Song of the Forever Rains - E.J. Mellow

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (31,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Dziew­czynki bawiły się w kałuży krwi. Oczy­wi­ście nie wie­działy, że to krew, tak jak ich nia­nia nie zda­wała sobie sprawy, że wymknęły się z poko­jów i poszły do lochów pod pała­cem. Bo niby skąd? Ta część Kró­le­stwa Zło­dziei była strze­żona przez tak wiele drzwi, zaklęć i prze­ra­ża­ją­cych kamien­nych straż­ni­ków, że nawet sam Król Zło­dziei miałby pro­blem wejść tu nie­zau­wa­żony. Ale dla cie­kaw­skich dzieci takie prze­szkody są jak zwy­kła paję­czyna - wystar­czy być na tyle małym, żeby przejść przez jej oczka, nie zaha­cza­jąc o sieć.

Zatem trzy dziew­czynki zna­la­zły drogę do trzewi kosz­maru, nie­świa­dome zagro­żeń cza­ją­cych się w ścia­nach, zaglą­da­ją­cych przez szpary, szcze­rzą­cych się i śli­nią­cych na ich widok. A jeśli nawet były świa­dome, żadna nie czuła się na tyle zagro­żona, żeby się wyco­fać.

- Pro­szę. - Niya prze­je­chała pokry­tym krwią pal­cem po bla­dej twa­rzy młod­szej sio­stry, rysu­jąc spi­ralny wzór wokół jej pulch­nych policz­ków. - Od teraz potra­fisz mówić.

Lar­kyra, która nie­dawno skoń­czyła trzy lata, zachi­cho­tała.

- Móó­óów - zachę­ciła Niya. - Powtó­rzysz po mnie? Móó­óów.

- Gdyby mogła, to by to zro­biła - powie­działa Ara­bessa, przy­ci­ska­jąc różowe dło­nie do koszuli noc­nej w kolo­rze kości sło­nio­wej i uśmie­cha­jąc się na widok nowego wzoru na dole ich spód­nic. Sied­mio­latka była naj­star­sza z całej trójki, a jej por­ce­la­no­wo­biała skóra kon­tra­sto­wała z wło­sami w kolo­rze czar­nego atra­mentu.

- Och, jak ład­nie! - Niya chwy­ciła małą, pulchną dłoń Lar­kyry, kiedy pode­szły bli­żej Ara­bessy. - Teraz ja.

Ara­bessa zna­la­zła kolejną kałużę rubi­no­wej cie­czy, która sączyła się spod sta­lo­wych drzwi i zanu­rzyła w niej wszyst­kie palce. Jej cień falo­wał w sła­bym świe­tle.

- Ten kolor pasuje do two­ich wło­sów - powie­działa, malu­jąc czer­wone kwiaty na sza­tach Nyii.

- Poma­lujmy też tak samo Lark.

Dziew­czynki tak wcią­gnęły się w swoją zabawę, że żadna z nich nie zauwa­żyła istoty obser­wu­ją­cej je z cie­nia w kory­ta­rzu. Istoty o wiele bar­dziej nie­bez­piecz­nej niż jaka­kol­wiek z bestii zamknięta w prze­klę­tych celach wokół nich, a któ­rej Król Zło­dziei i tak pozwa­lał swo­bod­nie wędro­wać. Być może wła­śnie w tym celu: żeby pil­no­wały tych, któ­rzy nie potra­fili jesz­cze sami o sie­bie zadbać. Bo choć istoty te zostały stwo­rzone w ciem­no­ści, łączyły się z tymi zro­dzo­nymi w świe­tle.

Mała jest raczej okrą­gła - powie­dział bez­gło­śnie brat do swo­jej sio­stry. Bliź­niaki dzie­liły jedno ciało i cią­gle wal­czyły o prze­strzeń w umy­śle, więc łatwo było im się poro­zu­mie­wać w ten spo­sób.

To małe dziecko. Wszyst­kie małe dzieci takie są - odparła sio­stra.

My nie.

To dla­tego, że ni­gdy nie byli­śmy małymi dziećmi.

Cóż, gdy­by­śmy dostali taką szansę, jestem pewien, że nie byli­by­śmy okrą­gli.

Bliź­niaki były znane pod róż­nymi nazwami. Ale w Aadi­lo­rze mówiono na nich po pro­stu Achak - sta­ro­żytni, naj­star­sze istoty po tej stro­nie Zaniku. Tutaj przy­bie­rali ludzką formę i zmie­niali się z brata w sio­strę szyb­ciej niż fale roz­bi­ja­jące się o klify przy sil­nym wie­trze.

Byli wyżsi od zwy­kłych śmier­tel­ni­ków, mieli skórę czarną jak naj­głęb­sza część oce­anu oraz fioł­kowe oczy, w któ­rych widać było całą galak­tykę. Ich ciało było piękne, ale jak więk­szość pięk­nych rze­czy w Aadi­lo­rze, skry­wali śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Rado­sny krzyk spra­wił, że Achak ponow­nie sku­pili uwagę na sio­strach.

Dziew­czynki sta­nęły pośrodku sali w lochu, gdzie ścieżka roz­cho­dziła się na cztery strony, pro­wa­dząc do nie­koń­czą­cych się, krę­tych kory­ta­rzy. W ciem­nym, wil­got­nym miej­scu, które oświe­tlał jedy­nie słaby pło­mień pochodni, śmiech dzieci wyda­wał się bar­dziej nie­po­ko­jący niż krzyki tor­tu­ro­wa­nych.

- Spryt­nie, Ara. - Niya pode­rwała się na nogi. - Lark wygląda znacz­nie lepiej poma­lo­wana w kropki. Co myślisz? - Zwró­ciła się do swo­jej młod­szej sio­stry, która sie­działa u ich stóp, bawiąc się bia­łym paty­kiem. - Podoba ci się, że wyglą­dasz jak gepard?

Bam. Bam. Bam. Lar­kyra ude­rzyła paty­kiem w kamienną pod­łogę i głu­żyła, zado­wo­lona z roz­brzmie­wa­ją­cego dźwięku, a jej pla­ty­nowe loki lśniły w świe­tle pochodni.

- Ład­nie - stwier­dziła Ara­bessa, koń­cząc ostatni okrąg obok ucha Lar­kyry. - Dawaj dalej, Lark. Może być z tego pio­senka na naszą cere­mo­nię malo­wa­nia.

Jakby w odpo­wie­dzi na prośbę sio­stry Lar­kyra dalej ude­rzała kijem, a dźwięk odbi­jał się echem po krę­tych kory­ta­rzach. Tylko Achak zda­wali sobie sprawę, że pro­wi­zo­ryczny instru­ment trzy­many przez Lar­kyrę w rze­czy­wi­sto­ści był kością żebrową.

Te dziew­częta są bar­dzo dziwne - pomy­ślał brat do sio­stry.

To córki Johanny. Bycie dziw­nym mają w natu­rze.

Achak poczuli smu­tek na myśl o matce dziew­czy­nek, ich naj­dro­żej przy­ja­ciółce. Ale w ich wieku takie emo­cje odczu­wało się krótko i wkrótce melan­cho­lia znik­nęła, jakby była jed­nym z zia­re­nek prze­sy­pu­ją­cym się przez klep­sy­drę.

Lubię je - pomy­ślał brat.

Ja też, zgo­dziła się sio­stra.

Myślisz, że powin­ni­śmy powstrzy­mać ten roz­gar­diasz, zanim obu­dzą resztę lochu i przy­bę­dzie straż­nik?

Oba­wiam się, że na to już za późno.

Smród cze­goś gni­ją­cego prze­to­czył się przez już zala­tu­jący odo­rem kory­tarz.

- Obrzy­dliwe. - Ara­bessa poma­chała dło­nią przed nosem. - Jaki deser pod­kra­dłaś po kola­cji, Niya?

- To nie ja - odparła ura­żona Niya. - Myślę, że Lar­kyra zabru­dziła pie­lu­chę.

Dziew­czynki spoj­rzały na roze­śmianą młod­szą sio­strę, która wciąż ude­rzała żebrem o pod­łogę, a potem na sie­bie nawza­jem.

- Ostatni kana­rek dostaje poda­rek! - krzyk­nęły w tym samym momen­cie.

- Byłam pierw­sza - ogło­siła szybko Niya. - Ty ją prze­wi­jasz.

- Powie­dzia­ły­śmy to w tym samym momen­cie.

- Jeśli przez "w tym samym momen­cie" masz na myśli, że byłam odro­binę szyb­sza...

W gro­cie roz­legł się ryk tak prze­raź­liwy, że sio­stry aż stra­ciły rów­no­wagę.

- Co to było? - Niya zro­biła kółko, zaglą­da­jąc do ciem­nych kory­ta­rzy.

- Na pewno nie brzmiało na zado­wo­lone. - Ara­bessa ukuc­nęła przy Lar­ky­rze i przy­trzy­mała jej dłoń. - Cicho, Lark. Zabawa skoń­czona.

Naj­młod­sza z rodzeń­stwa spoj­rzała na sio­stry sze­roko otwar­tymi, nie­bie­skimi oczami. Więk­szość dzieci w jej wieku potra­fiło już mówić, ale oprócz wrza­sku pod­czas porodu - który zmie­nił życie ich wszyst­kich - Lar­kyra wyda­wała z sie­bie tylko oka­zjo­nalne dźwięki. Dziew­czynki przy­zwy­cza­iły się do mil­cze­nia młod­szej sio­stry i dosko­nale wie­działy, że cho­ciaż się nie odzywa, to bar­dzo dużo rozu­mie.

Kolejny ryk, a potem dud­nie­nie zbli­ża­ją­cych się do nich cięż­kich kro­ków. Bestia prze­dzie­rała się przez przej­ście po ich lewej stro­nie.

Wszyst­kie sio­stry wzięły głę­boki oddech.

Potwór był tak duży, że jego matowe futro ocie­rało się o ściany z obu stron, a do tego był zmu­szony iść z opusz­czo­nym łbem. Przy­po­mi­nał ogrom­nego, brud­nego psa, ale miał tyle oczu, co pająk i zde­cy­do­wa­nie wię­cej nóg niż pies.

Grube, wło­chate odnóża były zakoń­czone ośmior­ni­co­po­dob­nymi mac­kami, co dawało jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jący efekt, gdy potwór wyrzu­cał je w przód. Przy każ­dym kroku macki przy­ssa­wały się do posadzki i badały zapach tego, co leży na dro­dze. A jeśli coś leżało na dro­dze potwora, szybko zni­kało w jego pasz­czy, wypeł­nio­nej ostrymi jak brzy­twa zębami.

Sky­los lak był jed­nym z wielu straż­ni­ków wię­zie­nia, kła­nia­ją­cym się tylko jed­nemu panu - temu, który sie­dział na tro­nie w innej, odle­głej czę­ści pałacu.

Myślisz, że powin­ni­śmy zain­ter­we­nio­wać? - zapy­tał brat.

