Sookie Stackhouse. (#1). Martwy aż do zmroku (wyd. II) - Charlaine Harris


Reflow text when sidebars are open.
MIASTO KOŚCI
Tom I trylogii "Dary Anioła"
Cassandra Clare
Tysiące lat temu, Anioł Razjel zmieszał swoją krew z krwią mężczyzn i stworzył rasę Nephilim, pół ludzi, pół aniołów. Mieszańcy człowieka i anioła przebywają wśród nas, ukryci, ale wciąż obecni, są naszą niewidzialną ochroną. Nazywają ich Łowcami Cieni.
Łowcy Cieni przestrzegają praw ustanowionych w Szarej Księdze, nadanych im przez Razjela. Ich zadaniem jest chronić nasz świat przed pasożytami, zwanymi demonami, które podróżują między światami, niszcząc wszystko na swej drodze. Ich zadaniem jest również utrzymanie pokoju między walczącymi mieszkańcami podziemnego świata, krzyżówkami człowieka i demona, znanymi jako wilkołaki, wampiry, czarodzieje i wróżki. W swoich obowiązkach są wspomagani przez tajemniczych Cichych Braci. Cisi Bracia mają zaszyte oczy i usta i rządzą Miastem Kości, nekropolią znajdującą się pod ulicami Manhattanu, w której leżą martwe ciała zabitych Łowców Cieni. Cisi Bracia prowadzą archiwa wszystkich Shadowhunters, jacy kiedykolwiek żyli. Strzegą również Darów Anioła, trzech boskich przedmiotów, które anioł Razjel powierzył swoim dzieciom. Jednym z nich jest Miecz. Drugim Lustro. Trzecim Kielich.
Od tysięcy lat Cisi Bracia strzegli Darów Anioła. I było tak aż do Powstania, wojny domowej, która niemal na zawsze zniszczyła tajemny świat Shadowhunters. I mimo że od śmierci Valentine'a, Łowców Cieni, który rozpoczął wojnę, minęło wiele lat, rany, jakie zostawił, nigdy się nie zabliźniły. Od Powstania minęło piętnaście lat. Jest upalny sierpień w tętniącym życiem Nowym Jorku. W podziemnym świecie szerzy się wieść, że Valentine powrócił na czele armii wyklętych. A Kielich zaginął...
KSIĘGA CMENTARNA
Neil Gaiman
Na aukcji internetowej w ebay.com za prawo do umieszczenia na nagrobku swojego imienia i nazwiska pewien internauta zapłacił 3383 USD. Nagrobek zaś pojawia się w najnowszej książce Neila Gaimana pt.: "Księga cmentarna".
Ta książka jest owiana mrocznym klimatem - akcja rozgrywa się na cmentarzu, a głównym bohaterem jest niezwykły chłopiec - Nik, który jest jedynym żyjącym mieszkańcem cmentarza. Wychowany od maleńkości przez duchy, nauczył się dawno zapomnianych zwyczajów od swoich opiekunów oraz technik znanych jedynie duchom, jak choćby zdolności Znikania. Czy wychowany przez duchy chłopiec doświadczy cudów i terroru żywych i umarłych?
Ta mrożąca krew w żyłach opowieść Gaimana jest pierwszą powieścią dla młodzieży od czasu wydania międzynarodowego bestsellera "Koralina". I podobnie jak "Koralina", "Księga cmentarna" z pewnością oczaruje i zaskoczy zarówno młodych czytelników, jak i legiony jego stałych dorosłych fanów.
CHŁOPAKI ANANSIEGO
Neil Gaiman
Bezczelnie śmiała i oryginalna nowa powieść, traktująca o mrocznym proroctwie, dysfunkcjonalnych rodzinach i tajemniczych podstępach (oraz o pewnej limonce).
"Chłopaki Anansiego" to najnowsze dzieło literackiego maga Neila Gaimana, ulubieńca popkultury. Autor powraca do mitycznych krain, opisanych jakże błyskotliwie w bestsellerowych "Amerykańskich bogach". Czytelnicy z Ameryki i całego świata po raz pierwszy poznali pana Nancy'ego (Anansiego), pajęczego boga, właśnie tam. "Chłopaki Anansiego" to historia o jego dwóch synach, Grubym Charliem i Spiderze. Gdy ojciec Grubego Charliego raz nadał czemuś nazwę, przyczepiała się na dobre. Na przykład kiedy nazwał Grubego Charliego "Grubym Charliem". Nawet teraz, w dwadzieścia lat później, Gruby Charlie nie może uwolnić się od tego przydomku, krępującego prezentu od ojca - który tymczasem pada martwy podczas występu karaoke i rujnuje Grubemu Charliemu życie. Pan Nancy pozostawił Grubemu Charliemu w spadku różne rzeczy. A wśród nich wysokiego, przystojnego nieznajomego, który zjawia się pewnego dnia przed drzwiami i twierdzi, że jest jego utraconym bratem. Bratem tak różnym od Grubego Charliego, jak noc różni się od dnia, bratem, który zamierza pokazać Charliemu, jak się wyluzować i zabawić... tak jak kiedyś ojciec. I nagle życie Grubego Charliego staje się aż nazbyt interesujące. Bo widzicie, jego ojciec nie był takim zwykłym ojcem, lecz Anansim, bogiem-oszustem. Anansim, buntowniczym duchem, zmieniającym porządek świata, tworzącym bogactwa z niczego i płatającym figle diabłu. Niektórzy twierdzili, że potrafił oszukać nawet Śmierć.
"Chłopaki Anansiego" to szalona przygoda, popis biegłości literackiej i urocza, zwariowana farsa, opowiadająca o tym, skąd pochodza bogowie - i jak przeżyć we własnej rodzinie.
TAJEMNA HISTORIA MOSKWY
Ekaterina Sedia
Tajemna historia Moskwy to pomysłowy koktajl złożony w równych częściach z Bułhakowa i Gaimana - mroczny, niepokojący, śmiały i cierpki, jaka może być tylko prawdziwa rosyjska literatura. W swojej powieści Ekaterina pełnymi garściami czerpie inspirację ze starych rosyjskich baśni i podań ludowych przy jednoczesnym umiejscowieniu historii we współczesnej Moskwie.
Każde miasto ma sekretne miejsca. Moskwa w burzliwych latach dziewięćdziesiątych XXw. nie jest inna, jej mieszkańcy szukają bezpieczeństwa w świecie pod ulicami - w mrocznym, otchłannym świecie magii, płaczących drzew i kawek albinosów, gdzie wypędzone pogańskie bóstwa i baśniowe stwory szepczą dziwne opowieści tym, którzy chcą słuchać. Galina jest młodą kobietą pochwyconą, jak ludzie jej współcześni, w pozorną anarchię nowej Rosji. W tym chaosie jej siostra Maria przemienia się w kawkę i odlatuje - co skłania Galinę do dołączenia do Jakowa, policjanta prowadzącego dochodzenie w sprawie lawiny zaginięć. Poszukiwania zaprowadzą ich do podziemnego królestwa prawd i archetypów, gdzie znajdą się pomiędzy rzeczywistością i mitem, przeszłością i teraźniejszością, honorem i zdradą - do tajemnej historii Moskwy.
NOCNY PATROL
Siergiej Łukjanienko
Współczesna Moskwa. Trwa tysiącletni rozejm między siłami Ciemności i Światła. W ramach Wielkiego Traktatu każda ze stron powołała do życia organa stojące na straży porządku. Tytułowy Nocny Patrol obserwuje poczynania sił Ciemności, by działały one zgodnie z traktatem. W ten sam sposób pracuje Dzienny Patrol, pilnujący, by dobro nie rozprzestrzeniało się na świat. Status quo zostanie utrzymany, póki któraś ze stron nie obejmie znaczącej przewagi lub nie złamie warunków porozumienia.
W sam środek "wojny" wrzucony zostaje świeżo upieczony strażnik Nocnego Patrolu - Anton. Nie zdaje sobie sprawy, że jego udział będzie znaczący w końcowym rozrachunku między siłami Ciemności i Światła.
Będzie musiał zadać sobie pytanie, czy aby na pewno stoi po właściwej stronie? Czy przeznaczenie można zmienić? Czy warto poświęcić miłość w imię wielkiej sprawy?
Od lat czekałam na zjawienie się wampirów w naszym miasteczku, aż nagle jeden z nich wszedł do baru.
Odkąd przed czterema laty wampiry wyszły z trumien (jak to wesoło ujmują), spodziewałam się, że któryś z nich prędzej czy później trafi do Bon Temps. Naszą małą mieścinę zamieszkiwali przedstawiciele wszystkich innych mniejszości... dlaczego zatem nie mieli tu żyć członkowie tej najświeższej, czyli prawnie uznani nieumarli? Do tej pory przecież wiejska północ Luizjany najwyraźniej niezbyt kusiła wampiry. Choć z drugiej strony, Nowy Orlean stanowił dla nich prawdziwe centrum. W końcu mieszkali w tym mieście bohaterowie powieści Anne Rice, zgadza się?
Z Bon Temps do Nowego Orleanu nie jedzie się długo i wszyscy goście naszego baru mawiają, że jeśli staniesz na rogu ulicy i rzucisz kamieniem, możesz przypadkiem trafić wampira. Chociaż... lepiej nie rzucać.
Ale ja czekałam na mojego własnego nieumarłego.
Muszę wam powiedzieć, że nie umawiam się zbyt często z mężczyznami. Nie dlatego, że nie jestem ładna. Jestem. Mam jasne włosy, niebieskie oczy, dwadzieścia pięć lat, długie nogi, spory biust i talię jak u osy. Wyglądam nieźle w letnim stroju kelnerki, który wybrał dla nas szef, Sam Merlotte: czarne szorty, biały podkoszulek, białe skarpetki, czarne adidasy.
Cierpię jednak z powodu pewnego... upośledzenia. Tak w każdym razie staram się nazywać swoje dziwactwo, czy też dar.
Klienci baru z kolei twierdzą po prostu, że jestem lekko stuknięta.
Niezależnie od tego, jak przedstawiają się moje problemy, rezultat jest taki sam - prawie nigdy nie chodzę na randki. Właśnie dlatego ogromne znaczenie mają dla mnie nawet najmniejsze przyjemności.
A on usiadł przy jednym z moich stolików... to znaczy wampir.
Natychmiast wiedziałam, kim jest. Zdziwiło mnie, że nikt inny się nie odwrócił i nie gapił na niego. Nie rozpoznali go! A ja tylko raz zerknęłam na tę bladą skórę i już wiedziałam, że to wampir.
Miałam ochotę tańczyć ze szczęścia, i, faktycznie, radośnie obróciłam się wokół własnej osi przy barze. Mój szef i właściciel baru "U Merlotte'a", Sam, podniósł wzrok znad drinka, który mieszał, i posłał mi krótki uśmiech. Chwyciłam swoją tacę i notesik, po czym podeszłam do stolika wampira. Miałam nadzieję, że jeszcze nie zlizałam sobie szminki z ust, a mój koński ogon ciągle wygląda porządnie. Byłam trochę spięta, ale czułam, że wargi rozciąga mi lekki uśmieszek.
Wampir wyglądał na zatopionego w myślach, toteż mogłam mu się dobrze przyjrzeć, zanim mnie zauważył. Oceniłam, że mierzy nieco powyżej metra osiemdziesięciu. Miał gęste, zaczesane gładko i opadające na kołnierz kasztanowe włosy, a jego długie baczki wydały mi się interesująco staromodne. Oczywiście był blady, no bo przecież był martwy... jeśli wierzyć starym opowieściom. Chociaż zgodnie z zasadami politycznej poprawności, które również wampiry publicznie respektowały, ten facet był jedynie ofiarą wirusa - z powodu którego pozostawał pozornie martwy przez kilka dni, a od czasu zarażenia reagował alergicznie na światło słoneczne, srebro i czosnek. Szczegóły tej teorii zmieniały się zresztą zależnie od gazety codziennej, w której pojawiał się artykuł na ten temat. A obecnie wszystkie dzienniki były pełne tekstów o wampirach.
Tak czy owak, "mój wampir" wargi miał śliczne, ostro wykrojone, a ciemne brwi wygięte w łuk. Jego nos przypomniał mi pewną bizantyjską mozaikę przedstawiającą jakiegoś księcia. Gdy nieumarły w końcu na mnie spojrzał, dostrzegłam, że tęczówki ma jeszcze ciemniejsze niż włosy, a białka niesamowicie białe.
- Co mogę panu podać? - spytałam, niewysłowienie szczęśliwa.
Uniósł brwi.
- Macie syntetyczną krew w butelkach? - spytał.
- Niestety, nie. Przykro mi! Sam złożył niedawno zamówienie, ale pewnie dostarczą ją dopiero w przyszłym tygodniu.
- W takim razie poproszę czerwone wino - powiedział głosem tak chłodnym i przejrzystym jak strumień płynący po gładkich kamieniach.
Głośno się roześmiałam. Sytuacja była niemal zbyt doskonała.
- Niech się pan nie przejmuje małą Sookie, dziewczyna jest, niestety, trochę stuknięta - dobiegł z ławy przy ścianie znajomy głos.
Natychmiast uszła ze mnie cała radość, mimo że na wargach nadal miałam uprzejmy uśmiech. Zaciekawiony wampir gapił się na mnie, obserwując, jak szczęście znika z mojej twarzy.
- Zaraz przyniosę pańskie wino - rzuciłam i odeszłam szybko, nawet nie zerknąwszy na zadowoloną gębę Macka Rattraya. Mack przychodził tu prawie każdej nocy wraz z żoną, Denise. Nazywałam ich Szczurzą Parką.
Odkąd przeprowadzili się do wynajętej przyczepy przy Four Tracks Corner, z całych sił starali się mnie gnębić. Miałam nadzieję, że wyniosą się z Bon Temps równie szybko, jak się tu zjawili.
Gdy po raz pierwszy weszli do "Merlotte'a", zachowałam się bardzo nieuprzejmie i podsłuchałam ich myśli. Wiem, że to paskudne posunięcie. Ale nieraz nudzę się jak wszyscy, więc chociaż przez większość czasu blokuję napływ wręcz wpychających się do mojej głowy myśli innych osób, to zdarza mi się ulec pokusie. Wiedziałam zatem o Rattrayach kilka rzeczy, których może nikt inny nie wiedział. Po pierwsze, odkryłam, że siedzieli kiedyś w więzieniu, chociaż nie znałam powodów. Po drugie, zorientowałam się, że Macka Rattraya naprawdę bawią własne paskudne myśli na temat ludzi przychodzących do naszego baru. A później znalazłam w myślach Denise informację, że dwa lata wcześniej porzuciła niemowlę, którego ojcem nie był Mack.
Poza tym Rattrayowie nie dawali napiwków!
Sam nalał kieliszek czerwonego wina stołowego, ale zanim postawił je na mojej tacy, zerknął ku stolikowi, przy którym siedział wampir. Kiedy ponownie spojrzał na mnie, uprzytomniłam sobie, że również wie, kim jest nasz klient.
Mój szef ma oczy błękitne niczym Paul Newman, moje natomiast są zamglone i szaroniebieskie. Sam też jest blondynem, ale jego mocne, gęste włosy mają odcień niemal gorącego, czerwonego złota. Zawsze jest trochę opalony i chociaż w ubraniu prezentuje się szczupło, widziałam go bez koszuli (gdy rozładowywał ciężarówkę), toteż wiem, że tułów ma całkiem muskularny. Nigdy nie słucham jego myśli, jest przecież moim pracodawcą. Wcześniej musiałam odejść z kilku miejsc, ponieważ odkryłam na temat moich szefów pewne szczegóły, których nie chciałam znać.
Teraz jednak Sam nic nie powiedział, tylko dał mi wino dla wampira. Sprawdziłam, czy kieliszek jest czysty i lśniący, po czym wróciłam do stolika mojego klienta.
- Proszę, oto pańskie wino - oświadczyłam z przesadną grzecznością i ostrożnie postawiłam kieliszek na stole dokładnie przed nieumarłym. Wampir spojrzał na mnie ponownie, a ja skorzystałam z okazji i zatonęłam w jego przepięknych oczach. - Na zdrowie - dodałam z dumą.
- Hej, Sookie! - wrzasnął za moimi plecami Mack Rattray. - Przynieś nam tu zaraz następny dzban piwa!
Westchnęłam i obróciłam się, by zabrać pusty dzban ze stolika Szczurów. Zauważyłam, że Denise prezentuje się dzisiejszego wieczoru doskonale w krótkim podkoszulku i szortach. Szopę kasztanowych włosów ułożyła w modny nieład na głowie. Denise właściwie nie była ładna, ale tak krzykliwa i pewna siebie, że rozmówca odkrywał jej braki dopiero po dłuższej chwili.
Sekundę później spostrzegłam ze zdziwieniem, że Rattrayowie przysiedli się do stolika wampira. Gawędzili z nim. Wampir nie mówił zbyt wiele, ale najwyraźniej nie zamierzał wstać i odejść.
- Popatrz na to! - rzuciłam z oburzeniem do Arlene, drugiej kelnerki.
Arlene jest rudowłosa, piegowata i dziesięć lat ode mnie starsza. Już cztery razy wychodziła za mąż, ma dwoje dzieci i od czasu do czasu odnoszę wrażenie, że mnie uważa za swoją trzecią latorośl.
- Nowy facet? - spytała bez większego zainteresowania.
Arlene spotyka się aktualnie z Rene Lenierem i chociaż mnie nie wydaje się on atrakcyjny, moja przyjaciółka wygląda na dość zadowoloną. O ile się nie mylę, Rene był wcześniej jej drugim mężem.
- Och, to wampir - odparłam, ponieważ musiałam się z kimś podzielić swym zachwytem.
- Naprawdę? Wampir u nas? No cóż, pomyślmy - oznajmiła z lekkim uśmiechem, sugerującym, że zdaje sobie sprawę z przepełniającej mnie radości. - Nie jest chyba jednak zbyt bystry, kochana, skoro zadaje się ze Szczurami. Z drugiej strony Denise nieźle się do niego wdzięczy.
Odkryłam, że Arlene ma rację. Arlene jest o wiele lepsza niż ja, jeśli chodzi o ocenę spraw męsko-damskich. Jest przecież ode mnie znacznie bardziej doświadczona.
Wampir był głodny. Słyszałam, że wynaleziona przez Japończyków syntetyczna krew wystarcza nieumarłym za pożywienie, jednakże w rzeczywistości nie zaspokajała ich głodu i dlatego nadal zdarzały się czasem "nieszczęśliwe wypadki" (to wampirzy eufemizm na określenie krwawych zabójstw dokonywanych na ludziach). A Denise Rattray gładziła sobie gardło, poruszała głową, wyginała szyję... Co za suka!
Nagle do baru wszedł mój brat, Jason. Podszedł wolnym krokiem i uściskał mnie. Jason wie, że kobiety lubią facetów, którzy są dobrzy dla członków swoich rodzin i uprzejmi dla osób w jakiś sposób upośledzonych, więc, ściskając mnie, zyskuje podwójne punkty. I to wcale nie dlatego, żeby musiał się przesadnie starać o popularność u płci przeciwnej. Wystarczy, że jest sobą, szczególnie że niezły z niego przystojniak. Na pewno potrafi być również złośliwy, ale większość kobiet jakoś tego nie zauważa.
- Hej, siostrzyczko, jak się miewa babcia?
- Bez zmian, czyli w porządku. Wpadnij do nas, to zobaczysz.
- Spoko. Która dziś przyszła solo?
- Och, sam poszukaj.
Gdy Jason zaczął się rozglądać, dostrzegłam tu i ówdzie pospieszne ruchy kobiecych rąk poprawiających włosy, bluzki, malujących usta...
- O rany. Widzę DeeAnne. Jest wolna?
- Przyszła z kierowcą ciężarówki z Hammond. Facet jest teraz w toalecie. Uważaj na niego.
Jason uśmiechnął się do mnie, a ja się zdumiałam, że inne kobiety nie dostrzegają samouwielbienia w tym uśmiechu. Gdy Jason wszedł do baru, nawet Arlene wygładziłą bluzkę, a jako osóbka czterokrotnie zamężna powinna nieco lepiej oceniać mężczyzn. Inna kelnerka, z którą pracowałam, Dawn, odrzuciła w tym momencie włosy do tyłu i wyprostowała się, prezentując sterczące cycki. Jason uprzejmie jej pomachał, ona zaś posłała mu pozornie drwiący uśmieszek. Dawn już jakiś czas temu zerwała z Jasonem, ale nadal pragnie, by mój brat ją dostrzegał.
Byłam naprawdę zajęta - w sobotni wieczór do "Merlotte'a" wpadali choć na chwilę niemal wszyscy mieszkańcy miasteczka - na moment straciłam więc z oczu mojego wampira. Kiedy w końcu znalazłam wolną chwilę i postanowiłam sprawdzić, co u niego, okazało się, że nadal rozmawia z Denise. Mack patrzył na niego z tak chciwą miną, że aż się zaniepokoiłam.
Podeszłam bliżej do ich stolika i wbiłam wzrok w Macka. Po chwili otworzyłam swój umysł na jego myśli i go "podsłuchałam".
Odkryłam, że Mack i Denise trafili do więzienia za "osuszanie" wampirów!
Okropnie się zdenerwowałam, ale mimo to automatycznie zaniosłam dzban piwa i kufle do stolika, przy którym siedziała czwórka hałaśliwych klientów.
Wampirza krew podobno chwilowo łagodzi symptomy niektórych chorób i zwiększa potencję seksualną (takie skrzyżowanie prednizonu i viagry), toteż istniał ogromny czarny rynek i wielkie zapotrzebowanie na prawdziwą, nie rozcieńczaną wampirzą krew. A gdzie jest popyt, tam są i dostawcy. I właśnie się dowiedziałam, że do tych dostawców należy wstrętna Szczurza Parka. Wciągali w pułapkę wampiry i osuszali ich ciała z krwi, którą później sprzedawali w małych fiolkach, po dwieście dolarów każda. Było to najbardziej poszukiwane lekarstwo od przynajmniej dwóch lat. I choć niejeden klient oszalał po wypiciu czystej wampirzej krwi, to czarnemu rynkowi bynajmniej coś takiego nie zaszkodziło.
Pozbawiony krwi wampir zazwyczaj nie egzystuje długo. Morderczy osuszacze zostawiali nieszczęsnych nieumarłych związanych, najczęściej po prostu porzucając ich ciała. Wschodzące słońce kończyło udrękę biednych istot. Od czasu do czasu można było przeczytać o zemście wampira, który zdołał się uwolnić i przeżyć. Wówczas osuszacze ginęli straszną śmiercią.
Nagle mój wampir podniósł się i ruszył wraz ze Szczurami ku drzwiom. Mack zauważył, że na nich patrzę. Widziałam, że zaskoczył go wyraz mojej twarzy, a jednak Rattray odwrócił się, zbywając mnie wzruszeniem ramion - gestem zarezerwowanym dla wszystkich wokół.
Jego reakcja mnie rozwścieczyła. Naprawdę mnie rozwścieczyła!
