Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie - Frédéric Martel

-
Proszę czekać

TEGO SAMEGO AUTORA

Smart, Enqu?te sur les internets, Stock, 2014

Global Gay, Comment la révolution gay change le monde, Flammarion, 2013

Mainstream, Enqu?te sur la guerre globale de la culture et des médias, Flammarion, 2010

De la culture en Amérique, Gallimard, 2006

Le Rose et le Noir, Les homosexuels en France depuis 1968, Le Seuil, 1996

 
Od autora i wydawców

Sodoma wychodzi równocześnie w dwudziestu krajach i w ośmiu językach. Publikują ją następujące wydawnictwa: Robert Laffont we Francji, Feltrinelli we Włoszech, Bloomsbury w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Australii, Roca Editorial w Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej, Balans w Holandii i Rumunii, Porto Editora w Portugalii. Na poziomie międzynarodowym za wydanie odpowiada Jean-Luc Barré.

W książce wykorzystano wiele źródeł. Podczas dziennikarskiego śledztwa trwającego ponad cztery lata przeprowadzono wywiady z ponad tysiącem pięciuset osobami w Watykanie i w 30 krajach. Wśród nich było 41 kardynałów, 52 biskupów i monsiniorów, 45 nuncjuszy apostolskich i zagranicznych ambasadorów oraz ponad 200 księży i seminarzystów. Wszystkie rozmowy przeprowadzone zostały osobiście (nie przez telefon, nie za pomocą poczty elektronicznej). Do tych źródeł z pierwszej ręki dodajmy bibliografię składającą się z ponad tysiąca odniesień, książek i artykułów. Ponadto do przeprowadzenia badań w 30 krajach zaangażowano 80 researcherów, korespondentów, doradców, pomocników (fikserów) i tłumaczy.

Wszystkie te źródła, notatki, bibliografia, nazwiska researcherów oraz trzy dodatkowe rozdziały - zbyt długie, by je włączyć do tej książki - znalazły się w trzystustronicowym dokumencie dostępnym w internecie.

Zbiór dokumentów "Sodoma" znajdziemy pod adresem: www.sodoma.fr. Uaktualnienia - z hasztagiem #sodoma - będą publikowane na stronie autora na Facebooku: @fredericmartel, na koncie Instagram: @martelfrederic i na Twitterze: @martelf

 
Prolog

- ON NALEŻY DO PARAFII - prałat konspiracyjnie szepcze mi do ucha.

Pierwszą osobą, która użyła tego zaszyfrowanego zwrotu w rozmowie ze mną, był pewien arcybiskup kurii rzymskiej.

- Ten zdecydowanie jest "czynny". Jest "z parafii" - mówił cicho, lecz z naciskiem, zdradzając zwyczaje byłego "ministra" Jana Pawła II, słynnego watykańskiego kardynała, którego i on, i ja dobrze znamy.

Po czym dorzucił:

- Nie uwierzyłby pan, gdybym opowiedział to, co wiem!

I oczywiście opowiedział.

Jeszcze nieraz spotkamy w książce tego arcybiskupa, pierwszego z długiego szeregu księży odkrywających przede mną rzeczywistość, której istnienie przeczuwałem, lecz którą wiele osób może uznać za fikcję. "Czarodziejskie widowisko[1]".

- Problem w tym, że ludzie, słysząc prawdę o "homoseksualistach w szafie", o "szczególnych przyjaźniach"[2] w Watykanie, nie wierzą. Uważają to za wymysły. Nic dziwnego, skoro w tym wypadku rzeczywistość przerasta fikcję - zwierzał mi się ksiądz, franciszkanin, który od ponad trzydziestu lat pracuje i mieszka w Watykanie.

A jednak wiele osób opisało mi tę "szafę". Niektórzy niepokoili się, że mam zamiar o niej pisać. Inni szeptem zdradzali mi sekrety, a potem, już na głos, ujawniali skandale. Jeszcze inni okazywali się gadatliwi, niewiarygodnie gadatliwi, jakby przez te wszystkie lata nie mogli się doczekać chwili, kiedy będą mogli przerwać milczenie. Około czterdziestu kardynałów oraz setki biskupów, monsiniorów, księży i nuncjuszy (papieskich ambasadorów) zgodziło się ze mną spotkać. Wśród nich byli zdeklarowani homoseksualiści codziennie obecni w Watykanie - dzięki nim przeniknąłem do świata wtajemniczonych.

Tajemnica poliszynela? Plotki? Złe języki? Jestem jak święty Tomasz - muszę dotknąć, żeby uwierzyć. Dlatego musiałem długo prowadzić dziennikarskie śledztwo i żyć blisko Kościoła. Siedem dni każdego miesiąca spędzałem w Rzymie. Regularnie pomieszkiwałem w Watykanie, korzystając z gościnności kościelnych dostojników, którzy czasem, jak się okazywało, również "byli z parafii". Odwiedziłem też ponad trzydzieści krajów, gdzie zebrałem ponad tysiąc świadectw wśród duchownych z Ameryki Łacińskiej, Azji, Stanów Zjednoczonych i Bliskiego Wschodu. W czasie przygotowań do pisania tej reporterskiej książki każdego roku niemal sto pięćdziesiąt nocy spędzałem poza domem, poza Paryżem.

W ciągu trwających cztery lata poszukiwań, spotykając się z kardynałami i księżmi, w tym osobami, do których bardzo trudno uzyskać dostęp, nigdy nie ukrywałem mojej tożsamości - pisarza, dziennikarza i badacza. Wszystkie wywiady przeprowadziłem pod prawdziwym nazwiskiem, rozmówcy z łatwością mogli sprawdzić w Google'u, Wikipedii, na Facebooku lub Twitterze szczegóły mojej biografii. Nierzadko owi hierarchowie, mniej lub bardziej ważni, ostrożnie się do mnie zalecali. Ba, niektórzy z nich nie mogli oprzeć się pokusie, by robić to bardziej aktywnie czy zdecydowanie. Cóż, ryzyko zawodowe!

Jak to się stało, że osoby nawykłe do ciszy zdecydowały się złamać zmowę milczenia? To jedna z tajemnic tej książki i jeden z powodów, że w ogóle powstała.

Rzeczy, których się od nich dowiedziałem, bardzo długo były niemożliwe do wypowiedzenia. Trudno wyobrazić sobie publikację takiej książki dwadzieścia czy nawet dziesięć lat temu. Dziś, kiedy rezygnacja Benedykta XVI i wola reform papieża Franciszka przyczyniły się do większej swobody wypowiedzi, sytuacja nieco się zmienia. Sieci społecznościowe, coraz odważniejsza prasa i niezliczone skandale "obyczajowe" w Kościele sprawiły, że odkrycie tego sekretu stało się możliwe - i konieczne. Książka ta nie krytykuje jednak całego Kościoła, lecz pewną bardzo szczególną formę gejowskiej wspólnoty; opowiada historię większości w watykańskim kolegium kardynałów.

Wielu spośród odprawiających nabożeństwa w kurii rzymskiej kardynałów i prałatów oraz większość tych, którzy gromadzą się na konklawe w Kaplicy Sykstyńskiej pod freskami Michała Anioła - jedną z najwspanialszych scen kultury gejowskiej, pełną ciał dorosłych mężczyzn w otoczeniu nagich, barczystych efebów zwanych ignudi - łączy ta sama "skłonność". Można w nich dostrzec pewne "rodzinne podobieństwo". Jeden z księży, odwołując się do przeboju disco queen, pewnego razu powiedział mi szeptem: "We are family!".

Większość hierarchów, którzy między pontyfikatami Pawła VI i Franciszka z balkonu bazyliki Świętego Piotra ze smutkiem ogłaszali śmierć papieża lub ze szczerą radością wykrzykiwali Habemus papam!, łączył ten sam sekret. ? bianca!

Świat, jaki odkrywam, świat pięćdziesięciu twarzy geja - czy będzie on "praktykujący", "przejawiający skłonności", "wtajemniczony", "unstraight", "światowy", "uniwersalny", "questioning", czy "ukryty w szafie" - przekracza nasze wyobrażenia. Tajemne historie owych księży, którzy dla świata mają oblicze świętobliwych mężów, prywatnie wiodąc zupełnie inne, całkowicie odmienne od swojego wizerunku życie, stanowią trudną do rozsupłania plątaninę. Być może nigdy żadna instytucja nie zbudowała tak złudnej fasady - za mamiącymi zapewnieniami o celibacie i ślubach czystości kryje się zgoła inna rzeczywistość.

 

NAJLEPIEJ STRZEŻONY SEKRET WATYKANU nie jest sekretem dla papieża Franciszka. Zna swoją "parafię". Od przybycia do Rzymu zdążył zrozumieć, że ma do czynienia z jedynym w swoim rodzaju stowarzyszeniem, które nie ogranicza się bynajmniej - jak długo uważano - do garstki zbłąkanych owieczek. Chodzi o pewien system. I o wielkie stado. Ilu ich jest? Nieważne. Wystarczy powiedzieć, że stanowią zdecydowaną większość.

Oczywiście na początku papieża zaskoczył rozmiar tej "plotkarskiej kolonii", jej "urocze przymioty" i "nieznośne wady"[3], o których czytamy w słynnej Sodomie i Gomorze Marcela Prousta. Jednak Franciszek nie może ścierpieć nie tyle powszechnej "homofilii", ile niewiarygodnej hipokryzji tych, którzy mając partnera, przygody, a czasem korzystając z usług żigolaków, głoszą surowe zasady moralne. Dlatego bezlitośnie piętnuje fałszywych pobożnisiów, nieszczerych bigotów, świętoszków. Do tej podwójności, tej schizofrenii Franciszek często odnosił się podczas swoich porannych homilii w Domu Świętej Marty. Jedno z wygłoszonych przez niego zdań mogłoby stać się mottem tej książki: "Za rygoryzmem zawsze jest coś ukrytego, w wielu przypadkach podwójne życie[4]".

Podwójne życie? Słowo padło i tym razem świadek jest bez wątpienia wiarygodny. Franciszek często wracał do krytyki kurii rzymskiej, wskazywał palcem "obłudników" wiodących "ukryte, często rozpustne życie", tych, którzy "upiększają duszę, żyją pozorem"; mówił o "kłamstwie", które stając się zasadą, "czyni wiele zła, obłuda wyrządza wiele zła - to jest sposób życia"[5]. Czyńcie to, co mówię, nie to, co czynię!

Nie muszę tłumaczyć, że Franciszek dobrze zna tych, do których się zwraca, choć nie nazywa ich po imieniu, zna wszystkich tych kardynałów, mistrzów papieskich ceremonii liturgicznych, byłych sekretarzy stanu, "substytutów", "minutantes" [watykańskich zastępców i sekretarzy - przyp. red.] czy kamerlingów. W większości przypadków nie chodzi tylko o niesprecyzowaną skłonność, o coś płynnego, o jakąś "homofilię" czy "tendencję", jak się kiedyś mówiło, ani nawet o seksualność wypartą czy poddaną sublimacji - choć wszystko to także spotykamy w rzymskim Kościele. Bardzo wielu spośród tych kardynałów, którzy "choć pełnokrwiści, nie kochali kobiet![6]" - jak to ujął Poeta, to czynni homoseksualiści. Jakich wybiegów używam, żeby powiedzieć rzeczy tak proste! Rzeczy wczoraj tak szokujące, a dziś tak banalne! Czynni, owszem, lecz ciągle "ukryci w szafie". Nie ma sensu przedstawiać wam tego kardynała, który pokazywał się na Loggi, a potem został bohaterem szybko zatuszowanej afery związanej z prostytucją; ani innego francuskiego kardynała, który długo miał w Ameryce kochanka - anglikanina; ani tego, który w młodości nizał swoje przygody miłosne jak siostrzyczka koraliki różańca; ani tych poznanych w pałacach Watykanu, którzy przedstawiali mi swoich partnerów jako asystentów, "minutantes", zastępców, szoferów, pokojowych, zarządców, a nawet ochroniarzy!

Homoseksualna wspólnota w Watykanie należy do największych na świecie, sądzę, że nawet w Castro, słynnej gejowskiej - dziś już bardziej mieszanej - dzielnicy San Francisco nie jest aż tak liczna!

