Someone You Loved - Robin Constantine

Kup ebooka

49.99 zł
41.72 zł (41,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sierpień

Sier­pień

Sarah

- Zie­mia do Sarah!

Zamru­ga­łam, gdy Mar­nie poma­chała mi ręką przed nosem.

- Za dzie­sięć minut zacznie się lun­chowa gorączka. Możesz ogar­nąć sto­liki przy oknie?

Przy­tak­nę­łam, przy­gry­za­jąc wargę. Mar­nie rzu­ciła mi scep­tyczne spoj­rze­nie, po czym wska­zała na szare pojem­niki na naczy­nia. Jak­bym sama nie wie­działa, co mam robić. Wyję­łam ścierkę z ukry­tej za ladą miski z wybie­la­czem i ruszy­łam w stronę sto­łów z pojem­nikiem opar­tym na bio­drze. Za moimi ple­cami Mar­nie cmok­nęła ustami, co ode­bra­łam jako sygnał, że za bar­dzo się guz­drzę. Trudno, mam to gdzieś.

Dzień zaczął się cał­kiem dobrze. Mama była mile zasko­czona, kiedy zeszłam na dół wyką­pana i ubrana - sama, bez koniecz­no­ści wywle­ka­nia mnie z łóżka - i zja­dłam z nią jogurt z gra­nolą. Kiedy pod­rzu­ciła mnie do pracy, poczu­łam nawet coś na kształt rado­ści.

Uwiel­bia­łam pra­co­wać w Adele's, kawiarni mojej cioci. To miej­sce zawsze pod­no­siło mnie na duchu. Jego wystrój był eklek­tyczny i tro­chę dzi­waczny. Z sufitu zwi­sały lampy w opra­wach z przy­bo­rów kuchen­nych i kolo­ro­wego szkła. W całej czę­ści jadal­nia­nej były poroz­sta­wiane nie­pa­su­jące do sie­bie stoły oraz róż­nej wiel­ko­ści krze­sła i fotele. Na ścia­nie - tej, przy któ­rej usta­wiała się kolejka po kanapki i ciastka - wisiała nowo­cze­sna inter­pre­ta­cja obrazu Śnia­da­nie wio­śla­rzy Reno­ira. Wnę­trze było przy­tulne. Dzięki temu klienci mieli ochotę posie­dzieć tu dłu­żej.

Przy­się­głam sobie, że dzi­siaj będzie dobry dzień. I był, dopóki cio­cia Sophie nie popro­siła mnie o wysta­wie­nie przed wej­ściem do kawiarni tablicy i wypi­sa­nie na niej dań dnia. Już mia­łam napi­sać datę, kiedy nagle zamar­łam.

Sie­dem­na­sty sierp­nia.

Pół­rocz­nica. Moja i Alexa.

Jak mogło mi umknąć, że dziś sie­dem­na­sty?

Naba­zgra­łam na tablicy nazwy dań, sta­ra­jąc się nie pod­dać natło­kowi myśli i uczuć, które wywo­łała u mnie ta data. Na darmo. Nawet przyj­mu­jąc zza lady zamó­wie­nia śnia­da­niowe, nie mogłam prze­stać myśleć o Ale­xie. O naszym pierw­szym poca­łunku w jego domu. O cho­dze­niu za rękę po szkol­nych kory­ta­rzach. I o sukience na szkolny bal w kolo­rze przy­ga­szo­nego błę­kitu, którą doda­łam do zakła­dek w wyszu­ki­warce, ale osta­tecz­nie nie kupi­łam - nie było mi to dane.

Ści­snęło mnie w gar­dle, gdy pode­szłam do rzędu sto­li­ków dla dwojga usta­wio­nych przy dużym oknie wycho­dzą­cym na bul­war. Zaczę­łam od tego naj­bli­żej drzwi. Wycie­ra­łam blat tak długo i namięt­nie, że pra­wie mogłam się w nim przej­rzeć. Nie­stety, w końcu musia­łam przejść do następ­nego sto­lika.

Jego sto­lika.

Był to jedyny sto­lik z dużym fote­lem typu uszak w kolo­rze Ker­mita Żaby. Gdzie indziej wyglą­dałby nie na miej­scu, ale do Adele's paso­wał jak ulał. Alex uwiel­biał ten fotel. Sie­dział w nim, udzie­la­jąc kore­pe­ty­cji z przed­mio­tów przy­rod­ni­czych i mate­ma­tyki w ramach wolon­ta­riatu (tak waż­nego pod­czas rekru­ta­cji na uczel­nię).

Usia­dłam z sza­rym pojem­ni­kiem na kola­nach i ostroż­nie uprząt­nę­łam brudne naczy­nia. Zamknę­łam oczy i poło­ży­łam rękę na stole, tak jakby Alex mógł poło­żyć swoją dłoń na mojej. Bar­dzo się sta­ra­łam przy­po­mnieć sobie dotyk opusz­ków jego pal­ców i przy­wo­łać w myślach, moż­li­wie jak naj­do­kład­niej, zie­lon­kawą sza­rość jego oczu, przy­wo­dzącą na myśl burzowe chmury. Jed­nak trudno było mi się sku­pić. Widzia­łam led­wie migawki twa­rzy Alexa. Zaraz potem obraz się roz­pły­wał.

Dawno, dawno temu był sobie chło­pak, który nazy­wał się Alex McKenna i był bra­tem mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Wła­śnie w kon­tek­ście tej przy­jaźni postrze­ga­łam go przez więk­szość naszego życia, ponie­waż Ash i ja przy­jaźniłyśmy się od dru­giej klasy pod­sta­wówki. Połą­czył nas los i geo­gra­fia, a wspólna fascy­na­cja Rain­bow Dash i One Direc­tion jesz­cze bar­dziej umoc­niła naszą więź. Alex zawsze był gdzieś w tle: pod­słu­chi­wał nasze sekrety, kiedy zosta­wa­łam u Ash na noc, rzu­cał w nas balo­nami z wodą, kiedy opa­la­ły­śmy się na tara­sie i cho­dził dumny jak paw, gdy udało mu się sko­pać nam tyłki w Mario Kart.

W pew­nym momen­cie prze­stał być nie­zno­śny i zaczął trak­to­wać nas bar­dziej po kum­pel­sku. Na przy­kład wtedy, gdy towa­rzy­szył nam pod­czas mara­tonu Pamięt­ni­ków wam­pi­rów, które oglą­da­ły­śmy po raz dzie­siąty. Albo kiedy Ash prze­ko­nała go, by pozwo­lił nam uma­lo­wać mu oczy, bo chcia­ły­śmy poćwi­czyć pod­pa­trzoną na YouTu­bie tech­nikę robie­nia kre­ski eyeli­ne­rem.

Mia­ły­śmy go dla sie­bie aż do liceum, kiedy to jego umie­jęt­ność rzu­ca­nia piłką za trzy punkty zapew­niła mu sta­tus gwiazdy w rodzin­nym mie­ście. Laski po pro­stu się do niego kle­iły. Spo­ty­kał się z dziew­czyną z ostat­niej klasy, kiedy sam cho­dził dopiero do dru­giej. Był na tak wielu szkol­nych balach, że nawet kupił sobie smo­king. Od tego wszyst­kiego sodówka mogła ude­rzyć mu do głowy, ale tak się nie stało. Alex pozo­stał Ale­xem. Ci, któ­rzy naprawdę go znali, wie­dzieli, że lubił tro­chę popa­ja­co­wać, ale zawsze potra­fił ocza­ro­wać wszyst­kich wokoło.

Kiedy poszły­śmy z Ash do liceum, moja przy­ja­ciółka roz­sma­ko­wała się w korzy­ściach pły­ną­cych z bycia "małą McKenną" - zapro­sze­niach na imprezy, dostę­pie do naj­śwież­szych plo­te­czek liceum Saint Aedan's i fak­cie, że ludzie z wyż­szych klas wła­zili jej w dupę. Jako jej psiap­sióła rów­nież cie­szy­łam się pew­nymi przy­wi­le­jami. Trudno to nazwać popu­lar­no­ścią, ale od czasu do czasu ogrze­wa­łam się w jej bla­sku. Stwo­rzy­ły­śmy z Ash wła­sną paczkę zło­żoną ze stale zmie­nia­ją­cej się ekipy z zespołu jaz­zo­wego (w któ­rym była Ash), ludzi z koła teatral­nego (w któ­rym byłam ja) oraz przy­pad­ko­wych face­tów, z któ­rymi w danym momen­cie się uma­wia­ły­śmy, i ich kum­pli. Alex, choć obra­cał się w zupeł­nie innych krę­gach, ni­gdy nas nie igno­ro­wał.

Dla­tego kiedy zaczął wyko­rzy­sty­wać Adele's jako bazę do udzie­la­nia kore­pe­ty­cji, w ogóle się nad tym nie zasta­na­wia­łam. Sporo osób zacho­wy­wało się podob­nie.

Cza­sami, gdy Alex miał aku­rat wolną chwilę mię­dzy zaję­ciami, ja też robi­łam sobie prze­rwę. Na początku był to czy­sty przy­pa­dek. Wła­śnie poda­łam mu cia­sto cyna­mo­nowe z kru­szonką, które sobie zamó­wił, i już mia­łam iść na zaple­cze na prze­rwę, kiedy zadał mi pyta­nie:

- Więc, Pamięt­niki wam­pi­rów... naprawdę kibi­co­wa­łaś Klau­sowi i Caro­line? Chcia­łaś, żeby byli razem?

- Dla­czego pytasz? - zdzi­wi­łam się.

Uśmiech­nął się.

- Po pro­stu zro­bi­li­śmy sobie mara­ton.

- Serio? Zro­bi­li­ście sobie powtórkę? - powie­dzia­łam, po czym usia­dłam naprze­ciwko i uszczk­nę­łam kawa­łe­czek cia­sta. Roze­śmiał się i przy­cią­gnął tale­rzyk do sie­bie.

- Heej...

- No co? Mam prze­rwę, jestem głodna - odpo­wie­dzia­łam, śmie­jąc się.

- Okej, niech ci będzie - dro­czył się ze mną, co chwila prze­su­wa­jąc tale­rzyk z cia­stem do przodu i do tyłu, gdy chcia­łam wziąć kolejny kawa­łek. Patrzył przy tym figlar­nie.