Zastanawiałam się, co robić, ale podczas gdy ja zmagałam się ze sobą, cała trójka znalazła się już na dworze. Czy wampir uwierzyłby mi, gdybym za nim pobiegła i powiedziała mu, co wiem? Przecież prawie nikt nie traktował poważnie moich umiejętności. A ci, którzy przypadkiem w nie uwierzyli, reagowali na mnie nienawiścią i strachem. Nie cierpieli mnie za to, że potrafię odczytać ich sekretne myśli. Arlene błagała mnie kiedyś, bym "zerknęła" w umysł jej czwartego męża, który kiedyś przyszedł po nią późnym wieczorem, podejrzewała bowiem, że mężczyzna zastanawia się, czy nie zostawić jej i dzieci. Nie zrobiłam tego, ponieważ nie chciałam stracić jedynej przyjaciółki. Właściwie nawet Arlene nie mogła mnie poprosić wprost, bo musiałaby głośno przyznać, że posiadam ów dar, to przekleństwo... A pozostali w ogóle nie chcieli przyjmować tego faktu do wiadomości. Woleli uważać mnie za wariatkę. Zresztą aż tak bardzo się nie mylili, bo moje zdolności telepatyczne czasem przyprawiały mnie niemal o szaleństwo!
Dlatego teraz zawahałam się, zmieszałam, przestraszyłam i rozgniewałam równocześnie. W następnej sekundzie jednak poczułam, że po prostu muszę działać. Dodatkowo sprowokowało mnie lekceważące spojrzenie, jakie posłał mi Mack.
Podeszłam do Jasona, który właśnie podrywał DeeAnne. Tę dziewczynę powszechnie uznawano za łatwą. Kierowca ciężarówki z Hammond siedział po jej drugiej stronie i patrzył na nią spode łba.
- Jasonie - odezwałam się ostro. Mój brat odwrócił się w moją stronę i posłał mi piorunujące spojrzenie. - Słuchaj, czy łańcuch nadal leży na pace twojego pikapa?
- Nigdy nie opuszczam domu bez niego - odparł powoli, badawczo mi się przyglądając. Wyraźnie usiłował odgadnąć z mojej miny, czy mam kłopoty. - Będziesz walczyć, Sookie?
Odpowiedziałam uśmiechem. Przyszło mi to łatwo, bo w pracy wiecznie się uśmiechałam.
- Mam nadzieję, że nie - odparłam pogodnie.
- A może potrzebujesz pomocy? - spytał.
Ostatecznie był moim bratem.
- Nie, dzięki - odrzekłam. Starałam się mówić spokojnym tonem. Odwróciłam się i podeszłam do Arlene. - Słuchaj - powiedziałam. - Muszę dziś trochę wcześniej wyjść. Przy moich stolikach niewiele się dzieje, możesz je za mnie obsłużyć? - Nie sądziłam, że kiedykolwiek poproszę Arlene o coś takiego, chociaż sama wielokrotnie ją zastępowałam. - Nie, nie, wszystko jest w najlepszym porządku - zapewniłam ją. - Prawdopodobnie zdążę wrócić. A jeśli posprzątasz tu za mnie, ja sprzątnę twoją przyczepę.
Przyjaciółka z entuzjazmem pokiwała głową z rudą grzywą.
Spojrzałam na Sama, potem wskazałam na drzwi dla personelu, na siebie i w końcu poruszając dwoma palcami, pokazałam, że wychodzę.
Mój szef kiwnął głową, choć nie wyglądał na zbyt szczęśliwego.
Wyszłam tylnymi drzwiami. Próbowałam iść po żwirze jak najciszej.
Parking dla pracowników znajduje się na tyłach baru. Trzeba przejść przez drzwi prowadzące do magazynu. Na parkingu stał samochód kucharki oraz auta Arlene, Dawn i moje. Po prawej stronie, nieco na wschód, przed przyczepą Sama parkował jego pikap.
Ze żwirowego parkingu dla personelu wyszłam na położony na zachód od baru, znacznie większy asfaltowy parking dla klientów. Polanę, na której stoi "Merlotte", otacza las, a obrzeża parkingu są głównie żwirowe. Sam dbał o dobre oświetlenie parkingu dla klientów. W blasku wysokich latarni teren wyglądał dość dziwnie.
Dostrzegłam wgnieciony bok sportowego czerwonego auta Szczurzej Parki, wiedziałam zatem, że oboje są blisko.
W końcu znalazłam pikap Jasona. Jego wóz jest czarny, po bokach przyozdobiony charakterystycznymi zawijasami w kolorach niebieskawozielonym i różowym. Tak, tak, mój brat uwielbia zwracać na siebie uwagę. Wsunęłam się przez tylną klapę i zaczęłam grzebać na pace, szukając łańcucha złożonego z grubych, podłużnych ogniw, który Jason woził na wypadek problemów. W końcu znalazłam łańcuch i zwinęłam go. Idąc, niosłam przyciśnięty do ciała, dzięki czemu nie pobrzękiwał.
Zastanowiłam się. Jedyne jako tako odosobnione miejsce, do którego Rattrayowie mogliby zaciągnąć wampira, znajdowało się na końcu parkingu, tam gdzie gałęzie drzew zwisały nisko nad samochodami. Skradałam się więc w tamtym kierunku, usiłując poruszać się w miarę szybko i zarazem cicho.
Co kilka sekund zatrzymywałam się i nasłuchiwałam. Wkrótce dotarł do mnie jęk i ściszone głosy. Przecisnęłam się między samochodami i zobaczyłam wszystkich troje dokładnie tam, gdzie się ich spodziewałam. Wampir leżał na ziemi na plecach, twarz miał wykrzywioną w straszliwym bólu, a błyszczący łańcuch więził jego przeguby i kostki. Srebro! Dwie małe fiolki z krwią leżały już na ziemi. Dostrzegłam, że Denise mocuje do igły nową probówkę próżniową. Opaska uciskowa wbijała się wampirowi okrutnie w ramię nad łokciem.
Osuszacze stali odwróceni do mnie plecami, wampir zaś jeszcze mnie nie dostrzegł. Poluźniłam zwinięty łańcuch, toteż prawie metr zwisał teraz swobodnie. Kogo zaatakować najpierw? - zastanowiłam się. Rattrayowie byli mali, ale niebezpieczni.
Przypomniałam sobie pogardliwe spojrzenie wychodzącego Macka i fakt, że nigdy nie dał mi napiwku. Tak, Mack będzie pierwszy.
Nigdy wcześniej z nikim się nie biłam i teraz odkryłam, że cieszę się czekającą mnie walką.
Wyskoczyłam zza czyjegoś pikapa, rozhuśtałam łańcuch i przejechałam nim po grzbiecie klęczącego obok ofiary Macka. Mężczyzna wrzasnął i zerwał się na równe nogi. Denise łypnęła na nas złowrogo, po czym zabrała się za zatykanie trzeciej fiolki. Mack sięgnął do buta, a gdy uniósł rękę, coś w niej błysnęło. Przełknęłam ślinę. Mack miał nóż.
- No, no, no - mruknęłam i posłałam mu kpiący uśmieszek.
- Ty stuknięta suko! - wrzasnął.
Sądząc z jego tonu, on również znajdował przyjemność w naszej potyczce. Byłam zbyt przejęta, by zablokować napływ jego myśli, toteż doskonale wiedziałam, co zamierza mi zrobić, i ten fakt naprawdę mnie rozzłościł. Ruszyłam ku przeciwnikowi, pragnąc zranić go jak najmocniej. Niestety, Mack był przygotowany i skoczył do przodu z nożem, gdy ja jeszcze wprawiałam łańcuch w ruch. Nóż na szczęście chybił, ledwie muskając moje ramię. Szarpnęłam łańcuch, który niczym czuła kochanka otulił chudą szyję Rattraya. Triumfalny krzyk mężczyzny prędko zamienił się w charkot. Mack upuścił nóż i zacisnął palce obu rąk na ogniwach. Dusząc się, upadł kolanami na betonowy chodnik, wyszarpując mi broń z dłoni.
Cóż, straciłam łańcuch Jasona. Jednakże błyskawicznie schyliłam się i sięgnęłam po nóż Rattraya, udając, że wiem, jak należy go użyć. Tymczasem ruszyła ku mnie Denise. W światłach i cieniach parkingu przypominała rozczochraną wiedźmę.
Widząc w moim ręku nóż męża, zatrzymała się w pół kroku. Klęła i pomstowała, wykrzykując straszne rzeczy. Czekałam, aż się zmęczy, po czym syknęłam:
- Wynocha. Ale już!
Kobieta patrzyła na mnie z nienawiścią. Spróbowała zgarnąć fiolki z krwią, ale warknęłam, każąc je zostawić. Podciągnęła zatem Macka do pionu. Mężczyzna nadal dusił się, charczał i trzymał za łańcuch. Denise niezdarnie zaciągnęła go do samochodu, po czym wepchnęła na siedzenie pasażera. Wyszarpnęła z kieszeni kluczyki i wsunęła się za kierownicę.
Odgłos uruchamianego silnika uprzytomnił mi nagle, że Szczury mają teraz inną broń. Szybciej niż kiedykolwiek w życiu pochyliłam się i szepnęłam wampirowi do ucha:
- Wstawaj!
Chwyciłam go pod pachy i z całych sił szarpnęłam w górę. Nieszczęśnik zrozumiał mnie, napiął mięśnie nóg i pozwolił się ciągnąć. Gdy z rykiem nadjechał ku nam czerwony samochód, znaleźliśmy się już między pierwszymi drzewami. Denise chybiła o niecały metr, musiała bowiem zboczyć, by nie wjechać na sosnę. Później usłyszałam, że głośny warkot silnika auta Szczurów cichnie w oddali.
- Świetnie - sapnęłam, po czym klęknęłam obok wampira, ponieważ ugięły się pode mną kolana.
Przez chwilę oddychałam ciężko i zbierałam siły. Wampir poruszył się lekko. Przyjrzałam mu się uważnie. Ku swojemu przerażeniu dostrzegłam smugi dymu unoszące się z jego przegubów, w miejscach gdzie dotykało ich srebro.
- Och, biedaku - jęknęłam.
Wściekałam się na siebie, że nie zatroszczyłam się o niego natychmiast. Nadal próbując złapać oddech, zaczęłam rozwijać cienkie paski srebra, które wyglądały, jakby były częścią bardzo długiego łańcucha.
- Biedne maleństwo - szeptałam, nie zastanawiając się, jak absurdalnie brzmią te słowa. Mam zwinne palce, dość prędko więc uwolniłam nadgarstki nieszczęśnika.
Zadałam sobie pytanie, w jaki sposób Szczurom udało się tak łatwo go podejść. Wyobrażając sobie tę scenkę, poczułam na policzkach rumieniec.
Wampir objął się rękoma, ja zaś zabrałam się za uwalnianie ze srebra jego kostek. Nogi nieumarłego wyglądały lepiej, gdyż Rattrayowie nie owinęli gołego ciała, tylko nogawki dżinsów.
- Przepraszam, że zjawiłam się tak późno - oznajmiłam ze szczerym smutkiem w głosie. - Poczujesz się lepiej za minutkę, prawda? Chcesz, żebym odeszła?
- Nie.
Poczułam się mile połechtana, w tym momencie jednak dodał:
- Mogą wrócić, a ja jeszcze nie mam siły walczyć. - Jego chłodny głos był nieco chropawy.
Zrobiłam kwaśną minę i kiedy wampir odzyskiwał siły, zaczęłam się bacznie rozglądać. Usiadłam plecami do niego, dając mu nieco prywatności. Wiem, jak skrępowana czuje się cierpiąca osoba, gdy ktoś się na nią gapi. Przykucnęłam i obserwowałam parking. Kilka samochodów odjechało, inne przyjechały, żaden jednak nie dotarł na kraniec parkingu obok nas. Z ruchu powietrza wokół siebie wywnioskowałam nagle, że wampir usiadł.
Nie odezwał się. Obróciłam głowę w lewo, by mu się przypatrzeć. Był bliżej mnie, niż sądziłam. Wbijał we mnie wzrok. Niestety, schował kły, co mnie trochę rozczarowało.
- Dziękuję - powiedział.
Wcale nie przejął się faktem, że uratowała go kobieta. Typowy facet.
Skoro okazywał mi tak niewiele wdzięczności, uznałam, że też mogę się zachować nieuprzejmie, i postanowiłam podsłuchać jego myśli.
Otworzyłam całkowicie umysł i... nie usłyszałam... nic.
- Och - powiedziałam, zszokowana. - Nie słyszę cię - dodałam bezwiednie, zupełnie nad sobą nie panując.
- Dziękuję! - powtórzył wampir głośniej, ruszając przesadnie wargami.
- Nie, nie o to mi chodzi... Słyszę, co mówisz, tyle że...
W tym momencie zrobiłam coś, czego normalnie nigdy bym nie zrobiła, ponieważ takie posunięcie było bezczelne i zbyt osobiste, a poza tym ujawniało fakt mojego "upośledzenia". A jednak odwróciłam się do wampira, położyłam ręce na jego bladych policzkach i przypatrzyłam mu się uważnie. Skupiłam całą swoją energię. I nic! Czułam się tak, jakbym dotąd przez cały czas musiała słuchać radia, równocześnie wielu stacji, których nawet nie trzeba było wybierać... A teraz nastawiam odbiornik na pewną częstotliwość i... nieoczekiwanie nie słyszę nic.
Było mi jak w niebie.
Oczy wampira przez moment rozszerzały się i ciemniały.
- Och, przepraszam cię - bąknęłam straszliwie zakłopotana.
Oderwałam ręce od jego twarzy i skierowałam wzrok na parking. Zaczęłam coś paplać o Macku i Denise, cały czas myśląc, jak cudownie byłoby mieć towarzysza, którego nie mogę usłyszeć, dopóki on sam nie postanowi czegoś powiedzieć. Jakież piękne było jego milczenie.
- Więc uznałam - ciągnęłam - że lepiej wyjdę i zobaczę, czy dobrze się miewasz - podsumowałam, nie pamiętając, co mu wcześniej mówiłam.
- Przyszłaś tu, żeby mnie uratować. Postąpiłaś bardzo odważnie - oświadczył głosem tak uwodzicielskim, że DeeAnne na moim miejscu wyskoczyłaby chyba ze swoich czerwonych nylonowych majtek.
- Przestań - mruknęłam. Odniosłam wrażenie, że z łomotem runęłam z chmur na ziemię.
Przez kilka sekund spoglądał na mnie ze zdumieniem, później jego blada twarz ponownie zobojętniała.
- Nie boisz się przebywać sam na sam z głodnym wampirem?
W tym pozornie żartobliwym pytaniu wychwyciłam groźną nutę.
- Ani trochę.
- Wychodzisz z założenia, że skoro przybyłaś mi z pomocą, jesteś bezpieczna? Sądzisz, że po tych wszystkich latach żywię jeszcze choćby uncję sentymentalnych uczuć? Wampiry często zwracają się przeciw osobom, które im ufają. Wiesz przecież, że nie ma w nas cech ludzkich.
- Również ludzie obracają się przeciwko tym, którzy im ufają - stwierdziłam. Czasem potrafię myśleć praktycznie. - Nie jestem kompletną idiotką - dodałam.
Uniosłam rękę i pokręciłam głową. Gdy wampir dochodził do siebie, zdążyłam owinąć sobie wokół szyi i ramion srebrne łańcuchy Szczurów.
Na ten widok wampir wyraźnie zadrżał.
- Ależ masz rozkoszną arterię w pachwinie - oznajmił, gdy się nieco uspokoił. Jego głos znów był kuszący, a gładkością przywodził na myśl aksamit.
- Nie mów takich wstrętnych rzeczy - zdenerwowałam się. - Nie będę tego słuchać.
Jeszcze raz popatrzyliśmy na siebie w milczeniu. Bałam się, że już nigdy go nie zobaczę. Ostatecznie, swej pierwszej wizyty w "Merlotcie" z pewnością nie mógł nazwać udaną. Starałam się więc chłonąć wszystkie szczegóły tego spotkania. Wiedziałam, że zachowam je w pamięci i będę wspominać przez długi czas. Będzie dla mnie czymś wspaniałym, skarbem... Miałam ochotę jeszcze raz dotknąć skóry wampira. Nie mogłam sobie przypomnieć, jaka jest w dotyku. Nie dotknęłam go jednak, nie pozwoliły mi na to dobre maniery. Poza tym bałam się, że nawet muśnięciem mogłabym skłonić wampira do kolejnych uwodzicielskich kłamstewek.
- Chciałabyś wypić krew, którą ze mnie ściągnęli? - spytał nieoczekiwanie. - W ten sposób okazałbym ci wdzięczność. - Wskazał na asfalt, gdzie leżały zatkane fiolki. - Moja krew wzbogaci twoje życie erotyczne i poprawi ci zdrowie.
- Jestem zdrowa jak koń - odparłam zgodnie z prawdą. - A życia erotycznego w ogóle nie mam. Zrób ze swoją krwią, co chcesz.
- Mogłabyś ją sprzedać - zasugerował.
Pomyślałam, że mnie sprawdza.
- Nie tknę jej - odcięłam się obrażona.
- Kim jesteś? - zapytał.
Sądząc po tym, jak na mnie patrzył, najprawdopodobniej przeglądał w głowie listę możliwości. Ku własnej przyjemności nadal nie słyszałam jego myśli.
- No cóż. Nazywam się Sookie Stackhouse i jestem kelnerką - odrzekłam. - A jak ty masz na imię? - Pytanie wydało mi się niewinne. Miałam nadzieję, że wampir nie uzna, że się narzucam.
- Bill - odpowiedział.
Zanim zdołałam się powstrzymać, roześmiałam się głośno.
- Wampir Bill! - Zarechotałam. - Sądziłam, że masz na imię Antoine, Basil albo Langford! Bill! - Od dawna tak się nie śmiałam. - No to na razie, Bill. Muszę wracać do pracy.
Na myśl o lokalu Sama Merlotte'a poczułam ponownie rozciągający moje usta zawodowy uśmiech. Położyłam dłoń na ramieniu Billa i wstałam. Ramię wampira okazało się twarde niczym skała, stanęłam więc na nogach tak szybko, że omal nie straciłam równowagi. Sprawdziłam, czy mam równo podciągnięte skarpetki, później obejrzałam resztę swojego stroju, szukając plam i dziur po walce ze Szczurami. Otrzepałam pośladki, bo przecież siedziałam na brudnym chodniku, po czym pomachałam Billowi i dziarsko ruszyłam przez parking.
Przemknęło mi przez myśl, że spędziłam bardzo interesujący wieczór. Byłam niemal tak wesoła jak uśmiech, który towarzyszył tym rozważaniom.
Tyle że... Jason wścieknie się na mnie za ten łańcuch.
***
Tej nocy po pracy pojechałam do domu odległego od baru zaledwie nieco ponad sześć kilometrów na południe. Wcześniej, po powrocie z parkingu, nie zastałam już w barze Jasona (ani DeeAnne), co mnie tylko ucieszyło. Zastanawiałam się nad wydarzeniami tego wieczoru, wracając do domu mojej babci, gdzie mieszkam. Stoi on tuż przed cmentarzem Tall Pines, przy którym skręca się w wąską dwupasmową drogę gminną. Dom ten zaczął budować mój praprapradziadek, który cenił sobie prywatność, więc aby dotrzeć do samego budynku, trzeba zjechać z gminnej drogi na dojazdową, przejechać przez niewielki lasek i dopiero za nim znajduje się polana, na której stoi dom.
Nie jest on szczególnie zabytkowy, ponieważ większość najstarszych elementów usunięto i zastąpiono nowymi, poza tym został oczywiście wyposażony w elektryczność, hydraulikę, izolację i wszystkie inne nowoczesne rozwiązania. Budynek ma nadal cynowy dach, który w słoneczne dni błyszczy oślepiająco. Gdy trzeba było go odnowić, chciałam położyć dachówkę, ale babcia się nie zgodziła. Chociaż ja płaciłam za remont, dom należy do niej, więc naturalnie znów zadaszono go warstwami cyny. Historyczny czy niehistoryczny, zamieszkałam w tym domu jako mniej więcej siedmiolatka, a wcześniej często go odwiedzałam, dlatego też bardzo go kocham. Jest duży, w zamyśle bowiem miał służyć całej rodzinie, toteż wydaje mi się zbyt wielki tylko dla babci i dla mnie. Ma obszerny front z otoczonym siatką gankiem i został otynkowany na biało, gdyż babcia jest absolutną tradycjonalistką.
Tej nocy przemierzyłam duży salon zastawiony podniszczonymi meblami porozmieszczanymi tak, jak nam było wygodnie, później przeszłam korytarzem i wkroczyłam do pierwszej sypialni po lewej, tej największej.
Moja babcia, Adele Hale Stackhouse, na wpół leżała na wysokim łóżku, opierając szczupłe ramiona na licznych poduszkach. Mimo ciepłej wiosennej nocy miała na sobie bawełnianą koszulę nocną z długimi rękawami. Lampka nocna była włączona, a babcia trzymała na kolanach książkę.
- Witaj - zagaiłam.
- Witaj, kochanie.
Moja babcia jest drobna i bardzo stara, ale nadal ma gęste włosy; są tak białe, że wydają się nieco zielonkawe. W dzień babcia nosi je zwinięte w kok, na noc jednak rozpuszcza je lub splata w warkocze.
Zerknęłam na okładkę książki.
- Znów czytasz Danielle Steel?
- Och, ta kobieta naprawdę potrafi opowiadać historie.
Babci sprawiało ogromną przyjemność czytanie powieści tej autorki, oglądanie mydlanych oper nakręconych według tych powieści (które babcia nazywała "historiami") oraz uczestnictwo w spotkaniach dziesiątków klubów, do których należała - jak mi się zdawało - przez całe swoje dorosłe życie. Ulubione kluby babci to Potomkowie Wybitnych Poległych i Towarzystwo Ogrodnicze Bon Temps.
- Zgadnij, co mi się przydarzyło dziś wieczorem - powiedziałam.
- Co? Umówiłaś się z kimś na randkę?
- Nie - odparłam, uśmiechając się. - Do mojego baru przyszedł wampir.
- Ojej, miał kły?
Wprawdzie widziałam, jak błyskały w światłach parkingu, kiedy biedaka osuszały Szczury, ale tej scenki nie zamierzałam babci opisywać.
- Och, na pewno, tyle że je schował.
- No, no, no, wampir tutaj, w Bon Temps. - Babcia radośnie wyszczerzyła zęby. - Pogryzł kogoś w barze?
- Nie, oczywiście, że nie! Po prostu usiadł i zamówił kieliszek czerwonego wina. Właściwie... zamówił wino, ale go nie wypił. Myślę, że po prostu potrzebował towarzystwa.
- Zastanawiam się, gdzie się zatrzymał.
- Prawdopodobnie nikomu nie zdradził miejsca swojego pobytu.
- Prawdopodobnie - przyznała babcia i na moment się zadumała. - Raczej nie. Spodobał ci się?
Odpowiedź na to pytanie okazała się trudna. Zastanawiałam się przez chwilę.
- Sama nie wiem. Był dość interesujący - odparłam ostrożnie.
- Bardzo chciałabym go poznać.
Nie zaskoczyło mnie, że babcia to powiedziała, ponieważ, choć w pewnych sprawach była tradycjonalistką, to niektórymi nowościami potrafiła się cieszyć nie mniej ode mnie. A w tej kwestii nie należała do reakcjonistek, które najchętniej zabroniłyby wampirom wstępu do miasta.
