ROZDZIAŁ 1
Królowa wyparcia
Aż do śmierci Susan Sontag zachowała dwa amatorskie filmy nakręcone przy użyciu technologii tak starej, że nigdy nie była w stanie ich obejrzeć. Ceniła te talizmany, ponieważ zawierały jedyne ruchome sceny ukazujące jej rodziców razem: kiedy byli młodzi i stali na progu pełnego przygód wspólnego życia[1].
Drgające obrazy filmowe ukazują Pekin, stolicę Chin: pagody i kramy, riksze i wielbłądy, rowery i tramwaje. Przez krótki czas widać grupkę przybyszów z Zachodu stojących po przeciwnej stronie ogrodzenia z drutu kolczastego, które odgradza ich od zbiorowiska zaciekawionych Chińczyków. A potem na kilka sekund pojawia się Mildred Rosenblatt, tak bardzo podobna do córki, że nic dziwnego, iż w późniejszych latach nierzadko brano je za siostry. Jej przystojny mąż Jack również pojawia się na kilka sekund, ale jest tak źle oświetlony, że trudno rozpoznać coś więcej poza konturem jego sylwetki - wysoki, biały mężczyzna w zagranicznej odzieży - na tle chińskich gapiów.
Film powstał około 1926 roku, kiedy Mildred miała dwadzieścia lat. Drugi nakręcono mniej więcej pięć lat później. Na pierwszym ujęciu widać pociąg gdzieś w Europie, następnie pojawiają się sceny rozgrywające się już na górnym pokładzie jakiegoś statku. Grupka roześmianych pasażerów - Jack i Mildred oraz jeszcze jedna para - bawi się w przerzucanie ringo nad siatką. Mildred ma na sobie białą letnią sukienkę i beret, uśmiecha się szeroko i rozmawia z kimś stojącym poza polem widzenia kamery. Rozpoczyna się gra w shuffleboard. Przez prawie połowę filmu widać Jacka - w trzyczęściowym garniturze i berecie. Wraz z drugim mężczyzną toczą żywiołową rywalizację, a potem ich znajomi zaczynają stroić miny i się wygłupiać, podczas gdy Mildred stoi w progu, śmiejąc się tak, że niemal nie może złapać tchu. Obydwa filmy trwają w sumie niespełna sześć minut.
-
Mildred Jacobson przyszła na świat 25 marca 1906 roku w Newark. Choć jej rodzice, Sarah Leah i Charles Jacobson, urodzili się w Polsce, w zaborze rosyjskim, oboje przybyli do Stanów Zjednoczonych już jako dzieci: Sarah Leah w 1894 roku, w wieku siedmiu lat, a dziewięciolatek Charles rok wcześniej. Rodzice Mildred mówili doskonałą, pozbawioną akcentu angielszczyzną, co było dość niezwykłe u Żydów z epoki masowej imigracji. I jak na ironię ich wnuczka - najbardziej zeuropeizowana amerykańska pisarka swojego pokolenia - była zapewne jedyną tak wybitną pisarką żydowską tego pokolenia, która nie miała ani osobistych powiązań z Europą, ani jakichkolwiek doświadczeń imigracyjnych, definiujących tak wielu spośród jej kolegów i koleżanek.
Wprawdzie Mildred urodziła się w New Jersey, ale dorastała na drugim krańcu kontynentu, w Kalifornii. Kiedy Jacobsonowie przeprowadzili się do Boyle Heights, na żydowskie osiedle na wschód od centrum Los Angeles, miasto to dopiero zaczynało przekształcać się w metropolię. Pierwszy film w Hollywood powstał w 1911 roku, mniej więcej w tym samym czasie, gdy Jacobsonowie przybyli na miejsce. Osiem lat później, kiedy Mildred i Sarah Leah wystąpiły w ekranizacji Auction of Souls, w mieście działała już całkiem nieźle rozwinięta branża filmowa. Tworząca się enklawa przyciągała szumowiny: Mildred uwielbiała opowiadać o tym, że chodziła do szkoły z gangsterem recydywistą Mickeyem Cohenem, jednym z pierwszych bossów przestępczego podziemia epoki prohibicji w Las Vegas[2]. Ale do tego środowiska garnęli się także ludzie ambitni. Filmowa otoczka przydawała splendoru. Mildred zawsze robiła na ludziach wrażenie jako osoba piękna, próżna i wyrafinowana na hollywoodzką modłę. Susan porównała ją kiedyś do Joan Crawford; inni z kolei porównywali do Crawford samą Susan[3].
"Zawsze była wyszykowana" - opowiadał Paul Brown, który poznał Mildred w Honolulu. W tym mieście hippisów i surferów, w którym matka Susan spędziła ostatnie lata życia, wyróżniała się z tłumu. "Zawsze miała ufryzowane włosy. Zawsze. Niczym nowojorska żydowska księżniczka[4], która nosi kostiumy od Chanel i jest zbyt chuda". Zachowała te hollywoodzkie maniery przez całe życie. Odbierała telefon, wypowiadając przeciągłe, gardłowe: "Taaak?", a jej córki nie mogły wchodzić na dywan w salonie, dopóki nie zezwoliła im na to ekspresyjnym gestem starannie wypielęgnowanej dłoni[5]. Mildred "bywała wyniosła niczym członkini rodu królewskiego. Jak ktoś, kto nie wie, jak znaleźć wyłącznik światła"[6] - stwierdził Paul Brown, który dostrzegał, z jakim trudem przychodziło jej życie w realnym świecie.
-
Kiedy śliczna Mildred wypływała do Chin, wydawało się, że zmierza ku oszałamiającemu przeznaczeniu. Jej towarzyszem na pokładzie statku był Jack Rosenblatt, którego poznała, gdy pracowała jako niania w Grossinger's Catskills Resort. Był to jeden z gigantycznych letnich ośrodków letniskowych w Catskills, "żydowskich Alpach". Dla dziewczyny z klasy średniej, takiej jak Mildred, pobyt w ośrodku wypoczynkowym Grossingera był zwyczajną wakacyjną pracą dorywczą. Dla kogoś takiego jak Jack był to awans społeczny.