Achak stali teraz zale­d­wie kilka kro­ków od dziew­czy­nek, ich ciało przy­po­mi­nało chmurę dymu uno­szącą się pomię­dzy kamienną ścianą a kory­ta­rzem.

Jesz­cze nie - odparła sio­stra.

Brat wyko­nał nie­spo­kojny ruch, na chwilę cał­ko­wi­cie przej­mu­jąc ich formę.

Póź­niej może nie być już oka­zji - zauwa­żył.

Zawsze jest jakieś póź­niej.

Może dla nas, ale dla takich jak one...

W tym momen­cie bestia wyczuła zapach trzech małych intru­zów. Wydała z sie­bie dźwięk, który przy­po­mi­nał coś pomię­dzy wark­nię­ciem a recho­tem peł­nym roz­ko­szy, a potem nabrała pręd­ko­ści, wyrzu­ca­jąc macki daleko w przód.

- Ohyda - rzu­ciła Niya, a Ara­bessa posta­wiła Lar­kyrę na nogi.

- Tak, a do tego wygląda na wście­kłe. Szybko, wyj­mij kamień por­talu.

- Tutaj raczej nie zadziała - stwier­dziła Niya, wpa­tru­jąc się w nad­cią­ga­jącą bestię.

- Patyki. - Ara­bessa zato­czyła pół­kole. - Tędy!

Sio­stry pobie­gły kory­ta­rzem, a Achak podą­żali za nimi, wciąż pozo­sta­jąc w cie­niu. Miesz­kańcy cel jęczeli i krzy­czeli, bła­ga­jąc o szybką śmierć.

Cho­ciaż dziew­czynki bie­gły ile sił w nogach, sky­los lak był o wiele więk­szy i szybko skra­cał dystans.

Zbli­ża­jące się śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo musiało wpły­nąć na dziew­czynki, bo za bie­gnącą Niyą cią­gnęła się poma­rań­czowa chmura, a w powie­trzu uno­sił się meta­liczny zapach.

Magia - pomy­śleli Achak.

- Ara! - krzyk­nęła Niya, odwra­ca­jąc głowę, kiedy na jej nogę skap­nęło coś mokrego z macki bestii.

- Wiem! Wiem! - Ara­bessa pocią­gnęła Lar­kyrę do przodu. Mała obej­rzała się za sie­bie, patrząc na to, co je goniło, ale nie pła­kała ani nie krzy­czała. Z zacie­ka­wie­niem przy­pa­try­wała się potwo­rowi. - Patyki! - wrza­snęła Ara­bessa, zatrzy­mu­jąc się przed wielką, onyk­sową ścianą. Ślepy zaułek. - Myśla­łam, że stąd przy­szły­śmy.

- Ścieżka musiała się zmie­nić. - Niya kilka razy się obró­ciła. - Co z naszymi mocami?

- Tak, tak! Szybko! - krzyk­nęła Ara­bessa, wystrze­li­wu­jąc z pię­ści fio­le­towe fale magii, któ­rych dźwięk odbi­jał się echem od ścian kory­ta­rza.

- Moje pło­mie­nie nie dzia­łają! - wark­nęła Niya, wyma­chu­jąc rękami. Bestia była coraz bli­żej.

Wciąż muszą się dużo nauczyć - pomy­ślała sio­stra.

To prawda - zauwa­żył brat. - Ale muszą prze­żyć. Myślisz, że już czas?

Tak - rze­kła sio­stra.

Achak zdo­łali zro­bić zale­d­wie krok do przodu, kiedy powie­trze prze­szył wysoki dźwięk.

Lar­kyra wyszła przed swoje sio­stry i sta­nęła pomię­dzy nimi a bestią, po czym wrza­snęła, spra­wia­jąc, że wszystko wokół się zatrzę­sło.

Niya i Ara­bessa przy­kuc­nęły, zakry­wa­jąc uszy. Mio­do­wo­żółta wiązka magii wystrze­liła z ust Lar­kyry i ude­rzyła w straż­nika.

Sky­los lak zawył z bólu i pró­bo­wał się wyco­fać, ocie­ra­jąc się o kraty.

Cie­ka­wie się na to patrzyło, taka malutka dziew­czynka, w bia­łej sukni, stała w ciem­nej sali i odpie­rała potęż­nego potwora. Lar­kyra nie zdra­dzała nawet cie­nia wąt­pli­wo­ści w swoje umie­jęt­no­ści. Cały czas krzy­czała, coraz gło­śniej, aż w końcu nawet potężni Achak musieli zasło­nić uszy.

Dźwięk był pro­sty, ale krył w sobie wiele zna­czeń. Był prze­peł­niony roz­pa­czą, stratą i gnie­wem. Jego esen­cję sta­no­wiła potężna ener­gia, nie do okieł­zna­nia. Achak nie potra­fili sobie wyobra­zić, jaki ból czuła ofiara, na któ­rej skon­cen­tro­wała się cała wiązka magii.

Po chwili salę zalała fala gorąca. Kory­tarz zatrząsł się, a bestia ryk­nęła po raz ostatni - gorąca żółta magia Lar­kyry goto­wała ją od środka. Sky­los lak eks­plo­do­wał z obrzy­dli­wym plu­skiem, a ściany i pod­łogę pokryły czarna krew i wnętrz­no­ści. Odcięta macka wylą­do­wała przed Niyą i Ara­bessą. Dziew­czyny odsko­czyły i spoj­rzały na młod­szą sio­strę.

Lar­kyra pod­parła się drob­nymi pię­ściami pod boki, jej oddech był ciężki i szybki. Wpa­try­wała się w miej­sce, gdzie przed chwilą stał sky­los lak.

- Lar­kyra? - Ara­bessa ostroż­nie wstała. - To było...

- Nie­sa­mo­wite! - Niya prze­sko­czyła nad macką i przy­tu­liła sio­strę. - Och, wie­dzia­łam, że masz w sobie magię. Cią­gle powta­rza­łam to Arze, prawda?

- Wszystko w porządku, Lark? - zapy­tała Ara­bessa, igno­ru­jąc Niyę.

- Nie - wybrzmiała melo­dyjna odpo­wiedź.

Ara­bessa i Niya zamru­gały.

- Czy ty wła­śnie się ode­zwa­łaś? - Niya obró­ciła do sie­bie Lar­kyrę.

- Tak - odparła naj­młod­sza z sióstr.

- Och! - Niya przy­tu­liła ją ponow­nie. - Wspa­niale!

- Tak, wspa­niale... - powtó­rzyła Ara­bessa, patrząc, jak jelita potwora opa­dają na posadzkę. - Może naj­pierw znaj­dziemy drogę do domu, a potem będziemy świę­to­wać?

Kiedy dys­ku­to­wały o tym, która droga naj­szyb­ciej dopro­wa­dzi je do celu, Lar­kyra rzu­cała jed­no­wy­ra­zowe odpo­wie­dzi, ku ucie­sze swo­ich sióstr. Nie zauwa­żyły zmian w ener­gii, kiedy Achak przy­bie­rali nie­wi­dzialną formę.

Dzieci nie powinno tutaj być - w umy­śle sta­ro­żyt­nych wybrzmiał głę­boki głos.

Wiemy, królu.

Usuń­cie je. Ton Króla Zło­dziei nie zno­sił sprze­ciwu. Przed oczami Achaka zro­biło się ciemno, gdy król pod­du­sił ich w ramach ostrze­że­nia. Bliź­niaki aż zadrżały.

Tak, mój królu.

Z tak daleka wyda­wał się jedy­nie nikłą syl­wetką, ale Achak wyczuli, że jego ener­gia prze­suwa się w stronę dziew­czy­nek, w szcze­gól­no­ści na naj­młod­szą.

Jej dar dopeł­nia trójcę - stwier­dzili.

Moc króla zawrzała w odpo­wie­dzi:

Miejmy nadzieję, że wyj­dzie z tego coś dobrego.

Potem znik­nął rów­nie szybko, jak się poja­wił, ponow­nie odda­jąc Acha­kowi pełną wła­dzę nad ich umy­słem.

Achak wzięli głę­boki oddech.

Mam to zro­bić? - zapy­tał brat.

Ja chcę - odparła sio­stra, odcho­dząc od ściany i utrwa­la­jąc ich formę. Achak stali teraz boso, w aksa­mit­nej, fio­le­to­wej sukni, z ogo­loną głową i deli­kat­nymi, srebr­nymi bran­so­le­tami na ramio­nach.

- Kim jesteś? - zapy­tała Niya, która jako pierw­sza zauwa­żyła Achaka.

- Jeste­śmy Achak. Zabie­rzemy was do domu.

- Jeste­śmy? - zapy­tała Ara­bessa.

- Jeste­śmy - potwier­dzili.

Brat prze­jął formę, dopa­so­wu­jąc roz­miar biżu­te­rii oraz sukni sio­stry do swo­ich musku­lar­nych ramion. Na twa­rzy Achaka poja­wiła się rów­nież gęsta broda.

Dziew­czynki zamru­gały.

- Jeste­ście tą samą osobą czy dwiema róż­nymi? - zapy­tała Ara­bessa.

- Jedno i dru­gie.

Ara­bessa zasta­no­wiła się nad ich sło­wami, po czym dodała:

- Byli­ście więź­niem, który uciekł?

- Czy nasza odpo­wiedź sprawi, że nam zaufa­cie?

- Nie.

- W takim razie nie zada­waj bez­ce­lo­wych pytań.

- Och, podo­bają mi się - stwier­dziła Niya.

- Cicho. - Ara­bessa rzu­ciła jej groźne spoj­rze­nie. - Pró­buję oce­nić, czy są gorsi od tego, co nas przed chwilą goniło.

- Och, moje dro­gie, jeste­śmy znacz­nie gorsi.

Niya sze­roko się uśmiech­nęła.

- Teraz podo­bają mi się jesz­cze bar­dziej.

Lar­kyra wyrwała rękę z dłoni Niyi.

- Ostroż­nie - ostrze­gła Ara­bessa, kiedy naj­młod­sza z sióstr pode­szła do Achaka i sta­nęła przed bra­tem.

Lar­kyra nie przej­mo­wała się moż­li­wym zagro­że­niem. Jej nie­bie­skie oczy były wpa­trzone w poły­sku­jącą suk­nię Achaka.

- Ładna - powie­działa, prze­jeż­dża­jąc pal­cami po mate­riale.

Achak unie­śli brew.

- Masz dobry gust, malu­chu.

- Moje? - Lar­kyra pocią­gnęła za suk­nię.

Ku zasko­cze­niu dziew­czy­nek stwór wybuchł śmie­chem.

- Jeśli doko­nasz mądrych wybo­rów, malu­chu. - Achak schy­lili się, żeby pod­nieść dziecko. - Pew­nego dnia możesz mieć tak piękne rze­czy jak ta suk­nia.

- A ja? - Niya zro­biła krok naprzód. - Ja też lubię piękne rze­czy.

- I ja - zaśpie­wała Ara­bessa.

