1
- Masz jakieś plany na dzisiaj? - zapytała Zofia, smarując masłem kromkę ciemnego chleba.
Magda nie odpowiedziała od razu. Każdego ranka próbowała znaleźć coś pozytywnego w sytuacji, w którą się wpakowała - na własne życzenie. Matka jak zwykle niczego jej nie ułatwiała.
Dziewczyna rozejrzała się po pokoju rodzinnego domu. Majowe słońce leniwie przenikało przez rolety jadalni i rzucało światło na suto zastawiony stół, przykryty białym obrusem z drobnym kwiatowym wzorem. Widok iście królewski.
Kto by pomyślał, że siedzimy w domu Jakubowskich, a nie Windsorów - parsknęła w myślach, nie mając odwagi na głośne wyrażenie swojego nastroju.
Patrząc na wybór produktów i ich ilość, można by pomyśleć, że domownicy za chwilę ugoszczą przynajmniej połowę sąsiadów z budynku, w którym mieszkali - kosz ze świeżym pieczywem, zarówno ciemnym, jak i jasnym, do tego croissanty, talerz z co najmniej pięcioma rodzajami wędlin, deska pełna serów, słoik ulubionego dżemu jej ojca, dzbanek z herbatą, mały talerzyk z pokrojoną w plasterki cytryną i oczywiście patera z sezonowymi owocami. Magda zastanawiała się, po co jej matka każdego ranka zastawiała stół taką ilością jedzenia, skoro byli tylko we troje. Jej ojciec pił rano kawę i zjadał wyłącznie croissanta posmarowanego powidłami, truskawkowymi lub śliwkowymi. Zofia regularnie utyskiwała na temat jego zdrowia, które z wiekiem niewątpliwie coraz bardziej dawało mu się we znaki. Magda zauważyła, że ostatnio oboje bardzo się postarzeli.
Jej ostatnie przygody sprzed kilku miesięcy, w które początkowo bez swojej zgody i wiedzy została wplątana, a potem już z pełną premedytacją sama brnęła coraz dalej, też odcisnęły na nich piętno. Na szczęście nigdy nie opowiedziała im wszystkich szczegółów tych wydarzeń. Gdyby to zrobiła, niechybnie oboje dostaliby wylewu, zawału albo obu tych nieszczęść jednocześnie.
Wbrew temu, co można by pomyśleć, Magdalena Jakubowska nie była żądną przygód podróżniczką ani nurkiem jaskiniowym czy nawet strażakiem. Pół roku wcześniej wszystko w jej życiu wyglądało zupełnie inaczej. Jako trzydziestopięcioletnia urzędniczka prowadziła ustabilizowaną, choć niezbyt ekscytującą codzienność. Praca, choć mało ambitna i niezbyt dobrze płatna, zapewniała jej samodzielność finansową, a jedyne chwile dostarczające adrenaliny wiązały się z obsługą klientów, którym po raz kolejny tłumaczyła zawiłości lokalnego prawa.
Podobnie było w życiu prywatnym - od czterech lat mieszkała ze swoim partnerem, którego kandydatura na męża była właściwie przesądzona. Może nie czuła przy nim porywów namiętności, ale był rozsądnym wyborem, co zgodnie potwierdzali zarówno ona, jak i jej rodzice. Zresztą i tak nie miała innej opcji. Wianuszek adoratorów nie śpiewał serenad pod jej oknem, a ponieważ rzadko wychodziła z domu, poznanie kogokolwiek graniczyło z cudem.
Jej życie społeczne ograniczało się do sporadycznych spotkań z przyjaciółką, z którą mimo rzadkich rozmów łączyło poczucie bliskości i szczerości. I choć nie mogła powiedzieć, że tryskała szczęściem, to czuła się niezależna i w miarę pewna jutra. Poza tym kto w dzisiejszych czasach promienieje radością? Wystarczy spojrzeć na miny przechodniów na ulicach. Magda nie wyróżniała się więc na tle innych ludzi, wiodących zwyczajne życie w wielkim mieście.
