Rozdział 2
Za metalowymi prętami parkanu rosły gęsto krzewy i drzewa, a dość szeroka aleja prowadziła wprost do domu. Właśnie do tego domu, który mi się przyśnił!
Najbliżej naszego ogrodu stała wśród zieleni duża, drewniana góralska chata. Wybiegli z niej dwaj chłopcy. Zaraz zaczęli się popisywać, kręcąc kółka i ósemki na deskorolkach, aż wiatr rozwiewał im czupryny w kolorze słomy.
Takie same włosy, choć bardziej uporządkowane, posiadała tęga pani, pewnie ich mama. Wyszła przed ganek podtrzymywany rzeźbionymi kolumienkami i obserwowała nas z ciekawością.
Z drugiej strony ulicy przypatrywała się nam ładna dziewczynka w różowej sukience. Stała przy siatce, odgradzającej pięknie utrzymany ogród i dużą, nową willę. Z okna wychyliła się głowa kobiety z rudą, starannie uczesaną fryzurą.
- Paulinko, wracaj do domu! - krzyknęła.
- Już idę, mamo - odparła dziewczynka, ale widać było, że nie ma zamiaru spełnić polecenia.
Uśmiechnęłam się do tej Paulinki, ona jednak pozostała poważna i przejęta. Nie to nie - pomyślałam trochę obrażona i odwróciłam się.
Po sforsowaniu przez tatę ogromnej bramy, nareszcie wjechaliśmy w aleję. Kierowca zatrzymał auto niedaleko oszklonej werandy. W końcu mogłam opuścić niewygodną szoferkę i rozprostować nogi. Mruczyńska zaraz wyskoczyła z koszyka, przeciągnęła się i już po chwili w rosnącej tu wszędzie wysokiej trawie migał jej biały grzbiet i szary ogon.
Stałam przed domem, zupełnie jak w moim śnie. Budynek wyglądał dosyć przygnębiająco. Szeroki, spadzisty dach pochylał się rzędem poczerniałych dachówek, ściany obrastał ciemnozielony bluszcz, wśród jego liści połyskiwały kwadratowe szyby okien parteru i piętra. Podmurówkę zrobiono z połączonych cementem głazów, a zaśniedziałe rynny zakończono wylotami w kształcie smoczych głów.
- Sońka, co tak stoisz, weź się do roboty - usłyszałam głos mojego brata.
Obejrzałam się. Patryk szedł do schodków werandy, niosąc dwie duże paczki.
- O, proszę, Patryś pracuje - dziwiła się mama, ostrożnie kładąc w trawie jeden z naszych obrazów, który tata właśnie wystawił z wozu.
Rzeczywiście, mój leniwy brat dźwigający cokolwiek stanowił rzadki widok.
Wzięłam kołdrę wciśniętą w plastikowy worek i poszłam do mojego nowego domu. Choć drzwi wcale nie przypominały tych ze snu, serce waliło mi jak młotem.
Wnętrze wyglądało jednak zupełnie inaczej: ani śladu sal z marmurowymi posadzkami, nie mówiąc już o świecących lampionach czy wysokich oknach.
W głębi ciemnawego holu ze ścianami pokrytymi granatową tapetą znajdowało się wejście na klatkę schodową. Było też pięć par drzwi, prowadzących do pokoi i łazienki, gdzie stała wanna przeznaczona chyba dla olbrzyma.
Przez szóste drzwi wchodziło się do wielkiej kuchni i tam właśnie mój braciszek wyjadał kiełbasę z podróżnej lodówki. Oto cała tajemnica jego pracowitości - po prostu zgłodniał!
Wkurzona wybiegłam przed dom po następną kołdrę. Tata z kierowcą wyciągali z samochodu meble. Mama krzyczała do nich, żeby broń Boże nie rozdarli świeżych pokryć foteli. Ale zamiast nich rozerwała się folia, w którą zapakowano różne dokumenty i druki z pracy ojca. Wysypały się w trawę i nagły podmuch wiatru porwał je, rozrzucając po całej okolicy.
Biegiem zaczęliśmy zbierać niesforne papiery, lecz nie bardzo nam się udawało, gdyż wraz z coraz silniejszym wiatrem fruwały sobie beztrosko. Nadeszła jednak nieoczekiwana pomoc. Do ogrodu przyjechał na deskorolce jeden z chłopaków mieszkających w sąsiedztwie i przyniósł cały plik znalezionych przy bramie druków.
- Robert, wracaj, mieliśmy grać w piłkę! - krzyczał stojący przy parkanie ogrodu lnianowłosy brat naszego gościa. Robert jednak nawet nie spojrzał w jego stronę, tylko złapał stojące obok dwa krzesła.
- Pomogę państwu, bo chyba zaraz będzie padać - powiedział.
- Och, jaki miły chłopiec - zachwyciła się mama naszym nowym sąsiadem.
Poszłam z Robertem, ciągnąc następny worek z kołdrą. W drzwiach spotkaliśmy Patryka, który nareszcie najadł się i wyszedł z kuchni. Miał bardzo skrzywioną minę.
- Strasznie boli mnie ręka od tego noszenia - poskarżył się zbolałym głosem.
- Od noszenia, kłamczuchu?! - krzyknęłam ze złością. - My ciężko pracujemy, a ty się obijasz, zobacz, jak się chmurzy!
Jednak ciemniejące niebo nie zrobiło na Patryku większego wrażenia. Dalej stał w progu werandy i poziewywał.
