Sonata Kreutzerowska - Lew Tołstoj

Kup ebooka

6.49 zł
5.32 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

Wkrótce po wyjściu starego kupca rozpoczęła się rozmowa przy udziale kilku osób. - To ci ojczulek - stare pokolenie - powiedział subjekt. - Istny patrjarcha - rzekła dama - co za dzikie pojęcia o małżeństwie i kobiecie! - Tak, dalecy jesteśmy od europejskiego poglądu na małżeństwo - dorzucił adwokat. - Przecież rzeczą zasadniczą jest to właśnie, czego nie rozumieją tacy ludzie - powiedziała dama - że małżeństwo bez miłości nie jest małżeństwem, że tylko miłość uświęca małżeństwo i że prawdziwe małżeństwo to tylko takie, które uświęca miłość. Subjekt słuchał z uśmiechem, chcąc zapamiętać jak najwięcej z tych mądrych rozmów. W czasie przemówienia damy dał się za mną słyszeć dźwięk, przypominający jakby urywany śmiech albo porykiwanie, i spostrzegliśmy mego sąsiada, owego siwego samotnego pana o błyszczących oczach, który podczas rozmowy, najwidoczniej go interesującej, nieznacznie się do nas zbliżył. Pan ten stał, trzymając ręce na oparciu ławki, i najwidoczniej był czemś żywo poruszony. Twarz miał czerwoną, i policzek drgał mu nerwowo. - Jakaż to miłość... miłość... uświęca małżeństwo? - powiedział, jąkając się. Widząc podniecenie towarzysza, dama postarała się odpowiedzieć mu jak najdelikatniej i najbardziej rzeczowo. - Prawdziwa miłość... Jeżeli taka miłość istnieje między mężczyzną i kobietą, wtedy możliwe jest i małżeństwo - rzekła dama. - Tak, ale co należy rozumieć pod prawdziwą miłością? - spytał, wstydliwie się uśmiechając i mieszając, pan z błyszczącemi oczyma. - Wszyscy wiedzą, co to jest miłość - odparła dama, chcąc, widocznie, przerwać tę rozmowę. - A ja nie wiem - odpowiedział siwy pan. - Trzeba określić, co pani przez to rozumie. - Co? całkiem poprostu - rzekła dama, zamyślając się jednak. - Miłość to całkowite wyróżnienie jednego lub jednej ponad wszystkich pozostałych. - Wyróżnienie na jaki przeciąg czasu? na miesiąc czy dwa, czy na pół godziny? - zawołał siwy pan i roześmiał się. - Nie, przepraszam, pan, zdaje się, nie o tem samem mówi. - Nie, o tem samem właśnie. - Pani twierdzi - wtrącił się adwokat, wskazując na damę - że małżeństwo powinno wypływać przedewszystkiem z przywiązania (z miłości, jeśli pan sobie życzy), jeżeli więc ono istnieje, to tylko w tym wypadku małżeństwo stanowi, jakby to powiedzieć, coś uświęconego, i co za tem idzie, każde małżeństwo, którego podstawą nie jest naturalne przywiązanie - miłość, jeżeli pan chce - nie ma w sobie nic moralnie wiążącego. Czy dobrze rozumiem? - zwrócił się ku damie. Dama ruchem głowy wyraziła uznanie dla dobrego wyjaśnienia jej myśli. - Następnie - ciągnął dalej adwokat, ale nerwowy pan z błyszczącemi teraz ogniem oczyma widocznie z trudem już się powstrzymywał i, nie dając adwokatowi dokończyć, powiedział: - Nie, właśnie o tem samem mówię, o wyróżnianiu jednego lub jednej ponad wszystkich innych, ale zapytuję tylko, jak długo ma trwać to wyróżnienie. - Jak długo? długo, czasem całe życie - odparła