Jeśli chodzi o starszych kardynałów, tajemnica kryje się w przeszłości. Fakt, że okres burzliwej młodości i zabaw przypadł na czasy przed wyzwoleniem gejów, tłumaczy ich podwójne życie i homofobię w starym stylu. Zbierając materiały do tej książki, często miałem wrażenie, że przeniosłem się w czasie i znalazłem w latach trzydziestych lub pięćdziesiątych XX wieku - których nie mogłem poznać - w czasach podwójnej moralności, czasach podziału na naród wybrany i naród przeklęty. Dlatego jeden z księży, z którym często się widywałem, powiedział mi kiedyś: "Witamy w Sodomie!".

Nie ja pierwszy mówię o tym zjawisku. Wielu dziennikarzy ujawniało już skandale i afery w kurii rzymskiej. Nie to jest moim zamiarem. Uważam - w przeciwieństwie do watykanistów piętnujących jednostkowe "ekscesy", a jednocześnie ukrywających "system" - że w mniejszym stopniu trzeba koncentrować się na brudnych sprawkach, w większym na zupełnie banalnym podwójnym życiu większości kościelnych dygnitarzy. Nie na wyjątkach, lecz na systemie i wzorcu, na "patternie" - jak to określają amerykańscy socjologowie. Nie bardzo interesują mnie indywidualne sytuacje, chodzi o ogólny typ, o psychologię kolektywną, o homospołeczność w ogóle. Detale są oczywiście istotne, lecz ważne są też prawa rządzące całością - dlatego w książce tej sformułujemy czternaście ogólnych reguł. Przedmiotem naszej analizy będzie zamknięta społeczność księży, ich słabość i cierpienie związane z przymusowym celibatem, które zmieniły się w system. Nie chodzi więc o osądzanie homoseksualistów, nawet tych ukrytych - osobiście bardzo ich lubię! - lecz o zrozumienie ich tajemnicy i wspólnego stylu życia. Rzecz nie w tym, by ich oskarżać ani outować - ujawniać za życia ich orientację. Nie planuję stosowania amerykańskiej praktyki "name and shame", polegającej na demaskowaniu osób poprzez upublicznianie nazwisk. Chciałbym podkreślić, że moim zdaniem żaden ksiądz czy kardynał nie powinien wstydzić się swego homoseksualizmu, sądzę, że powinna to być po prostu jedna z wielu możliwych ról społecznych.

Konieczne jest jednak ujawnienie systemu, który - od najmłodszego seminarzysty aż po święte kolegium kardynalskie - opiera się na dwóch filarach: ukrytym życiu homoseksualnym i najbardziej przerażającej homofobii. Pięćdziesiąt lat po Stonewall - gejowskiej rewolcie w Stanach Zjednoczonych - Watykan pozostaje ostatnim bastionem do zdobycia. Wielu katolików wyczuwa to kłamstwo, choć jeszcze nie mogli poznać faktów opisanych w tej książce.

 

BEZ TEGO KLUCZA INTERPRETACYJNEGO najnowsza historia Watykanu i Kościoła rzymskiego pozostanie niezrozumiała. Nie mając świadomości, jak ważny jest w niej wątek homoseksualizmu, rezygnujemy z podstawowego klucza, który pozwala zrozumieć większość faktów. Od dziesięcioleci plamiły one historię Watykanu, na przykład ukryte motywacje skłaniające Pawła VI do utrzymania zakazu sztucznej kontroli płodności, odrzucenie prezerwatyw i zachowanie ścisłego celibatu księży; wojna z teologią wyzwolenia; skandale w Banku Watykańskim za czasów sławnego arcybiskupa Marcinkusa (też homoseksualisty), decyzja o zakazaniu prezerwatyw jako środka do walki z AIDS (w czasie, gdy pandemia pochłonęła 35 milionów ofiar); afery Vatileaks I i II; niezmierzona, wciąż nawracająca mizoginia licznych kardynałów i biskupów żyjących w świecie bez kobiet; dymisja Benedykta XVI; obserwowany dziś bunt przeciw Franciszkowi... W każdym z tych przypadków homoseksualizm odegrał główną rolę, co wiele osób odgaduje, lecz o czym nikt tak naprawdę nie mówi.

Nadreprezentacja gejów nie tłumaczy oczywiście wszystkiego, jest jednak jednym z najważniejszych interpretacyjnych tropów pozwalających zrozumieć Watykan i jego moralne fundamenty. Można by również postawić tezę, choć nie to jest tematem tej książki, że lesbianizm stanowi klucz do zrozumienia życia zakonów żeńskich, zarówno mniszek klauzurowych, jak i zakonnic ze zgromadzeń czynnych. W końcu - niestety - homoseksualizm jest jednym z wyjaśnień instytucjonalnego ukrywania i tuszowania seksualnych przestępstw i zbrodni, które liczy się już w dziesiątkach tysięcy. Dlaczego? Jak do tego doszło? Otóż "kultura tajemnicy", niezbędna, by zachować milczenie na temat znaczącej obecności homoseksualizmu w Kościele, pozwala na ukrywanie nadużyć seksualnych, pozwala seksualnym drapieżnikom bez wiedzy instytucji korzystać z jej systemu ochrony - przy czym pedofilia też nie jest głównym tematem tej książki.

"Ile brudu jest w Kościele"[7] - powiedział kardynał Ratzinger, gdy dzięki tajnemu raportowi trzech kardynałów (którego treść poznałem) odkrył rozmiary "homoseksualnej szafy". Było to jedną z głównych przyczyn jego dymisji. Raport dotyczył nie tyle istnienia "lobby gejowskiego" (jak mówiono), ile wszechobecności homoseksualistów w Watykanie, szantaży i molestowania, które nabrały systemowego charakteru. Źle się dzieje w Watykanie - powiedziałby Hamlet.

Homoseksualna socjologia katolicyzmu pomaga wyjaśnić również inne zjawisko - kres powołań. Przez długi czas - jak zobaczymy - młodzi Włosi odkrywający swój homoseksualizm lub mający wątpliwości co do swojej orientacji uciekali przed nią, wybierając zawód księdza. W ten sposób pariasi stawali się wtajemniczonymi, a słabość zmieniali w siłę. Wraz z homoseksualnym wyzwoleniem lat siedemdziesiątych i socjalizacją gejów z lat osiemdziesiątych XX wieku źródło katolickich powołań w naturalny sposób wyschło. Nastoletni gej ma dzisiaj, nawet we Włoszech, inne możliwości niż pójście do seminarium albo zakonu. Koniec powołań ma różne przyczyny, jednak paradoksalnie rewolucja homoseksualna jest jedną z najistotniejszych.

Ten schemat tłumaczy wreszcie wojnę przeciw Franciszkowi. Tyle że, aby ją zrozumieć, trzeba pójść wbrew intuicji. Latynoski papież jako pierwszy używa słowa "gej", a nie tylko "homoseksualista", i - gdy porównamy go z poprzednikami - zdaje się najbardziej gay-friendly spośród współczesnych głów Kościoła katolickiego. Z jego ust padły magiczne, a jednocześnie przebiegłe słowa: "Kim jestem, by osądzać?". Można też założyć, że obecny papież nie ma skłonności czy inklinacji, jakie przypisywano czterem jego poprzednikom. A jednak przeciw Franciszkowi, właśnie z powodu jego rzekomego liberalizmu w kwestiach etyki seksualnej, toczą brutalną kampanię konserwatywni kardynałowie - bardzo homofobiczni i w większości przypadków skrycie homofilni.

W pewnym sensie to świat na opak! Można nawet powiedzieć, że jedna niepisana reguła sprawdza się w Sodomie prawie zawsze: im bardziej homofobiczny duchowny, tym większa szansa, że sam jest homoseksualistą. Ci tradycjonaliści, te "konserwy", ci "wątpiący kardynałowie" [w oryginale "dubia", od słowa oznaczającego list do papieża z wątpliwościami odnośnie do niektórych punktów adhortacji Amoris laetitia - przyp. red.] to właśnie słynni duchowni "za sztywnością kryjący podwójne życie", o których często wspomina Franciszek.

"Karnawał się skończył" - tak ponoć powiedział do mistrza ceremonii papieskich nowo wybrany suweren Watykanu. Od tego czasu Argentyńczyk niszczy sieć homoseksualnej zmowy i braterstwa, która rozsnuła się po kryjomu za czasów Pawła VI, rozrosła za Jana Pawła II, a pod rządami Benedykta XVI stała się nie do opanowania i przyspieszyła jego upadek. Franciszek, ze swoim nieprzerośniętym ego i nienerwowym stosunkiem do seksualności, wybucha. Nie jest "z naszej parafii"!

Czy papież i jego liberalni teologowie zdali sobie sprawę z tego, że celibat księży to porażka? Że jest fikcją w rzeczywistości prawie nigdy niewystępującą? Czy domyślili się, że wojna wypowiedziana gejom przez Jana Pawła II i Benedykta XVI była z góry przegrana? Że obracała się przeciw Kościołowi tym bardziej, im wyraźniej dostrzegano, co ją naprawdę napędza, im wyraźniej widziano, że tę wojnę ukryci homoseksualiści wytoczyli zdeklarowanym gejom.

Zagubiony w tym plotkarskim towarzystwie Franciszek jest jednak dobrze poinformowany. Jego asystenci, najbliżsi współpracownicy, mistrzowie ceremonii i inni eksperci od liturgii, teologowie i kardynałowie, pośród których czynnych homoseksualistów także jest legion, wiedzą, że homoseksualizm w Watykanie to wielu powołanych i wielu wybranych. Sugerują nawet - gdy ich o to zapytać - że zakazując księżom wchodzenia w związki małżeńskie, Kościół - z socjologicznego punktu widzenia - stał się homoseksualny; że narzucając nienaturalną wstrzemięźliwość i kulturę tajemnicy, częściowo stał się odpowiedzialny za dziesiątki tysięcy nadużyć seksualnych, które rozsadzają go od środka. Wiedzą też, że seksualne pożądanie, a przede wszystkim pożądanie homoseksualne, to jeden z najsilniejszych motorów napędzających życie Watykanu.

Franciszek ma świadomość, że musi doprowadzić do zmiany stanowiska Kościoła, co oznacza bezlitosną walkę z tymi, którzy używają seksualnej moralności i homofobii do ukrycia własnej hipokryzji i podwójnego życia. Jednak ukryci homoseksualiści stanowią potężną i wpływową większość, a "najsztywniejsi" z nich bardzo hałaśliwie demonstrują swoją homofobię.

Mamy więc papieża, który mieszka w Sodomie. Straszony, atakowany z każdej strony, krytykowany Franciszek znalazł się, jak powiedziano, "pośród wilków".

Czy może raczej - jest otoczony księżniczkami.

 
 
CZĘŚĆ PIERWSZA FRANCISZEK

*Cztery umieszczone w tej książce schematy zostały uproszczone - niektóre stanowiska, tytuły i daty dla większej czytelności zostały pominięte. W 2017 roku stworzono sekcję trzecią sekretariatu stanu.

 
1.
Dom Świętej Marty

- DOBRY WIECZÓR - słyszę głos w słuchawce. - Chciałbym podziękować.

Francesco Lepore z kciukiem przy uchu i z małym palcem przy ustach odgrywa przede mną rozmowę telefoniczną. Właśnie odłożył słuchawkę i mowa jego ciała zdaje się równie ważna jak wypowiadane przez jego tajemniczego interlokutora słowa - włoskie, lecz z silnym akcentem. Lepore przypomina sobie wszystko w najdrobniejszych szczegółach.

- To było 15 października 2015 roku, koło godziny szesnastej czterdzieści pięć, dobrze to pamiętam. Kilka dni wcześniej umarł mój ojciec, czułem się samotny i opuszczony. Nagle zadzwoniła moja komórka. Numer nieznany. Odebrałem machinalnie.

- Pronto.

Usłyszałem głos:

- Buona sera! Tu papież Franciszek. Dostałem pański list, przekazał mi go kardynał Farina. Chcę powiedzieć, że jestem poruszony pana odwagą, że przemawia do mnie uczciwość i szczerość tego listu.

- Ojcze święty, jestem bardzo wzruszony tym telefonem, tym, że ojciec święty postanowił do mnie zadzwonić - odpowiedział Lepore drżącym głosem, zadziwiony tą nieoczekiwaną rozmową. - To nie było konieczne. Po prostu czułem potrzebę, żeby to napisać.

- Nie, to ja jestem wzruszony pana szczerością i odwagą. Nie wiem, w jaki sposób mógłbym teraz pomóc, ale chciałbym coś zrobić.

Francesco Lepore się zawahał. Po chwili milczenia papież powiedział:

- Mogę mieć prośbę?

- Jaką?

- O modlitwę za mnie?

Francesco Lepore dalej milczał.