Podobnie jak tysiące innych biednych imigrantów rodzice Jacka, Samuel i Gussie, zamieszkali w dzielnicy Lower East Side na Manhattanie, wówczas będącej chyba najbardziej niesławnym slumsem w Ameryce. Urodzeni w Krzywczy w Galicji, w części Polski znajdującej się na obszarze zaboru austriackiego, Rosenblattowie należeli do środowiska zdecydowanie bardziej plebejskiego niż mieszkający na przedmieściach i należący do klasy średniej Jacobsonowie, którzy "w niczym nie przypominali żydowskich imigrantów w pierwszym pokoleniu", jak stwierdziła Susan w jedynym z wywiadów[7]. Prywatnie mawiała, że rodzina jej ojca była "straszliwie ordynarna"[8].
Może to właśnie niechęć Samuela i Gussie do nauki sprawiła, że wnuczka patrzyła na nich z góry. Urodzony 1 lutego 1905 roku w Nowym Jorku Jack skończył edukację na czwartej klasie podstawówki. Gdy miał dziesięć lat, porzucił szkołę i zatrudnił się jako goniec w dzielnicy futrzarskiej na West Side na Manhattanie, gdzie szybko doceniono jego energię i inteligencję. Miał znakomitą, fotograficzną wręcz pamięć, podobną zresztą charakteryzowała się jego córka[9]. Zwierzchnicy postanowili dać mu ambitniejsze zadanie i wysłali go do Chin - miał wówczas zaledwie szesnaście lat. W Azji przemierzył pustynię Gobi na grzbiecie wielbłąda, skupując futra od mongolskich nomadów[10], i w końcu założył własną firmę, Kung Chen Fur Corporation, z biurami w Nowym Jorku i Tiencinie. Był to dopiero początek jego burzliwego życia: w ciągu ośmiu lat od ślubu Jack i Mildred zbudowali świetnie prosperujące międzynarodowe przedsiębiorstwo, odbyli kilka wypraw do Chin, odwiedzili także Bermudy, Kubę, Hawaje i podróżowali do Europy. Co najmniej trzykrotnie zmieniali miejsce zamieszkania, robiąc sobie przerwy od wojaży z powodu narodzin dwójki dzieci.
Kiedy 16 stycznia 1933 roku Susan Lee Rosenblatt przyszła na świat, jej rodzice mieszkali w eleganckim nowym budynku przy West Eighty-Sixth Street na Manhattanie. Latem tego roku rodzina przeprowadziła się do Huntington na Long Island. Kiedy zaś w 1936 roku urodziła się Judith, przenieśli się w czwórkę na idylliczne osiedle podmiejskie w Great Neck. Było to miasteczko, które Fitzgerald uwiecznił w Wielkim Gatsbym jako West Egg. Przeprowadzka Jacka Rosenblatta do tego miejsca stanowiła przypieczętowanie sukcesu, jaki osiągnął ten niewykształcony chłopak ze slumsów. Biorąc pod uwagę rangę awansu społecznego, Great Neck było równie odległe od fabryk z tanią siłą roboczą i czynszowych kamienic Lower East Side jak od Chin. Na taką nobilitację niektórzy pracują całe życie. Jack Rosenblatt osiągnął ten status w wieku dwudziestu pięciu lat.
-
Tak szybkiego awansu mógł dokonać tylko człowiek ogromnie zmotywowany. Ale Jack wiedział, że musi się śpieszyć. Kiedy miał osiemnaście lat, dwa lata po pierwszej podróży do Chin, przeżył pierwszy atak gruźlicy. Jak to później literacko ujęła Susan, była to choroba, która "powstaje z nadmiaru namiętności, atakując ludzi niepohamowanych i zmysłowych"[11]. W wersji nieliterackiej schorzenie ostatecznie miało wypełnić jego płuca płynem i doprowadzić do śmiertelnego uduszenia.
Na pierwszy rzut oka mężczyzna, którego Mildred poznała w kurorcie Grossingera, był zdrowy i pełen wigoru, a do tego zamożny i wciąż się bogacił. Jednak jego dolegliwości płucne kazały jej zastanowić się głębiej nad całą sytuacją. Tak naprawdę matka Jacka sprowadziła go do tego ośrodka w nadziei, że wiejskie powietrze przyniesie mu pewną ulgę[12]. Mildred zdawała sobie sprawę, że ich wspólne życie może nie potrwać długo. Albo też zakładała, że jego choroba nie rozwinie się w pełnopostaciową gruźlicę: prątki przez wiele lat mogły pozostawać w stanie nikłej aktywności. Jednak w tamtym czasie nie istniało jeszcze skuteczne lekarstwo przeciwgruźlicze. (Penicylina, odkryta w 1928 roku, znalazła się w powszechnym użyciu dopiero po drugiej wojnie światowej). Ale Mildred szczerze kochała Jacka. W 1930 roku wzięli ślub i wyjechali do Chin, by założyć sklep w Tiencinie.
Ten duży port niedaleko Pekinu był jednym z "portów traktatowych", których utworzenie wymuszono na Chinach po klęsce tego państwa w wojnach opiumowych. Zagraniczni kupcy mogli prowadzić tam działalność, której prawo chińskie nie regulowało. Dla nich, jak zanotowała Susan, oznaczało to "wille, hotele, wiejskie kluby, boiska do gry w polo, kościoły, szpitale i ochraniający wszystko garnizon wojskowy". Dla Chińczyków zaś była to "zamknięta przestrzeń, okolona ogrodzeniem z drutu kolczastego; wszyscy, którzy tam mieszkali, musieli okazywać przepustkę przy wejściu i wyjściu, a jedynymi Chińczykami na tym terenie byli służący"[13].
