Sól morza - Ruta Sepetys

-
Proszę czekać

joana

Powlekliśmy się dalej wąską drogą. Piętnaścioro uchodźców. Słońce wreszcie się poddało i zaraz nastąpił atak zimna. Idąca przede mną niewidoma dziewczyna o imieniu Ingrid trzymała sznur przywiązany do wozu ciągniętego przez konia. Ja wprawdzie widziałam, ale miałyśmy coś wspólnego: obie znalazłyśmy się w mrocznym tunelu wojny, nie mając pojęcia, co nas czeka. Może nawet jej utracony wzrok był darem. Potrafiła usłyszeć i wyczuć węchem różne rzeczy, zanim pozostali zdążyli się zorientować.

Czy usłyszała ostatni urwany oddech starca, gdy ten ześliznął się pod koła wozu kilkanaście kilometrów wcześniej? Czy wyczuła w ustach metaliczny posmak, kiedy szła po świeżej krwi rozlanej na śniegu?

- Serce pęka. Zabiły ją - odezwał się głos za mną. To był stary szewc. Zatrzymałam się, by mógł mnie dogonić. - Tamta zamarznięta kobieta - kontynuował. - Jej buty ją zabiły. Powtarzam wszystkim, ale mnie nie słuchają. Marnie uszyte buty zmasakrują ci stopy, będą uniemożliwiać marsz. Aż nie dasz rady iść dalej. - Ścisnął moje ramię. - A potem umrzesz - dodał szeptem.

Starzec nie mówił o niczym innym, tylko o butach. A mówił z taką miłością i takimi emocjami, że kobieta w naszej grupie nadała mu przydomek "trzewikowy poeta". Kobieta zniknęła dzień później, ale przydomek został.

- Buty wszystko ci powiedzą - rzekł trzewikowy poeta.

- Nie zawsze - przeciwstawiłam się.

- A właśnie że zawsze. Twoje na przykład. Są drogie, dobrze wykonane. A to mi mówi, że pochodzisz z zamożnej rodziny. Ale mają fason butów przeznaczonych dla starszej kobiety, co mi podpowiada, że pewnie należały do twojej matki. Oddała buty córce. A to mi mówi, że jesteś przez kogoś kochana, moja droga. Twojej matki tutaj nie ma, co tłumaczy, dlaczego jesteś smutna, moja droga. Buty wszystko ci powiedzą.

Zatrzymałam się na skraju zamarzniętej drogi i patrzyłam, jak stary cholewkarz idzie dalej, powłócząc nogami. Miał rację. Matka się dla mnie poświęciła. Kiedy uciekliśmy z Litwy, posłała mnie do Insterburga, gdzie z pomocą przyjaciółki załatwiła mi pracę w szpitalu. Od tamtego czasu minęły już cztery lata. Gdzie teraz była moja matka?

Pomyślałam o niezliczonej rzeszy uchodźców zmierzających ku wolności. Ile milionów ludzi straciło domy i rodziny podczas wojny? Obiecałam matce, że będę patrzeć w przyszłość, lecz potajemnie marzyłam o powrocie do przeszłości. Czy ktoś miał jakieś wieści o moim ojcu i bracie?

Niewidoma dziewczyna skierowała twarz ku niebu i uniosła ramię w ostrzegawczym geście.

Wtedy je usłyszałam.

Samoloty.

joana

Mały wędrowiec znalazł opuszczoną stodołę niedaleko drogi. Postanowiliśmy zatrzymać się w niej na noc. Wcześniej szliśmy całe dnie, teraz nasze siły i morale bardzo osłabły. Bomby sprawiły, że byliśmy wszyscy u kresu wytrzymałości nerwowej. Chodziłam od jednego do drugiego, opatrując pęcherze, rany, odmrożenia. Ale na to, co najbardziej doskwierało ludziom, nie miałam lekarstwa.

Strach.

Niemcy napadły na Rosję w 1941 roku. Przez ostatnie cztery lata obie armie dopuściły się niewypowiedzianych okropności nie tylko wobec siebie nawzajem, lecz także wobec niewinnych cywilów, którzy znaleźli się na ich bitewnym szlaku. Ludzie mijani po drodze opowiadali różne rzeczy. Hitler eksterminował miliony Żydów i miał coraz dłuższą listę niepożądanych, których zabijano albo wtrącano do więzień. Stalin niszczył narody Polski, Ukrainy i krajów nadbałtyckich.

Z szokującą brutalnością popełniano haniebne akty bestialstwa. Nikt nie chciał wpaść w ręce wroga. Tylko coraz trudniej było określić, kto jest wrogiem. Kilka dni temu stary Niemiec odciągnął mnie na bok.

- Masz jakąś truciznę? Ludzie pytają o takie rzeczy - powiedział.

- Nie zamierzam podawać nikomu trucizny - odrzekłam.

- Rozumiem. Ale jesteś ładna. Jeśli dogoni nas rosyjskie wojsko, będziesz jej potrzebowała dla siebie.

Nie wiedziałam, ile w tych słowach było przesady, a ile prawdy. Ale sporo widziałam. Martwą dziewczynę w rowie, z zadartą spódnicą. Staruszkę płaczącą, że spalono jej dom. Wszędzie panował terror. I podążał za nami. Tak więc biegliśmy na zachód, w kierunku części Niemiec jeszcze nieobjętej okupacją.

A teraz siedzieliśmy w opuszczonej stodole, usiłując rozpalić ognisko, żeby się ogrzać. Zdjęłam rękawiczki i zaczęłam masować sobie spękane dłonie. Przez cztery lata pracowałam w Insterburgu jako asystentka chirurga. W miarę jak zawierucha wojenna się nasilała, zaczęło brakować personelu, tak więc przestałam się zajmować zaopatrzeniem i zaczęłam asystować przy zabiegach.

- Masz pewne ręce, Joano, i mocne nerwy. Poradzisz sobie w medycynie - powiedział.

Medycyna. Moje marzenie. Byłam pilna, oddana, może nawet aż za bardzo. Mój ostatni chłopak zarzucił mi, że wolę naukę od niego. Zanim zdążyłam mu udowodnić, że się myli, znalazł sobie inną dziewczynę.

Starałam się wmasować ciepło w zesztywniałe palce. Bardziej od rąk martwiły mnie moje zapasy. Niewiele zostało. Spodziewałam się, że przy tamtej martwej kobiecie obok drogi znajdę coś przydatnego - nić, herbatę czy choćby czystą chusteczkę. Ale nic nie było czyste. Wszystko bardzo brudne.

A szczególnie moje sumienie.

Podnieśliśmy wzrok, kiedy weszli do stodoły: młody mężczyzna z pistoletem w dłoni, a za nim niska dziewczyna z jasnymi warkoczami, w różowej czapce. Oboje wyglądali na zabiedzonych. Twarz dziewczyny była czerwona z wysiłku. Młody mężczyzna miał rumieńce.

Z gorączki.

florian

Inni nas ubiegli. Zbieranina zdezelowanych wozów konnych stała schowana za krzakami, jakże realistyczny obraz wędrówki ku wolności. Wolałbym jakieś opuszczone miejsce, ale wiedziałem, że nie dam rady iść dalej. Polka pociągnęła mnie za rękaw.

Stała w śniegu i sprawdzała spojrzeniem dobytek pozostawiony przed stodołą; starała się odgadnąć, do kogo może należeć. Nie zauważyłem żadnych śladów wojska.

- Chyba jest w porządku - powiedziała.

Weszliśmy.

Grupa piętnastu, może dwudziestu osób siedziała ciasno wokół małego ogniska. Odwrócili głowy, gdy wsunąłem się do środka i stanąłem w drzwiach. Matki, dzieci, starsi. Wszyscy wyczerpani i zgnębieni. Polka poszła prosto do wolnego kąta i usiadła z rękami skrzyżowanymi ciasno na piersi. Do mnie podeszła młoda kobieta.

- Jesteś ranny? Mam przygotowanie medyczne.

Mówiła płynnie po niemiecku, ale nie był to jej ojczysty język. Nic nie odpowiedziałem. Nie zamierzałem z nikim rozmawiać.

- Masz coś do jedzenia, żeby się podzielić? - zapytała.

Uznałem, że nie powinno to nikogo obchodzić, nawet gdybym coś miał.

- A ona? - zapytała kobieta, pokazując młodą Polkę w kącie. - Wygląda na przestraszoną.

Nie patrząc na nią, mruknąłem:

- Była w lesie. Dopadł ją Rosjanin. Potem poszła za mną. Ma kilka ziemniaków. Daj mi już spokój.

Młoda kobieta zamrugała, gdy wspomniałem o Rosjaninie. Szybko skierowała się do dziewczyny.

Znalazłem spokojne miejsce z dala od grupy i usiadłem. Postawiłem plecak przy ścianie stodoły i ostrożnie się na nim oparłem. Byłoby mi cieplej przy ogniu, razem ze wszystkimi, ale nie mogłem ryzykować. Żadnych rozmów.

Zjadłem mały kawałek kiełbasy zabranej martwemu Rosjaninowi i obserwowałem młodą kobietę, która próbowała nawiązać rozmowę z dziewczyną z lasu. Inni zaczęli ją przywoływać, żeby przyszła im pomóc. Pewnie była pielęgniarką. Wyglądała na kilka lat starszą ode mnie. Ładna. Tak naturalnie ładna. Typ kobiety, która nawet brudna dalej jest atrakcyjna, może jeszcze bardziej niż zwykle. A tu, w stodole wszyscy byli bardzo brudni. Odór wysiłku, słabych pęcherzy i przede wszystkim strachu był gorszy niż smród bydła. Pielęgniarka zawróciłaby mi w głowie, gdybyśmy się spotkali w Königsbergu.

Zamknąłem oczy. Nie chciałem patrzeć na tę ładną dziewczynę. Musiałem być gotowy, by ją zabić, zabić ich wszystkich w razie potrzeby. Moje ciało domagało się snu, lecz umysł ostrzegał mnie, żebym nie wierzył tym ludziom. Ktoś dotknął mojej stopy. Otworzyłem oczy.

- Nie powiedziałeś, że to Polka - rzekła pielęgniarka. - A Rosjanin?

- Zająłem się nim - odparłem. - Muszę się przespać.

Przyklękła obok. Ledwo ją słyszałem.

- Raczej musisz pokazać mi ranę, którą próbujesz ukryć.

joana

Przybycie Niemca i młodej dziewczyny mnie zaniepokoiło. Żadne z nich nie chciało mówić otwarcie. Oczy dziewczyny po traumatycznych przejściach były rozbiegane, a jej ramiona drżały. Podeszłam do Evy. Była kobietą po pięćdziesiątce, olbrzymką, niczym wiking. Stopy i dłonie miała większe niż niejeden mężczyzna. Niektórzy z naszej grupy nazywali ją "Przepraszam Eva", ponieważ często mówiła straszne rzeczy, ale wtrącała "przepraszam" na początku albo na końcu wypowiedzi, jakby chciała złagodzić ukłucie żądłem.

- Eva, mówisz trochę po polsku, prawda? - wyszeptałam.

- O czym ty nie wiesz - odrzekła.

- Nikomu nie powiem. Ta biedna dziewczyna cierpi. Myślę, że jest Polką. Spróbujesz z nią porozmawiać? Przekonaj ją, żeby pozwoliła sobie pomóc.

- A kim jest ten Niemiec, z którym przyszła, i dlaczego nie nosi munduru? Nie mamy jeszcze pozwolenia na ewakuację. Jak jakiś sługus Hitlera znajdzie nas z dezerterem, to wszyscy dostaniemy kulkę w łeb. Przepraszam - powiedziała Eva.

- Nie wiemy, czy jest dezerterem. Nie wiem, kto to taki, ale jest ranny. Znalazł dziewczynę w lesie. - Zniżyłam głos. - Dopadł ją Rosjanin.

Twarz Evy pobladła.

- Jak daleko stąd? - zapytała.

- Nie wiem. Proszę, spróbuj z nią porozmawiać. Zdobądź jakieś informacje.