- W końcu odpowiedziałem, że przestałem się modlić. Ale gdyby on zechciał, mógłby pomodlić się za mnie.

Franciszek powiedział, że "już się za niego modlił", i zapytał:

- Mogę pana pobłogosławić?

- Oczywiście na to pytanie papieża Franciszka odpowiedziałem twierdząco. Znów zapadła cisza, potem jeszcze raz mi podziękował i tak rozmowa się skończyła.

Po chwili Francesco Lepore dodał:

- Wie pan, nie sprzyjam szczególnie temu papieżowi. Nieczęsto zdarza mi się bronić Franciszka, ale ten gest naprawdę mnie wzruszył. Nigdy o tym nie mówiłem, zachowałem to dla siebie jako prywatny sekret, jako coś dobrego. Pierwszy raz komuś o tym opowiadam. (Kardynał Farina, którego dwa razy odwiedziłem w jego watykańskim mieszkaniu, potwierdził przekazanie listu Leporego papieżowi i to, że Franciszek faktycznie do niego zadzwonił).

 

PAPIEŻ ZADZWONIŁ NIEDŁUGO PO TYM, JAK Francesco Lepore zerwał z Kościołem. Złożył dymisję i został, jak mówi oficjalna formuła, "przeniesiony do stanu świeckiego". Ksiądz intelektualista, duma watykańskich kardynałów zrzucił sutannę. Po czym napisał list do Franciszka - jakby ból kazał mu wrzucić do morza butelkę z zapisaną kartką - list, w którym opowiedział swoją historię, historię księdza homoseksualisty, który został papieskim łacińskim tłumaczem. Napisał go, żeby z tym wszystkim skończyć. Żeby żyć w zgodzie z samym sobą i zerwać z hipokryzją. Tym gestem Lepore spalił za sobą mosty.

Jednak ten święty nakaz zwrócił go nieubłaganie ku przeszłości, o której chciał zapomnieć. Kazał raz jeszcze spojrzeć na rozdział, który już zamknął - na swoją miłość do łaciny i stanu duchownego; religijne początki, wyświęcenie na księdza; życie w Domu Świętej Marty, przyjaźnie z wieloma biskupami i kardynałami, niekończące się rozmowy o Chrystusie i homoseksualizmie, potajemne, czasem po łacinie.

Stracone złudzenia? Tak, zapewne. Szybko piął się w górę - młody ksiądz pracujący u boku najznamienitszych kardynałów, a wkrótce bezpośrednio w służbie trzech papieży. Wiązano z nim wielkie nadzieje, obiecywano mu karierę w Pałacu Apostolskim, może nawet we włoskim episkopacie, albo - kto wie? - purpurowy habit i czerwony kapelusz!

To było, zanim dokonał wyboru. Francesco musiał zdecydować - Watykan czy homoseksualizm. I, inaczej niż wielu księży i kardynałów, którzy wolą prowadzić podwójne życie, wybrał wolność i życie w zgodzie ze sobą. To uczciwość księdza Leporego sprawiła, że papież Franciszek osobiście do niego zadzwonił - chociaż w rozmowie nie poruszył bezpośrednio kwestii homoseksualizmu.

- Wydawał się poruszony moją historią, może również tym, że odkryłem przed nim niektóre watykańskie praktyki, może tym, jak nieludzko potraktowali mnie moi przełożeni - w Watykanie jest wielu opiekunów i obowiązuje ius primae noctis. I jak mnie porzucili, gdy tylko przestałem być księdzem.

Jednak, co bardziej znaczące, papież Franciszek otwarcie podziękował Francesco Leporemu za to, że w sprawie swojej seksualnej orientacji wybrał "dyskrecję", "pokorę", "sekret" i nie zdecydował się na hałaśliwy, publiczny coming out (papież był zresztą na tyle przebiegły, by znaleźć mu pracę).

Jakiś czas później Watykan ostro zareagował na głośny, medialny coming out prałata z otoczenia kardynała Ratzingera, monsiniora Krzysztofa Charamsy. Do niego papież nie zadzwonił!

Widzimy tutaj, jak działa niepisana zasada Sodomy: by pozostać częścią Watykanu, trzeba przestrzegać kodeksu "ukrywania się w szafie" polegającego na tolerancji dla homoseksualizmu księży i biskupów, nawet dla tego, że niektórzy czerpią z niego radość, pod warunkiem że we wszystkich przypadkach jest on trzymany w sekrecie. Tolerancja łączy się z dyskrecją. I - jak mówił Al Pacino w Ojcu chrzestnym - nigdy nie wolno krytykować ani opuszczać "rodziny", "Don't ever take sides against the family".

Zgłębiając przez długi czas ten temat, odkryłem, że wśród kleru bycie gejem oznacza dopasowanie się do pewnej normy. Jedyna granica, której nie wolno przekroczyć, to ujawnienie się w mediach lub aktywizm. Bycie homoseksualistą w Kościele jest możliwe, łatwe, banalne, niekiedy nawet wspierane. Zakazane jest tylko mówienie o tym, ujawnianie swojej orientacji. Homoseksualista dyskretny jest "z parafii". Ten, który wywołuje skandal, sam się wyklucza z rodziny.

W świetle tego "kodeksu" telefon papieża Franciszka do Francesco Leporego wreszcie nabiera sensu.

 

PO RAZ PIERWSZY SPOTKAŁEM LEPOREGO, gdy zaczynałem zbierać materiały do tej książki. Kilka miesięcy przed jego listem i telefonem od papieża. Ten człowiek, z racji wykonywanego zawodu zobowiązany do milczenia, dyskretny tłumacz ojca świętego, zgodził się rozmawiać ze mną z odsłoniętą przyłbicą. Dopiero zaczynałem pracę nad książką i niewiele jeszcze zdobyłem kontaktów. Potem poznałem w Watykanie dziesiątki księży gejów, ale Francesco Lepore był jednym z pierwszych. Nigdy nie przypuszczałem, że po nim znajdę w stolicy apostolskiej aż tak wielu duchownych gotowych mi się wyspowiadać.

Dlaczego mówią? W Rzymie wszyscy się zwierzają - księża, gwardia szwajcarska, biskupi, niezliczeni monsiniorzy, a jeszcze chętniej kardynałowie. Same gaduły! Każdy z tych eminencji i ekscelencji okazuje się bardzo rozmowny, wystarczy odpowiednio do niego podejść. Czasem jest to istny słowotok, w wielu przypadkach co najmniej brak ostrożności. Każdy ma swój powód. Jedni mówią, bo chcą zająć stanowisko w toczącej się wewnątrz Watykanu zażartej wojnie ideologicznej między tradycjonalistami a liberałami. U innych wynika to z chęci wpłynięcia na rzeczywistość, można powiedzieć, że z próżności. Niektórzy mówią, bo są homoseksualistami, a nie mogąc mówić o sobie, chcą przynajmniej opowiedzieć wszystko o innych. Bywają i tacy, którzy robią to z goryczy, przez upodobanie do plotek i obmowy. Starzy kardynałowie często żywią się pogłoskami i oczernianiem bliźnich. Przywodzą mi na myśl bywalców podejrzanych męskich klubów z lat pięćdziesiątych XX wieku, złośliwych światowców, którzy okrutnie ze wszystkich szydzili, bo nie akceptowali swojej własnej natury. "Szafa" jest miejscem pełnym niewyobrażalnego okrucieństwa.

Francesco Lepore chciał z niej wyjść. Od razu podał mi swoje prawdziwe nazwisko, godząc się na nagranie i upublicznienie naszych rozmów.

Na pierwsze spotkanie zorganizowane przez wspólnego znajomego Pasquale Quarantę, dziennikarza gazety "La Repubblica", na drugim piętrze restauracji Eataly przy rzymskiej Piazza della Repubblica Lepore spóźnił się nieco z powodu strajku komunikacji miejskiej. Wybrałem Eataly, stawiającą na modny "slow food", jedzenie ekologiczne i "made in Italy", bo to lokal względnie dyskretny, oddalony od Watykanu - można tam spokojnie porozmawiać. W karcie dziesięć rodzajów makaronów - dość rozczarowujących - i siedemdziesiąt trzy typy pizzy, nieszczególnie współgrające z moją dietą "low carb". Spotykałem się tam z Leporem często, prawie co miesiąc, na długie nasiadówki nad talerzem mojego ulubionego spaghetti all'amatriciana. Za każdym razem były ksiądz, siadając za stołem, nagle się ożywiał.

 

NA NIECO POŻÓŁKŁYM ZDJĘCIU Z DAWNYCH CZASÓW, które mi pokazuje, koloratka odcina się nieskazitelną, kredową bielą od czarnej sutanny - Francesco Lepore właśnie przyjął święcenia kapłańskie. Ma krótkie, starannie przyczesane włosy i gładko wygoloną twarz - zupełnie inaczej niż dziś, gdy nad bujną brodą świeci zupełnie łysa czaszka. Czy to ten sam człowiek? Sfrustrowany seksualnie ksiądz i homoseksualista akceptujący swoją orientację to dwa oblicza tej samej rzeczywistości.

- Urodziłem się w Benewencie, mieście w Kampanii, trochę na północ od Neapolu - opowiada Lepore. - Moi rodzice byli katolikami, ale niepraktykującymi. Ja zaś bardzo wcześnie poczułem głęboki pociąg do religii. Kochałem kościoły.

Wielu księży homoseksualistów, z którymi rozmawiałem, mówiło mi o tym "pociągu". O tajemnym poszukiwaniu łaski. O fascynacji sakramentami, splendorem ukrytego za zasłoną tabernakulum cyborium i monstrancji. O magii konfesjonałów, tych odosobnionych zakątków, fantasmagorycznych przez wiązane z nimi obietnice. O procesjach, rekolekcjach, chorągwiach. Także o zdobnych strojach: sukniach, sutannach, albach, stułach. O pragnieniu przeniknięcia sekretów zakrystii. I jeszcze o muzyce - o pieśniach na nieszpory, o męskich głosach i dźwięczności organów. Nie można zapomnieć też o klęcznikach!

Wielu opowiadało, że Kościół stał się dla nich "jakby drugą matką", a wiemy przecież, jak bardzo charakterystyczny dla tego bractwa jest irracjonalny i samozwańczy kult świętej dziewicy. Mama! Jak wielu pisarzy homoseksualistów, od Marcela Prousta po Pasoliniego, poprzez Juliena Greena i Rolanda Barthesa, a nawet Jacques'a Maritaina, śpiewało z głębi serca pieśń miłosną do swojej matki, swoją najważniejszą pieśń, będącą jednocześnie jednym z kluczy do zrozumienia ich autocenzury (zarówno wśród pisarzy, jak i wśród księży wielu znajdziemy takich, którzy pogodzili się ze swoim homoseksualizmem dopiero po śmierci matki). Mama - zawsze wierna swojemu chłopczykowi, mama, która odwzajemniała miłość i troszczyła się o starego już synka jak o największy skarb - i która często wszystko rozumiała.

Francesco Lepore chciał podążyć tą samą drogą co jego ojciec.

- Ojciec uczył łaciny i ja też chciałem nauczyć się tego języka, wejść w ten świat - ciągnie Lepore. - Chciałem opanować łacinę do perfekcji. A w wieku dziesięciu czy jedenastu lat zapragnąłem wstąpić do seminarium.

Co wbrew woli rodziców zrobił i jako piętnastolatek myślał już o podążeniu ścieżką - jak to mówią - kariery duchownej.

Typowa droga młodych księży wygląda na ogół tak: niższe seminarium duchowne, pięć lat studiów filozoficznych i teologicznych, którym towarzyszą "posługi" - lektoraty i akolitaty, potem diakonat i wyświęcenie.

- Zostałem księdzem w wieku dwudziestu czterech lat 13 maja 2000 roku, w roku świętym i zarazem roku World Gay Pride - zgrabnie posumował Francesco Lepore.

Młody człowiek szybko pojął, że bycie duchownym i homoseksualistą - wbrew temu, co myślał wcześniej - nie wyklucza się ani nawet nie jest przypadkowym połączeniem.

- Zawsze wiedziałem, że jestem homoseksualistą. Odczuwałem wobec tych pragnień zarazem pociąg i obrzydzenie. Dojrzewałem w środowisku, które uważało homoseksualizm za coś z gruntu złego, czytałem książki teologiczne, w których był on nazywany grzechem. Dlatego długo żyłem w poczuciu winy. Aby się z nim uporać, wybrałem drogę zanegowania seksualnego pociągu i zastąpienia go pociągiem do religii - wybrałem czystość i seminarium. Zostanie księdzem było dla mnie sposobem odpokutowania grzechu, którego nie popełniłem. Przez lata nauki na Uniwersytecie Opus Dei w Rzymie bardzo intensywnie oddawałem się modlitwie, żyłem w ascezie, posuwałem się do pokuty cielesnej, próbowałem zostać franciszkaninem, by jeszcze silniej doświadczać religii. Przez pięć lat udało mi się zachować czystość, nawet bez masturbacji.