- Ten Klaus to nie­złe ziółko. Praw­dziwy zło­du­piec.

- Cóż... jest hybrydą wam­pira i wil­ko­łaka, więc nic dziw­nego, że żaden z niego har­ce­rzyk - zauwa­ży­łam.

- No dobra, ale jest chyba naj­gor­szy ze wszyst­kich. Dla­czego lubisz go naj­bar­dziej?

- Nie przy­po­mi­nam sobie, żebym kie­dy­kol­wiek ci o tym mówiła.

- Moż­liwe, że Ash coś się wymsknęło - odparł wymi­ja­jąco.

Roze­śmia­łam się, tro­chę zawsty­dzona. Dla­czego dzie­liła się z nim naszymi prze­my­śle­niami? I... zaraz, zaraz... Ash oglą­dała Pamięt­niki wam­pi­rów beze mnie?

Alex sie­dział wpa­trzony we mnie i uśmie­chał się krzywo.

Wzru­szy­łam ramio­nami.

- Jest zły, to prawda, ale gdzieś tam głę­boko skrywa w sobie dobro. Myślę, że Caro­line potrafi je w nim obu­dzić.

- Tja, to widać. Szcze­gól­nie po tym, jak zabił matkę jej chło­paka - powie­dział, jak­by­śmy pro­wa­dzili racjo­nalną roz­mowę o praw­dzi­wych, zna­nych nam ludziach.

- Okej, to było słabe. Paskudne... ale z dru­giej strony Klaus ratuje Caro­line. Jest mię­dzy nimi taka dziwna miło­sno-nie­na­wistna che­mia. Bez dwóch zdań. Seksi.

- Dziwna miło­sno-nie­na­wistna che­mia. Czyli lubisz nie­grzecz­nych chłop­ców? - zapy­tał, uno­sząc brew.

- Prze­pra­szam bar­dzo, robisz mi psy­cho­test za pomocą Pamięt­ni­ków wam­pi­rów? Jak w jakimś quizie Buz­z­Feed?

Roze­śmiał się.

- Być może.

To była głu­pia roz­mowa, ale nie mogłam zaprze­czyć, że umi­liła mi resztę zmiany. Wma­wia­łam sobie, że nasze kon­wer­sa­cje miały cha­rak­ter czy­sto kole­żeń­ski. Że nie obe­szło mnie, kiedy przez tydzień nie udzie­lał kore­pe­ty­cji w kawiarni, bo był chory, ani wtedy, gdy wyje­chał na tur­niej koszy­kówki. Że nawet jeśli żywi­łam do niego jakieś uczu­cia, było to jedy­nie coś na kształt podziwu, jakim nie­kiedy obda­rza się star­szego brata. Miło było kum­plo­wać się z nim na wła­snych warun­kach. Spę­dzać razem czas bez Ash, która praw­do­po­dob­nie wpa­dłaby w szał, gdyby stwier­dziła, że zabu­ja­łam się w Ale­xie.

Przy­zna­li­śmy się przed sobą do naszych uczuć w dniu, w któ­rym dro­czy­łam się z nim o jego ulu­biony fotel.

- Dla­czego zawsze sia­dasz w naj­brzyd­szym fotelu, jaki tu mamy?

Usiadł pro­sto i zmarsz­czył brwi, jakby poczuł się lekko ura­żony moim pyta­niem. Prze­je­chał dłońmi po pod­ło­kiet­ni­kach, głasz­cząc wysłu­żony mate­riał.

- Naj­brzyd­szym? Ubó­stwiam ten fotel.

- Ubó­stwiasz? Nie prze­sa­dzasz z tym dra­ma­ty­zmem?

- Nieee... czuję się w nim jak ktoś ważny. Jak­bym mógł... sam nie wiem... pro­wa­dzić talk-show albo rzą­dzić kra­jem. Wysu­nął do przodu pod­bró­dek i przez chwilę robił głu­pią minę, jakby chciał wyglą­dać groź­nie, zanim oboje wybuch­nę­li­śmy śmie­chem.

- Oookeej... prze­pra­szam - powie­dzia­łam. - Widzę, że jesteś z nim mocno uczu­ciowo zwią­zany.

Odchy­lił się do tyłu i spoj­rzał mi pro­sto w oczy. Nie spusz­cza­jąc wzroku, powie­dział:

- Poza tym to dosko­nałe miej­sce do obser­wo­wa­nia ludzi.

Wsta­łam i zaczę­łam sprzą­tać ze sto­lika. Zaraz miał udzie­lać kor­ków kolej­nemu uczniowi, a ja musia­łam wra­cać do pracy.

- Sar... chwila... sły­sza­łaś, co powie­dzia­łem? - zapy­tał.

- Hmm... tak... dosko­nałe miej­sce do obser­wo­wa­nia ludzi - odpar­łam. Też tak uwa­ża­łam. Obser­wo­wa­nie ludzi było jedną z moich ulu­bio­nych roz­ry­wek. Wiele można się w ten spo­sób o nich dowie­dzieć.

Roze­śmiał się i potrzą­snął głową.

- Okej, wyra­zi­łem się nie­pre­cy­zyj­nie - powie­dział. - Do obser­wo­wa­nia jed­nej osoby.

- Jed­nej osoby - powtó­rzy­łam.

Otwo­rzył sze­rzej oczy i zaci­snął usta, powstrzy­mu­jąc uśmiech.

Chwilę trwało, zanim poła­pa­łam się, że mówi o mnie. W ciągu sekundy w kawiarni zro­biło się gorąco. Zoba­czy­łam w jego oczach coś, czego ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam - nie­pew­ność. Był poważny, może nawet tro­chę zde­ner­wo­wany.

- Pro­szę cię, powiedz coś. Cokol­wiek. Zakończ moje cier­pie­nia.

Roze­śmia­łam się. Wszyst­kie te uczu­cia, które do tej pory uwa­ża­łam za pla­to­niczne, nabrały zupeł­nie innego wydźwięku. Podo­bał mi się. Naprawdę mi się podo­bał. Moż­liwe, że zoba­czył to wszystko w moich oczach, ponie­waż wyraź­nie się roz­luź­nił.

- Serio? - zapy­tał.

- Serio - odpo­wie­dzia­łam.

- O któ­rej koń­czysz pracę?

Naj­chęt­niej zaraz.

- Hej, nie pora na drzemkę! - prze­ni­kliwy głos Mar­nie i szturch­nię­cie w ramię spra­wiły, że wró­ci­łam do teraź­niej­szo­ści.

Wsta­łam.

- Mar­nie, jest sie­dem­na­sty. Odpły­nę­łam na chwilę. Prze­pra­szam.

Jej oczy, pod­kre­ślone kaja­lową kredką, zła­god­niały.

Zmarły chło­pak prze­bił lun­chową gorączkę.

Nie przy­jaź­ni­łam się z Mar­nie, ale była dla mnie kimś wię­cej niż tylko kole­żanką z pracy. Cho­dziła do dwu­let­niego Cedar Hills Com­mu­nity Col­lege, ale pla­no­wała prze­nieść się do col­lege'u ofe­ru­ją­cego stu­dia czte­ro­let­nie. Miała w zwy­czaju prze­wra­cać oczami, widząc, jak mdleję z zachwytu na widok Alexa. Jed­nak była dla mnie miła, kiedy tego potrze­bo­wa­łam. Oka­zała mi też dużo wyro­zu­mia­ło­ści po jego śmierci. Tyle że minęły już pra­wie cztery mie­siące i wie­dzia­łam, że jej cier­pli­wość się koń­czy.

Poszłam za Mar­nie do następ­nego sto­lika. Sprząt­nęła resztę naczyń po śnia­da­niu i umie­ściła je w sza­rym pojem­niku, który wciąż trzy­ma­łam. Pod­czas tej czyn­no­ści powie­działa:

- Słu­chaj, Sarah, rozu­miem cię. Naprawdę. Ale dzi­siaj zaczyna się nowy semestr w CHCC. Za moment przed drzwiami ustawi się dziki tłum gło­do­mo­rów. Potrze­buję cię.

- Okej - przy­tak­nę­łam cicho.

Lun­chowa gorączka była ide­al­nym anti­do­tum na uża­la­nie się nad sobą. Na chwilę odsu­nę­łam myśli o Ale­xie na bok i zaję­łam się stale rosnącą kolejką klien­tów. Wysta­wia­łam para­gony, pako­wa­łam ciastka na wynos i od razu poczu­łam się lepiej. Zanim się obej­rza­łam, minęły dwie godziny i naj­gor­szy okres lun­cho­wego arma­ge­donu mia­łam już za sobą. Praca była dziw­nie eks­cy­tu­jąca. Czu­łam się speł­niona, przy­naj­mniej chwi­lowo.

Wciąż jed­nak wabiła mnie ta zawie­ra­jąca wspo­mnie­nia puszka Pan­dory w mojej gło­wie. Adele's było jedy­nym miej­scem, gdzie mia­łam Alexa na wyłącz­ność. Tu pamię­ta­łam go naj­le­piej. Może wła­śnie dla­tego pra­wie całe waka­cje spę­dzi­łam w pracy. Wie­dzia­łam, że wraz z roz­po­czę­ciem nowego roku szkol­nego wszystko się zmieni, a moje wspo­mnie­nia jesz­cze bar­dziej zblakną.

Z mro­żoną kawą w jed­nej ręce i tele­fo­nem w dru­giej ucie­kłam do pokoju socjal­nego, który miał ten sam nie­od­party urok co reszta kawiarni. Wszystko było w nim przy­tulne i nie do kom­pletu. Zapa­dłam się w wygod­nej kana­pie i poło­ży­łam stopy na sto­liku, popi­ja­jąc kawu­się i obcza­ja­jąc wia­do­mo­ści.

Dzie­sięć od Ash. Prze­wi­nę­łam je, zatrzy­mu­jąc się na sel­fie z plaży.

Szkoda, że cię tu nie ma! Nudzę się jak cho­lera! ;)

Opa­liła się. Wyglą­dała na szczę­śliwą. I choć wie­dzia­łam, że wysłała mi swoje naj­lep­sze fotki na pokaz, dobrze było widzieć ją uśmiech­niętą.

Na ostat­nie dwa tygo­dnie sierp­nia McKen­no­wie wyje­chali do Outer Banks na zjazd rodzinny. Wraz z wie­loma kuzy­nami i dal­szymi krew­nymi zatrzy­mali się w ogrom­nym domu na plaży. Ash chciała, żebym z nią poje­chała, ale moja mama stwier­dziła, że dwa tygo­dnie to prze­gię­cie, a nie udało nam się ogar­nąć krót­szego pobytu. "Kwe­stia logi­styki". W innych oko­licz­no­ściach zapewne była­bym bar­dziej roz­cza­ro­wana, ale teraz nie­malże ode­tchnę­łam z ulgą. Wśród rodziny Ash zawsze czu­łam się jak w domu, ale patrze­nie na ich smu­tek i porów­ny­wa­nie go z moim spra­wiło, że uwa­ża­ła­bym się za intruza. Trudno było mi wyczuć, co powin­nam powie­dzieć lub zro­bić.

W następ­nej wia­do­mo­ści Ash zapy­tała, czy przy­pad­kiem nie wpa­dłam ostat­nio na jej chło­paka, Mike'a.

Przez chwilę zasta­na­wia­łam się, co odpi­sać.

Żeby na niego wpaść, musia­ła­bym wycho­dzić. Mieć jakieś życie. Ja naprawdę się nudzę! Jak cho­lera!

Lep­sze to niż pisa­nie: "Ukry­wam się w pracy. Robię wszystko, żeby tylko unik­nąć praw­dzi­wych kon­tak­tów mię­dzy­ludz­kich!".

Usły­sza­łam puka­nie, pod­nio­słam wzrok i zoba­czy­łam cio­cię Sophie, opie­ra­jącą się o fra­mugę. Miała na sobie cha­rak­te­ry­styczny żakiet w kolo­rze paste­lo­wego pudro­wego różu, popla­miony czymś, co wyglą­dało na masę do red velvet cake. Mimo że gestem dała mi znać, bym sobie nie prze­szka­dzała, odru­chowo ścią­gnę­łam nogi ze sto­lika kawo­wego. Uśmiech­nęła się.

- Jesteś zajęta? - wska­zała brodą w stronę tele­fonu.

Trzy małe kropki sygna­li­zo­wały, że Ash wciąż pisze. Potrzą­snę­łam głową i odło­ży­łam tele­fon na sto­lik, ekra­nem do dołu. Z wyrazu twa­rzy cioci wywnio­sko­wa­łam, że zale­żało jej na mojej peł­nej uwa­dze. Ści­snęło mnie w brzu­chu.

- Wszystko w porządku? - zapy­ta­łam.

Pode­szła i usia­dła po dru­giej stro­nie kanapy. Zbyła moje pyta­nie mach­nię­ciem ręki.

- Tak, tak - powie­działa. - Chcia­łam tylko spraw­dzić, jak się masz.

- Aha, okej... Wszystko dobrze - skła­ma­łam.

- Na pewno?

Z nie­tęgą miną zaczę­łam gryźć ner­wowo słomkę.

- A co? Mar­nie powie­działa ci, że cał­kiem sobie odpu­ści­łam?

Cio­cia roze­śmiała się.

- Na pewno nie tymi sło­wami. Powie­działa tylko, że jesteś pochło­nięta swo­imi myślami.

Przy­tak­nę­łam. Ład­nie to ujęła.

- Prze­pra­szam. Wiem, że na CHCC zaczął się nowy semestr i mamy tu młyn. Po pro­stu nie zda­wa­łam sobie sprawy, jaki dziś dzień. Można powie­dzieć, że data zupeł­nie wybiła mnie z rytmu.

- Data?

Przy­tak­nę­łam.

- Dziś nasza pół­rocz­nica. Moja i Alexa. A raczej byłaby, gdyby... no wiesz... - gdy tylko te słowa wyszły z moich ust, zabrzmiały cho­ler­nie żało­śnie. Do oczu napły­nęły mi łzy. Tak naprawdę byli­śmy razem przez dwa i pół mie­siąca przed jego śmier­cią. Jakie mia­łam prawo, żeby mówić o naszej rela­cji w ten spo­sób? - Wiem, że głu­pio tak to liczyć - doda­łam, prze­cie­ra­jąc oczy.

Cio­cia Sophie przy­su­nęła się bli­żej i ści­snęła moje kolano.

- Hej, nie musisz się tłu­ma­czyć. Trzy­ma­nie się dobrych wspo­mnień ni­gdy nie jest głu­pie - powie­działa. - Ale nie myślisz, że może... cóż... roz­ma­wia­łam z twoją mamą i...

Wypro­sto­wa­łam się.

- Pro­szę, nie zwal­niaj mnie.

- Co? Nie zwal­niam cię. Skąd ten pomysł?

- Bo jestem pra­wie pewna, co chcesz powie­dzieć. Że zamiast tyle pra­co­wać, powin­nam zacząć żyć. To samo powie­działa mi mama, po tym jak w ostat­nią sobotę pra­co­wa­łam na dwie zmiany.

Cio­cia znów się roze­śmiała.

- Cie­szę się, kiedy tu jesteś i że chcesz tu przy­cho­dzić, Sar, ale to już wygląda na wyzy­ski­wa­nie mło­do­cia­nej - powie­działa pół żar­tem, pół serio. - Kiedy zacznie się szkoła, pozwolę ci pra­co­wać mak­sy­mal­nie dwa dni w tygo­dniu.

- Że co? Serio? A co z week­en­dami?

- Może być co drugi week­end?

Zmarsz­czy­łam brwi.

- Wiem, że byłam nie­obecna. Obie­cuję, że się ogarnę.

- Sarah, to nie jest kara. Słu­chaj, na razie zro­bimy tak na próbę, dobrze? Oczy­wi­ście jeśli bar­dzo będziesz chciała wziąć dodat­kową zmianę lub pil­nie będę potrze­bo­wać testerki maka­ro­ni­ków, jakoś się doga­damy. Będziemy impro­wi­zo­wać. Po pro­stu mam wra­że­nie, że się tu ukry­wasz. Nie­długo pój­dziesz do trze­ciej klasy liceum. Powin­naś wię­cej wycho­dzić. Korzy­stać z życia.

Zanim zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć, Mar­nie wetknęła głowę do pokoju. Zaczęła patrzeć to na mnie, to na cio­cię Sophie, po czym zapy­tała:

- Prze­szka­dzam?

- Nie - odpo­wie­działa cio­cia.

- Sarah...

- Tak, wiem, muszę posprzą­tać naczy­nia po lun­chu - powie­dzia­łam, wsta­jąc. Może jeśli szybko wymik­suję się z tej roz­mowy, cio­cia Sophie o niej zapo­mni i wszystko zosta­nie po sta­remu, czyli będę mogła pra­co­wać ponad limit.

- Eee... tak, jasne, to też, ale nie dla­tego tu jestem. Jakiś facet o cie­bie pyta.

- O mnie?

- Widzisz? - powie­działa cio­cia Sophie i też się pod­nio­sła. - To znak. Wszech­świat domaga się two­jej par­ty­cy­pa­cji w życiu.

- A kto to?

Mar­nie potrzą­snęła głową i wydęła wargi.

- Ktoś wysoki i ponury. Stoi przy kasie.

Chwy­ci­łam pusty kubek i wyrzu­ci­łam go do kosza, gdy wycho­dzi­ły­śmy z socjal­nego. Pró­bo­wa­łam sobie przy­po­mnieć, czy znam jakie­goś "wyso­kiego i ponu­rego" faceta, ale nikt nie przy­cho­dził mi do głowy.

- I jest cał­kiem uro­czy - powie­działa Mar­nie, uno­sząc figlar­nie brwi. Zaraz potem prze­pchnęła się przez waha­dłowe drzwi.

Moim oczom uka­zał się wysoki, ponury i cał­kiem uro­czy facet.

Uśmiech­nę­łam się.

Jake Hobbs.

Czego on może chcieć?

Jake

Jake

To był błąd. Nacho­dzić tak Sarah w pracy... nie powi­nie­nem tego robić. Choć może nie­spo­dzianka to lep­sze okre­śle­nie. W końcu to miłe, prawda? Tak jakby przy­ja­ciel odwie­dził tak jakby przy­ja­ciółkę, żeby spraw­dzić, czy wszystko u niej w porządku. Poza tym chcia­łem się z nią podzie­lić pew­nymi nowin­kami. Nie mia­łem jej numeru, a szkoła zacznie się dopiero za kilka tygo­dni, więc tylko tak mogłem się z nią skon­tak­to­wać.

- Stary, mógł­byś powie­dzieć coś w stylu: "Aku­rat prze­cho­dzi­łem obok".

Serio, Alex? Taki tani chwyt? Może jesz­cze powi­nie­nem ura­czyć ją jakimś sucha­rem, tak na prze­ła­ma­nie lodów? Nie potrze­buję two­ich rad, jak roz­ma­wiać z dziew­czy­nami.

- Czyli jed­nak chcesz z nią poga­dać, tak?

Tylko dla­tego, że muszę jej coś powie­dzieć.

- Ahaaa... tylko dla­tego? Nie ma innego powodu? Taa, jasne.

Roz­ma­wiam tak z Ale­xem od czasu jego śmierci. Wiem, jak to brzmi - jakby tylko jeden jebany krok dzie­lił mnie od bycia total­nym świ­rem - ale mój tera­peuta, Dok­tor Hip­ster, zapew­nił mnie, że to taki mecha­nizm radze­nia sobie z tym, co się stało. O ile naj­lep­szy przy­ja­ciel nie każe mi krzyw­dzić sie­bie lub innych, to spoko. Podobno mój mózg pró­buje w ten spo­sób pogo­dzić się z fak­tem, że Alex nie żyje. Dzięki temu w pew­nym (nie­wiel­kim) stop­niu mia­łem wra­że­nie, że wciąż tu jest i możemy gadać o życiu i innych pier­do­łach. Tak jak zawsze.

- Eee... powiesz coś, czy będziesz tak stał?

- Cześć, Sarah - powie­dzia­łem.

- Cześć, Jake - odpo­wie­działa.

- Wiesz, aku­rat prze­cho­dzi­łem obok i pomy­śla­łem, że wpadnę. Zapy­tam, jak się trzy­masz.

- Hmm... chyba dobrze. Dzięki. A jak ty się trzy­masz?

Kiep­sko. Jestem kłęb­kiem ner­wów. Sły­szę głos zmar­łego naj­lep­szego przy­ja­ciela.

- Jest okej. Powiedzmy. Sama wiesz.

Sta­li­śmy tak przez chwilę w nie­zręcz­nej ciszy, a potem oboje się zaśmia­li­śmy i powie­dzie­li­śmy jed­no­cze­śnie:

- No więc, przy­sze­dłem, bo... - ja.

- Dzi­siaj było... - ona.

Po czym zapy­ta­łem:

- Prze­pra­szam, co chcia­łaś powie­dzieć?

- Nic takiego, ty pierw­szy - odparła.

- Tak wła­ści­wie to przy­sze­dłem w spra­wie ławki Alexa.

Zmarsz­czyła brwi.

- No wiesz, tej w parku... Ini­cja­tywa rodziny tre­nera Cal­larda... Dla upa­mięt­nie­nia Alexa... Dosta­łem dziś rano maila, że już tam jest. Chcesz ją zoba­czyć?

Chcia­łem zapy­tać, czy chce zoba­czyć ją ze mną, ale wtedy brzmia­łoby to tak, jak­bym pró­bo­wał zapro­sić ją na randkę, a prze­cież tak nie było. Kto zapra­szałby dziew­czynę na randkę, żeby zoba­czyć ławkę poświę­coną pamięci jej zmar­łego chło­paka?

- Wycho­dzi na to, że ty, Hobbs. Wła­śnie to zro­bi­łeś.

Nie teraz, Alex.

- Dzi­siaj?

- Eee... jasne, czemu nie?

Nie wiem, dla­czego to zabrzmiało jak pyta­nie. Prze­cież to był jedyny powód mojego naj­ścia. To zna­czy odwie­dzin.

Roz­pro­mie­niła się, jakby w jej oczach zza chmur wyszło słońce. Bły­snął też jej znie­wa­la­jący uśmiech. To wła­śnie była Sarah, jaką zna­łem z domu McKen­nów. Dziew­czyna, która cho­dziła po tara­sie w czar­nym bikini i zaj­mo­wała moje myśli przez znaczną część pierw­szej klasy ogól­niaka, nawet zanim zda­łem sobie z tego sprawę. Zanim została dziew­czyną Alexa.

- Tyle że dopiero za godzinę koń­czę pracę - powie­działa.

- W porządku, mogę wró­cić za godzinę albo posie­dzieć tutaj.

- Okej, zostań, jeśli chcesz. Może masz ochotę na coś do picia?

- Aha, jasne, może wodę?

- Nuuuda - powie­działa zaczep­nie. - A tak serio, wybierz sobie coś z karty. Ja sta­wiam.

Spoj­rza­łem na menu napi­sane fiku­śnym pismem na trzech dużych tabli­cach kre­do­wych. Obraz mi się roz­ma­zy­wał. Słowa pły­nęły. Dla­czego byłem tak zestre­so­wany? Nawet kiedy w meczu o mistrzo­stwo koń­czył nam się czas, a wciąż prze­gry­wa­li­śmy sze­ścioma punk­tami, dener­wo­wa­łem się mniej niż teraz.

- Okej, może w takim razie pozwól, że cię zasko­czę - prze­rwała moje roz­my­śla­nia. - Znajdź sobie tylko jakieś miej­sce.

- Spoko - odpar­łem, choć w tym momen­cie byłem cał­ko­wi­tym zaprze­cze­niem tego słowa.

Lokal był prze­peł­niony. Zauwa­ży­łem jakiś wolny sto­lik przy oknie, więc skie­ro­wa­łem się w jego stronę. Duży zie­lony fotel obity czymś, co wyglą­dało jak aksa­mit, oka­zał się zaska­ku­jąco wygodny. Zamkną­łem oczy i zapa­dłem się w nim, czu­jąc, jak ogar­nia mnie zmę­cze­nie. Musia­łem przy­snąć, bo kiedy Sarah posta­wiła przede mną naczy­nia, pod­sko­czy­łem na fotelu, lekko spło­szony.

- Może zamiast lemo­niady powin­nam była przy­nieść ci espresso - zażar­to­wała, sia­da­jąc naprze­ciwko mnie. - Na pewno wszystko w porządku, Jake?

Coś w jej gło­sie spra­wiało wra­że­nie, jakby naprawdę chciała znać odpo­wiedź. Uwie­rzy­łem, że chce. Jej oczy były szczere. A może cho­dziło o spo­sób, w jaki wypo­wie­działa moje imię? Tak łagod­nie. Czu­łem, że mógł­bym się przed nią otwo­rzyć, wyga­dać z całego syfu, a ona nie mia­łaby nic prze­ciwko temu. Ale oczy­wi­ście nie zamie­rza­łem tego robić w trak­cie jej zmiany. Odchy­li­łem się w fotelu i wzią­łem głę­boki oddech.

- Tja, po pro­stu jestem zmę­czony. A tak w ogóle to wygląda świet­nie. Dzię­kuję - powie­dzia­łem i nagle poczu­łem, że umie­ram z głodu. Wzią­łem gryza cia­steczka z kawał­kami cze­ko­lady i pochło­ną­łem je łap­czy­wie.

- Tak myśla­łam. Wyglą­dasz mi na kogoś, kto lubi takie cia­steczka.

- Aż taki ze mnie prze­cięt­niak?

Roze­śmiała się.

- Powie­dzia­ła­bym raczej, że miło­śnik kla­syki. Wiesz, wła­śnie dowie­dzia­łam się od Mar­nie, że mogę skoń­czyć wcze­śniej. Muszę tylko ogar­nąć kilka sto­li­ków i możemy lecieć.

- No to super - wybeł­ko­ta­łem, koń­cząc prze­żu­wać.

Uśmiech­nęła się, ude­rzyła lekko dłońmi w sto­lik i już zaczęła wsta­wać, gdy nagle opa­dła z powro­tem z sze­roko otwar­tymi oczami.

- Okej, muszę ci coś powie­dzieć - oznaj­miła.

To zda­nie padło aku­rat w momen­cie, kiedy bra­łem łyk lemo­niady, więc szybko prze­łkną­łem i zapy­ta­łem:

- Co?

- To zabrzmi... wiesz co, nie­ważne... - zre­zy­gno­wała, macha­jąc ręką, jakby pró­bo­wała odgo­nić tę myśl.

- Teraz to musisz mi powie­dzieć.

Przy­gry­zła dolną wargę, po czym zaczęła:

- Pomy­ślisz sobie, że jestem dziwna.

- Skąd wiesz, że teraz tak o tobie nie myślę? - zażar­to­wa­łem.

- Ha, ha, dzięki... Wiesz, że sie­dzisz w ulu­bio­nym fotelu Alexa?

Poczu­łem, jak napina mi się każdy mię­sień.

- Sły­sza­łeś? To mój ulu­biony fotel, ciulu.

Długo będziesz się tak pul­tał? Całą wiecz­ność? Jeeezu, Al.

- Eee... prze­pra­szam, nie wie­dzia­łem - wymam­ro­ta­łem, pod­no­sząc się z fotela.

- Nie, nie - poka­zała mi, żebym usiadł.

Opa­dłem z powro­tem na fotel; sprę­żyna opar­cia wbiła mi się w plecy. Nie wiem, jak mogłem myśleć, że to coś jest wygodne.

- Czu­łam się dziś okrop­nie, bo zapo­mnia­łam, że jest... to zna­czy, byłaby nasza pół­rocz­nica. Mam wra­że­nie, że to wszystko: twoje przyj­ście, ławka i do tego ten fotel... To musi być znak. Tak jakby Alex wysłał mi pół­rocz­ni­cową nie­spo­dziankę.

Przy­tak­ną­łem. Nie mia­łem serca jej powie­dzieć, że ten brzydki zie­lony fotel był jed­nym z nie­wielu wol­nych miejsc. Jeśli chciała wie­rzyć, że Alex maczał w czymś palce, niech i tak będzie. Kim jestem, by oce­niać jej stra­te­gię radze­nia sobie z traumą? W końcu sam wciąż sły­szę tego typa w mojej gło­wie.

- Wiem, że to brzmi idio­tycz­nie... - mówiła dalej.

- Wcale nie.

- Wie­dzia­łam, że zro­zu­miesz - dodała, kie­ru­jąc na mnie wzrok.

Nie mogłem wytrzy­mać ani sekundy dłu­żej.

- Wiesz, na zewnątrz jest jak w sau­nie. Cho­ler­nie gorąco. Pójdę odpa­lić auto i włą­czyć klimę - strze­la­łem sło­wami jak z kara­binu i wzią­łem duży łyk lemo­niady.

- Ach, okej. Posta­ram się zebrać jak naj­szyb­ciej - powie­działa, wsta­jąc.

- Nie, nie, powoli. Nie musisz się spie­szyć - mówi­łem już spo­koj­niej. - Pocze­kam. Zapar­ko­wa­łem przy wej­ściu.

Wysze­dłem stam­tąd szyb­kim kro­kiem i ode­tchną­łem, gdy tylko drzwi się za mną zamknęły.

Ja i Sarah. Nasza histo­ria była skom­pli­ko­wana.

Tyle że ona o tym nie wie­działa.

Nie pamię­tam dokład­nie, kiedy zaczą­łem patrzeć na Sarah ina­czej niż na jaką­kol­wiek inną dziew­czynę. To nie było jak pora­że­nie pio­ru­nem. Zna­łem ją głów­nie z domu McKen­nów i widy­wa­łem w szkole. Gdyby ktoś mnie wtedy o nią zapy­tał, pew­nie powie­dział­bym, że jej nie znam. Ale wie­dzia­łem, kim jest. Przy­ja­ciółką Ash. Uro­czą, słodko wyglą­da­jącą blon­dynką.

Cho­ciaż były chwile, które bar­dzo dobrze zapa­mię­ta­łem.

Zde­cy­do­wa­nie nale­żał do nich widok Sarah w czar­nym bikini na tara­sie z tyłu domu. Głów­nie dla­tego, że ni­gdy wcze­śniej jej takiej nie widzia­łem. Aku­rat gra­łem z Ale­xem w H-O-R-S-E1 dla zabi­cia czasu, kiedy Sarah i Ash przy­szły na taras, żeby się poopa­lać. Musia­łem się gapić na tę pierw­szą, bo Alex rzu­cił mi piłkę tak mocno, że aż zapie­kły mnie dło­nie.

- Ej, stary - powie­dzia­łem, kozłu­jąc piłką. - Co jest? O co ci cho­dzi?

Uśmiech­nął się sze­roko i pod­szedł bli­żej.

- Zapo­mnij. Wybij to sobie z głowy. O to mi cho­dzi.

Nie wyglą­dało to na zazdrość, raczej na tro­skę, ale cokol­wiek to było, prze­sze­dłem nad tym do porządku dzien­nego, choć na­dal zer­ka­łem na nią ukrad­kiem, gdy tylko mia­łem taką oka­zję. Od tego czasu, gdy tylko w pobliżu zja­wiała się Sarah, od razu przy­cią­gała moją uwagę.

Może dla­tego zaczą­łem szu­kać pre­tek­stu, by jak naj­czę­ściej krę­cić się po domu McKen­nów. Pro­po­no­wa­łem Ale­xowi star­cie jeden na jeden w kosza. Wpa­da­łem do niego z nowymi grami, jak­bym nie mógł się docze­kać, żeby mu je poka­zać. Kiedy mie­li­śmy gdzieś wie­czo­rem wysko­czyć, cza­sami przy­cho­dzi­łem do McKen­nów wcze­śniej i widzia­łem, jak Sarah z Ash przy­go­to­wują się do wyj­ścia. Zasta­na­wia­łem się wtedy, dokąd się wybie­rają. Co ona lubi robić.

Pew­nego sobot­niego wie­czoru wszy­scy zosta­li­śmy w domu i oglą­da­li­śmy Zom­bie express. Ash i Sarah chciały zro­bić popcorn sta­rym spo­so­bem na kuchence, z ole­jem koko­so­wym. Wrzu­ciły ziarna kuku­ry­dzy luzem do garnka, ale zapo­mniały poło­żyć pokrywkę. Kiedy popcorn zaczął pękać, był wszę­dzie. Ziarna latały po całej kuchni jak poci­ski, dopóki nie zebra­łem się w sobie i nie sta­wi­łem im czoła. Zła­pa­łem pokrywkę i uży­łem jej jak tar­czy, po czym przy­kry­łem gar­nek.

Ten wie­czór jakoś szcze­gól­nie zapadł mi w pamięć. Niby nic takiego się nie wyda­rzyło, ale jed­nak wciąż go wspo­mi­nam. Czer­wona ze wstydu twarz Sarah, kiedy zasło­ni­łem ją przed lecą­cym w jej stronę popcor­nem. To, jak śmia­li­śmy się, sprzą­ta­jąc to pobo­jo­wi­sko, i nasta­wi­li­śmy nową por­cję. Spo­sób, w jaki Sarah zasła­niała oczy przed naj­strasz­niej­szymi i naj­bar­dziej krwa­wymi sce­nami filmu.

W pew­nym momen­cie zda­łem sobie sprawę, że dobrze się bawię, i nie potrze­bo­wa­łem do tego drinka, wygra­nia gry ani języka jakiejś dziew­czyny w moim uchu. Wystar­czyło, że mogłem wylu­zo­wać w gro­nie przy­ja­ciół, pobyć w towa­rzy­stwie Sarah i obej­rzeć film. Nic wię­cej. Gdy zro­biło się późno i Sarah musiała wra­cać do domu, zapro­po­no­wa­łem, że ją pod­rzucę. Zro­bi­łem to bez zasta­no­wie­nia. Niby nic takiego, zwy­kła uprzej­mość, miły gest, ale - cze­ka­jąc na jej odpo­wiedź - zda­łem sobie sprawę, że nie jest mi obo­jętne, co powie.

- Mama już po mnie jedzie - poin­for­mo­wała mnie, wkła­da­jąc trampki.

- Okej. Może następ­nym razem - wyar­ty­ku­ło­wa­łem.

- Jasne, następ­nym razem - odpo­wie­działa z uśmie­chem. Zaraz potem wyszła z Ash na werandę, żeby tam pocze­kać na mamę, a ja ledwo powstrzy­ma­łem wyszczerz. Alex, patrząc, jak opa­dam na kanapę, potrzą­snął głową. Rzu­cił mi pada i odpa­lił gierkę NBA 2K.

- Ty i Sarah? - zapy­tał, nie odry­wa­jąc wzroku od ekranu.

- Nieee... chcia­łem być tylko miły - odpar­łem.

Obró­cił się, żeby na mnie spoj­rzeć, po czym uniósł brew i powie­dział:

- Taa, jasne.

- No co? Zresztą, nawet jeśli, to co w tym złego? Jest uro­cza, zabawna...

- To nie wypali. Nie ma opcji.

Był taki pewny swego, że tro­chę mnie to wpie­niło.

- Niby dla­czego?

- Daj spo­kój, stary, ten wie­czór to wyją­tek od reguły. Ano­ma­lia. Nie macie ze sobą nic wspól­nego. Inni przy­ja­ciele. Inne życia.

- Widzę, że dużo o tym myśla­łeś - powie­dzia­łem.

- Niee... co ty. Po pro­stu mówię, jak jest. A co z Court­ney?

- To nic poważ­nego.

- Może i nie, ale myślisz, że będzie spo­koj­nie sie­dzieć i patrzeć na cie­bie z inną laską?

Nawet po tej roz­mo­wie nic mi nie zaświ­tało. Nie podej­rze­wa­łem, że Alex mógł coś czuć do Sarah. Od końca dru­giej klasy ogól­niaka cho­dził z Holly Mat­thews - jedną z przy­ja­ció­łek Court. Znów uzna­łem, że to prze­jaw tro­ski z jego strony. Ot, dobra rada. Poza tym raczej nie mylił się co do Court­ney. Od około roku łączył nas pro­dukt związ­ko­po­dobny: zry­wa­li­śmy, żeby znowu się zejść, a jesz­cze kiedy indziej nie-mie­li­śmy-poję­cia-co-wła­ści­wie-do-cho­lery-robimy.

Jed­nak tam­ten fil­mowy wie­czór uświa­do­mił mi, że być może chcę cze­goś wię­cej. Wtedy sobie odpu­ści­łem - przy­naj­mniej na jakiś czas - trzy­ma­jąc się kur­czowo tych dwóch słów: "następ­nym razem". Jakby to była jakaś obiet­nica.

Tyle że następ­nego razu nie było. Jakoś się nie zło­żyło.

Była koszy­kówka. Były egza­miny. Były święta. Nowo­roczne odli­cza­nie na Times Squ­are. Pod koniec stycz­nia na Wschod­nim Wybrzeżu roz­pę­tała się śnie­życa, jakiej nikt nie widział od dzie­się­cio­leci, dając nam tydzień bia­łej zimy.

A potem Alex i Sarah zaczęli ze sobą cho­dzić. Tak się zło­żyło.

Wiem, że nie zro­bił tego spe­cjal­nie. Prze­cież nie zako­chał się w niej, żeby zro­bić mi na złość. Być może potrze­bo­wał mobi­li­za­cji w postaci mojego zain­te­re­so­wa­nia Sarah, żeby zro­bić pierw­szy ruch. Sta­ra­łem się tym nie zadrę­czać. W końcu nic mię­dzy nami się nie wyda­rzyło. Ale Alex musiał zapa­mię­tać tam­ten paź­dzier­ni­kowy wie­czór, bo prze­ka­zu­jąc mi wie­ści o swoim związku z Sarah, brzmiał prze­pra­sza­jąco. Powie­dział, że opie­rał się temu uczu­ciu. Wie­dział, że jego sio­stra nie będzie zachwy­cona, ale w pew­nym momen­cie już nie mógł się powstrzy­mać. Oboje nie mogli się powstrzy­mać. Potem zapy­tał:

- Ale mię­dzy nami wszystko w porzo, co nie, Hobbs?

- Jasne - mruk­ną­łem i to było szczere. Tak jakby. Moja pierw­sza myśl? To nie potrwa zbyt długo, z tych samych powo­dów, dla któ­rych powie­dział mi, że to nie wypali. Nie to, że po ich zerwa­niu star­to­wał­bym do Sarah. Obo­wią­zuje pewien nie­pi­sany kodeks, według któ­rego nie można ude­rzać do obec­nej lub byłej dziew­czyny swo­jego kum­pla, prawda? Wola­łem za długo tego nie roz­k­mi­niać.

Teraz, gdy Sarah wśli­zgnęła się do mojego samo­chodu, przy­po­mnia­łem sobie te dwa słowa.

"Następ­nym razem".

Ale wszystko poto­czyło się zupeł­nie ina­czej, niż się spo­dzie­wa­łem.

- Co masz w tym pudełku? - spy­ta­łem, gdy ruszy­li­śmy.

- Kawa­łek cia­sta. Cyna­mo­nowe z kru­szonką. Ulu­bione Alexa.

Kiw­ną­łem głową, mając nadzieję, że powie coś wię­cej. Nie zro­biła tego. Wyglą­dała jedy­nie przez okno, ści­ska­jąc białe papie­rowe pudełko, które poło­żyła sobie na kola­nach, pod­czas gdy ja pro­wa­dzi­łem. Cho­lera, to był błąd. Zigno­ro­wa­łem jed­nak tę myśl, gdy skrę­ci­łem w stronę wej­ścia do parku.

Park Cedar Hills miał dwa obli­cza. Jedno repre­zen­to­wała przy­jemna rodzinna część ze sta­dio­nem, boiskiem do koszy­kówki i sztucz­nym jezio­rem. Były tam ławki, ścieżki spa­ce­rowe oraz plac zabaw ze ścianką wspi­nacz­kową. W week­end wiele rodzin urzą­dzało tam sobie pik­niki. Ludzie bie­gali i spa­ce­ro­wali z psami. Wszy­scy zbie­rali się tu w noc balu na zakoń­cze­nie szkoły, żeby zro­bić sobie zdję­cia nad jezio­rem. W tle mieli wtedy drzewa, które wio­sną kwi­tły na biało i różowo. Taki rytuał przej­ścia.

Jed­nak było też dru­gie obli­cze parku. Par­king po zmroku. Gęsty las. Ścieżka pro­wa­dząca do kli­fów.

Tam wła­śnie cho­dziło się, żeby robić... cóż, co tylko się chciało, bez ryzyka przy­ła­pa­nia.

Palić.

Pić.

Pie­przyć się.

Albo po tro­chu wszyst­kiego. Albo nic z tych wymie­nio­nych.

To było miej­sce spo­tkań. Nasze miej­sce spo­tkań.

Aż do maja, kiedy to Alex McKenna stra­cił rów­no­wagę i spadł z wyso­ko­ści dzie­wię­ciu metrów.

Teraz dotych­czas bar­dzo luźny "zakaz par­ko­wa­nia po zmierz­chu" był ści­śle egze­kwo­wany. Po raz pierw­szy od trzy­dzie­stu lat. Nie żebym miał ochotę wra­cać w tamte rejony. Odwie­dza­łem je wystar­cza­jąco czę­sto w moich kosz­ma­rach.

Znaj­du­jący się nie­da­leko boiska par­king był pusty, więc wje­cha­łem na miej­sce bli­sko ścieżki spa­ce­ro­wej. Musia­łem zamknąć samo­chód, więc Sarah chwilkę na mnie pocze­kała. Potem pod­sze­dłem do niej zama­szy­stym kro­kiem i ruszy­li­śmy dalej, idąc obok sie­bie.

- Wiesz, która to? - zapy­tała, wciąż ści­ska­jąc papie­rowe pudełko.

- Z tego, co wiem, jest gdzieś obok boiska - odpo­wie­dzia­łem. - Kie­dyś czę­sto tutaj sobie gra­li­śmy. Tak na spon­ta­nie.

Drew­niane ławki wzdłuż ścieżki były zie­lone z ozdob­nymi, czar­nymi pod­ło­kiet­ni­kami. Prze­szli­śmy kawa­łek, zanim zoba­czy­li­śmy tę wła­ściwą. Zostały do niej przy­wią­zane balony w bar­wach naszej szkoły - fio­le­to­wym i srebr­nym.

- To na pewno ławka Alexa - wyszep­tała Sarah.

- Skąd ten pomysł? - zapy­ta­łem, chi­cho­cząc.

Uśmiech­nęła się w reak­cji na mój słaby żart, ale mina jej zrze­dła, kiedy dotar­li­śmy do ławki i zoba­czy­li­śmy kartkę, która była przy­cze­piona do balo­nów:

Zawsze będę za tobą tęsk­nić ? Holls

Była dziew­czyna Alexa. Ta, z którą zerwał, by spo­ty­kać się z Sarah. Nie­zręczna sytu­acja.

Sta­li­śmy przed ławką w mil­cze­niu, które rów­nie dobrze mogło trwać pięć sekund, jak i pięć minut. Czas zwol­nił, dopa­so­wu­jąc się do kli­matu leni­wego sierp­nio­wego popo­łu­dnia. Na środ­ko­wej czę­ści opar­cia ławki znaj­do­wała się mała srebrna tabliczka z napi­sem:

Pamięci Alexa McKenny Odszedł zbyt wcze­śnie, ale nie zosta­nie zapo­mniany.

Myśla­łem, że widząc tabliczkę, poczuję coś wię­cej, ale to było przede wszyst­kim dziwne. Jakby zaszło jakieś wiel­kie nie­po­ro­zu­mie­nie i Alex lada chwila miał poja­wić się ze sło­wami: "Ale to było poje­bane, co nie?".

- Może usią­dziemy?

Sarah wzru­szyła ramio­nami, wciąż wpa­tru­jąc się w balony, jakby mogła prze­bić je wzro­kiem. Pochy­li­łem się nad plą­ta­niną wstą­żek i zaczą­łem się z nimi moco­wać, aż udało mi się odwią­zać je od porę­czy ławki.

- Jake, nie... - zapro­te­sto­wała, ale było już za późno. Patrzy­li­śmy, jak balony uno­szą się w górę i płyną w powie­trzu nad drze­wami.

- Stary, czy to aby nie zaszko­dzi mor­skim żyjąt­kom?

Pro­szę cię, Alex... Chcia­łem zacho­wać się jak dżen­tel­men. Nie psuj mi tego.

- Lepiej?

- Nie musia­łeś tego robić...

- Wiem, ale zro­bi­łem - odpar­łem, zapra­sza­jąc ją gestem w stronę ławki, na co kąciki jej ust unio­sły się nie­znacz­nie.

- Dzięki - wyszep­tała.

Usie­dli­śmy po obu stro­nach tabliczki. Sarah pod­wi­nęła jedną nogę pod sie­bie w taki spo­sób, że była zwró­cona w moją stronę. Prze­je­chała pal­cem po imie­niu na tabliczce.

- To sur­re­ali­styczne - powie­działa.

Przy­tak­ną­łem.

- Dobrze powie­dziane. W punkt.

Piskliwy śmiech dzieci na placu zabaw odbił się echem od wody. W tym momen­cie podobna radość wyda­wała się nie na miej­scu.

- Wciąż nie jestem w sta­nie powie­dzieć na głos słowa na "z" - powie­działa Sarah, nie odry­wa­jąc wzroku od tabliczki.

- Słowa na "z"? - nie powiem, co jako pierw­sze przy­szło mi do głowy.

- Ty zboku.

Zna­lazł się świę­to­je­bliwy.

- No wiesz, z-m-a-r-ł-y - prze­li­te­ro­wała.

Okej, może fak­tycz­nie była tro­chę dziwna.

Kiw­ną­łem głową.

- Też za nim nie prze­pa­dam - powie­dzia­łem i to była prawda.

- Brzmi zbyt osta­tecz­nie - wyszep­tała.

Prze­su­nęła się, by skie­ro­wać wzrok w stronę jeziora, wyjęła cia­sto i roz­ło­żyła papie­rowe pudełko na kola­nach jak ser­wetkę. Zapro­po­no­wała mi kawa­łek.

- Nie, dzię­kuję - odpo­wie­dzia­łem. Nie chcia­łem jeść ulu­bio­nego cia­sta Alexa.

Ani sie­dzieć w jego ulu­bio­nym fotelu. Ani żywić uczuć do jego dziew­czyny. Ani w jaki­kol­wiek spo­sób zaj­mo­wać jego miej­sca.

- Byłej dziew­czyny.

Wszystko jedno, Alex.

Nie chcia­łem sły­szeć jego głosu w swo­jej gło­wie. Ani myśleć o tym, jak nasza dru­żyna pora­dzi sobie w tym roku bez swo­jej gwiazdy. Chcia­łem tylko jed­nego: prze­nieść się do momentu w przy­szło­ści, w któ­rym nie będę czuć się ze wszyst­kim tak gów­nia­nie. O ile taki moment w ogóle nastąpi. W tej chwili wyda­wało się to nie­moż­liwe.

Sarah ode­rwała mały kawa­łek kru­szonki i zja­dła go powoli, zamy­ka­jąc przy tym oczy. To było tak intymne... wyglą­dała, jakby zatra­ciła się we wspo­mnie­niach. Odwró­ci­łem wzrok. Wola­łem nie ryzy­ko­wać, że zacznę się na nią gapić. Zamiast tego powie­dzia­łem:

- Cza­sami wyobra­żam sobie, że tylko wyje­chał na waka­cje albo... no wiesz, jest opie­ku­nem na obo­zie koszy­kar­skim i tre­nuje te wszyst­kie dzie­ciaki, które trak­to­wały go jak idola. To pomaga. Nie uśmie­cha mi się powrót do szkoły, ale cią­gle powta­rzam sobie, że muszę prze­trwać już tylko ten jeden rok, a potem stąd spa­dam. Wyjadę gdzieś, gdzie nikt nie zna mnie jako tego gościa, który był z Ale­xem McKenną w noc jego wypadku.

Sarah pocią­gnęła nosem. Kiedy na nią spoj­rza­łem, zoba­czy­łem, że ma policzki mokre od łez. Co mnie pod­ku­siło, żeby się tak uze­wnętrz­nić? Zwłasz­cza po tym, jak powie­działa mi, że nie jest w sta­nie wypo­wie­dzieć na głos słowa "zmarły". Co ze mną nie tak?

- Jasna cho­lera. Idiota ze mnie. Prze­pra­szam, Sarah.

Mach­nęła ręką i powie­działa.

- Nie, to nie przez cie­bie.

Pokru­szyła leżące na jej kola­nach cia­sto, ści­ska­jąc je w dłoni, po czym rzu­ciła okru­chy na trawę. Od razu pod­le­ciało do nich kilka pta­ków. Potem zgnio­tła pudełko i wyrzu­ciła je do naj­bliż­szego kosza na śmieci.

- Co się stało? - zapy­ta­łem.

Prze­cze­sała dło­nią włosy i wzięła głę­boki oddech.

- Myśla­łam, że kiedy to zoba­czę, poczuję coś wię­cej. Jakieś połą­cze­nie. Więź. Ale nie. Po co w ogóle przy­nio­słam ten głupi kawa­łek cia­sta? I jesz­cze ten tekst: "Odszedł zbyt wcze­śnie, ale nie zosta­nie zapo­mniany". Bar­dziej sztam­powo już się nie dało? Cią­gle cze­kam na znak, że Alex ist­niał. Że wciąż gdzieś tam jest i mu na mnie zale­żało. Ale zamiast tego sie­dzę na ławce, którą jego była dziew­czyna ude­ko­ro­wała balo­nami i kar­teczką z tek­stem, że zawsze będzie za nim tęsk­nić. Była tu pierw­sza. Przede mną.

- Sarah...

- Mie­li­śmy za mało czasu i już ni­gdy nie będziemy mieć go wię­cej. Wydur­niam się, uda­jąc, że to nasza pół­rocz­nica, ale ni­gdy jej nie będzie. Jestem taka żało­sna.

Znów się roz­sy­pała.

- Zrób coś, Hobbs. Pomógł­byś jej, a nie tylko sie­dzisz i się gapisz.

- Hej, wcale nie jesteś żało­sna - powie­dzia­łem, obej­mu­jąc ją i przy­su­wa­jąc się bli­żej. Oparła głowę o moje ramię i wtu­liła twarz w koszulkę.

- To nie­spra­wie­dliwe.

- Wiem - wyszep­ta­łem.

Pozwo­li­łem Sarah się wypła­kać. Chcia­łem jakoś popra­wić jej humor, ale co mia­łem powie­dzieć? Jeśli cze­go­kol­wiek nauczy­łem się od Dok­tora Hip­stera, to wła­śnie tego, że cza­sem trzeba po pro­stu poprze­ży­wać swoje emo­cje. Do dupy, wiem, ale cóż... bywa. Cza­sem wła­śnie takie jest życie, co nie? Wzią­łem głę­boki oddech, by samemu nie wpaść w poczu­cie bez­na­dziei i lęku. Przy­naj­mniej nie za bar­dzo. Ist­niały pewne ciemne zaka­marki mojego umy­słu, w które nie lubi­łem się zagłę­biać.

- O cho­lera, prze­pra­szam - odsu­nęła się i wytarła moją koszulkę. - Ubru­dzi­łam cię tuszem do rzęs.

Spoj­rza­łem w dół.

- Eee tam... nie przej­muj się. To nic. Żebyś widziała, jak wygląda, kiedy jem pizzę - doda­łem.

Roze­śmiała się. Nie spusz­czała ze mnie wzroku, jakby chciała powie­dzieć coś wię­cej. I tak minęło kilka sekund. W innych oko­licz­no­ściach praw­do­po­dob­nie pró­bo­wał­bym ją poca­ło­wać. Mia­łem mętlik w gło­wie. Zasta­na­wia­łem się, czy i ona coś poczuła, bo spe­szyła się i odsu­nęła ode mnie.

- Powin­nam już wra­cać - powie­działa. Wstała i strzep­nęła okru­chy z kolan.

- Jasne, pod­rzucę cię - zapro­po­no­wa­łem.

- Nie, nie trzeba. Spa­cer dobrze mi zrobi. Pomoże prze­wie­trzyć głowę.

Wsta­łem.

- Na pewno? W taki skwar?

- Spoko, nie roz­to­pię się - powie­działa z uśmie­chem. - Dzięki, że powie­dzia­łeś mi o tej ławce. Sama pew­nie bym tu nie przy­szła.

- Byłaś pierw­szą osobą, o któ­rej pomy­śla­łem.

Roze­śmiała się, spoj­rzała w dół na swoje stopy, po czym poma­chała mi na odchodne.

- To... na razie.

Patrzy­łem, jak odcho­dzi; tak bar­dzo chcia­łem coś powie­dzieć. Znów mi się wymy­kała, wraz z nadzieją na... wła­ści­wie na co? Czego się spo­dzie­wa­łem? Na co liczy­łem, przy­pro­wa­dza­jąc ją tutaj?

- Sarah! - zawo­ła­łem. Zatrzy­mała się i odwró­ciła do mnie.

- Trzy­maj się!

Wrzesień

Wrze­sień

Sarah

Pierw­szy dzień szkoły zawsze był dla mnie wiel­kim wyda­rze­niem. Wystar­czy prze­wró­cić kilka kar­tek w kalen­da­rzu, by wszyst­kie błędy poprzed­niego roku zostały wyma­zane. Można było zacząć wszystko od nowa. Z czy­stą kartą. Wszystko było moż­liwe, a przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało, dopóki nie minęła pierw­sza fala eks­cy­ta­cji, po któ­rej z przy­tu­pem wkra­czała proza życia: zasy­py­wa­nie pra­cami domo­wymi, testami i ese­jami na pięć­set słów na temat nie­prze­czy­ta­nej lek­tury (z ter­mi­nem na pią­tek).

Wczo­raj wie­czo­rem wyję­łam z szafy mun­du­rek, przy­go­to­wa­łam ple­cak, zestaw nowych dłu­go­pi­sów oraz segre­ga­tor i sta­ra­łam się wykrze­sać z sie­bie choć odro­binę entu­zja­zmu. W końcu byłam o klasę wyżej! Mia­łam nawet nowy mun­du­rek. Zamiast pro­stej spód­nicy w zie­lono-czarno-nie­bie­ską szkocką kratę teraz mogłam nosić taką z krzy­kli­wym czer­wo­nym paskiem na całej dłu­go­ści, by obwie­ścić całemu światu, że jestem star­sza i mądrzej­sza. Przy­naj­mniej w murach Saint Aedan's. Czeka mnie zwie­dza­nie uczelni, prze­jażdżki z przy­ja­ciółmi i bal na zakoń­cze­nie roku. Trze­cia klasa zapo­wia­dała się naprawdę cie­ka­wie. Do tego w ładną pogodę będę mogła jeść lunch na szkol­nym dzie­dzińcu. Jupi! No naprawdę... ale ze mnie far­ciara!

W dru­giej kla­sie naiwna Sarah cie­szyła się na te wszyst­kie bajery, ale teraz, kiedy mia­łam je na wycią­gnię­cie ręki, czu­łam przede wszyst­kim nie­po­kój. Jaka będzie szkoła bez moż­li­wo­ści zoba­cze­nia Alexa włó­czą­cego się po kory­ta­rzu? Jego uśmie­chu, który potra­fił mi umi­lić nawet naj­gor­szy dzień? Pod koniec zeszłego roku szkol­nego było mi naprawdę ciężko, ale te pół­tora mie­siąca minęło w oka­mgnie­niu. Nie mogłam prze­stać myśleć o tym, jak wyglą­dałby pierw­szy dzień szkoły, gdyby Alex wciąż tu był.

Po tym, jak total­nie mi odwa­liło, kiedy sie­dzia­łam na ławce z Jakiem Hob­b­sem, przy­się­głam sobie, że prze­stanę liczyć czas w odnie­sie­niu do Alexa i tego, co mogłoby być. Dobrze wie­dzia­łam, że to bez sensu. Nie­stety, moje serce miało na ten temat swoje zda­nie. Posta­no­wi­łam więc nosić bran­so­letkę z kora­li­ków. Za każ­dym razem, gdy zaczy­na­łam odpły­wać myślami do Alexa, strze­la­łam nią w nad­gar­stek dla otrzeź­wie­nia. Naj­czę­ściej dzia­łało, ale cza­sami i tak nie mogłam się poha­mo­wać. Tak czy siak, do końca dnia mój nad­gar­stek zrobi się pew­nie cały czer­wony i obo­lały.

Po kłótni z mamą o to, że nie chcę jeść śnia­da­nia, poszłam spo­tkać się z Ash w tym samym miej­scu, w któ­rym co roku, od szó­stej klasy, uma­wia­ły­śmy się pierw­szego dnia szkoły. Zwy­kle to ona cze­kała na mnie, ale gdy byłam już bli­sko celu, zda­łam sobie sprawę, że jej tam nie ma. Zatrzy­ma­łam się i spraw­dzi­łam tele­fon. Nic. Może przy­szłam tro­chę za wcze­śnie? Zaczę­łam bez­myśl­nie prze­wi­jać kon­wer­sa­cję na tele­fonie, pró­bu­jąc nie myśleć o Ale­xie. Nie udało mi się.

Alex by nas pod­rzu­cił. Poje­cha­li­by­śmy do szkoły razem. O dziwo, to była jedna z tych pro­za­icz­nych rze­czy, na które wcze­śniej się cie­szy­łam. Wszy­scy wie­dzieli, że prze­jażdżka do szkoły z przy­ja­ciółmi była lep­sza niż zasu­wa­nie na pie­chotę lub, co gor­sza, jazda szkol­nym auto­bu­sem.

Strze­li­łam bran­so­letką w nad­gar­stek.

- Hej, orient!

Głos Ash ścią­gnął mnie z powro­tem na zie­mię. Zro­biła obrót na środku ulicy, a że plisy jej kra­cia­stej spód­nicy lekko przy tym powie­wały, kie­rowca cze­ka­ją­cego na świa­tłach samo­chodu peł­nego chło­pa­ków z Saint Aedan's zatrą­bił z uzna­niem. Roze­śmia­łam się.

- Pasuje ci ta czer­wona krata - zawo­ła­łam.

- Taa, w końcu jeste­śmy na szczy­cie łań­cu­cha pokar­mo­wego - odpo­wie­działa. - No... pra­wie. Widzę, że dziś posta­wi­łaś na war­kocz. Jak z Kra­iny lodu: Elsa idzie do szkoły z inter­na­tem.

Pocią­gnę­łam za koniec swo­jego war­ko­cza i uśmiech­nę­łam się.

- Pomy­śla­łam, że przyda mi się lekka odmiana.

- Podoba mi się - rzu­ciła, gdy ruszy­ły­śmy w stronę szkoły. - Boże, już nie mogę się docze­kać, aż Mike dosta­nie wła­sny samo­chód i nie będziemy musiały zasu­wać z buta.

Wzię­łam głę­boki oddech i strze­li­łam bran­so­letką.

- Taa... będzie mega.

Mike Boyle i jego przy­ja­ciele stali na scho­dach pro­wa­dzą­cych do szkoły. Cze­kali na nas. Ash od razu popra­wił się humor. Już dawno powin­nam była przy­zwy­czaić się do tego, że roz­pro­mie­nia się na widok Mike'a. Odkąd osiem mie­sięcy temu zaczęli ze sobą ofi­cjal­nie cho­dzić, Ash coraz mniej na mnie pole­gała. Tro­chę go za to nie­na­wi­dzi­łam.

Może nie­na­wiść to złe słowo.

Trudno było nie­na­wi­dzić Mike'a Boyle'a. Serio. Był jak prze­ro­śnięty szcze­niak charta. Nie­szko­dliwy, głup­ko­waty, zło­żony prak­tycz­nie z samych koń­czyn i sta­wów. Jego mun­du­rek był w wiecz­nym nie­ła­dzie. Koszula wysta­wała ze spodni, a nie­równo zawią­zany kra­wat zwi­sał luźno na szyi. Każdy inny facet wyglą­dałby w takim zesta­wie jak łajza, ale on jakimś cudem bro­nił się w swo­jej autor­skiej sty­ló­wie - prze­ja­rany szyk w wyda­niu rodem z kato­lic­kiej szkoły. Rozu­miem, skąd mogła się wziąć siła tego wza­jem­nego przy­cią­ga­nia, ale nie przy­pusz­cza­łam, że zwią­zek Ash i Mike'a prze­trwa dłu­żej niż mie­siąc, góra dwa. Poza pożą­da­niem nie łączyło ich prak­tycz­nie nic. Jed­nak Mike naprawdę się zaan­ga­żo­wał i sta­nął na wyso­ko­ści zada­nia - wspie­rał Ash i pomógł jej prze­trwać hor­ror tego­rocz­nej wio­sny. Cho­ciażby dla­tego zasłu­żył sobie na moją przy­chyl­ność.

Buzz i Kyle - przy­ja­ciele Mike'a - stali po obu jego stro­nach, robiąc za obstawę. Wyglą­dali na bar­dziej ogar­nię­tych od niego, ale tylko tro­chę. Razem pre­zen­to­wali się więc jak elek­try­zu­jące nie­za­leżne trio pozu­jące do okładki debiu­tanc­kiego albumu: Znu­dzeni lep­szymi miej­sców­kami niż ta. Usta Mike'a wygięły się w pół­u­śmie­chu, gdy tylko zoba­czył Ash. Po chwili upu­ściła ple­cak u jego stóp i złą­czyła się z nim w dłu­gim poca­łunku - za taki warto tra­fić do kozy. Kyle, Buzz i ja odwra­ca­li­śmy wzrok tak długo, aż się od sie­bie nie odkle­ili. Następ­nie Mike chwy­cił ple­cak Ash i ruszy­li­śmy do szkoły.

- Jak tam waka­cje? Prak­tycz­nie nie widzia­łem cię od czwar­tego lipca - powie­dział Buzz, zrów­nu­jąc ze mną krok na scho­dach.

- Nuda. Strasz­nie gorąco. Dużo pra­co­wa­łam - odpo­wie­dzia­łam.

- To słabo - stwier­dził.

- Noo... w sumie tak - nie byłam mistrzy­nią gadki szmatki. Wła­śnie dla­tego tak bar­dzo lubi­łam koło teatralne. Zawsze mia­łam gotowy sce­na­riusz z wła­ści­wym tek­stem do powie­dze­nia w odpo­wied­nim momen­cie. Odkąd Ash i Mike zaczęli się spo­ty­kać, Buzz, Kyle i ja, chcąc nie chcąc, spę­dza­li­śmy ze sobą czas i ocze­ki­wano od nas, że jakoś się doga­damy. Cza­sem nawet się uda­wało, kiedy indziej było nie­zręcz­nie. Nagle uświa­do­mi­łam sobie, że powin­nam zre­wan­żo­wać się pyta­niem za pyta­nie.

- A jak twoje waka­cje?

- Zbyt krót­kie, ale poza tym cał­kiem spoko - odparł, odgar­nia­jąc włosy z oczu.

- A twoje, Kyle?

Wyglą­dał na zasko­czo­nego moim pyta­niem.

- Ja to raczej wolę sie­dzieć w domu. Lato. Cie­pło. Słońce. Nie moje kli­maty.

Na szczę­ście ode­zwał się dzwo­nek i przy­spie­szy­li­śmy. Kyle znik­nął w bocz­nym kory­ta­rzu, led­wie prze­chy­la­jąc pod­bró­dek w naszą stronę. Buzz wymam­ro­tał "nara" i ruszył jesz­cze szyb­ciej.

- To moja sala - powie­działa Ash.

Mike przy­cią­gnął ją do sie­bie na szyb­kiego buziaka.

Poma­chała do mnie.

- Widzimy się na lun­chu, Sar.

- Jasne - mruk­nę­łam, idąc dalej kory­ta­rzem.

Mike mnie dogo­nił.

- Jaka była dziś rano?

- Wyda­wała się zado­wo­lona - odpo­wie­dzia­łam.

Od ostat­niej wio­sny czu­łam się tak, jak­bym zda­wała Mike'owi jakiś "raport z samo­po­czu­cia Ash". Kiedy jedno z nas spę­dzało z nią czas, dru­gie się mel­do­wało. Coś na kształt zmiany warty.

- To dobrze. Wczo­raj wie­czo­rem, kiedy gada­li­śmy przez tele­fon, była zde­ner­wo­wana. Nie chciała iść do szkoły. Nie żebym miał jej za złe... Kto tak naprawdę chciałby tu być z wła­snej, nie­przy­mu­szo­nej woli? - powie­dział.

- W sumie racja - mruk­nę­łam i pomy­śla­łam, że ja nie mia­łam takiego wra­że­nia, roz­ma­wia­jąc z Ash. Mike zatrzy­mał się przed drzwiami do swo­jej sali. Prze­pu­ści­li­śmy kilka osób, a potem kon­ty­nu­ował:

- Wydaje mi się, że zaraz przed lun­chem będę w sali obok niej. Tam się z nią spo­tkam. Ash chce koniecz­nie zakle­pać sto­lik na dzie­dzińcu, więc jeśli będziesz tam pierw­sza, ogar­nij jakieś spoko miej­sce, okej? Na razie, Sar - powie­dział, po czym wśli­zgnął się do swo­jej sali.

Wczo­raj wie­czo­rem była zde­ner­wo­wana? Nie chciała iść do szkoły?

Nie podo­bało mi się, że Mike lepiej ode mnie wie­dział, co sie­dzi w gło­wie Ash. Ale, z dru­giej strony, czyja to była wina? Odkąd wró­ciła z Outer Banks, spę­dza­ły­śmy ze sobą nie­wiele czasu. Tak naprawdę zali­czy­ły­śmy tylko szybki wypad do Tar­getu na zakupy szkolne. Zapro­siła mnie na noco­wa­nie, ale się wykrę­ci­łam. Nie spa­łam naj­le­piej i nie chcia­łam obu­dzić się w środku nocy w domu McKen­nów. Tyle że to była tylko wymówka, podob­nie jak zasła­nia­nie się pracą w Adele's. Muszę się bar­dziej posta­rać. Być lep­szą przy­ja­ciółką.

Dzwo­nek zadzwo­nił aku­rat w momen­cie, kiedy zna­la­złam się przy scho­dach. Moja pierw­sza lek­cja odby­wała się chyba naj­da­lej od wej­ścia do budynku, jak to tylko było moż­liwe. Zaczę­łam więc biec po scho­dach jak reszta spóź­nial­skich. Jestem pewna, że dzwo­nek został stwo­rzony tylko po to, żeby dyrek­cja szkoły mogła napa­wać się naszym popło­chem. Bie­ga­niem jak myszy po klatce. Gdy zna­la­złam się u szczytu scho­dów, ktoś bie­gnący za mną nagle przy­spie­szył i wal­nął w mój ple­cak, wysy­ła­jąc w powie­trze bidon z wodą, który mia­łam wepchnięty do bocz­nej kie­szeni. Pojem­nik prze­to­czył się po kory­ta­rzu i wylą­do­wał w jed­nej z sal lek­cyj­nych.

- Wiel­kie dzięki! - zawo­ła­łam.

Pode­szłam do drzwi, za któ­rymi znik­nął bidon. Mój fio­le­towy camel­bak leżał jakiś metr od wej­ścia. W głębi sali. Świet­nie. Po pro­stu świet­nie. Pan Rutledge, nauczy­ciel lite­ra­tury i opie­kun koła teatral­nego, zaczął już lek­cję. Gdy zakra­dłam się do środka, aku­rat był zajęty pisa­niem cze­goś na tablicy. Sku­li­łam się. Robi­łam, co mogłam, żeby mnie nie zauwa­żył. Prze­mknę­łam tak aż do bidonu. Uklę­kłam, żeby go pod­nieść.

- Nawod­nie­nie jest aż tak ważne, że warto spóź­nić się dla niego na pierw­sze zaję­cia, panno Walsh? - zażar­to­wał pan Rutledge, nie prze­ry­wa­jąc pisa­nia. Nie naj­lep­szy począ­tek nowego roku szkol­nego.

- Eee... tak - odpar­łam, chwy­ta­jąc bidon z wodą za uchwyt. Kiedy wsta­łam, mój wzrok padł na Jake'a Hob­bsa, który z pierw­szej ławki wpa­try­wał się we mnie wyraź­nie roz­ba­wiony.

Wymam­ro­ta­łam "hej" na bez­de­chu i wybie­głam z sali, pró­bu­jąc zigno­ro­wać przy­pływ cie­pła w klatce pier­sio­wej, który wywo­łało spo­tka­nie naszych oczu. Taki sam jak wtedy w parku. Na ławce Alexa.

Nie wspo­mnia­łam Ash o tam­tym dniu. O ławce. Głów­nie dla­tego, że nie lubi­łam poru­szać przy niej tematu Alexa. Jed­nak ponowne spo­tka­nie Jake'a uświa­do­miło mi, że byłam nie­chętna do roz­mowy na ten temat nie tylko z powodu jej brata. Cho­dziło o coś wię­cej. O to, co czu­łam, gdy myśla­łam o Jake'u. Te wytrą­ca­jące z rów­no­wagi bum, które ude­rzyło mnie nie wia­domo skąd, kiedy sie­dzie­li­śmy na ławce. Kiedy mnie pocie­szał. Jake nie wygła­szał mi kazań, że powin­nam iść naprzód i korzy­stać z życia. Pozwo­lił mi się wypła­kać. Spra­wił, że się uśmiech­nę­łam. Przez uła­mek sekundy czu­łam radość w miej­scu, w któ­rym wyda­wa­łoby się, że za nic nie mogła­bym jej doświad­czyć. Odizo­lo­wa­łam się, zamknę­łam na świat do tego stop­nia, że gdy tylko ktoś mnie dostrzegł, tak naprawdę poczu­łam się obez­wład­niona.

Tak, to na pewno dla­tego tam­tego dnia prze­szło mi przez myśl:

A może by go poca­ło­wać?

Teraz, gdy dotar­łam wresz­cie na swoje pierw­sze zaję­cia, ta myśl ponow­nie zaczęła zaprzą­tać mi głowę. Przy­po­mnia­łam sobie cie­pło jego ramion, gdy mnie nimi ota­czał. Spoj­rze­nie pełne tro­ski. Takie opie­kuń­cze. Świeży zapach jego baweł­nia­nej koszulki, którą uba­bra­łam glu­tami i tuszem do rzęs. Do tego wyda­wał się tym zupeł­nie nie przej­mo­wać. Jakby mu to nie prze­szka­dzało.

Nie, to po pro­stu prze­miesz­cze­nie. Taki mecha­nizm obronny. Tęsk­ni­łam za Ale­xem, to wszystko.

Jake był jego naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Nic nie ma prawa się wyda­rzyć.

I czym­kol­wiek było to bum, jakoś sobie z nim pora­dzę.