Achak spoj­rzeli po dziew­czyn­kach. Były tak różne, a jed­nak w wyjąt­kowy spo­sób takie same. Sta­no­wiły dziwny ter­cet, pomię­dzy każdą były dwa lata róż­nicy, ale uro­dziły się tego samego dnia. Achak zasta­na­wiali się, czy to miało coś wspól­nego z ich darami, czy to była ta nić, która je łączyła. Mogły stać się potężne. Wybiorą znisz­cze­nie czy zba­wie­nie? Na razie to pyta­nie pozo­sta­nie bez odpo­wie­dzi.

Będą z nimi pro­blemy - pomy­ślała sio­stra do brata.

Dzięki za to Zapo­mnia­nym Bogom - odparł brat.

- Więk­szość rze­czy na tym świe­cie jest osią­galna, moje miłe - powie­dzieli Achak, po czym odwró­cili się i poło­żyli jedną dłoń na onyk­so­wej ścia­nie, a drugą pod­trzy­mali Lar­kyrę. - A te, które nie są... trzeba tylko zna­leźć drzwi pro­wa­dzące dalej. - Kiedy mówili, na czar­nym kamie­niu poja­wił się duży, żarzący się krąg. Achak unie­śli dłoń, a za ośle­pia­ją­cym świa­tłem poja­wił się nowy tunel. Na jego końcu widać było punk­cik świa­tła. - Powin­ni­śmy udać się do domu.

Dziew­czynki zgod­nie ski­nęły gło­wami zauro­czone sztucz­kami nowego przy­ja­ciela. Achak powstrzy­mali uśmiech i gestem zapro­sili sio­stry do środka, żeby zosta­wić za sobą stłu­mione krzyki więź­niów, krew, roz­rzu­cone wnętrz­no­ści oraz inne straszne rze­czy. Zamiast tego wrzu­cili do umy­słów dziew­czy­nek opo­wie­ści pełne przy­gód obie­cu­jące mroczne, ale eks­cy­tu­jące sny. Opo­wie­dzieli im histo­rię o ich przy­szło­ści, która roz­po­częła się w chwili, gdy naj­młod­sza z nich otwo­rzyła usta, żeby zaśpie­wać.

Rozdział pierwszy

Lar­kyra wie­działa, że ostrze jest zbyt tępe, jesz­cze zanim spa­dło na jej palec. Krzyk prze­szył jej gar­dło niczym setki strzał, ale je zaci­snęła. Magia pró­bo­wała się z niego wydo­stać, dra­piąc i kopiąc niczym dziecko.

- Cisza! - powie­działa do sie­bie cicho Lar­kyra i zaci­snęła zęby, kiedy jej palec piekł, a po ramie­niu roze­szła się fala gorąca.

Ostrze spa­dło ponow­nie. Tym razem z gło­śnym pęk­nię­ciem prze­szło przez kość i wbiło się w drew­niany blat.

Lar­ky­rze zebrało się na wymioty, ale je rów­nież powstrzy­mała.

Przez pot i łzy wpa­try­wała się w czu­bek swo­jego palca ser­decz­nego, oddzie­lo­nego od dłoni. Przy­ćmione świa­tło świecy oświe­tlało zakrwa­wiony kikut, prze­cięty przy środ­ko­wej kostce.

- Odważna jesteś, przy­znaję - powie­dział wła­ści­ciel lom­bardu, zdej­mu­jąc z niego pier­ścień ze szma­rag­dem. - Głu­pia, ale odważna. Więk­szość ludzi rycza­łaby wnie­bo­głosy.

Jego zbiry zwol­niły uścisk, a ona przy­tu­liła zra­nioną dłoń do klatki pier­sio­wej, z całych sił pró­bu­jąc się opa­no­wać, gdy cie­pła, szkar­łatna ciecz wsią­kała w jej koszulę. Lar­kyra nic nie mówiła, bo bała się, że nie tylko jej krew zosta­nie tu upusz­czona.

Jej magia była wście­kła i wyła z chęci zemsty. Tylko cze­kała, żeby wybuch­nąć, wrzała niczym woda w czaj­niku. Chciała, żeby wszystko wokół prze­peł­niło się śpie­wem. Ból za ból, doma­gała się.

Ale Lar­kyra na to nie pozwa­lała. W tym momen­cie nie ufała swo­jej magii. Zra­niła w życiu zbyt wiele osób.

Poza tym sama była sobie winna.

Nikt nie kazał jej kraść tego pier­ście­nia.

Następ­nym razem powinna udać się dalej, żeby spie­nię­żyć łup. Niż­sze dziel­nice Jabari były cia­sno utkaną sie­cią. To oczy­wi­ste, że lepiej nie robić inte­re­sów tak bli­sko miej­sca gra­bieży. Tylko skąd mogła wie­dzieć, że pier­ścień należy do żony wła­ści­ciela lom­bardu?

Mimo wszystko za ten błąd Lar­kyra musiała zapła­cić sama. Bo tylko ona była winna. Męż­czyźni znaj­du­jący się w pomiesz­cze­niu z pew­no­ścią nie mieli poję­cia, jaką istotę oka­le­czyli i jakie strasz­liwe moce mogła uwol­nić, gdyby tylko otwo­rzyła usta. Jej oprawcy byli duszami pozba­wio­nymi darów i nie mogli wyczuć magii, która w niej buzo­wała.

- A teraz zni­kaj - wark­nął wła­ści­ciel lom­bardu, wycie­ra­jąc krew w far­tuch. - I niech ci to przy­po­mina, dla­czego nie warto okra­dać takich ludzi jak ja. Oraz mojej żony. - Poma­chał pier­ście­niem przed twa­rzą Lar­kyry. Zie­lony krysz­tał błysz­czał w świe­tle świec.

W takim razie powi­nie­neś jej powie­dzieć, żeby nie eks­po­no­wała go tak w niż­szych kwa­te­rach - pomy­ślała Lar­kyra. Wstała, chcąc zacho­wać cho­ciaż resztki god­no­ści, ale zbiry obró­ciły ją i wyrzu­ciły za drzwi.

Upa­dła na mokrą ulicę, a jej zra­niona dłoń zapul­so­wała bólem od tępego ude­rze­nia.

Wie­czór zamie­nił się w noc. Ludzie mijali ją, zamiast pomóc wstać, śpie­sząc do domów, zanim otwo­rzą się sklepy ofe­ru­jące dziwne towary.

Lar­kyra wzięła głę­boki oddech i pod­nio­sła się, marząc tylko o tym, żeby krzyk­nąć. Pod­dać się temu, do czego nama­wiała ją magia. Jed­nak nie mogła tego zro­bić.

Nie tylko dla­tego, że była w trak­cie Lie­ren­fast - postu od magii - ale też nie chciała ryzy­ko­wać zra­nie­nia nie­win­nych. Potrzeba było lat prak­tyki i har­to­wa­nia zło­żo­nymi zaklę­ciami, żeby głos Lar­kyry stał się czymś wię­cej niż tylko destruk­cyj­nymi, magicz­nymi nutami smutku i bólu. Ale kiedy tar­gały nią silne emo­cje, moc była o wiele trud­niej­sza do kon­tro­lo­wa­nia.

Na Zapo­mnia­nych Bogów - pomy­ślała sfru­stro­wana Lar­kyra, ści­ska­jąc dłoń i prze­dzie­ra­jąc się przez dolne kwa­tery. - Gdy­bym tylko mogła nor­mal­nie odczu­wać emo­cje! - Śmiać się, krzy­czeć, wołać bez stra­chu, że magia wple­cie się w jej słowa.

Lar­kyra poczuła, że łzy napły­wają jej do oczu. Wkrótce nie będzie w sta­nie się kon­tro­lo­wać.

Musiała zna­leźć jakieś odosob­nione miej­sce.

Opu­ściła Pół­nocny Targ i nie zatrzy­my­wała się, dopóki nie dotarła do Alei Roz­bój­ni­ków Rzędu Gro­mady.

Odór ciał i szczyn wypeł­nił noz­drza Lar­kyry, gdy prze­dzie­rała się przez namioty stło­czone niczym pro­wi­zo­ryczne for­tece two­rzone przez dzieci. Miesz­kali tu ludzie nie tylko pozba­wieni środ­ków do życia, ale także pra­gnący, żeby o nich zapo­mniano. Kur­czowo trzy­mali się cie­nia, tak jak ona trzy­mała się teraz za zde­for­mo­waną dłoń.

Odwróć się - mówili wszy­scy.

- Gołąbku - powie­działa chra­pli­wym gło­sem kobieta, wyglą­da­jąca jak kupa szmat z parą nie­bie­skich oczu. - Ciek­niesz jak baryłka wina na przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym członka Rady. Podejdź tutaj i pozwól mi się tym zająć.

Lar­kyra pokrę­ciła głową i była gotowa ruszyć dalej.

- Możesz stra­cić całą, jeśli nie powstrzy­masz infek­cji - dodała kobieta.

Lar­kyra się zawa­hała.

Sama - pomy­ślała. - Muszę być sama.

- To zaj­mie tylko chwilę - nale­gała sterta szmat. - Podejdź tu. Dobrze. Przy­trzy­maj przy ogniu, żebym zoba­czyła ranę. Musisz bar­dzo cier­pieć.

Cier­pię z o wiele poważ­niej­szego powodu ani­żeli ucięty palec - pomy­ślała Lar­kyra, kiedy kobieta mu się przy­glą­dała.

- Zapie­cze, bez wąt­pie­nia, ale musimy powstrzy­mać krwa­wie­nie. - Kobieta wyjęła z ogni­ska pła­ski kawa­łek metalu, po czym przy­ło­żyła go do kikuta. Smród palo­nego ciała wypeł­nił noz­drza Lar­kyry. Przez chwilę myślała, że zemdleje. - Pro­szę bar­dzo. Naj­gor­sze już za nami, gołąbku. Prze­trwa­łaś to lepiej niż więk­szość ludzi tutaj.

Bo zno­si­łam już gor­szy ból - pomy­ślała Lar­kyra, bar­dzo zmę­czona.

Dzi­siej­szy dzień nie nale­żał do uda­nych.

- Mam nadzieję, że było warto - mruk­nęła kobieta, zabie­ra­jąc się do pracy. - Mój, tak. - Wyszcze­rzyła żółte zęby, poka­zu­jąc Lar­ky­rze ucięty mały palec. To była stara rana, być może rów­nie stara, co sama kobieta. - Naj­więk­sza perła, jaką kie­dy­kol­wiek widzia­łam - kon­ty­nu­owała. - I mój kamień uro­dzi­nowy. - Unio­sła dłoń, jakby klej­not wciąż znaj­do­wał się na jej palcu.

Lar­kyra deli­kat­nie się uśmiech­nęła.

- To był naprawdę ładny pier­ścień - cią­gnęła kobieta. - Tak samo jak moje dło­nie. Ale ładne rze­czy nie są trwałe. Lepiej to zapa­mię­taj, gołąbku.

Lar­kyra ski­nęła głową. Jej mię­śnie się roz­luź­niły, kiedy słu­chała nowej towa­rzyszki, która czy­ściła i owi­jała jej dłoń. A przy­naj­mniej robiła, co mogła, korzy­sta­jąc z desz­czówki i porwa­nych szmat.

- Pro­szę, jak nowa - powie­działa kobieta, a Lar­kyra unio­sła zaban­da­żo­wany palec.

Pomimo tar­ga­ją­cych nią emo­cji sta­rała się nad sobą pano­wać. Przy­po­mniała sobie wszystko, czego nauczono ją o kon­troli darów. Spo­koj­nie - mruk­nęła do sie­bie, bio­rąc głę­boki oddech. Wszystko to tylko po to, żeby móc wypo­wie­dzieć rap­tem jedno słowo:

- Dzię­kuję.

Star­sza kobieta ski­nęła głową i usia­dła z powro­tem na sto­sie, po czym zamknęła oczy i odpły­nęła.

Lar­kyra ruszyła przez ciem­niej­szy obszar Rzędu Gro­mady, gdzie cie­nie sta­wały się coraz dłuż­sze. Jedy­nie księ­życ oświe­tlał oparte o ściany i mam­ro­czące pod nosem syl­wetki.

To tutaj zna­la­zła pustą alejkę, do któ­rej nie docho­dził nawet blask księ­życa, pełną wil­got­nych śmieci. Osu­nęła się na zie­mię, a chłodny kamień przy­niósł deli­katną ulgę. Potem przy­tu­liła zra­nioną dłoń.

W końcu była sama.

Wydała z sie­bie cichy dźwięk.

Dźwięk, który zamie­nił się w szloch.

Żółte pną­cza magii sączyły się z niej w nie­kon­tro­lo­wany spo­sób. Pła­kała. Nie z powodu odcię­tego palca. Miała ich jesz­cze dzie­więć, a inne dusze koń­czyły znacz­nie gorzej.

Nie, Lar­kyra pła­kała za te wszyst­kie razy, kiedy nie mogła sobie na to pozwo­lić. Za wszyst­kie chwile, kiedy musiała mil­czeć i zacho­wy­wać spo­kój, cho­ciaż odczu­wała smu­tek. Pła­kała za dzie­więt­na­ście lat prób bycia dobrym czło­wie­kiem. A raczej lep­szym niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Lar­kyra pła­kała, bo było to bez­piecz­niej­sze od krzyku.

I nie prze­stała, dopóki nie ogar­nął jej sen.

Rano Lar­kyra zoba­czyła szczury, jedyne istoty, o któ­rych nie pomy­ślała, sia­da­jąc w alejce. Wszyst­kie tru­chła były otwarte, jakby z jej oczu sączyły się ostrza, a nie łzy.

Trzy dni póź­niej humor dopi­sy­wał jej znacz­nie bar­dziej.

Nie, żeby kie­dy­kol­wiek na długo pogrą­żała się w melan­cho­lii.

Ale dzi­siej­szy dzień był wyjąt­kowy. Po mie­siącu Lie­ren­fast naresz­cie dobiegł końca! To zna­czy: dobie­gnie końca, kiedy tylko dotrze do domu.

Poza tym dzi­siaj wypa­dały jej uro­dziny.

Lar­kyra ruszyła z cichą melo­dią w gło­wie, kie­ru­jąc się do zewnętrz­nych pier­ścieni mia­sta. Pot spły­wał jej po karku, kiedy szła wąskimi, zatło­czo­nymi alej­kami. Przez wil­gotne powie­trze lato w Jabari było nie do znie­sie­nia, ale Lar­kyra szcze­gól­nie nie lubiła go tutaj, gdzie wcze­snym ran­kiem znaj­du­jące się wysoko na nie­bie słońce przy­pie­kało rudawe kamie­nie.

Kiedy skrę­ciła za róg, powie­trze wypeł­nił słodki zapach plac­ków ryżo­wych. Sły­chać było szepty i kaszl­nię­cia tło­czą­cych się na nie­wiel­kiej prze­strzeni miesz­kań­ców. Lar­kyra dosko­nale poznała tę część mia­sta, zgod­nie z pla­nem. Pomimo trud­no­ści, jakie napo­tkała, stwier­dziła, że będzie za nią tęsk­nić. Dolne dziel­nice przy­po­mi­nały jej frag­menty innego mia­sta, bar­dzo odle­głego, który nazy­wała domem.

Lar­kyra deli­kat­nie podra­pała opa­tru­nek na palcu - ból cią­gle jej towa­rzy­szył - i popra­wiła wysłu­żone ubra­nie. Zwy­kły, acz przy­zwo­ity strój zamie­nił się w zbie­ra­ninę nitek, ledwo trzy­ma­ją­cych mate­riał w ryzach. Cóż, i tak nie było na co popa­trzeć. Na tle swo­ich dwóch sióstr Lar­kyra zawsze ucho­dziła za tę kości­stą. Kaczątko, któ­rego żadna ilość jedze­nia nie zdoła zmie­nić w łabę­dzia - zwy­kła mawiać Niya.

Myśl o rudo­wło­sej, star­szej sio­strze spra­wiła, że na jej twa­rzy poja­wił się sze­roki uśmiech.

Pierw­szy, odkąd stra­ciła palec.

Och, chcia­ła­bym już być w domu - pomy­ślała Lar­kyra i przy­spie­szyła kroku.

Nagle poczuła cie­płą maź pomię­dzy pal­cami u stóp. Spoj­rzała w dół. Weszła w koń­skie odchody.

Przez chwilę tylko stała i wpa­try­wała się w znisz­czone san­dały.

A potem wybuch­nęła śmie­chem.

Ponie­waż wcze­śniej stłu­miła magię, dźwięk mógł swo­bod­nie pły­nąć na wie­trze, nie­szko­dliwy, niczym śpiew koli­brów. Prze­chod­nie patrzyli na nią, jakby była nie­spełna rozumu.

Ale dzi­siaj nic nie popsuje jej humoru.

- Wra­cam do domu - rzu­ciła w eter i zatań­czyła na mięk­kim kopcu. Plusk. Plusk. - A kiedy już tam dotrę, udam się pro­sto do pokoju Niyi, położę się w jej łóżku, pod koł­drą. Albo jesz­cze lepiej, do góry nogami, tak że moje stopy spo­czną na jej poduszce. - Lar­kyra ponow­nie roze­śmiała się na tę myśl i ruszyła dalej.

Jej umysł kipiał taką rado­ścią, że na chwilę zapo­mniała, jak musi pach­nieć i wyglą­dać oraz o tym, że jedna z jej dłoni ma cztery palce zamiast pię­ciu.

Wra­cała do domu!

Prze­cho­dząc przez mały mostek, który pro­wa­dził do ostat­niego pier­ście­nia dol­nych kwa­ter, Lar­kyra zer­k­nęła w boczną alejkę.

Grupa ludzi, któ­rzy wyglą­dali bar­dzo podob­nie do niej, ota­czała męż­czy­znę, który w ogóle nie przy­po­mi­nał nikogo stąd. Jego szyte na miarę ubra­nia krzy­czały, że przy­wykł do wyż­szego stan­dardu życia, a wypa­sto­wane buty lśniły jak ostrze mie­cza, który trzy­mał w dłoni.

Cho­ciaż był uzbro­jony, napast­nicy mieli zde­cy­do­waną prze­wagę liczebną, a pry­mi­tywne kosy i wekiery spo­czy­wa­jące w ich dło­niach nie popra­wiały jego poło­że­nia.

Miesz­kańcy dol­nych kwa­te­rach nauczyli się nie zwra­cać uwagi na tego typu sytu­acje. Prze­trwać mogli nie tylko silni, ale także ci, któ­rzy nie wty­kali nosa w nie swoje sprawy. Jed­nak Lar­kyra była inna. Empa­tia nie pozwo­liła jej zigno­ro­wać tego, co działo się w alejce.

- Nie chcę roz­lewu krwi - powie­dział męż­czy­zna. Jego mowa zdra­dzała, że jest wysoko uro­dzony.

- To nie walcz - odparł potężny napast­nik i sze­roko się uśmiech­nął. - Dawaj sakiewkę...

- I miecz - roz­ka­zał inny.

- I tę ładną pele­rynkę - dodał kolejny.

- I buty - rzu­cił ostatni. - Podo­bają mi się. Aż lśnią.

- Wtedy zosta­wimy cię w spo­koju - pod­su­mo­wał pierw­szy ze zbi­rów.

- To wszystko, czego żąda­cie? - pro­wo­ko­wał męż­czy­zna. - Czemu cał­ko­wi­cie mnie nie ogo­ło­ci­cie?

- Nie jeste­śmy chciwi.

Męż­czy­zna uniósł brew.

- Dobrze wie­dzieć, że macie sumie­nie.

Naj­więk­szy z napast­ni­ków pod­szedł do niego na nie­bez­piecz­nie bli­ską odle­głość i uniósł ostrze.

- Chłop chyba sobie z nas kpi, pano­wie.

- A nawet jeśli nie - wtrą­ciła się oparta o ścianę Lar­kyra. - To ja mam z was nie­zły ubaw.

- A kim ty, do licha, jesteś? - wark­nął herszt. Jego banda spoj­rzała w jej stronę.

- Przy­szłam powie­dzieć, żeby­ście zosta­wili tego bied­nego czło­wieka w spo­koju.

Olbrzym wybuch­nął śmie­chem.

- Biedny na pewno nie jest. A teraz spły­waj, bo będziesz następna.

- Nie mogę tego zro­bić - odpa­ro­wała Lar­kyra. Czuła, jak magia zbiera się w jej brzu­chu.

- Niby dla­czego?

- Bo mam dzi­siaj uro­dziny i nie życzę sobie, żeby kogo­kol­wiek obra­bo­wano... albo zamor­do­wano - dodała na wszelki wypa­dek.

- W takim razie na twoim miej­scu został­bym w łóżku albo wydłu­bał sobie te śliczne, nie­bie­skie oczęta, bo widoki tu nie­cie­kawe.

- To prawda - zgo­dziła się Lar­kyra. - Ale i tak warto pró­bo­wać. A teraz odejdź­cie.

Na to dic­tum zbiry tylko zare­cho­tały.

- Pro­szę pani - ode­zwał się napad­nięty męż­czy­zna. - Mam wszystko pod kon­trolą.

- Na jak długo? - zapy­tała Lar­kyra.

Zasta­no­wił się i popa­trzył po napast­ni­kach.

Ci uśmiech­nęli się szy­der­czo i unie­śli broń.

Lar­kyra nie była w nastroju na bitkę, ale nie chciała też po pro­stu odejść. Jesz­cze nie. Nato­miast miała tylko jedną sprawną dłoń...

My - zaśpie­wała magia. - Pozwól nam to zro­bić.

Lar­kyra uspo­ko­iła swoje moce, które krą­żyły po jej płu­cach niczym wygłod­niały tygrys.

Tylko deli­kat­nie - zamru­czała.

Lar­kyra już wcze­śniej wyczuła, że grupa jest pozba­wiona darów Zapo­mnia­nych Bogów, co było dość czę­stym zja­wi­skiem w Jabari i jed­nym z powo­dów, dla któ­rych zde­cy­do­wała się inter­we­nio­wać. Chciała pomóc, ale szybko i bez zwra­ca­nia na sie­bie uwagi. I cho­ciaż pla­no­wała dzi­siaj, ostat­niego dnia Lie­ren­fast, nie uży­wać magii, osta­tecz­nie zde­cy­do­wała, że nikomu to nie zaszko­dzi. Przy­naj­mniej nie w tym sta­nie, w któ­rym się znaj­do­wała: spo­kojna, opa­no­wana, pełna kon­troli.

Pod­jęła decy­zję i poczuła łasko­ta­nie w gar­dle.

- Teraz! - roz­ka­zała.

Pro­mień żół­tej magii ude­rzył w twa­rze zbi­rów, prze­ry­wa­jąc ich śmiech.

Lar­kyra pode­szła bli­żej.

- Odejdź­cie albo zapła­ci­cie czymś wię­cej niż tylko krwią.

Gdyby któ­ryś z prze­chod­niów sko­rzy­stał z Wizji, jak wszy­scy, któ­rzy posłu­gi­wali się darami Zapo­mnia­nych Bogów, zoba­czyłby mgiełkę w kolo­rze miodu uno­szącą się nad każ­dym sło­wem wypo­wia­da­nym przez Lar­kyrę i zbie­ra­jącą się nad gło­wami napast­ni­ków. Ale nikt nie miał tutaj takich umie­jęt­no­ści.

Napast­nicy zamru­gali zaszklo­nymi oczami, po czym odwró­cili się i wyszli. W alejce zapa­dła cisza.

- Cóż - usły­szała za sobą głę­boki głos. - To było raczej... dziwne. Ale dzię­kuję.

Ele­gancki męż­czy­zna scho­wał miecz i uważ­nie ją tak­so­wał.

Lar­kyra rów­nież mu się przy­glą­dała.

Jedno wie­działa od razu. Był piękny.

Iry­tu­jąco piękny.

Lśniące, ciem­no­mie­dziane włosy kon­tra­sto­wały z bladą skórą i ciem­nym stro­jem. Miał ostre rysy twa­rzy i zie­lone oczy. Lar­kyra zasta­na­wiała się, czy męż­czy­zna zawsze patrzył na innych z taką nie­uf­no­ścią, czy po pro­stu widział w niej kolej­nego ulicz­nego zbira.

- Jesteś głup­cem, że przy­sze­dłeś tu tak wystro­jony - powie­działa.

- Rze­czy­wi­ście, mogłem bar­dziej się posta­rać - oce­nił nie­zna­jomy swoje ubra­nie. - Ale to było naj­zwy­klej­sze odzie­nie, jakie mia­łem pod ręką.

- Wyróż­niasz się jak złota moneta w łaj­nie - prych­nęła Lar­kyra. - Każdy tutaj będzie chciał cię skroić.

- To teraz zamie­rzasz? Okraść mnie?

Lar­kyra unio­sła brew.

- Myśla­łam, że to jasne. W końcu po to cię ura­to­wa­łam.

- No wła­śnie - zamy­ślił się męż­czy­zna. - To było impo­nu­jące. Jak spra­wi­łaś, że cię posłu­chali?

Lar­kyra stłu­miła w sobie iry­ta­cję.

- Jakie to ma zna­cze­nie? Wciąż masz pełny trzos, pele­rynę, miecz i błysz­czące buty. A teraz wra­caj, skąd przy­by­łeś. Nie wiem, czy przyj­dzie mi ochota, żeby przyjść ci w sukurs drugi raz.

Ruszyła w kie­runku głów­nej ulicy.

Męż­czy­zna podą­żył za nią.

- Wła­śnie w tym rzecz. Pró­bo­wa­łem wró­cić do miej­sca, z któ­rego "przy­by­łem", jak to uję­łaś. Ale widzisz, wygląda na to, że... cóż...

- Zgu­bi­łeś się - dokoń­czyła Lar­kyra.

- Mhm - przy­tak­nął męż­czy­zna.

Wes­tchnęła, kątem oka łapiąc spoj­rze­nia ota­cza­ją­cych ich gapiów. Z pew­no­ścią myśleli, że jest dziew­czyną do towa­rzy­stwa, skoro roz­ma­wia z wysoko uro­dzo­nym mło­dzień­cem.

- Za mną - zako­men­de­ro­wała Lar­kyra.

- Dokąd zmie­rzamy?

- Nie jesteś zbyt bystry, co?

- Zabie­rzesz mnie z powro­tem?

- Zabiorę cię z tego miej­sca. Gdzie­kol­wiek jest to "z powro­tem", będziesz musiał się tam dostać ze środ­ko­wego pier­ście­nia.

- Dam radę.

Oby - pomy­ślała Lar­kyra, kiedy prze­cho­dzili przez labi­rynt dol­nych kwa­ter.

Lar­kyra co chwila spo­glą­dała na swego towa­rzy­sza. Był raczej wysoki i szczu­pły, ale nie chudy. Zde­cy­do­wa­nie w walce musiał pole­gać na zwin­no­ści, a nie bru­tal­nej sile.

- Co tu wła­ści­wie robisz? - zapy­tała po chwili.

Spoj­rzał na nią tymi swo­imi zie­lo­nymi oczyma.

- Przy­by­łem do Jabari na Eumar Journé.

Dosko­nale wie­dział, że Lar­kyra pytała o dolne kwa­tery, ale wyraź­nie nie chciał, żeby kto­kol­wiek dowie­dział się o inte­re­sach, które tu zała­twiał. Lar­kyra to usza­no­wała i odpu­ściła.

- To impreza uro­dzi­nowa dla dziew­czyny, która osią­gnęła peł­no­let­ność - wyja­śnił męż­czy­zna, kiedy prze­cho­dzili przez zatło­czony most. - Która skoń­czyła dzie­więt­na­ście lat...

- Wiem, czym jest Eumar Journé - weszła mu w słowo Lar­kyra. - Co to za rodzina?

- Jestem pewien, że ich nie znasz.

- A skąd ta pew­ność?

- Cóż... ja, to zna­czy...

Lar­kyra powstrzy­mała się od uśmie­chu na widok wstę­pu­ją­cych na jego obli­cze rumień­ców. Cho­ciaż ją spo­wal­niał, podo­bał się jej ten dziwny towa­rzysz.

- To Bas­set­to­wie - przy­znał w końcu.

- Ach - mruk­nęła Lar­kyra, wzdry­ga­jąc się na to nazwi­sko. - Rodzina rad­nych. Na pewno czeka cię wspa­niałe przy­ję­cie.

- Istot­nie - przy­tak­nął męż­czy­zna, uważ­nie jej się przy­glą­da­jąc. - Powie­dzia­łaś, że też masz dzi­siaj uro­dziny?

- Zga­dza się. - Sze­roko się uśmiech­nęła.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego - rzekł męż­czy­zna. - Mam nadzieję, że spę­dzisz ten dzień tak, jak chcesz.

- Kiedy tylko cię opusz­czę, wła­śnie to pla­nuję zro­bić.

Uśmiech­nął się na ten przy­tyk i przez krótką chwilę na sie­bie patrzyli.

- Boli? - zapy­tał w końcu, kie­ru­jąc wzrok na to, co tuliła do piersi. - Twoja dłoń?

Lar­kyra zaru­mie­niła się, kiedy zdała sobie sprawę, że od jakie­goś czasu ści­ska brudne ban­daże. W ogóle cała była brudna, a do tego na pewno śmier­działa, bio­rąc pod uwagę powa­lane łaj­nem obu­wie.

Scho­wała zra­nioną rękę.

- Nie jest tak źle, jak wygląda.

- Co się stało?

- Stwier­dzi­łam, że kilka pal­ców mi się nie podoba, więc je odgry­złam.

- Nie musisz kła­mać - powie­dział męż­czy­zna.

- Skąd wiesz, że kła­mię? - odpa­ro­wała Lar­kyra.

- Bo znam się na łgar­stwach.

Napo­tkała jego spoj­rze­nie i zoba­czyła w nim fru­stra­cję. Nie wobec niej, ale do cze­go­kol­wiek, co miał na myśli.

- Jeste­śmy - oznaj­miła, zmie­nia­jąc temat. - Dotrzesz stąd do celu?

Męż­czy­zna rozej­rzał się po oko­licy. Stali na rynku w środ­ko­wym pier­ście­niu. Sprze­dawcy krzy­czeli do prze­chod­niów, a w powie­trzu uno­sił się zapach gril­lo­wa­nego na otwar­tym ogniu jedze­nia.

- Tak - odparł męż­czy­zna. - Dam radę.

- To dobrze. - Lar­kyra ski­nęła głową.

- Jesz­cze raz dzię­kuję. - Męż­czy­zna wycią­gnął do niej dłoń w ręka­wiczce. - Jestem twoim dłuż­ni­kiem.

Lar­kyra spoj­rzała na nią, a potem na swoją brudną rękę. Ura­to­wała mu życie, ow­szem, ale i tak był dla niej nie­zwy­kle uprzejmy. Dla ulicz­nego robac­twa. Była nikim w porów­na­niu z takimi jak on.

Nie­śmiało podała mu swoją zdrową dłoń. Jego była cie­pła i jędrna.

- Swoją drogą, jestem Darius. Darius Mekenna z Lachlan.

- To było inte­re­su­jące spo­tka­nie, Dariu­sie Mekenna z Lachlan - powie­działa Lar­kyra, po czym się odwró­ciła.

- Cze­kaj! - zawo­łał Darius.

Spoj­rzała na niego przez ramię.

- Część długu mogę spła­cić już teraz - zaofe­ro­wał. - Jesteś głodna?

Bar­dzo chciała przy­tak­nąć. Poza tym miała ochotę dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o męż­czyź­nie, któ­rego uśmiech spra­wił, że zro­biło jej się lżej na duchu. Nie­stety...

- Oba­wiam się, że nie - odparła. - Odwdzię­czysz mi się następ­nym razem.

Darius zmarsz­czył brwi.

- A co, jeśli nie będzie następ­nego razu?

Lar­kyra sze­roko się uśmiech­nęła.

- Zapo­mniani Bogo­wie potra­fią czy­nić cuda. Kto wie? Może jesz­cze kie­dyś się spo­tkamy.

Po tych sło­wach znik­nęła w tłu­mie i robiła wszystko, żeby się nie odwró­cić.

Wkrótce dotarła do naj­bo­gat­szej czę­ści mia­sta, cen­tral­nego pier­ście­nia, gdzie wyróż­niała się niczym ropie­jąca rana na heba­no­wej skó­rze. W całym Jabari dało się zna­leźć piękne zakątki, ale tutaj, w naj­wyż­szym jego punk­cie, budynki wręcz lśniły zło­tem, kością sło­niową oraz sre­brem.