Aż do tego dnia, w którym wszystko diametralnie się zmieniło. Do tamtej chwili Magda mogła nie tryskać szczęściem, ale jej życie było przewidywalne, stabilne i uporządkowane - miała stałą pracę, pewną przyszłość u boku rozsądnego mężczyzny i żadnych większych niespodzianek na horyzoncie. Jednak los najwyraźniej uznał, że zbyt długo żyła w bezpiecznej rutynie i postanowił pokazać jej, jak wygląda prawdziwy chaos. I bynajmniej nie chodziło o szczęśliwy los na loterii, spadek z Ameryki czy odkrycie, że jest jedynym żyjącym potomkiem którejś z rodzin królewskich. Nie! Jej życie nie tylko kompletnie wywróciło się do góry nogami, ale jeszcze z niej zadrwiło, skrupulatnie niwecząc jakiekolwiek plany na spokój i normalność.
Najpierw jej niedoszły narzeczony postanowił, że jedyny węzeł, jaki zamierza zawiązać, może dotyczyć wyłącznie markowego krawata. W ramach marzeń o nowym, lepszym życiu postanowił bowiem udać się na drugi koniec świata. Niestety, w tej fantastycznie rokującej przyszłości zabrakło miejsca dla Magdy, o czym oznajmił jej przy kolacji, w wykwintnej restauracji, w obecności wszystkich zgromadzonych gości. To miał być dla niego wieczór bez łez i babskich histerii, bo te wybitnie psuły mu humor i nie pasowały do jego nowych planów.
Zrozpaczona Magda, za namową jedynej przyjaciółki, dała się skusić na babski wypad do Grecji. Miała nadzieję, że jej dramaty i smutki posłusznie pozostaną w Polsce, a ona odetchnie, odreaguje i może nawet sama zaplanuje swoje nowe życie. Katastrofa, która postanowiła się jej kurczowo uczepić, pojechała jednak razem z nią na te nieszczęsne wakacje i sprawiła, że w Grecji było już tylko gorzej.
Iza nieoczekiwanie dla Magdy zniknęła - początkowo zgodnie z własnym planem, o którym nie miała zamiaru nikogo informować, potem jednak i jej sytuacja wymknęła się spod kontroli. Zniknięcie stało się więc wyjątkowo skuteczne, nieodwołalne i na wieki.
Tymczasem poznany na miejscu przystojniak, który przedstawił się jako Maximilien Marczak - w połowie Polak, w połowie Francuz - zaoferował Magdzie zupełnie bezinteresowną pomoc w odnalezieniu przyjaciółki. Niestety, ku jej rozpaczy, najpierw okazał się kłamcą, a potem, w tym całym bałaganie, ona sama straciła dla niego głowę.
To było istne szaleństwo - zaginione dzieła sztuki, włoska mafia, grecki potentat z powiązaniami z tak zwanym półświatkiem i... koniec końców Magda wróciła do Polski bez Izy. Wbrew własnej woli została wciągnięta w wir zdarzeń, których zwykły zjadacz chleba nie doświadczyłby nawet przez dwieście lat życia.
Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Magda dostała od losu solidną lekcję pokory i porządnego kopniaka na otrzeźwienie, dzięki czemu w końcu spojrzała na swoje życie z zupełnie innej perspektywy - tej bardziej realistycznej i, niestety, dość gównianej.
Jej były związek przestał wyglądać tak idealnie, jak kreowała go w swojej głowie, a co za tym idzie, rozpacz po nim jakby zmalała. Zwłaszcza że na horyzoncie błyszczała jej po oczach aparycja nowego amanta, poznanego w Grecji.
Długoletnia przyjaźń z Izą okazała się jednostronna i nie do końca bezinteresowna, a Magda musiała wreszcie przyznać, że jest naiwna jak dziecko, daje się wykorzystywać i kompletnie nie radzi sobie z własną matką. Chociaż to ostatnie wiedziała właściwie od dawna.
- Magda, pytałam, co będziesz dzisiaj robić?
- Nie mam pojęcia. Może poszperam w internecie i poszukam pracy? - Dziewczyna dźgała widelcem kawałek sera. Oczami wyobraźni widziała kogoś zupełnie innego na tej porcelanie i tym bardziej ochoczo wbiła sztućce w jedzenie.
- Trochę opornie ci to idzie, moje dziecko. - Matka skończyła rozsmarowywać z namaszczeniem masło i z kurtuazją wyciągnęła widelec w kierunku deski z wędlinami. - Może powinnaś spróbować w swojej dawnej pracy? Tam byłaś szanowana i ceniona. Na pewno żałują, że odeszłaś.