To właśnie chińscy służący są głównym wspomnieniem Mildred z tamtych czasów. W kraju spustoszonym przez japońską inwazję i wojnę domową nowożeńcy Rosenblattowie przeżywali swoje miodowe lata. Mildred "uwielbiała ten styl życia. I ludzi, którzy gotowali i usługiwali. Całe to życie w pięknych strojach i wśród pięknych przedmiotów oraz przyjęcia w ambasadzie"[14] - wspominał przyjaciel domu Paul Brown. Przez resztę życia Mildred serwowała swoim najlepszym znajomym chińskie przekąski. "Miała wiele wprost zachwycających rzeczy. Piękne chińskie przedmioty wykonane drobnymi chińskimi dłońmi" - opowiadał Brown. Jednak jej romantyczne wspomnienia nie wszystkim odpowiadały. "Nawet jako dziecko byłam zniesmaczona jej opowieściami o wszystkich tych ludziach w Chinach, którzy tylko czekali, by spełniać jej zachcianki"[15] - zanotowała jej córka Judith.
Nie jest jasne, jak długo Rosenblattowie mieszkali w Chinach. Na pewno nie mogli tam przebywać na stałe. Tiencin znajduje się tak daleko od Nowego Jorku, że kiedy Jack wrócił do Stanów w 1924 roku, przeprawa z Szanghaju do Seattle zajęła mu szesnaście dni, a cała podróż niemal miesiąc. Z dokumentów celnych można wyczytać, że małżonkowie przyjeżdżali do Nowego Jorku prawie każdego roku, niekiedy z jakichś nadmorskich miejscowości, gdzie przypuszczalnie byli na wakacjach[16]. Podróżowanie do Chin choćby raz w roku przysparzało trudności. Wyprawa była wyczerpująca nawet dla ludzi zdrowych i młodych, a tym bardziej dla mającego problemy z płucami Jacka i dla Mildred, która zapewne dwukrotnie odbywała ją, będąc w ciąży.
Jednak to właśnie Chiny na zawsze zawładnęły wyobraźnią Mildred. Dom w Great Neck, w którym Susan spędziła najwcześniejsze dzieciństwo, był pełen chińskich pamiątek. "W Chinach kolonizatorzy z czasem zaczęli przedkładać chińską kulturę nad własną. Ich domy przekształciły się w małe muzea sztuki chińskiej"[17] - napisała. Taki wystrój wnętrza stał się kolejnym wieloznacznym dziedzictwem. "Chiny od zawsze były w całym domu matki. Był to jej sposób na umniejszanie teraźniejszości poprzez przypominanie jej "chwalebnej" przeszłości"[18] - zanotowała Judith.
-
Energia Jacka przejawiała się również w innej dziedzinie. Susan zapamiętała pewną jego kochankę[19], a Judith opisywała ojca jako "playboya"[20]. Być może manifestowała się w ten sposób dręcząca go świadomość, że zostało mu niewiele życia, co sprawiało, że chciał - zupełnie jak jego córka Susan - wycisnąć z niego jak najwięcej. Czy Mildred o tym wiedziała? Trudno sobie wyobrazić, by dziewczynki mogły dowiedzieć się o jego romansach z jakiegoś innego źródła. Czy jej to przeszkadzało? Seks, jak to pokazuje późniejsza kariera Mildred, nie był w kręgu jej zainteresowań. Podobnie jak wiele osób, które w dzieciństwie straciły rodziców, Mildred pragnęła, by się nią opiekowano; nie przypadkiem to właśnie chińskich służących wspominała potem z tak wielkim rozrzewnieniem. A Jack Rosenblatt potrafił się nią zaopiekować.
Mildred zaś była mniej skłonna - lub może mniej zdolna - do troszczenia się o innych. Razem z eleganckimi meblami sprowadzała z Chin modele rodzicielstwa, które umacniały w niej naturalną inklinację do trzymania dzieci na dystans. "W Chinach dzieci niczego nie psują. W Chinach dzieci nie zabierają głosu"[21] - mawiała z uznaniem. Niezależnie od tego, czy były to koncepcje chińskie czy jakieś inne, odzwierciedlały one mentalność kobiety, która nie wykazywała silnego instynktu macierzyńskiego, mentalność osoby nieskłonnej do tego, by bez wahania zamienić pełne przygód życie u boku męża na harówkę przy dzieciach w domowym kieracie. "Nasza matka tak naprawdę nigdy nie wiedziała, jak być matką"[22] - wyznała Judith.
Kiedy rodzicielstwo stawało się żmudnym obowiązkiem, Mildred mogła po prostu wejść na pokład statku i wypłynąć w podróż, a gdy Jack z żoną przebywali za granicą, dziewczynkami zajmowali się krewni. Judith podkreśla jednak: "Nie wiadomo, jakim sposobem powstała ta legenda". Tak naprawdę bowiem "wszyscy krewni mieli własne problemy". Od najmłodszych lat dziewczynki były pozostawiane na Long Island pod opieką ich niani Rose McNulty, "piegowatej słonicy" irlandzko-niemieckiego pochodzenia, a także czarnoskórej kucharki o imieniu Nellie. Te dwie kobiety matkowały Susan i Judith. Ale każde dziecko potrzebuje rodzonej matki i choć Susan rzadko mówiła o niej publicznie, jej dzienniki zdradzają fascynację Mildred.
W dzieciństwie Susan widziała w niej bohaterkę romantyczną. "Kopiowałam niektóre rzeczy z Małego lorda, którego czytałam w wieku ośmiu, dziewięciu lat, na przykład zwracałam się do niej "Kochańciu""[23] - pisała. Jej listy wyglądają, jakby pochodziły raczej od zaniepokojonego rodzica albo rozemocjonowanego małżonka, a nie od młodej córki. "Kochańciu - wyrzuciła z siebie, kiedy miała dwadzieścia trzy lata - wybacz mi zwięzłość, ponieważ jest późno (trzecia nad ranem) + moje oczy trochę łzawią. Miewaj się dobrze + bądź ostrożna + bądź wszystkim. Szaleję za tobą + tęsknię"[24].
"Ewidentnie kochała swoją matkę" - stwierdziła pierwsza dziewczyna Susan, Harriet Sohmers, która poznała Mildred mniej więcej w tym czasie. "Zawsze krytykowała ją za to, że postępowała okrutnie, że była samolubna, że była próżna, ale to przypominało wypowiedź kochanka o osobie, która jest obiektem jego miłości"[25].