Mąż Evy był za stary, żeby służyć w regularnej armii, ale powołano go do Volkssturmu, narodowego pospolitego ruszenia. Hitler był zdesperowany i wydał rozkaz mobilizacji wszystkich mężczyzn i chłopców, jacy jeszcze pozostali. Ale młody mężczyzna siedzący w przeciwległej części stodoły nie wyglądał na kogoś z takiej formacji. Dlaczego?

Mąż Evy nalegał, żeby wyruszyła w drogę na zachód. Był przekonany, że Hitler przegra i Związek Radziecki zajmie Prusy Wschodnie - niszcząc wszystko po drodze.

W szkole mówiono nam, że Prusy Wschodnie to jeden z najpiękniejszych regionów, lecz dla nas, uciekinierów, okazał się zdradziecki. Graniczący od północy z Litwą i od południa z Polską był krainą głębokich jezior i mrocznych lasów. Eva miała taki sam plan jak każdy w grupie - dotrzeć do nieokupowanej części Niemiec i ponownie połączyć się z rodziną po zakończeniu wojny.

Na razie zajmowałam się ludźmi w stodole najlepiej, jak potrafiłam. Wielu z nich zasnęło, gdy tylko usiedli.

- Stopy - przypomniał łagodnie trzewikowy poeta, gdy go mijałam. - Opatrz im stopy, bo inaczej wszystko na nic.

- A twoje stopy? - zapytałam. Krótki tułów starca był wklęsły, jakby złapał wielką piłkę i wciąż ją trzymał.

- Ja mógłbym przejść i tysiąc mil, moja droga. - Uśmiechnął się szeroko. - Doskonałe buty.

Eva odciągnęła mnie na bok.

- Miałaś rację, to Polka. Ma na imię Emilia. Ma piętnaście lat i pochodzi ze Lwowa. I żadnych dokumentów.

- A gdzie jest Lwów? - zapytałam.

- W południowo-wschodniej Polsce. Obszar Galicji.

To miało sens. Niektórzy mieszkańcy Galicji mieli jasne włosy i niebieskie oczy, tak jak ta dziewczyna. Aryjska uroda mogła ją uratować przed nazistami.

- Jej ojciec jest profesorem matematyki i wysłał ją do Prus Wschodnich dla bezpieczeństwa. Wylądowała w gospodarstwie, gdzie pracowała. - Eva ściszyła głos. - W okolicach Nemmersdorfu.

- Nie - wyszeptałam.

Eva potwierdziła skinieniem głowy.

- Nie chciała o tym mówić. Powiedziała tylko, że uciekała przez Nemmersdorf i się ukrywała.

Nemmersdorf.

Wszyscy znali te pogłoski. Przed kilkoma miesiącami Rosjanie napadli na wieś i ponoć dopuścili się tam strasznych aktów przemocy. Przybijali kobiety do drzwi stodół, okaleczali dzieci. Wieści o masakrze szybko się rozniosły i wywołały wśród ludzi panikę. Wielu od razu się spakowało i wyruszyło na zachód, gdyż byli przekonani, że ich wioska będzie następną, która wpadnie w ręce armii Stalina. I ta młoda dziewczyna tam była.

- Biedactwo - wyszeptałam do Evy. - A Niemiec powiedział mi, że w lesie dopadł ją Rosjanin.

- I gdzie jest teraz ten Rosjanin? - zapytała Eva, wyraźnie zaniepokojona.

- Myślę, że go zabił.

Bardzo było mi żal tej dziewczyny. Co ona widziała? Domyślałam się prawdy. Hitler wypędzał polskie dziewczyny, takie jak Emilia, żeby zrobić miejsce dla "Niemców bałtyckich", ludzi z niemieckim pochodzeniem. Takich jak ja. Mój ojciec był Litwinem, ale rodzina matki miała niemieckie korzenie. Dlatego mogliśmy uciec przed Stalinem, by wpaść w kolczaste ramiona Hitlera.

- Wiesz, myślę, że mogło być gorzej - rzekła Eva.

- Co masz na myśli?

- Mój mąż twierdził, że Hitler podejrzewa polskich intelektualistów o działalność antynazistowską. Lwowscy profesorowie, wszyscy, zostali straceni. Tak więc ojciec dziewczyny, przepraszam, ale pewnie został uduszony struną od fortepianu i...

- Przestań, Evo.

- Nie możemy jej zabrać ze sobą. Ma płaszcz poplamiony krwią. Od razu widać, że ma kłopoty. No i jest Polką.

- A ja jestem Litwinką. Mnie też wyrzucisz? - Miałam już tego dość. Dość słuchania, że "tylko Niemcy". Czy naprawdę mogliśmy odwracać się plecami do niewinnych, bezdomnych dzieci? Przecież one były ofiarami, a nie żołnierzami. Niestety wiedziałam, że inni widzą to inaczej.

Spojrzałam na dziewczynę w kącie. Siedziała z twarzą zalaną łzami, które zostawiały brudne smugi. Miała piętnaście lat i była sama. Jej łzy o kimś mi przypomniały. To wspomnienie otworzyło w moim umyśle małe drzwiczki, a przez nie przecisnął się mroczny głos.

TO WSZYSTKO TWOJA WINA.

florian

Patrzyłem, jak młoda pielęgniarka chodzi od jednej osoby do drugiej, aplikując każdemu coś ze swojej torby z brązowej skóry. Miałem gorączkę i wiedziałem, że muszę się jej pozbyć, jeśli chcę iść dalej. Rana znajdowała się z boku, w takim miejscu, że nie mogłem jej obejrzeć ani do niej sięgnąć. Zaufanie tej dziewczynie nie było warunkiem koniecznym. Więcej jej nie zobaczę. Spojrzała w moją stronę, a ja skinąłem głową.

- Namyśliłeś się?

- Jak wszyscy zasną - wyszeptałem.

Nie trwało to długo. Niebawem zimna stodoła pełna była drżących mięśni i chrapliwych oddechów. Pielęgniarka przypiekła ziemniaka na ogniu i zjadła go. Powoli, elegancko, wkładając do ust małe kawałki i wykazując cierpliwość pomimo głodu. Była wysoko urodzona.

Potem przyszła do mnie ze swoją torbą.

- Rana postrzałowa? - zapytała szeptem.

Pokręciłem głową. Powoli ściągnąłem rękaw płaszcza, zaciskając zęby. Ułożyłem się na boku z głową odwróconą od niej. Ściągnęła lepką koszulę z rany pokrytej zakrzepłą krwią.

Nie wciągnęła głośno powietrza ani nie krzyknęła, jak to robiły inne dziewczyny na widok czegoś makabrycznego. Nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Może pielęgniarki są przyzwyczajone do takich widoków. Zerknąłem przez ramię, by sprawdzić, czy wciąż jest przy mnie. Zobaczyłem jej twarz niemal przysuniętą do rany. Badała ją skupiona, a potem pochyliła się do przodu i wyszeptała do mojego prawego ucha:

- Szrapnel. Jakieś dwa dni temu. Zatrzymałeś krwawienie uciskiem, lecz przez to wepchnąłeś głębiej odłamki pocisku, co spowodowało większy ból. Rana jest zainfekowana. W którymś momencie czymś ją polałeś.

- Wódką.

Jej głos znowu rozbrzmiał w moim uchu:

- Zostało kilka fragmentów. Chcę je wyjąć. Nie mam żadnego znieczulenia.

- A masz coś do picia? - zapytałem.

- Tak, ale będę potrzebowała alkoholu do oczyszczenia rany, zanim ją opatrzę. - Poczułem jej dłoń na ramieniu. - Powinnam to zrobić teraz, zanim infekcja się rozwinie.

Przed moją twarzą pojawiły się małe buty. Polka przyklękła przede mną z grudą śniegu zawiniętą w chusteczkę. Odgarnęła mi włosy i przycisnęła do czoła kompres.

- Odejdź - poleciłem jej.

- Zaczekaj. - Pielęgniarka spojrzała na Polkę. - Mogłabyś pójść i poszukać dużego patyka?

Dziewczyna skinęła głową i wyszła na zewnątrz. Pielęgniarka usiadła przede mną. Patrzyłem na jej usta, kiedy mówiła szeptem.

- Ma na imię Emilia. Pochodzi z południowej Polski. Ojciec dla bezpieczeństwa wysłał ją na wieś... w okolice Nemmersdorfu.

- Cholera - wyszeptałem.

Przytaknęła i otworzyła torbę.

- Ja mam na imię Joana. Przez kilka lat pracowałam jako asystentka lekarza. Nie jestem Niemką. Pochodzę z Litwy. Czy to jakiś problem?

- Nie obchodzi mnie, kim jesteś. Robiłaś to już wcześniej?

- Podobne zabiegi. Jak masz na imię? - zapytała.

Milczałem przez chwilę. Co powinienem jej powiedzieć?

- A ten patyk to po co?

Zignorowała moje pytanie i powtórzyła swoje:

- Jak masz na imię?

Gorączka rozpalała mnie od wewnątrz, powodując osłabienie i oszołomienie. Moje imię. Otrzymałem je na cześć osiemnastowiecznego malarza, którego uwielbiała matka. Nie. Nie wyjawię go. Żadnych rozmów.

Pielęgniarka westchnęła.

- Zaciśniesz zęby na patyku. Bo będzie bolało.

Zamknąłem oczy.

"Florian - chciałem powiedzieć. - Jestem Florian".

I wkrótce umrę.

alfred

Witaj, droga Hannelore!

Jakże napisanie czy tylko pomyślenie Twojego imienia zmienia mój nastrój. Czasem leżę na pryczy i wymawiam je szeptem, och, tak powoli, w ciemności. Han-ne-lore, Mała Lore.

Jest późny wieczór. Wyobrażam sobie, że jesteś w domu, nawijasz na palec włosy pogrążona w lekturze jednej ze swoich ulubionych książek. Może pada tam śnieg, tak jak tutaj?

Dom w Heidelbergu wydaje się tak daleki. Osłonięty odległością. Czuję, że muszę podzielić się z Tobą pewną tajemnicą. Może nie powinienem o tym wspominać, ale czy zdajesz sobie sprawę z tego, że wasze okno kuchenne znajduje się naprzeciwko naszego okna w łazience na parterze? Często czułem w łazience zapach kaczki pieczonej przez Twoją matkę. Tak, często patrzyłem, jak jesz śniadanie przed pójściem do szkoły. Och, nie czuj się zażenowana, Lore. Sąsiedzi dzielą się bliskością. Oczywiście my dzieliliśmy coś więcej. Tamte wspomnienia są węgielkami, które chronią moje serce przed mrozem.

Niestety nie mam zbyt wiele czasu na refleksje. Dla dzielnych ludzi z Kriegsmarine nie istnieje nic takiego jak relaks. Jak wiesz, jestem całkiem doświadczonym strażnikiem. Umiejętność zwracania uwagi na szczegóły zawsze należała do moich atutów, dlatego notuję wszystko, by Ci o tym opowiedzieć. Mówi się o wielkiej morskiej ewakuacji, do której przygotowujemy się w porcie. Wreszcie wypłynę w morze i dalej, by przemierzać oceany, jak poszukiwacze przygód, o których tak lubisz czytać.

To będzie przygoda, Lore. Ludzie już przybywają do portu i ustawiają się w kolejce, by wejść na pokład któregoś z wielkich statków. Niektórzy przywieźli ze sobą cały swój ziemski dobytek, złożony na furach albo saniach. Drogie dywany, zegary, porcelana, krzesła, co tylko chcesz. A przecież nie dostaną tyle miejsca i część rzeczy będą musieli zostawić. Na jednym z wozów widziałem dzisiaj ślicznego kryształowego motyla. Od razu pomyślałem o Tobie - o tym, jak Twoje ciemne jedwabiste włosy powiewają na wietrze niczym nitki babiego lata. Uznałem, że jeśli nie pozwolą im wnieść na pokład motyla, to go zatrzymam. Redystrybucja dla tych, którzy są tego godni. To brzmi sensownie.

Pękłoby Twoje czułe serce, gdybyś zobaczyła wszystkich tych ludzi w porcie. Utrudzeni i potwornie brudni po długiej podróży. Niektórzy uciekli z krajów tak odległych jak Estonia. Dasz wiarę? Stalin ukradł coś więcej niż tylko ziemie, Hannelore, ukradł też ludzką godność. Widzę to w pełnych beznadziei spojrzeniach i pokurczonej posturze uchodźców. A wszystko to jest winą komunistów. Zwierzęta.

