Sól po umarłych - Przemytniczka kradnie relikwię bogini morza. Ocali brata tylko wtedy, gdy nie pozwoli jej zmartwychwstać - Dorian Vale

Kup ebooka

29.99 zł

-
Proszę czekać
INTRO - Sól po umarłych - Przemytniczka kradnie relikwię bogini morza. Ocali brata tylko wtedy, gdy nie pozwoli jej zmartwychwstać.INTROMartwi zawsze zostawiali po sobie sól. Nie tę zwyczajną, białą i tanią, którą sprzedawano na nabrzeżu w płóciennych workach. Sól po umarłych była szara, ciężka i gorzka jak krew przygryzionej wargi. Osadzała się na kamieniu tam, gdzie morze zabrało człowieka i nie oddało go od razu. Kapłani zbierali ją srebrnymi łopatkami, zamykali w glinianych fiolkach i powtarzali, że należy do Maereth. Sera Venn wiedziała tylko tyle, że tej nocy sól po umarłych miała doprowadzić ją do relikwii wartej więcej niż wszystkie towary, które przemyciła przez Zatokę Varda przez ostatnie sześć lat. I że jeśli zawiedzie, jej brat nie doczeka następnego przypływu. Leżała płasko na mokrym dachu magazynu świątynnego i obserwowała dwóch strażników przechodzących poniżej. Deszcz nie padał, ale powietrze było tak pełne wilgoci, że włosy przykleiły jej się do karku. Nad portem wisiała mgła, a latarnie na falochronie wyglądały jak rozmazane plamy bursztynu. Za murem świątyni morze cofnęło się dalej niż zwykle. Martwy odpływ zdarzał się dwa razy do roku i trwał krócej niż godzinę. Sera miała dwadzieścia trzy minuty. Kiedy strażnicy zniknęli za rogiem, wsunęła nóż pod ołowianą spinkę przy oknie i nacisnęła. Metal ustąpił bez trzasku. Znała ten rodzaj zamków. Świątynia kupowała je od tego samego cechu, któremu jej ludzie sprzedawali kradzione miedziaki z królewskich okrętów. Wsunęła się do środka. Pomieszczenie pachniało olejem, mokrym drewnem i kadzidłem. Na półkach stały beczki z żywicą, skrzynie świec i płócienne worki oznaczone znakiem trzech fal. Sera minęła je bez zainteresowania. Dzisiaj nie przyszła po rzeczy, które można było sprzedać. Przyszła po cud. A przynajmniej po coś, co za cud uznawał stary medyk z Ulicy Lin. Miran od dziewięciu dni kaszlał wodą. Nie śliną. Nie krwią. Wodą, zimną i słoną, choć od miesiąca nie zbliżał się do morza. Każdego ranka Sera zmieniała pościel, suszyła materac przy piecu i słuchała, jak brat zapewnia ją, że czuje się lepiej. Każdego wieczoru jego oddech stawał się płytszy. Medyk nie potrafił go wyleczyć. Kapłani nie chcieli go dotknąć. - Został wezwany - powiedział najstarszy z nich. - Morze upomina się o dług. Sera odpowiedziała mu wtedy, gdzie może sobie ten dług wsadzić. Dziś zamierzała ukraść bogini narzędzie do jego egzekucji. Pod magazynem znajdowało się zejście do starego sanktuarium, zalewanego przez wodę przy każdym normalnym przypływie. Według planu, który kupiła od pijanego kamieniarza, schody zaczynały się za trzecią beczką od północnej ściany. Beczka była pełna oleju i cięższa, niż zakładała. Przesunęła ją o pół dłoni, potem o następną, zaciskając zęby, aż zobaczyła żelazny pierścień w podłodze. Pod klapą czekał chłód. Sera zapaliła małą lampę z zasłoną i zeszła. Na kamiennych stopniach pojawiła się pierwsza szara sól. Nie dotykaj jej gołą skórą, ostrzegał medyk. Nie dlatego, że parzy. Dlatego, że pamięta. Sera parsknęła cicho na wspomnienie tych słów. Ludzie przypisywali pamięć wszystkim rzeczom, których się bali. Morzu. Kamieniom. Zwłokom. Bogom. Mimo to naciągnęła rękawiczki. Schody kończyły się w wąskim korytarzu, którego ściany lśniły od wilgoci. Woda sięgała jej do kostek. Każdy krok rozchodził się echem, a pod podeszwami chrzęściła sól. Znak Maereth - otwarte oko przecięte falą - powtarzał się na kamiennych płytach co kilka kroków. Sera liczyła zakręty. Jeden. Dwa. Trzy. Za trzecim korytarz rozszerzył się w okrągłą komnatę. Relikwia znajdowała się dokładnie tam, gdzie powinna. Spoczywała na czarnym postumencie pośrodku sali, zamknięta w klatce z białej kości. Była mniejsza, niż Sera sobie wyobrażała. Ciemny