-
Próżność Mildred oraz wielka waga, jaką przywiązywała do fryzury, makijażu czy ubioru, miały również odniesienie psychologiczne: upiększały brzydką rzeczywistość z takim zapamiętaniem, że jej córka Judith określiła matkę mianem "królowej wyparcia"[26]. Susan często frustrował upór, z jakim jej matka omijała nieprzyjemne tematy, a pewnego roku, po tym jak zadzwoniła do Mildred, żeby złożyć jej życzenia urodzinowe, zanotowała następującą wymianę zdań:
Ja (dowiadując się od matki o jej niedawnej biopsji jelita, która dała wynik negatywny): "Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś?".
M: "Przecież wiesz - nie lubię zajmować się drobiazgami"[27].
Mildred powiedziała swoim córkom, że postanowiła wyjść ponownie za mąż, dopiero po ślubnej ceremonii. Nie powiedziała Susan od razu o tym, że zmarł jej dziadek, stwierdziła jedynie: "Chyba nie akceptował idei bycia pradziadkiem"[28] (Susan była wówczas w ciąży). Nie powiedziała Susan o śmierci jej ojca, a kiedy już to uczyniła, skłamała na temat przyczyny zgonu i miejsca pochówku. (Po upływie kilkudziesięciu lat, kiedy Susan usiłowała odnaleźć jego grób, nie była w stanie tego zrobić z powodu tych błędnych wskazówek).
Inny przykład nonszalancji Mildred w stosunku do "drobiazgów" pochodzi z zapisków w pamiętniku Susan z czasów młodości - jedyną warstwą fikcyjną są tutaj nieco zmienione imiona.
Pewnego wieczoru, kiedy Ruth miała trzy lata, goście bawili się wyjątkowo dobrze, a jej mąż był bardziej zadowolony niż zwykle, pani Nathanson poczuła pierwsze bóle porodowe przed przyjściem na świat jej drugiego dziecka. Piła kolejnego drinka. Godzinę później weszła do kuchni, gdzie pracowała Mary, która pomagała obsłużyć gości, i poprosiła ją o rozpięcie haftek kosztownej sukni ciążowej, którą miała na sobie. Potem w salonie słychać było śmiech i dźwięk tłuczonego szkła, gdy pani Nathanson upadła na kolana i jęknęła.
Byle tylko nikomu nie przeszkadzać.
Joan urodziła się dwie godziny później.
Mildred nie uznawała tego za kłamstwo, a raczej za kurtuazyjne pomijanie szczegółów, zachowanie taktowne: wzgląd, jaki okazywała innym i jakiego spodziewała się od innych. Susan wyobrażała sobie, jak matka mówi: "Okłamuj mnie, jestem słaba". Uważała, że sama jest zbyt delikatna, by mierzyć się z prawdą, wierzyła, że "szczerość równa się okrucieństwu". Pewnego razu, kiedy Susan zganiła Judith, że szczerze rozmawia z matką, Mildred poparła starszą córkę. "Racja"[29] - rzuciła.
"Susan spędziła sporą część życia, próbując rozgryźć matkę"[30] - twierdziła Judith. Susan widziała, jak powierzchownie Mildred kształtowała swoją osobowość. "Urodzona przez M. i dorastająca przy niej - z jej całkowitym skupieniem na powierzchni - zanurkowałam prosto w głębię życia wewnętrznego"[31]. Ale nie dostrzegała, jak powierzchownie była ukształtowana sama Mildred, jak i dlaczego stała się "królową wyparcia".
Szybki rzut oka na wczesny okres życia Mildred ujawnia wiele dramatycznych wydarzeń, które wstrząsnęłyby nawet kimś o znacznie silniejszej osobowości. Miała czternaście lat, kiedy Sarah Leah zmarła wskutek zatrucia ptomainą. Przez resztę życia Mildred "bardzo rzadko" mówiła o Sarah Leah, ale jej córki podejrzewały, że rana była głęboka. Judith zapamiętała, że pojechała kiedyś razem z Mildred, by zobaczyć "piękny wiejski domek" w Boyle Heights, gdzie mieszkała przed śmiercią Sarah Leah: Mildred rozpłakała się, gdy zobaczyła tę posiadłość i całe jej sąsiedztwo w ruinie.
Susan wspominała odbytą przez Mildred podróż z Chin przez pozostający pod rządami Stalina Związek Radziecki. Kiedy pociąg stanął na stacji w miejscowości, w której urodziła się jej matka, Mildred chciała wysiąść. Jednak w latach trzydziestych XX wieku drzwi wagonów zarezerwowanych dla cudzoziemców pozostawały stale zamknięte na klucz.
Pociąg stał na stacji przez kilka godzin.
Stare kobiety łomotały w oblodzone szyby, licząc na to, że sprzedadzą kwas chlebowy i pomarańcze.
M. płakała.
Chciała poczuć pod stopami ziemię w tym odległym miejscu, gdzie jej matka przyszła na świat. Chociaż raz.
Nie pozwolono jej. (Ostrzeżono ją, że zostanie aresztowana, jeśli jeszcze raz poprosi o zgodę na opuszczenie pociągu choćby na minutę).
Płakała.
Nie powiedziała mi, że płakała, ale wiem, że tak było. Rozumiem ją[32].
-
Mildred miała jeszcze jeden powód, by płakać w tym pociągu. 19 października 1938 roku w Szpitalu Niemiecko-Amerykańskim w Tiencinie Jack Rosenblatt przegrał z chorobą, która nękała go przez niemal połowę życia. Miał trzydzieści trzy lata, podobnie jak Sarah Leah.
Zamiast popłynąć prosto przez Pacyfik, Mildred obmyśliła niemal perwersyjnie skomplikowaną trasę podróży. Zapakowała mnóstwo chińskich mebli do pociągu i pojechała do Mandżukuo, marionetkowego państwa, z którego Japończycy najeżdżali Chiny, po czym przemierzyła Związek Radziecki i całą Europę, zanim weszła na pokład statku płynącego do Nowego Jorku. W miejscu urodzenia swojej matki we wschodniej Polsce była tylko raz - właśnie podczas tamtej podróży.
"Przywiozła ze sobą z powrotem cały ten szajs" - stwierdziła Judith. Wśród licznych bagaży Mildred znajdowały się także szczątki Jacka Rosenblatta, który został pochowany w Queens po jej powrocie. W Nowym Jorku Mildred wydawała się kompletnie zagubiona. "Starałam się ukrywać moje uczucia, kiedy wróciłam z Chin. W taki sposób wychował mnie ojciec. Nie powiedział mi o śmierci ciotki Ann"[33] - wyznała pod naciskiem pytań córki. Susan i Judith nie pozwolono wziąć udziału w pogrzebie; dopiero po upływie wielu miesięcy Mildred zebrała się, by powiedzieć im, że ich ojciec nie żyje. Gdy w końcu powiedziała o tym Susan, natychmiast wysłała pierwszoklasistkę na dwór, żeby ta się pobawiła[34].
W tekście Choroba jako metafora, stanowiącym analizę kłamstw dotyczących chorób, Sontag cytuje Kafkę, który zauważył, że "mówiąc o tuberkulozie, [...] każdy popada w jakiś nieśmiały, niejasny styl wypowiedzi"[35]. Choroba ta była, podobnie jak rak czy później AIDS, czymś wstydliwym, więc Mildred oświadczyła Susan, że jej ojciec zmarł wskutek zapalenia płuc[36]. Gdy Susan podrosła, Mildred bynajmniej nie kwapiła się, by zagłębiać się w "szczegóły", a raczej robiła, co mogła, by zatrzeć pamięć o mężu. W efekcie Susan nie wiedziała niemalże niczego o Jacku Rosenblatcie: "Nie wiedziałam, jak wyglądało jego odręczne pismo. Nie widziałam nawet jego podpisu"[37] - wyznała trzydzieści lat później. W latach siedemdziesiątych, szykując się do pierwszej wizyty w Chinach, Susan skreśliła garść notatek na temat ojca. W tych zapiskach Susan, zawsze tak wierna faktom, podała błędną datę urodzenia ojca - pomyliła się o ponad rok[38].
-
Mildred miała trzydzieści dwa lata, kiedy zmarł Jack. Została wdową i wróciła do życia typowego dla gospodyni domowej z amerykańskiej klasy średniej - do roli, której tak usilnie starała się uniknąć. Nigdy jednak się nie skarżyła. Zamiast tego przez kolejne pół wieku pokazywała światu wiecznie uśmiechniętą, miłą twarz, wychodząc z pokoju, kiedy robiło się niezręcznie, potajemnie kojąc smutki medykamentami i wódką. Nic dziwnego, że od tamtej pory już zawsze nawiedzały ją myśli o Chinach, gdzie przeżyła największą przygodę swojego życia.
Myśli o Chinach nawiedzały również jej córkę. Chiny były obiektem najwcześniejszych i najsilniejszych geograficznych fantazji - początkowo o wiele ważniejszym niż Francja, z której kulturą Susan utożsamiała się nieco później. Chiny były "krajobrazem jadeitu, teku, bambusa i pieczonych psów"[39]. Symbolizowały również możliwość nowego początku, nowego życia: "Czy wyjazd do Chin jest jak powtórne narodziny?"[40]. Chiny budziły ogromną fascynację Susan i Judith, które, choć urodziły się na Manhattanie, kłamały na temat swojego pochodzenia, by zrobić wrażenie na znajomych z klasy: "Wiedziałam, że kłamię, kiedy mówiłam w szkole, że się tam urodziłam - pisała Susan - ale jako niewielka cząstka kłamstwa znacznie większego i bardziej złożonego, moje kłamstewko było raczej do wybaczenia. Wypowiadane w służbie większego kłamstwa, stawało się pewnego rodzaju prawdą"[41].
Sontag nie wyjaśnia, o jakie większe kłamstwo chodziło. Niemniej opowieści o Chinach stanowiły jej pierwsze próby literackie, do których raz po raz wracała. Na początku lat siedemdziesiątych, w trakcie zakończonej fiaskiem kariery filmowczyni, nakreśliła zarys scenariusza o losach zamożnej pary na obszarze koncesji brytyjskiej w Tiencinie. Chorujący na gruźlicę ojciec "uwielbia grę w zarabianie pieniędzy", choć jego "slumsowe pochodzenie" daje mu "poczucie społecznej niższości". Parze nadskakują służący, a chroni ją ogrodzenie zwieńczone drutem kolczastym, oddzielające małżonków od okropnej chińskiej ludności sikającej na ulicach gdzie popadnie. "Żona: szalona" - napisała Susan o własnej matce. A na kolejnej stronie zamieściła pytanie: "Co z Mildred (tą nieszczęsną Mildred), kompletną wariatką?"[42].
-
Po tamtym czasie i po osobie Jacka Rosenblatta pozostało kilka rolek niezdatnych do oglądania filmów i "zestaw fotografii" ukazujących ojca Susan. Ale jego córka nie dysponowała niczym, co pomogłoby jej wyobrazić sobie zmarłego ojca. Nie mając dostępu do żadnych faktów - takich jak data zgonu, przyczyna śmierci, informacja o pogrzebie i umiejscowieniu grobu - ani nie posiadając żadnych pamiątek po ojcu, które mogłyby wzbudzać w niej sentymentalne uczucia, Susan "tak naprawdę nie bardzo wierzyła", że on odszedł[43]. "To wydawało się zupełnie nierealne, nie miałam żadnego dowodu na to, że umarł, przez lata marzyłam, iż pewnego dnia stanie w drzwiach domu". Ta fantazja rozwinęła się w "wątek udawanej śmierci", jaki odkryła w swojej twórczości, swoistą powtarzalność cudownych zdarzeń i "niespodziewane nawiedzanie jednej osoby przez drugą niczym wyskakujący z pudełka klaun imieniem Jack"[44].
Czy słowo "Jack" można uznać za przypadkowe? Ten "nieukojony ból"[45] nawiedzał ją od tamtej pory już zawsze, powracając wielokrotnie, jak to ujął jej syn, "w jej przedśmiertnym monologu, w którym lament mieszał się z deklaracjami i wspomnieniami"[46].
ROZDZIAŁ 2
Większe kłamstwo
W 1949 roku, wkrótce po rozpoczęciu nauki na Uniwersytecie Chicagowskim, Susan rozmawiała w stołówce z grupą nowych znajomych z pierwszego roku. Jedna z tych osób, Martha Edelheit, wspomniała, że na etapie dorastania wakacyjny obóz letni ocalił ją przed "totalnym obłędem".
"Obóz to najgorsza rzecz, jaka kiedykolwiek mi się przytrafiła" - odparła Susan. Martie zaczęła opisywać postępową instytucję młodzieżową, na której obóz w Poconos trafiła - Camp Arrowhead. "To ten sam obóz, na który mnie wysłano! - zawołała Susan. - Uciekłam stamtąd".
Zdumiona Martie uprzytomniła sobie, kto przed nią siedzi: dziewczyna, która uciekła z Camp Arrowhead, była legendą. W tamtym czasie Martie miała siedem lat, a Susan sześć. "Cały obóz postawiono na nogi w środku nocy, ponieważ jedno dziecko zaginęło" - wspominała Martie. Wezwano policję stanową. "To było przerażające". Teraz, po upływie tylu lat, tamta legendarna dziewczynka niespodziewanie powróciła. "Nienawidziła tego obozu. Zupełnie nie mogła go znieść. Nie chciała tam być. Nikt jej nie słuchał" - wspominała Martie.
Ucieczka Susan z obozu była reakcją na dwa trudne do zniesienia traumatyczne przeżycia: śmierć ojca latem 1939 roku (o ile Mildred w ogóle jej o tym powiedziała), a także tęsknotę za nieobecną matką. "Zawsze starałam się zwrócić na siebie jej uwagę, stale robiłam coś, by zwrócić jej uwagę, by zdobyć jej miłość"[1] - opowiadała o matce. A jednak, jak stwierdziła Martie, "jej matka posłała ją na obóz i porzuciła, żeby sama mogła robić wszystko, na co miała ochotę"[2].
W przypadku niedawno owdowiałej kobiety, która dopiero co przemierzyła połowę planety, potrzeba zrobienia sobie takiej przerwy była zrozumiała. Lecz Mildred porzucała Susan niemalże od chwili jej narodzin. Lęk przed opuszczeniem - i jego następstwo, chęć porzucenia tych, co do których obawiała się, że mogliby ją opuścić - stał się jedną z cech charakterystycznych osobowości Susan.
-
Mildred musiała przystosować się do skrajnie odmiennych warunków życia. Miała pieniądze. Przedsiębiorstwo Kung Chen Fur Corporation wciąż przynosiło jej miesięczny dochód w wysokości co najmniej pięciuset dolarów, czyli równowartość ponad ośmiu tysięcy dolarów w 2018 roku. Jednak w rękach młodszego brata Jacka, Aarona, który uchodził w rodzinie za człowieka nieudolnego, interes stopniowo podupadał. Wojna również zebrała swoje żniwo. Po kilku latach dochód firmy znacznie stopniał[3].
Mildred była osobą stosunkowo zamożną, lecz śmierć jej męża oznaczała zredukowanie możliwości ucieczki. Sprawiała wrażenie, jak gdyby nieustannie starała się wymyślić nowy sposób na życie, i stale była w ruchu. Sprzedała dom w Great Neck i przeprowadziła się do Verony w stanie New Jersey, gdzie przez krótki czas mieszkała nieopodal swojego ojca, w Montclair - być może nawet zbyt blisko niego, ponieważ wkrótce przeniosła się do Miami Beach, gdzie wraz z córkami spędziła lata 1939-1940. Niedługo potem wróciła na północ, do Woodmere na Long Island. Po kilkunastu miesiącach, w 1941 roku, przeniosła się do Forest Hills w Queens, gdzie pozostała aż do czasu podjętej w 1943 roku wyprawy przez cały kontynent do pustynnego kurortu w Tucson. Przez resztę życia mieszkała na zachodzie, gdzie spędziła swoje młode lata.
Tej niekończącej się wędrówce - która naznaczyła również życie jej córki - towarzyszył wyniszczający chemiczny związek. Usiłując znaleźć sobie jakiś pomysł na nowe życie, pogrążona w rozpaczy po śmierci męża Mildred popadła w alkoholizm. Najwyraźniej nigdy nie wspomniała o tym problemie Susan ani nikomu innemu; jak zwykle starannie zachowywała pozory normalności, sącząc wódkę z lodem z wysokiej szklanki i pytając gości: "Napijecie się wody?"[4]. Nie radząc sobie ze światem, spędzała większość czasu, zalegając w łóżku w swojej sypialni, zaś wszelkie troski związane z prowadzeniem domu, łącznie z opieką nad dziećmi, pozostawiała Nellie i Rosie.
"Najgłębiej pamiętam doświadczenie nie tyle dezaprobaty, ile obojętności"[5] - napisała Susan wiele lat później. W pogrążoną w marazmie Mildred życie wstępowało na powrót tylko wówczas, gdy obok pojawiał się jakiś mężczyzna. "Mieliśmy wielu wujków"[6] - opowiadała Judith. "Nie zawsze znaliśmy ich imiona [...]. Na jednego z nich mówiliśmy po prostu "Unk""[7]. Kiedy jednak przy Mildred nie kręcił się żaden mężczyzna, "matka Susan dosłownie ślęczała przy jej łóżku, mówiąc: "Och, mój Boże, mój skarbie, nie przeżyłabym dnia bez ciebie""[8], jak wspominał jeden ze znajomych Susan.
Kiedy w pobliżu był jakiś "wujek" albo kiedy Mildred nie chciała, by jej przeszkadzano, zwyczajnie się wyłączała. "M. [Matka] nie odpowiadała na moje pytania, gdy byłam dzieckiem. Najgorsza kara - i największa frustracja. Nawet gdy się nie gniewała, była "wyłączona". (Picie to objaw tego stanu). A ja wciąż próbowałam"[9] - zanotowała Susan w swoim dzienniku.