dama, wzruszając ramionami. - Ależ to zdarza się tylko w romansach, a w życiu nigdy. W życiu takie wyróżnienie jednego nad innych trwa lata, co jest już bardzo rzadkie, częściej miesiące, a zwykle tygodnie, dni, godziny - mówił, wiedząc widocznie, że zadziwia wszystkich swojem zdaniem, i z tego właśnie zadowolony. - Ach! cóż pan mówi! Ależ nie... Nie, niech pan pozwoli! - zawołaliśmy jednocześnie. Nawet subjekt wydał swój nieokreślony dźwięk. - Tak, wiem - przekrzykiwał nas siwy pan - wy mówicie o tem, co powszechnie uważa się za istniejące, a ja mówię o tem, co istnieje rzeczywiście. Każdy mężczyzna czuje do każdej ładnej kobiety to, co wy nazywacie miłością. - Ach, to, co pan mówi, jest okropne. Istnieje przecież w stosunkach ludzkich uczucie, które nazywa się miłością i które trwa nie miesiące i lata, a całe życie? - Niema, niema. Jeżeli nawet przypuścimy, że mężczyzna wyróżnił pewną kobietę na całe życie, to kobieta ta, według wszelkiego prawdopodobieństwa, wyróżni innego. Tak zawsze było i jest na świecie - powiedział i, wyjąwszy papierosa, zaczął palić. - Nie, to zajść nie może - dodał - tak samo, jak nie może się zdarzyć, żeby na wozie z grochem dwa upatrzone ziarnka ułożyły się obok siebie. A prócz tego tu nietylko prawdopodobnie, ale z pewnością zacznie się przesyt. Kochać przez całe życie jednego lub jedną, to to samo, co powiedzieć, że jedna świeczka będzie się paliła przez całe życie - mówił, zaciągając się chciwie papierosem. - Ale pan wciąż mówi o cielesnej miłości. Czy nie uznaje pan miłości, opartej na wspólnych ideałach, na duchowem pokrewieństwie? - spytała dama. - Pokrewieństwo duchowe! Wspólnota ideałów! - powtórzył, wydając swój dźwięk. - Ale w takim razie pocóż spać razem? (Przepraszam za brutalność.) A przecież na skutek wspólnych ideałów ludzie kładą się razem spać - rzekł i roześmiał się nerwowo. - Niech pan pozwoli jednak - fakty przeczą temu, co pan mówi. Widzimy, że małżeństwa istnieją, że społeczeństwo lub większa jego część żyje w małżeństwie, a wielu ludzi żyje przykładnie podczas długiego nawet pożycia małżeńskiego. Siwy pan znów się roześmiał. - Powiada pan, że małżeństwa są oparte na miłości, a kiedy wyrażam wątpliwość co do istnienia jakiejkolwiek miłości prócz zmysłowej, pan mi dowodzi istnienia miłości tem, że istnieją małżeństwa. Przecież dzisiaj małżeństwa są zwyczajnem oszustwem. - Ależ nie, przepraszam - powiedział adwokat - twierdzę tylko, że małżeństwa istniały i istnieją. - Istnieją! Ale dlaczego istnieją? Istniały i istnieją u tych ludzi, którzy w małżeństwie widzą coś tajemniczego. Tajemnicę, która obowiązuje wobec Boga. U tych małżeństwo rzeczywiście istnieje, a u nas nie. U nas ludzie się żenią, nie widząc w małżeństwie nic prócz kopulacji, i powstaje z tego oszustwo albo przemoc; oszustwo jeszcze znieść dość łatwo. Mąż i żona wmawiają ludziom, że żyją w jednożeństwie, a w rzeczywistości żyją w wielożeństwie i w wielomęstwie - to źle, ale jeszcze ujdzie; ale kiedy, jak to najczęściej bywa, mąż i żona przyjęli powierzchowne zobowiązanie żyć razem przez całe życie, a już po miesiącu się nienawidzą wzajemnie, chcąc się rozejść, i jednak ze sobą żyją, wtedy powstaje to straszne piekło, skutkiem którego ludzie upijają się, strzelają i trują siebie i innych - mówił coraz prędzej, nie dając nikomu dojść do słowa, w coraz większem i większem podnieceniu. Wszyscy czuli się zakłopotani. - Tak, bezwątpienia bywają przełomowe chwile w małżeńskiem pożyciu - powiedział adwokat, chcąc przerwać nieprzyzwoicie namiętną dyskusję. - Pan, jak widzę, poznał, kim jestem - cicho i napozór spokojnie spytał siwy pan. - Nie, nie mam przyjemności. - Przyjemność to niezbyt wielka. Jestem Pozdnyszew, ten sam, który przeżył ową przełomową chwilę, do której pan czynił aluzję - zabójstwo swojej żony - rzekł, spoglądając szybko na każdego z nas. Nikt nie wiedział, co powiedzieć, i wszyscy umilkli. - Ech, wszystko jedno - powiedział, wydając swój dziwny dźwięk - zresztą, przepraszam! O!... nie będę państwa krępować. - Ależ nie, niech pan wybaczy... - sam nie wiedząc, co mianowicie jest do wybaczenia, powiedział adwokat. Ale Pozdnyszew, nie słuchając go, prędko się obrócił i poszedł na swoje miejsce. Pan z damą coś szeptali. Usiadłem obok Pozdnyszewa i milczałem, nie wiedząc, co powiedzieć. Czytać było za ciemno, wobec czego przymknąłem oczy, udając, że chcę zasnąć. Tak dojechaliśmy w milczeniu do następnej stacji. Na stacji tej pan z damą przeszli do innego wagonu, co do czego już wcześniej umówili się z konduktorem. Subjekt ułożył się na ławce i zasnął. Pozdnyszew zaś wciąż palił i pił zaparzoną jeszcze na poprzedniej stacji herbatę. Kiedy otworzyłem oczy i spojrzałem na niego, zwrócił się do mnie nagle ze stanowczością i rozdrażnieniem. - Może panu przykro siedzieć ze mną, wiedząc, kim jestem. Mogę sobie pójść. - Ależ nie, cóż znowu. - No, to może pan pozwoli herbaty? Ale mocnej. Nalał mi herbaty. - Tamci mówią... I wciąż kłamią... - powiedział. - O czem pan mówi? - spytałem. - A wciąż o tem samem, o tej ich miłości i o tem, co to takiego. Panu się nie chce spać? - Zupełnie mi się nie chce. - Więc jeżeli pan sobie życzy, opowiem panu, jak miłość doprowadziła mnie do tego, co się ze mną stało. - Jeżeli panu nie ciężko... - Nie, ciężko mi jest milczeć. Niech pan napije się herbaty, a może jest zbyt mocna?

Herbata rzeczywiście była koloru piwa, ale wypiłem szklankę. Podczas tego przeszedł konduktor. Towarzysz mój odprowadził go złem spojrzeniem i rozpoczął dopiero, gdy tamten odszedł.

I

MOTTO:

Aleć Ja wam powiadam: Iż każdy, który patrzy na niewiastę, aby jej pożądał, już z nią cudzołóstwo popełnił w sercu swojem. (Mateusz IV, 28). Rzekli mu uczniowie jego: Jeźlić taka jest sprawa męża z żoną, tedy nie jest dobra żenić się. A on im rzekł: Nie wszyscy pojmują tej rzeczy, ale tylko ci, którym to dano. Albowiem są rzezańcy, którzy się tak z żywota matki narodzili; są też rzezańcy, którzy od ludzi są urzezani; są też rzezańcy, którzy się sami urzezali dla królestwa niebieskiego. Kto może pojąć, niechaj pojmuje! (Mateusz XIX, 10, 11, 12).

Było to wczesną wiosną. Jechaliśmy już drugą dobę. Do wagonu wchodzili i wychodzili podróżni, udający się do różnych miejscowości, ale troje z nich jechało, jak i ja, od chwili odejścia pociągu: nieładna i niemłoda, o zmęczonej twarzy dama w nawpółmęskiem palcie i czapeczce, paląca papierosa; znajomy jej, człowiek rozmowny w wieku lat czterdziestu, z nowemi, porządnie ułożonemi walizami, i trzymający się jeszcze nauboczu, niskiego wzrostu pan o gwałtownych ruchach, niezbyt stary jeszcze, ale z przedwcześnie, widać, posiwiałemi kędzierzawemi włosami i niezwykle błyszczącemi oczami, szybko przebiegającemi z przedmiotu na przedmiot. Ubrany był w stare, ale przez drogiego krawca uszyte palto z barankowym kołnierzem i w wysoką barankową czapkę. Gdy rozpinał palto, widać było pod niem surdut i rosyjską wyszywaną koszulę. Osobliwość tego pana polegała jeszcze na tem, że od czasu do czasu wydawał dziwne dźwięki, podobne do pokasływania lub zaczętego i urwanego śmiechu. Pan ten przez cały czas podróży starannie unikał obcowania i znajomości z pasażerami. Na zapytania sąsiadów odpowiadał krótko i ostro i albo czytał, albo palił, patrząc w okno, albo, wyjąwszy zapasy ze swego starego worka, pił herbatę lub jadł. Zdawało mi się, że ta samotność mu ciąży, i kilka razy chciałem go zagadnąć, ale za każdym razem, kiedy oczy nasze się spotykały, co zdarzało się często, gdyż siedzieliśmy naprzeciw siebie, odwracał się, brał książkę lub patrzał w okno. Następnego dnia przed wieczorem, w czasie postoju pociągu na dużej stacji, nerwowy ten pan poszedł po gorącą wodę i zaparzył sobie herbaty. Podróżny zaś z porządnemi, nowemi walizami, adwokat, jak się później dowiedziałem, poszedł ze swoją sąsiadką, damą w nawpółmęskiem palcie, palącą papierosa, na stację napić się herbaty. Podczas nieobecności tych państwa do wagonu weszło kilka nowych osób, a w ich liczbie wysoki, ogolony, pomarszczony starzec, najwidoczniej kupiec, w elkowem futrze i w sukiennej czapce z ogromnym daszkiem. Kupiec usiadł naprzeciw miejsca, zajętego przez damę i adwokata, i natychmiast wdał się w rozmowę z młodym człowiekiem, sądząc z wyglądu - subjektem, który na tejże stacji wszedł do wagonu. Siedziałem naprzeciw, nieco zboku, i ponieważ pociąg stał, mogłem, gdy nikt nie przechodził, słuchać urywków ich rozmowy. Z początku kupiec oznajmił, że jedzie do swego majątku, oddalonego tylko o jedną stację; potem jak zwykle zaczęli mówić o cenach, o handlu, rozmawiali o tem, jak dziś idzie handel w Moskwie, potem zaś zaczęli mówić o niżegorodzkim jarmarku. Subjekt rozpowiadał o jarmarcznych hulankach jakiegoś znajomego im obojgu kupca, ale starzec nie dał mu skończyć i sam zaczął opowiadać o dawnych hulankach w Kunawinie, w których sam uczestniczył. Widocznie dumny był ze swego w nich udziału i z radością opowiadał, jak razem z tym właśnie znajomym zrobili w Kunawinie taki kawał, że go trzeba było opowiadać szeptem, na co subjekt zachichotał na cały wagon, a starzec też się roześmiał, wyszczerzając dwa żółte zęby. Nie spodziewając się usłyszeć nic ciekawego, wstałem, żeby się przejść po peronie do odejścia pociągu. W drzwiach spotkałem adwokata z damą, rozprawiających z ożywieniem. - Nie zdąży pan - powiedział do mnie towarzyski adwokat - zaraz drugi dzwonek! Rzeczywiście, nie zdążyłem dojść do końca pociągu, gdy rozległ się dzwonek. Kiedy wróciłem między damą a adwokatem toczyła się dalej ożywiona rozmowa. Stary kupiec siedział naprzeciw nich w milczeniu, surowo patrząc przed siebie i zrzadka coś żując. -...Następnie oznajmiła swemu mężowi - mówił, uśmiechając się, adwokat, kiedy przechodziłem koło niego - że nie może i nie chce żyć z nim, ponieważ... I zaczął w dalszym ciągu opowiadać coś, czego już nie mogłem dosłyszeć. Wślad za mną weszli inni pasażerowie, przeszedł konduktor, wbiegł tragarz, i zapanował na dość długo hałas, który nie pozwalał słuchać rozmowy. Kiedy wszystko umilkło, usłyszałem znów głos adwokata; widocznie rozmowa przeszła z poszczególnego wypadku na tory ogólne. Adwokat mówił o tem, że zagadnienie rozwodu zwraca teraz na siebie w Europie ogólną uwagę i że podobne wypadki zdarzają się u nas coraz częściej i częściej. Zauważywszy, że tylko jego głos słychać, adwokat zakończył swe przemówienie, zwracając się do starca: - Dawniej tego nie było, nieprawdaż? - powiedział, uśmiechając się grzecznie. Starzec chciał coś odpowiedzieć, ale w tej samej chwili pociąg ruszył, i kupiec, zdjąwszy czapkę, zaczął się żegnać i szeptem odmawiać modlitwy. Adwokat, zwróciwszy wzrok w inną stronę, uprzejmie czekał. Skończywszy modlitwę i trzykrotnie się przeżegnawszy, nasunął równo i głęboko swą czapkę, poprawił się na siedzeniu i zaczął mówić: - I dawniej tak, panie mój, bywało, tylko rzadziej - powiedział. - W dzisiejszych czasach nie można się od tego uchronić. Za bardzo uczeni jesteśmy. Pociąg jechał coraz prędzej i prędzej, turkocąc na spojeniach, i trudno było słuchać, ale rozmowa zaciekawiła mię, i przysiadłem się bliżej. Sąsiad mój, nerwowy pan o błyszczących oczach, zaciekawił się również i przysłuchiwał, nie wstając z miejsca. - A czemuż to wykształcenie jest takie szkodliwe? - spytała dama z ledwie widocznym uśmiechem. - Czyż naprawdę lepiej jest żenić się tak, jak to dawniej bywało, kiedy narzeczony i narzeczona nawet się nie znali? - ciągnęła, jak to czyni wiele pań, odpowiadając nie na słowa swego rozmówcy, ale na te, które on miał według jej przypuszczeń wypowiedzieć. - Nie wiedzieli, czy kochają, czy mogą pokochać i, wychodząc za kogo się trafiło, męczyli się przez całe życie - mówiła, zwracając się do mnie, do adwokata, najmniej jednak do starca, z którym rozmawiała. - Za bardzo już uczeni jesteśmy - powtórzył kupiec, pogardliwie patrząc na damę i zostawiając jej pytanie bez odpowiedzi. - Pragnąłbym się dowiedzieć, jak sobie pan tłumaczy związek między wykształceniem a niezgodą w małżeństwie - spytał adwokat, z ledwie widocznym uśmiechem. Kupiec chciał coś powiedzieć, ale dama mu przerwała: - Nie, te czasy już minęły - powiedziała, ale adwokat ją zatrzymał: - Niech mu pani pozwoli wypowiedzieć swe zdanie. - Z nauki są tylko głupstwa - stanowczo rzekł starzec. - Żenią takich, co się nie kochają, a potem dziwią się, że żyją w niezgodzie - śpiesznie mówiła dama, oglądając się na adwokata, na mnie, nawet na subjekta, który, powstawszy ze swego miejsca i oparłszy się o poręcz, słuchał rozmowy z uśmiechem. - Przecież tylko zwierzęta można parzyć tak, jak gospodarz sobie życzy, a ludzie mają swoje skłonności, przywiązania - mówiła dama, chcąc widocznie dotknąć kupca. - Zbytecznie pani to mówi - powiedział starzec - zwierzę to bydlę, a człowiekowi dane jest prawo. - No, ale jak żyć z człowiekiem, kiedy miłości niema - wygłaszała wciąż z pośpiechem dama swe poglądy, które widocznie wydawały się jej bardzo nowoczesnemi. - Dawniej nie łamano sobie nad tem głowy - przekonującym tonem powiedział stary. - Dziś dopiero to wprowadzono. Byle co, a żona zaraz mówi: - "Pójdę sobie od ciebie". - Taka sama moda u chłopów się zaczęła. - "Na - mówi - masz swoje koszule i portki, a ja pójdę do Jaśka, on ma włosy bardziej kędzierzawe". No i tłumacz jej tu. A w kobiecie przedewszystkiem powinien być strach. Subjekt spojrzał na adwokata i na damę, i na mnie, widocznie powstrzymując uśmiech, gotów wyśmiać lub przytaknąć mowie kupca zależnie od tego, jak będzie przyjęta. - Jakiż to strach? - spytała dama. - Aby bała się swego męża, ot jaki strach. - O, już jeżeli o to chodzi, ojczulku, to te czasy minęły - z pewną złością rzekła dama. - Nie, proszę panią, te czasy minąć nie mogą. Jak była Ewa z żebra mężczyzny stworzona, taką zostanie do końca świata - powiedział stary i tak surowo i zwycięsko potrząsnął głową, że subjekt rozstrzygnął natychmiast, iż zwycięstwo jest po stronie kupca, i głośno się roześmiał. - Tak, wy, mężczyźni, w ten sposób rozumujecie - mówiła dama, nie dając za wygraną i oglądając się na nas - sobie daliście wolność, a kobietę chcecie trzymać w zamknięciu, sami zaś na wszystko sobie pozwalacie. - Pozwolenia nikt nie daje, ale od mężczyzny w domu nic nie przybędzie, a kobieta - żona to kruche naczynie - w dalszym ciągu moralizował kupiec. Przekonywająca intonacja kupca najwidoczniej zwyciężała słuchaczy, i dama nawet czuła się pokonaną, ale się nie poddawała. - Tak, ale ja sądzę, zgodzi się pan chyba, że kobieta jest człowiekiem i czuje jak mężczyzna. Cóż więc ma robić, jeśli nie kocha swego męża? - Nie kocha - groźnie powtórzył kupiec, zmarszczywszy brwi i zacisnąwszy usta - ale pokocha! Ten nieoczekiwany argument szczególnie spodobał się subjektowi, który mruknął coś potakująco. - Ależ nie, nie pokocha - zaczęła dama - a jeżeli miłości niema, to do tego przecież nie można zmusić. - No, a jeżeli żona zdradzi męża, wtedy co? - To nie powinno się przytrafić - odrzekł kupiec - tego trzeba pilnować. - A jeżeli się zdarzy, to co? Przecież się jednak zdarza. - U niektórych ludzi się zdarza, a u nas nie - odrzekł kupiec. Wszyscy zamilkli. Subjekt poruszył się, przysunął i, nie chcąc widocznie pozostać wtyle za innymi, zaczął z uśmiechem: - Ot i naszemu zuchowi przytrafił się skandal. Też rozsądzić trudno. Też znalazła się kobieta puszczalska i zaczęła się łajdaczyć. A chłopak był poważny i solidny. Najpierw z biuralistą. Tłumaczył mąż najpierw po dobroci. Nie przestała. Obrzydliwe rzeczy robiła. Pieniądze mu ukradła. I bił ją. Ale cóż, coraz była gorsza. Z niechrzczonym, z żydem, przepraszam za wyrażenie, zaczęła krętactwa. Cóż miał robić? Rzucił ją zupełnie. Więc żyje jak kawaler, a ona się dalej puszcza. - Bo głupi - powiedział stary. - Gdyby jej od początku nie popuszczał cugli, a trzymał krótko, żyłaby, jak trzeba. Swobody trzeba od początku nie dawać. Nie wierz koniowi w polu, a żonie - w domu. Tymczasem przyszedł konduktor i spytał o bilety do najbliższej stacji. Stary oddał swój bilet. - Tak, od początku trzeba kobiety trzymać krótko, bo inaczej - wszystko przepadło. - No, a przecież pan sam dopiero co opowiadał, jak żonaci hulają na jarmarku w Kunawinie - powiedziałem, nie mogąc już wytrzymać. - To już inna sprawa - odparł kupiec i pogrążył się w milczeniu.

Kiedy rozbrzmiał dzwonek, kupiec wstał, wyciągnął worek z pod ławki, zapiął się i, uniósłszy kapelusza, wyszedł na platformę.