Droga Francesco Leporego, życie między grzechem a umartwieniem, rozdzierająca chęć ucieczki od pragnień za cenę najstraszliwszych ograniczeń to we Włoszech XX wieku rzecz w zasadzie normalna. Od dawna kariera duchownego była idealnym rozwiązaniem dla tych, którym trudno było przyznać się do własnej orientacji. Dziesiątki tysięcy włoskich księży szczerze wierzyło, że religijne powołanie było "rozwiązaniem" ich "problemu". To właśnie pierwsza reguła Sodomy:  s t a n  d u c h o w n y  d ł u g o  s t a n o w i ł  i d e a l n e  s c h r o n i e n i e  d l a  m ł o d y c h  h o m o s e k s u a l i s t ó w.  H o m o s e k s u a l i z m  j e s t  j e d n y m  z  k l u c z y  d o  i c h  p o w o ł a n i a.

 

ZATRZYMAJMY SIĘ NA CHWILĘ PRZY TYM MODELU. By zrozumieć życiową drogę większości kardynałów i niezliczonych księży, których spotkamy na kartach tej książki, trzeba zacząć od niemal darwinowskiego procesu selekcji, który ma swoje socjologiczne wyjaśnienie. We Włoszech przez długi czas była to wręcz reguła. Młodzi, zniewieściali mężczyźni, którzy bali się własnych pragnień; chłopcy czujący pociąg do najlepszego przyjaciela, z których szydzono, bo mówili afektowanym tonem; homoseksualiści, którzy poszukiwali własnej natury, choć bali się do niej przyznać; seminarzyści, którzy nie poszli właściwą ścieżką - wszyscy oni nie mieli zbyt wielkiego wyboru we Włoszech lat trzydziestych, czterdziestych czy pięćdziesiątych XX wieku. Niektórzy jednak, kierowani jakimś atawizmem, wcześnie pojęli, jak z bolesnego doświadczenia homoseksualizmu można uczynić siłę, jak przekuć słabość w atut - i zostawali księżmi. Mogli z powrotem przejąć władzę nad własnym życiem, wierząc, że odpowiadają na podwójne wezwanie, Chrystusa i swego pożądania.

Czy mieli innym wybór? We włoskim miasteczku w Lombardii czy w piemonckiej wiosce, skąd pochodzi wielu kardynałów, homoseksualizm w tamtych czasach wciąż uważano za zło absolutne. Ledwo rozumiano to "mroczne nieszczęście"[8]; lękano się tej "obietnicy wielokształtnej i złożonej miłości", bano się "niewymownego i nieznośnego nawet szczęścia"[9]. Poddać się temu, nawet pozostając dyskretnym, znaczyło wybrać życie w kłamstwie lub banicję; zostanie księdzem zdawało się skuteczną ucieczką. Wstąpienie do stanu duchownego upraszczało życie niepogodzonego ze swoją orientacją homoseksualisty - żyje wśród chłopców i nosi sukienki, nie pytają go już o dziewczyny; koledzy ze szkoły, którzy wcześniej z niego drwili, są pod wrażeniem; on, dotąd wyszydzany, ma dostęp do zaszczytów, a mama, która - powtórzę to raz jeszcze - choć nic nie mówi, wszystko rozumie, pochwala to cudowne powołanie. A co najważniejsze, czystość w relacjach z kobietami i obietnica celibatu nie przerażają przyszłego księdza, przeciwnie - przyjmuje to ograniczenie z radością! We Włoszech od lat trzydziestych do sześćdziesiątych XX wieku porządek rzeczy wyglądał tak (lub działo się tak siłą rzeczy), że młody homoseksualista wybierał wyświęcenie i ten właśnie rodzaj "ślubów czystości pomiędzy mężczyznami".

Włoski mnich, benedyktyn pracujący na jednym z rzymskich uniwersytetów, tak mi streszczał ten tok rozumowania:

- Wybór kapłaństwa był u mnie przede wszystkim wynikiem głębokiej i żarliwej wiary. Jednak patrząc wstecz, widzę, że był to również sposób na kontrolowanie własnej seksualności. Zawsze wiedziałem, że jestem gejem, jednak dopiero dużo później, po czterdziestce, zaakceptowałem to jako fundamentalny aspekt mojej osobowości.

Oczywiście każdy przypadek jest jedyny w swoim rodzaju. Od wielu włoskich księży wiem, że odkryli swój homoseksualizm już po wyświęceniu lub po przybyciu do Watykanu. Sporo z nich przekroczyło tę granicę dużo później, po czterdziestym roku życia lub w latach siedemdziesiątych.

Do tej socjologicznej selekcji księży dochodzi selekcja episkopalna, co jeszcze zwiększa rozmiary zjawiska. Homofilni kardynałowie faworyzują duchownych, którzy mają "skłonności", ci zaś wybierają księży gejów. Nuncjusze, papiescy ambasadorzy, wśród których procent homoseksualistów jest rekordowy, również dokonują "naturalnej" selekcji. Według wszystkich zebranych przeze mnie świadectw księża, którzy podzielają ten gust - o ile zostanie to dostrzeżone - znajdują się w uprzywilejowanej sytuacji. Ujmując rzecz bardziej prozaicznie, nierzadko nuncjusz lub biskup mianuje księdza, który jest "z parafii", bo oczekuje w zamian pewnych względów.

 

Oto druga reguła Sodomy:  i m  b l i ż e j  s a n c t a  s a n c t o r u m,  t y m  w i ę c e j  h o m o s e k s u a l i z m u;  i m  w y ż e j  w  k a t o l i c k i e j  h i e r a r c h i i,  t y m  w i ę c e j  h o m o s e k s u a l i s t ó w.  W  k o l e g i u m  k a r d y n a l s k i m  i  w  W a t y k a n i e  p r e f e r e n c y j n y  d o b ó r  p r z y n i ó s ł  o w o c e  -  h o m o s e k s u a l i z m  s t a ł  s i ę  z a s a d ą,  h e t e r o s e k s u a l i z m  w y j ą t k i e m.

 

NA POWAŻNIE ZABRAŁEM SIĘ DO PISANIA TEJ KSIĄŻKI W KWIETNIU 2015. Pewnego wieczora mój włoski wydawca, Carlo Feltrinelli, zaprosił mnie na kolację do restauracji Rovelli przy via Tivoli w Mediolanie. Znaliśmy się, opublikował trzy moje książki, chciałem porozmawiać z nim o Sodomie. Już od roku badałem sprawę homoseksualizmu w Kościele katolickim, sporo na ten temat przeczytałem, przeprowadziłem wiele wywiadów we Włoszech i w kilku innych krajach, jednak projekt wciąż był dość mglisty. Miałem temat, ale nie wiedziałem, jak go opisać.

Chyba w tym samym roku podczas publicznych wystąpień w Neapolu i w Rzymie, mówiąc o katolikach gejach, rzuciłem: "Warto by pewnego dnia pokazać, jak to wygląda w Watykanie". Po pewnym czasie przypomniał mi to zdanie młody pisarz z Neapolu, wrócił do niego także dziennikarz "La Repubbliki", Pasquale Quaranta, przyjaciel, który potem towarzyszył mi w przygotowaniu tej książki. Jednak temat wciąż nie mógł nabrać kształtu.

Szedłem na kolację, przypuszczając, że Carlo Feltrinelli nie będzie zainteresowany tym pomysłem - w takim razie zrezygnowałbym i Sodoma nie ujrzałaby światła dziennego. Jednak stało się inaczej. Wydawca Borysa Pasternaka, Günthera Grassa, a ze współczesnych autorów Roberto Saviana, wypytał mnie dokładnie, jak sobie to wszystko wyobrażam, po czym, chcąc mnie zachęcić do pracy, a zarazem ostrzec, powiedział:

- By nadać tej książce odpowiednią wagę, dobrze byłoby wydać ją jednocześnie we Włoszech, Francji i w Stanach Zjednoczonych. Ma pan zdjęcia? Będzie pan też musiał pokazać mi, że wie więcej, niż mówi.

Pociągnął łyk rocznikowego wina i dalej myślał na głos. Nagle wykrzyknął, przeciągając głoskę "r".

- Będą chcieli pana zamorrrdować!

Dał mi zielone światło. Rzuciłem się w wir tej przygody i odtąd co miesiąc przyjeżdżałem do Rzymu. Lecz nie wiedziałem jeszcze, że moje śledztwo obejmie ponad trzydzieści krajów i potrwa cztery lata. Praca nad Sodomą zaczęła się na dobre. Kości zostały rzucone!

 

PRZY VIA OSTIENSE 178, W POŁUDNIOWEJ CZĘŚCI RZYMU, mieści się tradycyjna trattoria Al Biondo Tevere. Tyber przepływa tuż pod restauracyjnym ogródkiem - stąd jej nazwa. Lokal jest banalny, pustawy, daleko od centrum, na domiar złego teraz, w styczniu, jest tu diablo zimno. Po jaką cholerę Francesco Gnerre umówił się ze mną w tej knajpie na końcu świata?

Gnerre, emerytowany profesor literatury, dużą część swego życia poświęcił włoskiej literaturze gejowskiej. Napisał też w ciągu ponad czterdziestu lat setki recenzji książek dla różnych homoseksualnych pism.

- Tysiące gejów, takich jak ja, stworzyło swoją bibliotekę, czytając artykuły Francesco Gnerrego w "Babilonii" i "Pride" - tłumaczy mi Pasquale Quaranta, dziennikarz, który zorganizował tę kolację.

Gnerre nie przypadkiem wybrał to miejsce. Wieczorem 1 listopada 1975 roku w Al Biondo Tevere Pier Paolo Pasolini jadł kolację w towarzystwie Pelosiego, młodego mężczyzny, homoseksualnej prostytutki. To on kilka godzin później najprawdopodobniej zamordował reżysera na plaży w Ostii. Ta "ostatnia wieczerza" tuż przed jedną z najbardziej przerażających i najsłynniejszych zbrodni we włoskiej historii została w dziwny sposób upamiętniona na ścianach restauracji. Wycinki prasowe, fotosy z planu, sceny z filmów - cały świat Pasoliniego ożył na murach pokrytych farbą emaliową.

- Największe włoskie stowarzyszenie gejów to Watykan - rzuca na przystawkę Francesco Gnerre.

Po czym zaczyna snuć długą opowieść o zagmatwanych dziejach uwikłania włoskich księży w homoseksualizm, odkrywa przy okazji homoseksualizm różnych katolickich pisarzy. Mówi również o Dantem.

- Dante nie był homofobem. W Boskiej komedii są cztery odniesienia do homoseksualizmu, w Piekle i Czyśćcu, choć nie ma żadnego w Raju! Widać sympatię Dantego do bohatera geja, Brunetto Latiniego, który był jego dawnym nauczycielem retoryki. Mimo że umieszcza go w trzecim kole siódmego kręgu piekła, z szacunkiem odnosi się do jego homoseksualnej natury.

Chcąc rozwiązać swój własny dylemat przez zgłębianie nauk humanistycznych, łaciny, kultury, ksiądz Francesco Lepore też spędził całe lata, próbując odszyfrować to, co niewypowiedziane w literaturze i kinie - studiował poematy Pasoliniego, Leopardiego, Carla Cocciolego, Pamiętniki Hadriana Marguerite Yourcenar, filmy Viscontiego; nie umknęły jego uwadze także homoseksualne postaci z Boskiej komedii Dantego. Jak dla wielu źle czujących się w swojej skórze włoskich księży i homoseksualistów literatura była dla niego czymś niezwykle ważnym, była "najpewniejszym schronieniem".

- Dzięki literaturze zrozumiałem wiele rzeczy - dodaje Lepore. - Poszukiwałem kodów i haseł dostępu.

Odszyfrowując te informacje, warto się zainteresować inną ważną w tym kontekście osobą, o której rozmawiamy z profesorem Francesco Gnerrem - Marco Bisceglią. Bisceglia to człowiek o trzech żywotach. Był współzałożycielem Arcigay, od czterdziestu lat najważniejszej włoskiej organizacji homoseksualistów. Arcigay liczy kilkaset tysięcy członków zgromadzonych w lokalnych komitetach w ponad pięćdziesięciu miastach półwyspu. Ale przedtem Bisceglia był księdzem.