-
Mildred nie potrafiła być matką. Ale ze swoją urodą i dbałością o pozory wiedziała, jak skupiać na sobie męskie spojrzenia, a przy tym wciągała we wszystko córki. Była zachwycona, kiedy ludzie błędnie brali ją i Susan za siostry. Zapraszała Susan i Judith do towarzystwa, kiedy sprawiały, że sama wyglądała młodziej, a przeganiała je, kiedy ją "postarzały"[10].
Już w bardzo młodym wieku przedwcześnie dojrzała dziewczynka odkryła, jak sprawić, by Mildred ją dostrzegała. "Jedną z rzeczy, które w moim odczuciu sprawiały przyjemność matce, był erotyczny podziw. Bawiła się ze mną, udając, że ze mną flirtuje, że mnie rozbudza; ja udawałam, że jestem rozbudzona (i zresztą rzeczywiście byłam przez nią rozbudzona)"[11] - napisała Susan. Jeżeli nie było akurat w pobliżu żadnego "wujka", Susan odgrywała odpowiednią rolę. "Nie opuszczaj mnie. Musisz mnie trzymać za rękę. Boję się ciemności. Potrzebuję cię obok. Moje kochanie, mój skarbie"[12] - błagała ją Mildred. Matkując własnej matce, Susan stawała się również mężem Mildred, zmuszona konkurować z adoratorami rojącymi się wokół pięknej młodej wdowy. Takie flirtowanie miało swoje zalety. "Jakimś sposobem triumfowałam nad będącymi zawsze w tle chłopcami, którzy dopominali się o poświęcenie im czasu lub nawet obdarzenie ich głębokim uczuciem (jak wielokrotnie mi powtarzała). Ona grała przy mnie "kobiecą"; ja udawałam przy niej nieśmiałego, adorującego chłopca. Byłam delikatna; chłopcy byli wulgarni. Kochałam ją, ale również udawałam, że jestem w niej zakochana"[13] - zanotowała Susan. Gdy sprawy z mężczyznami układały się niepomyślnie, Mildred zawsze miała pod ręką Susan.
Jej matka przypisywała córce magiczne moce, "dając przy tym do zrozumienia, że jeżeli wycofam się i ją ich pozbawię, ona umrze"[14] - wspominała Susan. Mildred obarczała dziecko straszliwą odpowiedzialnością, ale - poniekąd zwiastując późniejsze relacje Susan - podtrzymywała również stałą groźbę porzucenia i odsuwała córkę na bok, gdy tylko pojawiał się ktoś ważniejszy. Susan zapisała, że żyła "w ciągłym lęku, że nagle + bez uprzedzenia [matka] zerwie nasz pakt"[15]. Od Mildred Susan nauczyła się, jak wzniecać erotyczny pociąg poprzez okresową utratę zainteresowania.
Susan wyznała, że było to jej "najgłębiej zapamiętane doświadczenie". Tworzyło sadomasochistyczną dynamikę, która potem objawiała się w całym jej życiu. W domu, w którym dorastała, nie otrzymywała miłości bezwarunkowo. Zamiast tego dostawała to uczucie tylko tymczasowo, aby utracić je w dowolnej chwili wedle czyjegoś uznania: była to gra, w której nie ma zwycięzcy i której reguły dziewczynka poznała aż nazbyt dobrze. "Potrzeba", jaką przejawiała Mildred, zmuszała jej córkę do chronienia siebie. Choć pragnęła, by matka jej potrzebowała, jednocześnie gardziła "małością i słabością", jaką Mildred okazywała, a kiedy jej zachowanie stawało się nieznośnie żałosne, Susan nie miała innej możliwości, jak tylko się wycofać[16]. "Niekiedy natomiast, gdy ona mnie potrzebowała, choć ja akurat nie chciałam niczego od niej uzyskać, czułam się przytłoczona; starałam się odsunąć, udając, że nie słyszę jej próśb"[17].
-
W późniejszym okresie życia z wielu różnych powodów Susan potępiała "etykietyzację". Odrzucała zaproszenia do udziału w antologiach literackich poświęconych pisarkom. Radziła Darrylowi Pinckneyowi, żeby nie rozwodził się nad ciemnym kolorem skóry, a Edmundowi White'owi - nad homoseksualizmem: uważała, że pisarz powinien starać się być twórcą na tyle indywidualnym, by stać się uniwersalnym. Choć niewielu było tak nieprzejednanych indywidualistów jak Susan Sontag, ona sama pozostała, niemalże do granic karykatury, dorosłym dzieckiem alkoholiczki, ze wszystkimi słabymi i mocnymi stronami tego stanu rzeczy.
Nowotwór, jak twierdziła potem Susan, atakuje ludzi niezależnie od ich kryształowego charakteru, stopnia tłumienia popędu seksualnego czy też wyszukanych eufemizmów, do których chory ucieka się, by mu zaprzeczyć. Rak to po prostu choroba. Równie powszechnie mówi się, że alkoholizm to również choroba - ponieważ ma określone symptomy. Jak w przypadku każdej innej patologii, można w nim odnaleźć przewidywalne schematy.
Przewidywalne jest również to, w jaki sposób alkoholizm wpływa na dzieci alkoholików - choć Susan w pełni zaczęła to rozumieć dopiero w późniejszym wieku. "Ale ja nawet nigdy nie byłam dzieckiem!"[18] - napisała przed trzydziestką. To obwieszczenie zawiera sedno całego problemu. "Kiedy dziecko nie jest dzieckiem? Kiedy żyje w otoczeniu dotkniętym alkoholizmem"[19] - konstatowała Janet Woititz, jedna z pierwszych osób specjalizujących się w badaniu tego syndromu.
Susan miała wpojone przekonanie, że życie matki jest w jej rękach, a dzieci takie jak ona zazwyczaj rozpaczliwie próbują być doskonałe (Susan, jak twierdziła Mildred, była "wyjątkowo dobrze ułożona"[20]), boją się bowiem, że nie zdołają sprostać ogromnej odpowiedzialności. Świadome swoich wad dziecko alkoholika cierpi na niskie poczucie własnej wartości i bez względu na to, jak głośno się je chwali, zawsze czuje, że nie spełnia oczekiwań. Nie mogąc przyjąć miłości jako czegoś oczywistego i pewnego, staje się osobą dorosłą uzależnioną od afirmacji innych - by odrzucić ową afirmację, gdy tylko ją uzyskuje[21].