Właśnie usiłowałam podnieść ciężkie pudło z książkami, gdy zobaczyłam stojącą w głębi alei Paulinę. Przestępowała z nogi na nogę, jakby walczyła z chęcią pośpiesznej ucieczki.
Podeszłam do niej. Spojrzała spłoszonym wzrokiem i wyrecytowała:
- Jestem Paulina Zajączkowska, będziesz chodzić do tej samej co ja czwartej klasy w naszej szkole...
Teraz mnie wypadało się przedstawić. Przez swoje głupie imię bardzo tego nie lubiłam! Zaczęłam niechętnie:
- A ja nazywam się...
- Znam twoje imię i nazwisko, pani Monteri mi powiedziała - wtrąciła Paulina.
Po czym podała mi niewielką, zawiniętą w szary papier paczuszkę i powiedziała:
- To od twojej cioci, podobno jest niezwykle ważne.
Pośpiesznie odwróciła się i pobiegła do bramy w pierwszych kroplach deszczu.
- Sonia, chodź szybko, musimy przenieść rzeczy zanim się mocniej rozpada! - wołała mama.
Schowałam tajemnicze zawiniątko do kieszeni i ruszyłam pomagać rodzicom. Robiło się coraz ciemniej i z oddali dochodziło ponure dudnienie grzmotów. Musieliśmy się naprawdę uwijać.
W dodatku z kierowcy mieliśmy niewiele pożytku, ponieważ śpieszył się i mimo coraz gorszej pogody po opróżnieniu przyczepy wsiadł do wozu i odjechał. Nawet Patryk wziął się teraz solidnie do pracy i razem z Robertem wnosił cięższe sprzęty Bardzo się zresztą od razu zaprzyjaźnili i gadali cały czas o grze w piłkę.
Gdy zabieraliśmy z trawnika ostatnie pakunki, rozpętała się straszna burza z głośnymi hukami, piorunami i gęstą ulewą. Wbiegliśmy z krzykiem do domu. Ojciec szybko zamknął za nami oszklone drzwi werandy.
Razem z nami wpadły zmoczone psy i kot. Mama zaraz dała im jeść. Pelson i Nelson rzuciły się zgłodniałe do misek, Mruczyńska jednak nawet nie spojrzała na swoją, tylko stanęła w progu holu jakby ją zamurowało.
Białe futerko, trochę sponiewierane przez łażenie w mokrej trawie, zjeżyło się, a łagodny zwykle pyszczek przybrał groźny wyraz. Wygięty w łuk grzbiet i pełen wściekłości syk miały zapewne przerazić śmiertelnie hol i znajdujące się w nim sprzęty.
Potężny grzmot przewalił się ponad domem niczym hucząca lawina. Podskoczyliśmy z wrażenia, ale kotka nie raczyła nawet zauważyć, co się dzieje. Po dokładnym wystraszeniu wszystkich ścian, wskoczyła na wysoki, szafkowy zegar i młócąc powietrze ogonem, przyglądała się groźnie z góry swoim niewidzialnym wrogom.
Rodzice, Patryk i ja zaśmiewaliśmy się, obserwując jej zachowanie. Tylko Robert przyglądał się z ogromnym przejęciem kocim wariacjom.
- Kot czuje tutaj coś złego - odezwał się poważnie.
- Po prostu zwierzęta nie lubią zmieniać miejsca zamieszkania, to normalne - wyjaśnił tata tonem znawcy - Co może być tutaj złego?
Robert spojrzał speszony, po czym pośpiesznie i dosyć bezładnie oznajmił:
- Nie powinienem tego mówić. Ma pan rację, wasz dom jest zupełnie zwyczajny i nigdy tu nie było żadnych zdumiewających wydarzeń czy niezwykłych zjawisk! Niech państwo nie słuchają ludzi i nie wierzą w różne plotki...
- Jakie plotki? - zdziwiła się mama.
Lecz nasz sąsiad nic nie odpowiedział, tylko nagle krzyknął:
- Ja już pójdę! Do widzenia!
I wybiegł z domu, nie zważając na deszcz i pioruny.
- Mógłby przecież zjeść z nami kolację - powiedziała zaskoczona mama.
- Bardzo dziwny chłopak - podsumował ojciec.
Chyba jednak dobrze się stało, że nasz nowy kolega nie został na kolacji, bo mieliśmy do jedzenia tylko bułki z masłem. Przecież łakomy Patryk zjadł całą kiełbasę!
Wieczorem, już po kąpieli w przepastnej wannie, zajrzałam do kuchni. Mama stała przed wysokim, starym kredensem i przyglądała się obrazkom wymalowanym na jego drzwiczkach.
- Spójrz, artysta wspaniale uchwycił te postacie, wszystkie wyglądają jak żywi ludzie - powiedziała z zachwytem.
Podeszłam do mebla i uważnie przyjrzałam się malunkom. Przedstawione osoby miały osiemnastowieczne stroje i twarze przesłonięte maskami. Karnawał w Wenecji! Jedni grali, śmiali się i tańczyli pod wygwieżdżonym niebem, inni pływali w gondolach po ciemnych kanałach, jeszcze inni, stojąc na niewielkich mostkach, krzyczeli coś do tańczących. Zamarłam! Przecież to postacie z mojego snu!
Niektóre nawet pamiętałam - na przykład tego chłopaka w aksamitnym ubraniu. Nagle... on uśmiechnął się do mnie! Tak mi się przynajmniej wydawało. Musiało mi się wydawać, innego wytłumaczenia nie było. Chyba że...
Przestraszona odskoczyłam od kredensu.