Sonata da camera - Jolanta Wachowicz-Makowska

Kup ebooka

12.65 zł
10.50 zł (10,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 3

Michał przyleciał samolotem do Strasburga. Wyprowadził z parkingu samochód, który czekał na niego od trzech dni i ruszył w stronę Colmaru. Od Strasburga do Colmaru było około stu kilometrów. Zwykle pokonywał tę trasę w godzinę. Kiedyś byłby zadowolony, że już za godzinę będzie w domu. Od dwóch lat bardzo chciał, aby ta dzieląca go od domu godzina wydłużała się. Najlepiej w nieskończoność.

Drzwi otworzyła mu pielęgniarka. Powitała go jak zwykle - miłym uśmiechem. Była bowiem nie tylko dobrą pielęgniarką, ale także dobrym człowiekiem. Przez kilka lat wspólnej z nią pracy w szpitalu, a teraz wspólnego z nią przebywania w domu bardzo się z Michałem polubili. Do przedpokoju wyszła także teściowa. Miała na twarzy - też jak zwykle - grymas, a ton jej głosu był cierpki. W przeciwieństwie do pielęgniarki nigdy Michała nie lubiła. W tej chwili nie miała do niego konkretnych pretensji, ani złych wiadomości. Po prostu zawsze czuła do zięcia niechęć, a w ostatnich latach ta niechęć przekształcała się pomaleńku jeśli nie w nienawiść to uczucie bardzo do nienawiści zbliżone. Wybiegły też jego dzieci - dziewięcioletni Pascal i siedmioletnia Myléne. Nie witały ojca z entuzjazmem ani wylewną miłością. Były najzwyczajniej ciekawe, jakie prezenty im przywiózł. Otrzymawszy je pobiegły - każde do swojego pokoju. A Michał poczuł żal, że nigdy już nie wyjdzie na jego powitanie najmłodsza córeczka, Céline. I zastanawiał się czy byłaby równie egocentryczna i samolubna jak jej starsze rodzeństwo, czy pozostałaby taką, jaką była kiedyś - słodkim, pełnym wdzięku stworzeniem, pełnym ufności, czułym i przymilnym. Zatęsknił nie tyle za nią, co za wspomnieniem jej czułości i obejmujących go jej ciepłych, pulchnych rączek.

Na rytualne pytanie: "co słychać?", teściowa wzruszyła ramionami, a pielęgniarka zapewniła, że "wszystko w normie", co oznaczało, że nic nie jest w normie. Bo nic nie mogło być w normie.

Michał rozebrał się, umył ręce i wszedł do pokoju. Marie-Yvonne miała na szyi kołnierz ortopedyczny i nie mogła odwrócić głowy. Powiedziała tylko: "Miki", nie stawiając na końcu znaku zapytania lecz kropkę. Chciałoby się dodać - pełną ulgi. I pełną radości. Że wrócił. Że jest.

Podszedł do jej wielofunkcyjnego łóżka, pochylił się i pocałował ją w usta, a potem - jak tego zapewne oczekiwała i jak na pewno lubiła - także w nos, ucho i szyję. Odchyliwszy jej nocną koszulkę pocałował także brodawkę jej sutka. A brodawka natychmiast stwardniała i napęczniała.

Marie-Yvonne uśmiechnęła się do męża. Z najszerszym zadowoleniem i najszczerszym uczuciem. Michał usiadł obok niej. Wziął jej wprawdzie bezwładną, ale ciepłą, wypielęgnowaną i - podobno - odczuwającą wrażenia dotykowe dłoń.

- Jak było? - zapytała.

Opowiedział o przebiegu konferencji, zatrzymując się dłużej nad opisem bardzo nowatorskiego zabiegu pomostowania tętnic wieńcowych. Marie-Yvonne słuchała uważnie, choć oczywiście nic a nic nie rozumiała z tych fachowych wywodów. Po prostu cieszyła się, że mąż jest przy niej i rozmawia z nią, dzieląc się swoją życiową pasją.

- Przywiozłem ci - powiedział - film o Rzymie. W wielu z pokazywanych na nim miejsc nie byłem, ale pomyślałem, że miło będzie obejrzeć je razem z tobą.

Wiedział, że gdyby tylko mogła pewnie teraz uścisnęła by mu rękę, aby okazać swoje wzruszenie i zadowolenie. Ale choć lekarze ortopedzi i neurolodzy wciąż jeszcze nie wykluczali szansy na częściowe choćby odzyskanie przez nią władzy w rękach, Michał nie robił sobie większych nadziei na ten cud. Dodatkowy cud. Bo fakt, że była w stanie mówić i że miała czucie w górnej części ciała był czymś zupełnie niezwykłym zważywszy na wielość urazów, jakie Marie-Yvonne odniosła podczas wypadku.

Poznali się i pobrali przed dziesięciu laty, wkrótce po jego przyjeździe do Francji. Marie-Yvonne miała wtedy zaledwie dziewiętnaście lat, była tuż po maturze zdanej w bardzo ekskluzywnej, zakonnej szkole. To ona zakochała się w nim, a może w swoim wyobrażeniu o dzielnych, rycerskich i szarmanckich Polakach, jakie wyniosła z opowiadań starszych pań, stykających się z dzielnymi, rycerskimi i szarmanckimi polskimi żołnierzami podczas wojny i tuż po wojnie. Michał nie potrafił oprzeć się temu dziewczęcemu zauroczeniu ładniutkiej i młodziutkiej dziewczyny. A kiedy został jej pierwszym kochankiem nie pozostawało mu nic innego jak prosić ją o rękę. Ona przystała na propozycje wyjścia za mąż natychmiast i bardzo chętnie. Jej rodzice natomiast uważali to małżeństwo za rodzinną katastrofę. Marie-Yvonne była jedynaczką, pochodziła z dobrego i zamożnego domu więc rodzice pragnęli dla niej zupełnie innego męża. A już na pewno nie życzyli sobie, aby został nim młody polski lekarz, choćby i najlepiej się zapowiadający, ale wówczas bezrobotny i biedniejszy od najbiedniejszej kościelnej myszy. Marie-Yvonne sięgnęła jednak po nie dający się odeprzeć argument, skłamała, że jest w ciąży.

Kłamstwo nadzwyczaj szybko przerodziło się w prawdę. Stojąc przed ołtarzem Marie-Yvonne istotnie spodziewała się dziecka, choć jeszcze ani ona, ani Michał o tym nie wiedzieli. Był to bowiem zaledwie drugi lub co najwyżej trzeci tydzień jej stanu błogosławionego.

Michał nie wnosił do tego małżeństwa nic poza dobrym zapowiadaniem się na dobrego lekarza. Marie-Yvonne otrzymała od rodziców mieszkanie z całym wyposażeniem oraz samochód. Teść załatwił Michałowi etat w miejscowym szpitalu. I już w ciągu pierwszego roku swojej pracy Michał przestał być dobrze zapowiadającym się lekarzem, a stał się po prostu dobrym, a wkrótce bardzo dobrym lekarzem. Pacjenci go uwielbiali, a ordynator cenił coraz bardziej i bardziej. Jakby przeczuwał, że to właśnie Michał wywinduje opinię o niewielkim i prowincjonalnym szpitalu niebotycznie wysoko. Wywindował ją istotnie, może nie na same medyczne szczyty, ale na pewno na miarę ambicji swego szefa.

Darmowy fragment