W rzeczywistości wiele na pozór odstręczających aspektów osobowości Sontag można lepiej zrozumieć w świetle współczesnej wiedzy o mechanizmach syndromu DDA (dorosłe dzieci alkoholików). Na przykład jej wrogowie oskarżali ją o to, że bierze życie nazbyt poważnie, że jest sztywna i pozbawiona poczucia humoru, że posiada zaskakującą niezdolność do wyrzeczenia się kontroli nawet w najbardziej trywialnych sprawach. Ale, jak tłumaczyła Woititz, "małe dziecko w domu alkoholika nie miało wpływu na sytuację. Żeby przetrwać, kiedy dorastało, musiało odwrócić tę sytuację. Musiało zacząć podejmować odpowiedzialność za swoje otoczenie"[22]. Takie dzieci często są kłamcami: mają świadomość, że nie mogą powiedzieć innym, co naprawdę dzieje się w ich domu, konstruują wymyślne maski, po czym ukrywają się we własnych fantazjach. Stając się rodzicami własnych rodziców, pozbawione beztroski zwyczajnych dzieci, DDA są nad wiek poważne. Często jednak w wieku dorosłym maska osoby "wyjątkowo dobrze ułożonej" opada i ukazuje się nieprzystosowane dziecko.
-
Mildred, "królowa wyparcia", uciekała od rzeczywistości. Susan robiła to samo. Jednak jej ucieczka była bardziej produktywna. Jako "obca rezydentka"[23] we własnym domu nie chciała niczego więcej, jak tylko uciec. Do jej najwcześniejszych wspomnień należało właśnie pragnienie ucieczki. "Czyim głosem jest głos osoby, która chce pojechać do Chin? To głos dziecka. Niespełna sześcioletniego"[24] - twierdziła. Wyobrażała sobie "świat pełen uciśnionych kulisów i konkubin, okrutnych panów, aroganckich mandarynów ze skrzyżowanymi ramionami i długimi paznokciami ukrytymi w szerokich rękawach ich szat"[25].
Po części wiązało się to z tęsknotą za ojcem. Lecz formułowanie tych wyobrażeń w literackiej postaci Susan zawdzięczała już swojej matce. Mildred sprawiała, że Susan pragnęła uciec, a także podsuwała jej środki ku temu. W jednym z rzadkich przejawów matczynej troski Mildred nauczyła córkę czytać. "Wypisywała jej imię kredą na tablicy. Mówiła "Susan" i wskazywała na nią. Wypowiadała imię. Po czym kreśliła kolejne słowo na tablicy. Gdy Susan je opanowała, Mildred dodawała następne słowo, a potem kolejne. W końcu dziewczynka zaczęła czytać. Opanowała tę sztukę, kiedy miała dwa, może trzy lata"[26] - wspominał Paul Brown.
Czytanie stało się dla Susan sposobem na przetwarzanie rzeczywistości, na jej estetyzację - tak jak wtedy, gdy Mały lord zainspirował ją do zwracania się do jej zazwyczaj nieprzeniknionej matki mianem "Kochańci". Kiedy potrzebowała ucieczki, znajdowała ją w książkach."Kiedy coś ci się nie podobało, po prostu szłaś do swojego pokoju i czytałaś"[27] - wspominała Mildred. Szczęśliwe dziecko raczej nie stałoby się tak gorliwym czytelnikiem. Mildred zachęcała córkę do zamieszkania w świecie bajek.
-
Mildred, "absolutnie onieśmielona"[28] przedwcześnie rozwiniętymi zdolnościami intelektualnymi córki, obawiała się, podobnie jak wiele osób po niej, jak Susan ją osądzi. Na przykład kiedy córka przyłapała matkę na lekturze "Redbook", czasopisma dla gospodyń domowych z klasy średniej, Mildred ze wstydem wsunęła magazyn pod koc[29]. Nie chcąc jej wprawić w zakłopotanie, Susan bez słowa udała, że niczego nie widzi. Napisała potem: "Ja zaś posłusznie odwracam oczy, by nie zapisać w świadomości i nigdy świadomie nie użyć przeciwko niej tego, co widzę"[30].
"Dorastałam więc, próbując zarazem widzieć + nie widzieć"[31] - wyznała Susan. Wskutek takiego udawania, że nie widzi matki, w końcu naprawdę stała się niezdolna do jej dostrzegania, lawirując między byciem "posłuszną niewolnicą"[32] a jej przeciwieństwem. "Moja matka była straszną osobą"[33] - zdradziła jednej z przyjaciółek po śmierci Mildred. "Nie miałam matki. To, co miałam, to lodowaty chłód - to było przygnębiające. Zawsze starałam się przyciągnąć jej uwagę, zdobyć jej miłość. Nie miałam matki"[34] - oznajmiła innemu znajomemu, z którym toczyła rozmowy na temat alkoholizmu.
Przekonanie Susan, że jej matka jest romantyczną bohaterką, było w równej mierze przerysowane, co dziecięce. "Nigdy nie była w stanie zrozumieć, co czuje druga osoba. Mam na myśli wrażliwość, którą cały czas przejawiamy w życiu codziennym. Choćby w pytaniach: "O czym myślisz? Co czujesz? Jak się w tym odnajdujesz?". Susan nie miała takiej wrażliwości"[35] - orzekła jedna z jej kochanek. Niezdolna do dostrzeżenia życiowych porażek, które skłoniły jej matkę do szukania ucieczki od rzeczywistości, najwyraźniej nie dostrzegła powiązania między "wielkim kłamstwem na temat tego, kim + czym [jej matka] jest"[36] a tym, kim sama była. Potępiała poczucie "oszustwa", jakie wiązało się z kłamstwami. Lecz choć próbowała się zdystansować ("Nienawidzę swoich cech - zwłaszcza fizycznych - które ją przypominają"[37]), ta więź, nawet wypierana, pozostała. Inna kochanka powiedziała jej kiedyś, że rządzi nią "obraz siebie jako członka rodziny - bycie córką własnej matki"[38].
[...]