Magda westchnęła. Bardzo nie chciała zaczynać tego tematu, ponieważ wałkowały go już co najmniej kilkukrotnie, a ponadto dyskusja z matką wyglądała jak rozmowa głuchego ze ślepym. Zofia miała bowiem zawsze jedyne słuszne argumenty i wsłuchiwała się wyłącznie w brzmienie własnego głosu. Można było powiedzieć, że główne motto, którym kierowała się jej matka, powinno brzmieć: "Szanuj zdanie rozmówcy, pod warunkiem że jest takie jak twoje".
- Właściwie to nie rozumiem, dlaczego ją rzuciłaś. Mogłaś przecież wziąć jakiś urlop bezpłatny albo coś innego. Na pewno poszliby ci na rękę - kontynuowała niezrażona matka.
Ojciec jak zwykle się nie odzywał. Przez lata małżeństwa z tą kobietą jego instynkt samozachowawczy wyćwiczony został do granic perfekcji, a jedynym tego celem było utrzymanie świętego spokoju albo... nietrafienie za kratki. Podobno antropolodzy twierdzą, że zakaz zabijania członków własnej społeczności to cecha, która łączyła przez wieki wszystkie kultury. W tym domu nie było to już aż tak oczywiste.
- Mamo, już o tym rozmawiałyśmy. - Magda przewróciła oczami. Zaczynała tracić resztki apetytu, jaki poczuła pierwszy raz od długiego czasu.
- Czyżby? Nie przypominam sobie. Od dwóch tygodni, odkąd wróciłaś z Paryża i zaległaś na kanapie w swoim... naszym pokoju gościnnym, prawie się nie odzywasz.
- To kiedyś był mój pokój i chyba mam prawo skorzystać z pomocy własnych rodziców, zanim sobie czegoś nie znajdę i nie stanę na nogi?
- Nie dramatyzuj, moja panno. Miałaś świetną pracę oraz stały dochód i wszystko zmarnowałaś.
Magda odłożyła widelec na talerz, spojrzała na nietkniętą kanapkę, którą sobie przygotowała, i policzyła w myślach do dziesięciu. Przez chwilę w pokoju panowała cisza, przerywana jedynie dźwiękiem stukania sztućców o porcelanę.
Całe szczęście, że myśli pozostają wyłącznie w naszych głowach i nikt nie może ich usłyszeć - pomyślała.
- Po pierwsze, nie wzięłam bezpłatnego urlopu, bo mój przełożony się na niego nie zgodził - odezwała się w końcu. - Po drugie, nie mogę tam tak po prostu wrócić, ponieważ przyjęli kogoś na moje miejsce. Urząd Miasta to nie jest prywatna firma. Obowiązują pewne procedury dotyczące zatrudniania pracowników, konkursy ofert i tak dalej. A po trzecie, jeżeli wam przeszkadzam, to nie ma sprawy, poszukam sobie jakiegoś przytułku albo zamieszkam pod mostem, bo w tej chwili nie stać mnie na wynajem.
Próbowała się nie rozpłakać, ponieważ ostatnio za często się rozklejała. Przechodziła trudny okres. Max, którego poznała w Grecji, stał się jej wyjątkowo bliski. Kiedy wyszło na jaw, że tak naprawdę jest prywatnym detektywem, który na zlecenie swojego klienta szuka szkiców skradzionych przez Izę, nie zostawił jej samej z tym chaosem. Do końca pomagał jej poskładać w całość bałagan, którego narobiła przyjaciółka, i wspierał ją, gdy przyszło jej zmierzyć się z wiadomością o jej śmierci. Oboje byli przekonani, że szkice zaginęły bezpowrotnie i nigdy już ich nie odzyskają. Jednak Iza, mimo swojej chciwości, okazała się przezorna i - co zaskakujące - ufała Magdzie. Jeszcze przed swoim zniknięciem przesłała jej te skradzione dzieła prosto do domu w Polsce. Magda otrzymała tę przedziwną przesyłkę dopiero po powrocie.
Na szczęście zatrzymała wizytówkę Maxa. Wracając z Grecji, była pewna, że nigdy więcej go nie spotka, ale los miał wobec niej inne plany. Dzięki paczce od nieżyjącej już przyjaciółki wkrótce znów znalazła się w samym centrum wydarzeń - tym razem w Paryżu.