Armia Stalina się zbliża i ludzie panikują. Nie, nie, nie obawiaj się. Jestem całkiem pewny siebie i swoich umiejętności. W końcu nie da się człowieka wyszkolić do zadań w takiej sytuacji, człowiek musi się dla nich urodzić. I Bogu niech będą dzięki, że ja się taki urodziłem.

Przetoczyłem i wysunąłem spod pryczy swój worek marynarski. Kiedy wyjmowałem z niego podniszczony egzemplarz książki Hitlera Mein Kampf, zauważyłem papier listowy, który dała mi Mutter. Może jutro naprawdę coś napiszę.

joana

Zapaliłam zapałkę, żeby wysterylizować skalpel, i zaczęłam mówić. Lekarz w Insterburgu nauczył mnie, że przemawianie do pacjentów często ich uspokaja.

- Kiedy Stalin zajął Litwę, moja rodzina uciekła - powiedziałam. - Matka miała niemieckie korzenie, tak więc Hitler pozwolił nam na repatriację i wyjazd do Niemiec. Dotarłam tylko do Insterburga.

- Insterburg leży w Prusach Wschodnich. Rzeczywiście, Hitler jest waszym wybawcą!

Nic więcej nie dodał, wystarczyło to sarkastyczne prychnięcie. Albo odnosił się krytycznie do nazistów, albo do mnie z powodu repatriacji, albo też i do nich, i do mnie. Nie potrzebowałam jego krytyki. Sama czułam się wystarczająco winna. Zrobiłam wszystko źle. Miałam w szkole najlepsze oceny, ale nie zostałam mistrzynią zdrowego rozsądku.

- Wiem, że jest zimno, ale zdejmiemy ci płaszcz i położymy cię na brzuchu - poleciłam.

Kiedy ściągnęłam mu rękaw, bladozielony dowód osobisty wysunął się nieco z wewnętrznej kieszeni. Świetnie. Jeśli nie powie mi, jak ma na imię, sama to sprawdzę.

- Będę uciskać miejsca wokół rany, żeby sprawdzić, jak daleko posunęła się infekcja. - Milczał. - Powiedz, kiedy zaboli. - Zaczęłam delikatnie naciskać jedną ręką na granicy rany, starając się zlokalizować wrażliwe miejsca. Drugą spróbowałam wysunąć jego dokumenty z kieszeni płaszcza.

- Przestań. - Rzucił to z taką zaciekłością, że aż drgnęłam. - Podaj mi moje papiery.

- Co?

- Słyszałaś. Już.

Wystawił dłoń do tyłu, a ja wsunęłam mu do niej dowód.

- I jeszcze tamten złożony papier. Też jest w kieszeni - powiedział.

Wyjęłam kremową kartkę, starając się jej przyjrzeć. Nic nie zobaczyłam. Wyrwał mi papier i wsunął go pod siebie.

Wróciła Emilia z patykiem. Na jej różowej czapce migotały płatki śniegu.

- Znowu pada? - zapytałam. Przytaknęła. To utrudni nam marsz jutro.

- Zróbmy to - rzekł pacjent.

Nie widziałam jeszcze nikogo z taką wytrzymałością na ból. Zacisnął zęby na patyku nie z konieczności, lecz raczej w geście lekceważenia.

Emilia była uważną asystentką, umiała wyczuć moje i jego potrzeby. Sprawiała jednak wrażenie bardzo zmęczonej, więc odesłałam ją do kąta, żeby odpoczęła. Nie zasnęła. Obserwowała każdy mój ruch.

Ostatni odłamek szrapnela tkwił głęboko. Moje kłykcie zniknęły, gdy wsunęłam palce w głąb rany, by go wydostać. Obawiałam się gangreny, ale nie wspomniałam o tym mężczyźnie. Wystarczyło, że musiał zmagać się z bólem. Pochyliłam się i wyszeptałam:

- Chyba mam wszystko. Głęboko siedział i rana jest szeroka. Obudzę szewca, żeby ci ją zaszył. Pewnie będzie umiał użyć ciaśniejszego ściegu.

Wypluł kij.

- Nie, ty to zrób. - Zamilkł i po chwili dodał: - Proszę.

Przyjrzałam się otwartej ranie. Poeta dużo pracował w skórze i pewnie zaszyłby ranę równiej niż ja, nie wiedziałam tylko, czy zniesie widok krwi.

Zszyłam i opatrzyłam ranę.

- Nie obejrzałam twoich dokumentów, ale wypatrzyłam w twojej kieszeni papierosy - powiedziałam, wycierając ręce.

- Nie wspominałaś nic o zapłacie.

Spojrzał na mnie, a jego oczy migotały jak lampy gazowe. Oblicze przepełnione bólem - fizyczny ból, taki sam, jaki widziałam w szpitalu, lecz także ból emocjonalny, jaki zapamiętałam z twarzy moich rodziców.

- Zapałki są w tej samej kieszeni - odezwał się wreszcie.

Wyjęłam papierosa i przesunęłam go między palcami, by go wyprostować. Zapaliłam i z przyjemnością się zaciągnęłam. Potem nachyliłam się i delikatnie wsunęłam mężczyźnie papierosa do ust, by mógł się zaciągnąć. Rozjarzony koniec oświetlił mu twarz. Spod brudu i siniaków wyzierały ślady urody.

- Ile masz lat? - zapytałam.

- Zachowaj resztę. Trudno je zdobyć - mruknął, wydychając dym.

Zgasiłam papierosa o podeszwę buta i schowałam z powrotem do jego kieszeni.

- Chcesz zobaczyć odłamki, które ci wyjęłam? Ten duży ma prawie wielkość kapsla od butelki. - Przysunęłam dłoń, wtedy chwycił mnie za nadgarstek.

- Nigdy nie próbuj mnie okraść - wyszeptał.

- O czym ty mówisz? - odpowiedziałam, próbując wyszarpnąć rękę.

Zacisnął uchwyt.

- Widziałaś moje papiery.

- Nie widziałam. Przestań, to boli.

- Wiesz coś o mnie. Ta rana. - Jego głos, choć słaby, wyrażał niepokój. A może to było delirium? Mamrotał coś przez chwilę, a potem poprosił: - Opowiedz mi o sobie. - Zwolnił nieco uścisk.

- Chcesz się czegoś o mnie dowiedzieć? - zapytałam.

Wpatrywałam się w jego zmęczoną twarz. Czekał, a jego powieki opadały powoli. Wreszcie zatrzepotały i się zamknęły, wtedy palce powoli uwolniły mój nadgarstek. Przez chwilę patrzyłam, jak oddycha, papiery pozostawały wciśnięte pod klatkę piersiową. Chciał się czegoś o mnie dowiedzieć. Nachyliłam się i przysunąwszy usta do jego ucha, powiedziałam ledwo słyszalnym szeptem:

- Jestem morderczynią.

florian

Myśli o pielęgniarce podążyły za mną w głąb snu i pozostały ze mną, gdy się obudziłem. Czy mi się śniło, że z nią rozmawiałem? Zdenerwowało mnie to. Zagrożenie rosło z każdym dniem. Czy w Königsbergu już się zorientowali? Nie mogłem pozwolić, żeby rozpraszała mnie jakaś ładna dziewczyna.

W stodole wciąż panowały ciemności. To miejsce, w którym się schronili wysiedleńcy, zionęło pustką, wyzierającą też z ich oczu. Mój zegarek wskazywał prawie czwartą rano. Zebrałem się w sobie i usiadłem, zaciskając zęby, by wytrzymać ból. Plecak leżał nieruszony, dokumenty miałem pod sobą. Schowałem je do kieszeni płaszcza i wstałem.

Zrobiłem kilka kroków w kierunku drzwi stodoły, a wtedy niewidoma dziewczyna usiadła, mrugając mlecznymi oczami. Pielęgniarka spała obok niej, jej walizka była otwarta, ładne brązowe włosy okalały twarz. Powiedziała, że jak ma na imię? Nie, to nie miało znaczenia. Była brzydka. Tak sobie wmawiałem.

Przykucnąłem i zacząłem przeglądać walizkę pielęgniarki. Niewidoma dziewczyna zwróciła nos ku dachowi. Potem odwróciła głowę i utkwiła we mnie spojrzenie. Co widziała? Czy jej oczy były pokryte szronem jak oblodzone okno, przepuszczające światło i ciemność? Czy też czarna kurtyna całkowicie zasłaniała jej świat? Moje dłonie bezgłośnie przeszukiwały rzeczy pielęgniarki. Co ja robię? Ta dziewczyna pewnie mnie uratowała, za jedno sztachnięcie się papierosem. Powiedziałem sobie, że to nie jest kradzież. Tylko obrona.

Znalazłem ubrania, książkę medyczną, widelec, którym jadła ziemniaka, aż trafiłem na coś niespodziewanego. Spojrzałem na rozrzucone brązowe loki pielęgniarki, po czym schowałem to do kieszeni marynarki i wyszedłem.

W lasach byli Rosjanie. Już o tym wiedziałem. Najprawdopodobniej zwiadowcy albo maruderzy, którzy zgubili swój oddział. Mogłem sobie poradzić z jednym żołnierzem. Ale należało się spodziewać, że lada moment całą okolicę zaleją regularne wojska. Miałem dwa tygodnie na dotarcie do portu. Według planu. Potem zamierzałem wsiąść na statek i popłynąć na zachód; misja zostałaby ukończona.

Już na zewnątrz przepakowałem plecak. Obok dowodu zobaczyłem list i nie mogłem przestać o nim myśleć.

Doktor Lange.

Doktor Lange był dyrektorem muzeum w Königsbergu. Przyjął mnie do siebie na naukę zawodu konserwatora dzieł sztuki, wyszkolił i nawet posłał do najlepszej szkoły. Patrzyłem na niego z uznaniem i pisałem obszerne listy z instytutu, dzieląc się swoimi przemyśleniami na temat sztuki i filozofii. Doktor Lange twierdził, że jestem wspaniały. Powiedział, że dzięki swoim talentom bardzo się przysłużę Niemcom i przyczynię do zrealizowania marzenia Führera, by w jego rodzinnym Linzu powstało muzeum sztuki narodowej. Potem przedstawił mnie gauleiterowi Erichowi Kochowi. Koch był okręgowym liderem partii nazistowskiej.

Był też potworem.

Gdy zaczęto zwozić do muzeum skrzynie z dziełami sztuki, entuzjazm doktora Langego stał się zaraźliwy. Niektóre obrazy wyciskały mu łzy z oczu. Czasem musiałem go podtrzymywać podczas rozpakowywania nowych nabytków. Zaganiał mnie do roboty, gdy tylko przywieziono kolejną partię dzieł. Czasem pracowałem nad obrazem przez całą noc, żeby doktor Lange mógł złożyć raport Kochowi nazajutrz z samego rana. Nie dosypiałem, nie dojadałem, nawet nie pojechałem na urodziny ojca, żeby tylko dokończyć zadanie i zadowolić doktora Langego. "Tworzymy świetny zespół, co, Florianie?" - powtarzał, szczerząc zęby w uśmiechu.

Któregoś ranka doktor Lange posłał mnie po kłębek sznurka. Szukając go, znalazłem wszystkie listy, które pisałem do niego z instytutu, wrzucone do szuflady z przyborami do pisania. Nie otworzył ani jednego. Nawet się nie pofatygował, żeby je przeczytać.

W ciemności za mną rozległ się czyjś głos, rozpraszając moje myśli. Chwyciłem za pistolet i obróciłem się na pięcie.

- Zaczekaj. Proszę!

Polka, zarumieniona i zdyszana, biegła do mnie przez śnieg.

alfred

Poranne niebo położyło na nabrzeżu zimne cienie. Czyżby mój kochany Deutschland tracił oparcie? Czy coś takiego w ogóle jest możliwe? Lübeck, Köln, Hamburg. Ponoć wszystko w gruzach.

Amerykańska Ósma Armia Powietrzna zbombardowała port przed kilkunastoma miesiącami. Ponad sto samolotów zrzuciło stalowe czopy, które wybuchły w Gotenhafen. Statek Stuttgart został trafiony i zatopiony.