- Marco poszedł do seminarium przekonany, że wzywa go głos Boga. Opowiadał mi, że najszczerzej wierzył w swoje religijne powołanie. Aż do chwili, kiedy mając ponad pięćdziesiąt lat, odkrył, że jego prawdziwym powołaniem jest homoseksualizm. Długo wypierał swoją orientację. Myślę, że we Włoszech to bardzo typowa droga. Chłopak, który woli czytać, niż grać w futbol, którego nie pociągają dziewczyny, który nie za dobrze rozumie naturę swojego pożądania; który nie chce wyznać rodzinie i matce swoich niepokojących pragnień - to wszystko w sposób niemal naturalny prowadzi młodych włoskich homoseksualistów do seminarium. Tyle że Marco Bisceglia w najmniejszym stopniu nie był hipokrytą. Przez te dziesięciolecia, kiedy był w Kościele, nie eksperymentował z gejowskim stylem życia. Dopiero potem zaczął przeżywać swoją homoseksualność z żarliwością konwertyty.

Ten ciepły portret zarysowany mi przez Gnerrego, który dobrze znał Bisceglię, maskuje zapewne jego udręki i psychologiczne kryzysy jako księdza. W pewnym momencie przeszedł na stronę teologii wyzwolenia, miał też, jak się zdaje, zatargi z hierarchią kościelną, co przyczyniło się być może do decyzji o zostaniu gejowskim aktywistą. Jednak pod koniec życia, po latach walki o prawa gejów, wrócił do kapłaństwa. Zmarł w 2001 roku na AIDS.

A więc trzy drogi życiowe: ksiądz, przeciwstawiający się księżom bojownik o prawa gejów, a na koniec człowiek pogodzony z Kościołem, chory na AIDS. Autora jego biografii, Rocca Pezzana, z którym też rozmawiałem, zadziwia to "życie loosera"; jego zdaniem Marco Bisceglia szedł od porażki do porażki i nigdy nie odnalazł własnej drogi. Francesco Gnerre jest łaskawszy, podkreśla jego "konsekwentną postawę", uważa, że jego życie było "pełne bólu, lecz wspaniałe".

Księża i homoseksualiści - czy to dwie strony jednego medalu? Inny przedstawiciel włoskiego ruchu gejowskiego, Gianni Delle Foglie, założyciel pierwszej "branżowej" księgarni w Mediolanie, który interesował się homoseksualnymi pisarzami katolickimi, wypowiedział to słynne zdanie: "Gejów zostawiono prawie samych w starciu z Watykanem. Może to i lepiej, zostawicie nas samych! Walka gejów z Watykanem to wojna między gejami [una guerra tra froci]"!

 

SWOJE PIERWSZE SEKSUALNE PRZYGODY Francesco Lepore przeżył w Rzymie. Stolica, miasto Hadriana i Michała Anioła, pozwoliła mu odkryć - podobnie jak wielu włoskim księżom - jego szczególne upodobania. Tutaj zobaczył, że śluby czystości nie są zbyt skrupulatnie przestrzegane i że homoseksualiści stanowią wśród księży większość.

- Znalazłem się w Rzymie sam i odkryłem pewien sekret - ten, że księża często wiodą rozpustne życie. Dla mnie to był zupełnie nowy świat. Nawiązałem relację z pewnym księdzem, trwała pięć miesięcy. Po rozstaniu przeszedłem głęboki kryzys. Mój pierwszy duchowy kryzys. Jakże mógłbym być księdzem, a jednocześnie żyć jak homoseksualista?

Lepore poruszył ten temat ze swoimi spowiednikami, z pewnym księdzem jezuitą (któremu opowiedział wszystkie detale), a następnie ze swoim biskupem (któremu ich oszczędził). Wszyscy oni zachęcali go, by pozostał w stanie duchownym, nie mówił więcej o homoseksualizmie i nie czuł się winny. Bez ogródek dali mu do zrozumienia, że może znajdować spełnienie swojej seksualności, pod warunkiem że będzie dyskretny i że nie będzie walczył o prawa homoseksualistów.

W tym właśnie czasie jego nazwisko pojawiło się w kontekście stanowiska w prestiżowym sekretariacie stanu w Pałacu Apostolskim w Watykanie, co oznacza służbę u boku papieskiego "szefa rządu".

- Szukali księdza znakomicie mówiącego po łacinie, a że chodziły plotki o moim kryzysie, ktoś wysunął moją kandydaturę. Monsinior Leonardo Sandri, który potem został kardynałem, skontaktował się z moim biskupem i zaprosił mnie na spotkanie z ludźmi z sekcji łacińskiej. Zdałem test z łaciny i zostałem przyjęty. Choć pamiętam, że dostałem pewną przestrogę, co dowodzi, że wiedzieli o mojej orientacji - używając sformułowań pełnych podtekstów, powiedzieli mi, że "choć mam odpowiednie kwalifikacje do objęcia stanowiska", powinienem "poświęcić życie papieżowi i zapomnieć o wszystkim innym".

Trzydziestego listopada 2003 roku ksiądz z Neapolu wprowadził się do Domu Świętej Marty, hotelu dla kardynałów w Watykanie, a dziś miejsca zamieszkania papieża Franciszka.

 

BY ZWIEDZIĆ DOMUS SANCT? MARTH?, potrzeba specjalnego zezwolenia. Możliwe jest to jedynie w środę i czwartek rano między dziesiątą a dwunastą, gdy papież przebywa w bazylice Świętego Piotra. Monsinior Battista Ricca, słynny dyrektor rezydencji, który ma tu swoje biuro, udzielił mi niezbędnego zezwolenia. Poinformował mnie szczegółowo, jak przejść przez kontrolę żandarmów, a potem gwardii szwajcarskiej. Często spotykałem tego prałata o wodnistych oczach, bliskiego Franciszkowi wolnego strzelca, który doświadczył w życiu wzlotów i upadków. To dzięki niemu - jak zobaczymy - zamieszkam później w jednym z watykańskich hoteli.

Pięciopiętrowy, liczący sto dwadzieścia pokoi Dom Świętej Marty mógłby być jakimś podmiejskim motelem w Atlancie czy Houston - gdyby nie mieszkał tu papież. Ta nowoczesna, bezosobowa i pozbawiona wyrazu budowla razi na tle piękna Pałacu Apostolskiego.

Gdy wraz z dyplomatą Fabrico Rivetem zwiedzałem słynne trzecie piętro imponującego pałacu, zachwyciłem się malowanymi na ścianach mappae mundi, dzikimi bestiami Rafaela, artystycznymi plafonami korespondującymi ze strojami szwajcarskiej gwardii. Nic podobnego nie znajdziemy u Świętej Marty.

- Trochę tu zimno, fakt - przyznaje Harmony, młoda Sycylijka, która ma nas oprowadzić.

Na tabliczce przy wejściu zauważam napis: "Obowiązuje odpowiedni strój". Kawałek dalej: "Nie wchodzimy w szortach i spódnicach". Odnotowuję też na recepcji kilka toreb od Gammarellego, luksusowego krawca szyjącego dla papieży. Sala audiencji i sale prasowe w amfiladzie też są nijakie, wszystko na jedno kopyto - triumf złego gustu.

W papieskiej sali przyjęć trafiam na gigantyczne dzieło przedstawiające dziewicę z Guadalupe, symbol religijności całej Ameryki Łacińskiej - prezent dla papieża od kardynała i arcybiskupa Meksyku Norberto Rivery Carrery, który być może w ten sposób chciał zyskać przebaczenie za kontakty, jakie utrzymywał. (Kardynał, krytykowany za to, że nie zadziałał w sprawie słynnego księdza pedofila Marciala Maciela Degollada, został wysłany przez Franciszka na emeryturę).

Kilka metrów dalej kaplica zarezerwowana do użytku papieża - co dzień o siódmej rano odprawia tam mszę w wąskim gronie. Kaplica jest brzydka, podobnie jak jadalnia, która, choć dużo obszerniejsza, przypomina stołówki zakładowe. Harmony pokazuje stół, trochę oddalony od pozostałych, przy którym Franciszek je posiłki w towarzystwie co najwyżej sześciu osób.

Na drugim piętrze znajduje się prywatna siedziba ojca świętego. Nie można jej zwiedzić, oglądam za to jej dokładną replikę w przeciwległym skrzydle - skromne mieszkanie w amfiladzie z małym salonem i sypialnią z jednoosobowym łóżkiem. Jeden z chroniących papieża gwardzistów, który często spędza noce przed drzwiami papieskiej sypialni, potwierdza te informacje. Odbędę z nim potem w Rzymie niejedną rozmowę, będziemy nawet mieli swoją stałą winiarnię, Masakar w dzielnicy Borgo, daleko od Watykanu, gdzie umawiałem się z tymi, którzy cenili dyskrecję. Po paru miesiącach ten młody człowiek stanie się - jak zobaczymy - jednym z informatorów, dzięki którym poznam gejowskie życie Watykanu.

Tymczasem jesteśmy już w pralni. Anna to łagodna, usłużna kobieta, Harmony przedstawia mi ją jako "papieską praczkę". W dwóch pomieszczeniach na lewo od papieskiej kaplicy zakonnica ta z absolutnym poświęceniem zajmuje się strojami Franciszka. Z pieczołowitością godną Całunu Turyńskiego rozkłada przede mną ornaty i alby (Franciszek, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, nie nosi rokiety ani karmazynowego mucetu).

- Proszę spojrzeć na różne habity, jakie nosi jego świątobliwość. Normalnie biały, na zwykłą mszę zielony, czerwony i fioletowy na specjalne okazje. Jest jeszcze złoty, ale tego ojciec święty nie używa - tłumaczy Anna.

Zbliża się koniec mojej wizyty w Domu Świętej Marty. Spotykam jeszcze Gilberto Bianchiego, papieskiego ogrodnika, jowialnego Włocha, oddanego sługę Santo Padre, wyraźnie przejętego losem cytrusów jego świątobliwości posadzonych na zewnątrz, tuż przed papieską kaplicą.

- Rzym to nie Buenos Aires! - oświadcza Gilberto z miną znawcy.

I dorzuca, podlewając orchidee:

- Dziś w nocy było za zimno. Nie wiem, czy pomarańcze, cytryny i mandarynki to przeżyją.

Ja też przyglądam się zaniepokojony wspartym o mur drzewkom. Mam nadzieję, że uda im się przetrwać zimę. Co tu kryć, nie jesteśmy w Buenos Aires!

- Mur, który pan tu widzi, obok kaplicy, gdzie rosną pomarańcze, stanowi granicę - wyjaśnia mi znienacka Harmony.

- Jaką granicę?

- Watykanu! Z drugiej strony są Włochy.

 

OPUSZCZAJĄC DOM ŚWIĘTEJ MARTY, przy samym wejściu do budynku wpadam na stojak, w którym tkwi wielki parasol w tęczowych barwach - rainbow flag!

- To nie jest parasol papieża - wyjaśnia natychmiast Harmony, jakby bała się jakiejś gafy.

Gwardziści mnie pozdrowili, żandarmi, widząc, że się oddalam, przestali się mną interesować, ja zaś puściłem wodze fantazji. Do kogo może należeć ten piękny parasol zdobny w kolory przeciwne naturze? Może do monsiniora Battista Riccy, direttore Świętej Marty, który tak miło mnie zapraszał do zwiedzania kierowanej przez siebie rezydencji? Czy został zapomniany przez jednego z asystentów papieża? Albo przez kardynała, którego cappa magna tak pięknie by do tęczowego parasola pasowała?

Wyobrażałem sobie taką scenę - jego szczęśliwy posiadacz, kardynał czy monsinior, spaceruje po ogrodach Watykanu z tęczową flagą w dłoni! Kim jest? Jak się ośmielił? Może jest niezorientowany? Oczyma duszy widzę go idącego pod tym parasolem Via delle Fondamenta, potem Rampa dell'Archeologia, by złożyć wizytę Benedyktowi XVI żyjącemu w klasztornym odosobnieniu w Mater Ecclesiae. A może nawet przechadza się z tą wielobarwną flagą koło siedziby świętego oficjum, Kongregacji Nauki Wiary, dawnej Inkwizycji? Niewykluczone zresztą, że tęczowy parasol nie ma żadnego znanego właściciela, że też jest "ukryty w szafie". Włóczy się. Służy temu i owemu, ktoś go pożycza, oddaje, potem bierze ktoś inny. Wyobrażam sobie, że duchowni przekazują go sobie, wymieniają się nim w zależności od okoliczności i pogody. Ten, żeby pomodlić się pod tęczą; tamten, by się powłóczyć wokół fontanny muszli czy Wieży św. Jana; inny jeszcze, żeby oddać cześć postaci z najbardziej wielbionego posągu watykańskich ogrodów, świętemu Bernardowi z Clairvaux, wielkiemu reformatorowi, doktorowi Kościoła, znanemu z homofilnych tekstów oraz z czułej przyjaźni łączącej go z irlandzkim arcybiskupem Malachiaszem z Armagh. Czy postawienie w samym jądrze rzymskiego katolicyzmu pomnika podwójnego życia nie jest pięknym symbolem?