kryształ wielkości końcówki kciuka, matowy i pozornie martwy. Z daleka wyglądał jak kawałek szkła znaleziony na plaży. A jednak woda wokół postumentu nie poruszała się zgodnie z ruchem jej butów. Płynęła ku niemu. Sera podeszła bliżej. Na krawędzi postumentu ktoś wyrył słowa w starym języku portowych świątyń. Nie znała go dobrze, ale trzy znaki rozpoznała bez trudu. IMIĘ. KREW. POWRÓT. - Oczywiście - mruknęła. - Nigdy nie może być po prostu "nie dotykać". Wyjęła z torby szczypce obłożone skórą rekina. Medyk twierdził, że nie wolno chwytać relikwii metalem. Kamieniarz twierdził, że klatkę można otworzyć po przekręceniu dwóch kościanych żeber jednocześnie. Sera nie ufała żadnemu z nich, ale nie miała lepszego planu. Pierwsze żebro drgnęło. Drugie stawiło opór. Nad jej głową coś zadudniło. Nie strażnicy. Morze. Sera spojrzała na wodę pod stopami. Poziom był taki sam, lecz powierzchnia zadrżała jak skóra zwierzęcia wyczuwającego nóż. Przekręciła mocniej. Kość kliknęła. Klatka rozsunęła się. W tej samej chwili lampa zgasła. Ciemność nie była całkowita. Relikwia zapłonęła słabym, zielonkawym światłem, a Sera zobaczyła, że szara sól na podłodze układa się w cienkie linie prowadzące od ścian ku postumentowi. Setki drobnych strużek. Jak żyły. Wszystkie drżały. Sera wyciągnęła szczypce. Kryształ był lodowaty nawet przez skórzane okładziny. Gdy uniosła go z gniazda, woda w komnacie opadła nagle o kilka palców. A potem ktoś zaczerpnął oddech tuż za jej plecami. Sera odwróciła się z nożem w dłoni. Przy ścianie stał mężczyzna. Nie było go tam wcześniej. Miał na sobie ceremonialną szatę kapłana, ciężką od wody, chociaż poziom sięgał zaledwie kostek. Jego skóra była biała i napęczniała. Z ust wysypywała się szara sól. Sera nie potrzebowała światła, żeby zrozumieć, że patrzy na trupa. Mężczyzna uniósł głowę. Oczy miał otwarte. - Oddaj - powiedział. Głos zabrzmiał mokro, jakby każde słowo przechodziło przez zalane płuca. Sera cofnęła się o krok. - Nie. Martwy kapłan przekrzywił głowę. I wtedy odezwał się głosem Mirana. - Sero. Nóż omal nie wypadł jej z dłoni. To było niemożliwe. Miran leżał w wynajętym pokoju trzy ulice od portu, zbyt słaby, by sam dojść do stołu. A jednak trup znał sposób, w jaki brat wymawiał jej imię. Z tym samym urwanym oddechem po pierwszej sylabie. - Sero, nie zabieraj jej. Ściany zadrżały. Tym razem nie było wątpliwości. Morze wracało. Sera zacisnęła szczypce na relikwii i wsunęła ją do ołowianego pudełka przy pasie. Martwy kapłan uśmiechnął się ustami pełnymi soli. - Teraz ona wie, jak masz na imię. Sera zatrzasnęła pudełko. Gdzieś w ciemności, głęboko pod kamieniem, coś ogromnego otworzyło oczy.
Rozdział 1 - Dług morza - Sól po umarłych - Przemytniczka kradnie relikwię bogini morza. Ocali brata tylko wtedy, gdy nie pozwoli jej zmartwychwstać.Rozdział 1 - Dług morzaSera wróciła na Ulicę Lin przed świtem, mokra do kolan i z cudzym głosem w głowie. Nie pamiętała połowy drogi ze świątyni. Pamiętała wodę wpadającą do podziemnego korytarza szybciej, niż człowiek potrafił biec, pamiętała dłonie ślizgające się po mokrych stopniach i pierwszy dzwon alarmowy, gdy przeskakiwała z magazynowego dachu na sąsiednią kamienicę. Pamiętała też kapłana. Martwego od tak dawna, że jego twarz powinna już należeć do mułu, a jednak stojącego prosto i mówiącego głosem Mirana. Teraz ona wie, jak masz na imię. Tego nie potrafiła wyrzucić z pamięci. Ołowiane pudełko wiszące przy jej pasie wydawało się cięższe z każdą przecznicą. Kilka razy Sera sprawdzała zapięcie, choć sama zamknęła je na dwa haczyki i owinęła skórzanym paskiem. Kryształ pozostawał niewidoczny. Mimo to miała wrażenie, że czuje przez metal jego zimno. Ulica Lin należała do tej części Vardy, której straż miejska przypominała sobie o istnieniu wyłącznie wtedy, gdy trzeba było zebrać podatki albo znaleźć winnego czegoś, co wydarzyło się gdzie indziej. Kamienice stały tu tak blisko siebie, że sąsiedzi mogli podawać sobie kubki przez okna. W rynsztokach płynęła czarna woda z farbiarni. Między dachami wisiały sznury z praniem, sieciami i suszonymi rybami, a zapach portu mieszał się z dymem, octem i wilgocią starych murów. Sera weszła do domu od podwórza. Otworzyła tylne drzwi kawałkiem drutu, bo właściciel kamienicy wymieniał zamki częściej, niż naprawiał schody. Na drugim piętrze zatrzymała się przed ich pokojem. W środku było cicho. Za cicho. Otworzyła drzwi. Miran leżał na boku, z twarzą zwróconą do ściany. Koc zsunął się do połowy jego ciała. Na podłodze stała misa, którą Sera zostawiła pustą. Teraz była pełna wody. Nie do końca pełna. Do dwóch trzecich. Tyle, ile Miran mógł wykaszleć przez kilka godzin. Sera zamknęła drzwi, podeszła do łóżka i położyła dwa palce na szyi brata. Puls był szybki, ale wyraźny. - Miran. Poruszył się. - Wróciłaś. Głos miał zachrypnięty. Sera dopiero wtedy wypuściła powietrze. - Mówiłam, żebyś nie umierał, kiedy mnie nie ma. - Starałem się. Odwrócił się powoli. Był od niej cztery lata młodszy, ale przez ostatni tydzień postarzał się bardziej niż przez poprzednich dziewiętnaście lat. Policzki miał zapadnięte, pod oczami ciemne cienie, usta popękane. Wilgoć przykleiła mu koszulę do piersi. Jego spojrzenie spoczęło na jej ubraniu. - Byłaś tam? - Nie. - Masz na rękawie znak świątynnego magazynu. Sera spojrzała na rozerwane miejsce przy łokciu. Na materiale rzeczywiście został ślad białej farby z framugi. - Przechodziłam obok bardzo energicznie. Miran spróbował się uśmiechnąć, ale natychmiast zaczął kaszleć. Sera chwyciła misę. Pierwszy skurcz był suchy. Drugi również. Przy trzecim Miran pochylił się gwałtownie i z jego ust popłynęła woda. Nie dużo. Może pół kubka. Spadła do misy z odgłosem, którego Sera nienawidziła bardziej każdego dnia. Miran oparł łokcie o kolana. - To jest coraz bardziej obrzydliwe. - I dlatego zawsze mówiłam, żebyś wybrał uczciwą pracę. - Pracuję przy księgach. - Dokładnie. Obrzydliwe. Tym razem udało mu się uśmiechnąć. Sera postawiła misę na podłodze i dopiero wtedy zauważyła, że powierzchnia wody drży. Nie od ruchu. Miran siedział nieruchomo. Misa również. A woda układała się w delikatne kręgi, wszystkie skierowane ku jej biodru. Ku ołowianemu pudełku. Sera zamarła. - Co? - zapytał Miran. - Nic. - Sera. Nie odpowiedziała. Zdjęła płaszcz, odpięła pas i położyła pudełko na stole. Kręgi w misie zmieniły kierunek. Miran zauważył to natychmiast. - Co przyniosłaś? - Lek. - Lek nie sprawia, że woda próbuje do niego podejść. - To bardziej specjalistyczny lek. - Ukradłaś coś. - Obraża mnie twoje zdziwienie. Podszedłby do stołu, gdyby miał siłę. Sera widziała to w sposobie, w jaki przeniósł ciężar ciała. Podniosła rękę. - Zostań. - Co to jest? - Jeszcze nie wiem. Miran popatrzył na nią długo. - I to ma mnie wyleczyć? - Człowiek, który powiedział mi, gdzie tego szukać, twierdzi, że może. - "Może" to nie brzmi jak coś wartego włamania do świątyni. - Kiedy alternatywą jest patrzenie, jak mój brat topi się w łóżku, "może" brzmi wystarczająco dobrze. Miran spuścił wzrok. Sera natychmiast pożałowała ostrości swoich słów, lecz nie cofnęła ich. Od dziewięciu dni rozmawiali wokół prawdy, nazywając ją gorączką, chorobą, przekleństwem albo problemem. Żadne z tych słów nie zmieniało faktu, że Miran słabł. Do drzwi zapukano trzy razy, przerwa, potem dwa. Sera wyjęła nóż. - To ja - odezwał się zza drzwi znajomy głos. - A jeśli zamierzasz mnie dźgnąć, rób to po badaniu. Nie lubię umierać przed wykonaniem pracy. Sera otworzyła. Iven Rusk wszedł bez czekania na zaproszenie. Był niskim mężczyzną po pięćdziesiątce, z dłonią lewej ręki stale zabarwioną na brunatno od ziół i odczynników. Leczył marynarzy, robotników portowych, przemytników oraz ludzi, którzy nie chcieli odpowiadać na pytanie, skąd w ich boku wziął się grot kuszy. Nie posiadał oficjalnej pieczęci uzdrowiciela, co Sera uważała za jego największą zaletę. Zdjął mokry kapelusz. - Przyniosłaś? Sera wskazała stół. Iven zobaczył ołowiane pudełko i zatrzymał się. - Miałaś zabrać fragment. - Nie było fragmentu. - Miałaś znaleźć odłamek relikwii. - Była jedna. - Sera... - I była mała. - Mała trucizna nadal jest trucizną. - Chcesz mnie teraz pouczać czy ratować Mirana? Iven zacisnął szczękę. Podszedł do brata i zbadał jego oczy, język, puls oraz oddech. Następnie zanurzył cienki pasek czerwonego papieru w wodzie z misy. Papier poczerniał w sekundę. Medyk zaklął. - Co? - zapytała Sera. - Wczoraj potrzebował trzech oddechów, żeby zmienić kolor. Miran oparł głowę o ścianę. - Czy to znaczy, że umieram szybciej? - To znaczy, że nie powinieneś zadawać pytań, na które nie chcesz znać odpowiedzi. - Czyli tak. Iven odwrócił się do Sery. - Otwórz pudełko. - Powiedziałeś, żebym nie dotykała relikwii bez ochrony. - Nie będziesz dotykać. Wyjął z torby płaskie naczynie z ciemnego szkła i rozsypał na nim zwykłą sól kuchenną. Potem polecił Serze postawić pudełko pośrodku. - To coś da? - Jeśli nic nie da, przynajmniej będziemy mieli przyprawę do śniadania. Sera otworzyła pierwszy haczyk. Woda w misie zadrżała. Drugi. Miran nagle wciągnął powietrze. - Zimno. Sera zatrzymała rękę. - Gdzie? - W środku. - Zamknąć? - Nie. Iven spojrzał na niego ostro. - Nie jesteś w tej chwili najlepszym sędzią. - Powiedziałem: nie. Sera uniosła wieko. Ciemny kryształ spoczywał na kawałku skóry. Zielonkawe światło, które widziała w sanktuarium, zniknęło. Relikwia była matowa, niemal czarna. Sól rozsypana na naczyniu natychmiast poszarzała. Iven odsunął się tak gwałtownie, że uderzył biodrem o krzesło. - Zamknij. - Jeszcze nic nie zrobiłeś. - Zamknij to. - Iven. - To nie jest odłamek uzdrawiający. - Co to jest? Nie odpowiedział. Miran znowu zaczął kaszleć. Tym razem nie wypłynęła woda. Z jego ust wysypało się kilka ziaren szarej soli. W pokoju zapadła cisza. Sera poczuła, jak całe ciało napina się przed czymś, czego jeszcze nie rozumiała. Miran przesunął językiem po dolnej wardze i spojrzał na palce, którymi starł z brody sól. - Czy to lepiej niż woda? Iven nie wyglądał, jakby uważał to za poprawę. - Gdzie dokładnie to znalazłaś? - Pod świątynią Maereth. - To wiem. Gdzie? - W starej komnacie pod magazynem. W kościanej klatce. - Była zalewana? - Tak. - A klatka? - Stała nad wodą. - Napisy? Sera zawahała się. - Imię. Krew. Powrót. Iven zamknął oczy. - Świetnie. - To był sarkazm? - Nie, jestem zachwycony. Zawsze chciałem dożyć dnia, kiedy ktoś przyniesie mi do mieszkania jedną z rzeczy, przez które dawniej palono całe porty. Miran spojrzał na siostrę. - Mówiłaś, że to lek. - Iven mówił, że relikwie Maereth potrafią wyciągnąć wezwanie z krwi. - Nie ta - powiedział medyk. - Skąd wiesz? Iven wskazał poszarzałą sól. - Bo to nie relikwia uzdrawiająca. To kotwica. Sera milczała. - Kotwica czego? - Nie wiem. - Wiesz. - Wiem, co mówiły teksty, które widziałem trzydzieści lat temu. To nie to samo co wiedza. - Mów. Iven westchnął. - Najstarszy kult Maereth nie wierzył, że bogini umarła tak, jak umiera człowiek. Uważali, że została rozdzielona. Imię, głos, krew i ciało. Pewne przedmioty miały utrzymywać te części osobno. Miran spojrzał na kryształ. - Czyli ukradła fragment martwej bogini? - Nie. Prawdopodobnie ukradła zamek w drzwiach, za którymi coś z niej zostało. Sera poczuła zimno w żołądku. - Powiedziałeś, że nie wiesz. - Nie wiem, czy opowieści są prawdziwe. - Trup w sanktuarium mówił głosem Mirana. Iven znieruchomiał. Miran spojrzał na nią. - Co? Sera nie chciała mu o tym mówić. Nie dlatego, że bała się jego reakcji. Bała się wypowiedzieć te słowa ponownie. - Był tam kapłan. - Żywy? - Nie. - Jak bardzo nie? - Wystarczająco. Iven podszedł bliżej. - Co powiedział? Sera patrzyła na relikwię. - Kazał ją oddać. Potem powiedział moje imię głosem Mirana. - Co jeszcze? - Że ona już wie, jak mam na imię. Medyk pobladł. - Zamknij pudełko. Sera zrobiła to tym razem bez protestu. Gdy wieko opadło, Miran zachłysnął się. Złapał się za gardło i zgiął wpół. Woda wypłynęła z jego ust gwałtownym strumieniem. Sera rzuciła się do niego. - Otwórz! - wykrztusił. - Co? - Pudełko! Iven krzyknął, żeby tego nie robiła, ale Sera już była przy stole. Otworzyła wieko. Kaszel Mirana ustał. Nie stopniowo. Natychmiast. Oddychał ciężko, lecz po raz pierwszy od wielu dni jego płuca nie bulgotały. Sera i Iven spojrzeli na siebie. Medyk przestał wyglądać jak człowiek, który ma odpowiedzi. - Ona go czuje - powiedział cicho. - Kto? Iven nie odpowiedział. Na podwórzu rozległ się dźwięk dzwonu. Jeden długi ton. Potem drugi. Sera podeszła do okna. Na końcu Ulicy Lin pojawiło się sześciu ludzi w białych płaszczach. Kapłani Maereth. Towarzyszyło im czterech strażników miejskich. - Szybko - powiedziała. Iven wyjrzał przez szczelinę zasłony. - Jak szybko odkryli kradzież? - Alarm zaczął się, zanim wyszłam z dzielnicy świątynnej. - Nie pytam o alarm. Pytam, skąd wiedzą, gdzie szukać. Sera spojrzała na relikwię. Wiedziała. Albo przynajmniej domyślała się. Nie szukali jej. Podążali za czymś. Za kryształem. Za Miranem. A może za imieniem, które usłyszało morze. Sera zamknęła pudełko tylko na jeden haczyk. - Miran, ubieraj się. - Ledwo stoję. - Więc dzisiaj nauczysz się uciekać na siedząco. Iven chwycił ją za nadgarstek. - Dokąd? - Tam, gdzie kapłani nie mają prawa wejść. - Takiego miejsca w Vardzie nie ma. - Jest. - Sera... - Stare Doky. Iven skrzywił się. - To nie jest miejsce, gdzie kapłani nie mają prawa wejść. To miejsce, gdzie rozsądni ludzie nie chcą wejść. - Tym lepiej. Na dole ktoś uderzył pięścią w drzwi kamienicy. Raz. Drugi. Sera pomogła Miranowi włożyć buty. - Co zabieramy? - zapytał. Rozejrzała się po pokoju, który przez cztery lata był najbliższą rzeczą przypominającą dom. Skrzynia z ubraniami. Jej narzędzia. Trzy książki Mirana. Pęknięty kubek po matce. Dwie srebrne monety schowane pod deską podłogi. Sieć, którą kiedyś łatał ojciec. Kolejne uderzenie w drzwi. Nie mogli zabrać życia. Tylko to, co pozwoli im przeżyć następne kilka godzin. Sera wzięła pieniądze, nóż, torbę Ivena oraz ołowiane pudełko. - Nic więcej. Miran spojrzał na swoje książki. Nie zaprotestował. Wyszli przez okno.
Rozdział 2 - Miasto bez odpływu - Sól po umarłych - Przemytniczka kradnie relikwię bogini morza. Ocali brata tylko wtedy, gdy nie pozwoli jej zmartwychwstać.Rozdział 2 - Miasto bez odpływuNajbezpieczniejsza droga do Starych Doków prowadziła przez kanały ściekowe. Najrozsądniejsza - w ogóle tam nie prowadziła. Sera wybrała pierwszą. Miran nie był zachwycony. - Kiedy wyzdrowieję - powiedział, opierając się o jej ramię - zamierzam znaleźć sobie siostrę z mniej interesującym zawodem. - Powodzenia. Podobno piekarze dobrze płacą za rodzeństwo. - Piekarz nie prowadziłby mnie przez kanał pełen cudzych odchodów. - Piekarz nie przeżyłby jednego dnia z tobą. Iven szedł za nimi, trzymając lampę możliwie wysoko. Tunel był niski, wykładany cegłą i starszy od większości budynków nad ich głowami. Brudna woda sięgała Serze do połowy łydki. W pewnych miejscach nurt przyspieszał, gdy z bocznych kanałów spływała zawartość porannych rynsztoków. Miran poruszał się coraz wolniej. Sera czuła jego ciężar. Relikwia znajdowała się w torbie przewieszonej przez jej pierś. Pudełko pozostawało częściowo otwarte. Wystarczyła wąska szczelina. Gdy zamykała je całkowicie, Miran zaczynał kaszleć w ciągu kilkunastu oddechów. Gdy otwierała wieko, objawy słabły. Nie podobała jej się zależność, która powstawała między bratem a przedmiotem. Jeszcze mniej podobało jej się to, że Iven od dłuższego czasu milczał. - Co przede mną ukrywasz? - zapytała. - W tej chwili? Głównie fakt, że chyba wdepnąłem w coś, czego nie chcę identyfikować. - O relikwii. - Nie wiem wystarczająco dużo. - Nigdy wcześniej nie przeszkadzało ci to mówić. Miran prychnął. Iven zatrzymał się. - Dobrze. Chcesz wiedzieć? Istnieje kilka wersji historii o śmierci Maereth. Ta, której uczą dziś kapłani, mówi, że bogini oddała swoje życie, żeby uspokoić Pierwszy Sztorm i dać ludziom wybrzeże. Piękna opowieść. Dobra dla dzieci i pielgrzymów. - A brzydsza? - zapytała Sera. - Brzydsza mówi, że nie oddała niczego. Została zabita. Miran podniósł głowę. - Boga można zabić? - Jeśli nie, mamy bardzo wiele świątyń ku czci czegoś, co przez dziewięćset lat nie raczyło się odezwać. - W sanktuarium coś się odezwało - powiedziała Sera. Iven skinął głową. - Właśnie dlatego wolałem wersję, w której opowieści były tylko opowieściami. Ruszyli dalej. - Kto ją zabił? - zapytał Miran. - Według najstarszych zapisów? Jej własni kapłani. Sera spojrzała przez ramię. - Dlaczego? - Bo bogowie, których wielbią ludzie, nie zawsze odwzajemniają uprzejmość. Iven mówił ciszej niż zwykle. Jakby nawet tutaj nie chciał wypowiadać niektórych słów zbyt głośno. - Maereth była boginią morza, ale morze dla dawnych ludzi nie oznaczało tylko ryb, handlu i żeglugi. Morze zabierało. Każdy sztorm, każdy przypływ, każda śmierć w wodzie należała do niej. Kiedy wybrzeże zaczęło się rozwijać, kiedy porty rosły, a statki pływały dalej, liczba ofiar rosła razem z nimi. Kapłani próbowali ją przebłagać. Potem próbowali ją ograniczyć. W końcu, jeśli wierzyć tekstom, postanowili ją rozdzielić. - Imię, krew, głos i ciało - powiedziała Sera. - Tak. - A to? - dotknęła torby. - Może być jednym z przedmiotów, które utrzymują podział. - Którym? - Nie wiem. - Zgadnij. - Nie. - Iven. - Nie będę zgadywał w sprawie rzeczy, która może obudzić martwą boginię. - To wyjątkowo późny moment na ostrożność. Miran kaszlnął. Nie pojawiła się woda. Pojawiło się jednak coś innego. Głos. Nie słowo. Raczej dźwięk wydobywający się z jego gardła jednocześnie z kaszlem. Niski, przeciągły ton, zupełnie niepodobny do ludzkiego głosu. Sera zatrzymała się. - Miran? Brat zakrył usta dłonią. - To nie ja. W tunelu odpowiedziało echo. Tylko że powtórzenie przyszło z niewłaściwego kierunku. Nie zza ich pleców. Sprzed nich. Ten sam niski ton zabrzmiał gdzieś w ciemności. Iven zgasił lampę. Sera natychmiast wyciągnęła nóż. Przez kilka sekund słyszeli tylko wodę. Potem chlupot. Powolny. Regularny. Ktoś szedł tunelem w ich stronę. Sera znała kanały wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że kilkanaście kroków dalej znajdowała się wnęka serwisowa. Pociągnęła Mirana za rękę i poprowadziła go w ciemność. Iven ruszył za nimi. Wcisnęli się między mur a stary mechanizm zasuwy. Sera zasłoniła dłonią usta brata. Czuła jego gorący oddech. Chlupot był coraz bliżej. Postać pojawiła się z ciemności. Najpierw Sera zobaczyła zarys głowy. Potem ramiona. Mężczyzna szedł boso. Miał na sobie koszulę portowego robotnika, rozdartą na piersi. Jedna ręka zwisała pod nienaturalnym kątem. Gdy znalazł się kilka kroków od nich, Sera poczuła zapach. Zgnilizna. Miran zesztywniał. Mężczyzna zatrzymał się. Powoli odwrócił głowę ku wnęce. Nie miał połowy twarzy. Sera rozpoznała go. Nie znała jego imienia, ale widziała ciało trzy dni wcześniej. Wyciągnięto je z basenu portowego przy nabrzeżu farbiarzy. Upadek z masztu. Martwy przed wejściem do wody. Teraz stał w kanale. Z jego ust wysypywała się szara sól. Sera ścisnęła nóż. Trup otworzył usta. - Sera Venn. Usłyszenie własnego imienia z gardła martwego człowieka okazało się gorsze niż pierwszy raz. Nie dlatego, że było straszniejsze. Dlatego, że potwierdzało regułę. Coś rzeczywiście je znało. Martwy zrobił krok w stronę wnęki. Iven chwycił garść brudnej wody z kanału i cisnął nią w przeciwną stronę. Plusk odbił się od ściany. Trup odwrócił głowę. Sera wykorzystała sekundę. Wyszła z kryjówki i uderzyła go rękojeścią noża w skroń. Cios, który powinien powalić żywego człowieka, jedynie przechylił głowę trupa. Mężczyzna odwrócił się ku niej i chwycił ją za nadgarstek. Jego dłoń była zimna. Nie chłodna. Lodowata. Sera uderzyła go kolanem w brzuch. Żadnej reakcji. Spróbowała wyrwać rękę. Palce zacisnęły się mocniej. - Relikwia! - krzyknął Iven. - Co z nią? - Zamknij ją! - Miran się udusi! - Zamknij! Sera wolną ręką dopadła torby i zatrzasnęła wieko ołowianego pudełka. Trup natychmiast puścił jej rękę. Zachwiał się. Miran upadł na kolana i zaczął kaszleć. Martwy robotnik otworzył usta. Szara sól wysypała się na wodę. - Otwórz - powiedział. Nie głosem Mirana. Kobiecym. Spokojnym. Pięknym. Sera poczuła, jak włosy na karku unoszą się pod wilgotnym kołnierzem. Trup ruszył na nią ponownie. Tym razem Sera nie próbowała go przewrócić. Cofnęła się do zasuwy. Mechanizm od lat nie służył do niczego poza blokowaniem bocznego kanału, ale żelazna dźwignia wciąż tkwiła w prowadnicy. Szarpnęła. Ani drgnęła. Trup był trzy kroki od niej. Sera oparła stopę o mur i pociągnęła całym ciężarem. Rdza pękła. Zasuwa uniosła się o kilka palców. Strumień wody uderzył z bocznego tunelu w nogi martwego człowieka. Zachwiał się. Sera pociągnęła ponownie. Prześwit powiększył się. Woda wystrzeliła z taką siłą, że przewróciła trupa i poniosła go kilka metrów kanałem. - Biegnijcie! - krzyknęła. Iven podniósł Mirana. Sera ruszyła za nimi. Za plecami słyszała szuranie paznokci po cegłach. Nie oglądała się. Dopiero gdy znaleźli się za dwoma zakrętami, ponownie uchyliła pudełko. Miran natychmiast zaczerpnął powietrza. - Następnym razem - powiedział między kaszlnięciami - uprzedź. - Następnym razem sam walcz z trupem. - Umowa. Iven miał minę człowieka, który właśnie otrzymał odpowiedź na pytanie i bardzo tego żałował. - Co? - zapytała Sera. - On przestał cię widzieć, kiedy zamknęłaś relikwię. - Nie przestał. Zaatakował. - Przed zamknięciem szedł prosto do niej. Potem reagował na ciebie. Sera spojrzała na torbę. - Czyli można ją wyczuć. - Tak. - Przez martwych? - Najwyraźniej. - A przez kapłanów? Iven skrzywił się. - Jeśli zachowali choć część dawnej wiedzy, prawdopodobnie również. To wyjaśniało ludzi na Ulicy Lin. Nie tropili Sery. Nie potrzebowali tropu. Relikwia była latarnią. A ona nosiła ją przez pół miasta. Stare Doki zaczynały się tam, gdzie kanał rozszerzał się pod ruinami południowego muru. Dawniej istniała tu pierwsza przystań Vardy. Potem port przesunięto na północ, zbudowano kamienne baseny i latarnie, a stare magazyny pozostawiono rybakom bez licencji, handlarzom zakazanym towarem oraz ludziom, którym zależało, żeby straż miejska nie pamiętała ich nazwisk. Sera wyszła z kanału przez żelazną kratę ukrytą pod pomostem. Powietrze na zewnątrz powinno smakować lepiej. Nie smakowało. Morze pachniało inaczej. Zwykle Stare Doki śmierdziały glonami, smołą i rybami. Teraz dominował zapach mokrego kamienia, choć od kilku godzin nie padało. Sera spojrzała na wodę. Zmarszczyła brwi. - Iven. Medyk również patrzył. Miran oparł się o słup pomostu. - Co się stało? - Przypływ - powiedziała Sera. - Co z nim? - Powinien być wyżej. Woda znajdowała się niemal metr poniżej zwykłego poziomu. Pale pomostów odsłaniały mokre, czarne powierzchnie porośnięte muszlami. Małe łodzie opierały się o dno przy brzegu. Martwy odpływ powinien był skończyć się dawno temu. Morze jednak nie wróciło. - Czy to przez nią? - Miran wskazał torbę. - Nie - powiedział Iven. Zabrzmiało to zbyt szybko. Sera spojrzała na niego. - Skąd wiesz? - Nie wiem. - Właśnie. Ruszyli pomostem. Na końcu stał duży magazyn z czerwonymi drzwiami. Kiedyś przechowywano w nim liny okrętowe. Teraz należał do Yary Pell, która przedstawiała się jako handlarka przyprawami, choć większość jej przypraw miała dziwną tendencję do przybywania bez dokumentów celnych. Sera zapukała cztery razy. Drzwi otworzył mężczyzna z kuszą. - Nie handlujemy przed południem. - Powiedz Yarze, że Prąd wrócił. Mężczyzna spojrzał na Mirana, Ivena i mokre ubrania całej trójki. - Prąd wygląda gównianie. - Przekaż dokładnie. Drzwi się zamknęły. Po chwili otworzyły ponownie. Yara