Wcześniej także bombardowali. I jeszcze tu przylecą. Ustalono trzy poziomy zagrożenia przeciwlotniczego.

Deszcz.

Grad.

Śnieg.

Wyobrażałem sobie, że w chwili ataku strzelałbym w górę, wściekle wygrażając uzbrojoną ręką. Często oczami wyobraźni widziałem siebie wznoszącego się na takie wyżyny waleczności.

Ale na razie wykorzystywałem raczej swoje wybitne zdolności obserwacyjne zamiast zwierzęcej siły. Führer domagał się skrupulatnego zapisywania wszystkiego. A ja zamierzam udowodnić, że zasługuję na awans na dokumentalistę. W końcu jestem strażnikiem. Wypatrywanie i powtarzanie obserwacji tylko wyostrzyło moje zmysły. Moje sprawozdania zdawały się niepokoić kolegów marynarzy, ale czy mogę ich winić za to, że zazdrościli mi wybitnych uzdolnień archiwistycznych, które posiadam?

Miałem swoją tajemnicę. By zapamiętać rasowych, społecznych i politycznych wrogów Rzeszy, ułożyłem melodię do listy Führera. Łatwiej mi było zapamiętać, kiedy ją śpiewałem, tak jak dziecko recytuje w formie piosenki materiał z lekcji. Melodia wpadała w ucho:

Cyganie, Czechosłowacy, Grecy, homoseksualiści,

Hiszpańscy republikanie, kaleki, komuniści

- miejsce na oddech -

Murzyni, Polacy, prostytutki, Rosjanie,

Serbowie, socjaliści, świry

- miejsce na oddech -

Ukraińcy, związkowcy i

- miejsce na wielki finał -

Ju-go-le!

Finał z Jugolami lubiłem najbardziej. Trzy sylabiczne uderzenia mocy. Nuciłem sobie w głowie swoją piosenkę podczas zajęć.

Formalnie rozpoczęła się operacja w porcie, choć nie podano jeszcze szczegółów. Rozmowy były naładowane strachem i nerwami. A ja uważnie nasłuchiwałem.

- Frick, nie stój tam i nie podsłuchuj, ruszaj się! Chcesz, żeby cię rozwalił jakiś rosyjski samolot?

- Jasne, że nie. - Wyjrzałem zza naręcza kamizelek ratunkowych. - Gdzie mam je zanieść? - zapytałem.

Oficer wskazał mi ogromny statek, którego niebieskoszare burty idealnie harmonizowały z barwą groźnego nieba.

- Tam - powiedział. - Wilhelm Gustloff.

joana

Brnęliśmy drogą przed siebie, szare niebo nisko nad nami. Spojrzałam na chmury.

- Będzie padać - powiedziała Ingrid, wyczuwając moje spostrzeżenie.

- Czujesz to? - zapytałam.

- Czasem. - Skinęła głową, poprawiając uchwyt na sznurze przywiązanym do tyłu wozu. - Opisz mi ich - poprosiła. - Chłopaka i polską dziewczynę. Mam o nich jakieś wyobrażenie i chcę się przekonać, czy się nie mylę.

Fascynujące było to, że Ingrid potrafiła wyczuć, jak wyglądają ludzie. Mówiła, że jest w stanie odgadnąć budowę ciała, ogólny wygląd, czasem nawet kolor włosów. Ale najszybciej umiała określić czyjeś cechy wewnętrzne.

- Dziewczyna była przestraszona - stwierdziła Ingrid. - Poruszała się z napięciem, w panice. Miała krótki oddech, niemal dyszała. A chłopak wręcz przeciwnie. Gładkie, płynne ruchy, jakby przywykł do cichego poruszania się.

Długo chodził z odłamkiem szrapnela wielkości kapsla od butelki w boku. Pomyślałam o jego ranie i przez chwilę się zastanawiałam, czy wciąż gorączkuje.

- Jak ona miała na imię, ta przestraszona dziewczyna? - zapytała Ingrid.

- Emilia.

- Tak, pasuje - rzekła Ingrid.

Potknęła się o kamień i omal nie upadła. Uczepiona sznura wyprostowała się, by odzyskać równowagę. Droga była wystarczająco trudna nawet dla kogoś, kto widział. Dwa tygodnie wcześniej Ingrid, w samym środku piekielnego chaosu wypełniającego dworzec kolejowy, została rozdzielona ze swoją ciotką. Pociąg odjechał. Bez Ingrid. Przez dwa dni stała na peronie, zziębnięta, czekając na powrót ciotki. A ta nie wróciła. Trzeciego dnia Ingrid poprosiła jakichś ludzi o pomoc. Zignorowali ją. Ukradziono jej bagaż. Wreszcie zwróciła na nią uwagę pewna młoda dziewczyna i pokazała mi ją.

- Nie współczuj mi - rzekła Ingrid. - Potrafię zobaczyć różne rzeczy. Tyle tylko, że nie te same, które ty widzisz. A wracając do dziewczyny, jest blondynką?

- Tak. Emilia ma jasne włosy zaplecione w warkocze, niebieskie oczy i owalną twarz. Młody mężczyzna jest dość wysoki, szeroki w ramionach i ma brązowe faliste włosy. Trochę przydługie. Nie znam jego imienia ani nie wiem, skąd pochodzi.

- A oczy? - dopytywała się Ingrid. - Jakiego koloru ma oczy?

- Nie pamiętam. Może brązowe?

- Nie sądzę. Myślę, że szare - rzekła Ingrid.

- Szare? Nie, ludzie nie mają prawdziwie szarych oczu.

- Ten złodziej ma - stwierdziła Ingrid.

Odwróciłam się do niej.

- Myślisz, że jest złodziejem?

Nic nie odpowiedziała.

Temperatura spadła i poczułam szczypanie na odsłoniętych częściach twarzy. Szliśmy nieprzerwanie od ponad sześciu godzin. Eva nieustannie narzekała. Nienawidziła marszu, nienawidziła zimna, nienawidziła Rosjan, nienawidziła wojny. Trzewikowy poeta już wcześniej obiecał, że dzisiaj znajdziemy dwór, który kiedyś odwiedził. Wątpiłam w jego słowa i ostrzegłam go, że nie powinien robić nadziei naszym towarzyszom, szczególnie chłopcu. Mały wędrowiec i tak już był przybity.

- Ach, jeśli mam rację - rzekł poeta - to wymasujesz mi stopy przy kominku.

Nie byłam pewna, czy chcę przyjąć taki zakład.

joana

- Dlaczego mielibyśmy wierzyć staremu cholewkarzowi? - lamentowała Eva. - Jest szewcem, a nie prorokiem.

Nic nie odrzekłam, ale i ja zaczynałam tracić nadzieję.

- Powiedział, że zna ten teren - tłumaczyłam jej. - Mówił, że w młodości przejeżdżał z rodziną obok tego majątku.

- Za długo już idziemy. Jeszcze trochę i koń tak nam osłabnie, że jutro nie pójdzie dalej.

Eva miała rację. Kilka kilometrów wcześniej wypatrzyliśmy niedużą stodołę. Niektórzy odłączyli się, by spędzić w niej noc. My postanowiliśmy iść dalej, zdając się na trzewikowego poetę i jego laskę. Został nam tylko jeden koń. Jeszcze kilka dni temu mieliśmy dwa wozy i trzy konie, ale spotkaliśmy niemieckich żołnierzy, którzy zabrali nam wóz i dwa konie, tłumacząc, że ludność cywilna musi pomagać w działaniach wojennych. Ponieważ nie pytali o dokumenty ewakuacyjne, to się nie sprzeciwialiśmy.

Armia niemiecka zabierała wszystko - samochody, paliwo, odbiorniki radiowe, zwierzęta, żywność. Było jasne, że ustępują pod naporem sił alianckich, lecz miejscowy lider hitlerowski, gauleiter Koch, nie chciał pozwolić cywilom na ewakuację. Mimo to niektórzy, nie chcąc wpaść w brutalne łapy rosyjskich maruderów, wyruszali w drogę wbrew rozkazom Rzeszy, tak jak my.

Nawet jeśli dwór wspominany przez poetę istniał naprawdę, to z pewnością był tylko cieniem dawnej świetności, ogołocony i splądrowany przez niemieckie wojsko. Albo, co gorsza, zajęty przez niemieckich żołnierzy. A oni mogli zażądać od nas papierów ewakuacyjnych.

- Niedługo spadnie śnieg - powiedziała cicho Ingrid.

W tym momencie trzewikowy poeta zatrzymał się i huknął laską o oblodzoną drogę.

- Aha! Mam go!

Nie było żadnego "go". Zatrzymaliśmy się na skraju sosnowego lasu, wzdłuż którego szliśmy od kilku godzin.

Poeta przywołał małego wędrowca i szepnął mu coś do ucha, pokazując w głąb lasu. Chłopiec pobiegł przed siebie. A my czekaliśmy drżący z zimna.

- Moja droga Evo, jeśli się nie mylę i tam jest dwór, to czy mnie przeprosisz? - zapytał trzewikowy poeta.

- Jeśli tam jest dwór, to z tobą zatańczę, staruszku - odwarknęła Eva.

- Taki przytulany taniec. - Skinął głową. - Niech to będzie walc, proszę.

Niespodziewanie z lasu przed nami wyłonił się mały wędrowiec. Chudy malec podskakiwał ożywiony i przywoływał nas do siebie gestami rąk. Stał w niewielkim prześwicie między drzewami, w którym było widać wąski zarośnięty podjazd.

- Bardzo sprytnie! Szlachetni junkrzy ukryli swój podjazd - rzekł poeta. - Odsuń te gałęzie. Musimy wprowadzić konia z wozem za drzewa.

Chłopiec wykonał jego polecenie. Przeszliśmy przez wąski przesmyk między drzewami, za którym ścieżka się rozszerzyła. Gdy już wszyscy zagłębiliśmy się w zarośla, poeta i chłopiec zasunęli gałęzie z powrotem na przejście.

- Może powinniśmy zatrzeć nasze ślady tam na zewnątrz? - zapytałam.

- Daj spokój! - zawołała Eva. - Śnieg je zasypie. Spieszmy się.

Ruszyliśmy z trudem wąską aleją ze szpalerem drzew, ciemnych i wyprostowanych jak żołnierze. Wreszcie wyszliśmy na polanę. Ujrzeliśmy przed sobą, na niewielkim wzniesieniu, elegancki, okazały dwór z wysokimi oknami i licznymi kominami.

- A niech mnie - wyszeptała Eva.

alfred

Z każdą kolejną minutą port nabrzmiewał niepokojem.

Krążyły pogłoski, że front niemiecki załamał się przed dwoma tygodniami. Tymczasowo, zapewniłem moich towarzyszy marynarzy. Mówiono nam, że siły rosyjskie przywróciły średniowieczny sposób prowadzenia wojny, zaczynając od gwałtów i grabieży. I teraz nikczemni Rosjanie byli coraz bliżej. Uchodźcy, utrudzone dusze usunięte ze swoich siedlisk, kierowali się tłumnie w stronę portu, zdeterminowani, by uciec przed komunistami. Setki tysięcy, a może nawet miliony.

Niemieckie naczelne dowództwo szybko zorganizowało morską ewakuację. Nazwano ją Operacja Hannibal1, na cześć jednego z największych na świecie strategów wojskowych. Na zachód miało wypłynąć wiele statków. Do portów przyjeżdżały pociągi sanitarne pełne rannych niemieckich żołnierzy. Goya, Ubena, Robert Ley, Urundi, Steuben, Hansa, Pretoria, Cap Arcona, Deutschland i Wilhelm Gustloff - wszystkie te statki miały wypłynąć z różnych portów w ramach akcji ewakuacyjnej.

To będzie moja pierwsza podróż morska. Już odczuwałem zapowiedź wyzwań tego dziewiczego rejsu. Zauważyłem na dłoniach i pod pachami nieprzyjemną wysypkę. Winą za to obarczyłem komunistów.

Marynarze wciąż rozprawiali o planach ewakuacyjnych. Wyczułem, że powinienem przedstawić swoje przemyślenia.

- Nie ma tyle czasu - zwróciłem się do jednego ze swoich przełożonych - żeby zarejestrować i zaokrętować setki tysięcy ludzi w ciągu zaledwie kilku dni. Moim zdaniem to jest niemożliwe.

- Ty sprawisz, że stanie się możliwe - usłyszałem rozkaz.

Spojrzałem wzdłuż nabrzeża, wyobrażając sobie całą scenę. W portach zapanuje chaos. Oczywiście pierwszeństwo należy się niemieckim żołnierzom. Zdesperowani uchodźcy zostaną poddani selekcji, rejestracji i umieszczeni na statkach. Już przybyły tysiące na wozach zaprzężonych w woły, pełnych dobytku. Zabiedzeni przybysze zasypiają na śniegu. Widziałem człowieka tak głodnego, że jadł świeczkę.

- Proszę, marynarzu, pomóż mi - błagali, kiedy ich mijałem.

Tym razem coś zrobię.

Może.

Dla niektórych.

Zanuciłem moją melodyjną listę wrogów. Ju-go-le!

Wyobraziłem sobie siebie w domu w Heidelbergu, już po wojnie. Stoję pośród tłumu kobiet i dzieci i rozdaję pomarańcze z jutowych worków.

Tak, Hannelore, to jest niebezpieczne. Otrzymałem bardzo ważną misję, żeby odkazić tę ziemię. Lecz dla nas, bohaterów, niebezpieczeństwo jest jak owsianka na śniadanie. To nic takiego, moja droga.

Nic takiego. Gdyby ewakuacja się nie powiodła i porty zostały zbombardowane, zginęłoby ponad pół miliona ludzi.

W pobliżu wody rozległ się grzmiący huk. Ktoś krzyczał. Zdesperowany. Ogarnięty paniką. Sparaliżowany strachem.

Moje palce drgnęły gwałtownie. Poczułem dreszcz na karku.

joana

Wchodziliśmy zboczem wzgórza, zbliżając się do dworu. Tej nocy będziemy mieli grube mury, ciepły ogień i solidny dach, który osłoni nas przed śniegiem.

- Dokładnie taki, jaki zapamiętałem - cieszył się trzewikowy poeta. - Niezwykłe! Wejdziemy od tyłu. Myślę, że jest tam wejście kuchenne.

Opowiedziałam Ingrid, co zobaczyłam.

- Beżowy piaskowiec. Ogromne wysokie okna wzdłuż całej elewacji frontowej, także na piętrze. Drzwi wejściowe osadzone we wnęce w kształcie rombu.

Ingrid chwyciła mnie za ramię.

- Nie podoba mi się to - wyszeptała.

- A co tu się może nie podobać? Mamy schronienie.

Ingrid głęboko wciągnęła powietrze przez nozdrza, ale już nic nie powiedziała.

Obeszliśmy posiadłość i weszliśmy na jej teren przez zaśnieżony żywopłot. Poeta pierwszy się zatrzymał. Wysokie drzwi z rozbitymi szybami stały otworem, adamaszkowe zasłony powiewały na wietrze niczym długi jęzor. Na dziedzińcu leżały porozrzucane ubrania, potłuczona porcelana, buty, książki oraz różne przedmioty osobiste. I jeszcze wózek dziecięcy, przewrócony na bok, pognieciony, przysypany śniegiem.

Mały wędrowiec przysunął się do mnie. Objęłam go ramieniem.

- Przepraszam, ale czego niby się spodziewaliśmy? - Eva się zaśmiała. - Witającej gości służby ustawionej w szeregu? - Wzruszyła ramionami i weszła do środka.

Miała rację. Nic już nie było nietknięte. Cała okolica została zniszczona, zbombardowana i splądrowana. Jakże mogliśmy oczekiwać czegoś innego? Podmuch zimnego wiatru zatrzasnął okaleczone drzwi, gdy weszliśmy do środka.

Parter domu składał się z pięciu dużych pokoi z wysokim sufitem, w amfiladzie, połączonych dwuskrzydłowymi drzwiami. Stojąc od strony ogrodu, w miejscu, gdzie kiedyś była biblioteka, mogliśmy spojrzeć przez drzwi aż w przeciwległy koniec domu. Ściany biblioteki były od podłogi po sufit pokryte półkami. Książki, zbezczeszczone i pozbawione godności, leżały w stosach na podłodze. Przeszliśmy nad nimi, przekraczając próg.

- Wybierzmy pokój do spania, pozamykajmy drzwi i rozpalmy ogień, żeby ogrzać wnętrze - zakomenderowała Eva. Zatrzymała się w środkowej części domu. - Ten się nada.

- A gdzie kuchnia? - zapytałam. - Może znajdzie się tam coś do jedzenia albo do picia.

- Tak. - Eva westchnęła. - Coś do picia.

Eva poinstruowała poetę, żeby zebrał drewno i papier do kominka.

- Tylko nie książki, poeto, proszę - wyszeptałam. Skinął głową i poklepał mnie po ramieniu.

- Nie będziemy ruszać ich rzeczy.

Położyłam na podłodze moją torbę i poszłam przez dom, podziwiając upiorny splendor kolejnych pokoi, zniszczonych, pogrążonych w chaosie. Dotarłam na koniec amfilady pokoi, do jadalni, i zobaczyłam drobną postać. Mały wędrowiec stał przy długim stole z pochyloną głową, obok przewróconego krzesła.

Na środku stołu tkwił koszyk ze spleśniałym chlebem, w którym roiło się od brązowych myszy. Na zakurzonym obrusie stały porcelanowe głębokie talerze zdobione motywem kwiatowym, z łyżkami zanurzonymi w na wpół zjedzonej zupie.

Nawet nie zdążyli dokończyć obiadu.

joana

Trzewikowy poeta siedział przed rozpalonym kominkiem i czyścił sobie buty sadzą zeskrobaną z paleniska. Mały wędrowiec, uważnie obserwując starca, powtarzał jego ruchy na swoich małych trzewikach.

Ogień strzelał i trzaskał, wyrzucając mi w twarz fale ciepła. Cudownie. Owinęłam sobie głowę szalem i zapięłam płaszcz.

- Jeśli uda mi się znaleźć trochę drewna dębowego, to ugotuję korę i zajmę się niektórymi pęcherzami - zwróciłam się do starca.

- Pójdę z tobą - odrzekł.

- Odpoczywaj. Musisz zachować siły na najbliższe dni.

- Jestem dziarski jak młodzian, moja droga. - Podciągnął nogawkę wełnianych spodni i odsłonił kościste kolano. Pokryte czymś białym. - Tajemnica szewca - wyszeptał do małego wędrowca. - W białej paście do butów jest rtęć. Zapobiega artretyzmowi. Tak, dziarski jak młodzian.

Mały wędrowiec podciągnął nogawkę, by obejrzeć swoje drobniutkie kolano.

Poeta uśmiechnął się i poklepał go po głowie. Starzec wciąż miał w sobie dużo energii. Nie ugiął się pod ciężarem żalu i straty.

- Uważaj tam na siebie, Joano - powiedział do mnie.

Poszłam przez pogrążoną w półmroku skorupę dworu z powrotem do biblioteki ze zniszczonymi drzwiami. Na podłodze leżała książka, otwarta, której stronice przewracał swoimi paluchami lodowaty wiatr. Schyliłam się po nią i zobaczyłam na okładce nazwisko autora, które sprawiło, że poczułam ukłucie winy.

Charles Dickens.

Babcia podarowała nam na Boże Narodzenie Klub Pickwicka, mnie i Linie.

Lina.

Co ja zrobiłam?!

Zostawiłam książkę na stole i wyszłam na zewnątrz, kierując się ku drzewom. Zobaczyłam dwie ciemne postacie siedzące na śniegu w połowie drogi między dworem i lasem. Przyjrzawszy się bliżej, dostrzegłam jasne warkocze kołyszące się pod różową czapką. To była polska dziewczyna i młody mężczyzna z raną po szrapnelu. Skierowałam się do nich.

- Szliście za nami?! - zawołałam.

- Szybko! - krzyknął mężczyzna. - Coś jej jest.

Podbiegłam. Emilia siedziała na ziemi z głową opuszczoną na pierś.

- Co się dzieje? - zapytałam. Nic nie odpowiedziała.

- Chyba jest w szoku. Tam w lesie zastrzeliła żołnierza. Nie chce się ruszyć z miejsca - rzekł młody mężczyzna.

Uklękłam przy niej. Wtedy szybko objęła brzuch ramionami, próbując się odsunąć ode mnie.

- W porządku, Emilio, powiedz, o co chodzi. Pozwól mi sobie pomóc - poprosiłam. - Wejdźmy do środka.

Nie ruszyła się. Co więcej, położyła się na śniegu i zaczęła rozpinać płaszcz.

Pomogłam jej z guzikami, a potem zaczęłam się przebijać przez kolejne warstwy ubrań.

Wstrzymałam oddech, gdy to zobaczyłam.

- Och, dobry Boże.

florian

Wprowadziliśmy ją do domu. Żołądek podchodził mi do gardła. Polka była w wieku mojej siostry. Co się stało z tą ludzką istotą? Czy to wojna czyniła nas złymi, czy też tylko uaktywniała drzemiące w nas zło?

Dzień był stracony. Wyszedłem przed grupą, tymczasem oni dotarli tu przede mną. Żałosne.

Moje zmysły tak się rozstroiły, że omal nie zostałem zabity tam w lesie.

A teraz ten piętnastoletni dzieciak, który uratował mi życie, prawdopodobnie był bliski śmierci.

Ładna pielęgniarka zajmowała się dziewczyną, szepcząc do niej przez cały czas. Obserwowałem ją. Po kilku minutach zjawiła się przy mnie. Musnęła palcami moje ramię.

- Odsuń się od ognia - powiedziała.

- Jest mi zimno.

- Zimno ci, bo masz gorączkę. Odsuń się od ognia.

Podprowadziła mnie do mężczyzny, którego nazywali trzewikowym poetą. Obaj z chłopcem siedzieli w samych skarpetach, a ich buty stały równiutko pod ścianą, idealnie wyczyszczone.

Chłopiec pomachał do mnie.

- Cześć, jestem Klaus! - oznajmił. Puściłem do niego oko. Odpowiedział uśmiechem.

- Usiądź tutaj - odezwała się pielęgniarka.

Czułem się nieswojo w jej obecności, a zarazem odczuwałem ulgę, że jest tutaj.

- Mówiłaś, że jak masz na imię? - zapytałem ją.

- Joana. A ty mówiłeś, że jak?

Już otworzyłem usta, lecz się powstrzymałem. Na jej wargach pojawił się cień uśmiechu. Śmiała się ze mnie? Czy wciąż będzie taka zadowolona, gdy się zorientuje, że zabrałem coś z jej walizki?

- Chcę obejrzeć szwy. Zdejmij koszulę - rozkazała.

Przyszły mi na myśl niestosowne żarty. Ale ona nie patrzyła na mnie. Wpatrywała się w młodą Polkę, a bruzda między jej brwiami się pogłębiała.

- Da radę? - zapytałem, rozpinając koszulę. I zaraz tego pożałowałem. Nie mogłem dłużej zajmować się tamtą dziewczyną. Była po prostu jeszcze jedną ofiarą wojny.

Pielęgniarka spojrzała na mnie.

- Skoro to, czy da radę, zależy od ciebie, to zobaczymy, jak ty sobie radzisz. - Ostrożnie odciągnęła bandaż. - Hm, nie tak źle, jak podejrzewałam.

- Nie mogę się nią zajmować. Już jestem spóźniony.

Przyklękła przede mną. Ledwo ją słyszałem.

- Rosjanie otoczyli cały ten teren - powiedziała. - Są tylko dwie drogi ucieczki, przez port w Gotenhafen albo przez port w Pillau. Wszyscy zmierzamy w tym samym kierunku. Będzie bezpieczniej, jak pójdziemy razem. - Jej zimne palce musnęły moją klatkę piersiową, gdy zapinała mi koszulę.

Nie miała o niczym pojęcia. Dla nikogo nie było "bezpieczniej" ze mną.

florian

Siedziałem w kącie i obserwowałem wszystkich. Krucho było u nich z jedzeniem, ale dzielili się tym, co mieli. Chłopiec odkrył stary gramofon i przyciągnął go po podłodze. Znalazł też jedyną płytę, szwedzkiej gwiazdeczki Zarah Leander, która śpiewała Davon geht die Welt nicht unter. Puszczali ją w kółko. Przysadzisty szewc namówił ogromną kobietę, żeby z nim zatańczyła. Jak na swój wiek był dobrym tancerzem, o wiele lepszym od niej.

Przypomniałem sobie swoje tańce.

Kiedyś doktor Lange poprosił, żebym towarzyszył jego córce na dwóch balach. Niestety, okazałem się lepszym tancerzem niż ona, co ją zirytowało. To była samolubna dziewczyna z nosem jak dzięcioł.

Przyszła do mnie pielęgniarka.

- To tylko zupa fasolowa, ale przynajmniej coś ciepłego. - Podsunęła mi kubek.

- Daj ją dziewczynie - odparłem.

- Ona już dostała. Weź, bo jutro poczujesz się osłabiony, jeśli nic nie zjesz.

Przyjąłem kubek.

Nieproszona usiadła obok mnie.

- Słyszałam wcześniej tę piosenkę. Wiem, że piosenkarka śpiewa po niemiecku, ale nie do końca rozumiem słowa - powiedziała.

Wlałem do ust łyżkę ciepłej zupy.

- Mówi, że to nie koniec świata.

Pielęgniarka podkurczyła nogi pod spódnicą i oparła podbródek na kolanach.

- No, dobrze wiedzieć. Przyjemnie jest usłyszeć muzykę. W szpitalu czasem puszczaliśmy pacjentom. Żołnierze uwielbiali piosenkę Lili Marleen. - Spojrzała na mnie. - Znasz ją?

- Nie - skłamałem.

- Jest piękna. O chłopaku, który tęskni za swoją ukochaną.

Nie zamierzałem jej poprawiać, ale tekst utworu był oparty na wierszu napisanym przez niemieckiego żołnierza podczas pierwszej wojny światowej. Piosenka mówi o tym, że spotkał dziewczynę pod latarnią. Potem pojechał na wojnę. Przy latarni za barykadą myśli o swojej "Lili w świetle lampy".

- Tak więc lubisz tańczyć - powiedziała, a był to bardziej komentarz niż pytanie.

- Ja? Nie.

Szewc przysunął się do nas.

- Chodź, moja droga Litwinko, zatańczmy. - Wyciągnął do pielęgniarki gruzłowatą dłoń. - Rozumiesz, co ona śpiewa?

- Oczywiście. - Uśmiechnęła się. - Mówi, że to nie koniec świata.

- Bardzo dobrze! Zatańczmy więc i świętujmy. Dzisiaj śpimy jak arystokraci - rzekł trzewikowy poeta.

- Arystokraci chyba jednak nie spali na zimnej podłodze - szepnęła do mnie pielęgniarka, zanim przyjęła dłoń poety. Chciałem się roześmiać, kontynuować rozmowę z nią, ale ostatecznie nic nie powiedziałem.

Szewc poprowadził ją w tańcu wokół pokoju, trzymając odpowiednio i przymykając oczy. W swoim czasie pewnie tańczył z wieloma ładnymi dziewczynami. Wydawał się mądry i miły. Wyobraziłem go sobie, jak pracuje przy lampie oliwnej, przycina i szyje skórę późno w noc. Pewnie miał ucznia i uczył go uczciwego zawodu, nie tak jak doktor Lange, który zwodził mnie kłamstwami.

Lange pewnie uznał mnie za łatwy cel. Byłem taki chętny do współpracy, oczarowany starymi obrazami, w które wpatrywałem się całymi dniami, zanim wyznały mi swoje tajemnice. Doktor Lange nauczył mnie ostrożnie rozpuszczać i usuwać odbarwiony werniks. Uczyłem się dopasowywać pigmenty i odcienie do antycznych patyn. Miesiącami eksperymentowaliśmy z metodami wyrobu prawdziwego gipsu, jakimi posługiwali się dawni mistrzowie. Nauka szła mi dobrze. Z czasem zacząłem rozpoznawać wszystkie siatki pęknięć oraz rodzaje płócien i blejtramów używanych w poszczególnych szkołach malarskich. Doktor Lange był pod wrażeniem, jak szybko potrafiłem wytropić przemalowane dzieło, fałszerstwo czy renowację. Moje interwencje nie pozostawiały najmniejszych śladów.

- To zdumiewające, Florianie - szeptał mi nad ramieniem. - Jesteś, mój chłopcze, najlepiej strzeżoną tajemnicą Rzeszy.

MÓJ CHŁOPCZE. Aż mi się wszystko przewracało w żołądku z obrzydzenia. Jakim byłem idiotą! Tak szybko potrafiłem wykryć skazę na obrazie, dlaczego więc tak dużo czasu potrzebowałem, by dostrzec prawdę o doktorze Langem?

Piosenka się skończyła i pielęgniarka do mnie wróciła. Wstałem i ostrożnie zawiesiłem plecak na ramieniu.

- Raczej nie ma tu czynnej toalety?

- Możesz zostawić plecak. - Utkwiła we mnie poważne spojrzenie swoich brązowych oczu. - Nikt go nie zabierze.

Nie zamierzałem tego robić. W życiu! Miałem w nim wszystkie materiały, notes, swoją przyszłość i swoją zemstę. Zostawiłem pielęgniarkę i skierowałem się po kamiennej posadzce w stronę wysokich drzwi. Gdy już znalazłem się blisko tańczących, trzewikowy poeta zatrzymał mnie uniesioną dłonią.

- O co chodzi? - zapytałem.

Przez chwilę wpatrywał się we mnie, a potem spojrzał na moje buty.

- Buty mówią wszystko - wyszeptał.

Mój obcas. Usłyszał puste stuknięcia w moim kroku, kiedy szedłem.

Wiedział.

joana

Ingrid siedziała pogrążona w milczeniu, zaplatając włosy.

- Kiedy dotrzemy do lodu? - zapytała.

Lód. Cel, do którego zmierzaliśmy. Gdyby nam się udało przejść po zamarzniętym Zalewie Wiślanym, moglibyśmy pójść dalej wąską mierzeją do Pillau albo do Gotenhafen. Statki miały wypłynąć z obu portów.

- Poeta twierdzi, że jesteśmy o dzień drogi od Frauenburga - powiedziałam.

- Tam przejdziemy przez lód? - zapytała Ingrid.

- Tak.

Palce Ingrid znieruchomiały.

- Denerwujesz się tym.

Sama się denerwowałam. Im bliżej byliśmy tej miejscowości, tym więcej spotykaliśmy wojskowych i rannych.

- Jeśli tam będą żołnierze - wyszeptała Ingrid - to dasz radę ich przekonać?

- Oszukamy ich bandażami - odparłam.

Ingrid miała powody do zmartwienia. Hitler uznał za gorsze osoby niewidzące czy niepełnosprawne. Nazywano je dziećmi niewartymi życia. Ich nazwiska umieszczano w oficjalnym rejestrze. Lekarz w Insterburgu powiedział mi, że ci, którzy się w nim znaleźli, mają zostać zgładzeni. Od tamtej pory bandażowaliśmy niepełnosprawnych, żeby uznano ich za rannych.

- Może powinnyśmy założyć mi opatrunek na oczy. Mogą się tu zjawić żołnierze - szepnęła Ingrid.

- Tak właśnie zrobimy. - Poklepałam ją po ramieniu. - Poszukam potrzebnych rzeczy.

- Uważaj - rzekła Ingrid.

Przeszłam między śpiącymi i pchnęłam wysokie, ciężkie drzwi. Stare zawiasy zajęczały dziwnie nisko. Opuszczony dom wypełniało zimne i nieruchome powietrze, martwe bez mieszkańców. Chodzenie po czyimś domu, wśród osobistych rzeczy właścicieli, było czymś więcej niż tylko naruszeniem czyjegoś terytorium, było wręcz zbezczeszczeniem tej przestrzeni. Na ścianie wisiał przekrzywiony portret starszego mężczyzny w mundurze. Do jakiego rodu należał ten dwór? Pruscy junkrzy mieli reputację osób sztywnych i aroganckich, choć wydawało się to niesprawiedliwym uogólnieniem. W Insterburgu poznałam pruskie rodziny i były fantastyczne. Wielu spośród pruskiej szlachty nosiło "von" przed nazwiskiem. To "von" oznaczało "z" albo "od". Spojrzałam na portret. Gdybym należała do pruskiej arystokracji, nazywałabym się Joana von Vilkas - Joana z Wilków.

Arystokratyczny morderca.

Długo wpatrywałam się w ciemnym holu w kręte kamienne schody, których stopnie pośrodku były wypolerowane do gładkości butami licznych pokoleń. Wahałam się. Czy powinnam wejść na górę? Pomyślałam o naszym domu na Litwie. Ilu Sowietów było w nim teraz? Czy spali w moim łóżku? Czy zrzucili na podłogę, jak śmieci, wszystkie nasze książki? Weszłam kilka kroków po zimnych szerokich schodach. Przez okno wpadało srebrzyste światło księżyca. Oświetlało leżącego na wyższym stopniu szarego pluszowego królika. Nie miał jednego ucha, biedaczek. Nawet zabawki stały się ofiarami wojny.

Pokonałam dwa kolejne stopnie.

Rzeczy, których szukałam, mogły się znajdować w kuchni albo w pralni. Nie musiałam iść na górę, ale uległam ciekawości.

Jeszcze jeden stopień.

Na dole coś zagrzechotało, aż podskoczyłam. Zbiegłam po okazałych schodach i udałam się ciemnym korytarzem do kuchni.

Niemiec przeszukiwał szafki, a plecak miał postawiony przy nodze. Różne przedmioty leżały zebrane na rozłożonym na podłodze prześcieradle.

- Śledzisz mnie? - zapytał.

- Nie pochlebiaj sobie. Szukam przydatnych rzeczy.

Wskazał przedmioty na prześcieradle.

- Możesz podrzeć prześcieradło, jeśli potrzebujesz bandaży. Tam leży ostry nóż.

- Dziękuję.

Zauważyłam na ladzie kilka słoików z jeżynami i marchewką.

- Gdzie to znalazłeś? - zapytałam. - Eva twierdziła, że szukała w kuchni jedzenia.

- Wiem co nieco o różnych kryjówkach.

Spojrzałam na słoiki.

- To wszystko dla ciebie?

- Nie, zachowaj trochę dla tego polskiego dzieciaka.

- Mówiłam ci, że ma na imię Emilia - powiedziałam.

Zignorował moje słowa.

- Idziemy wszyscy do Frauenburga. Chodź z nami, a ona może pojechać na wozie. Skurcze i inne symptomy, które opisała, sugerują rychły poród. Nie powinna chodzić na dłuższych dystansach.

Wydawało się, że rozważa moją propozycję.

Przeszukałam ciemną kuchnię i odłożyłam suszone zioła, nożyczki i sznurek. Potrzebowałam więcej.

- Idę na górę po jakieś koce.

- Nie - rzucił i przesunął się szybko, by zablokować drzwi. - Nie chodź na górę. I nie pozwól, żeby mały tam poszedł.

- Dlaczego nie?

Milczał.

Podeszłam bliżej.

- Dlaczego miałabym tam nie chodzić?

Spojrzał w kierunku drzwi. Z wahaniem przesunął ciężar ciała. Przybliżyłam się do niego. Wziął głęboki wdech i jego spojrzenie uchwyciło moje.

- Nikt nie powinien tego oglądać - wyszeptał.

florian

Istniało wiele możliwości. Poskładałem w całość jedną.

Zasiedli całą rodziną do obiadu. Zorientowali się, że Rosjanie się zbliżają - może zobaczył ich ktoś przy drzwiach albo usłyszeli jakiś odgłos na zewnątrz. Starszy pan, pewnie dziadek, polecił wszystkim, by udali się na górę i położyli do łóżek. Potem poszedł do swojego pokoju i włożył mundur z pierwszej wojny. Utracić honor to utracić wszystko. Nie pozwoli, żeby jego rodzina i dziedzictwo zostały zabrane z ich ziemi. Umrą z honorem. Z wypiętą piersią, obwieszoną po lewej stronie medalami, starzec szedł od sypialni do sypialni i odbierał życie, zachowując honor. Potem udał się do swojego pokoju i spoglądając przez okno na wzgórza, pociągnął za spust.

I oto teraz leżeli martwi, ich spuścizna zmrożona zimnem.

Nikt już nie położył się z powrotem spać. Opuściliśmy dwór jeszcze przed wschodem słońca.

Szewc trzymał chłopca za rękę.

Mały wędrowiec ściskał w dłoni królika bez ucha.

Jaką żałosną grupę przedstawialiśmy, poobijaną, poowijaną bandażami, a mimo to cieszącą się większym szczęściem niż inni; a już na pewno szczęśliwszą niż tamta zmarła rodzina. Ogromna kobieta wciąż o tym mówiła, opisując innym całą scenę w upiornych szczegółach. Miałem ochotę walnąć ją kawałkiem cegły.

- Przepraszam, ale wy tego nie widzieliście. Krew, dzieci... - powiedziała. - Dzięki Bogu, tam na górze było bardzo zimno. Mimo wszystko, ten zapach...

Poszliśmy długim podjazdem, a zanim dotarliśmy do drogi, olbrzymka zaczęła mówić o polskiej dziewczynie.

- Ściągnijcie ją z wozu. Niech nie idzie z nami. Nie możemy pozwolić, żeby złapali nas z polską uciekinierką i dezerterem. Skończymy jak tamta rodzina.

- Zamknij się - odparłem. - Nie jestem dezerterem.

- Evo, ona może urodzić lada moment. Musi odpocząć - mitygowała Joana.

- Jakoś dotąd dawała radę. Na pewno dojdzie do końca. Joano, nie chcemy jej w naszej grupie. Inni nie mają tyle odwagi, żeby ci to powiedzieć.

Polka spojrzała z wozu w moją stronę. Zamierzałem wygarnąć irytującej kobiecie, co o niej myślę, ale pielęgniarka mnie uprzedziła. Stanęła między nami.

- Dobra, Evo. Może zapomniałaś, że koń jest mój? Posadzę na nim Emilię i pojedziemy przodem. A wy możecie sobie ciągnąć wóz.

Pielęgniarka była jeszcze ładniejsza, kiedy się upierała przy swoim.

- Joano, proszę, nie zostawiaj nas. Proszę - jęknęła niewidoma dziewczyna.

Chłopiec przytulił okaleczonego królika i się rozpłakał.

- Naprawdę, Evo, w tym momencie nie ma to większego znaczenia - odezwał się trzewikowy poeta. - Niebawem dotrzemy do lodu i...

Niewidoma dziewczyna wyrzuciła dłoń w powietrze. Kłótnie umilkły. Hałas, głosy i inne dźwięki powoli wynurzały się z lasu.

Ktoś był na drodze.

Podbiegłem i wyjrzałem zza drzewa. Drogą, jak okiem sięgnąć, przemieszczała się ogromna kolumna ludzi i wozów.

A więc stało się.

Wydano rozkazy ewakuacyjne. Wreszcie Niemcy powiedzieli ludziom to, co powinni byli powiedzieć im kilka miesięcy wcześniej.

Ratujcie swoje życie.

joana

Skąd oni wszyscy przyszli? Niekończąca się rzeka ludzi zalała wąską polną drogę - czy nagle wypełzli z jakiejś dziury? Czy czekali w lasach, tak jak my? Młode kobiety, dziadkowie i dzieci, zbyt liczne, żeby dało się je porachować. Ciągnęli sanie, jechali na wozach zaprzężonych w muły i szli pieszo z dobytkiem zebranym w prześcieradła zarzucone na plecy.

Mały chłopiec i jego siostra siedzieli na grzbiecie wołu, uczepieni postrzępionego sznura, którym obwiązano kark zwierzęcia.

- Proszę, Magnusie, pospiesz się! - ponaglał wołu chłopiec, uderzając piętami w jego boki. Odsłonięte kostki nóg jego siostry były czarne od odmrożeń.

- Pomogę wam! - zawołałam, ale mnie nie usłyszeli. Chłopiec uderzył zwierzę po karku i pojechali dalej. Minęło nas szybko kilka wozów zaprzężonych w wypoczęte konie, migając nazwiskami zamożnych rodzin wymalowanymi z tyłu. Niektórzy w tłumie byli zmęczeni, przygnębieni, inni spanikowani i przerażeni. Po drodze, tam i z powrotem, chodził starzec z drewnianą nogą i dłonią przyciśniętą do skroni, wołając do każdego, kto go mijał:

- Zabili mi krowę!

Eva zanurzyła się w tłum, by wypytać ludzi o nowiny.

- Skąd idziecie? Co słyszeliście?

Wieść głosiła, że Niemcy się załamują. Wprawdzie pozwolili wreszcie na ewakuację ludności, lecz dla wielu było już za późno.

- Joano! - zawołała do mnie Eva. - Ta tutaj jest z Litwy.

Przecisnęłam się przez tłum do staruszki.

- Labas - przywitałam się. - Skąd jesteś?

- Kaunas - odpowiedziała. - A ty?

- Biržai. Wyjechałam cztery lata temu. Ale mam kuzynów w Kaunas. Co tam słychać?

Staruszka pokręciła głową, jakby brakło jej słów.

- Nasza biedna Litwa - wyszeptała. Poklepała mnie po ramieniu i poszła dalej.

O czym ona mówiła? Przecież wojna się skończy. Wrócimy wszyscy do domu.

Bo wrócimy, prawda?

Temperatura spadła mocno poniżej zera. Pomyślałam o ciepłym ogniu w pałacu i zimnych ciałach w łóżkach na górze. Kiedy opuszczaliśmy tamto miejsce, rozejrzałam się na koniec. Nie potrafiłam zapomnieć widoku narożnego okna na górze, z dziurą po kuli i pochlapanego krwią. W mojej głowie rozbrzmiewał głos Zarah Leander szepcącej słowa: "To nie koniec świata".

Chciałam wierzyć, że ma rację.

Mały wędrowiec i trzewikowy poeta szli przed naszym wozem. Poeta zajmował chłopca rozmową o różnych rodzajach butów.

- Ten tutaj ma wąskie stopy. Założymy mu sznurowane półbuty. Ale tamten mężczyzna, ten w krótkich botkach, za kilometr będzie miał posiniaczoną piętę. W takim razie damy mu mokasyny. Wiesz, Klaus, jeśli nie możesz zdobyć odcisku palca dłoni, to równie dobrze możesz wziąć od szewca obrys stopy tej osoby. Powie ci więcej niż dokument.

Stałam obok Ingrid, która miała oczy obwiązane bandażem. Nie chciała jechać na wozie i szła za nim ze sznurem w dłoni. Emilia siedziała z tyłu wozu na tobołkach, a jej różowa czapka była kolorową plamką na tle czerni i szarości. Nie odrywała wzroku od niemieckiego chłopaka, który szedł za mną z czapką nasuniętą na oczy. Zwolniłam kroku, tak by mnie dogonił.

- Ingrid twierdzi, że jutro dotrzemy do lodu. Wyczuwa wybrzeże - powiedziałam.

- Powinniśmy spróbować dojść tam dziś w nocy - odparł.

- Wszyscy przyjdą wyczerpani i będzie za ciemno. Nic nie będziemy widzieli.

- No właśnie. W ciemności Rosjanie nas nie zobaczą. W ciągu dnia będziemy dla nich widocznym celem. Mniej więcej tak jak teraz.

Nie pomyślałam o tym.

- A poza tym w nocy, kiedy jest zimniej, lód będzie mocniejszy - wyszeptał. - Spójrz na tych wszystkich ludzi. Jak wejdą na lód, to go osłabią. Nie powinni mieć tyle bagażu.

- To są dla nich cenne rzeczy, wszystko, co im zostało. Tak jak twój plecak. Zdaje się, że jest dla ciebie bardzo ważny.

Nic nie odpowiedział.

- Jak się czujesz? - zapytałam.

- W porządku.

Szliśmy dalej w milczeniu. Nie odrywałam wzroku od pokrytej lodem drogi.

Usłyszałam, jak wstrzymuje oddech.

- Ta dziewczyna. Nie ma dokumentów.

Dokumenty.

Miał rację. Emilia ich nie miała. Zapomniałam o tym. Niemcy wymagali, aby wszyscy cywile byli zarejestrowani i nosili przy sobie dokument z nazwiskiem, zdjęciem, narodowością, rasą, datą urodzin oraz informacją o rodzinie. Reżim umieszczał na okładce dokumentu identyfikator. Na moim widniał napis: "Przesiedleniec", który informował, że Niemcy pozwolili mi się repatriować z Litwy. Mieliśmy obowiązek legitymowania się każdemu przedstawicielowi władzy czy żołnierzowi, który tego zażąda. Papiery decydowały o naszym losie.

Spojrzałam na nią, kołyszącą się na tłumokach. Odpowiedziała uśmiechem i pomachała mi krótko.

Emilia nie miała dokumentów.

Nie masz dokumentów, nie masz przyszłości.

florian

Świt przeszedł w dzień, a niedługo potem nastało popołudnie. Podróżowaliśmy szybciej, wiedząc, że wydano zezwolenie na ewakuację.

Pod samym Frauenburgiem droga była całkowicie zapchana. Na wzgórzu tkwiła katedra z czerwonej cegły. Doszliśmy tam, podobnie jak kotłujący się tłum i grupa niemieckich żołnierzy.

Poprawiłem plecak. Kolejny test. Będę się musiał zarejestrować na posterunku kontrolnym, tak żeby nie wzbudzić podejrzeń. Słowa ojca obciążały moje sumienie.

- Nie widzisz tego? Lange wcale nie chce cię uczyć, a jedynie wykorzystać, Florianie.

- Nie rozumiesz - broniłem się. - On ratuje skarby świata.

- Ratuje? Tak to nazywasz? Tak łatwo cię oszukał? Ten chciwy oszust napycha ci głowę bzdurami, a ty stajesz się zdrajcą!

- Nie kalam honoru Niemiec. Wręcz przeciwnie.

- Nie, synu. - Ton głosu ojca stał się błagalny. - Nie miałem na myśli zdrady kraju, ale coś znacznie gorszego. Zdradzasz własną duszę.

ZDRAJCA WŁASNEJ DUSZY. Były to ostatnie słowa, jakie usłyszałem od ojca. Nie dlatego, że nie miał już nic więcej do powiedzenia, ale dlatego, że wybiegłem wtedy z domu i nie chciałem go słuchać. Kiedy wróciłem po miesiącach, w panice i pełen nadziei na jego radę, było już za późno.

Tak więc teraz zaryzykowałem wszystko, konfrontując się z własnym losem i świadomością, że sam będę sobie winien. Ale tylko jeśli mi się nie powiedzie.

Młody niemiecki żołnierz zatrzymał naszą grupę. Udałem, że podróżuję sam, i szedłem dalej. Polska dziewczyna próbowała nieporadnie zejść z wozu, by pójść za mną.

- Halt!

Zatrzymałem się.

Żołnierz podszedł do mnie.

- Ty. Dokumenty.

Drgnął mięsień tuż pod moim uchem. Powoli rozpiąłem płaszcz i wyjąłem z kieszeni dowód. Żołnierz chwycił go szybko. Przysunąłem się i dyskretnie pokazałem mu złożony papier. Zniecierpliwionym ruchem wyjął mi go z ręki. Obróciłem się trochę i zobaczyłem, że cała grupa wpatruje się we mnie i obserwuje bieg wydarzeń.

Żołnierz przejrzał dokumenty. Potem oddał mi je, strzelił obcasami i zasalutował:

- Heil Hitler!

Ulga wytrysnęła wszystkimi porami mojego ciała. Oddałem salut.

- Heil Hitler!

Żołnierz zauważył moją koszulę pod rozpiętym płaszczem.

- Jest pan ranny, Herr Beck?

- Wszystko w porządku. Muszę iść dalej.

- Podróżuje pan z tą grupą? - zapytał żołnierz, zerkając na naszą zbieraninę. Kątem oka dostrzegłem różową plamę wsuwającą się za przednie koło wozu.

Trzewikowy poeta wpatrywał się w mój but. Mały wędrowiec uśmiechnął się i zasalutował.

- Są z panem? - zapytał ponownie żołnierz. Jego spojrzenie powróciło do grupy i zatrzymało się na pielęgniarce. Otworzył szerzej oczy.

- Ona...

Moje słowa zagłuszyły krzyki tłumu. Z góry popłynęło buczenie samolotowych silników.

- Uciekać z drogi! - krzyknął żołnierz.

Gromada ludzkich istnień za nami eksplodowała wraz z bombą.

florian

Czekałem na swoją kolejkę w punkcie kontrolnym z papierem w dłoni. Utkwiłem wzrok w czcionce.

Sonderausweis.

Legitymacja specjalna. Wyglądała autentycznie. Chyba moje najlepsze dzieło. Żołnierz na drodze jej nie zakwestionował. Zasalutował człowiekowi wypełniającemu specjalną misję, która kryła się za tą legitymacją. Moja postawa musiała odpowiadać poziomowi oszustwa. Uznałem, że nie będą w nic wnikać, jeśli okażę pewność siebie. Tylko że jeśli doktor Lange odkrył, co zginęło, mógł rozesłać telegramy. Jeśli tak, to będą już na mnie czekać. I pewność siebie na nic mi się nie przyda.

Spojrzałem na księgę rejestrową leżącą przed żołnierzem. Czy znajdował się w niej rozkaz aresztowania za zdradę? Na legitymacji umieściłem swoje prawdziwe nazwisko. Nie miałem czasu na podrobienie nowego dowodu.

Wszystko to zaczęło się od pewnego wyzwania. Mój przyjaciel Kurt chciał pójść na mecz piłkarski z resztą naszej grupy, ale wszystkie bilety zostały już wyprzedane.

- No, Beck, użyj swoich umiejętności i sprokuruj kilka biletów - podpuszczał mnie Kurt. Przyjąłem wyzwanie. Mając do dyspozycji oryginalny bilet przyjaciela i materiały używane do renowacji obrazów, podrobiłem dwa bilety.

- Chyba poproszę cię też o specjalne bilety na mecz finałowy - zażartował Kurt w drodze powrotnej. Niestety, na finał już się nie wybraliśmy. Kurt, starszy ode mnie o kilka lat, został powołany do wojska. W Boże Narodzenie poszedłem odwiedzić jego matkę. Otworzyła mi ubrana cała na czarno, z podpuchniętymi oczami i twarzą przepełnioną smutkiem. Kurt zginął na służbie, zaszczytna śmierć.

Jeśli ja umrę, czy ktoś powie to samo?

Kobieta w kolejce przede mną odeszła od stołu. Wreszcie zostałem sam, bez ciężaru młodej Polki i ładnej pielęgniarki. Podszedłem do żołnierza z wyrazem wyższości na twarzy i energicznie podałem mu dokumenty.

- Muszę natychmiast przejść na drugą stronę.

- Teraz nikt nie przechodzi. Chyba że lubisz zimną kąpiel - burknął żołnierz, otwierając moje papiery. Przeczytał specjalną przepustkę i spojrzał na mnie. Ściszył głos.

- Przepraszam, Herr Beck. Dam panu przejście z samego rana. - Wpisał mnie do księgi rejestrowej. - Znajdziemy panu kwaterę na tę noc tu, we Frauenburgu - zaproponował.

- Nie, mam swój plan - odparłem. Nie chciałem, żeby ktokolwiek widział, co robię.

- W takim razie może pan przejść rano. O ile nie będzie kolejnych ataków. Heil Hitler!

- Heil Hitler! - odpowiedziałem, połykając żółć, która podeszła mi do gardła, gdy wymawiałem te słowa.

joana

Nasza grupa dotarła do punktu rejestracyjnego obsadzonego żołnierzami. Emilia naciągnęła różową czapkę głęboko na oczy. Eva zacisnęła zęby, a mały wędrowiec wziął poetę za rękę.

Nie wiedzieliśmy, jak szczegółowo będą sprawdzać dokumenty. Czy mogą badać uchodźców, tak jak bada się diagnozowanych pacjentów? Jeśli tak, to od razu napiszą w mojej karcie:

Stęskniona za domem.

Wyczerpana.

Rozżalona.

Czułam, że nie powinnam myśleć o sobie. Inni ryzykowali o wiele więcej.

Co zrobią z Emilią, jeśli odkryją prawdę? A Ingrid? Odeślą ją do jednej z tych ogrodzonych murami fabryk śmierci w Niemczech czy w Austrii.

- Powiedz mi coś o żołnierzu, który przeprowadza kontrolę - wyszeptała Ingrid.

- Jest w naszym wieku. Blondyn. Lewą nogę trzyma opartą o drewnianą skrzynię. Niebieski szalik.

Żołnierz, zziębnięty, potarł dłonie w rękawiczkach. Omiótł wzrokiem całą grupę i wóz, gdy się zbliżaliśmy. Jego spojrzenie zatrzymało się na Ingrid.

- Co jest z twoimi oczami, Fräulein?

- Okruchy szkła przy wybuchu - wyrecytowała Ingrid.

- Podejdź bliżej - rozkazał. - Do stołu. - Jego spojrzenie powędrowało od jej twarzy do stóp.

Poczułam w gardle gulę paniki.

- Joano. - Ingrid się uśmiechnęła. - Pomóż mi, żebym się nie przewróciła i nie narobiła sobie wstydu przed żołnierzem.

Poprowadziłam ją do przodu.

- Z moimi oczami jest już lepiej - zwróciła się do żołnierza. - Dzisiaj widzę już trochę przez gazę. O, pański szalik... podoba mi się - powiedziała cicho. - Niebieski to mój ulubiony kolor.

Żołnierz wpatrywał się w Ingrid. Jego milczenie było rozciągliwe i powoli owijało sznurem jej szyję. Spojrzał na nas i przyłożył palec do ust, nakazując nam ciszę. A potem zdjął szalik.

I podsunął go Ingrid.

Czekał.

Końce szalika powiewały na zimnym wierze.

Nie mogłam oddychać.

Dłoń Ingrid uniosła się powoli, drżąca, niepewna.

- Tak. - Żołnierz uśmiechnął się i kiwnął głową. - Weź go, Fräulein. - Szybkim ruchem wsunął jej szalik do ręki. Teraz mówił ściszonym głosem: - Masz szczęście. Mój najmłodszy brat urodził się niewidomy.

- Widzę, że boli cię lewa stopa, młodzieńcze - wtrącił trzewikowy poeta.

- Jak cholera - odpowiedział żołnierz. - Dlatego siedzę przy tym głupim stole.

- Jestem szewcem. Niech no spojrzę. - Poeta był gwiazdą z umiejętnościami aktora filmowego. Zbadał stopę i kostkę żołnierza.

- Potrzebna ci nakładka na piętę - orzekł. - Skończ z naszą grupą i daj mi swój but. Szybko poczujesz się lepiej.

- Naprawdę? - zapytał żołnierz.

- Tak. Przynajmniej tyle mogę zrobić dla Rzeszy, co? Ale nie chcę wstrzymywać swojej grupy. To byłoby nie fair.

Poeta nie przestawał mówić o uldze, jaką poczuje żołnierz. A ten przejrzał pobieżnie nasze dokumenty i wpisał nas do księgi, ledwo spojrzawszy na Emilię. Poeta i mały wędrowiec zostali z tyłu, by zająć się butem.

- Dogonimy was - zapewnił poeta i puścił oko.

Ingrid wciąż stała przed żołnierzem z jego szalikiem przyciśniętym do piersi. Uśmiechnęła się. Odpowiedział uśmiechem. Poprowadziłam ją ostrożnie, podtrzymując pod ramię. Czułam, jak drży.

Razem z innymi uchodźcami weszliśmy do zatłoczonej katedry na wzgórzu. Chodziłam od grupy do grupy, starając się pomóc i jednocześnie szukając przydatnych dla mnie rzeczy. Starsza kobieta zaproponowała wymianę ziół na parę skarpet. Po transakcji przepatrzyłam zawartość walizki, szukając papieru na list do mamy. Przybliżyłam się do niej o krok, a także do wiedzy o tym, gdzie są mój ojciec i brat. Przeglądałam różne przedmioty, myśląc o tym, jak wiele innych zostawiłam. W domu narzekałam, że rodzinny obiad trwa tak długo, że musimy siedzieć przy stole, gdy ja chciałam się uczyć do egzaminów.

- Dosyć nauki, Joano. Czasem życie więcej cię uczy niż studiowanie - drażnił się ze mną ojciec.

Wojna zmieniła moje priorytety. Teraz ważniejsze dla mnie były wspomnienia niż cele czy rzeczy materialne. Ale też miałam kilka przedmiotów, których nie dało się niczym zastąpić, a które podnosiły mnie na duchu i dodawały siły w walce o życie. I w tym momencie to zauważyłam.

Coś zniknęło z mojej walizki.

alfred

Najdroższa!

Twoje czułe ucho jest pewnie teraz pełne wiadomości o tym, jak Rosjanie plądrują ten region. Tacy wulgarni ci bolszewicy, interesują ich tylko sznapsy i zegarki. "Urri, urri" - mówią, domagając się oddania im zegarka. Czy mówi się o tym w Heidelbergu, Lore? Pewnie nie. Przeciętny człowiek nie widzi subtelnych drobiazgów. To dzięki ludziom takim jak ja - wojskowym dokumentalistom - inni otrzymują tę wiedzę. Ale obawiam się, że nadwerężę Twoje kruche nerwy, mówiąc Ci prawdę o różnych okropnościach, jak to, że tylko w zeszłym miesiącu w pewnym mieście urodziło się sześć setek rosyjskich dzieci po zeszłorocznej inwazji rosyjskich barbarzyńców na to miejsce. Cóż za zniewaga dla naszego Führera. Lepiej będę unikał podobnych szczegółów.

Dlatego skieruję Twoją uwagę na ten cudowny statek, Wilhelm Gustloff. Wiem, lubisz poznawać różne nieujawnione szczegóły, dlatego zaryzykuję i podzielę się nimi z Tobą. Uwielbiasz mieć tajemnice. Ale może najlepiej zrobisz, jeśli spalisz ten list po przeczytaniu.

Komin statku, czy też szyb, jak nazywają go marynarze, ma trzynaście metrów wysokości. Ale oboje wiemy, że pozory mylą. Ten imponujący z wyglądu komin nie jest tak naprawdę kominem. Czynnym kominem. Zapytasz, skąd to wiem. No cóż, człowiek na moim stanowisku ma dostęp do takich specyficznych szczegółów. Odkryłem ten komin w tym tygodniu podczas patrolu. W jego wnętrzu znajduje się zgrabna żelazna drabinka, która prowadzi na półkę, na której mogę usiąść i obserwować pokłady. Robiąc to, widziałem żołnierzy zajętych rzeczami, których nie powinni robić. Zapisałem wszystko i trzymam informacje pod ręką, by móc je wykorzystać później dla własnej korzyści. To bardzo przyjemne uczucie, że w końcu to ja rozdaję karty.

Usunęliśmy z sal powszechnego użytku wszystkie meble, co do ostatniego krzesła i stołu, by móc zakwaterować uchodźców. Mówiono, że będą siedzieć jeden przy drugim na materacach w każdym pomieszczeniu i na korytarzu. Oczywiście oficerowie U-botów i ważni Niemcy otrzymają miejsca w kabinach pasażerskich.

Moja Mutter zawsze narzekała, że nie mam przyjaciół w Heidelbergu, za to tutaj codziennie jestem przedstawiany komuś nowemu. Dzisiaj poznałem Eugena Jeisslego, głównego drukarza na statku, zajmującego się produkcją kart pokładowych, jakże pożądanych kawałków papieru, które będą przepustkami do wolności. "Będą cenniejsze niż sztaby złota" - powiedział mi Jeissle.

Kiedy wyszedł do toalety, uznałem, że dobrze będzie wziąć kilka kart dla potomności. Jestem pewien, że nie miałby nic przeciwko temu.

I oto wieści z dzisiejszego dnia, najdroższa. Mam nadzieję, że te ważne szczegóły nieco złagodzą Twoje napięcie spowodowane moją nieobecnością.

Skończyłem mentalny list, pominąwszy jeden szczegół.

Gustloff ma tylko dwanaście szalup ratunkowych. Pozostałe dziesięć gdzieś przepadło.