Ach, jakże bym chciał być dyskretnym obserwatorem, członkiem gwardii szwajcarskiej na warcie, recepcjonistą u Świętej Marty, by śledzić losy tego wielobarwnego parasola, tego "statku pijanego", lżejszego od korka, tańczącego po alejkach watykańskich ogrodów. Ta "potępiona przez tęczę"[10] rainbow flag - czy to sekretny kod "dzikiej parady"[11], o której mówi Poeta? Chyba że tak naprawdę służy wyłącznie ochronie przed deszczem!

 

- PRZYBYŁEM DO DOMU ŚWIĘTEJ MARTY z końcem roku 2003 - ciągnie podczas innego obiadu Francesco Lepore.

Będąc najmłodszym księdzem w stolicy apostolskiej, uczył się życia pośród watykańskich kardynałów, biskupów i starych nuncjuszy. Znał ich wszystkich, był asystentem wielu z nich, wiedział, jakie mają talenty i jakie manie, domyślał się ich sekretów.

- Mieszkali tam wszyscy, z którymi pracowałem. Nawet monsinior Georg Gänswein, który miał zostać osobistym sekretarzem papieża Benedykta XVI, też żył tam razem z nami.

Lepore przez rok mieszkał w słynnym watykańskim hotelu, który okazał się zadziwiającą sceną homoerotycznego spektaklu.

- Dom Świętej Marty to miejsce władzy - uściśla. - To wielkie targowisko ambicji i intryg, dużo tu rywalizacji i zazdrości. Faktem jest, że znaczna liczba żyjących tu księży to homoseksualiści i przypominam sobie, że podczas posiłków ciągle się na ten temat żartowało. Wymyślało się kardynałom gejom kobiece przezwiska - cały stół śmiał się z tego. Wiedzieliśmy, kto ma partnera, kto sprowadza sobie do Świętej Marty chłopców na noc. Wielu prowadziło podwójne życie: za dnia ksiądz w Watykanie, nocą homoseksualista w barach i nocnych klubach. Tacy hierarchowie mieli często zwyczaj czynić awanse młodszym księżom, takim jak ja, seminarzystom, gwardzistom czy świeckim pracownikom Watykanu.

Wielu opowiadało mi o "plotkarskich posiłkach", w czasie których księża na głos opowiadali historie z papieskiego dworu, a szeptem historie o chłopcach - a często były to te same opowieści. Ach, te żarty w Domu Świętej Marty! Ach, te obmowy, jakie słyszałem w Domus Internationalis Paulus VI, w Domus Romana Sacerdotalis i w watykańskich mieszkaniach, kiedy i ja tam mieszkałem i jadałem obiady.

Francesco Lepore ciągnie dalej:

- Jeden z hierarchów ze Świętej Marty pracował w sekretariacie stanu. Był blisko kardynała Giovanniego Battisty Re. W tamtych czasach miał młodego przyjaciela, Słowianina, który często wieczorami zjawiał się w hotelu. Przedstawiał nam go jako swojego krewnego - siostrzeńca czy bratanka. Oczywiście nikt nie dał się nabrać! Gdy ksiądz awansował, plotki się nasiliły. Wtedy kardynał Giovanni Battista Re i biskup Fernando Filoni rozwiązali problem, publicznie oświadczając, że młody Słowianin jest członkiem rodziny księdza, i sprawa była zamknięta!

Albowiem wszechobecność homoseksualistów w Watykanie to nie wypaczenie, to nie kwestia jakiejś "czarnej owcy", "zgniłego jabłka" czy "zepsutej ryby zaplątanej w sieci", jak przekonywał Joseph Ratzinger. Nie chodzi o "lobby", o odszczepieńców, nie ma żadnej sekty ani masonerii w łonie stolicy apostolskiej - to system. Homoseksualiści nie są nieznaczącą mniejszością, są zdecydowaną większością.

Gdy nasza rozmowa doszła do tego etapu, zapytałem Francesco Leporego, jak dużą jego zdaniem grupę stanowią w Watykanie wszelkiego rodzaju homoseksualne osoby.

- Myślę, że to bardzo wysoki procent. Powiedziałbym, około osiemdziesięciu - zapewnił.

Z kolei pewien arcybiskup niebędący Włochem, z którym spotkałem się kilka razy, wyjaśniał:

- Mówi się, że trzech z pięciu ostatnich papieży miało skłonności homofilne, podobnie jak część ich asystentów i sekretarzy stanu. To samo w przypadku większości kardynałów i biskupów kurii. Nie pytamy jednak, czy ci księża z Watykanu mają ten typ skłonności. Bo mają. Chodzi o to - i to jest przedmiot sporu - czy są to czynni homoseksualiści? Tu sprawy się komplikują. Niektórzy prałaci mający takie inklinacje nie ulegają im. Ich styl życia, ich kulturę można nazwać homofilną, lecz nie żyją jak homoseksualiści.

 

PRZEPROWADZIŁEM OKOŁO DZIESIĘCIU ROZMÓW z Francesco Leporem, opowiedział mi o gejowskim szaleństwie Watykanu. Jego świadectwo jest niepodważalne. Miał wielu kochanków wśród arcybiskupów i prałatów; zalecali się do niego kardynałowie. Skrupulatnie sprawdziłem każdą historię, osobiście kontaktując się z tymi kardynałami, arcybiskupami, monsiniorami, nuncjuszami, minutantes, asystentami, zwykłymi księżmi i spowiednikami z bazyliki Świętego Piotra - okazało się, że wszyscy byli "z parafii".

Lepore długo pozostawał na zewnątrz tej machiny. Jednak tak łatwo jest, gdy jakiś kardynał dyskretnie cię podrywa albo monsinior bezwstydnie robi ci awanse, rozpoznawać tych "ukrytych w szafie" i tych "czynnych". Ja też tego doświadczyłem. To taka łatwa gra! Nawet gdy jesteś zamknięty na kłódkę, gdy jesteś zatwardziałym kawalerem, "schowanym w szafie" mocnej niż sejf, nawet gdy ślubowałeś heteroseksualny celibat - i tak w końcu przyjdzie chwila, kiedy się zdradzisz.

Dzięki Leporemu, a wkrótce - na zasadzie naczyń połączonych - dzięki dwudziestu ośmiu innym informatorom, księżom i osobom świeckim pełniącym różne funkcje w Watykanie, w rozmowach ze mną otwarcie występującym jako geje, dzięki tym wszystkim ludziom, z którymi spotykałem się przez cztery lata, od początku mojego dochodzenia wiedziałem, dokąd zmierzam. Rozpoznałem kardynałów "z parafii", jeszcze zanim ich spotkałem, wiedziałem, do których asystentów się zbliżyć, z którymi monsiniorami warto się zaprzyjaźnić. Wielu z nich "w to weszło".

Długo będę pamiętał te niekończące się rozmowy z Leporem w rzymskie noce, te chwile, kiedy wymieniałem nazwisko jakiegoś kardynała czy arcybiskupa, a on nagle się ożywiał, wybuchał radością, a w końcu, machając rękami, wykrzykiwał: "gayissimo!".

 

PRZEZ DŁUGI CZAS FRANCESCO LEPORE należał do ulubionych księży Watykanu. Młody i atrakcyjny - wręcz sexy - przy tym wykształcony intelektualista pociągał i fizycznością, i umysłem. Przez całe dnie tłumaczył oficjalne dokumenty papieskie na łacinę i odpowiadał na listy do ojca świętego. Pisał także artykuły o kulturze do "L'Osservatore Romano", oficjalnego watykańskiego dziennika.

Kardynał Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI, wówczas prefekt Kongregacji Nauki Wiary, zgodził się nawet napisać przedmowę do zbioru uczonych tekstów młodego księdza i bardzo go chwalił.

- Zachowałem miłe wspomnienia z tamtego okresu - mówi mi Lepore - jednak mój homoseksualizm stawał się dla mnie coraz dotkliwszym problemem. Miałem wrażenie, że moje życie nie należy już do mnie. Poza tym bardzo szybko wciągnęła mnie gejowska kultura Rzymu - zacząłem bywać w sportowych klubach, najpierw heteroseksualnych, ale to się widziało. Coraz rzadziej odprawiałem msze, wychodziłem w cywilnych ubraniach, bez sutanny i koloratki, niebawem przestałem nocować w Domu Świętej Marty. Dowiedzieli się o tym moi przełożeni. Chcieli znaleźć mi inną funkcję, pewnie odesłać mnie z Watykanu. Wstawili się za mną osobisty sekretarz papieża Jana Pawła II monsinior Stanisław Dziwisz i redaktor naczelny "L'Osservatore Romano", do którego pisałem. Udało się, zostałem w Watykanie.

Nieraz jeszcze spotkamy w tej książce Stanisława Dziwisza - dziś jest emerytowanym kardynałem, mieszka w Krakowie, gdzie spotkałem się z nim dwukrotnie i przeprowadziłem wywiad. Przez długi czas był jedną z najpotężniejszych osób w Watykanie, praktycznie rządził nim w duecie z kardynałem sekretarzem stanu Angelo Sodanem w czasie, gdy pogarszał się stan zdrowia Jana Pawła II. Powiedzieć, że tego pełnego energii Polaka otacza czarna legenda, to eufemizm. Nie idźmy jednak zbyt szybko, niech czytelnicy mają czas, by zrozumieć, jak działa system.

Tak więc dzięki Dziwiszowi Francesco Lepore został mianowany osobistym sekretarzem kardynała Jeana-Louisa Taurana, bardzo wpływowego Francuza, wytrawnego dyplomaty, "ministra spraw zagranicznych" Jana Pawła II. Spotkałem się z Tauranem cztery razy, kontaktowałem się z nim w Watykanie regularnie, został moim kolejnym informatorem. Żywiłem bezgraniczną sympatię do tego kardynała, człowieka niebanalnego, wewnętrznie rozdwojonego, któremu straszna choroba Parkinsona na długo odebrała sprawność, aby w końcu - latem 2018 roku, właśnie wtedy, gdy czytałem ostateczną wersję tej książki - zabrać go na zawsze.

Dzięki świetnie znającemu jego obyczaje Tauranowi Lepore kontynuował życie intelektualisty w Watykanie. Pracował kolejno dla włoskiego kardynała Raffaele Fariny, kierującego biblioteką i tajnymi archiwami stolicy apostolskiej, potem dla jego zastępcy, arcybiskupa Jeana-Louisa Brugu?sa, także świadomego jego inklinacji. Powierzono mu wydanie rzadkich rękopisów; publikował wybory teologicznych rozpraw w oficjalnych wydawnictwach stolicy apostolskiej.

- Wiodłem podwójne życie. Ta rozdzierająca hipokryzja potwornie mi ciążyła - ciągnie Lepore. - Nie miałem dość odwagi, by po prostu wszystko rzucić, przestać być duchownym.

Zaczął starannie przygotowywać swoje odejście, starając się jednak uniknąć skandalu.

- Nie mogłem złożyć dymisji, byłem zbyt tchórzliwy. Ze słabości zdecydowałem się na taki manewr, żeby decyzja nie wyszła ode mnie.

Zgodnie z wersją, jaką mi podał (a którą potwierdzili kardynałowie Jean-Louis Tauran i Farina), postanowił wejść na gejowskie portale w swoim komputerze w Watykanie i "specjalnie" zostawić je otwarte na kompromitujących artykułach i stronach.

- Świetnie wiedziałem, że wszystkie komputery są pod ścisłą kontrolą i że zaraz zostanę namierzony. Tak właśnie było. Wezwano mnie i sprawy potoczyły się bardzo szybko. Nie było ani procesu, ani kary. Zaproponowano mi powrót do mojej starej diecezji i zajęcie tam ważnego stanowiska. Odmówiłem.

Incydent potraktowano poważnie, zasługiwał na uwagę Watykanu. Francesco Lepore został przyjęty przez kardynała Taurana, który "był bardzo smutny z powodu tego, co się wydarzyło".

- Tauran zarzucał mi łagodnie naiwność - przecież powinienem wiedzieć, że "Watykan widzi wszystko", że trzeba być ostrożnym. Nie winił mnie za to, że jestem gejem, lecz za to, że dałem się złapać! I tak się to wszystko skończyło. Kilka dni później opuściłem Watykan i ostatecznie przestałem być księdzem.

 
2.
Teoria genderu

HALL? GABINET? BUDUAR? Jestem w salonie - poczekalni prywatnego mieszkania amerykańskiego kardynała Raymonda Leo Burke'a, w oficjalnej watykańskiej rezydencji przy Via Rusticucci w Rzymie. Przyglądam się starannie temu dziwnemu i tajemniczemu wnętrzu. Jestem tu sam. Kardynał jeszcze się nie zjawił.

- Coś zatrzymało jego eminencję. Niedługo powinien być - mówi Adriano, ksiądz z Kanady, elegancki i trochę spięty asystent Burke'a.

- Wie pan, co się dzieje?

W dzień mojej wizyty papież Franciszek wezwał amerykańskiego kardynała na dywanik. Trzeba przyznać, że Burke nie żałował sobie prowokacji i dekretów wymierzonych w ojca świętego do tego stopnia, że uznano go za wroga numer jeden papieża. Dla Franciszka Burke jest faryzeuszem, a w ustach jezuity naprawdę nie jest to komplement.

Wypytywanych przeze mnie kardynałów i innych hierarchów z otoczenia papieża cała sytuacja bawi.

- Jego eminencja Burke jest szalona! - rzuca jeden z nich, Francuz, który przyjmując gramatyczną logikę, łączy eminencję z żeńskim przymiotnikiem.

Ta feminizacja męskich tytułów jest zaskakująca, dużo czasu zajęło mi przywyknięcie w Watykanie do tego sposobu mówienia o kardynałach i biskupach. O ile Paweł VI miał zwyczaj mówić o sobie w liczbie mnogiej ("Uważamy..."), o tyle, jak konstatuję, Burke lubi, by o nim mówiono w rodzaju żeńskim: "Wasza eminencja może być dumna", "Wasza eminencja jest wspaniała", "Wasza eminencja jest zbyt łaskawa".

Bliski Franciszkowi kardynał Walter Kasper jest ostrożniejszy, gdy wspominam o Burke'u, ogranicza się do kiwania głową na znak zdziwienia i niedowierzania, choć przymiotnik "szalony" (tym razem w rodzaju męskim) też mu się wymyka.

Ojciec Antonio Spadaro (z którym regularnie umawiałem się na rozmowy w siedzibie pisma "La Civilta Cattolica"), jezuita uważany za szarą eminencję papieża, podchodzi do sprawy rozsądnie i tłumaczy:

- Kardynał Burke stanął na czele przeciwników papieża. Opozycjoniści działają popędliwie i często są bardzo zamożni, ale nie są zbyt liczni.

Pewien watykanista zdradził mi przezwisko, jakim amerykańskiego kardynała, krępego i niewysokiego, nazywają w jego kurii "The Wicked Witch of the Midwest" [Zła Czarownica ze Środkowego Zachodu - to imię na podobieństwo złej wiedźmy z "Czarnoksiężnika z Krainy Oz" - przyp. red.]. Ale sam Franciszek w walce ze zbuntowanym eminencją, który chce bronić tradycji, nie bawi się w gry słowne. Bo pod maską człowieka uśmiechniętego i jowialnego ukrywa się twardziel. "Sekciarz" - mówią jego krytycy, których w Watykanie dziś nie brakuje.

Ojciec święty ukarał kardynała Burke'a, zwalniając go bez uprzedzenia z funkcji prefekta Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej, najważniejszej instancji sądowniczej Kościoła katolickiego. W ramach nagrody pocieszenia - promoveatur ut amoveatur (degradacja przez promocję) - został mianowany przedstawicielem papieża przy zakonie maltańskim. Nosząc górnolotny tytuł "Cardinalis Patronus", kardynała patrona zakonu, Burke dalej przeciwstawiał się następcy Piotrowemu, czym zasłużył na kolejne ostrzeżenie z jego strony - właśnie w dniu mojej wizyty.

Powodem nowego starcia - tego nikt by nie wymyślił - była kwestia dystrybucji prezerwatyw! Suwerenny zakon maltański prowadzi w wielu krajach działalność charytatywną. Niektórzy jego członkowie rozdawali w Birmie prezerwatywy osobom seropozytywnym, by zapobiec dalszym zarażeniom. Po przeprowadzeniu wewnętrznego śledztwa "wielki mistrz" oskarżył osobę "numer dwa" w zakonie, "wielkiego kanclerza", o tak zwaną promocję kondomów. Upokorzenie to chleb powszedni w katolicyzmie, choć rzadko sięga poziomu Salo, czyli 120 dni Sodomy Pasoliniego. Pierwszy odwołał drugiego z jego funkcji w obecności przedstawiciela papieża, kardynała Burke'a.

Idźcie w pokoju, ofiara spełniona? Raczej nie. Sprawa nabrała rumieńców, kiedy papież dowiedział się, jaką rolę mogły tu odegrać porachunki między homoseksualnymi klanami, oraz pojął finansowe kulisy sporu.

Franciszek, bardzo niezadowolony, wezwał Burke'a, zażądał od niego wyjaśnień i postanowił przywrócić wielkiego kanclerza na jego stanowisko. Wbrew frontalnemu sprzeciwowi wielkiego mistrza, który powołał się na suwerenność swojej organizacji i na wsparcie Burke'a. Ta trzymająca całą kurię w napięciu próba sił zakończyła się dymisją wielkiego mistrza i objęciem zakonu nadzorem. Burke też został potraktowany surowo, bo choć zachował tytuł, to wiążąca się z tym władza została przekazana papieskiemu substytutowi. "Ojciec święty zostawił mi tytuł Cardinalis Patronus, ale nie pełnię już żadnej funkcji. Nie jestem nawet o niczym informowany ani przez zakon maltański, ani przez papieża" - będzie się skarżył Burke.

Moje spotkanie z Burke'em wypadło właśnie w tym odcinku zadziwiającej telenoweli, w którym został wezwany przez kogoś z otoczenia papieża. Tak więc, kiedy kardynał dostawał burę, ja siedziałem sam w poczekalni.

 

TAK NAPRAWDĘ NIE BYŁEM JUŻ SAM. Dołączył do mnie Daniele Particelli. Ten młody włoski dziennikarz, polecony mi kilka miesięcy wcześniej przez doświadczonych kolegów po fachu, często towarzyszył mi podczas wywiadów. Jako researcher, tłumacz i uparty fikser będzie przez cztery lata moim głównym współpracownikiem w Rzymie. Ciągle pamiętam naszą pierwszą rozmowę:

- Nie jestem wierzący - powiedział - dzięki temu mam otwarty umysł i swobodę myślenia. Interesuje mnie wszystko, co dotyczy tutejszej, rzymskiej, wspólnoty LGBTQ - jej imprezy, aplikacje, undergroundowa scena gejowska. Fascynuję się też technologią cyfrową, jestem geekiem. Chciałbym stać się lepszym dziennikarzem, chciałbym nauczyć się opowiadać historie.

Tak zaczęła się nasza zawodowa współpraca. Chłopak Danielego uprawiał egzotyczne rośliny, on sam co wieczór zajmował się Argo, psem rasy welsh corgi pembroke, wymagającym szczególnej troski. Przez resztę czasu był wolny i mógł wraz ze mną przeprowadzać wywiady.

Przed Danielem pomagali mi w zbieraniu materiałów inni włoscy dziennikarze, okazywali się jednak niesolidni lub roztargnieni, za bardzo lub za mało zaangażowani. Danielemu podobał się mój temat. Nie chciał się mścić na Kościele, ale nie był wobec niego pobłażliwy, chciał po prostu wykonywać swoją dziennikarską robotę z obiektywizmem, według modelu - jak mi tłumaczył - dobrych artykułów z "New Yorkera", czyli tego, co nazywamy "narrative non fiction". To wszystko pasowało do moich planów. Miał ambicje uprawiać "straight journalism", jak to nazywają Amerykanie - dziennikarstwo faktów, fakty i tylko fakty, plus fact-checking. Nie wyobrażał sobie, że świat, jaki u mego boku odkryje, będzie aż tak bardzo nieprawdopodobny i tak mało "straight".

- Przepraszam, ale jego eminencja przekazała mi, że będzie jeszcze później - poinformował nas wyraźnie zawstydzony asystent Burke'a Don Adriano.

By uniknąć krępującej ciszy, zapytałem, czy jesteśmy w mieszkaniu kardynała, czy w jego biurze.

- Jego eminencja nie ma biura - odpowiedział młody ksiądz - Pracuje u siebie. Możecie panowie dalej tu czekać.

Hall kardynała Burke'a - miejsce, które zapadło mi w pamięć na zawsze - to obszerna garsoniera czy raczej salon, klasyczny, luksusowy, a jednocześnie bez wyrazu. Amerykanie nazywają to "bland" - nijaki. Pośrodku ciemny drewniany stół, współczesna kopia starego modelu, stojący na dobranym do niego dywanie. Wokół kilka okazałych foteli, czerwonych, żółtych i beżowych z rzeźbionego drewna, z kształtnymi poręczami zdobnymi w głowy sfinksów czy grzywiastych lwów. Na komodzie leży otwarta na pulpicie Biblia, na stole kompozycja z suchych sosnowych szyszek przyklejonych do siebie w splotach - ornamentalna sztuka starego dandysa. Skomplikowany abażur. Parę okropnych ozdób z cennych kamieni i religijnych figurek. I serwetki! Na ścianach biblioteka na uporządkowanych regałach i ogromny portret duchownego. Czy to Burke? Nie, lecz przemknęła mi przez głowę taka myśl.

Domyślam się, że dla młodego asystenta Burke jest bohaterem, zapewne go ubóstwia (Amerykanie mają ładniejsze słowo, "lionize"). Odważyłem się zagaić rozmowę o płci aniołów, lecz Don Adriano okazuje się nieśmiały i małomówny, a w końcu znów zostawia nas samych.

Czekanie staje się tak nieznośne, że wymykam się z salonu i snuję po mieszkaniu kardynała. Nagle natykam się na prywatny ołtarz z dekoracją w postaci fałszywej góry lodowej, z retabulum - barwnym tryptykiem przypominającym otwartą kapliczkę ozdobionym migającą świetlną girlandą, ze słynnym kardynalskim czerwonym kapeluszem pośrodku. Kapeluszem? Powiedziałbym raczej, że to czepiec!

Przypominają mi się tak często wyszydzane w internecie ekstrawaganckie fotografie Raymonda Leo Burke'a: kardynał diwa, kardynał dandys, kardynał drama queen. Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć. A patrząc na to, zaczynamy wyobrażać sobie Watykan w innym świetle. Śmiać się z Burke'a to łatwizna!

Moje ulubione zdjęcie amerykańskiego hierarchy nie jest wcale najbardziej spektakularne. Widzimy na nim sześćdziesięcioletniego kardynała na dwa razy większym od niego trawiastozielonym tronie, otoczonego złotymi flagami. Ma na sobie odblaskową mitrę w kształcie wieży w Pizie i długie turkusowe rękawice - jakby żelazne dłonie. Jego mucet jest zielony jak kapusta, haftowany na żółto, kapa też zielona, lecz jak liść pora, odsłania koronkową liliowoczerwoną komżę. Kolory zadziwiają, strój jest niesamowity, zdjęcie dziwaczne i "kampowe". Łatwo zrobić karykaturę karykatury.

Don Adriano przyłapał mnie na medytacji przed czerwonym kardynalskim kapeluszem i z łagodnością szambelana wskazał mi drogę do toalety, której przecież szukam.

- To tędy - mruczy, spoglądając na mnie.

Tak więc w czasie, gdy jego eminencja Burke dostaje burę od Franciszka, ja znajduję się w jego łazience, miejscu, gdzie dokonuje ablucji. Dziwna łaźnia, godna luksusowego resort-spa, nagrzana jak sauna. Markowe mydła, subtelne perfumy ułożone są w stylu japońskim, małe ręczniczki złożone na średnich, te na wielkich, wielkie zaś na bardzo wielkich. Papier toaletowy jest nowy, zamknięty w opakowaniu gwarantującym niepokalaną czystość. Po wyjściu odkrywam w korytarzu dziesiątki butelek szampana. Markowego szampana! Po jakie licho kardynałowi tyle alkoholu? Czy ewangelie nie wspominają o umiarkowaniu?