Początkowo miał to być jedynie krótki pobyt - okazja, by poznać Maxa w codziennym życiu i zobaczyć, kim jest poza tajemniczym detektywem. Spotkała też jego przyjaciół, a zwłaszcza Filipe Calado, najlepszego klienta, któremu to właśnie Iza wykradła szkice. Z czasem jednak zdała sobie sprawę, że jej uczucia do Maxa to nie tylko chwilowe zauroczenie. Najzwyczajniej w świecie się w nim zakochała.
Nie było więc zaskoczeniem, że powrót do Polski stał się emocjonalnym rollercoasterem. Gdzieś w tle znów słyszała chichot losu. Patrząc na minę Maxa, kiedy odwiózł ją na lotnisko, była pewna, że czuł dokładnie to samo. Oboje byli kompletnie załamani, choć żadne z nich nie potrafiło się do tego przyznać.
Magda znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Kursowanie między Szczecinem a Paryżem nie wchodziło w grę - ani odległość, ani koszty przelotów na to nie pozwalały. Jej praca również nie ułatwiała utrzymywania takiej znajomości. Wystukiwali więc całymi dniami SMS-y, a wieczorami prowadzili długie rozmowy przez telefon, nierzadko do drugiej lub trzeciej w nocy.
Po miesiącu wyczerpana z niewyspania i zdesperowana postanowiła zrobić coś, na co jeszcze przed wyjazdem do Grecji nigdy sama by się nie odważyła - tym razem z własnej nieprzymuszonej woli postanowiła zburzyć plan, który los przygotował dla niej na kolejne lata. Plan, który do tej pory wydawał się żenująco nijaki. Zamiast podporządkować się temu, co przewidziano dla niej z góry, zdecydowała się na coś zupełnie innego - świadomie wprowadzić w swoje życie kompletny chaos.
Niestety, ku jej zaskoczeniu, kierownik w pracy z niezrozumiałych względów nie podzielił jej entuzjazmu. Nie chciał nawet słyszeć o bezterminowym bezpłatnym urlopie. Właściwie o jakimkolwiek urlopie. No cóż, najwyraźniej nigdy nie przeżył płomiennej miłości.
Magda nie miała też pewności, czy znajdzie jakiekolwiek zajęcie w Paryżu, bez znajomości języka. Zdała sobie więc sprawę, że utrzymanie wynajętego w Szczecinie mieszkania będzie równie nierealne, jak zatrzymanie pracy w urzędzie.
W swojej naiwności liczyła bowiem, że zostawi sobie furtkę, gdyby Max okazał się draniem, uwodzicielem, oszustem na miarę Kalibabki czy jakimś seryjnym mordercą stukniętych kobiet. Chociaż w przypadku tej ostatniej opcji ani mieszkanie w Polsce, ani praca nie byłyby jej już potrzebne.
Max tak gorliwie i ciepło zapewniał ją, że nie ma się czym martwić, że dwa tygodnie później, w chłodny listopadowy poranek, stała w toalecie na lotnisku w Berlinie, patrząc w lustro i pukając się w głowę. W saszetce z dokumentami miała świadectwo pracy, obok niej leżała spakowana wielka walizka, a w dłoni trzymała bilet w jedną stronę. Do dziś nie miała pojęcia, po co w ogóle zabrała to cholerne świadectwo pracy. Tak samo jak nie potrafiła znaleźć sensownego wyjaśnienia, dlaczego do reszty zdurniała dla tego mężczyzny.
Gdyby żyła Iza, zapewne kazałaby jej się zamknąć i płynąć z prądem, łapać szczęście, dać się ponieść czystej pierwotnej chuci, czerpać z życia garściami. Taka była jej przyjaciółka. Zupełne przeciwieństwo Magdy. No tak, tylko dokąd zaprowadziło ją to pozytywne nastawienie?
- Ty naprawdę uwielbiasz histeryzować. Czy ja powiedziałam, że nam przeszkadzasz? - rzuciła matka, wyrywając Magdę z zamyślenia. - Może jest i trochę ciasno, ale przecież zawsze chciałam dla ciebie dobrze, córeczko. Ty jednak nigdy moich rad nie słuchałaś. Bierz przykład z ojca. On nie kwestionuje moich decyzji, bo wie, że zawsze mam rację. Przynajmniej potem nie popełnia głupot. Prawda, kochanie? - Spojrzała karcącym wzrokiem na męża, który zdawał się jej w ogóle nie słyszeć.