Pell siedziała przy stole, na którym leżała mapa wybrzeża. Była kilka lat starsza od Sery, nosiła włosy obcięte krótko nad karkiem i nigdy nie zdejmowała dwóch miedzianych pierścieni z prawego kciuka. Dawniej uczyła Serę przemycać towary między statkami bez korzystania z nabrzeża. Później nauczyła ją również, że wdzięczność nie oznacza darmowych usług. Yara spojrzała na Mirana. Potem na Serę. - Kogo zabiłaś? - Nikogo. - Jeszcze gorzej. - Potrzebuję łodzi. - Nie. - Nie powiedziałam dokąd. - Nie musiałaś. Yara przesunęła mapę na bok. - Wszystkie wyjścia z portu zamknięto przed świtem. Świątynia ogłosiła święty zakaz żeglugi. Sera poczuła ucisk w żołądku. - Kiedy? - Godzinę temu. - Powód? - Kradzież przedmiotu należącego do Maereth. Miran zerknął na torbę. Yara zauważyła. Jej spojrzenie stwardniało. - Wyjdźcie. - Yara. - Nie obchodzi mnie, co ukradłaś. Chociaż poprawka: zaczyna mnie obchodzić, skoro świątynia postawiła strażników na każdym falochronie. Jeśli masz to przy sobie, wyjdźcie teraz. Sera położyła na stole pięć srebrnych monet. Cały zapas. Yara nawet na nie nie spojrzała. - Nie. - Sześć razy przeprowadzałam twój towar przez Zachodnią Bramę. - Za pieniądze. - Raz wyciągnęłam twojego sternika z celi. - Za pieniądze. - Wyciągnęłam ciebie z płonącej łodzi pod Rhess. Yara zamilkła. - Za nic - dodała Sera. - To było dawno. - Osiemnaście miesięcy. - W moim wieku to dawno. Sera pochyliła się nad stołem. - Mój brat umrze. Yara spojrzała na Mirana. Nie odwróciła wzroku szybko. To Sera w niej szanowała. Większość ludzi na widok choroby zaczynała nagle interesować się podłogą. - Co mu jest? - Morze - powiedział Miran. - Precyzyjna diagnoza. Iven podszedł bliżej. - Ma wezwanie. Yara spojrzała na niego. - Takich rzeczy nie ma. - Od dziś zrewidowałem wiele poglądów. Z zewnątrz dobiegł krzyk. Potem drugi. W magazynie wszyscy znieruchomieli. Jeden z ludzi Yary wybiegł na pomost. Wrócił kilka chwil później. - Morze się cofa. - Przecież już jest nisko - powiedziała Yara. - Dalej. Wyszli na zewnątrz. Woda odpływała z zatoki. Nie jak podczas zwykłego odpływu. Sera nigdy nie widziała czegoś podobnego. Poziom obniżał się niemal na ich oczach. Łodzie przechylały się i osiadały w czarnym mule. Ryby trzepotały w płytkich kałużach. Daleko przy wejściu do portu kamienie, które zwykle znajdowały się kilka metrów pod powierzchnią, wychodziły na światło. Ludzie na pomostach milczeli. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. Miran chwycił Serę za ramię. - Ona coś robi. - Kto? Brat patrzył na odsłaniające się dno zatoki. - Maereth. Sera chciała odpowiedzieć, że Maereth nie żyje. Nie zdążyła. Z mułu pomiędzy dwoma osiadłymi kutrami podniosła się ręka. Potem druga. Człowiek wynurzył się z dna portu tak, jakby wychodził z płytkiej wody. Za nim kolejny. I następny. Na całej długości Starych Doków odsłonięte morze zaczęło oddawać swoich zmarłych. Niektórych świeżych. Innych tak starych, że pozostały z nich tylko kości splątane w resztkach ubrań. Stali w mule i zwracali twarze w jednym kierunku. Ku Serze. Yara powoli odsunęła rękę od rękojeści miecza. - Powiedz mi - odezwała się bardzo cicho - że to nie ma z tobą nic wspólnego. Sera poczuła ruch w torbie. Raz. Jak uderzenie serca. Drugi. Martwi otworzyli usta. Setki głosów przemówiły jednocześnie. - Oddaj kotwicę. Miran osunął się na kolana. Sera złapała go, zanim uderzył głową o deski. Jego oczy były otwarte, lecz przez chwilę nie widział jej. - Miran! Zaczerpnął gwałtownie powietrza. Kiedy spojrzał na siostrę, w jego źrenicach odbijało się morze, choć leżał odwrócony do niego plecami. - Ona nie chce relikwii - wyszeptał. - Co? Jego palce zacisnęły się na jej rękawie. - Ona chce, żebyśmy ją otworzyli. W torbie coś uderzyło po raz trzeci. I wtedy z głębi zatoki odpowiedział dzwon świątyni Maereth. Nie jeden. Wszystkie naraz. Sera zrozumiała, że kradzież nie zatrzymała rytuału. Być może właśnie go rozpoczęła.