- Teraz jednak lepiej już zasnę. Ze zgaszeniem światła czekałam tylko na twój powrót do domu.
Pochyliłam się i cmoknęłam ją w policzek.
- Dobrej nocy - powiedziałam.
Wyszłam, przymknęłam jej drzwi i usłyszałam kliknięcie wyłączanej lampy. Ze swego legowiska wstała moja kotka, Tina, podeszła i otarła mi się o nogi. Podniosłam zwierzątko i przez moment tuliłam, po czym ułożyłam kotkę z powrotem do snu. Zerknęłam na zegar. Była prawie druga, uznałam więc, że też powinnam się położyć.
Mój pokój znajduje się po drugiej stronie korytarza. Zanim zasnęłam w nim po raz pierwszy po śmierci rodziców, babcia przeniosła meble z mojej sypialni w ich domu, dzięki czemu poczułam się tu swojsko. Nadal tu stały: pojedyncze łóżko, toaletka z pomalowanego na biało drewna i mała komoda.
Zapaliłam światło w sypialni, zamknęłam drzwi i zaczęłam się rozbierać. Miałam przynajmniej pięć par czarnych szortów i bardzo dużo białych koszulek z krótkim rękawem, bo łatwo się brudziły. A w mojej szufladzie tkwiło mnóstwo par białych skarpetek. Dzięki temu nie musiałam w nocy robić prania. Tego wieczoru byłam również zbyt zmęczona, żeby wziąć prysznic. Wyszczotkowałam więc tylko zęby, zmyłam makijaż, oklepałam twarz kremem nawilżającym i zdjęłam gumkę z końskiego ogona.
Wpełzłam do łóżka w mojej ulubionej, sięgającej prawie do kolan koszuli z Myszką Miki. Leżąc na boku, jak zawsze, rozkoszowałam się panującą w pokoju ciszą. Mózgi prawie wszystkich osób wyłączają się w tych późnonocnych godzinach, toteż słabną dręczące mnie wibracje i nie muszę walczyć z nacierającymi myślami innych ludzi. W takiej ciszy miałam wreszcie czas pomyśleć o ciemnych oczach wampira Billa, szybko jednak z wyczerpania zapadłam w głęboki sen.
***
Nazajutrz siedziałam w porze lunchu na frontowym podwórku i opalałam się na aluminiowym, składanym leżaku. Włożyłam moje ulubione białe bikini bez ramiączek, które okazało się nieco luźniejsze niż ubiegłego lata, z czego ucieszyłam się jak dziecko.
Potem usłyszałam odgłos nadjeżdżającego pojazdu, a chwilę później w odległości metra od moich stóp zatrzymał się pikap Jasona - owo czarne auto z charakterystycznymi symbolami w kolorach niebieskawozielonym i różowym po bokach.
Mój brat wyskoczył z wozu (czy wspomniałam, że jego samochód ma ogromne koła?) i podszedł do mnie. Nosił swoje zwykłe robocze ubranie: koszulę khaki i spodnie, do paska zaś miał przypiętą pochewkę z nożem - podobnie jak większość pracowników drogowych okręgu. Już po sposobie, w jaki szedł, wiedziałam, że jest rozdrażniony.
Założyłam ciemne okulary.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że biłaś się z Rattrayami wczoraj w nocy? - Mój brat opadł na aluminiowy leżak obok mojego. - Gdzie babcia? - dorzucił po chwili.
- Wiesza pranie - odparłam.
Babcia używała suszarni tylko w ostateczności i najchętniej wywieszała mokre ubrania na słońce. A sznur do bielizny wisiał oczywiście tam, gdzie powinien, czyli na podwórku za domem.
- Na lunch będą wiejskie smażone steki, słodkie ziemniaki i zielona fasolka, którą babcia osobiście sadziła w zeszłym roku - dodałam, starając się oderwać myśli Jasona od mojej bijatyki. Miałam nadzieję, że babcia nie zjawi się nagle. Nie chciałam, by usłyszała naszą rozmowę. - Mów cicho - przypomniałam mu.
- Rene Lenier nie mógł się doczekać, aż przyjdę dziś rano do pracy, żeby mi o tym powiedzieć. Chciał kupić trochę trawki, pojechał więc ubiegłej nocy do przyczepy Rattrayów. Denise nadjechała z drugiej strony tak wściekła, jakby zamierzała kogoś zabić. Rene mówił, że o mało go nie trzasnęła. Pomógł jej wnieść Macka do przyczepy, a potem zabrali go do szpitala w Monroe. - Jason obrzucił mnie oskarżycielskim spojrzeniem.
- Czy Rene ci powiedział, że Mack zaatakował mnie nożem? - spytałam, uznawszy ostrą ripostę za najlepszą odpowiedź. Czułam, że rozgoryczenie Jasona jest spowodowane w dużej mierze faktem, że usłyszał całą opowieść z ust osoby trzeciej.
- Jeśli Denise mu o tym powiedziała, to i tak nic mi nie wspomniał - odparł powoli mój brat. Dostrzegłam, że jego przystojna twarz ciemnieje z gniewu. - Rzucił się na ciebie z nożem?
- Tak. I musiałam się bronić - odparłam logicznie. - Zabrał też twój łańcuch. - Była to prawda, choć może troszeczkę zniekształcona. - Wróciłam do baru, bo chciałam ci o tym powiedzieć - ciągnęłam. - Niestety, gdy weszłam, odkryłam, że wyszedłeś już z DeeAnne. Zdecydowałam, że nie warto cię szukać po nocy. Wiedziałam zresztą, że jeżeli powiem ci o nożu, poczujesz się zobowiązany pojechać za nimi - dodałam dyplomatycznie. Było wiele prawdy w tym stwierdzeniu, ponieważ Jason strasznie lubi się bić.
- Po co, do diabła, w ogóle tam lazłaś? - spytał, lecz już się odprężył i czułam, że zaakceptował stan rzeczy.
- Wiedziałeś, że oprócz handlu narkotykami, Szczury zajmują się osuszaniem wampirów?
Teraz był zafascynowany.
- Nie... Naprawdę?
- No cóż, jeden z moich wczorajszych klientów był wampirem, a oni postanowili pozbawić go krwi na parkingu obok "Merlotte'a". Nie mogłam na to pozwolić!
- Tu, w Bon Temps, zjawił się jakiś wampir?
- Tak. Nawet jeśli człowiek nie ma ochoty przyjaźnić się z wampirami, nie może pozwolić śmieciom w rodzaju Szczurów na taką akcję. Osuszenie wampira nie jest podobne do odlania benzyny z baku auta! Te gnojki całkowicie wydrenowałyby go z krwi, a potem pozostawiły w lesie na pewną śmierć.
Chociaż Rattrayowie nie zdradzili mi swoich zamiarów, byłam skłonna się założyć, że Bill skończyłby w ten sposób. Mógłby zresztą skonać, nawet gdyby go czymś przykryli i nie spaliłoby go słońce, ponieważ (zgodnie z tym, co powiedział ktoś w programie Oprah Winfrey) osuszony wampir potrzebuje co najmniej dwudziestu lat na regenerację. I w takim przypadku musi się o niego zatroszczyć inny wampir.
- Wampir był w barze, kiedy tam siedziałem? - spytał zaskoczony Jason.
- Jasne. Brunet. Przy stoliku ze Szczurami.
Mój brat uśmiechnął się, słysząc, jak nazywam Rattrayów. Najwyraźniej nie zamierzał jednak kończyć rozmowy o ubiegłej nocy, jeszcze nie.
- Skąd wiedziałaś, że jest wampirem? - zapytał, spojrzawszy na mnie, ale natychmiast wyraźnie pożałował, że nie ugryzł się w język.
- Po prostu wiedziałam - odburknęłam swoim najbardziej kategorycznym tonem.
- No tak. - Na moment oboje się zamyśliliśmy. - W Homulce nie ma wampira - powiedział Jason w zadumie. Odchylił głowę, by złapać trochę słońca, a ja wiedziałam, że wchodzimy na niebezpieczny grunt.
- To prawda - zgodziłam się.
Homulka była miastem, którego Bon Temps serdecznie nienawidziło. Rywalizowaliśmy w futbolu, koszykówce i historycznym znaczeniu dla przyszłych pokoleń.
- Ani w Roedale - odezwała się za naszymi plecami babcia.
Jason i ja aż podskoczyliśmy. Doceniam mojego brata za to, że od razu podchodzi i ściska babcię za każdym razem, kiedy ją widzi.
- Babciu, wystarczy obiadu i dla mnie?
- Starczyłoby jeszcze dla dwóch takich chłopa - odparła, uśmiechając się do wnuka. Dostrzegała jego wady (tak jak i moje), ale bardzo go kochała. - Właśnie dzwoniła do mnie Everlee Mason i powiedziała, że ubiegłej nocy poderwałeś DeeAnne.
- O rany, w tym mieście nie można się ruszyć, żeby nie dowiedzieli się o tym wszyscy mieszkańcy - odburknął Jason, choć wcale się nie gniewał.
- Ta DeeAnne - kontynuowała babcia ostrzegawczym tonem, gdy wszyscy ruszyliśmy w stronę domu - była kiedyś w ciąży. Słyszałam przynajmniej o jednym razie. Uważaj, wnusiu, żeby tobie nie wykręciła takiego numeru, bo będziesz płacił do końca życia. Z drugiej strony, może tylko w ten sposób doczekam się prawnuka!
Jedzenie czekało już na stole, toteż gdy Jason powiesił swój kapelusz, usiedliśmy i zmówiliśmy modlitwę. Później babcia i mój brat zaczęli plotkować (nazywają takie gadki "wymianą najnowszych informacji") o ludziach z naszego małego miasteczka i całej gminy. Jason pracuje dla stanu, dozorując ekipy drogowe. Odnosiłam wrażenie, że jego dzień składa się z przemierzania dróg stanowym pikapem... a kiedy skończy pracę, przez całą noc jeździ własnym pikapem. Członkiem jednej z roboczych załóg, których pracę Jason kontroluje, jest Rene. Chodzili razem do szkoły średniej. Sporo się wtedy wałęsali z Hoytem Fortenberrym.
- Sookie, musiałem wymienić w domu bojler - oświadczył nagle mój brat.
Jason nadal mieszka w starym domu naszych rodziców, tym samym, w którym mieszkaliśmy całą czwórką, zanim zginęli w powodzi. Potem zamieszkaliśmy z babcią, ale kiedy mój brat ukończył drugi rok college'u i zaczął pracować dla stanu, wrócił do tamtego domu, który według dokumentów należy w połowie do mnie.
- Potrzebujesz pieniędzy? - spytałam.
- Nie, nie, mam.
Oboje zarabiamy, mamy jednak także niewielki dochód z funduszu ustanowionego w okresie, kiedy na terenie posiadłości naszych rodziców znaleziono ropę i dokonano odwiertów. Ropa wyczerpała się wprawdzie po kilku latach, moi rodzice jednak, a później babcia, dopilnowali, żeby pieniądze zostały odpowiednio zainwestowane. Jasonowi i mnie ten fundusz bardzo ułatwił życie. Nie wiem zresztą, jak babcia zdołałaby nas wychować bez tych dodatkowych pieniędzy. Postanowiła nie sprzedawać ani kawałka z posiadanej przez nas ziemi, a przecież miała jedynie emeryturę. To jeden z powodów, dla których nie mam własnego mieszkania. Skoro mieszkamy razem, babcia zgadza się, że ja kupuję rozmaite produkty, gdybym jednak mieszkała osobno, przynosiła jej artykuły spożywcze i kładła je na stół, a następnie wracała do swojego domu, babcia uznałaby moje postępowanie za objaw dobroczynności, która by ją rozwścieczyła.
- Jaki rodzaj wybrałeś? - spytałam ot tak, dla okazania zainteresowania.
Jason ma fioła na punkcie rozmaitych urządzeń i aż się palił, żeby szczegółowo opisać swoje poszukiwania nowego bojlera. Słuchałam z największą uwagą, do jakiej potrafiłam się zmusić.
Nagle mój brat zmienił temat.
- Hej, Sookie, pamiętasz Maudette Pickens?
- Pewnie - przyznałam zaskoczona. - Skończyłyśmy tę samą klasę.
- Ktoś ją zabił. Została znaleziona w jej mieszkaniu.
To stwierdzenie przykuło uwagę babci i moją.
- Kiedy? - spytała babcia, zaskoczona, że jeszcze nikt jej o tym fakcie nie powiadomił.
- Znaleźli ją dziś rano w sypialni. Jej szef próbował się do niej dodzwonić i spytać, dlaczego nie zjawiła się w pracy ani wczoraj, ani dzisiaj, a ponieważ nie odbierała telefonu, podjechał do niej i nakłonił gospodarza domu do pomocy. Ten otworzył drzwi i weszli. Wiesz, że mieszkała naprzeciwko DeeAnne?
Bon Temps ma tylko jeden kompleks mieszkaniowy z prawdziwego zdarzenia, złożony z trzech dwupiętrowych budynków ustawionych w kształt litery "U", toteż wiedzieliśmy dokładnie, które domy Jason ma na myśli.
- Tam ją zabito? - Poczułam się źle.
Doskonale pamiętałam Maudette. Miała wydatną szczękę, klocowaty tyłek, ładne czarne włosy i muskularne ramiona. Była guzdrałą, którą trudno byłoby nazwać bystrą czy ambitną. Przypomniałam sobie, że pracowała chyba w Grabbit Kwik - sklepie ogólnospożywczym na stacji benzynowej.
- Tak, przypuszczam, że pracowała tam przynajmniej od roku - potwierdził Jason, gdy go o to spytałam.
- Jak to się stało? - Moja babcia miała ciekawską, wręcz natarczywą minę, z jaką mili ludzie pytają o złe wiadomości.
- Na... hm... na wewnętrznych stronach jej ud znaleziono kilka ugryzień... Ugryzień wampira - oświadczył mój brat, wpatrując się w swój talerz. - Jednak nie od nich umarła. Uduszono ją. DeeAnne twierdzi, że kiedy Maudette miała kilka dni wolnego, lubiła jeździć do tego wampirzego baru w Shreveport, może więc właśnie tam ktoś ją ugryzł. Może wcale nie zrobił tego wampir Sookie.
- Maudette należała do miłośniczek kłów? - Poczułam napływ mdłości, wyobraziwszy sobie tę flegmatyczną, przysadzistą dziewczynę wciśniętą w egzotyczne czarne sukienki, jakie uwielbiają wampiry.
- A cóż ten termin oznacza? - spytała babcia. Pewnie tęskniła za starym programem "Sally Jessy Raphael", w którym badano nieznane jeszcze wówczas zjawisko wampiryzmu.
- Tak się nazywa mężczyzn i kobiety, którzy kręcą się wokół wampirów i lubią być przez nich... gryzieni. Miłośnicy wampirów. Sądzę, że nie żyją długo, gdyż zbyt często dają się kąsać, toteż prędzej czy później szkodzi im jedno ugryzienie za dużo.
- Ale ugryzienie przez wampira nie zabiło Maudette. - Babcia chciała się upewnić, czy dobrze zrozumiała.
- Nie, została uduszona. - Jason zabrał się za dokończenie lunchu.
- Czy ty nie tankujesz zawsze na Grabbit? - rzuciłam.
- Jasne. Podobnie jak mnóstwo osób.
- A nie spotykałeś się przypadkiem kiedyś z Maudette? - spytała babcia.
- No cóż, można to tak ująć - odparł ostrożnie mój brat.
Uznałam, że pewnie sypiał z Maudette, jeżeli akurat nie mógł znaleźć innej panienki.
- Mam nadzieję, że szeryf nie będzie cię chciał przesłuchać - mruknęła babcia, potrząsając głową, jakby sugerowała, że prawdopodobnie, niestety, jednak do tego dojdzie.
- Co takiego?! - Jason zarumienił się, patrząc spode łba.
- No wiesz, widujesz Maudette w sklepie podczas każdego tankowania, potem... że tak powiem... umawiasz się z nią, a w końcu dziewczynę znajdują martwą w jej mieszkaniu, które znasz - podsumowałam.
Fakty nie były szczególnie obciążające, ale łączyły się w logiczną całość, a ponieważ w Bon Temps dokonywano naprawdę niewielu zbrodni, sądziłam, że podczas śledztwa policja obróci każdy kamień i przepyta każdego podejrzanego.
- Nie ja jeden się z nią spotykałem. Wielu facetów kupuje tam benzynę i wszyscy znają Maudette.
- Tak, lecz w jakim sensie? - spytała babcia otwarcie. - Chyba nie była prostytutką, co? Policja na pewno dokładnie sprawdzi, z kim się widywała.
- Nie była prostytutką, po prostu lubiła się zabawić.
Miło ze strony Jasona, że bronił tej dziewczyny, szczególnie że znałam jego samolubny charakterek. Zaczęłam myśleć nieco cieplej o swoim starszym bracie.
- Przypuszczam, że była trochę samotna - dodał. - W tym momencie spojrzał na nas obie i odkrył, że jesteśmy zaskoczone i wzruszone. - Skoro mowa o prostytutkach - dorzucił pospiesznie - jest w Monroe taka jedna, która specjalizuje się w wampirach. Ma ochroniarza, na wypadek gdyby któryś klient posunął się za daleko. Dziewczyna pije syntetyczną krew, by się nie nabawić anemii.
Zręcznie zmienił temat, toteż babcia i ja zadumałyśmy się nad pytaniem, które mogłybyśmy zadać bez posądzenia nas o nieprzyzwoitość.
- Zastanawiam się, ile bierze - zaryzykowałam, a kiedy Jason podał zasłyszaną sumę, obie przez chwilę łapałyśmy oddech.
Odkąd porzuciłyśmy kwestię morderstwa Maudette, lunch potoczył się jak zwykle. Jason popatrywał na zegarek, aż w końcu oświadczył, że musi już jechać - dokładnie w chwili, gdy trzeba się było zabrać za zmywanie.
Później okazało się, że babcia nadal myśli o wampirach. Weszła do mojego pokoju, kiedy malowałam się przed wyjściem do pracy.
- Ile lat miał twoim zdaniem wampir, którego poznałaś?
- Nie mam najmniejszego pojęcia, babciu. - Malowałam rzęsy tuszem, wytrzeszczałam więc oczy i usiłowałam siedzieć nieruchomo, żeby nie wbić sobie w oko spiralki. Z tego też względu mój głos zabrzmiał zabawnie, jakbym brała udział w zdjęciach próbnych do horroru.
- Sądzisz... że mógłby pamiętać wojnę?
Nie musiałam pytać, o którą wojnę jej chodziło. Ostatecznie, babcia była członkinią klubu o nazwie Potomkowie Wybitnych Poległych.
- Możliwe - odparłam, odwracając twarz i porównując w lustrze oba uróżowane policzki.
- Myślisz, że mógłby przyjść i porozmawiać z nami o niej? Zorganizowalibyśmy specjalne zebranie.
- W nocy - przypomniałam jej.
- Och, tak, musiałoby się odbyć w nocy.
Potomkowie zwykle zbierali się w bibliotece w południe. Na spotkania przynosili torebki z lunchem.
Zastanowiłam się. Niegrzecznie byłoby sugerować wprost wampirowi, że powinien porozmawiać z członkami klubu babci, ponieważ uratowałam jego skórę przed osuszaczami, może jednak zaproponuje mi to sam, jeśli mu o tym wspomnę? Pomysł nie bardzo mi się podobał, ale postanowiłam zrobić babci przyjemność.
- Spytam go, gdy się następnym razem pojawi - obiecałam.
- Mógłby porozmawiać przynajmniej ze mną. Może nagram na taśmę jego wspomnienia? - Babcia się zamyśliła, podniecona tym śmiałym pomysłem. - Taki wywiad byłby interesujący dla pozostałych członków klubu - dodała.
Musiałam mocno nad sobą panować, żeby się nie roześmiać.
- Podsunę mu tę myśl - obiecałam. - Zobaczymy.
Wyszłam, zostawiając babcię w stanie rozmarzenia.
***
Nie przyszło mi do głowy, że Rene Lenier pójdzie do Sama i opowie mu o mojej ubiegłonocnej potyczce na parkingu. A przecież wiedziałam, że straszny z niego plotkarz. Gdy tego popołudnia weszłam do baru, uznałam, że niepokój, który wyczułam w powietrzu, wiąże się z zabójstwem Maudette. Okazało się jednak, że przyczyna jest inna.
Kiedy mój szef mnie zobaczył, natychmiast zaciągnął mnie do magazynu. Niemal podskakiwał z gniewu. Zmierzył mnie ostrym spojrzeniem od stóp do głów.
Sam Merlotte nigdy przedtem nie wściekał się na mnie i wkrótce byłam o krok od łez.
- A jeśli uważasz, że jakiś klient jest w niebezpieczeństwie - dodał - powiedz to mnie. Takimi sprawami zajmuję się ja, nie ty - powtórzył po raz szósty, ja zaś wreszcie zrozumiałam, że Sam boi się o mnie.
Z całych sił powstrzymywałam się przed "podsłuchaniem" go. Wsłuchiwanie się w myśli własnego szefa zwykle prowadzi do katastrofy. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, by poprosić Sama... czy kogokolwiek innego... o pomoc.
- A jeżeli masz pewność, że ktoś kogoś krzywdzi na naszym parkingu, niech twoim następnym ruchem będzie zatelefonowanie na policję, a nie samotne wychodzenie i stawianie czoła napastnikom... niczym jakiś samozwańczy obrońca uciśnionych! - Irytował się. Jego ładna cera, zawsze lekko rumiana, była teraz czerwieńsza niż zwykle, a sztywne, złote włosy sterczały osobliwie rozczochrane.
- W porządku - oznajmiłam, starając się zapanować nad głosem. Wytrzeszczyłam oczy, powstrzymując napływające łzy. - Wyrzucisz mnie?
- Och nie! Nie! - krzyknął. Najwyraźniej jeszcze bardziej się wkurzył. - Nie chcę cię stracić!
Chwycił mnie za ramiona i lekko mną potrząsnął. Potem stał, patrząc na mnie szeroko otwartymi niebieskimi oczyma. Czułam buchającą od niego falę gorąca. Czyjś dotyk zwiększa moje "upośledzenie", trudniej mi wtedy walczyć z napływem myśli dotykającego. Przez długą chwilę patrzyłam szefowi w oczy, po czym przypomniałam sobie, kim jest, i odskoczyłam w tył. Jego ręce opadły.
Odwróciłam się i wystraszona wyszłam z magazynu.
Dowiedziałam się kilku niepokojących rzeczy. Na przykład, że Sam mnie pragnie! A poza tym nie słyszałam jego myśli tak wyraźnie jak myśli innych ludzi. Przez moją głowę przepływały fale jego wrażeń i emocji, jednak żadne konkretne słowa. Bardziej podejrzewałam jego myśli, niż je słyszałam.
Jak wykorzystałam nowo zdobyte informacje na jego temat?
Absolutnie nijak.
Nigdy wcześniej nie spojrzałam na Sama jak na mężczyznę, z którym można pójść do łóżka... albo przynajmniej na takiego, z którym ja mogłabym pójść do łóżka. Stało się tak z wielu powodów, z których najprostszy był taki, że nigdy na żadnego mężczyznę nie popatrzyłam w taki sposób, ponieważ... hm... nie mam hormonów... Nie, rany, jak każda kobieta mam hormony, tyle że nie dopuszczam ich do głosu, jako że seks wydaje mi się prawdziwą katastrofą - możecie sobie wyobrazić, że słyszycie wszystko, co myśli wasz partner?
Na przykład: "Ależ ona ma ciekawy pieprzyk", "Jej tyłek jest trochę za wielki", "Szkoda, że przesuwa się trochę za bardzo na prawo", "Dlaczego ta dziewucha nie pojmuje moich aluzji?".
Macie pojęcie?! Wierzcie mi, takie "teksty" osłabiłyby libido każdego. A podczas uprawiania seksu po prostu nie sposób się pilnować i blokować napływ cudzych myśli.
Poza tym istniały inne przyczyny. Lubię Sama jako szefa i lubię swoją pracę, dzięki której wychodzę z domu, ruszam się, zarabiam i spotykam z ludźmi. W przeciwnym razie - tak jak się obawia moja babcia - zmieniłabym się w samotniczkę. Praca w biurze byłaby dla mnie trudna, a college musiałam rzucić z powodu stałej wymuszonej i nieubłaganej koncentracji. Zajęcia po prostu mnie wykańczały.
W obecnej chwili musiałam przetrawić falę pożądania, która napłynęła od Sama. Przecież nie wysunął pod moim adresem żadnej propozycji ani nie rzucił mnie na podłogę magazynu. Czułam tylko emocje Sama i jeśli chciałam, mogłam je zignorować. Zdałam sobie sprawę z jego delikatności i zadałam sobie pytanie, czy mój szef dotknąłby mnie celowo, gdyby wiedział o moich zdolnościach.
Później starałam się nie zostawać z nim sam na sam, musiałam jednak przyznać, że przez całą zmianę byłam zaistniałą sytuacją poruszona.
***
Następne dwie noce były lepsze. Ja i Sam Merlotte wróciliśmy do naszej przyjemnej, przyjacielskiej relacji. Odczułam ulgę. Choć równocześnie byłam trochę rozczarowana. Z drugiej strony, nieźle się w tym czasie napracowałam, gdyż wiadomość o morderstwie Maudette ściągnęła do "Merlotte'a" dodatkowych klientów. Po Bon Temps krążyły najrozmaitsze plotki, a ekipa "Wiadomości ze Shreveport" nakręciła krótki reportaż na temat przerażającej śmierci Maudette Picken. Nie wzięłam udziału w jej pogrzebie, moja babcia natomiast poszła na niego i powiedziała mi później, że w kościele panował straszliwy tłok. Biedna kluskowata Maudette o pokąsanych udach... Dziewczyna okazała się bardziej interesująca po śmierci niż za życia.
Miałam wziąć dwa dni wolnego i martwiłam się, że przeoczę kolejną wizytę wampira Billa w barze. A przecież musiałam mu przekazać prośbę babci. Na razie Bill nie zjawił się w "Merlotcie" i zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek tu wróci.
Mack i Denise też przestali przychodzić do lokalu Sama, natomiast Rene Lenier i Hoyt Fortenberry poinformowali mnie, że Szczurza Parka poprzysięgła mi okropną zemstę. Nie powiem, żeby ta informacja szczególnie mnie przestraszyła. Pełno takich kryminalnych śmieci kręci się po autostradach i parkingach Ameryki. Ci ludzie nie mają dość inteligencji i moralności, by się osiedlić w jednym miejscu i zacząć produktywne życie. Takie osoby jak Rattrayowie nigdy nie zrobili niczego dobrego dla świata i nijak nie wybili się ponad przeciętność. Z tej też przyczyny zbyłam ostrzeżenia Rene wzruszeniem ramion.
On jednak na pewno przekazywał mi je z przyjemnością. Lenier jest równie niski jak Sam, tyle że Sam to rumiany blondyn. Rene zaś jest śniady i ma na głowie rozczochraną szopę gęstych szpakowatych włosów. Często wpada do baru wypić piwo i odwiedzić Arlene, ponieważ (co lubi podkreślać w rozmowach ze wszystkimi gośćmi "Merlotte'a") jest ona jego ulubioną eksżoną. A miał ich trzy.
Hoyt Fortenberry jest znacznie mniej wyrazisty niż Rene. Ani ciemny, ani jasny, ani duży, ani mały. Zawsze wydawał mi się wesoły i zawsze dawał przyzwoite napiwki. Podziwiał mojego brata Jasona znacznie bardziej - przynajmniej w mojej opinii - niż Jason sobie na to zasłużył.
Cieszyłam się, że Rene i Hoyta nie było w barze tej nocy, gdy powrócił wampir Bill.
Usiadł przy tym samym stoliku co przedtem. Gdy przed nim stanęłam, poczułam się trochę onieśmielona. Stwierdziłam, że w myślach zapomniałam o prawie niedostrzegalnej łunie, jaka biła od jego skóry. Wyolbrzymiłam natomiast jego wzrost i wyraźną linię ust.
- Czym mogę służyć? - spytałam.
Popatrzył na mnie, a ja uprzytomniłam sobie, że zapomniałam o głębi jego oczu. Nie uśmiechał się ani nie mrugał, po prostu siedział nieruchomo. Powtórnie ucieszył mnie fakt, że nie słyszę jego myśli. Przestałam się bronić przed siłą jego umysłu i natychmiast się odprężyłam. Poczułam się tak dobrze jak po masażu (tak przypuszczam).
- Kim jesteś? - spytał mnie. Już drugi raz.
- Kelnerką - odparłam, znów udając, że go nie rozumiem. Odkryłam, że mój uprzejmy uśmiech wrócił na swoje miejsce, ja zaś powróciłam do rzeczywistości.
- Czerwone wino - zamówił wampir. Jeśli był rozczarowany, nie dosłyszałam tego w jego głosie.
- Oczywiście - odparłam. - Syntetyczną krew przywiozą prawdopodobnie jutro. Słuchaj, mogę z tobą porozmawiać po pracy? Chciałabym cię poprosić o przysługę.
- Jasne. Mam u ciebie dług. - Wyraźnie nie był z tego powodu szczęśliwy.
- Nie, nie, nie proszę o przysługę dla mnie! - Zdenerwowałam się. - Chodzi o moją babcię. Jeśli będziesz na nogach... a pewnie będziesz... gdy skończę pracę o pierwszej trzydzieści, może poczekasz na mnie przy drzwiach dla personelu? Tych z tyłu baru. - Kiwnęłam głową, wskazując miejsce. Kiedy mój koński ogon podskoczył, Bill powiódł za nim wzrokiem.
- Będę zachwycony.
Nie wiedziałam, czy przemawia przez niego kurtuazja, która zdaniem babci charakteryzowała ludzi w dawnych czasach, czy też otwarcie sobie ze mnie kpi.
Oparłam się pokusie pokazania mu języka bądź prychnięcia. Bez słowa odwróciłam się na pięcie i pomaszerowałam do kontuaru. Kiedy przyniosłam wino, wampir dał mi dwudziestoprocentowy napiwek. Nieco później zerknęłam na jego stolik i odkryłam, że Billa już nie ma. Zastanawiałam się, czy dotrzyma słowa i zjawi się pod drzwiami.
Arlene i Dawn zniknęły, zanim zdążyłam się przygotować do wyjścia. Ociągałam się z kilku powodów; głównie dlatego że wszystkie serwetniki w obsługiwanym przeze mnie sektorze okazały się w połowie puste. W końcu wyjęłam torebkę z zamkniętej szafki w biurze Sama, gdzie zostawiam swoje rzeczy na czas pracy, i powiedziałam mojemu szefowi "do widzenia". Nie widziałam go, tylko słyszałam szum wody i postukiwanie w męskiej toalecie, domyśliłam się więc, że Sam próbuje prawdopodobnie naprawić nieszczelną spłuczkę. Na sekundę wstąpiłam do damskiej, by poprawić włosy i makijaż.
Gdy wyszłam na dwór, zauważyłam, że Sam wyłączył już światła na parkingu dla gości. Parking dla pracowników z kolei oświetlało jedynie światełko na słupie energetycznym przed przyczepą mojego szefa.
Ku uciesze Arlene i Dawn, Sam ogrodził przyczepę siatką i posadził wzdłuż niej bukszpan. Obie kelnerki stale się naśmiewały z równej linii żywopłotu.
Ja uważałam go za ładny.
Samochód Sama stał jak zwykle zaparkowany przed jego przyczepą, na parkingu zostało więc jedynie moje auto.
Przeciągnęłam się i rozejrzałam. Nigdzie nie dostrzegłam wampira Billa. Zaskoczyło mnie, że poczułam tak wielkie rozczarowanie. Oczekiwałam, że zachowa się uprzejmie, mimo że nie miał do mojej prośby serca... Ale czy Bill w ogóle miał serce?
Może, pomyślałam z uśmiechem, wyskoczy zza któregoś drzewa albo pojawi się nagle przede mną znikąd w czarnej pelerynie z czerwonymi pasami po bokach.
Nic takiego się jednak nie zdarzyło, powlokłam się więc do swojego auta.
Liczyłam na niespodziankę, lecz nie na taką!
Zza mojego auta wyskoczył ni mniej, ni więcej tylko Mack Rattray i rąbnął mnie w szczękę. Cios był silny, więc padłam na żwir niczym worek cementu. Upadając, krzyknęłam. Niestety, kontakt z podłożem nie tylko spowodował otarcia na skórze, lecz także utratę tchu. Dosłownie uszło ze mnie całe powietrze, leżałam więc przez moment milcząca i bezradna. Później dostrzegłam Denise, która akurat zamachnęła się ciężkim butem. Zdążyłam się zwinąć w pozycję płodową, gdy Rattrayowie zaczęli mnie kopać.
Ból był nieunikniony, natychmiastowy i intensywny. A ponieważ instynktownie zakryłam twarz rękoma, uderzenia spadały na moje przedramiona, nogi i pośladki.
Podczas przyjmowania pierwszych ciosów miałam pewność, że napastnicy szybko przerwą atak, wysyczą kilka ostrzegawczych słów i przekleństw pod moim adresem, po czym odejdą. Pamiętam jednak chwilę, w której zrozumiałam, że Szczury postanowiły mnie zabić.
Mogłam leżeć biernie i inkasować ciosy, na pewno jednak nie zamierzałam dać się zatłuc!
Przy następnym zamachu do kopniaka zrobiłam wypad, chwyciłam kopiącą nogę i przytrzymałam z całych sił. Próbowałam ugryźć, starając się stawić choć minimalny opór. Nie byłam nawet pewna, czyją nogę ściskam.
Wtedy usłyszałam za plecami warczenie.
Och, nie, przyprowadzili ze sobą psa, pomyślałam.
Warczenie było zdecydowanie wrogie. Gdybym miała czas na pokaz emocji, zapewne włosy stanęłyby mi na głowie dęba.
Zaliczyłam jeszcze jednego kopniaka w kręgosłup i nagle bicie ustało.
Niestety, ostatni kopniak okazał się strasznie mocny. Z moich ust wydobywało się teraz rzężenie i osobliwy gulgot, które najwyraźniej pochodziły z płuc.
- Co to, do diabła, jest? - spytał Mack Rattray. W jego głosie było słychać przerażenie.
Znów usłyszałam warczenie, tym razem bliżej, tuż za sobą. A z innej strony dotarły do mnie kolejne odgłosy - złowrogie pomruki. Denise zaczęła lamentować, Mack głośno przeklinał. Denise wyszarpnęła nogę z uścisku i moje ręce klapnęły bezwładnie na ziemię. Odniosłam wrażenie, że straciłam nad nimi wszelką kontrolę. Choć w głowie czułam łupanie, wiedziałam na pewno, że mam złamaną prawą rękę. Na twarzy czułam wilgoć. Bałam się dalej szacować swoje obrażenia.
Teraz Mack już wrzeszczał, po chwili zawtórowała mu Denise. Coś się wokół mnie działo, nie miałam jednak pojęcia co. Dostrzegałam tylko swoją złamaną rękę i sponiewierane kolana. Oraz ciemność pod moim samochodem.
Jakiś czas później zaległa cisza. Gdzieś za mną zaskowyczał pies. Zimny nos szturchnął moje ucho, a ciepły język je polizał. Usiłowałam podnieść rękę, by pogłaskać zwierzę, które bez wątpienia uratowało mi życie, lecz niestety, nie dałam rady. Usłyszałam własne westchnienie. Dobiegło z bardzo daleka.
- Umieram - powiedziałam. Szczerze w to wierzyłam. Z każdą chwilą bardziej.
Ropuchy i świerszcze, które hałasowały przez większą część nocy, teraz zamilkły. Na parkingu również panowały cisza i spokój, mój szept zabrzmiał więc niezwykle wyraźnie, choć natychmiast utonął w ciemnej pustce. Zdziwiłam się, gdy chwilę później usłyszałam dwa głosy.
Potem kątem oka zauważyłam nogi w zakrwawionych dżinsach. Wampir Bill pochylił się nade mną. Spojrzałam mu w twarz. Na ustach miał rozmazaną krew, a wysunięte kły błyszczały biało na tle dolnej wargi. Spróbowałam się do niego uśmiechnąć, tyle że... mięśnie twarzy odmówiły posłuszeństwa.
- Podniosę cię - oznajmił Bill.
- Umrę, jeśli to zrobisz - szepnęłam.
Przyjrzał mi się z uwagą.
- Jeszcze nie - powiedział po krótkich oględzinach. Po tych słowach dziwnym trafem poczułam się lepiej. Wiedziałam, że mój wampir widział w swoim życiu setki ran. - Ale to zaboli - ostrzegł.
W stanie, w jakim byłam, nie potrafiłam sobie wyobrazić życia bez bólu.
Ręce Billa wsunęły się pode mnie, zanim zdążyłam się przestraszyć. Krzyknęłam słabym głosem.
- Szybko - rzucił ponaglającym tonem ktoś inny.
- Wracamy do lasu, gdzie nikt nas nie zobaczy - powiedział Bill, tuląc do piersi moje ciało, jakby nic nie ważyło.
Czy zamierzał zakopać mnie "tam gdzie nikt nas nie zobaczy"?! Teraz, gdy uratował mnie przed Szczurami? Odkryłam, że mało mnie obchodzi własny los.
Kiedy Bill położył mnie na ściółce sosnowych igieł w mrocznym lesie, poczułam ulgę. W oddali dostrzegałam łunę świateł z parkingu. Miałam wrażenie, że z włosów kapie mi krew, złamane ramię bardzo bolało, podobnie jak reszta ciała. Jednakże najbardziej przerażający był brak czucia w okolicach nóg.
Nie czułam nóg!
Mój brzuch był natomiast pełny i ciężki. Przemknęło mi przez głowę określenie "krwotok wewnętrzny".
- Nie umrzesz, chyba że ci na to pozwolę - oświadczył Bill.
- Przepraszam, ale nie chcę być wampirem - odparowałam słabym i cienkim głosem.
- Nie, nie będziesz - zapewnił mnie łagodniejszym tonem. - Po prostu wyzdrowiejesz. Bardzo prędko. Mam lek. Musisz tylko chcieć.
- W takim razie ulecz mnie - szepnęłam. - Bo odchodzę. - Czułam, że naprawdę z każdą chwilą tracę siły.
Tylko mała część mojego umysłu otrzymywała jeszcze sygnały od świata, usłyszałam jednak, że Bill chrząka, jakby był ranny. Później przycisnął mi coś do ust.
- Wypij - polecił.
Próbowałam wysunąć język i udało mi się. Mój wampir przeciął sobie nadgarstek, który teraz ściskał, pobudzając wypływ krwi. Broniąc się przed jego krwią, zacisnęłam wargi. Ale przecież... pragnęłam żyć! Zmusiłam się więc do przełknięcia. A później przełknęłam kolejny łyk i kolejny.
O dziwo, krew miała przyjemny słony smak. Smakowała jak życie! Uniosłam zdrową rękę i przycisnęłam przegub wampira do swoich ust. Z każdą wypitą kroplą czułam się lepiej. A po minucie zaczęłam zapadać w sen.
Gdy się obudziłam, byłam nadal w lesie i wciąż leżałam na ziemi. Ktoś leżał obok mnie - oczywiście mój wampir. Dostrzegałam bijącą od niego łunę. Czułam dotyk jego ruchliwego języka na skórze głowy. Bill lizał ranę na niej. Prawie mu zazdrościłam.
- Czy moja krew smakuje inaczej niż krew innych ludzi? - spytałam.
- Tak - odparł grubym głosem. - Kim jesteś?
Pytał mnie o to po raz trzeci. Przypomniało mi się określenie babci: "Urok trzeciego razu".
- Hej, nie jestem martwa - oświadczyłam.
Poruszyłam złamaną ręką. Była słaba, lecz już w pełni nad nią panowałam. Czułam także nogi i nimi też poruszyłam. Zrobiłam wdech i wydech. Ucieszył mnie bardzo słaby ból. Spróbowałam usiąść. Zmiana pozycji kosztowała mnie sporo wysiłku, lecz nie była niemożliwa. Czułam się jak w dzieciństwie, pierwszego dnia bez gorączki po przebytym zapaleniu płuc. Słaba, ale szczęśliwa. Miałam świadomość, że właśnie przeżyłam coś strasznego.
Bill wziął mnie na ręce i przytulił, po czym oparł plecy o drzewo. Było mi bardzo wygodnie, gdy tak siedziałam na jego kolanach, z głową wspartą na jego piersi.
- Jestem telepatką - odparłam. - Potrafię słyszeć myśli innych osób.
- Nawet moje? - W jego głosie wyczułam wyłącznie ciekawość.
- Nie, twoje nie. Właśnie za to tak bardzo cię lubię - dodałam, unosząc się na morzu różowawej błogości. Nie chciało mi się ukrywać własnych myśli.
Pierś wampira zadudniła, ponieważ wybuchnął śmiechem.
- Zupełnie cię nie słyszę - bełkotałam sennym głosem. - Nie masz pojęcia, jaki czuję dzięki temu spokój. Po życiu pełnym rozmaitego "bla-bla-bla"... nie słyszeć... nic.
- Jak sobie radzisz na randkach? Mężczyźni w twoim wieku pewnie w kółko myślą o tym, by cię zaciągnąć do łóżka.
- No cóż, nie radzę sobie. Nie potrafię. Szczerze mówiąc, głównym celem mężczyzny w każdym wieku jest zaciągnięcie kobiety do łóżka. Dlatego nie miewam randek. Wiesz, wszyscy uważają mnie za stukniętą, a ja nie mogę powiedzieć im prawdy. Prawda zaś jest taka, że dostaję szału od tych wszystkich otaczających mnie myśli, od tych wszystkich otwartych umysłów! Na początku, nim zaczęłam pracować w barze, umówiłam się kilka razy - z facetami, którzy nic o mnie nie wiedzieli. Niestety, za każdym razem jest tak samo. Nie sposób się ani skoncentrować, ani odprężyć, ani dobrze czuć z mężczyzną, skoro słyszysz, że zastanawia się, czy farbujesz włosy, że nie podoba mu się twój tyłek, albo wyobraża sobie, jak mogą wyglądać twoje cycki. - Nagle wzmogłam czujność i uprzytomniłam sobie, ile moich tajemnic ujawniam tej istocie. - Przepraszam - bąknęłam. - Nie zamierzałam cię obarczać swoimi problemami. Dziękuję, że wyrwałeś mnie z łap Szczurów.
- To moja wina, że w ogóle mieli okazję cię dopaść - odparł. Spod pozornego spokoju w jego głosie przebijała tłumiona wściekłość. - Gdybym zgodnie z zasadami uprzejmości zjawił się punktualnie, nic by ci się nie stało - tłumaczył się gorączkowo. - Dlatego też byłem ci winien trochę mojej krwi. Byłem ci winien uzdrowienie.
- Czy oni... nie żyją? - Ku memu zażenowaniu, mój głos zabrzmiał piskliwie.
- O, tak.
Przełknęłam ślinę. Nie potrafiłam wzbudzić w sobie żalu, że ktoś uwolnił świat od Szczurzej Parki. Musiałam jednak spojrzeć prawdzie w oczy, nie mogłam się przed nią uchylić... A prawda była taka, że siedziałam na kolanach mordercy. Tyle że... pozostając tu, w ramionach Billa, czułam się absolutnie szczęśliwa.
- Powinnam się tym przejmować, ale się nie przejmuję - oznajmiłam, zanim zdążyłam sobie przemyśleć własne słowa.
Jego odpowiedzią był ponownie osobliwy rechot.
- Powiedz, Sookie, o czym chciałaś ze mną porozmawiać dzisiaj wieczorem?
Musiałam się nad tym zastanowić. Chociaż zostałam cudownie uzdrowiona po straszliwym pobiciu, nie potrafiłam jeszcze myśleć w pełni logicznie.
- Moja babcia dopytywała się, ile masz lat - odrzekłam z wahaniem. Nie wiedziałam, jak bardzo osobiste jest takie pytanie dla wampira.
Bill pogładził moje plecy.
- Zostałem wampirem w roku tysiąc osiemset siedemdziesiątym, gdy miałem trzydzieści ludzkich lat.
Uniosłam wzrok. Jego jasna twarz była pozbawiona wyrazu, a oczy tak ciemne, jak czarne dziury w ciemnym lesie.
- Walczyłeś w wojnie secesyjnej?
- Tak.
- Obawiam się, że moja prośba cię zdenerwuje. Jednakże uszczęśliwiłbyś moją babcię i jej klub, gdybyś im opowiedział trochę o tej wojnie. O tym, jak wyglądała naprawdę.
- Klub?
- Babcia należy do klubu o nazwie Potomkowie Wybitnych Poległych.
- Wybitnych Poległych - powtórzył wampir, niby obojętnym tonem, choć wyczułam, że z pewnością nie jest zadowolony.
- Słuchaj, nie musisz im opowiadać o robalach, infekcjach i głodzie - ciągnęłam. - Ci ludzie posiadają własny obraz wojny i... nie są głupi. Przeżyli przecież inne wojny... Po prostu chcą się dowiedzieć więcej o życiu Amerykanów w tamtym okresie, a także co nieco o mundurach i ruchach wojsk.
- Czyste sprawy.
Odetchnęłam głęboko.
- Właśnie.
- Będziesz szczęśliwa, jeśli to zrobię?
- Jaka to różnica? Uszczęśliwisz moją babcię, a poza tym, skoro mieszkasz w Bon Temps i zamierzasz tu zostać przez jakiś czas, byłby to dobry krok w ramach integracji z mieszkańcami miasteczka.
- Ale czy ciebie uszczęśliwię?
Tego faceta nie można było łatwo zbyć.
- No cóż, tak.
- A więc to zrobię.
- Babcia prosiła, żebyś się najadł przed zebraniem - dorzuciłam.
Znów usłyszałam jego dudniący śmiech, tym razem głębszy.
- Już się cieszę na spotkanie z nią. Mogę was odwiedzić którejś nocy?
- Och, tak. Pewnie. Ostatnią zmianę nocną mam jutro, później dwa dni wolne. Możesz do nas przyjść w czwartek w nocy. - Uniosłam rękę, by sprawdzić godzinę. Zegarek chodził, lecz szkiełko pokrywała warstwa zaschniętej krwi. - O rany! - mruknęłam. Włożyłam palec do ust, zwilżyłam go śliną i wyczyściłam szkiełko. Później wcisnęłam przycisk oświetlający wskazówki, a gdy zobaczyłam, która jest godzina, aż jęknęłam. - O rany, muszę wracać do domu. Mam nadzieję, że babcia już śpi.
- Na pewno się o ciebie martwi, że tak późno w nocy wracasz sama - zauważył z dezaprobatą Bill.
Może pomyślał o Maudette? Na moment straszliwie się zaniepokoiłam i zastanowiłam, czy ją znał i czy zaprosiła go do siebie do domu. Szybko jednak odrzuciłam tę myśl, gdyż nie miałam ochoty rozwodzić się nad niesamowitą i straszną naturą życia i śmierci Maudette Pickens. Nie chciałam, by jej śmierć rzuciła cień na mój mały kawałek szczęścia.
- To część mojej pracy - odparłam cierpko. - Nic nie można poradzić. Zresztą nie zawsze pracuję w nocy. Chociaż, kiedy mogę, pracuję.
- Dlaczego? - Wampir zsunął mnie lekko ze swych kolan, a kiedy wstałam, on również podniósł się z ziemi. Ruszyliśmy.
- Lepsze napiwki. Cięższa praca. Nie ma czasu myśleć.
- Tyle że noc jest niebezpieczna - stwierdził.
Tak, na pewno coś o tym wiedział.
- Och, nie mów tak jak moja babcia - skarciłam go łagodnie.
Już niemal dotarliśmy do parkingu.
- Jestem starszy od twojej babci - przypomniał mi.
Nie znalazłam riposty, więc oboje milczeliśmy.
Gdy wyszłam z lasu, rozejrzałam się wokół. Na pustym parkingu panował spokój i bezruch - jakby nic się na nim nigdy nie wydarzyło. Niemal nie wierzyłam, że zaledwie godzinę wcześniej zostałam na tym żwirowym prostokącie śmiertelnie pobita, za co Szczury spotkał krwawy koniec.
Światła w barze i w przyczepie Sama były zgaszone.
Żwir był mokry, choć nie od krwi.
Moja torebka stała na masce mojego samochodu.
- A co z psem? - zapytałam.
Odwróciłam się, by spojrzeć na mojego wybawcę. On jednak zniknął.
Następnego ranka obudziłam się bardzo późno, co mnie wcale nie zdziwiło. Kiedy późno w nocy wróciłam do domu, babcia na szczęście spała. Nie budząc jej, od razu położyłam się do łóżka.
***
Telefon zadzwonił, gdy siedziałam przy kuchennym stole, popijając kawę z kubka, a babcia sprzątała spiżarnię.
Odebrała babcia. Usadowiła się na stołku przy kontuarze, gdzie zawsze zasiada do pogawędki, i podniosła słuchawkę.
- Słucham - rzuciła.
Z jakiegoś powodu zawsze zaczynała rozmowę telefoniczną niechętnym tonem. Jakby pogawędka była ostatnią rzeczą na ziemi, jakiej babcia pragnęła. A ja wiedziałam na pewno, że jest wprost przeciwnie.
- Hej, Everlee. Nie, siedzę tutaj i rozmawiam z Sookie. Dopiero co wstała. Nie, nie słyszałam dziś żadnych nowin. Nie, nikt jeszcze do mnie nie dzwonił. Co takiego? Jakie tornado? Ubiegła noc była bezchmurna. W Four Tracks Corner? Co się stało? Nie! Nie, niemożliwe! Naprawdę? Oboje? No, no, no. Co powiedział Mike Spencer?
Mike Spencer to nasz gminny koroner. Ogarnęły mnie straszliwe przeczucia. Dopiłam kawę, po czym nalałam sobie kolejny kubek. Pomyślałam, że będę jej potrzebować.
Babcia odłożyła słuchawkę minutę później.
- Sookie, nie uwierzysz, co się zdarzyło!
Mogłabym się założyć, że uwierzę.
- Co? - spytałam, starając się wyglądać na niewiniątko.
- Niezależnie od tego, jak spokojna wydawała się ubiegła noc, Four Tracks Corner doświadczyło podobno tornada! Wiatr przewrócił na polanie wynajętą przyczepę, a mieszkająca w niej para zginęła. Oboje nie żyją. Przyczepa ich przywaliła i zgniotła na miazgę. Mike twierdzi, że nigdy czegoś takiego nie widział.
- Wysyła ciała na autopsję?
- No cóż, chyba będzie musiał, chociaż przyczyna śmierci wydaje się oczywista, przynajmniej zdaniem Stelli. Przyczepa leży na boku, samochód jest w połowie zmiażdżony, powalone drzewa tarasują podwórko.
- Mój Boże - szepnęłam, zbierając siły do przekonującej inscenizacji.
- Kochanie, czy nie mówiłaś, że ubiegłej nocy do baru przyszedł twój przyjaciel wampir?
Aż podskoczyłam, gdyż naprawdę miałam wyrzuty sumienia, po chwili jednak pojęłam, że babcia po prostu postanowiła zmienić temat. Codziennie mnie pytała, czy widziałam Billa, i teraz, w końcu, odpowiedziałam jej twierdząco - choć z ciężkim sercem.
Zgodnie z moimi przewidywaniami babcia była niewysłowienie podekscytowana. Zaczęła się kręcić po kuchni, jakby miał nas odwiedzić książę Karol.
- Jutro w nocy. Czyli o której godzinie przyjdzie? - spytała.
- Po zmroku. Dokładnej pory nie znam.
- Teraz późno robi się ciemno, więc pewnie nieprędko dotrze. - Babcia się zastanowiła. - Doskonale, przynajmniej w spokoju zjemy kolację, a później po niej posprzątamy. I mamy cały jutrzejszy dzień na przygotowanie domu. Dałabym głowę, że nie czyściłam tego dywanu od roku!
- Babciu, mówimy o facecie, który przez cały dzień śpi pod ziemią - przypomniałam jej. - Nie sądzę, by się przyglądał dywanom.
- Cóż, i tak je wyczyszczę. Jeśli nie dla niego, to chociaż dla siebie. Będę miała satysfakcję - dodała stanowczo. - Poza tym, skąd wiesz, młoda damo, gdzie ten kawaler sypia?
- Dobre pytanie, babciu. Nie wiem, gdzie sypia. Wiem jednak, że musi unikać światła, stąd moje przypuszczenie.
Nic nie mogło powstrzymać mojej babci przed szaleństwem sprzątania. Tak, bardzo szybko uświadomiłam sobie, że "szaleństwo" jest słowem najwłaściwszym. Gdy szykowałam się do pracy, babcia poszła do sklepu spożywczego, przy okazji wypożyczyła maszynę do czyszczenia dywanów, a następnie zabrała się za porządki.
W trakcie jazdy do "Merlotte'a" zboczyłam trochę na północ i pojechałam do Four Tracks Corner. Skrzyżowanie to istniało, odkąd w tej okolicy mieszkali ludzie. Choć obecnie stały tu znaki drogowe, a jezdni towarzyszył chodnik, wszyscy wiedzieli, że przecinają się w tym miejscu dwa szlaki łowieckie. Przypuszczam, że prędzej czy później wzdłuż tych dróg staną budynki w stylu ranczerskich domów i centra handlowe, teraz jednak ciągnął się tu las, w którym - jak twierdził Jason - nadal można było zapolować.
Zjechałam z asfaltu w boczną leśną drogę, która zaprowadziła mnie na polanę, gdzie wcześniej stała wynajmowana przez Rattrayów przyczepa. Zatrzymałam auto i przerażona zagapiłam się na widok przed przednią szybą. Przyczepa, bardzo mała i stara, leżała zmiażdżona trzy metry od dotychczasowego miejsca postoju. Pogięty czerwony samochód Szczurzej Parki nadal spoczywał na jednym końcu ich zgniecionego ruchomego domu. Wszędzie na polanie leżały powyrywane z ziemi krzewy, a drzewa za przyczepą wyglądały jak po przejściu huraganu - ich gałęzie były połamane, szczyt jednej sosny złamał się i niemal wisiał na pasie kory. Z konarów zwisały fragmenty ubrań, a wokół walały się sprzęty.
Powoli wysiadłam i rozejrzałam się. Stopień zniszczeń był po prostu niewiarygodny, szczególnie że wiedziałam, że wcale nie spowodowało ich tornado. Tę scenerię bez wątpienia wykreował wampir Bill, by wyjaśnić śmierć Rattrayów, do której sam doprowadził.
Stary dżip nadjechał rozjeżdżoną drogą i zatrzymał się obok mnie.
- Hej, Sookie Stackhouse! - zawołał Mike Spencer. - Co tu robisz, dziewczyno? Nie powinnaś być w pracy?
- Powinnam, proszę pana. Ale znałam Szczu... to znaczy Rattrayów. To naprawdę straszne, co im się przydarzyło... - Ta odpowiedź wydała mi się odpowiednio niejednoznaczna. Dostrzegłam jednak, że Mike'owi towarzyszy szeryf.
- Rzeczywiście straszne - przyznał szeryf Bud Dearborn, gdy wysiadł z dżipa. - Hm... no cóż... słyszałem, że w zeszłym tygodniu miałaś z Mackiem i Denise małą potyczkę na parkingu "Merlotte'a".
Poczułam lodowate ukłucie w okolicach wątroby. Obaj mężczyźni mierzyli mnie wzrokiem.
Mike Spencer był przedsiębiorcą pogrzebowym jednego z dwóch prosperujących w Bon Temps domów pogrzebowych. Ponieważ Mike zawsze działał szybko i zdecydowanie, każdy, kto chciał, mógł pogrzebać bliskich dzięki pomocy "Domu Pogrzebowego Spencer i Synowie"; najwyraźniej jednak z ich usług korzystali wyłącznie biali ludzie. Kolorowi natomiast konsekwentnie wybierali konkurencyjny "Słodki Spoczynek". Mike był przyciężkawym mężczyzną w średnim wieku, o włosach i wąsach w kolorze słabej herbaty i upodobaniu do butów kowbojskich oraz wąskich krawatów, których nie mógł nosić podczas dyżuru w swoim domu pogrzebowym. Miał więc ten strój na sobie w tej chwili.
Szeryf Dearborn, osobnik o reputacji "dobrego człowieka", był niewiele starszy od Mike'a, wyglądał jednak na znacznie sprawniejszego fizycznie i twardszego - od gęstych siwych włosów po ciężkie buty. Miał mopsowatą twarz i ruchliwe piwne oczy. Był kiedyś bliskim przyjacielem mojego ojca.
- Tak, proszę pana, doszło między nami do małej sprzeczki - odparłam szczerze i ze smutkiem.
- Chcesz mi o tym opowiedzieć? - Szeryf wyjął marlboro i przypalił zippo.
W tym momencie popełniłam błąd. Powinnam była mu po prostu opowiedzieć swoją historię. Przecież uważano mnie za dziewczynę prostą, choć nieco stukniętą. Nie widziałam jednak powodu, by się tłumaczyć przed szeryfem Dearbornem. Żadnego powodu, oprócz... zdrowego rozsądku.
- Po co? - spytałam.
Jego małe piwne oczka błysnęły podejrzliwie i miła atmosfera bezpowrotnie się rozwiała.
- Och, Sookie - mruknął z wyraźnym rozczarowaniem w głosie.
Ani przez minutę nie wierzyłam w jego dobre intencje.
- Przecież tego nie zrobiłam - oświadczyłam, machając ręką w kierunku zniszczeń.
- Nie, nie zrobiłaś tego - zgodził się. - Niemniej jednak ci ludzie zmarli tydzień po starciu z tobą, więc czuję się w obowiązku zadać ci kilka pytań.
Gapiłam się na szeryfa, zastanawiając się nad jego słowami. Nie miałam pewności, ile mogę mu powiedzieć. Zaczynałam odkrywać, że reputacja osóbki naiwnej ma swoje dobre strony. Może jestem niewykształcona, a mój umysł bywa nieco oderwany od rzeczywistości, lecz z pewnością nie jestem ani głupia, ani nieoczytana!
- No cóż, ranili mojego przyjaciela - wyznałam w końcu, zwieszając głowę i wpatrując się w czubki butów.
- Mówisz o wampirze, który mieszka w starym domu Comptonów? - Mike Spencer i Bud Dearborn wymienili spojrzenia.
- Tak, proszę pana.
Zaskoczyła mnie informacja o miejscu zamieszkania Billa, na szczęście moi rozmówcy niczego nie zauważyli. Od lat umiem umyślnie nie reagować na słowa, które słyszę, a których słyszeć nie chcę, toteż całkiem dobrze nauczyłam się panować nad wyrazem twarzy.
Stary dom Comptonów stoi niedaleko od naszego, po tej samej stronie drogi. Między naszymi posiadłościami leżą tylko las i cmentarz. Jakież to wygodne dla Billa, pomyślałam i uśmiechnęłam się.
- Sookie Stackhouse, czy twoja babcia pozwala ci się zadawać z tym wampirem? - spytał niemądrze Spencer.
- Na pewno może pan ją o to spytać - odcięłam się. Już nie mogłam się doczekać, co powie babcia, gdy ktoś jej zasugeruje, że za słabo się o mnie troszczy. - Wie pan, Rattrayowie próbowali osuszyć Billa.
- Więc Rattrayowie ściągali krew z wampira, a ty ich powstrzymałaś? - wtrącił szeryf.
- Tak - odparłam, usiłując wyglądać na silną i stanowczą kobietę.
- Osuszanie wampirów jest nielegalne. - Szeryf się zamyślił.
- Czy zabicie wampira, który nie zaatakował człowieka, nie jest morderstwem? - spytałam.
Być może trochę przesadziłam z tą naiwnością.
- Cholernie dobrze wiesz, że tak jest. Chociaż osobiście nie zgadzam się z tym, to takie jest prawo i będę go przestrzegał - odrzekł sztywno szeryf.
- Czy wampir po prostu pozwolił odejść tej parce? Nie groził im zemstą? Nie mówił, że pragnie ich śmierci? - Mike Spencer był naprawdę głupi.
- Zgadza się. - Uśmiechnęłam się do obu mężczyzn, po czym zerknęłam na zegarek. Przypomniałam sobie krew na jego szkiełku, moją krew, która spłynęła z ran zadanych mi przez Szczury. Pamiętałam, że musiałam wytrzeć tę krew, by odczytać godzinę. - Przepraszam, muszę jechać do pracy - rzuciłam. - Do widzenia, panie Spencer. Do widzenia, szeryfie.
- Do widzenia, Sookie - odpowiedział szeryf Dearborn.
Odniosłam wrażenie, że ma do mnie więcej pytań, ale nie wie, jak je sformułować. Czułam, że nie podoba mu się to, co widzi, i szczerze wątpiłam, czy jakiekolwiek urządzenie zarejestrowało zjawisko tornada. Niemniej jednak przyczepa, samochód i drzewa leżały powalone, a przygnieceni małżonkowie nie żyli.
Szeryf z pewnością zadawał sobie pytanie: "Cóż innego mogło ich zabić?".
Domyśliłam się, że ciała posłano na sekcję, i byłam ciekawa, co ona wykaże.
Ludzki umysł jest narzędziem zdumiewającym. Szeryf Dearborn na pewno znał straszliwą siłę wampirów, a jednak nie potrafił sobie wyobrazić osoby o sile wystarczającej do przewrócenia przyczepy i zmiażdżenia nią dwojga ludzi. Nawet ja z trudem w to wierzyłam, choć bez dwóch zdań wiedziałam, że Four Tracks Corner nie dotknęło tornado.
Cały bar aż huczał od nowin na temat śmierci Szczurów. Mniej już mówiono oczywiście o morderstwie Maudette, więcej o Denise i Macku. Kilkakrotnie dostrzegłam na sobie wzrok Sama, pomyślałam o ubiegłej nocy i zastanowiłam się, ile mój szef wie. Nie chciałam go o to pytać, bo zawsze istniała szansa na to, że nic nie widział. Uprzytomniłam sobie, że nadal nie rozumiem pewnych zdarzeń z ubiegłej nocy, ale byłam tak bardzo wdzięczna, że żyję, że nie zamierzałam o nich myśleć.
Nigdy nie uśmiechałam się równie szeroko jak tego wieczoru, gdy roznosiłam drinki, nigdy nie wydawałam tak szybko reszty, nigdy tak dokładnie nie realizowałam zamówień. Nawet stary rozczochrany Rene nie potrafił mnie zatrzymać, mimo że usiłował mnie wciągnąć w rozwlekłe dyskusje, ilekroć zbliżyłam się do stolika, przy którym siedział wraz z Hoytem i kilkoma innymi kumplami.
Rene udawał często zwariowanego Cajuna, choć jego francuski akcent brzmiał sztucznie, a rodzice Rene nie kultywowali tradycji dziadków. Kobiety, które poślubiał, były dzikie i lubiły szybkie, intensywne życie. Swój krótkotrwały związek z Arlene zawarł, gdy była młoda i bezdzietna. Zwierzyła mi się kiedyś, że zdarzało jej się wówczas robić takie rzeczy, że teraz na samą myśl o nich jeżą jej się włosy. Od tamtego czasu moja przyjaciółka z pewnością dojrzała, Rene natomiast nie. Zdumiewał mnie fakt, że nadal tak bardzo go lubiła.
Wszyscy goście baru wydawali się niezwykle podekscytowani ostatnimi niesamowitymi incydentami w Bon Temps. Zamordowano młodą kobietę i nikt nie znał sprawcy. (Co prawda, w Bon Temps już wcześniej dochodziło do zabójstw, lecz policja za każdym razem łatwo ustalała winnego). Potem Rattrayowie zmarli gwałtowną śmiercią z winy... kaprysu natury. Dlatego też to, co się zdarzyło tego wieczoru, złożyłam na karb tego ogólnego podniecenia.
Do naszego baru przychodzą regularnie mieszkańcy miasteczka, którzy nigdy mi się nie narzucali. Tej nocy jednak jeden z mężczyzn siedzących obok Rene i Hoyta, duży blondyn o czerwonej, nalanej twarzy, przesunął dłonią w górę po nogawce moich szortów, kiedy przyniosłam do ich stolika piwo.
O nie, coś takiego nie przejdzie w "Merlotcie".
Miałam ochotę trzasnąć tacą o głowę faceta, ale on gwałtownie cofnął rękę. Czułam, że ktoś stoi tuż za mną. Odwróciłam głowę i zobaczyłam Rene, który zdążył już się zerwać z krzesła. Podążyłam wzrokiem za ruchem jego ręki i uświadomiłam sobie, że Rene chwyta dłoń blondyna i ściska ją z całych sił. Czerwona twarz podrywacza przybrała odcień szkarłatu.
- Hej, stary, puść mnie! - zaprotestował blondyn. - Nie miałem złych zamiarów.
- Nie dotyka się żadnej z tutejszych pracownic. Taka jest zasada. - Rene był niski i szczupły, ale każdy spośród obecnych postawiłby pieniądze na naszego miejscowego chłopaka przeciwko nawet znacznie bardziej muskularnemu obcemu.
- Dobra już, dobra.
- Przeproś panią.
- Stukniętą Sookie? - spytał z niedowierzaniem. Najwyraźniej facet odwiedził już wcześniej "Merlotte'a". Rene prawdopodobnie znowu zacisnął palce na ręce blondyna, gdyż widziałam, jak temu ostatniemu stają w oczach łzy. - Przepraszam, Sookie, w porządku?
Kiwnęłam głową - ruchem tak królewskim, na jaki tylko potrafiłam się zdobyć. Rene puścił dłoń blondyna, po czym dał mu znak kciukiem, że ma się wynieść z baru. Mężczyzna bez wahania rzucił się ku drzwiom. Jego towarzysz wyszedł za nim.
- Rene, powinieneś pozwolić, żebym sama to załatwiła - powiedziałam do niego bardzo cicho po dłuższej chwili, gdy sądziłam, że inni klienci baru podjęli już przerwane rozmowy. Będą o nas plotkować pewnie co najmniej kilka dni. - Chociaż oczywiście doceniam to, że stanąłeś w mojej obronie...
- Nikt nie będzie zadzierał z przyjaciółką Arlene - odparł poważnie. - "Merlotte" to miły lokalik i wszyscy chcemy, by taki pozostał. W dodatku... czasem przypominasz mi Cindy, wiesz o tym?
Cindy była siostrą Rene. Przeprowadziła się rok czy dwa lata temu do Baton Rouge. Tak jak ja, była niebieskooką blondynką, poza tym jednak nie dostrzegałam między nami żadnego podobieństwa. Ponieważ podkreślanie tego faktu nie wydało mi się grzeczne, nie skomentowałam słów Rene.
- Często ją widujesz? - spytałam tylko.
Hoyt i siedzący z nim przy stole mężczyzna wymieniali się wynikami meczów drużyny Shreveport Captains.
- Od czasu do czasu - odparł Rene, kręcąc głową, jakby sugerował, że pragnąłby widywać siostrę częściej. - Pracuje w szpitalnym bufecie.
Poklepałam go po ramieniu.
- Muszę wracać do pracy.
Kiedy podeszłam do baru odebrać zamówione napoje, Sam spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami. Otworzyłam szeroko oczy, by mu pokazać, jak bardzo zdumiała mnie interwencja Rene, a mój szef wzruszył na to nieznacznie ramionami, dając do zrozumienia, że czasem trudno wyjaśnić ludzkie zachowanie.
Ale gdy weszłam za kontuar po dodatkowe serwetki, odkryłam, że Sam wyjął kij bejsbolowy, który na wszelki wypadek trzymał pod kasą.
***
Przez cały następny dzień babcia zmuszała mnie do porządków. Ona trzepała, odkurzała i wycierała, ja zaś szorowałam toalety... Czy wampiry w ogóle muszą korzystać z łazienki? Zastanawiałam się nad tą kwestią, czyszcząc szczotką muszlę klozetową. Później babcia kazała mi usunąć odkurzaczem sierść kota z kanapy. Opróżniłam też wszystkie śmietniczki, wypolerowałam stoły oraz - na litość Boską! - wytarłam pralkę i suszarkę.
Kiedy babcia ponaglała mnie do wzięcia prysznica i zmiany ubrania, zrozumiałam, że uważa wampira Billa za mojego kawalera. Na tę myśl poczułam się trochę dziwnie. Z czterech powodów. Po pierwsze, babcia tak bardzo pragnęła, żebym spotykała się z ludźmi, że nawet wampir wydawał jej się odpowiednim kandydatem na narzeczonego. Po drugie, mój entuzjazm wobec tego pomysłu dorównywał jej entuzjazmowi. Po trzecie, obawiałam się, że Bill wszystkiego się domyśli. Po czwarte, nie miałam pojęcia, czy wampiry mogą współżyć... tak jak ludzie.
Tak czy owak, wzięłam prysznic, umalowałam się i włożyłam sukienkę, ponieważ wiedziałam, że babcia się wścieknie, widząc mnie w spodniach. Sukienka - z niebieskiej bawełny, ozdobionej setkami małych stokrotek - była bardziej obcisła, niż babcia lubiła, i znacznie krótsza, niż Jason uważał to za stosowne dla swojej siostry. Usłyszałam te opinie, gdy włożyłam ją po raz pierwszy. Dodałam małe żółte okrągłe kolczyki, a włosy upięłam w kok żółtą spinką.
Babcia posłała mi uważne spojrzenie, którego nie potrafiłam zinterpretować. Oczywiście, dzięki umiejętnościom telepatycznym mogłabym łatwo sprawdzić, co pomyślała, jednak okropnie jest robić coś takiego osobie, z którą się mieszka, natychmiast więc tę opcję odrzuciłam. Babcia ubrała się w spódnicę i bluzkę, które często wkładała na spotkania Potomków Wybitnych Poległych. Był to komplet niewystarczająco elegancki, by iść w nim do kościoła, a równocześnie nie dość prosty na co dzień.
Zamiatałam właśnie ganek, o czym przypomniałyśmy sobie w ostatniej chwili, kiedy zjawił się Bill. To było iście wampirze wejście. W jednej minucie go nie było, a w następnej stał już na dole schodów i przyglądał mi się z zadartą głową.
Uśmiechnęłam się.
- Nie strasz mnie - poprosiłam.
Popatrzył na mnie lekko zakłopotany.
- Przyzwyczaiłem się tak pojawiać - wyjaśnił. - W ten sposób nie robię hałasu.
Otworzyłam drzwi.
- Wejdź - zaprosiłam go.
Bill wszedł po schodach i rozejrzał się.
- Pamiętam go - oświadczył. - Chociaż nie był taki duży.
- Pamiętasz ten dom? Och, babci się to strasznie spodoba.
Wyprzedziłam go w drodze do salonu, wołając babcię.
Weszła do salonu dostojnym krokiem i dopiero wtedy do mnie dotarło, ile wysiłku włożyła w przygotowania. Gęste białe włosy zaczesała gładko i starannie upięła w skomplikowane sploty. Usta pociągnęła szminką.
Bill okazał się tak samo biegły w taktyce towarzyskiej jak moja babcia. Przywitali się uprzejmie, przez chwilę prawili sobie komplementy, aż w końcu Bill usadowił się na kanapie, a moja babcia - po przyniesieniu tacy z trzema szklankami herbaty brzoskwiniowej - w fotelu, mnie dając do zrozumienia, że powinnam usiąść obok wampira. Nie umiałam się z tego kulturalnie wykręcić, toteż usiadłam obok niego, ale na samej krawędzi kanapy.
Bill upił łyczek ze szklanki, po czym ją odstawił. Babcia i ja wypiłyśmy po kilka dużych, nerwowych łyków.
Na początek babcia wybrała niezbyt szczęśliwy temat.
- Domyślam się, że słyszałeś o tym dziwnym tornadzie - zagaiła.
- Proszę mi o nim opowiedzieć - odparł wampir typowym dla siebie chłodnym i gładkim niczym jedwab głosem. Nie ośmieliłam się na niego spojrzeć, siedziałam więc ze złożonymi na kolanach rękoma, całkowicie koncentrując na nich wzrok.
Babcia streściła wampirowi historię dziwacznego tornada i śmierci Szczurzej Parki. Oświadczyła mu, że choć zdarzenie wydaje się dość straszne, na pewno zawiniła jedynie natura. Odniosłam wrażenie, że po jej opowieści Bill minimalnie się odprężył.
- Mijałam wczoraj to miejsce w drodze do pracy - wtrąciłam, nie podnosząc wzroku. - Zatrzymałam się obok przyczepy.
- Wszystko wyglądało tak, jak się spodziewałaś? - spytał obojętnym tonem wampir.
- Nie - odparłam. - Nic nie wyglądało w sposób, jakiego mogłabym oczekiwać. Byłam naprawdę... zaskoczona.
- Sookie, przecież widywałaś już szkody poczynione przez tornada - przypomniała mi ze zdziwieniem babcia.
Postanowiłam natychmiast zmienić temat.
- Powiedz, Bill, skąd masz tę koszulkę? Jest bardzo ładna.
Wampir był ubrany w sportowe spodnie w kolorze khaki, koszulkę polo w zielono-brązowe pasy, lśniące mokasyny i cienkie brązowe skarpety.
- Od Dillarda - odparł.
Spróbowałam go sobie wyobrazić w centrum handlowym, na przykład w Monroe. Ludzie na pewno obracali się i patrzyli na tę egzotyczną istotę o białej cerze i pięknych oczach. Skąd Bill miał pieniądze na zakupy? Gdzie prał ubrania? Czy do swojej trumny kładł się nago? Czy miał samochód? A może po prostu leciał, jeśli postanowił się dokądś udać?
Babcię wyraźnie ucieszyły normalne zwyczaje wampira w kwestii zakupów. Znów ogarnęły mnie ambiwalentne uczucia, gdy obserwowałam jej zadowolenie z wizyty mojego domniemanego zalotnika w naszym salonie, nawet jeśli ów zalotnik był (według literatury popularnej) ofiarą wirusa, z powodu którego wydawał się martwy.
Babcia zasypywała Billa pytaniami. Mój wampir odpowiadał jej grzecznie i z wielką dozą dobrej woli. No cóż, był po prostu niezwykle uprzejmym, martwym facetem.
- Twoja rodzina mieszkała tutaj? - pytała babcia.
- Rodzice mojego ojca nazywali się Compton, rodzice mojej matki Loudermilk - wyjaśnił Bill. Wyglądał już na całkiem zrelaksowanego.
- Zostało tu jeszcze sporo Loudermilków - odparła wesoło babcia. - Niestety - dorzuciła mniej pogodnym tonem - stary pan Jessie Compton umarł w ubiegłym roku.
- Wiem - odrzekł lekkim tonem Bill. - Właśnie dlatego wróciłem. Ta ziemia ponownie należy teraz do mnie, a ponieważ stosunek tutejszych ludzi do osób takich jak ja zmienił się ostatnio, zdecydowałem się oficjalnie wystąpić o jej zwrot.
- Znałeś Stackhouse'ów? Sookie twierdzi, że żyjesz już wiele dziesięcioleci.
Pomyślałam, że babcia używa ładnych określeń. Patrząc na swoje dłonie, uśmiechnęłam się.
- Pamiętam Jonasa Stackhouse'a - odpowiedział Bill ku zachwytowi babci. - Moi rodzice zamieszkali w swoim domu, kiedy Bon Temps było jeszcze małą przygraniczną mieściną. Miałem jakieś szesnaście lat, kiedy przeprowadził się tutaj Jonas Stackhouse wraz z żoną i czwórką dzieci. Czy nie on zbudował ten dom, przynajmniej w części?
Zauważyłam, że, wspominając przeszłość, Bill używał innego słownictwa i innej intonacji. Zastanowiłam się, jak często jego język zmieniał się podczas dwudziestego wieku.
Moja babcia była bez wątpienia w genealogicznym siódmym niebie. Chciała natychmiast poznać wszystkie możliwe fakty związane z Jonasem, przodkiem jej męża.
- Czy miał niewolników? - spytała.
- Droga pani, o ile dobrze pamiętam, miał dwoje: niewolnicę w średnim wieku, która zajmowała się domem, oraz Minasa, wielkiego, młodego, bardzo silnego mężczyznę do prac w obejściu. Jednak Stackhouse'owie głównie sami obrabiali własne pola, podobnie jak moi rodzice.
- Och, takich opowieści członkowie mojego małego klubu wysłuchają z radością! Czy Sookie ci powiedziała...?
Babcia i Bill przeszli do sedna, czyli omówienia wizyty i przemowy wampira na specjalnym nocnym spotkaniu Potomków.
- A teraz - zakończył Bill - jeśli nam pani wybaczy, pójdziemy z Sookie na spacer. Jest taka śliczna noc.
Podszedł do mnie, powoli ujął moją dłoń i pociągnął, skłaniając mnie do wstania. Jego ręka była zimna, twarda i gładka. Wampir właściwie nie pytał babci o zgodę, choć też nie narzucał jej swojej decyzji.
- Och tak, idźcie, idźcie - powiedziała babcia, machając wesoło rękoma. - Mam tyle rzeczy do zrobienia. Musisz mi wymienić wszystkie miejscowe nazwiska, które pamiętasz, od kiedy zostałeś... - W tym momencie babcia przerwała, nie chcąc użyć słowa, które zraniłoby naszego gościa.
- Mieszkańcem Bon Temps - dodałam pomocnie.
- Oczywiście - odparł Bill. Widząc, jak zaciska wargi, wiedziałam, że z trudem powstrzymuje uśmiech.
Nagle znaleźliśmy się przy drzwiach. Uświadomiłam sobie, że wampir nieoczekiwanie wziął mnie na ręce i szybko tam przeniósł. Szczerze się roześmiałam. Uwielbiam niespodzianki.
- Wrócimy za chwilę - rzuciłam do babci. Nie sądziłam, by zauważyła mój niesamowity przeskok, ponieważ akurat zbierała szklanki po herbacie.
- Och, nie spieszcie się ze względu na mnie - odrzekła. - Nic mi nie będzie.
Na dworze żaby, ropuchy i owady wyśpiewywały swą nocną wiejską operę. Szliśmy przez podwórko wypełnione zapachami świeżo skoszonej trawy i pączkujących roślin. Bill trzymał mnie za rękę. Z cienia wyszła moja kotka Tina i zaczęła się łasić, domagając się pogłaskania, pochyliłam się więc i podrapałam ją po głowie. Ku mojemu zaskoczeniu, otarła się też o nogi Billa, a on jej nie odpędził.
- Lubisz to zwierzę? - spytał.
- To moja kotka - wyjaśniłam. - Wabi się Tina i bardzo ją lubię.
Nie skomentował. Stał nieruchomo i czekał, aż kotka oddali się od oświetlonego ganku i zniknie w ciemnościach.
- Chcesz posiedzieć na huśtawce albo na leżakach czy wolisz się przejść? - spytałam, wczuwając się w rolę gospodyni.
- Och, przejdźmy się trochę. Muszę rozprostować nogi.
Z niewiadomych względów to stwierdzenie nieco mnie zaniepokoiło. Mimo to ruszyłam długim podjazdem ku dwupasmowej drodze, która łączyła nasze domy.
- Czy widok przyczepy cię zdenerwował? - spytał wampir.
Zastanowiłam się, jak najlepiej opisać swoje emocje.
- Czuję się bardzo... hm... krucha. Na myśl o przyczepie.
- Wiedziałaś, że jestem silny.
W zadumie pokiwałam powoli głową.
- Niby tak, chociaż nie zdawałam sobie sprawy z twojej siły - odparłam w końcu. - Ani z potęgi twojej wyobraźni.
- Wraz z upływem lat coraz lepiej ukrywamy swoje czyny.
- Tak. Domyślam się, że zabiłeś sporo ludzi.
- Trochę. - Jego ton sugerował, że to go nie dręczy.
Splotłam palce za plecami.
- Byłeś bardziej głodny na początku? Gdy zostałeś wampirem? Jak to się właściwie stało?
Nie spodziewał się tego pytania. Popatrzył na mnie. Czułam na sobie jego wzrok, choć znajdowaliśmy się teraz w całkowitych ciemnościach. Las był niedaleko. Nasze stopy chrzęściły na żwirze.
- Moja historia jest zbyt długa, by ją w tej chwili opowiedzieć - odparł. - Ale tak, w młodości... kilka razy... zabiłem... przypadkiem. Nigdy nie miałem pewności, kiedy znowu będę mógł coś zjeść. Rozumiesz? Naturalnie, od zawsze na nas polowano, a dopiero niedawno pojawiło się coś takiego jak sztuczna krew. Poza tym w dawnych czasach żyło znacznie mniej ludzi niż teraz. Zapewniam cię jednak, że byłem dobrym człowiekiem za życia, to znaczy... zanim złapałem wirusa. Z tego też powodu jako wampir starałem się pozostać osobą cywilizowaną, czyli na swoje ofiary wybierałem złych ludzi i nigdy nie żywiłem się dziećmi. Nie potrafiłem zabić dziecka. Nigdy! Obecnie moja sytuacja jest zupełnie inna. Mogę pójść do całodobowej kliniki w pierwszym lepszym mieście i dostać tam syntetyczną krew... chociaż jest paskudna w smaku. Mogę także zapłacić dziwce i dostać od niej tyle krwi, że wystarczy mi na kilka dni życia. Albo mogę oczarować kogoś, by bezinteresownie pozwolił mi się ugryźć, a później o wszystkim zapomniał... Zresztą, teraz nie potrzebuję tak bardzo krwi.
- Możesz też spotkać dziewczynę z raną na głowie - dorzuciłam.
- Och nie, ty byłaś deserem. Mój posiłek stanowili Rattrayowie.
Rzeczywiście sobie radził!
- Przestań - poprosiłam, czując, że tracę oddech. - Daj mi minutkę.
I dał. Może jeden mężczyzna na milion dałby mi tyle spokoju. Panowała cisza - wampir się nie odzywał, a ja nie słyszałam jego myśli. Otworzyłam umysł, porzuciłam wszelkie własne "zabezpieczenia" i odprężyłam się. Jego milczenie obmywało mnie i koiło. Stałam bez ruchu, z zamkniętymi oczyma, i oddychałam głęboko, czując nieopisaną ulgę.
- Jesteś teraz szczęśliwa? - spytał, gdy tylko pozwoliłam mu mówić.
- Tak - sapnęłam. W tym momencie uprzytomniłam sobie, że niezależnie od tego, co ta istota wcześniej zrobiła, zawdzięczam jej spokój - bezcenny po całym życiu słuchania w swojej głowie mamrotania innych umysłów.
- Ty również dobrze na mnie działasz - powiedział, zadziwiając mnie.
- Jak to? - spytałam sennie.
- Przy tobie nie czuję żadnego strachu, żadnego pośpiechu, żadnego potępienia z twojej strony... Nie muszę używać mojego uroku, by cię przy sobie zatrzymać i móc z tobą rozmawiać.
- Uroku?
- To coś w rodzaju hipnozy - wyjaśnił. - W takim czy innym stopniu posługują się nim wszystkie wampiry. Zanim pojawiła się syntetyczna krew, jeśli chcieliśmy jeść, musieliśmy przekonywać ludzi, że jesteśmy nieszkodliwi... bądź też zapewniać ich, że wcale nas nie widzieli... lub ich łudzić, że widzieli coś innego.
- Czy twój urok zadziała na mnie?
- Oczywiście - odrzekł.
- W porządku, więc mnie oczaruj.
- Popatrz na mnie.
- Jest ciemno.
- Nieważne. Popatrz na moją twarz.
Stanął tuż przede mną, położył ręce na moich ramionach i spojrzał na mnie z góry. Kątem oka dostrzegałam słaby blask jego skóry i oczu. Podnosząc na niego wzrok, zastanawiałam się, czy zacznę gdakać jak kura, czy może zrzucę nagle ubranie.
Nic się nie zdarzyło. Czułam jedynie niemal narkotyczne odprężenie, wywołane obecnością Billa.
- Czujesz mój wpływ? - zapytał. Wydawał mi się zadyszany.
- Ani trochę. Przepraszam - odparłam pokornie. - Chociaż widzę, że się jarzysz.
- Widzisz to?!
- Pewnie. A co, nie każdy może dostrzec twój blask?
- Nie. To dziwne, Sookie.
- Skoro tak twierdzisz. Mogę popatrzeć, jak lewitujesz?
- Tutaj? - W głosie Billa zadźwięczała nuta rozbawienia.
- Jasne, dlaczego nie? Chyba że istnieje jakaś przeszkoda?
- Nie, nie istnieje. - Puścił moje ramiona i zaczął się wznosić.
Westchnęłam głośno, absolutnie zachwycona. Bill unosił się w ciemnościach, połyskując w świetle księżyca niczym rzeźba z białego marmuru. Kiedy znalazł się mniej więcej pół metra nad ziemią, zaczął krążyć. Odniosłam wrażenie, że uśmiecha się do mnie z góry.
- Wszyscy to potraficie? - spytałam.
- A ty umiesz śpiewać?
- Nie, niestety, straszliwie fałszuję.
- No widzisz, z nami jest podobnie. Nie wszyscy posiadamy identyczne umiejętności. - Wampir opadł powoli i niemal bezgłośnie wylądował na ziemi. - Większość ludzi jest wrażliwa na urok wampirów. Ty najwyraźniej nie - stwierdził.
Wzruszyłam ramionami. Kolejna z moich przywar.
Bill widocznie odgadł moje myśli, gdyż po przerwie, podczas której podjęliśmy spacer, spytał:
- Zawsze było to dla ciebie trudne?
- Tak, zawsze. - Nie mogłam odpowiedzieć inaczej, chociaż nie chciałam narzekać. - Najgorzej było we wczesnym dzieciństwie, bo wówczas nie potrafiłam jeszcze blokować napływu myśli innych ludzi i słyszałam rzeczy, których oczywiście słyszeć nie powinnam. Później je powtarzałam... jak to dzieciak. Moi rodzice nie wiedzieli, co ze mną począć. Szczególnie martwił się ojciec. W końcu mama zabrała mnie do pani psycholog, która natychmiast odgadła moje talenty, lecz nie chciała w nie uwierzyć i usiłowała wmówić matce, że po prostu umiem czytać z mowy ciała, a ponieważ jestem bardzo spostrzegawcza, wyobrażam sobie, że docierają do mnie myśli innych osób. Kobieta nie chciała przyznać, że dosłownie słyszę myśli innych, bo taka teza po prostu nie pasowała do jej świata. Co do mnie, marnie radziłam sobie w szkole, bo trudno mi było się skoncentrować... przez atakujące mój mózg myśli koleżanek i kolegów z klasy. Ze sprawdzianów natomiast otrzymywałam bardzo wysokie oceny, ponieważ inne dzieci skupiały się wtedy na swoich kartkach, a ja dzięki temu zyskiwałam nieco więcej swobody. Czasami rodzice uważali mnie za osobę leniwą, ponieważ na co dzień nie radziłam sobie zbyt dobrze. Niektórzy nauczyciele twierdzili, że mam problemy z przyswajaniem wiedzy... och, nie uwierzyłbyś w te wszystkie teorie. Co dwa miesiące badano mi wzrok i słuch, poddawano tomografii mózgu... O rany. Moi biedni rodzice wydali masę pieniędzy na te badania, nigdy jednak nie zaakceptowali prostej prawdy. Nawet na pozór.
- W głębi duszy na pewno wiedzieli.
- Zgadza się. Pewnego razu mój tato zastanawiał się, czy wesprzeć finansowo faceta, który chciał otworzyć sklep z częściami samochodowymi. Gdy ten mężczyzna odwiedził nas w domu, ojciec poprosił mnie, żebym z nimi usiadła, a po wyjściu tamtego zabrał mnie przed dom, zapatrzył się w dal i spytał: "Sookie, czy nasz gość mówił prawdę?". Och, to był najdziwniejszy moment mojego dzieciństwa.
- Ile miałaś lat?
- Chyba mniej niż siedem, bo rodzice zmarli, kiedy chodziłam do drugiej klasy.
- Jak zmarli?
- Zginęli podczas powodzi. Deszcz złapał ich na moście na zachód stąd.
Wampir tego nie skomentował. Zdawałam sobie sprawę, że w swym długim życiu widział mnóstwo trupów.
- Czy ten mężczyzna kłamał? - spytał po chwili.
- Niestety, tak. Planował wyłudzić od mojego ojca pieniądze i z nimi uciec.
- Masz dar.
- Jasne, dar. - Moje usta ułożyły się w podkówkę.
- Dar, który odróżnia cię od innych ludzi.
- Co ty powiesz! - Szliśmy przez chwilę w milczeniu. - A więc ty wcale nie uważasz się za istotę ludzką?
- Nie jestem nią od dłuższego czasu.
- Naprawdę wierzysz, że utraciłeś duszę? - Coś takiego księża katoliccy głosili w kazaniach o wampirach.
- Nie posiadam tego rodzaju wiedzy - rzucił Bill, niemal od niechcenia. Byłam pewna, że rozpamiętywał tę kwestię tak często, że doszedł już do jednoznacznych wniosków. - Nie sądzę jednak, bym ją utracił. Jest we mnie coś, co nie jest ani okrutne, ani mordercze... nawet po tych wszystkich latach. Chociaż może jestem okrutnikiem i mordercą...
- To nie twoja wina, że zaraziłeś się wirusem.
Bill parsknął, wkładając jednak w ten dźwięk maksimum uprzejmości.
- Odkąd istniejemy my, wampiry, krążą o nas najrozmaitsze teorie. Może akurat ta jest prawdziwa. - Popatrzył na mnie ze smutkiem, jakby zrobiło mu się przykro, że to powiedział. - Jeśli wampirami stajemy się z powodu wirusa, to musi on być rzadki.
- Jak człowiek zmienia się w wampira? - spytałam. Przeczytałam mnóstwo tekstów na ten temat, ale pragnęłam uzyskać odpowiedź wprost ze źródła.
- Musiałbym cię całkowicie osuszyć za jednym razem albo stopniowo... przez dwa, trzy dni, aż do momentu twojej śmierci. Później podałbym ci swoją krew. Leżałabyś jak trup mniej więcej przez czterdzieści osiem godzin... do trzech dni. Po przebudzeniu wyszłabyś w noc. I byłabyś głodna.
Wypowiadając słowo "głodna", zadrżał.
- Nie ma innego sposobu?
- Wiele moich znajomych wampirów twierdzi, że ludzie, których gryzą często, dzień po dniu, mogą się stać wampirami. Szczególnie jeśli dany wampir karmi się krwią jakiejś osoby regularnie i w sposób intensywny. Choć niektórzy ludzie, mimo identycznych warunków, zaledwie nabawią się anemii. Zresztą czasami, gdy ktoś jest bliski śmierci z jakiegoś innego powodu, na przykład po wypadku samochodowym albo przedawkowaniu narkotyków, sytuacja może się... wymknąć spod kontroli.
Dostałam na rękach gęsiej skórki.
- Czas zmienić temat - oświadczyłam. - Co planujesz zrobić z ziemią Comptonów?
- Zamierzam na niej mieszkać, jeśli zdołam. Zmęczyło mnie dryfowanie z miasta do miasta. Dorastałem w tym rejonie. Teraz, gdy ziemia należy do mnie zgodnie z prawem i gdy mogę w każdej chwili wyskoczyć do Monroe, Shreveport czy Nowego Orleanu po syntetyczną krew bądź prostytutkę specjalizującą się w takich jak ja... chcę tutaj pozostać. Pragnę sprawdzić, czy to w ogóle możliwe. Wędruję wszak od dziesięcioleci.
- W jakim stanie zastałeś swój dom?
- Niezbyt dobrym - przyznał. - Staram się go wysprzątać. Robię to nocami. Pewnych napraw jednakże mogą dokonać tylko specjaliści. Nieźle się znam na stolarce, ale nie mam pojęcia o elektryczności. - Oczywiście, skąd niby miał mieć? - Wydaje mi się, że w domu trzeba założyć nową instalację elektryczną - kontynuował głosem zwyczajnego, zaniepokojonego właściciela posesji.
- Masz telefon?
- Pewnie - odparł zaskoczony.
- No to jaki masz właściwie problem z zatrudnieniem robotników?
- Ciężko jest się z nimi kontaktować w nocy i trudno ich skłonić do spotkania po zmroku, a przecież muszę im wyjaśnić, co trzeba zrobić. Ludzie, z którymi rozmawiałem, bali się mnie lub uznali, że sobie z nich żartuję. - Z tonu wampira biła prawdziwa frustracja. Nie widziałam jego miny, bo odwrócił twarz.
Roześmiałam się.
- Jeśli chcesz, ja do nich zadzwonię - zaofiarowałam się szybko. - Chociaż może uważają mnie za stukniętą, wiedzą, że jestem uczciwa.
- Wyświadczyłabyś mi wielką przysługę - powiedział Bill po chwili wahania. - Mogliby pracować za dnia, tyle że najpierw spotkałbym się z nimi i przedyskutował konieczne roboty i ich koszt.
- Cóż to za niewygoda, nie móc wychodzić za dnia - mruknęłam bezmyślnie. Nie powiedziałabym tego, jeślibym się wcześniej zastanowiła.
- Na pewno tak - odpowiedział oschle wampir.
- I w dodatku trzeba ukrywać miejsce swojego odpoczynku - dorzuciłam, popełniając kolejny błąd. Gdy dotarło do mnie znaczenie milczenia Billa, natychmiast go przeprosiłam. - Och, wybacz mi - bąknęłam. Gdyby było jaśniej, dostrzegłby mój rumieniec.
- Dzienne miejsce spoczynku wampira jest jego najściślej strzeżonym sekretem - odparł twardo.
- Przepraszam.
- Przeprosiny przyjęte - odrzekł.
Dotarliśmy do drogi. Spojrzeliśmy w lewo i w prawo niczym para czekająca na taksówkę. Teraz, gdy wyszliśmy z lasu, w świetle księżyca widziałam Billa w miarę wyraźnie. Wampir również mnie teraz widział w całej okazałości. Zmierzył mnie spojrzeniem z góry na dół.
- Ta sukienka pasuje do koloru twoich oczu.
- Dziękuję. - Ja bez wątpienia nie widziałam go aż tak dokładnie!
- Nie jest jej jednak... dużo.
- Co takiego?
- Hm... Trudno mi się przyzwyczaić do młodych panien w takich krótkich sukienkach - wyjaśnił.
- Miałeś kilka dekad na przyzwyczajenie się do nich - odburknęłam zgryźliwie. - Daj spokój, Bill! Kobiety noszą spódniczki mini od czterdziestu lat!
- Lubiłem długie spódnice - szepnął tęsknie. - I lubiłem kobiety w bieliźnie. W halkach.
Chrząknęłam niezbyt grzecznie.
- Masz halkę? - zapytał.
- Mam jakąś beżową nylonową z koronką - odparłam zgorszonym tonem. - Gdybyś był człowiekiem, pomyślałabym, że mówiąc o mojej bieliźnie... podrywasz mnie!
Roześmiał się tym swoim głębokim, rzadko używanym chichotem, który oddziaływał na mnie z niezwykłą siłą.
- Masz tę halkę, Sookie?
Pokazałam mu język; wiedziałam, że go zobaczy. Po chwili jednak uniosłam połę sukienki, ujawniając kilka centymetrów opalonych ud i koronkę halki.
- Szczęśliwy? - spytałam.
- Masz ładne nogi, chociaż ja i tak wolę długie suknie.
- Ależ jesteś uparty - odcięłam się.
- Moja żona stale mi to powtarzała.
- Byłeś więc żonaty.
- Tak, zostałem wampirem jako trzydziestolatek. Miałem żonę i pięcioro dzieci. Mieszkała z nami moja siostra, Sarah. Nigdy nie wyszła za mąż. Jej narzeczony zginął na wojnie.
- To znaczy w wojnie domowej.
- Tak. Ja wróciłem z pola bitwy. Należałem do szczęśliwców. Przynajmniej tak wtedy sądziłem.
- Walczyłeś za konfederację - oświadczyłam ze zdumieniem. - Jeśli nadal masz swój mundur i włożysz go na spotkanie do klubu, starsze panie pomdleją z radości.
- Już pod koniec wojny niewiele zostało z mojego munduru - wyjaśnił ponuro. - Byliśmy w łachmanach i głodowaliśmy. Co nie miało dla mnie żadnego znaczenia, gdy zostałem wampirem - mruknął zimnym, odległym głosem.
- Powiedziałam coś, co cię zdenerwowało - jęknęłam. - Bardzo cię za to przepraszam. O czym powinniśmy rozmawiać?
Zawróciliśmy i ruszyliśmy podjazdem w stronę mojego domu.
- Na przykład o twoim życiu - stwierdził. - Opowiedz mi, co robisz, kiedy wstajesz rano.
- Wychodzę z łóżka i od razu je ścielę. Potem jem śniadanie: tost, czasem płatki albo jajka. Piję też kawę. Szczotkuję zęby, biorę prysznic, ubieram się. Czasami golę nogi. Jeśli jest dzień powszedni, idę do pracy, a jeżeli mam nockę, mogę pójść na zakupy, zabrać babcię do sklepu, wypożyczyć film i go obejrzeć lub się poopalać. Dużo czytam. Mam szczęście, że babcia nadal jest zdrowa i żwawa. To ona pierze, prasuje i przyrządza większość posiłków.
- A spotkania z młodymi mężczyznami?
- Och, mówiłam ci o moich problemach. Randki po prostu nie wydają mi się możliwe.
- A więc co dalej, Sookie? Z twoim życiem? - spytał łagodnie.
- Zestarzeję się i umrę - wydukałam. Bill zbyt często muskał moje wrażliwe punkty.
W następnej sekundzie wampir ogromnie mnie zaskoczył, gdyż wyciągnął rękę i ujął moją dłoń. Teraz, kiedy każde z nas trochę czymś rozgniewało drugie i dotknęło bolącego miejsca swego towarzysza, atmosfera wydawała mi się zdecydowanie klarowniejsza. Zerwał się lekki wietrzyk, który uniósł na moment moje włosy.
- Zdejmiesz spinkę? - spytał wampir.
Nie miałam powodu, żeby odmówić. Wyjęłam dłoń z jego ręki, sięgnęłam do włosów i rozpięłam spinkę. Rozpuściwszy włosy, potrząsnęłam głową. Wsunęłam spinkę Billowi do kieszeni, ponieważ w sukience nie miałam żadnych. Jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, wampir zaczął przeczesywać palcami moje włosy, układając mi je na ramionach.
Dotknęłam jego baczków, uznając, że dotyk najwyraźniej jest dozwolony.
- Są długie - zauważyłam.
- Taka była moda - odparł. - Mam szczęście, że nie nosiłem brody, tak jak wiele osób wtedy... W przeciwnym razie zostałaby mi do końca życia.
- Nie musisz się golić?
- Nie, na szczęście wówczas dopiero co się ogoliłem. - Wydawał się zafascynowany moimi włosami. - W świetle księżyca wyglądają na srebrne - powiedział bardzo cicho.
- Och... A co ty lubisz robić?
Mimo mroku zauważyłam cień uśmiechu na jego ustach.
- Też lubię czytać. - Zastanowił się. - Lubię oglądać filmy... Wiesz, obserwowałem rozwój sztuki filmowej od samego początku. Uwielbiam towarzystwo ludzi, którzy prowadzą zwykłe życie. Czasami tęsknię za obecnością innych wampirów, chociaż większość żyje w sposób bardzo odmienny od mojego.
Przez chwilę szliśmy w milczeniu.
- Oglądasz telewizję?
- Nieraz - wyznał. - Przez jakiś czas nagrywałem na wideo opery mydlane i oglądałem je w nocy. Bałem się wówczas, że mogę zapomnieć, jak to jest być człowiekiem. Potem dałem sobie z nimi spokój, ponieważ sugerując się przykładami z tych seriali, można zapomnieć, że ludzkość... jest dobra.
Roześmiałam się.
Weszliśmy w krąg światła wokół domu. Spodziewałam się, że babcia będzie na nas czekać na huśtawce, ale na szczęście nie było jej tam. W salonie paliła się tylko jedna przyćmiona żarówka.
No wiesz, babciu, pomyślałam zirytowana.
Czyżbym w jej mniemaniu wracała z pierwszej randki z nowym mężczyzną? Nawet przyłapałam się na pytaniu, czy Bill spróbuje mnie pocałować przed odejściem. Chociaż z takimi poglądami na temat sukien prawdopodobnie uważał pożegnalny całus za wykluczony. Może całowanie się z wampirem wydaje wam się głupie, ja nagle jednak zrozumiałam, że tego właśnie pragnę - bardziej niż czegokolwiek innego.
Poczułam nieprzyjemne ukłucie w piersi - gorycz spowodowaną tym, że znowu ktoś mi czegoś odmawia. Pomyślałam: "Dlaczego nie?" i pociągnęłam Billa delikatnie za rękę. Wyprostowałam się, dotknęłam wargami jego lśniącego policzka. Wciągnęłam zapach wampira - okazał się zwyczajny, nieco słony i z nikłą nutką wody kolońskiej.
Poczułam, że Bill zadrżał. Odwrócił lekko głowę i jego wargi dotknęły moich. Podniosłam ręce i objęłam jego szyję. Przycisnął mocniej wargi, a ja rozchyliłam usta. Nikt nigdy mnie tak nie całował! Pocałunek trwał i trwał, aż odniosłam wrażenie, że cały świat utonął w tym naszym pocałunku. Zapragnęłam, by zaszło między nami coś więcej.
Ale wampir nagle się odsunął. Wyglądał na wstrząśniętego, co zresztą ogromnie mi się spodobało.
- Dobranoc, Sookie - powiedział, po raz ostatni gładząc moje włosy.
- Dobranoc, Billu - odrzekłam. Mój głos lekko zadrżał. - Spróbuję jutro zadzwonić do elektryków. Dam ci znać, co powiedzą.
- Przyjdź do mnie do domu jutro w nocy... O ile masz wolne?
- Mam - odparłam. Nadal nie w pełni nad sobą panowałam.
- Do zobaczenia, Sookie. I dzięki. - Obrócił się i ruszył przez las do swojego domu. Kiedy wszedł w ciemność, straciłam go z oczu.
Kilka minut stałam i wpatrywałam się przed siebie jak głupia, aż wreszcie otrząsnęłam się i ruszyłam do domu z zamiarem położenia się do łóżka.
Spędziłam nieprzyzwoicie długi czas, leżąc bezsennie i zastanawiając się, czy nieumarły może w ogóle robić... to. Zadałam też sobie pytanie, czy możliwa jest szczera rozmowa z Billem o... tym. Czasami wydawał się strasznie staroświecki, a czasami idealnie normalny... niczym facet z sąsiedztwa. No cóż, właściwie nie aż tak, ale bywał dość normalny.
Jakież to cudowne i zarazem żałosne, że jedyne stworzenie, z którym umówiłam się po raz pierwszy od lat i z którym pragnęłam uprawiać seks, nie jest człowiekiem. Telepatia boleśnie ograniczała moje możliwości. Oczywiście mogłam wcześniej pójść z kimś do łóżka, ja jednak wciąż czekałam, gdyż chciałam czerpać z miłości fizycznej prawdziwą przyjemność.
A jeśli pójdę z Billem do łóżka i po wszystkich tych latach zwlekania odkryję, że nie mam do tego w ogóle talentu? Albo nie będę się z tym czuła dobrze? Może autorzy powieści i twórcy filmów przesadzają? Może przesadza w swych opowieściach Arlene, która nie potrafi zrozumieć, że nie mam ochoty znać wszystkich szczegółów dotyczących jej życia płciowego!
W końcu zasnęłam. Męczyły mnie koszmary.
Następnego ranka, odpowiadając na pytania babci dotyczące mojego spaceru z wampirem oraz naszych dalszych planów, odbyłam kilka rozmów telefonicznych. Znalazłam dwóch elektryków, hydraulika i kilku innych fachowców. Podali mi swoje domowe numery telefonów, pod którymi można się było z nimi skontaktować w nocy. Zapewniłam każdego z osobna, że telefon od Billa Comptona z pewnością nie będzie psikusem.
W końcu położyłam się na słońcu, by się poopalać, po chwili jednak babcia przyniosła mi z domu telefon.
- Twój szef - oznajmiła.
Babcia lubiła Sama, a teraz najwyraźniej jakieś jego słowa prawdziwie ją uszczęśliwiły, ponieważ uśmiechała się szeroko niczym kot z Cheshire.
- Cześć, Sam - rzuciłam w słuchawkę niezbyt wesołym tonem, podejrzewając, że usłyszę, że w pracy zdarzyło się coś złego.
- Dawn nie przyszła, moja droga - odparował mój szef.
- O... cholera - mruknęłam. Było jasne, że muszę jechać do baru. - Miałam plany, Sam. - Chyba pierwszy raz tak mu odpowiedziałam. - Kiedy mnie potrzebujesz?
- Mogłabyś popracować od siedemnastej do dwudziestej pierwszej? Bardzo byś mi pomogła.
- Czy dostanę za to inny cały wolny dzień?
- Może Dawn podzieli z tobą zmianę którejś nocy?
Prychnęłam na te słowa, choć babcia stała obok, patrząc na mnie z surową miną. Wiedziałam, że za chwilę zrobi mi wykład.
- No dobrze - mruknęłam niechętnie. - Zobaczymy się o piątej.
- Dzięki, Sookie - powiedział. - Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.
Spróbowałam poczuć z tego powodu dumę. Jednakże dobroć wydała mi się nudną zaletą. "Tak, na Sookie zawsze można liczyć, Sookie zawsze przyjdzie i pomoże, bo nie ma życia prywatnego!".
Cóż, mogłam pojechać do Billa po dziewiątej wieczór. Mój wampir i tak będzie na nogach przez całą noc.
Praca nigdy mi się tak nie dłużyła jak tego dnia. Nie mogłam się skoncentrować na tyle, by blokować napływ myśli otaczających mnie ludzi, ponieważ bez przerwy myślałam o Billu. Na szczęście, w barze było niewielu klientów, w przeciwnym razie zalałaby mnie masa niechcianych myśli. Niestety, mimowolnie odkryłam, że Arlene spóźnia się okres i moja przyjaciółka boi się, czy nie jest w ciąży. Zanim zdołałam się powstrzymać, przytuliłam ją. Przyjrzała mi się badawczo, po czym mocno się zaczerwieniła.
- Weszłaś w mój umysł, Sookie? - spytała ostro.
Arlene była jedną z nielicznych osób, które po prostu przyjęły do wiadomości istnienie mojego daru, nie próbując w żaden sposób go wyjaśniać ani nie nazywając mnie z jego powodu dziwadłem. Zauważyłam jednak, że nawet ona nie mówiła o tej sprawie ani zbyt często, ani normalnym tonem.
- Przepraszam, nie zrobiłam tego specjalnie - bąknęłam. - Nie jestem dzisiaj zbyt skupiona.
- No to w porządku. Od tej chwili jednak staraj się nad sobą panować. - Pogroziła mi palcem, jednocześnie potrząsając głową; ogniste loki podskoczyły przy jej policzkach.
Miałam ochotę się rozpłakać.
- Przepraszam - powtórzyłam i weszłam do magazynku, by tam się uspokoić. Starałam się trzymać głowę prosto, lecz z trudem powstrzymywałam łzy.
Usłyszałam, jak drzwi za mną się otwierają.
- Hej, Arlene, przecież cię przeprosiłam! - warknęłam. Chciałam być sama. Czasami Arlene mieszała telepatię z umiejętnością przewidywania przyszłości. Bałam się, że zapyta mnie, czy naprawdę jest w ciąży. Lepiej kupiłaby sobie w aptece test.
- Sookie. - To był Sam. Położył mi rękę na ramieniu i lekko odwrócił mnie ku sobie. - Co się dzieje?
Jego łagodny głos z niewiadomych względów pogłębił mój smutek.
- Wolałabym, żebyś na mnie nakrzyczał - jęknęłam. - Inaczej się rozpłaczę!
Zaśmiał się cicho, po czym mnie objął.
- O co chodzi? - zapytał.
- Bo ja...
Nigdy nie dyskutowałam otwarcie o moim problemie (jak go nazywałam) ani z Samem, ani z nikim innym. Wszyscy w Bon Temps znali pogłoski związane z przyczynami mojej "odmienności", najwyraźniej nikt jednak nie rozumiał, że non stop muszę słuchać ich umysłowego bełkotu, czy tego chcę, czy nie... Ach, te ich codziennie narzekania, narzekania, narzekania...
- Usłyszałaś coś, co cię zdenerwowało? - spytał spokojnie. Dotknął środka mojego czoła, sugerując specyficzne znaczenie słowa "słyszeć".
- Tak.
- Nic na to nie możesz poradzić, prawda?
- Nic.
- Nienawidzisz tego, co, kochanie?
- Och, tak!
- A więc nie ma w tym twojej winy?
- Staram się nie podsłuchiwać ludzi, ale nie zawsze potrafię się obronić przed napływem ich myśli. - Poczułam, że łza, której nie mogłam dłużej powstrzymywać, spływa po moim policzku.
- Powiedz, jak to robisz, Sookie? To znaczy... jak się przed tym bronisz?
Wyglądał na naprawdę zainteresowanego i chyba wcale nie uważał mnie za kogoś gorszego od siebie. Uniosłam nieco głowę i wpatrzyłam się w jego wielkie niebieskie oczy.
- Po prostu... trudno się coś takiego opisuje komuś, kto tego nie potrafi... Stawiam umysłową zaporę... taką sztuczną ochronę... jakby stalowe płyty między moim mózgiem i umysłami innych osób.
- Musisz pilnować, by ta zapora nie... zniknęła?
- Tak. Utrzymywanie jej wymaga ode mnie ogromnej koncentracji. Przez cały ten czas trochę się... oddzielam od mojego umysłu i może właśnie dlatego ludzie uważają mnie za stukniętą. Jedna połowa mojego mózgu stara się podtrzymywać te stalowe płyty, podczas gdy druga skupia się na przyjmowaniu zamówień, toteż czasami nie mam siły na prowadzenie logicznej rozmowy. - Czułam olbrzymią ulgę, że mogę komuś o tym opowiadać.
- Słyszysz słowa czy raczej docierają do ciebie wrażenia?
- Hm... wszystko zależy od osoby, której... słucham. I od jej stanu. Jeśli ktoś jest pijany albo zaniepokojony, otrzymuję jedynie obrazy, wrażenia, zamiary... W przypadku osób trzeźwych i spokojnych często słyszę słowa i widzę nieco obrazów.
- Wampir twierdzi, że jego myśli nie słyszysz.
Poczułam się bardzo dziwnie na myśl, że Bill i Sam rozmawiali o mnie.
- Zgadza się - przyznałam.
- Czy to ci daje komfort?
- O tak, zdecydowanie - odrzekłam szczerze.
- A moje myśli słyszysz, Sookie?
- Nie chcę nawet próbować! - odrzekłam pospiesznie. Ruszyłam do drzwi magazynu, lecz zatrzymałam się z ręką na gałce. Wyciągnęłam chusteczkę z kieszeni szortów i delikatnie starłam łzy z policzka. - Jeśli zajrzę w twój umysł, będę musiała odejść z pracy, Sam! A lubię ciebie i lubię tu pracować.
- Och, tylko kiedyś spróbuj, Sookie - odpowiedział niedbale, po czym odwrócił się, wyjął z kieszeni ostry nóż i zaczął nim otwierać karton z butelkami whisky. - Nie przejmuj się mną. Możesz tu pracować, jak długo chcesz.
Wytarłam stolik, na który Jason rozsypał sól. Zanim poszedł, zjadł hamburgera i frytki. Wypił też parę piw.
Zastanowiłam się nad propozycją Sama.
Dziś nie będę próbowała go posłuchać. Był na to przecież przygotowany. Poczekam, aż czymś się zajmie. Wślizgnę się jedynie na moment w jego umysł i posłucham jego myśli. Sam mnie zachęcał, co zresztą wydało mi się osobliwe i absolutnie unikatowe.
Miło otrzymać zaproszenie.
Poprawiłam makijaż i wyszczotkowałam włosy. Nosiłam teraz rozpuszczone, ponieważ Bill wyraźnie lubił taką fryzurę, choć przeszkadzała mi ona w pracy.
Kiedy wreszcie nadszedł koniec mojej zmiany, wzięłam torebkę z szuflady w biurze Sama.
***
Dom Comptonów - podobnie jak dom mojej babci - stał z dala od głównej drogi. Był nieco lepiej widoczny z drogi gminnej niż nasz, a z jego okien rozciągał się widok na cmentarz, którego nasz dom nie miał. Powodem (przynajmniej częściowym) było usytuowanie domu Comptonów. Stał na szczycie pagórka i składał się z pełnych dwóch kondygnacji. Dom babci miał dwie zapasowe sypialnie na piętrze i stryszek, lecz nie było to pełne piętro - w najlepszym razie półpiętro.
W pewnym momencie swojej długiej historii Comptonowie mieli bardzo miły dom. Nawet w ciemnościach dostrzegałam jego urokliwość. Wiedziałam jednak, że w świetle dziennym zauważyłabym zapewne, że farba na filarach się łuszczy, drewniane deski są wypaczone, a podwórko zarosło niczym dżungla. W wilgotnym ciepłym powietrzu Luizjany roślinność rozwija się niezwykle szybko, trzeba ją więc często przycinać, a stary pan Compton nie miał zwyczaju wynajmować pomocników, toteż gdy osłabł, zostawił podwórko na łaskę losu.
Na okrągłym podjeździe od lat nie zmieniano żwiru i mój samochód przesunął się poślizgiem pod same drzwi frontowe. Dostrzegłam, że w całym domu palą się światła, i zrozumiałam, że dzisiejszy wieczór nie będzie przypominał wczorajszego. Przed domem stał zaparkowany drugi samochód - lincoln continental, biały z granatowym dachem. Na zderzaku przylepiono biało-błękitną naklejkę z napisem: "Wampiry ssą". Czerwono-żółta natomiast mówiła: "Zatrąb, jeśli jesteś krwiodawcą!". Tablica rejestracyjna składała się z jednego słowa i jednej liczby: "KŁY 1".
Skoro Bill miał już towarzystwo, może powinnam po prostu pojechać do domu?
Ale przecież mnie zaprosił. Z wahaniem uniosłam rękę i zapukałam do drzwi.
Otworzyła je wampirzyca.
Lśniła jak szalona. Była Murzynką i mierzyła co najmniej metr osiemdziesiąt. Nosiła obcisły sportowy biustonosz ze spandeksu w kolorze różowym, dopasowane, długie do łydki legginsy z lycry oraz rozpiętą elegancką, męską białą koszulę.
Pomyślałam, że wygląda tanio jak cholera i najprawdopodobniej - z męskiego punktu widzenia - niesamowicie apetycznie.
- Hej, panienko - zamruczała.
A ja nagle pojęłam, że grozi mi niebezpieczeństwo. Bill wielokrotnie mnie ostrzegał, że nie wszystkie wampiry są równie uprzejme jak on; zresztą sam także miewał podobno momenty, gdy nie był zbyt miły. Nie potrafiłam wejść w umysł stojącej przede mną istoty, ale dosłyszałam jawne okrucieństwo w jej głosie.
Może zraniła Billa? A może była jego kochanką...?
Te myśli przeleciały mi przez głowę, na szczęście żadna nie uwidoczniła się na mojej twarzy. Miałam za sobą lata doświadczeń w kontrolowaniu min i emocji. Uśmiechnęłam się więc, wyprostowałam i rzuciłam do Murzynki wesoło:
- Cześć! Miałam wpaść dziś wieczorem i przekazać Billowi pewną informację. Mogę się z nim zobaczyć?
Wampirzyca zaśmiała się, ja jednak jestem przyzwyczajona do drwin, toteż mój uśmiech jeszcze się poszerzył. Od tego stworzenia niemal promieniowało niebezpieczeństwo - w sposób, w jaki żarówka wydziela ciepło.
- Bill, jest tu panienka, która twierdzi, że ma dla ciebie jakąś wiadomość! - wrzasnęła przez (szczupłe, brązowe i piękne) ramię. Stłumiłam westchnienie ulgi. - Chcesz zobaczyć tę małą? A może po prostu dam jej miłosnego całuska?
Po moim trupie, pomyślałam wściekle i w tej samej chwili zrozumiałam, że tak właśnie by to wyglądało.
Nie usłyszałam odpowiedzi Billa, ale wampirzyca się odsunęła. Weszłam do starego domu. Wiedziałam, że ucieczka zda się na nic. Długonoga Murzynka niewątpliwie by mnie dopadła, zanim zdążyłabym przebiec pięć kroków. Usiłowałam też nie rozglądać się za Billem, ciągle więc nie miałam pewności, czy nic mu się nie stało. Miałam nadzieję, że wystarczy mi odwagi i dzielnie stawię czoło tej sytuacji.
W dużym salonie znajdowało się mnóstwo ciemnych starych mebli i ludzi. A właściwie, gdy przyjrzałam się im uważniej, uświadomiłam sobie, że nie wszyscy są ludźmi - rozróżniłam dwie osoby i jeszcze dwa dziwne wampiry.
Oba były płci męskiej i rasy białej. Jeden miał włosy obcięte tuż przy skórze i tatuaże na każdym widocznym milimetrze ciała. Drugi przewyższał wzrostem nawet wampirzycę, która mi otworzyła, mierzył co najmniej sto dziewięćdziesiąt parę centymetrów, był wspaniałej budowy, jego głowę zaś okalały długie, faliste ciemne włosy.
Ludzie prezentowali się mniej imponująco. Kobieta była pulchną blondynką, miała trzydzieści pięć lat lub więcej i zbyt grubą warstwę makijażu. Wyglądała na zniszczoną... niczym stary but. Mężczyzna wprost przeciwnie - był naprawdę uroczym, może najładniejszym człowiekiem, jakiego widziałam w całym moim życiu. Nie miał chyba więcej niż dwadzieścia jeden lat. Śniada cera sugerowała prawdopodobnie latynoskie pochodzenie; był niewysoki i drobnokościsty. Miał na sobie jedynie poszarpane dżinsy i... makijaż. Nie przeszkadzało mi to, ale i nie pociągało.
Nagle Bill się poruszył i wreszcie go zobaczyłam. Stał w cieniu ciemnego korytarza prowadzącego z salonu na tyły domu. Popatrzyłam na mojego wampira, próbując się zorientować w tej niespodziewanej sytuacji. Popadłam w lekką konsternację, gdyż wcale nie miał zachęcającej miny. Jego twarz była zresztą całkowicie nieruchoma i nieprzenikniona. Chociaż nie mogłam uwierzyć, że w ogóle o tym pomyślałam, zapragnęłam w tym momencie zerknąć w jego umysł.
- Och, zapowiada się cudowny wieczór - oświadczył z zachwytem w głosie długowłosy wampir. - Czy to twoja przyjaciółka, Bill? Jest taka świeżutka.
Przyszło mi do głowy kilka wulgarnych słów, których nauczyłam się od Jasona.
- Proszę, wybaczcie mnie i Billowi na minutkę - oznajmiłam bardzo uprzejmie, jakby wieczór był idealnie normalny. - Załatwiam fachowców do napraw w tym domu. - Starałam się mówić rzeczowo i bezosobowo, chociaż udająca specjalistkę dziewczyna w szortach, podkoszulku i adidasach nie wzbudza raczej szacunku. Jednakże takie zachowanie podpowiadała mi intuicja.
- A słyszeliśmy, że Bill jest na diecie i pija jedynie krew syntetyczną - zauważył wytatuowany wampir. - Obawiam się, Diane, że ktoś nam wciskał bzdury.
Wampirzyca przekrzywiła głowę i posłała mi długie spojrzenie.
- Nie jestem tego taka pewna. Ta mała wygląda mi na dziewicę.
Pomyślałam, że wampirzyca mówi chyba o czymś innym niż błona dziewicza.
Zrobiłam kilka swobodnych kroków w stronę Billa, mając cholerną nadzieję, że w najgorszym razie mój wampir mnie obroni, choć nie byłam tego w tej chwili wcale taka pewna. Nadal się uśmiechałam, czekając, aż Bill coś powie i wreszcie się ruszy.
Wówczas się odezwał.
- Sookie jest moja - oświadczył, a jego głos zabrzmiał tak zimno i gładko, że gdyby był kamieniem, wsunąłby się w wodę, nie czyniąc nawet najmniejszej zmarszczki.
Popatrzyłam na niego ostro, na szczęście miałam dość rozumu, by trzymać język za zębami.
- Jak dobrze się troszczysz o naszego Billa? - spytała Diane.
- Nie twój pieprzony interes! - odburknęłam, używając jednego ze słów Jasona i nadal się uśmiechając. Dałam im do zrozumienia, że mam temperament.
Zapanowała krótka cisza. Wszyscy, ludzie i wampiry, przyglądali mi się tak badawczo, że mogliby policzyć włoski na moich rękach. Nagle wysoki wampir zaczął się trząść ze śmiechu, a reszta poszła za jego przykładem. Kiedy tak rechotali, podeszłam kilka kroczków bliżej Billa, który wpatrywał się swymi ciemnymi oczyma w moje. Nie śmiał się i odniosłam wrażenie, że równie mocno jak ja pragnie, żebym umiała czytać mu w myślach.
Podejrzewałam, że Bill znajduje się w niebezpieczeństwie. A jeśli Billowi groziło niebezpieczeństwo, groziło także mnie.
- Masz zabawny uśmiech - mruknął w zadumie wysoki wampir. Podobał mi się bardziej, gdy rechotał.
- Och, Malcolmie - wtrąciła Diane. - Wszystkie kobiety wyglądają dla ciebie zabawnie.
Malcolm przyciągnął do siebie młodego mężczyznę i zaczął go całować. Poczułam się nieco zdegustowana, uważałam bowiem, że pocałunki należy wymieniać na osobności.
- To prawda - odparł Malcolm, odrywając się po chwili od młodzieńca, ku jawnemu rozczarowaniu tamtego. - Jednakże w tej dostrzegam coś rzadkiego. Może ma bogatą krew.
- Phi - pisnęła blondynka głosem, od którego mógłby popękać tynk. - To przecież tylko stuknięta Sookie Stackhouse.
Przypatrzyłam się kobiecie z większą uwagą. Rozpoznałam ją w końcu, gdy ją w myślach ciut odmłodziłam i zmyłam z niej połowę makijażu. Janella Lennox pracowała w "Merlotcie" przez dwa tygodnie, aż Sam ją wyrzucił. Arlene twierdziła, że kobieta przeniosła się później do Monroe.
Wampir z tatuażami objął ramieniem Janellę i potarł jej piersi. Poczułam, że blednę; cała krew spłynęła mi z twarzy. Byłam straszliwie zniesmaczona. Mój wstręt wzrósł, kiedy Janella, równie pozbawiona przyzwoitości jak wampir, położyła dłoń na jego kroczu i zaczęła je masować.
Przynajmniej miałam teraz wyraźny dowód na to, że wampiry są w stanie uprawiać seks.
W tej chwili jednak odkrycie to mało mnie podniecało.
Malcolm dostrzegł moją odrazę.
- Ta mała jest absolutnie niewinna - powiedział do Billa z tęsknym uśmiechem.
- Ona jest moja - powtórzył Bill. Tym razem jego głos był twardszy, a ton jawnie ostrzegawczy.
- No, Bill, nie powiesz mi, że od tej panienki dostajesz wszystko, czego potrzebujesz - stwierdziła Diane. - Jesteś blady i jakiś taki... oklapnięty. Dziewczyna na pewno nie dba o ciebie odpowiednio.
Zrobiłam kolejny krok ku Billowi.
- Proszę - zaproponowała wampirzyca, której powoli zaczynałam nienawidzić - posmakuj kobiety Liama, albo Jerry'ego, ładnego chłopca Malcolma.
Janella nie zareagowała na stwierdzenie Diane, prawdopodobnie zbyt zajęta rozpinaniem dżinsów Liama, ale "ładny chłopiec Malcolma", czyli Jerry, natychmiast podpełzł do mojego wampira. Uśmiechnęłam się, chociaż od tego sztucznego uśmiechu o mało nie pękły mi szczęki, a tymczasem młokos objął Billa, łasił się do szyi Billa, ocierał się piersią o koszulę Billa...
Nie mogłam patrzeć na wykrzywioną twarz mojego wampira. Bronił się przed Jerrym, lecz bezwiednie zaczynał wysuwać kły. Po raz pierwszy widziałam je w całej okazałości. Syntetyczna krew, niestety, rzeczywiście nie zaspokajała wszystkich potrzeb Billa.
Jerry zaczął lizać punkt u nasady szyi Billa. Nadmiar emocji sprawił, że przestałam się bronić przed napływem myśli innych osób. Ponieważ czworo spośród obecnych było wampirami, których umysłów nie potrafiłam odczytać, Janella zaś była całkowicie zajęta, pozostawał Jerry. Wsłuchałam się w jego myśli i aż się zakrztusiłam.
Bill, drżąc z pokusy, akurat się pochylał z zamiarem zatopienia kłów w szyi Jerry'ego, gdy zawołałam:
- Nie! On ma sinowirus!
Jakby uwolniony od zaklęcia, Bill popatrzył na mnie przez ramię Jerry'ego. Oddychał ciężko, lecz jego kły się cofnęły. Skorzystałam z tej chwili i podeszłam jeszcze kilka kroków. Od mojego wampira dzielił mnie teraz zaledwie metr.
- Sino-AIDS - dodałam.
Krew alkoholików i nałogowych narkomanów ma krótkotrwały wpływ na wampiry. Niektóre podobno zresztą znajdowały przyjemność w tym pośrednim kontakcie z używkami. Nijak natomiast na wampiry nie oddziaływała krew ludzi z pełnoobjawowym AIDS, chorych na inne choroby przenoszone drogą płciową czy też osób dotkniętych nękającymi istoty ludzkie wirusami.
Oprócz sino-AIDS! Choroba ta wprawdzie nie zabijała wampirów tak stuprocentowo, jak wirus AIDS uśmiercał ludzi, jednak bardzo osłabiała nieumarłych na okres niemal miesiąca, w którym to czasie stosunkowo łatwo było takiego wampira schwytać i zabić, wbijając mu kołek w pierś. Zdarzało się, że wampir, który niejednokrotnie żywił się zarażoną krwią, umierał... to znaczy umierał ponownie... nawet bez kołka. Choć w przeważającej części Stanów Zjednoczonych sino-AIDS nadal pozostawał chorobą rzadką, mocno się rozprzestrzenił w okolicy portów, jak Nowy Orlean, gdzie wirusa przywozili pochodzący z całego świata marynarze i inni podróżnicy schodzący na ląd, by się zabawić.
Po moich słowach wszystkie wampiry zmartwiały i zagapiły się na Jerry'ego niczym na śmierć w przebraniu. Może zresztą tym dla nich był.
W następnej sekundzie ten piękny młody człowiek odwrócił się i rzucił na mnie. Nie był wampirem, lecz był silny (najwyraźniej od niedawna nosił w sobie wirusa) i cisnął mną o ścianę. Później zacisnął na moim gardle palce jednej ręki i uniósł drugą, zamierzając uderzyć mnie pięścią w twarz. Gdy uniosłam ręce do obrony, ktoś chwycił nadgarstek Jerry'ego i napastnik znieruchomiał.
- Puść ją! - wrzasnął Bill głosem tak przeraźliwym, że nawet ja się wystraszyłam.
Od wielu minut byłam w stresie i lękałam się, że już nigdy nie poczuję się bezpieczna. W dodatku palce Jerry'ego wcale się nie rozluźniły, toteż bezwiednie zaczęłam cicho popiskiwać. W panice zerkałam na boki. Gdy znów spojrzałam w pobladłą twarz Jerry'ego, zrozumiałam, że Bill trzyma jego rękę, a Malcolm chwycił go za nogi. Młokos przeraził się i nie do końca pojmował, czego od niego chcą.
Szczegóły otoczenia widziałam coraz mniej wyraźnie, głosy wpływały w mój umysł i z niego wypływały. Czułam natłok myśli Jerry'ego, ale nie miałam siły się przed nimi bronić. Byłam zupełnie bezradna. Mimowolnie odkryłam, że głowę młodzieńca wypełnia obraz kochanka, który zaraził go wirusem, a następnie opuścił dla jakiegoś wampira, więc Jerry zamordował go w ataku zazdrości i wściekłości. Kiedy uprzytomnił sobie, co zrobił, obarczył winą za to wampiry. Pragnął wszystkie pozabijać i na początek postanowił pozarażać je sino-AlDS. To miała być jego zemsta.
Nad jego ramieniem dostrzegłam uśmiechniętą twarz wampirzycy Diane.
Nagle Bill złamał Jerry'emu nadgarstek.
Młodzieniec krzyknął z bólu i zwalił się na podłogę. Do mojego mózgu ponownie zaczęła docierać krew, więc zakręciło mi się w głowie. Malcolm podniósł Jerry'ego i przeniósł go na kanapę - tak niedbale, jakby młokos był zwiniętym dywanem. Miny Malcolma nie można było jednak nazwać obojętną. Wiedziałam, że Jerry będzie miał szczęście, jeśli umrze szybko.
Bill stanął przede mną, zajmując miejsce nieszczęsnego młodzieńca. Jego palce, które właśnie złamały przegub Jerry'ego, masowały teraz moją szyję - w swej delikatności Bill przypominał mi moją babcię. Położył palec na mych wargach, sugerując, żebym milczała.
Potem objął mnie i odwrócił się, by stawić czoło pozostałym wampirom.
- Bardzo zabawne widowisko - ocenił chłodno Liam. Najwyraźniej starania Janelli nie zrobiły na nim szczególnego wrażenia. Przez całą akcję nawet się nie ruszył z kanapy.
Przyjrzałam się nowym tatuażom, dopiero teraz widocznym na częściowo obnażonym ciele wampira. Były tak nieprzyzwoite, że aż ogarnęły mnie mdłości.
- Sądzę, że teraz powinniśmy wracać do Monroe. Trzeba odbyć krótką rozmowę z Jerrym, natychmiast gdy się obudzi, co, Malcolmie?
Malcolm zarzucił sobie na ramię nieprzytomnego młodzieńca i bez słowa kiwnął głową Liamowi. Diane wyglądała na rozczarowaną.
- Ależ, panowie - zaprotestowała. - Nie dowiedzieliśmy się jeszcze, skąd ta mała o tym wie.
Dwa wampiry równocześnie przeniosły wzrok na mnie. Liam zaczął jakby od niechcenia szczytować. Czyli tak, wampiry mogą mieć orgazm! Po chwili Liam odsapnął.
- Dzięki, Janello. Malcolmie, to dobre pytanie, nie uważasz? Nasza Diane jak zwykle bardzo się stara dotrzeć do sedna problemu.
Cała trójka wampirów z Monroe roześmiała się. Mnie ten żart raczej przestraszył.
- Nie możesz jeszcze mówić, prawda, kochana? - Na wypadek, gdybym nie pojęła aluzji, Bill ścisnął moje ramię.
Potrząsnęłam głową.
- Prawdopodobnie mogłabym ją skłonić do mówienia - zaoferowała się wampirzyca.
- Diane, zapominasz się - upomniał ją łagodnie Bill.
- No tak, dziewczyna jest twoja - przyznała Diane. W jej tonie nie było ani strachu, ani przekonania.
- Trzeba się będzie spotkać innym razem - mruknął Bill, jawnie dając pozostałym do zrozumienia, że mają wyjść albo będą musieli z nim walczyć.
Liam wstał, zapiął suwak dżinsów i kiwnął na kobietę.
- Janello, wychodzimy. Wyrzucają nas. - Rozłożył ręce, a tatuaże na muskularnych ramionach się poruszyły.
Janella przesunęła palcami po jego żebrach, lecz wampir jednym ruchem odepchnął ją niczym natrętną muchę. Popatrzyła na niego rozdrażniona, choć wcale nie zawstydzona. Ja na niej miejscu czułabym się zażenowana, ale kobieta wydawała się przyzwyczajona do takiego traktowania.
Malcolm podniósł Jerry'ego i wyniósł go frontowymi drzwiami. Jeśli poprzez krew Jerry'ego zaraził się wirusem, choroba najwyraźniej jeszcze go nie osłabiła. Diane wyszła jako ostatnia. Zarzuciwszy torebkę na ramię, co rusz zerkała za siebie.
- Zostawię was w takim razie samych, kochani. Świetnie się bawiłam - powiedziała i wyszła, trzaskając drzwiami.
Usłyszałam, że samochód odjeżdża, a sekundę później zemdlałam.
Nigdy wcześniej mi się to nie przydarzyło i miałam nadzieję, że nigdy więcej nie zdarzy, czułam się jednak usprawiedliwiona.
Chyba sporo czasu leżałam u Billa nieprzytomna. Odzyskując świadomość, wiedziałam, że muszę się zastanowić nad zdarzeniami tego wieczoru, na pewno jednak nie w tej chwili. Na razie całe otoczenie wirowało mi przed oczyma, dźwięki zaś raz nadpływały, raz odpływały. Zakrztusiłam się, a Bill natychmiast przechylił mnie nad brzeg kanapy. Nie zdołałam zwymiotować jedzenia, może dlatego że nie miałam go zbyt wiele w żołądku.
- Czy wampiry tak się zachowują? - szepnęłam. Gardło mnie bolało i czułam, że mam posiniaczoną szyję w miejscach, które ściskał Jerry. - Ci byli okropni.
- Próbowałem się z tobą skontaktować. Kiedy odkryłem, że cię nie ma w domu, usiłowałem cię złapać w barze - wyjaśnił Bill bezbarwnym głosem. - Niestety, stamtąd też już wyszłaś.
Chociaż wiedziałam, że nic mi to nie pomoże, rozpłakałam się. Byłam pewna, że do tej pory wampiry zdążyły zabić Jerry'ego, i czułam, że powinnam coś zrobić w tej sprawie. Ale w tamtej chwili nie mogłam ukrywać swojej wiedzy, skoro chłopak mógł zarazić Billa. Całe to krótkie spotkanie straszliwie mnie zdenerwowało, nawet nie potrafiłam wskazać, który jego moment najbardziej. W ciągu kwadransa bałam się o swoje życie, o życie Billa (hm... no cóż... powiedzmy, o jego "istnienie"), przyglądałam się zachowaniom seksualnym, które powinny pozostać sprawą absolutnie prywatną, widziałam mojego potencjalnego kochanka targanego żądzą krwi (z naciskiem na "żądzę") i o mało nie udusił mnie chory pedał dupodajec.
Ogarnięta tym natłokiem myśli, przestałam się powstrzymywać przed płaczem. Usiadłam i rozszlochałam się, wycierając twarz chusteczką, którą podał mi Bill. Przemknęło mi przez głowę pytanie, po co wampirowi chusteczki.
Bill miał dość rozumu, by mnie na razie nie obejmować. Usiadł na podłodze i czekał, a gdy wycierałam twarz, subtelnie odwrócił wzrok.
- Wampiry żyjące w grupach - odpowiedział nagle - często stają się bardziej okrutne. Wiesz, podjudzają się nawzajem. Stała obecność innych osobników ciągle im uświadamia, jak bardzo się różnią od przedstawicieli rasy ludzkiej. Zaczynają robić wszystko, na co mają ochotę, i powoli przestają przestrzegać jakichkolwiek praw. Wampiry żyjące samotnie, tak jak ja, dłużej pamiętają o swojej ludzkiej przeszłości. - Słuchałam go, usiłując nadążać za tokiem jego myśli i starając się zrozumieć nieznane mi kwestie. - Sookie, nasza egzystencja wielu osobom wydaje się strasznie kusząca. Szczególnie ostatnio... Jednak pojawienie się syntetycznej krwi i ludzkiej akceptacji... choćby jeszcze niechętnej... niektórych z nas nie zmieni z dnia na dzień... nawet nie w ciągu dekady. A Diane, Liam i Malcolm są razem od pięćdziesięciu lat.
- Jak słodko - mruknęłam. W swoim głosie usłyszałam nową, nieznaną mi wcześniej nutę: gorycz. - Obchodzą złote gody.
- Potrafisz zapomnieć o zdarzeniach dzisiejszego wieczoru? - spytał.
Zobaczyłam, że jego ogromne ciemne oczy przysuwają się do mojej twarzy, i nagle jego usta znalazły się kilka centymetrów od moich.
- Nie mam pojęcia - odparłam. - Hm... nie wiedziałam dotąd, czy możesz to robić...
Uniósł brwi.
- Robić...?
- No wiesz, czy możesz mieć... - Przerwałam, zastanawiając się nad odpowiednim słowem. Widziałam dziś więcej objawów grubiaństwa niż przez całe moje dotychczasowe życie, toteż nie chciałam powiedzieć niczego ordynarnego. - Erekcję - bąknęłam w końcu, unikając jego spojrzenia.
- No to teraz już wiesz. - Wyczułam, że z całych sił stara się nie roześmiać. - Możemy uprawiać seks, ale nie możemy być rodzicami. Czy fakt, że Diane nie może mieć dzieci, nie poprawia ci humoru?
Wściekłam się. Otworzyłam szeroko oczy i wbiłam się w niego wzrok.
- Nie drwij... sobie... ze mnie!
- Och, Sookie - jęknął i podniósł rękę, by dotknąć mojego policzka.
Odepchnęłam jego dłoń i chwiejnie się podniosłam. Bill nie pomógł mi wstać (i dobrze), siedział tylko na podłodze i przyglądał mi się z nieruchomą twarzą i nieodgadnioną miną. Choć kły miał schowane, wiedziałam, że nadal cierpi głód. Zbyt wielki głód.
Moja torebka stała na podłodze przy frontowych drzwiach. Ruszyłam w tamtym kierunku. Nieco się zataczałam, ale uparcie szłam. Po drodze wyjęłam z kieszeni listę numerów do elektryków i położyłam ją na stole.
- Muszę iść.
W jednej chwili znalazł się przede mną. Znów zrobił jedną z tych swoich wampirzych sztuczek!
- Mogę cię pocałować na do widzenia? - poprosił, trzymając ręce zwieszone po bokach, czym dawał mi do zrozumienia, że mnie nie tknie, dopóki mu nie pozwolę.
- Nie! - zawołałam gwałtownie. - Po dzisiejszym incydencie nie zdołałabym znieść twoich pocałunków!
- Wpadnę, okej?
- Okej...
Wyciągnął rękę, żeby otworzyć mi drzwi, ja jednak sądziłam, że chce mnie dotknąć, i cofnęłam się.
Sekundę później wypadłam z budynku i niemal pobiegłam do swojego samochodu. Łzy znów zamazywały mi widok. Cieszyłam się, że mam tak niedaleko dom.