Andrzej Jakubowski był wspaniałym rodzicem, ciepłym i troskliwym, ale potrafił wyglądać jak ameba, kiedy było mu to na rękę. Magda była przekonana, że gdyby sytuacja stała się podbramkowa, padłby na ziemię jak opos i udawał martwego.
- Poza tym nie pisnęłaś ani słowem, co się tak naprawdę w tym Paryżu wydarzyło. Najpierw opowiadasz o tym mężczyźnie z błyskiem w oku, rzucasz dla niego wszystko, lecisz do wielkiego, niebezpiecznego miasta, a potem nagle wracasz, zamykasz się w pokoju i płaczesz. Myślisz, że ja tego nie słyszę? Po nocach przez to nie śpię i serce mi się kraje, jak widzę, że moja córeczka cierpi i marnuje swoją młodość na jakiegoś drania, bo domyślam się, że okazał się łajdakiem niewartym tego całego wywracania życia do góry nogami. I co ci teraz zostało? Nie masz pracy ani mieszkania i tylko snujesz się zapuchnięta. W takim stanie nikogo sobie nie znajdziesz.
Apodyktyczna i wiecznie krytykująca Zofia niestety była mistrzynią w działaniu rzekomo w dobrych intencjach. Oczywiście wyłącznie dla dobra jedynaczki. I ciągle szukała dla niej tej wyjątkowej "partii", z którą miała stworzyć tak idealne życie małżeńskie, jak wielmożni państwo Jakubowscy. Duma całej rodziny. Czterdzieści lat stażu i nadal razem. Wzór do naśladowania. Magda sądziła, że byli raczej jak para modliszek - co prawda ojciec, jako samiec, rolę reprodukcyjną już spełnił, ale z racji mnogości łatwo dostępnych produktów spożywczych matka, jako samica, nie potrzebowała go zjadać dla zapewnienia sobie składników odżywczych. Poza tym nikt inny, przy zdrowych zmysłach, nie zniósłby tej kobiety dłużej niż przez dobę.
- Nic się nie stało. Nie mam zamiaru opowiadać ci o swoich prywatnych sprawach - burknęła Magda.
- Nie mów tak do mnie, moja panno! Bycie dorosłą wcale nie oznacza, iż wszystko ci wolno. Beze mnie oboje z ojcem byście zginęli, ale ty mnie nigdy...
Tego zdania i zapewne kolejnych Magda już nie usłyszała. W czasie tyrady matki wstała od stołu, szybkim krokiem przeszła do przedpokoju, włożyła buty, chwyciła kurtkę i zatrzaskując z głośnym hukiem drzwi, wyszła na zewnątrz na chłodne jeszcze majowe powietrze.
Jednego była na razie pewna - siedziała w czarnej dziurze po same uszy. Nie zamierzała się jednak w niej urządzać. O Nie! Niestety na razie brakowało jej siły, aby cokolwiek zrobić ze swoim życiem i zadbać, aby nigdy więcej żaden mężczyzna w nim nie namieszał.
Pierwsza część tego, co powiedziała jej matka, była nawet przyjemna, ale Zofia uwielbiała metodę kija i marchewki. Najpierw dawała jej do zrozumienia, że kocha i troszczy się o nią, a następnie w tym samym zdaniu ganiła za każdą samodzielnie podjętą decyzję. Nigdy nie dawała jej przestrzeni na błędy, ponieważ każdy został zauważony i regularnie, z najdrobniejszymi szczegółami przez matkę przypominany. To sprawiło, że Magda, nawet jako dorosła osoba, była wycofana, zakompleksiona i stała się swoim największym krytykiem. Max od razu to zauważył, ale potrafił w przedziwny i jednocześnie wspaniały sposób mówić o każdej z jej cech jak o zalecie, a nie wadzie. Owszem, ganił ją za popełniane głupoty, zwłaszcza te w Grecji. Jednak wtedy w pełni sobie na to zasłużyła, ponieważ uparcie narażała ich na niebezpieczeństwo. Potrafił jednak zauważyć w niej coś, czego nie widział chyba żaden inny mężczyzna.
- I co z tego, kurwa? - powiedziała wściekła na głos, zwracając uwagę mijającego ją starszego mężczyzny.
Dawno już nie przeklinała. Właściwie to do momentu tego nieszczęsnego zdarzenia w Paryżu. Tylko co tak naprawdę się stało?
Spacerując kolejnymi znanymi jej z dzieciństwa uliczkami, wróciła pamięcią do "tego" dnia.