Parę kroków dalej odkrywam coś zachwycającego - mebel z lustrami, rodzaj "psyche", wielkiego przechylnego lustra pozwalającego oglądać się w całości. Gdybym otworzył wszystkie trzy skrzydła jednocześnie, zobaczyłbym się tak, jak kardynał widzi się co rano - otoczonego, oplecionego własnym obrazem.

Przed szafą widzę wspaniałe czerwone torby przybyłe prosto ze sklepu - czyżby to znów Gammarelli, papieski krawiec? W środku pudeł na kapelusze: kardynalskie czepce, płaszcze ze sztucznego futra i stroje w rozmiarze maksi. Czuję się jak na planie Rzymu Felliniego, w czasie przygotowań do sceny ekstrawaganckiego pokazu kościelnej mody. Zaraz wyłonią się zakochani księża na wrotkach (by szybciej dotrzeć do Raju); siostrzyczki w kornetach, księża w sukniach ślubnych, biskupi w migocących światełkach, kardynałowie przebrani za lampy oraz - gwóźdź programu - Król Słońce w całym swym przepychu, pośród luster i świateł. (Watykan w 1972 roku domagał się ocenzurowania filmu, a jednak - jak mnie zapewniano - do dziś krąży on po progejowskich dormitoriach niektórych seminariów).

Nie odkryłem wszystkich tajemnic szafy amerykańskiego eminencji. Don Adriano, nadintendent zajmujący się kardynalską garderobą, grzecznie skierował mnie z powrotem do salonu, kładąc kres moim eksploracjom i pozbawiając mnie możliwości ujrzenia słynnej kardynalskiej cappa magna.

Burke znany jest z noszenia śmiesznych strojów z innej epoki. Sławę zyskały jego zdjęcia w przeznaczonym do ceremonii wielkim ornacie. To wielki człowiek, a w cappa magna staje się gigantem - nie przymierzając kobieta-wiking! Performance. Happening. Burke paraduje w swojej długiej, dziwnej sukni (jakby uszytej z kotary), demonstrując godowe upierzenie.

Ornat ten to migotliwie czerwona jedwabna kapa z kapturem zapinanym na guziki za szyją, zamknięta z przodu (ręce wychodzą przez pęknięcia) i z trenem tym dłuższym, im wyższa - powiedzmy - godność. "Ogon" Burke'a miewa, w zależności od okazji, nawet dwanaście metrów długości. Czy kardynał "larger than life" próbuje w ten sposób, w miarę, jak papież go umniejsza, przydać sobie ważności?

Franciszek, który nie boi się stawiać czoła watykańskiej "noblesse de robe", dał do zrozumienia Burke'owi, że w Rzymie cappy magny już się nie nosi. "Karnawał się skończył!" - miał powiedzieć, jak przytaczają media, choć niestety, to zdanie, jak wiele pięknych bon motów, może być apokryfem. Lecz, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, papież naprawdę nie gustuje w fatałaszkach i ozdobach tradycyjnych kardynałów. Chce skrócić ich sukienki. Szczerze mówiąc, byłoby szkoda, gdyby Burke się podporządkował - jego portrety są tak heterodoksyjne.

W internecie jego stroje robią furorę. Widujemy go na przykład w zdobnym w chwosty kardynalskim szerokoskrzydłym czerwonym kapeluszu galero. Prałaci niemal całkowicie zrezygnowali z tego nakrycia głowy po 1965 roku, lecz prawie siedemdziesięcioletni Burke wciąż w nim paraduje, nie dbając, że wygląda jak mściwa starucha. W zakonie maltańskim, który także ma swoje kapy, swoje krzyże i swoje własne regalia, może stroić się tak, jak przystoi człowiekowi średniowiecza, nie budząc żadnej sensacji.

Na jednej z fotografii "jej eminencja" nosi suknię na fortugale dodającą mu rozpiętości i kryjącą wałki tłuszczu. Na innej zadziwia kapą z puszystym białym gronostajem wokół szyi, podkreślającym trzy podbródki. Na kolejnej uśmiecha się, demonstrując podwiązki nad kolanami, i pończochy poniżej - przypominające te, w których król Francji zaprezentował się na gilotynie. Często widzimy go w otoczeniu całujących go w rękę młodych seminarzystów - nad wyraz zresztą urodziwych, nasz Hadrian zdaje się żywić kult greckiego piękna, które, jak dobrze wiemy, było raczej męskie niż kobiece. Będący w Rzymie przedmiotem podziwu i szyderstw Burke pojawia się zawsze w towarzystwie służalczych przyzwoitek klęczących przed nim antinousów czy ministrantów niosących czerwony tren, jak drużbowie welon za panną młodą. Co za teatr! Kardynał w spódnicy policzkuje swoich efebów, zaś paziowie obciągają jego podwiniętą suknię! Przywodzi to na myśl infantkę Małgorzatę z Panien dworskich Velázqueza!

Szczerze mówiąc, to najdziwniejsza rzecz, jaką widziałem. W obliczu tego mężczyzny przebranego dla podkreślenia męskości tracimy grunt pod nogami i przestajemy rozumieć, o co chodzi. Girly? Tomboy? Sissy? Brak słów, także w angielskim, by opisać tego wyśmiewanego za damskie ciuszki kardynała. Teoria genderowa, ot co! Którą Burke oczywiście atakował. "Teoria gender to wymysł, sztuczny twór. To szaleństwo ściągające wielkie nieszczęścia na społeczeństwo i na życie tych, którzy tę teorię podtrzymują... Niektórzy mężczyźni upierają się [w USA], żeby chodzić do damskich toalet. Tak się nie godzi" - tłumaczył kardynał w jednym z wywiadów.

Burke nie przejmuje się sprzecznościami. W tej kwestii wysoko zawiesił poprzeczkę. Potrafi pojawić się pod pełnymi żaglami, w cappa magna, w najdłuższej sukni, w chmurze białych koronek lub w długim płaszczu podobnym do szlafroka i przez cały wywiad w imię tradycji oskarżać Kościół, że "stał się zbyt kobiecy".

- Kardynał Burke jest tym, co sam krytykuje - podsumowuje surowo jedna z osób z kręgu Franciszka. Uważa też, że papież prawdopodobnie właśnie jego miał na myśli, kiedy mówił o "hipokryzji" prałatów, o tych, którzy "upiększają duszę".

- Faktem jest, że Burke czuje się dziś w Watykanie odosobniony. Ale jest raczej wyjątkowy niż samotny - koryguje jeden ze zwolenników Burke'a, Anglik Benjamin Harnwell, z którym przeprowadziłem pięć rozmów.

Albowiem prałat może wciąż liczyć na kilku przyjaciół, którzy usiłują dorównać mu, nosząc stroje w kolorach żywej czerwieni, żółtej ptasiej kupy czy mrożonego kasztana. W konkursie cappa magna biorą udział: hiszpański kardynał Antonio Ca?izares, kardynał włoski Angelo Bagnasco, kardynał ze Sri Lanki Albert Patabendige, patriarcha i arcybiskup Wenecji Francesco Moraglia, arcybiskup z Argentyny Héctor Aguer, biskup amerykański Robert Morlino oraz biskup ze Szwajcarii Vitus Huonder. Jednak to już ginący gatunek. Ci księża będący "karykaturami samych siebie" mogliby jeszcze próbować swoich szans w Drag Race, amerykańskim reality show, w którym wybiera się najpiękniejszą drag queen w USA, lecz w Rzymie zostali zmarginalizowani lub dymisjonowani przez papieża.

Zwolennicy Burke'a ze stolicy apostolskiej zapewniają, że "przywraca on naszym czasom duchowy wymiar", lecz sami unikają afiszowania się w jego towarzystwie. Papież Benedykt XVI, który sprowadził go do Rzymu jako dobrego specjalistę od prawa kanonicznego, milczał, gdy karał go Franciszek. Krytycy Burke'a, którzy nie chcą być cytowani, sugerowali mi, że "jest coś na rzeczy", i puszczali parę plotek. Jednak jak dotąd nie pojawił się najmniejszy dowód na to, że Burke coś ukrywa. Ograniczmy się więc do tego, że jest on, jak wszyscy ludzie Kościoła, "unstraight" (ten ładny neologizm ukuł amerykański pisarz Beat Génération Neal Cassady i używał go w listach do swojego przyjaciela Jacka Kerouaca na określenie osoby nieheteroseksualnej lub zachowującej seksualną wstrzemięźliwość).

Burke'owi jego wygląd dodaje blasku. W przeciwieństwie do większości współwyznawców, przekonanych, że ukryją swój homoseksualizm, mnożąc homofobiczne deklaracje, on na swój sposób jest szczery. Otwarcie walczy z gejami. Nie ukrywa swoich upodobań, demonstruje je prowokacyjnie i z afektacją. Burke nie jest zniewieściały, chodzi przecież - powiada - o szacunek dla tradycji. A jednak trudno, patrząc na te dziwaczne stroje i niezwykły chód, nie mieć skojarzenia z drag queen!

Julian Fricker, niemiecki artysta drag starający się tworzyć transformistyczne spektakle na wysokim poziomie artystycznym, tłumaczy mi podczas naszego spotkania w Berlinie:

- Gdy oglądam cappa magna, suknie czy kapelusze pełne kwiatowych ornamentów noszone przez kardynałów takich jak Burke, uderza mnie przede wszystkim przesada. Jak największe, jak najdłuższe, jak najwyższe - taka teatralność charakterystyczna jest właśnie dla drag queens. Jest w tym "extravaganza", przesadzona sztuczność, odrzucenie realness (rzeczywistości) - rzeczy, o których mówimy w żargonie drag, by opisać osoby pragnące parodiować siebie samych. Jest pewna "kampowa" ironia w tym, że kardynał wybiera stroje, jakie mogłaby nosić androginiczna Grace Jones lub Lady Gaga. Można mieć wrażenie, że ci duchowni bawią się teorią genderową, tożsamościami, które nie są stałe, są płynne, są queer.

Burke nie jest zwyczajny. Nie jest pospolity, nie jest przeciętny. Jest złożony i wyjątkowy - a zatem fascynujący. Jest w nim ekstrawagancja. Jest jak dzieło sztuki. Oscar Wilde byłby nim zachwycony.

 

[...]

Przypisy
[1] A. Rimbaud, Iluminacje, tłum. A. Międzyrzecki, [w:] Rimbaud, Wiersze; Sezon w piekle; Iluminacje; Listy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1993.
[2] Odniesienie do filmu Jeana Delannoya, z 1964 roku Szczególny rodzaj przyjaźni (Les amitiés particuli?res), opowiadającego o czułych związkach łączących chłopców z prowadzonej przez jezuitów szkoły z internatem.
[3] M. Proust, W poszukiwaniu straconego czasu, Sodoma i Gomora, tłum. T. Żeleński (Boy), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974, s. 42.
[4] https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/franciszek_i/homilie/swmarta_24102016.html
[5] https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/franciszek_i/homilie/swmarta_20102017.html
[6] A. Rimbaud, Les déserts de l'amour, Avertissement.
[7] https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WR/inne/ratzinger_drogakrzyzowa-or_25032005.html
[8] A. Rimbaud, L'age d'or.
[9] A. Rimbaud, Opowieść, tłum. A. Międzyrzecki, [w:] op. cit., s. 209.
[10] "Potępiła mnie tęcza", Sezon w piekle, tłum. A. Międzyrzecki, [w:] Rimbeaud, op. cit., s. 187.
[11] A. Rimbaud, Parada, tłum. A. Międzyrzecki, [w:] op. cit., s. 209.

Tytuł oryginału: SODOMA : Enqu?te au coeur du Vatican

 

Redakcja: Paweł Goźliński

Konsultacja merytoryczna: Stanisław Obirek

Korekta: Teresa Kruszona, Agata Nastula

Projekt graficzny okładki: Tomek Majewski

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Zdjęcia na okładce: ? Peter Macdiarmid/Getty Images

 

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

 

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

 

? copyright by Agora SA 2019

Copyright ? Editions Robert Laffont, Paris, 2018 through arrangement with Renata de La Chapelle Agency

? copyright for the Polish translation by Anastazja Dwulit, Jagna Wisz i Elżbieta Derelkowska 2019

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

 

ISBN 978-83-268-2831-7 (epub), 978-83-268-2832-4 (mobi)

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej