wstać i pójść do łazienki. Gdy skorzystałam z ubikacji, poczułam się nieco bardziej rozbudzona. Przeszłam po cichu korytarzem do salonu i zerknęłam przez szczelinę w zasłonach na oknie od frontu. Spośród drzew wyszedł akurat Ham Bond w nieco postrzępionym ubraniu. Rozmawiał z Alcide'em. Już tylko ich pikapy pozostały przed moim domem. Po chwili ukazała się Annabelle.
Kiedy patrzyłam na wczesnoporanne światło padające na mokrą od rosy trawę, troje wilkołaków przeszło powoli przez trawnik. Byli ubrani tak jak poprzedniej nocy, tyle że buty nieśli w rękach. Wszyscy wyglądali na wyczerpanych, ale szczęśliwych. Ubrań nie mieli pokrwawionych, lecz na ich twarzach i ramionach dostrzegłam czerwone kropki. Bez wątpienia polowanie się udało.
Kilka sekund później spośród drzew wynurzył się Basim. W ukośnie padającym słońcu wyglądał jak jakieś leśne stworzenie; w jego rozczochranych włosach tkwiło mnóstwo kawałków liści i gałązek. Było w tym mężczyźnie coś starożytnego. Zadałam sobie pytanie, jak stał się wilkołakiem w pozbawionej wilków Arabii. Kiedy mu się przyglądałam, odwrócił się od pozostałej trójki i podszedł do mojego frontowego ganku. Zastukał cicho, ale mocno.
Policzyłam do dziesięciu i otworzyłam drzwi. Starałam się nie patrzeć na plamy krwi. Widziałam, że twarz umył w strumieniu... ale zapomniał o szyi.
- Panno Stackhouse... dzień dobry - zagaił uprzejmie. - Alcide twierdzi, że powinienem ci powiedzieć o innych istotach, które przechodziły przez twój teren.
Zmarszczyłam czoło.
- Jakiego rodzaju były to istoty, Basimie?
- Przynajmniej jedna z istot była wróżką - odparł. - Możliwe, że nie tylko jedna, ale jedna na pewno.
Było to niewiarygodne, mniej więcej z sześciu powodów.
- Czy ślady lub... tropy... są świeże? A może sprzed kilku tygodni?
- Bardzo świeże - zapewnił mnie. - Wyczułem też mocny zapach wampira. To kiepska mieszanka.
- To nieprzyjemna wiadomość, ale musiałam ją usłyszeć. Dziękuję, że mnie poinformowałeś.
- Jest też ciało.
Gapiłam się na niego, starając się zachować kamienną minę. Mam dużo praktyki, jeśli chodzi o ukrywanie tego, co myślę; każdy telepata musi posiadać tę umiejętność.
- Jak stare? - spytałam, kiedy byłam pewna, że panuję nad głosem.
- Leży tam około półtora roku, może trochę krócej. - Basim nie przywiązywał szczególnej wagi do znalezienia trupa. Po prostu mnie powiadamiał, że zwłoki tam są. - Dość daleko na tyłach posiadłości, zagrzebane bardzo głęboko.
Nic nie powiedziałam. O Jezu, to ciało to na pewno Debbie Pelt! Od kiedy Eric odzyskał pamięć i przypomniał sobie tamtą noc, o tę jedną rzecz nigdy go nie zapytałam: gdzie zakopał jej zwłoki po tym, jak ją zabiłam.
Ciemne oczy al Sauda wpatrywały się we mnie z wielką uwagą.
- Alcide chce, żebyś zadzwoniła, jeśli będziesz potrzebowała pomocy albo rady - powiedział wreszcie.
- Powiedz mu, że doceniam jego ofertę. I jeszcze raz dziękuję, że mnie poinformowałeś.
Pokiwał głową, i już po chwili był w połowie drogi powrotnej do pikapa, w którym Annabelle siedziała z głową opartą na ramieniu Herveaux.
Kiedy Alcide uruchomił silnik, podniosłam rękę i pomachałam im, a po ich odjeździe zdecydowanym ruchem zatrzasnęłam drzwi.
Miałam wiele do przemyślenia.
Wróciłam do kuchni, z przyjemnością oczekując na kawę i kromkę słodkiego chleba jabłkowo-cynamonowego, który Halleigh Bellefleur podrzuciła mi wczoraj do baru. Halleigh jest ogromnie miłą młodą kobietą i naprawdę się cieszę, że wraz z Andym spodziewają się dziecka. Słyszałam, że babcia Andy'ego, stara pani Caroline Bellefleur, nie posiada się z radości, zresztą ani przez chwilę w to nie wątpiłam. Starałam się myśleć o dobrych rzeczach, jak dziecko Halleigh, ciąża Tary czy ubiegła noc, którą spędziłam z Erikiem, niestety, zatrważająca wiadomość, którą przekazał mi Basim, gryzła mnie przez cały ranek.
Ze wszystkich pomysłów, które przemknęły mi przez głowę, najkrócej rozważałam telefon do biura szeryfa gminy Renard. Nie potrafiłabym funkcjonariuszom powiedzieć, dlaczego się martwię. Wilkołaki odjechały, a w udzielonej im przeze mnie zgodzie na polowanie na mojej ziemi nie sposób było doszukać się czegokolwiek nielegalnego, ale i tak nie mogłam sobie wyobrazić siebie, jak mówię szeryfowi Dearbornowi, że pewien wilkołak powiedział mi, że przez mój teren przeszły wróżki.
Bo właśnie w tym tkwił sęk. Z tego, co wiedziałam, wszystkie wróżki z wyjątkiem kuzyna Claude'a odgrodziły się od świata ludzi. No, przynajmniej wszystkie wróżki w Ameryce. Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się, jak to jest w innych krajach, i teraz zamknęłam oczy, krzywiąc się z powodu własnej głupoty. Pradziadek Niall zamknął wszystkie portale łączące świat wróżek z naszym. Tak mi w każdym razie przedstawił swoje zamiary. Zatem, do tej pory przypuszczałam, że wszystkie odeszły, wszystkie oprócz Claude'a, który mieszka wśród ludzi, odkąd go znam. Jak to więc możliwe, że jakaś wróżka włóczyła się po moim lesie?!
I kogo mogłabym spytać o radę w tej kwestii? Nie mogłam przecież po prostu siedzieć z założonymi rękami i nic nie robić. Pradziadek, zanim zamknął portal, szukał nienawidzącego siebie półczłowieka, renegata Dermota. Musiałam brać pod uwagę możliwość, że Dermot, który jest po prostu szalony, również pozostał w świecie ludzi. Jakkolwiek było, wiedziałam, że bliskość wróżek nie może oznaczać dla mnie niczego dobrego. Musiałam z kimś o tym porozmawiać.
Mogłam zwierzyć się Ericowi, ponieważ był moim kochankiem, albo Samowi, gdyż był moim przyjacielem, albo nawet Billowi, jako że jego teren graniczył z moim, i wampir również mógłby się tą sprawą niepokoić. Albo mogłam pomówić z Claude'em, ustalić, co kuzyn myśli na temat tej sytuacji. Siedziałam przy stole z kawą i kromką pysznego chleba, zbyt zdenerwowana, by czytać lub włączyć radio i wysłuchać wiadomości. Dopiłam pierwszy kubek kawy i nalałam sobie drugi. Później wzięłam prysznic, jakoś tak automatycznie, posłałam łóżko i zrobiłam wszystko, co zwykle robię rano.
W końcu usiadłam przed komputerem, który przywiozłam do domu z mieszkania kuzynki Hadley z Nowego Orleanu, i sprawdziłam pocztę. Nie sprawdzam jej regularnie. Znam bardzo niewiele osób, które mogłyby mi przysłać e-mail i po prostu nie nabrałam jeszcze zwyczaju codziennego włączania komputera.
Okazało się jednak, że rzeczywiście otrzymałam kilka wiadomości. Nadawcy pierwszej nie rozpoznałam. Najechałam myszką i właśnie miałam kliknąć.
Nieoczekiwane stukanie w tylne drzwi sprawiło, że podskoczyłam jak żaba.
Odsunęłam krzesło. Po sekundzie wahania wyjęłam strzelbę z szafy w pokoju od frontu. Potem podeszłam do tylnych drzwi i wyjrzałam przez nowy wizjer.
- O wilku mowa - mruknęłam.
Ten dzień najwyraźniej miał obfitować w niespodzianki, a przecież było dopiero przed dziesiątą.
Odłożyłam strzelbę i otworzyłam drzwi.
- Claude - bąknęłam. - Wejdź. Chcesz coś do picia? Mam colę, kawę i sok pomarańczowy.
Zauważyłam, że z ramienia Claude'a zwisa wielka torba na zakupy; sądząc po jej kształcie, była prawdopodobnie zapełniona ubraniami. Hmm, nie mogłam sobie przypomnieć, żebym zapraszała kuzyna na imprezę z noclegiem.
Wróż wszedł. Wyglądał poważnie i jakoś tak nieszczęśliwie. Bywał u mnie kiedyś, aczkolwiek nieczęsto, toteż teraz rozejrzał się po kuchni. Kuchnia przypadkiem jest nowa, ponieważ stara się spaliła, miałam więc w niej błyszczące, dobrze działające sprzęty, a wszystko prezentowało się ładnie i panował porządek.
- Sookie, nie mogę dłużej wytrzymać sam w naszym domu. Mogę pomieszkać z tobą przez jakiś czas... kuzynko?
Usilnie próbowałam zamknąć usta, bo po prostu szczęka mi opadła, a nie chciałam, żeby Claude zobaczył, w jak wielkim jestem szoku. A byłam w szoku, bo, po pierwsze, Claude zwierzył się, że potrzebuje pomocy, po drugie, zwierzył się z tego mnie i, po trzecie, najwyraźniej będzie przebywał w tym samym domu, co ja - chociaż do tej pory sądziłam, że zwykle myśli o mnie jak o stworzeniu niewiele lepszym niż jakiś robak. Cóż, jestem istotą ludzką oraz kobietą i obie te cechy w tej sytuacji przemawiają przeciwko mnie. W dodatku, Claudine umarła, broniąc właśnie mnie.
- Claude - odezwałam się, usiłując mówić tonem wyłącznie współczującym - usiądź i powiedz, co się dzieje.
Zerknęłam na strzelbę, z niewiadomego powodu zadowolona, że broń znajduje się w zasięgu mojej ręki.
Wróż obrzucił strzelbę jedynie pobieżnym spojrzeniem. Po chwili postawił torbę, ale stał nieruchomo w miejscu, jakby nie potrafił wymyślić, co robić.
Przebywałam sam na sam w kuchni z kuzynem-wróżem i ta sytuacja wydawała mi się surrealistyczna. Chociaż Claude, jak widać, dokonał wyboru i postanowił pozostać wśród ludzi, wciąż nie był osobnikiem wobec nas ciepłym i przylepnym. Kuzyn, aczkolwiek fizycznie piękny, jest strasznym draniem, jeśli mogę tak to ująć. A jednak poddał się zabiegowi chirurgii plastycznej, w ramach którego upodobnił swoje uszy do ludzkich, dzięki czemu nie musiał tracić energii na udawanie człowieka. I, o ile wiem, utrzymywał kontakty seksualne wyłącznie z osobami swojej płci.
- Ciągle mieszkasz w domu, który dzieliłeś z siostrami?
Dom stał w Monroe, był zwyczajny, parterowy, w stylu rancho, z trzema sypialniami.
- Tak.
No dobrze. Postanowiłam rozwinąć ten temat.
- Praca w barach nie zajmuje ci całego czasu?
Ponieważ wróż posiadał i prowadził dwa kluby ze striptizem ("Hooligans" i jakiś nowy, który niedawno przejął), a przynajmniej raz na tydzień również występował na scenie w "Hooligans", sądziłam, że powinien być zarówno bardzo zajęty, jak i raczej zamożny. Jako że był przystojny do entej potęgi, otrzymywał duże kwoty w napiwkach, a pozując od czasu do czasu jako model, dodatkowo zwiększał swój dochód. Na widok mojego kuzyna nawet najbardziej stateczna babcia zaczęłaby się ślinić. Przebywając w jednym pomieszczeniu z kimś tak wspaniałym, większość kobiet czułaby się cudownie... póki Claude nie otworzyłby ust. Tak czy owak, na pewno był dobrze sytuowany, szczególnie że części zysków z klubów nie musiał już oddawać siostrze.
- Zajmuje. I nie brakuje mi pieniędzy. Ale bez towarzystwa istot mojej rasy... czuję, że marnieję.
- Mówisz serio? - spytałam bezwiednie i sekundę później miałam ochotę cofnąć to pytanie.
Ale informacja, że Claude mnie potrzebuje (albo, jak sądzę, kogokolwiek) wciąż mi się wydawała absolutnie nieprawdopodobna. Jego prośba, by zatrzymać się u mnie, była z kolei zupełnie nieoczekiwana i wcale mi się nie podobała.
W tym momencie jednak pomyślałam, że babcia strasznie by mnie złajała za moje zachowanie. Patrzyłam na członka mojej rodziny, jednego z nielicznych wciąż żyjących i/albo dla mnie osiągalnych. Moje spotkania z pradziadkiem Niallem ustały przecież, kiedy książę wróżek oddalił się do swojego świata i zamknął za sobą drzwi. Chociaż pogodziłam się z Jasonem, brat prowadził własne życie. Mama, tato i babcia nie żyli, ciocia Linda i kuzynka Hadley również, a jej małego synka widywałam rzadko.
W ciągu kilku minut ogarnęło mnie przygnębienie.
- Jest we mnie wystarczająco dużo z wróżki, żebym mogła stanowić dla ciebie pomoc?
Żadne inne pytanie nie przyszło mi do głowy.
- Tak - odparł po prostu. - Już czuję się lepiej.
Ta rozmowa, co niesamowite, brzmiała dla mnie jak echo wymiany zdań z Billem. Claude uśmiechnął się lekko. Gdy był smutny, wyglądał wspaniale, ale kiedy się uśmiechnął, prezentował się wprost bosko.
- Pobyt w towarzystwie wróżek uwydatnił tę twoją cechę. Tak na marginesie, mam dla ciebie list - dodał.
- Od kogo?
- Od Nialla.
- Jak to możliwe? Sądziłam, że świat wróżek jest teraz odcięty.
- Niall ma swoje sposoby - odrzekł kuzyn wymijająco. - Jest teraz jedynym księciem i kimś bardzo potężnym.
Taaa, ma swoje sposoby.
- Hmm - bąknęłam. - Okej, zobaczmy co to.
Claude wyjął z wielkiej torby kopertę. Miała płowożółty kolor i została zapieczętowana kroplą niebieskiego wosku, w której odciśnięto lecącego ptaka z rozpostartymi skrzydłami.
- Czyli że istnieje taka wróżkowa skrzynka pocztowa - mruknęłam. - I możesz wysyłać i odbierać listy?
- W każdym razie ten list.
Wróżkom świetnie przychodzi stosowanie uników. Aż sapnęłam ze złości.
Wzięłam nóż i wsunęłam go pod pieczęć. Papier, który wyjęłam z koperty, miał bardzo ciekawą strukturę.
"Najdroższa prawnuczko" - zaczynał się. - "Istnieją informacje, których nie zdołałem Ci przekazać i wiele rzeczy, których nie zdążyłem dla Ciebie zrobić, gdy moje plany przerwała wojna".
Hmm, no tak.
- Ten list został napisany na skórze jednego z wodnych duszków, które utopiły twoich rodziców.
- O Jezu! - krzyknęłam i upuściłam list na kuchenny stół.
Claude w mgnieniu oka znalazł się przy moim boku.
- Co się stało? - spytał, rozglądając się po kuchni wzrokiem osoby, która spodziewa się zobaczyć wyskakującego skądś trolla.
- To skóra?! Skóra!
- Na czym innego miałby Niall pisać? - Kuzyn wyglądał na autentycznie zdumionego.
- Eee!
Nawet mnie samej własna reakcja wydała się nagle przesadna. Ale, Boże mój... prawdziwa skóra?
- Jest czysta - zapewnił mnie wróż, wyraźnie mając nadzieję, że tym stwierdzeniem rozwiąże mój problem. - Wygarbowano ją.
Zacisnęłam zęby i podniosłam list od pradziadka. Wzięłam głęboki, uspokajający wdech. Faktycznie, materiał wcale nie pachniał. Tłumiąc w sobie chęć założenia rękawic kuchennych, postanowiłam się skupić na treści listu.
"Zanim odszedłem z Twojego świata, upewniłem się, że jeden z ludzi, moich przedstawicieli, porozmawiał z szeregiem osób, które mogą pomóc w zamknięciu dochodzenia prowadzonego przez agencje ludzkiego rządu. Kiedy sprzedałem firmę farmaceutyczną, którą posiadaliśmy, sporo środków spożytkowałem na zapewnienie Ci wolności".
Zamrugałam, ponieważ w oczach stanęły mi łzy. Niall może nie był typowym pradziadkiem, lecz, jak Boga kocham, zrobił dla mnie coś naprawdę wspaniałego.
- Przekupił jakichś urzędników państwowych, żeby odwołali FBI? Czy to właśnie zrobił?
- Nie mam zielonego pojęcia - odburknął Claude, wzruszając ramionami. - Do mnie także napisał, powiadamiając, że przelał mi na konto bankowe dodatkowe trzysta tysięcy dolarów. A Claudine nie zostawiła testamentu, ponieważ nie...
Nie spodziewała się, że umrze. Oczekiwała przecież dziecka, które chciała wychować z wróżem, który był jej kochankiem, a którego nigdy nie poznałam.
Kuzyn otrząsnął się i podjął wypowiedź złamanym głosem:
- Niall okazał ludziom ciało Claudine i spreparował jej testament, żebym nie musiał czekać wiele lat na potwierdzenie, że moja siostra nie żyje. Pozostawiła mi prawie wszystko. Powiedziała o tym naszemu ojcu, Dillonowi, kiedy ukazała mu się w ramach swego rytuału śmierci.
Wróżki rozmawiały ze swoimi wcześniej zmarłymi krewnymi, gdy nieżyjące przybrały już formę duchową. Zastanowiłam się, dlaczego Claudine ukazała się akurat Dillonowi zamiast swojemu bratu i spytałam o to Claude'a, starając się wyrazić swoją wątpliwość najtaktowniej, jak potrafiłam.
- Wizję otrzymuje następny pod względem starszeństwa - wyjaśnił Claude chłodno. - Nasza siostra, Claudette, ukazała się mnie, ponieważ byłem od niej starszy o minutę. Claudine odprawiła swój rytuał śmierci na oczach naszego ojca, gdyż ja jestem od niej młodszy.
- Więc powiedziała twojemu ojcu, że powinieneś przejąć jej udziały w klubach?
Dość szczęśliwy traf dla Claude'a, że siostra przekazała komuś innemu swoje życzenia. Zadałam sobie pytanie, co by się zdarzyło, gdyby umarła najstarsza wróżka ze wszystkich. Zachowałam sobie jednak tę kwestię na później.
- Tak. A także jej część domu i jej samochód. Chociaż mam już jeden. - Z jakiegoś powodu Claude wydawał mi się onieśmielony. I winny. Dlaczego, do diabła, wyglądał na winnego?
- Jak ci się udaje prowadzić samochód? - zdumiałam się, odchodząc od tematu. - Przecież wróżki mają taki problem z żelazem.
- Noszę niewidoczne na rękach rękawiczki - tłumaczył. - Wkładam je po każdym prysznicu. Zresztą, wraz z każdym kolejnym dziesięcioleciem przeżytym w świecie ludzi trochę rośnie moja tolerancja na żelazo.
Wróciłam do listu.
"Może zdołam zrobić dla Ciebie jeszcze więcej. Dam Ci znać. A Claudine pozostawiła Ci prezent".
- Och, Claudine i mnie coś zostawiła? Co takiego?
Podniosłam wzrok na wróża, który bez wątpienia nie był zadowolony. W mojej opinii na pewno nie znał zawartości listu. Gdyby Niall nie wspomniał o spadku po Claudine, Claude być może zataiłby tę informację dla siebie. Wróżki nie kłamią, lecz nie zawsze mówią całą prawdę.
- Zostawiła ci pieniądze na swoim koncie bankowym - szepnął zrezygnowany. - Na tę sumę składa się jej pensja za pracę w domu towarowym oraz jej udziały w dochodzie z klubów.
- Och... Jak to miło z jej strony.
Parę razy zamrugałam. Starałam się nie ruszać konta oszczędnościowego, a na rachunku bieżącym nie miałam zbyt dużo, ponieważ opuściłam ostatnio wiele dni w pracy. Napiwki też dostawałam teraz mniejsze, ponieważ wciąż byłam strasznie zdołowana. Uśmiechnięte kelnerki zarabiają więcej niż smutne.
Z pewnością mogłam wydać kilkaset dolarów. Może pozwolę sobie na nowe ubrania, i naprawdę musiałam kupić sedes do łazienki w korytarzu.
- Jak dokonacie takiego przelewu?
- Dostaniesz czek od pana Cataliadesa. To on zarządza majątkiem.
Pan Cataliades - jeśli miał imię, nigdy go nie słyszałam - był prawnikiem, a także (w dużej części) demonem. Prowadził sprawy prawne wielu istot nadnaturalnych z Luizjany. Kiedy Claude wypowiedział jego nazwisko, poczułam się odrobinę pewniej, ponieważ ja i pan Cataliades nigdy nie mieliśmy na pieńku.
No cóż, na razie musiałam się zastanowić, czy przyjąć propozycję Claude'a w sprawie mieszkania.
- Wiesz, muszę gdzieś zadzwonić - powiedziałam, po czym wskazałam na ekspres do kawy. - Jeśli potrzebujesz więcej, mogę zaparzyć. Jesteś głodny?
Wróż pokręcił głową.
- Zadzwonię do Amelii, a później będziemy musieli odbyć małą pogawędkę.
Poszłam do telefonu w sypialni. Amelia wstawała wcześniej ode mnie, ponieważ ja czasem pracowałam do późna. Czarownica odebrała w trakcie drugiego dzwonka.
- Sookie - powiedziała, a jej głos nie brzmiał tak ponuro, jak się obawiałam. - Co słychać?
Nie mogłam wymyślić żadnego pretekstu, żeby gładko przejść do pytania, które chciałam jej zadać.
- Mój kuzyn chciałby zatrzymać się u mnie na jakiś czas - wyjaśniłam zatem wprost. - Mógłby korzystać z sypialni naprzeciwko mojej, ale gdyby zamieszkał na piętrze, mielibyśmy więcej prywatności, on i ja. Jeśli zamierzasz wrócić tu niedługo, oczywiście umieszczę go w sypialni na dole. Nie chciałabym po prostu, żebyś przyjechała i odkryła, że ktoś śpi w twoim łóżku.
Przez długą chwilę panowało milczenie. Czekałam.
- Sookie - zaczęła w końcu Amelia - kocham cię jak siostrę. I uwielbiałam z tobą mieszkać. To było jak dar niebios... mieć dokąd pojechać po tym zdarzeniu z Bobem. Teraz jednak utknęłam na jakiś czas w Nowym Orleanie. Jestem po prostu w samym środku... wielu spraw.
Spodziewałam się takiej odpowiedzi, ale i tak przeżyłam trudny moment. Tak naprawdę nie oczekiwałam przecież, że Amelia wróci. Miałam nadzieję, że jej rany prędzej zagoją się w Nowym Orleanie niż tu - i miałam rację, ponieważ nie wspomniała o Trayu. Chyba po prostu było jej przykro.
- Dobrze się czujesz? - spytałam.
- Tak - odparła. - I trochę więcej ćwiczyłam z Octavią. - Octavia, jej nauczycielka czarostwa, jeszcze przed nią wróciła do Nowego Orleanu wraz ze swoim dawno niewidzianym ukochanym. - Zostałam też wreszcie... osądzona. Muszę zapłacić karę za... no wiesz... tę sprawę z Bobem.
Mówiąc "sprawa z Bobem", miała na myśli przypadkowe przemienienie kochanka w kota. Octavia przywróciła wprawdzie mężczyźnie ludzką postać, lecz Bob żywił, naturalnie, żal do młodej czarownicy, podobnie zresztą jak jej mentorka. Chociaż Amelia uczyła się czarów, najwyraźniej nie wolno jej było zajmować się transformacją.
- Ale nie zamierzają cię wychłostać ani nic takiego, prawda? - spytałam, siląc się na żartobliwy ton. - Przecież facet nie umarł.
Tak, stracił tylko długi okres życia i całkowicie przegapił atak huraganu Katrina; nie był też w stanie powiadomić rodziny, że przeżył kataklizm.
- Niektóre z nich, gdyby mogły, na pewno by mnie wychłostały. Ale my, czarownice, tak nie działamy. - Wiedziałam, że Amelia próbuje się uśmiechnąć, czułam jednak, że niezbyt jej się udało. - Za karę muszę wykonać, hmm, pewne prace społeczne.
- Jak zbieranie śmieci albo uczenie dzieci?
- No cóż... raczej mieszanie mikstur i przygotowywanie torebek z podstawowymi składnikami, tak żeby były gotowe do natychmiastowego wykorzystania. Muszę też przepracować dodatkowe godziny w sklepie ezoterycznym i od czasu do czasu zabić jakiegoś kurczaka na rytuały. Dużo czarnej roboty. Bez zapłaty.
- To kiepsko - wtrąciłam, ponieważ pieniądze to dla mnie prawie zawsze drażliwy temat.
Amelia dorastała w bogactwie, ja nie. Jeśli ktoś pozbawia mnie dochodów, wkurzam się. Przez krótką chwilę zastanawiałam się, jak dużo pieniędzy mogła mieć na swoim koncie bankowym Claudine, i błogosławiłam ją za to, że o mnie pomyślała.
- Tak, no cóż, Katrina przetrzebiła nowoorleańskie koweny. Straciliśmy niektórych członków, gdyż nigdy nie wrócą do miasta, toteż nie dostajemy już od nich składek. A pieniędzy ojca nigdy nie wydam na kowen.
- Podsumowując? - podsunęłam.
- Muszę tu zostać. Nie wiem, czy zdołam kiedykolwiek wrócić do Bon Temps. I naprawdę żałuję, bo lubiłam z tobą mieszkać.
- Ja także. - Zrobiłam wdech, zdecydowana nie dopuścić do głosu smutku. - A co z twoimi rzeczami? - spytałam. - Nie jest ich dużo, ale zawsze.
- Niech na razie zostaną u ciebie. Mam tutaj wszystko, czego potrzebuję, więc zrób z nimi to, co uznasz za stosowne do czasu, aż załatwię kogoś, kto po nie przyjedzie.
Porozmawiałyśmy jeszcze trochę, ale właściwie zdążyłyśmy już omówić ważne kwestie. Z tego wszystkiego zapomniałam spytać Amelię, czy Octavia znalazła sposób na poluźnienie mojej więzi krwi z Erikiem. Możliwe zresztą, że tak naprawdę wcale nie interesowała mnie odpowiedź na to pytanie. Tak czy owak, rozłączyłam się, równocześnie przygnębiona i zadowolona. Cieszyłam się, że Amelia spłaca swój dług wobec kowenu i że po śmierci Traya czuje się szczęśliwsza tam niż tu, w Bon Temps; moje przygnębienie natomiast wynikało z faktu, że nie zamierzała wrócić. Przez chwilę w milczeniu żegnałam ją w myślach, a potem poszłam do kuchni i powiedziałam Claude'owi, że będzie miał dla siebie całe piętro.
Zagapiłam się na jego przepełniony wdzięcznością uśmiech, następnie zaś poruszyłam kolejny temat. Nie wiedziałam, jak zadać to pytanie, więc rzuciłam je ot tak, bez ogródek.
- Czy to ty chodziłeś po lesie za moim domem?
Minę miał kompletnie obojętną.
- Dlaczego miałbym po nim chodzić? - spytał.
- Nie pytałam o powody. Spytałam, czy tam byłeś.
Wiem, kiedy ktoś stosuje uniki.
- Nie - powiedział.
- To zła nowina.
- Dlaczego?
- Ponieważ wilkołaki mi powiedziały, że bardzo niedawno po moim lesie chodziła co najmniej jedna wróżka lub wróż. - Ciągle wpatrywałam się Claude'owi w oczy. - Jeśli nie ty tam chodziłeś, kto to mógł być?
- Nie zostało zbyt wiele wróżek - przyznał kuzyn.
Kolejny unik.
- Jeśli w naszym świecie są inne wróżki, które nie odeszły przed zamknięciem portalu, mógłbyś się do nich zbliżyć - zauważyłam. - Nie musiałbyś mieszkać ze mną, osobą, w której żyłach płynie tak niewiele krwi wróżek. A jednak jesteś tu, u mnie. I gdzieś w moim lesie przebywa jeszcze jedna wróżka. - Przypatrzyłam mu się z uwagą, oceniając wyraz jego twarzy. - Nie widzę, żebyś się palił do wytropienia, kim jest ten osobnik. O co chodzi? Dlaczego nie popędzisz do lasu i nie odszukasz tej wróżki? Moglibyście stworzyć jakąś więź i byłbyś szczęśliwy.
Claude spuścił wzrok.
- Ostatni zamykany portal znajdował się właśnie w twoim lesie - odrzekł. - Możliwe, że nie został całkowicie zamknięty. A wiem, że Dermot, twój stryjeczny dziadek, gdzieś tu się kręcił. Jeśli to jego wyczuły wilkołaki, mój widok by go nie ucieszył.
Myślałam, że powie coś jeszcze, ale nic więcej nie dodał.
To była nie jedna zła wiadomość, lecz kilka naraz. I znów kuzyn pominął milczeniem ważne sprawy. Ciągle miałam wątpliwości co do jego motywacji, jednakże Claude należał do rodziny, a zostało już tak niewielu jej członków...
- Dobrze - powiedziałam, otwierając kuchenną szufladę, w której trzymałam różne drobiazgi. - Tutaj jest klucz. Zobaczymy, jak wszystko się ułoży. Tak a propos, muszę jechać do pracy dziś po południu. Poza tym, musimy coś ustalić. Wiesz, że mam chłopaka, prawda?
Czułam się trochę zakłopotana.
- Z kim się widujesz? - spytał Claude jakby z zawodowym zainteresowaniem.
- Ach, no cóż... z Erikiem Northmanem.
Kuzyn gwizdnął, a później popatrzył na mnie jednocześnie z podziwem, jak i pewną ostrożnością.
- Eric spędza tu noce? Muszę wiedzieć, czy na mnie nie naskoczy.
Odniosłam wrażenie, że nie uważa czegoś takiego za szczególnie przykre. Nie można jednak zapominać, że kontakt z wróżką wprawia wampira w stan naprawdę przyjemnego odurzenia; wróżki działają na wampiry jak kocimiętka na koty. Gdyby Claude był blisko Erica, Northmana kosztowałoby wiele wysiłku powstrzymanie się przed ugryzieniem wróża.
- Takie spotkanie prawdopodobnie skończyłoby się dla ciebie źle - wytknęłam mu. - Sądzę jednak, że jeśli trochę się postaramy, damy radę pogodzić te sprawy.
Eric rzadko spędzał noc w moim domu, ponieważ lubił wracać przed świtem do Shreveport. Miał tak dużo pracy każdej nocy, że wolał budzić się w swoim mieście. Mam wprawdzie kryjówkę, w której wampir może spać stosunkowo bezpiecznie, nie jest to jednak miejsce tak luksusowe jak dom Erica.
Nieco bardziej martwiłam się tym, czy Claude nie będzie sprowadzał do mojego domu obcych mężczyzn. Nie chciałam spotkać kogoś, kogo nie znam, kiedy będę szła do kuchni w nocnej koszuli. Parę razy nocował tu jakiś przyjaciel Amelii, ale byli to zawsze ludzie znajomi. Zrobiłam głęboki wdech, mając nadzieję, że moje słowa nie zabrzmią zbyt homofobicznie.
- Claude, nie chcę ci bronić przyjemności czy zabawy... - zaczęłam, pragnąc, żeby ta rozmowa już się skończyła.
Spodobała mi się bezwstydna reakcja Claude'a na wiadomość, że mam życie erotyczne; żałowałam tylko, że nie potrafię się zdobyć na identyczną nonszalancję w jego przypadku.
- Jeśli zechcę uprawiać seks z kimś, kogo nie znasz, zabiorę go do mojego domu w Monroe - oznajmił kuzyn z szelmowskim uśmieszkiem. W ten sposób odkryłam, że jeżeli tylko chciał, potrafił być spostrzegawczy i przenikliwy. - Albo przynajmniej powiadomię cię wcześniej. Okej?
- Pewnie - zgodziłam się, zaskoczona, że tak łatwo się dostosowywał.
Mówił w każdym razie to co należy.
Odprężyłam się nieco, kiedy pokazywałam mu, gdzie w kuchni znajdują się najważniejsze narzędzia i produkty. Poinstruowałam go, jak używać pralki i suszarki; powiedziałam też, że łazienkę w korytarzu ma do swojej wyłącznej dyspozycji. Potem zaprowadziłam go na górę. Amelia bardzo się starała upiększyć sypialnię, a z drugiego pokoju zrobiła sobie salon. Zabrała ze sobą laptop, ale telewizor wciąż stał na dotychczasowym miejscu. Położyłam na łóżku czystą pościel i zabrałam z szafy większość ubrań dawnej lokatorki. Wskazałam Claude'owi drzwi do garderoby na poddaszu, na wypadek, gdyby chciał coś tam przechować. Kuzyn otworzył je i zrobił krok do środka. Rozejrzał się po nieoświetlonym, zagraconym pomieszczeniu. Pokolenia Stackhouse'ów gromadziły tu przedmioty, których w swojej opinii ludzie ci mogli potrzebować któregoś dnia, i przyznaję, że poddasze jest trochę zaśmiecone i panuje tam bałagan.
- Musisz tu zrobić porządek - zasugerował Claude. - Wiesz w ogóle, co tu jest?
- Rodzinne szczątki - odrzekłam, zaglądając do wnętrza z niejakim przerażeniem.
Po prostu, odkąd babcia umarła, nigdy nie miałam serca wziąć się za sprzątanie.
- Pomogę ci - zadeklarował się wróż. - To będzie moja zapłata za pokój.
Otworzyłam usta, chcąc mu wytknąć, że Amelia płaciła mi w gotówce, potem jednak przypomniałam sobie ponownie, że Claude jest przecież członkiem mojej rodziny.
- Świetnie - mruknęłam. - Chociaż nie wiem, czy dam już radę sprzątać. - Nadgarstki bolały mnie dziś rano, chociaż bez wątpienia były w lepszym stanie niż wcześniej. - Jeśli chcesz pomóc, trzeba też wykonać pewne inne prace wokół domu, które przekraczają moje możliwości.
Kuzyn skłonił się.
- Z wielką chęcią - powiedział.
To była inna jego strona niż ta, którą poznałam i o której wyrażałam się lekceważąco.
Najwyraźniej żal i samotność obudziły inne cechy w pięknym wróżu; prawdopodobnie zdał sobie sprawę, że musi okazać nieco uprzejmości ludziom, o ile chce, by i oni byli dla niego mili. Być może zrozumiał, że potrzebuje innych osób, szczególnie teraz, kiedy umarły jego siostry.
Tuż przed wyjazdem do pracy zaczęłam podchodzić do naszego nowego układu z trochę większym spokojem. Słuchałam przez jakiś czas, jak Claude kręci się po piętrze, po czym zobaczyłam, że schodzi, niosąc stos produktów do pielęgnacji włosów, z zamiarem ustawienia ich w łazience. Wcześniej wyłożyłam dla niego czyste ręczniki. Kuzyn wydawał się usatysfakcjonowany łazienką, która była bardzo staroświecka. Ale przecież żył już w czasach przed zainstalowaniem w domach wodociągów i kanalizacji, toteż może patrzył na to z innej perspektywy. Prawdę mówiąc, gdy słyszałam, jak ktoś się kręci po domu, odprężałam się i opadało we mnie napięcie, chociaż wcześniej nawet nie wiedziałam, że je czułam.
***
- Hej, Sam - odezwałam się.
Szef stał za barem, kiedy wyszłam z tylnego pomieszczenia, gdzie zostawiłam torebkę i włożyłam fartuszek. W "Merlotcie" nie było dziś dużego ruchu. Holly, jak zawsze, rozmawiała ze swoim Hoytem, który guzdrał się z kolacją. Do podkoszulka z logo "Merlotte'a" Holly włożyła szorty w różowo-zieloną kratę zamiast przepisowych czarnych.
- Dobrze wyglądasz, Holly! - zawołałam, a ona posłała mi szeroki uśmiech.
Hoyt promieniał, a Holly wyciągnęła w moją stronę rękę i pokazała mi nowiutki pierścionek.
Krzyknęłam i uściskałam dziewczynę.
- Och, to wspaniale! - powiedziałam. - Holly, jaki ładny! Więc ustaliliście już datę?
- To będzie jesienią, prawdopodobnie - odparła. - W ciągu wiosny i lata Hoyt musi pracować przez wiele godzin. To czas, gdy jest najbardziej zajęty, więc pomyśleliśmy, że może wybierzemy październik lub listopad.
- Sookie - wtrącił Hoyt. Mówił cicho, a minę miał poważną. - Teraz, kiedy naprawiliśmy nasze stosunki z Jasonem, zamierzam go poprosić, żeby został moim drużbą.
Zerknęłam bardzo szybko na jego narzeczoną, która nigdy nie przepadała za moim bratem. Nadal się jednak uśmiechała i nawet jeśli ja potrafiłam wyczuć, że ma zastrzeżenia, Hoyt z pewnością niczego nie zauważył.
- Jason bardzo się ucieszy - stwierdziłam.
Musiałam pośpiesznie odejść i obejść swój rewir, podczas pracy nie opuszczał mnie jednak uśmiech. Zastanawiałam się, czy państwo młodzi zorganizują ceremonię ślubną po zmroku. Wówczas Eric mógłby pójść ze mną na wesele! Byłoby wspaniale! Dzięki temu awansowałabym z "biednej Sookie, która jeszcze nigdy się nie zaręczyła" do "Sookie, która przyprowadziła na ślub cudownego faceta". Później obmyśliłam plan awaryjny. Jeżeli ceremonia odbędzie się w świetle dziennym, mogłabym zabrać ze sobą Claude'a! Claude wygląda dokładnie jak facet z okładki ckliwego romansu. Pozował zresztą nieraz do okładek powieści o miłości. (Czytaliście kiedyś coś w stylu Damy i stajennego albo Pikantnej historii małżeństwa Lorda Darlingtona? No to możecie sobie wyobrazić!).
Uprzytomniłam sobie ze smutkiem, że myślę o ślubie Holly wyłącznie przez pryzmat własnych uczuć... ale nie ma nic bardziej żałosnego niż być starą panną na weselu. Zdaję sobie sprawę, że głupio jest czuć się starą panną w wieku dwudziestu siedmiu lat, ale coraz częściej miałam świadomość upływającego czasu. Tak wiele moich licealnych koleżanek wyszło już za mąż (niektóre nawet więcej niż raz), a inne miały dzieci lub były w ciąży - jak Tara, która właśnie weszła do baru w wielkim podkoszulku z krótkim rękawem.
Pomachałam jej, dając do zrozumienia, że przyjdę z nią porozmawiać, kiedy będę mogła, a następnie zaniosłam mrożoną herbatę doktor Lindzie Tonnesen i micheloba dla Jesse'ego Wayne'a Cumminsa.
- Jak leci, Tara? - Pochyliłam się i uściskałam przyjaciółkę, która wcześniej klapnęła przy stoliku.
- Potrzebuję dietetycznej coli bezkofeinowej - powiedziała. - I wezmę cheeseburgera. Z dużą ilością panierowanych warzyw. - Popatrzyła dziko.
- Jasne - powiedziałam. - Zaraz przyniosę colę i przekażę twoje zamówienie.
Gdy wróciłam, odkryłam, że zdążyła już wypić całą szklankę.
- Wybacz mi na pięć minutek, muszę iść do łazienki - rzuciła. - Jedyne, co robię, to jedzenie i sikanie.
Miała strasznie podkrążone oczy i nie najlepszą cerę. Gdzie ten promienny wygląd ciężarnej, o którym tyle słyszałam?
- Ile ci jeszcze zostało do rozwiązania?
- Trzy miesiące, tydzień i trzy dni.
- Doktor Dinwiddie podał ci dokładną datę!
- JB po prostu nie może uwierzyć, że robię się taka gruba - wypaliła Tara, przewracając oczyma.
- Powiedział ci to? Tymi słowami?
- Aha, tak. Tak powiedział.
- O Jezu. Ten chłopiec potrzebuje paru lekcji z zakresu konwersacji towarzyskiej.
- Zadowolę się, jeśli będzie trzymał zamknięte usta.
Tara poślubiła JB, wiedząc, że umysł nie jest jego mocną stroną, i teraz zbierała plon swojego wyboru. A jednak bardzo chciałam, żeby byli szczęśliwi, nie zamierzałam więc mówić: "Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz".
- On cię kocha - oznajmiłam, siląc się na uspokajający ton. - Jest tylko...
- Jest tylko JB - dokończyła.
Wzruszyła ramionami i zmusiła się do uśmiechu.
Właśnie wtedy Antoine zawołał, że mam odebrać zamówienie, a ja, dostrzegłszy pożądliwą minę Tary, zrozumiałam, że przyjaciółka bardziej skupia się na jedzeniu niż na braku taktu męża. Wróciła do "Ciuszków Tary" szczęśliwsza i pełniejsza.
Jak tylko zrobiło się ciemno, poszłam do toalety i zadzwoniłam z komórki do Erica. Nienawidzę oszukiwać Sama i telefonować w trakcie pracy u niego do mojego chłopaka, potrzebowałam jednak wsparcia. Teraz, kiedy miałam numer jego komórki, nie musiałam dzwonić do "Fangtasii", co było zarówno dobre, jak i złe. Z jednej strony, nigdy nie wiedziałam, kto tam odbierze, a wśród wampirów Erica nie jestem powszechnie lubiana. Z drugiej strony, nie mogłam porozmawiać z Pam, zastępczynią Erica. Pam i ja jesteśmy właściwie niemal przyjaciółkami.
- Jestem tutaj, kochanko - odezwał się w słuchawce Eric.
Kiedy usłyszałam jego głos, trudno mi było nie zadrżeć, jednakże pobyt w toalecie "Merlotte'a" nie sprzyjał żądzy.
- No cóż, ja też tu oczywiście jestem. Słuchaj, naprawdę muszę z tobą pomówić - powiedziałam. - Wypłynęły pewne kwestie.
- Martwisz się.
- Tak. I mam dobry powód.
- Za trzydzieści minut spotykam się z Victorem - ciągnął Eric. - Wiesz, jakie to prawdopodobnie będzie denerwujące zdarzenie.
- Rzeczywiście, wiem. I przykro mi, że niepokoję cię swoimi problemami. Ale jesteś moim chłopakiem, a miły chłopak powinien słuchać swojej dziewczyny.
- Twoim chłopakiem. - Zadumał się. - To brzmi... dziwnie. Nie jestem już chłopcem.
- O rany, Eric! - Wyprowadzał mnie z równowagi. - Nie chcę, stojąc tutaj, w toalecie, próbować uzgadniać z tobą właściwych terminów! Jaki jest wniosek?! Będziesz miał później trochę wolnego czasu czy nie?
Roześmiał się.
- Tak, dla ciebie zawsze. Może tu przyjedziesz? Czekaj, poślę po ciebie Pam. Zjawi się w twoim domu o pierwszej, dobrze?
Może będę musiała się pośpieszyć, żeby dotrzeć do tej pory do domu, ale było to wykonalne.
- W porządku. I ostrzeż Pam, że... No cóż, powiedz jej, żeby nie dała się ponieść... Słyszysz?
- Och, naturalnie, chętnie przekażę jej tę niezwykle konkretną wiadomość - odparował Eric.
Rozłączył się. Nie można powiedzieć, żeby miał bzika na punkcie takich słów, jak "do widzenia"; jak większość wampirów zresztą.
Och, to naprawdę będzie długi dzień.