Tutaj mia­sto, w któ­rym się uro­dziła, robiło naj­więk­sze wra­że­nie. Tak wyso­kie jak sze­ro­kie, tak głę­bo­kie jak wąskie, cen­trum Jabari wzno­siło się od wybrzeża aż nad szczyty gór, ku Zapo­mnia­nym Bogom. Serce Lar­kyry zabiło moc­niej, kiedy zatrzy­mała się, żeby spoj­rzeć na morze budyn­ków roz­cią­ga­jące się poni­żej.

Cho­ciaż Zapo­mniani Bogo­wie opu­ścili Aadi­lor wiele poko­leń temu, ślady ich magii wciąż dało się wyczuć w róż­nych zakąt­kach świata, na odle­głych wyspach i w mia­stach poro­śnię­tych dżun­glą. Jabari było uwa­żane za miej­sce pozba­wione ich darów, ale wcale na tym nie tra­ciło. Rodzice czę­sto opo­wia­dali dzie­ciom na dobra­noc, że bogo­wie wciąż kro­czą po ziemi. Ukry­wają się, tak, jak ja - pomy­ślała Lar­kyra.

Po jakimś cza­sie dotarła do wiel­kiej posia­dło­ści na końcu ulicy i zatrzy­mała się przed bramą. Spi­ralne kolumny były wyso­kie na kilka pię­ter i cią­gnęły się przez całą posia­dłość. Piękne, obra­mo­wane okna wysta­wały do przodu i choć nie było tego widać z ulicy, Lar­kyra wie­działa, że w środku znaj­duje się ogromna szklana hala z kopułą. Po obu stro­nach kamien­nej ścieżki pro­wa­dzą­cej do drzwi wej­ścio­wych rosły fio­le­towe, czer­wone i nie­bie­skie egzo­tyczne kwiaty.

Lar­kyra wzięła głę­boki oddech, delek­tu­jąc się inten­syw­nym zapa­chem. Wej­ście dla służby znaj­do­wało się z boku, a pro­wa­dzącą do niego wąską ścieżkę z łatwo­ścią można było prze­oczyć. Na jej gwizd­nię­cie brama się otwo­rzyła, ale Lar­kyra nie skrę­ciła w lewo, na tyły budynku, tylko pode­szła do nie­wi­dzial­nej, magicz­nej zasłony. Powie­trze zro­biło się gęste i pie­ściło jej skórę, a po tym, jak magia pozwo­liła jej przejść, Lar­kyra ruszyła chod­ni­kiem, zatrzy­mu­jąc się dopiero przed rzeź­bio­nymi, zło­tymi drzwiami.

Pocią­gnęła za sznu­rek od dzwonka i dokład­nie przyj­rzała się zdo­bie­niom przed­sta­wia­ją­cym histo­rię trzech dziew­czy­nek i ich magicz­nych darów.

Pła­sko­rzeźba przed­sta­wiała je uwię­zione pomię­dzy dwoma świa­tami, sto­jące w roz­kroku pomię­dzy słoń­cem a nie­wi­dzial­nymi zaświa­tami. Lar­kyra spoj­rzała wyżej, na wize­ru­nek star­szej kobiety w zwiew­nych sza­tach. Ele­gancka dama sie­działa uśmiech­nięta obok potęż­nego, bro­da­tego męż­czy­zny, któ­rego uwaga sku­piała się wyłącz­nie na niej, pod­czas gdy ona spo­glą­dała na ich dzieci poni­żej. Lar­kyra poczuła ścisk w gar­dle, wpa­tru­jąc się w puste oczy kobiety i uśmiech, który tak bar­dzo przy­po­mi­nał jej wła­sny. Zaskrzy­piały wrota, przy­wra­ca­jąc ją do rze­czy­wi­sto­ści.

Chudy męż­czy­zna ubrany w strój lokaja spoj­rzał z góry na Lar­kyrę. Nie mru­gnął na jej widok, nie cof­nął się ani nie oka­zał żad­nych oznak zasko­cze­nia, że zastał w progu ran­nego łobuza z Jabari.

Ukło­nił się tylko na powi­ta­nie i zro­bił krok w bok.

- Lady Bas­sette, witamy w domu.

Rozdział drugi

Oczy­wi­ście nie szyje się gor­se­tów w taki spo­sób, by zapew­niły wła­ści­cielce kom­fort pod­czas swo­bod­nego bie­ga­nia, nie­mniej jed­nak Lar­kyra po mie­siącu nosze­nia luź­nych szmat miała wra­że­nie, że jej płuca za chwilę zostaną doszczęt­nie zmiaż­dżone. Nie, żeby nie potra­fiła się dosto­so­wać. To jedna z naj­lep­szych cech Bas­set­tów.

W połu­dnio­wym skrzy­dle roz­legł się kolejny krzyk, tym razem znacz­nie bli­żej. Lar­kyra zadarła spód­nicę. Krzy­wiąc się z bólu przez ranę po ucię­tym palcu, przy­spie­szyła i nie oglą­dała się za sie­bie.

Dysząc, zamknęła masywne drzwi do zbro­jowni, oparła się o nie i poczuła dud­nie­nie w uszach.

- W końcu spraw­dzi też tutaj - powie­działa Ara­bessa i rzu­ciła dwa noże, które wbiły się w sam śro­dek tar­czy.

Lar­kyra z trud­no­ścią prze­łknęła magię, która sta­nęła jej w gar­dle.

- Pew­nie tak - przy­tak­nęła. Jej nie­bie­ska spód­nica zasze­le­ściła, kiedy pod­cho­dziła do sio­stry. - Mam nadzieję, że tro­chę ochło­nie pod­czas spa­ceru.

- Oj, spa­cer chyba tylko bar­dziej ją zde­ner­wuje.

- Cho­lera. - Lar­kyra spoj­rzała na zamknięte drzwi. - Nie prze­my­śla­łam tego.

- Jak zwy­kle, kochana - zauwa­żyła Ara­bessa, bio­rąc nowe szty­lety od Char­lotte, ich słu­żą­cej.

Zbro­jow­nia była dużym i wyso­kim pomiesz­cze­niem. Zapach drewna i metalu przy­po­mniał Lar­ky­rze o dłu­gich nocach, pod­czas któ­rych tu pra­co­wała, cała obo­lała i zlana potem.

- Dzię­kuję, Char­lotte - powie­działa Ara­bessa, przy­pi­na­jąc noże do pasa wokół spód­nicy. - Możesz jesz­cze odejść, zanim roz­pęta się pie­kło.

- Prze­ży­wa­łam już gor­sze rze­czy, dziew­czyny. - Char­lotte sze­roko się uśmiech­nęła.

Ich słu­żąca była drobną kobietą o kości­stych dło­niach, ale Lar­kyra dosko­nale wie­działa, że spro­wo­ko­wana Char­lotte potra­fiła rzu­cić na kolana nawet naj­bar­dziej krzep­kiego męż­czy­znę. To bez wąt­pie­nia jedna z cech, któ­rej pożą­dał ich ojciec, kiedy szu­kał opie­kunki dla trzech córek. W zasa­dzie cała służba Bas­set­tów mogła pochwa­lić się zesta­wem talen­tów, które nor­mal­nie wykra­czały poza wyma­ga­nia zwią­zane z wyko­ny­waną pracą. Każdy czło­nek per­so­nelu potra­fił w jakimś stop­niu posłu­gi­wać się darami bogów i mógł bez prze­szkód uży­wać magii. Lar­kyra czuła się, jakby jej dom był jakie­goś rodzaju sank­tu­arium, miej­scem, gdzie nikt nie musiał ukry­wać, kim jest - a to rzad­kość w Jabari. Ujaw­nie­nie magii czę­sto wią­zało się z życiem w prze­śla­do­wa­niu, bo ta była postrze­gana jako zagro­że­nie. To dla­tego per­so­nel był nie­zwy­kle lojalny wobec Bas­set­tów.

Serce Lar­kyry zabiło szyb­ciej, kiedy spoj­rzała na sto­jącą obok fili­gra­nową kobietę. To ona nauczyła sio­stry, że sekrety to naj­droż­sza waluta i że nikt nie jest tak oddany jak ci, któ­rych sekrety są bez­pieczne.

- Jasne - powie­działa Ara­bessa, która miała atra­men­to­wo­czarne włosy spięte w schludny kok. - Ale jeśli weź­miemy pod uwagę, że Lar­kyra pla­no­wała tę akcję przez mie­siąc, to lepiej będzie, jeśli pora­dzimy sobie z tym same.

Lar­kyra patrzyła, jak Ara­bessa obraca nóż mię­dzy pal­cami.

- Możesz zostać, Char­lotte. Dobrze będzie mieć świadka.

Star­sza kobieta mla­snęła języ­kiem w akcie rezy­gna­cji, mach­nęła ręką i napro­sto­wała wbity w tar­czę nóż, po czym wyszła.

- Ład­nie podzia­ła­łaś - zaczęła Ara­bessa, pod­cho­dząc do wystawy z cien­kimi mie­czami do szer­mierki. - Wró­ci­łaś chud­sza, czego się spo­dzie­wa­łam, ale widzę, że nie obyło się też bez strat.

Zra­niony palec Lar­kyry zapul­so­wał, jakby ura­żony przy­ty­kiem Ara­bessy.

- Nie wszy­scy są tacy ide­alni jak ty - odpa­ro­wała Lar­kyra.

- Ow­szem - przy­tak­nęła Ara­bessa, wycią­ga­jąc dwa mie­cze ze sto­jaka. - Dobrze, że w końcu potra­fisz to przy­znać. - Wyrzu­ciła jeden w stronę sio­stry, a ta zła­pała ręko­jeść w powie­trzu. - Trzy­maj go w lewej ręce - poin­stru­owała sio­stra.

Lar­kyra zmru­żyła oczy, zmie­nia­jąc chwyt na taki, który nie był dla niej natu­ralny. Zaci­snęła jed­nak zęby, prze­zwy­cię­ża­jąc ból i wysta­wiła swój ucięty palec, jakby chciała powie­dzieć: "Tak, pomimo tego na­dal potra­fię trzy­mać miecz tak dobrze jak ty".

- Mam nie­od­po­wiedni strój do spa­ringu - rzu­ciła Lar­kyra.

- Musimy ćwi­czyć w każ­dym ubra­niu. - Ara­bessa wska­zała na swoją ciem­no­fio­le­tową suk­nię z wyso­kim koł­nie­rzem. - A teraz, jeśli już skoń­czy­łaś z wymów­kami...

Ara­bessa rzu­ciła się w stronę Lar­kyry, jej ruchy były pewne i płynne, jakby była nutą zawie­szoną w powie­trzu. Tę wro­dzoną gra­cję zawdzię­czała oczy­wi­ście swo­jemu talen­towi muzycz­nemu - potra­fiła grać na każ­dym instru­men­cie stwo­rzo­nym przez czło­wieka lub kre­aturę - co zawsze iry­to­wało Lar­kyrę, bo zawsze wyglą­dała przy niej jak pozba­wiony gra­cji, nie­opie­rzony kur­czak.

Młod­sza z sióstr zro­biła krok w tył.

Sfru­stro­wana magia zatrze­po­tała w jej brzu­chu i pod­po­wie­działa Lar­ky­rze, żeby moc­niej zaci­snęła mały palec i palec wska­zu­jący na ręko­je­ści, a następ­nie zamach­nęła się w przód.

Ara­bessa zablo­ko­wała cios, wyko­nała unik i się cof­nęła.

Ostrza zetknęły się z taką siłą, że Lar­kyra pra­wie wypu­ściła miecz z dłoni, ale zaparła się i ode­pchnęła, prze­rzu­ciw­szy cię­żar ręko­je­ści na pozo­stałe palce. Sio­stry krę­ciły się w kółko, a Lar­kyra kon­tro­wała każdy atak. Prze­szło jej przez myśl, że będzie musiała zmie­nić kilka rze­czy, żeby sku­tecz­nie wal­czyć z ucię­tym pal­cem.

- Naprawdę wiesz, jak zor­ga­ni­zo­wać huczne powi­ta­nie - powie­działa. - Ja też za tobą tęsk­ni­łam.

Ara­bessa wyszcze­rzyła zęby, a potem szyb­kim ruchem wyrwała miecz Lar­ky­rze. Ostrze upa­dło na zie­mię.

- Idzie ci lepiej, niż myśla­łam - stwier­dziła Ara­bessa.

- Wiel­kie dzięki... - Lar­kyra poma­so­wała pul­su­jący palec przez ban­daż. Ból był prak­tycz­nie nie do znie­sie­nia.

- Oczy­wi­ście, musisz wię­cej ćwi­czyć - kon­ty­nu­owała Ara­bessa.

- Oczy­wi­ście - odparła Lar­kyra oschłym tonem.

- A teraz chodź tutaj. - Ara­bessa mocno ją przy­tu­liła. - Witaj w domu, pta­szyno.

Choć naj­młod­sza, Lar­kyra dorów­ny­wała jej wzro­stem. Oparła pod­bró­dek na jej ramie­niu i wdy­chała woń róży i wani­lii, któ­rymi zawsze pach­niała Ara­bessa.

- I wszyst­kiego naj­lep­szego - wyszep­tała star­sza sio­stra.

- Dzię­kuję. - Lar­kyra cof­nęła się z uśmie­chem na ustach. - Tobie rów­nież wszyst­kiego naj­lep­szego.

Ara­bessa mach­nęła obo­jęt­nie ręką.

- Kiedy ma się dwa­dzie­ścia trzy lata, nie ma czego cele­bro­wać. Ale dzie­więt­na­ście...? - Sze­roko się uśmiech­nęła. - Nie mogę uwie­rzyć, że dzi­siaj wypada twoje Eumar Journé. Mam wra­że­nie, że ledwo wczo­raj koń­czy­łaś dwa­na­ście wio­sen. Pla­nu­jemy dzi­siej­sze przy­ję­cie od kilku tygo­dni.

Cho­ciaż dziew­czyny miały uro­dziny w ten sam dzień, to zgod­nie z roz­po­rzą­dze­niem ich ojca, pod­czas Eumer Journé jed­nej z nich, sku­piano się wła­śnie na tym świę­cie.

- Mhm, kucharz prak­tycz­nie powa­lił mnie na zie­mię, kiedy prze­szłam przez drzwi, żeby skosz­to­wać coś z dzi­siej­szego menu - powie­działa Lar­kyra. - Muszę jed­nak przy­znać, że bar­dziej eks­cy­tuje mnie to, co będzie się działo po przy­ję­ciu.

- Racja. - Ara­bessa ski­nęła głową. - Ale dość na temat tego, co jesz­cze się nie wyda­rzyło. Opo­wia­daj, przede wszyst­kim jak stra­ci­łaś tę ślicz­notkę. - Unio­sła zra­nioną dłoń sio­stry.

Lar­kyra szybko opo­wie­działa Ara­bes­sie histo­rię o pier­ście­niu ze szma­rag­dem i żonie wła­ści­ciela lom­bardu.

- Dzi­wię się, że nie uciął całej dłoni - stwier­dziła Ara­bessa.

- To byłaby prze­sada, bio­rąc pod uwagę skalę prze­stęp­stwa.

- Jak to zwy­kle bywa w dol­nych kwa­te­rach.

- Racja - przy­tak­nęła Lar­kyra. - Ale nie będę spe­cjal­nie się tam wra­cać, żeby mógł napra­wić to prze­ocze­nie. Już i tak zmar­no­wa­łam mnó­stwo sił, żeby powstrzy­mać się przed roze­rwa­niem go na strzępy.

Spoj­rze­nie Ara­bessy zła­god­niało.

- Na pewno. Ale pamię­taj, żeby doce­nić to, co mamy, i przy­po­mnieć sobie, dla­czego robimy to, co robimy, musimy doświad­czyć wyboru moż­li­wo­ści. To ważne, żeby ćwi­czyć się w powścią­gli­wo­ści z korzy­sta­nia z naszych darów, bo więk­szość nie ma tyle szczę­ścia, co my.

Obie jej sio­stry prze­szły swój Lie­ren­fast na mie­siąc przed Eumar Journé. Żadna inna rodzina szla­checka nie prze­cho­dziła podob­nego testu. Nikt nie wie­dział też, że rodzina Lar­kyry prak­ty­kuje coś takiego. Ale Baset­to­wie mieli swoje powody, by to ukry­wać - jak i parę innych rze­czy.

- Brzmisz zupeł­nie jak ojciec - prych­nęła Lar­kyra.

- To naj­lep­szy kom­ple­ment z moż­li­wych - odparła Ara­bessa. - Swoją drogą, roz­ma­wia­łaś już z nim?

Lar­kyrę aż ści­snęło w żołądku.

- Nie, jesz­cze mnie nie wezwał.

- Wkrótce to uczyni.

Drzwi za nimi otwo­rzyły się z hukiem.

Dziew­czyna weszła do pomiesz­cze­nia z gra­cją fal roz­bi­ja­ją­cych się o klify o zacho­dzie słońca. Cho­ciaż była niż­sza, braki we wzro­ście nad­ra­biała krą­gło­ściami i koły­sa­niem bio­der. Z każ­dym kro­kiem jej kre­mowo-brzo­skwi­niowa suk­nia uno­siła się niczym wzbu­rzona piana. Nie­za­leż­nie od tego, czy jej się to podo­bało, czy nie, jej ruchy odzwier­cie­dlały to, w jakim była nastroju - to efekt daru hip­no­tycz­nego tańca.

- Droga sio­stro - zaczęła Niya lek­kim tonem, który kon­tra­sto­wał z prze­szy­wa­ją­cym spoj­rze­niem. - Jak wspa­niale widzieć cię w domu. Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji Eumar Journé.

- Dzię­kuję, Niyo. - Lar­kyra spoj­rzała na sio­strę z mie­szanką roz­ba­wie­nia oraz nie­uf­no­ści. - Tobie rów­nież wszyst­kiego naj­lep­szego.

- Tak, prze­wy­bor­nie. - Niya odgar­nęła do tyłu luźny rudy lok. - Dla­tego oka­le­czy­łaś sobie rękę? W ramach pre­zentu dla mnie?

Lar­kyra sta­rała się zacho­wać powagę. Jej wybra­ko­wany palec zadrżał nie­spo­koj­nie.

- Cóż, pew­nie. Podoba ci się? - Poka­zała kikut.

Niya wzru­szyła ramio­nami.

- Dość mały.

Lar­kyra zaci­snęła usta.

Niya unio­sła brew.

A potem na ich twa­rzach poja­wił się uśmiech.

- Chodź tu, ty stara ropu­cho. - Niya przy­tu­liła do sie­bie Lar­kyrę. - Cie­szę się, że jesteś w domu. Mam nadzieję, że pod­czas Lie­ren­fast ćwi­czy­łaś spa­nie z jed­nym okiem otwar­tym - wyszep­tała do ucha sio­stry. - Bo mam zamiar odwza­jem­nić się za pre­zent, który zosta­wi­łaś w moim łóżku. Być może utnę ci drugi palec ser­deczny, żebyś była bar­dziej syme­tryczna.

- Już się nie mogę docze­kać. - Lar­kyra moc­niej objęła Niyę.

- Niech roz­poczną się igrzy­ska.

- Myśla­łam, że już się roz­po­częły.

- Jak długo jesz­cze będzie­cie się trzy­mać w tym upior­nym uści­sku? - zapy­tała Ara­bessa. - Z przy­jem­no­ścią powiem kucha­rzowi, żeby prze­su­nął kola­cję. Jestem pewna, że się ucie­szy.

- Czu­jesz się pomi­nięta? - Niya cof­nęła się i spoj­rzała na naj­star­szą sio­strę.

- Ni­gdy w życiu.

Niya prych­nęła.

- Co ty...óż, to naj­więk­sza bzdu...

- Byłam pewna, że was tu znajdę - powie­dział tubalny, zna­jomy głos, który przy­po­mniał Lar­ky­rze czasy dzie­ciń­stwa.

W progu stał ele­gancki, czar­no­skóry męż­czy­zna.

- Zimri! - Lar­kyra pod­bie­gła i rzu­ciła się na niego.

Męż­czy­zna zachwiał się, a potem mocno ją objął i cicho zaśmiał.

- Cie­szę się, że twój duch nie przy­gasł w trak­cie podróży.

- Jeśli już - Lar­kyra uło­żyła się w jego ramio­nach - to czas spę­dzony poza domem spra­wił, że świecę jaśniej.

- W rze­czy samej - powie­dział cie­płym tonem Zimri.

Zimri D'Enieu był synem naj­star­szego sojusz­nika ich ojca, Hal­sona D'Enieu. Po śmierci rodzi­ców Zimri został bez żad­nych krew­nych, toteż ojciec dziew­czy­nek przy­gar­nął go i wycho­wał jak wła­snego syna. Z początku był chu­dym i cichym dzie­cia­kiem, ale dzięki cie­kaw­skim i narzu­ca­ją­cym się cór­kom Bas­sette oraz mądro­ści i har­towi ducha przy­bra­nego ojca wyrósł na krzep­kiego i nie­za­leż­nego męż­czy­znę. Osta­tecz­nie wszedł w rolę kogoś w rodzaju pra­wej ręki ich ojca i przy­jął ten zaszczyt z wielką powagą. Cza­sami trak­to­wał to nawet zbyt poważ­nie.

- Mogę cię już odsta­wić? - zapy­tał Zimri.

- Tylko jeśli naprawdę musisz - wes­tchnęła Lar­kyra.

Kiedy sta­nęła na ziemi, dokład­nie mu się przyj­rzała. Szar­mancki uśmiech i prze­ni­kliwe spoj­rze­nie Zim­riego spra­wiało, że wzdy­chało do niego wiele kobiet i męż­czyzn. Do tego zawsze był nie­na­gan­nie ubrany. Dzi­siaj miał na sobie wyszy­wany zło­tem, trzy­czę­ściowy, szary gar­ni­tur. Strój ide­al­nie pod­kre­ślał jego piwne oczy.

- Wydaje mi się - zaczęła Lar­kyra - czy wyprzy­stoj­nia­łeś, kiedy mnie nie było?

- Wydaje ci się - wcięła się Ara­bessa z dru­giego końca pomiesz­cze­nia.

Zimri spoj­rzał na nią, ale Ara­bessa po pro­stu wró­ciła do rzu­ca­nia nożami, które ryt­micz­nie wbi­jały się w tar­czę.

Lar­kyra wymie­niła poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie z Niyą, po czym znowu odwró­ciła się do Zim­riego.

- Przy­nio­słeś mi pre­zent?

- W pew­nym sen­sie. - Popra­wił swój gar­ni­tur. - Chce się z tobą widzieć.

Lar­kyrę ści­snęło w żołądku. Jasna cho­lera - pomy­ślała.

- Teraz?

- Teraz.

Lar­kyra spoj­rzała na sio­stry. Obie ski­nęły gło­wami.

- Dobrze. Pro­wadź.

Cho­ciaż Lar­kyra dora­stała w tym domu, wciąż nie poznała wszyst­kich jego sekre­tów. Każ­dego tygo­dnia odkry­wała przy­naj­mniej jeden nowy pokój lub przej­ście tylko po to, żeby następ­nego dnia wró­cić i zoba­czyć, że prze­nie­siono je na zupeł­nie inne pię­tro. Zimri bez wysiłku pro­wa­dził ją przez nie­koń­czące się kory­ta­rze z witra­żo­wymi sufi­tami, po scho­dach ozdo­bio­nych gobe­li­nami z dale­kich krain, przez most łączący połu­dniowe skrzy­dło z zachod­nim, aż w końcu sta­nęli przed troj­giem drzwi, któ­rymi można było wejść do kom­nat jej ojca. Lar­kyra ledwo łapała oddech.

Zaci­snęła wargi, czu­jąc ner­wowe pul­so­wa­nie magii w jej żyłach.

Ojciec zawsze w jakiś spo­sób je spraw­dzał i dawał lek­cje, jed­nak żadna z sióstr ni­gdy nie wie­działa, czy prze­szła test, czy też nie. Cho­ciaż w tym przy­padku, jak podej­rze­wała Lar­kyra, brak wia­do­mo­ści to dobra wia­do­mość. Mimo to każde spo­tka­nie z nim wią­zało się z silną mie­szanką nie­po­koju i wycze­ki­wa­nia. Lar­kyra zawsze pra­gnęła zado­wo­lić ojca, w końcu pośred­nio była odpo­wie­dzialna za śmierć jego żony.

Ogar­nęło ją poczu­cie winy, jak zawsze, gdy myślała o matce.

Zimri zro­bił krok w tył, pozwa­la­jąc Lar­ky­rze podejść do drzwi. Pierw­sze były zro­bione z poszczer­bio­nego onyksu, dru­gie z wytar­tego drewna, a trze­cie z bia­łego mar­muru. Nie miały żad­nych zna­ków, które pod­po­wia­da­łyby, co się za nimi znaj­do­wało.

- Twoja decy­zja - powie­dział Zimri, opie­ra­jąc się o ścianę. - Będzie na cie­bie cze­kał bez względu na to, które drzwi wybie­rzesz.

- Nie wcho­dzisz ze mną? - zapy­tała Lar­kyra.

Pokrę­cił głową.

- To z tobą chciał się widzieć.

- Jestem pewna, że ucie­szyłby się z nie­spo­dzie­wa­nej wizyty.

- Lark. - Zimri uniósł brew. - Pukaj.

Nale­żał do jed­nych z nie­wielu ludzi, któ­rzy znali tajem­nice Bas­set­tów skry­wane za zaklę­tymi murami i ukry­tymi mia­stami. Nic dziw­nego, skoro sam pocho­dził z miej­sca, które tak pil­nie strze­gli.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego - mruk­nęła Lar­kyra, spo­glą­da­jąc na drzwi.

W zależ­no­ści od tego, do któ­rych drzwi zapuka, wszystko może poto­czyć się zupeł­nie ina­czej.

Praw­do­po­dob­nie powinna lepiej prze­my­śleć swój wybór, ale nie miała na to ochoty w dniu swo­jego Eumar Journé. Pode­szła do onyk­so­wych drzwi i zapu­kała w nie trzy razy.

Otwo­rzyły się z dość dra­ma­tycz­nym skrzyp­nię­ciem i podmu­chem lodo­wa­tego wia­tru. Tuż przed przej­ściem Lar­kyra miała chwilę zwąt­pie­nia. Co, jeśli aku­rat dzi­siaj źle wybrała?

Rozdział trzeci

Wszystko było dobrze.

A przy­naj­mniej tak się wyda­wało, co abso­lut­nie nie dawało jej żad­nej gwa­ran­cji.

Lar­kyra już zdą­żyła się nauczyć, że naj­gor­sza jest cisza przed burzą.

Powie­trze sta­wało się coraz cie­plej­sze, kiedy zbli­żała się do poma­rań­czo­wego świa­tła na końcu kory­ta­rza. Więzy gor­setu zaci­skały się coraz moc­niej, podob­nie jak gar­dło Lar­kyry, która z nie­po­ko­jem wycze­ki­wała, co przy­wita ją po dru­giej stro­nie.

W drew­nia­nej, zimo­wej chatce z komin­kiem sie­działa duża postać odziana w skó­rzaną tunikę.

Serce Lar­kyry zabiło moc­niej, kiedy cze­kała z nie­po­ko­jem aż Dolion Bas­sette, hra­bia Raveet, z dru­giego domu Jabari, zauważy ją zza tony papie­rów leżą­cych na dużym, dębo­wym biurku. Jego jasną kar­na­cję zdo­biła zdrowa opa­le­ni­zna, ide­al­nie współ­gra­jąca z dłu­gimi, gęstymi, mio­dowo-rdza­wymi wło­sami płyn­nie prze­cho­dzą­cymi w brodę, co dawało wra­że­nie lwiej grzywy. Cho­ciaż sie­dział, wyraź­nie było widać, że jest potęż­nym męż­czy­zną. Ludzie czę­sto zasta­na­wiali się, ile musiał pła­cić kraw­cowi.

Lar­kyra cicho odchrząk­nęła. Dolion pod­niósł głowę i rozej­rzał się, jakby pierw­szy raz był w tym miej­scu, ale zro­bił to z dość obo­jętną miną.

Dziew­czyna robiła, co mogła, żeby nie pod­dać się emo­cjom. Darzyła tego męż­czy­znę tak moc­nym uczu­ciem, że jej magia mogła w każ­dej chwili eks­plo­do­wać.

- Lar­kyra - powie­dział niskim gło­sem. - Moja dziew­czynka. - Wstał od biurka i sze­roko otwo­rzył ramiona, pozwa­la­jąc, żeby w nie wpa­dła.

Lar­kyra wtu­liła się w ojca i delek­to­wała jego zapa­chem - zapa­chem domu i wicio­krze­wów rosną­cych w pro­mie­niach słońca.

- Jak się mie­wasz tego wie­czoru? - Ojciec pogła­dził ją po ple­cach.

Mogła powie­dzieć różne rze­czy: zmę­czona, przy­tło­czona, pod­eks­cy­to­wana i nie­spo­kojna, że jest tutaj z nim. Nato­miast jedyna słuszna odpo­wiedź brzmiała:

- Wspa­niale.

- Z jakiego powodu?

- Bo mam rodzinę, dach nad głową i jestem zdrowa.

- To prawda - powie­dział Dolion rado­snym tonem. - A z two­jej odpo­wie­dzi wnio­skuję, że Lie­ren­fast był udany.

- Tak, ojcze.

- Z moich rapor­tów wynika, że odnio­słaś tylko lek­kie obra­że­nia po incy­den­cie z udzia­łem wła­ści­ciela lom­bardu, jego żony i pier­ście­nia ze szma­rag­dem...

Lar­kyra nie okre­śli­łaby obra­żeń jako "łagod­nych", ale nie zamie­rzała dys­ku­to­wać z ojcem. Wie­działa, że Dolion zain­ter­we­nio­wałby, gdyby uznał zagro­że­nie za naprawdę poważne. A przy­naj­mniej taką miała nadzieję.

- Tak, ojcze - powtó­rzyła.

- Ale udało ci się przez to przejść. - Pod­niósł jej zaban­da­żo­waną dłoń. - Muszę przy­znać, że to do cie­bie pasuje.

Uśmiech­nęła się.

- Dzię­kuję.

- Powiedz - Dolion prze­su­nął się, gestem poka­zu­jąc Lar­ky­rze, żeby zajęła miej­sce na krze­śle naprze­ciwko niego - jakie są trzy naj­waż­niej­sze rze­czy, któ­rych się nauczy­łaś?

Lar­kyra poczuła w brzu­chu nie­spo­kojne ruchy magii. To była ostat­nia część Lie­ren­fast, któ­rej naj­bar­dziej się oba­wiała. Popra­wiła spód­nicę, żeby kupić sobie tro­chę czasu i zapla­no­wać kolejne słowa. Pod­czas wędrówki sta­rała się zapa­mię­tać wszystko, czego doświad­czyła, a teraz miała wybrać tylko trzy rze­czy.

Chyba że o to wła­śnie cho­dziło. Nie dało się wybrać tylko trzech rze­czy. Wszystko było ważne.

- Moje trzy rze­czy spro­wa­dzają się do jed­nego - powie­działa.

Dolion sie­dział cicho w swoim fotelu z wyso­kim opar­ciem i cze­kał.

- Życie nie fawo­ry­zuje nikogo.

- Roz­wiń.

Lar­kyra deli­kat­nie dotknęła ranny palec.

- Ktoś może być piękny - zaczęła - bogaty, biedny, młody, bło­go­sła­wiony magią lub nie, grzesz­ni­kiem albo prawą osobą, dar życia jest dany nam wszyst­kim, tak jak nas wszyst­kich czeka śmierć.

Dolion uważ­nie jej się przy­glą­dał.

- I co to ozna­cza?

I co to ozna­cza? - powtó­rzyła w myślach Lar­kyra, a przed oczami sta­nęły jej syl­wetki osób, które spo­tkała w dol­nych kwa­te­rach: kobiety, która odka­ziła jej ranę, ludzi, któ­rzy pod­rzy­nali innym gar­dła za kromkę sple­śnia­łego chleba, rodziny o uzna­nej repu­ta­cji i wła­ści­cieli skle­pów, któ­rzy żyli obok nędza­rzy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki