2
Noga się goiła. Chirurg powiedział, że Świeca będzie jednak utykał. Nerw był przerwany, usztywnił się jakiś mięsień. Chirurg mówił coś tam o martwicy w przyszłości. Ale to przyszłość.
Na razie chodził Świeca o dwóch kulach. Z początku piekło pod pachami bezlitośnie. Brzydko wystawał obojczyk, a przydługie ręce Świecy wyglądały jak zawieszone sztucznie na manekinie. Mieszkał u Hansa. Były oficer nosił rękę na temblaku. Nie mógł odwracać głowy. Dużo jadł i wcale nie mówił. Często siedział w sadzie. Przyglądał się jabłonce przez dobrych kilka godzin.
Matka-Niemka wstąpiła kiedyś do pokoju Świecy. Od rana pochlipywała ukradkiem, by syn tego nie widział. Świeca, jak to on, zapytał szorstko:
- Co jest?
Kobieta machnęła dłonią. Kucnęła na małym zydelku i zaplotła palce.
- Nie mogę tak dalej.
Świeca pomyślał, że cóż go interesują niemieckie płacze w tym domu. Nie jego sprawa.
- No? - spytał bez ciekawości.
- Muszę to powiedzieć synowi. Dłużej nie można.
- Ale co? - Świeca spojrzał na kobietę. Znowu płakała. Czerwone oczy były ledwie widoczne spod sinych, starczych powiek.
- Młodszy brat zginął nad Wisłą, starszy w Alpach. Hans ciągle oczekuje wiadomości. Co my zrobimy sami?
- To, co inni.
- A co inni robią?
- To, co ja.
Matka nie odezwała się więcej. Dopiero, gdy wychodziła, spojrzała niezdecydowanie. Świeca wiedział, czego ona chce.
- Dobrze. Ja mu to powiem.
- Ale jakoś delikatnie.
- Oczywiście.
Hans drzemał w krzesełku pod jabłonką. Świeca odłożył rozmowę do jutra. Pokuśtykał w stronę rynku.
Rzędy małych wózków stały przed ratuszem. Toboły bielizny, walizki, rzeczy, meble, różne przyrządy, maszyny do szycia, zegary, kwiaty, pisma, wszystko, co dało się wypatroszyć z mieszkań.
Transporty niemieckie jeszcze nie odchodziły.
Świeca wstąpił tego dnia na dworzec. Stanął na peronie i rozglądał się. Dwa tory przelotowe były puste. Na bocznicach pleśniały jakieś wagony. Przed blokiem czernił się trup maszyny. Świeca ruszył w tamtą stronę. Kule przeszkadzały mu wdrapać się do kabiny. Uraził nogę i czekał, aż minie pulsujące strzykanie. Obejrzał dokładnie parowóz. Wziął pogrzebacz i łopatę. Czyścił ruszty przez kilka godzin. Do tendra nie mógł się dostać, lecz wskaźnik miał wysoki poziom wody. Czyścił nawrotnicę i wyrzucał drobne opiłki żelaza, które blokowały dźwignię. Wtedy usłyszał czyjeś kroki na torach.
Niski mężczyzna w płaszczu wojskowym, z pistoletem za pasem. Chodził wzdłuż toru, oglądając iglice zwrotnic.
Świeca podniósł rękę do starej czapki wojskowej.
- Czego wy? - usłyszał.
- A ty co?
- Ja? Złota szukam. Pomógłbyś przerzucić zwrotnicę. Linki są urwane. Z bloku nie można.
- Transporty radzieckie będą szły na wschód. Złaź no.
Świeca pokazał kule. Wówczas tamten uniósł dłoń do czoła i powiedział:
- Kapitan Chlebek. Z upoważnienia władzy polskiej od godziny zarządzam stacją Świdnica.
- To bardzo ładnie ze strony polskich władz. Nie widziałeś - Świeca zaczął rozmowę przez "ty" - nie widziałeś może oleju? Zepchnę maszyną wagony na jedną bocznicę i zwolni się trochę toru.
- Poszukam, tylko rozjazdy muszę najpierw obejrzeć.
Chlebek oleju nie znalazł, lecz przyniósł całą skrzynię smaru karabinowego.
- Skonać można - rzekł Świeca.
Rozpalił, lecz woda nie spływała do kotła.
- Zobacz, gdzie się leje.
- Pod złączami.
Świeca z trudem zszedł po drabince. Rozłożył płaszcz na podkładach. Wyciągnął się między torami. Przed wieczorem zlikwidował awarię prowadnicy. Ściemniło się, a na stacji nie było światła. Kapitan Chlebek przyprowadził skądś konia. Zaprzęgał go do wagonów i ściągał je na bocznicę. Potem zaprowadził konia do hali parowozowni. Uwiązał do rur. Rzucił nieco trawy. Kredą napisał ponad wyjazdem: Parowozownia - Świdnica-Miasto.
Dopiero następnego dnia Świeca rozpalił maszynę po raz drugi. Sprężarka pracowała normalnie.
Bez palacza trudno było manewrować parowozem. Chlebek chodził przed maszyną. Spinał wagony, jeśli się dało. Jeśli nie, Świeca trącał je zderzakami, odpychał na jedną z bocznic.
W południe przyjechał z Jaworzyny pierwszy transport radziecki. Chlebek zawołał dowódcę eszelonu i długo z nim rozmawiał.
Potem Rosjanie wysiedli z wagonów. Łopatkami kopali przed blokiem. Chlebek zdobył gdzieś bęben drutu. Żołnierze podłączyli drut i wieczorem kilka zwrotnic można było spracowywać z bloku.
Chlebek otwierał wagony. Sprawdzał, co w nich jest. Krzyknął na Świecę, żeby podjeżdżał.
- Zobacz.
- Stary złom.
- Tak? Pociski do działek 75 mm.
- Cholera. Ostrośmy to przetaczali.
- Trzeba zepchnąć na ślepy tor.
- Szkoda czasu. Narysuj dwa piszczele i krzyżyk, wystarczy.
Wieczorem, obaj zmęczeni i głodni, stali przed gmachem dworca.
- Co z twoją nogą? - nareszcie Chlebek zwrócił uwagę.
- Postrzał, niegroźny. Goi się, tylko pomału. Ta wściekła maszyna ciągle mi rozrania.
- Uważaj, staruchu, wojnę przetrwałeś, to spadniesz mi z maszyny i mordę rozbijesz na śmierć.
- Właściwie mogę wyrzucić jedną kulę. Żeby laskę skądś...
- Będzie.
Chlebek podbiegł do wózka z Niemcami. Zabrał komuś laskę.
- Coś ty... - skrzywił się Świeca.
- Miłosierny? Oni siedzą, ty pracujesz.
- Chodź do mnie, zjemy coś.
Chlebek jeszcze wstąpił do radzieckiej kompanii. Wrócił, niosąc manierkę z wódką.
Świeca zaprowadził go do willi. Matka zobaczyła obcego i trochę się przestraszyła.
- Swój - powiedział Świeca - daj pani coś do jedzenia.
Hans wychylił głowę z pokoju, długo patrzył. Obaj Połacy weszli na pięterko. Siedli za stołem. Manierka stała na serwecie, na talerzu leżał chleb, rzodkiewka, marchew, surowa kapusta.
- Dobrze sobie żyjesz. Co za jedni?
- Niemcy.
- A ten?
- Porucznik. Ranny. To jego dom.
Chlebek skręcił papierosa i rzekł do Świecy po namyśle:
- Zaprowadzisz go jutro do Komendy. Podlega prawu jeńców wojennych.
- On i tak ma dosyć.
- Jeńcem jest. Masz go zaprowadzić.
- Dobrze. Jutro. - Świeca wytarł usta i zawołał kobietę, żeby dała herbaty. Chlebek nie rozumiał po niemiecku. Świeca więc przetłumaczył, żeby im przyniosła papier i jakieś pióro.
- List? - zdziwił się Świeca.
- Nie.
- Ty skąd, w ogóle?
- Obchodzi? Nieważne. W pierdlu siedziałem.
- Za co?
- Nieważne. Za bibułę. A ty?
- Tośmy równi. Też. A potem dostałem grupę w lasach kieleckich.
- Partyjny?
- Przed wojną.
- Co za partyzantka?
- Bataliony Chłopskie.
- Więc nie gadaj. Napiszemy, że w Pepeerze.
Chlebek rozłożył papier, starannie go wyprostował, umaczał pióro i długo się zastanawiał. Siorbnął z manierki, podał Świecy. Przegryźli marchewką. Chlebek mówił:
- Wystawimy sobie nominacje, żeby się prawnie zgadzało. Jestem zawiadowcą stacji Świdnica, a ty Sekretarzem Komórki.
- Niech będzie, ale jakże tak, skoro Komórki nie ma?
- Przyjdą ludzie. Musi być głowa najpierw, nie?
- Ale z tą nominacją coś nietęgo. Mówiłeś przecież na początku, żeś upoważniony przez władzę polską. Nie wystarczy?
- Jaką władzę! Coś musiałem ci powiedzieć, nie?
Świeca zaśmiał się, podał Chlebkowi manierkę.
- Jeśli tak, to pisz nominację.
Późno w nocy Świeca wyciągnął się na łóżku. Chciał rozmawiać z Hansem, ale nie wiedział, jak zacząć. Odłożył do jutra. Wcześnie rano pokuśtykał na stację.
Razem z Chlebkiem przetaczali cały dzień radzieckie transporty idące na wschód.
Gdy słońce zaczęło się wydłużać ku wieczorowi, usiedli na peronie. Jedli chleb rozwinięty z gazety. Świeca przyniósł świeże marchewki.
Zbliżył się do nich obszarpany człowiek w starej, okrągłej czapce granatowej. Nie wiadomo - dorożkarz czy kolejarz.
- Guten Tag!
- Szczęść Boże - zaśmiał się Świeca.
- Verstehen Sie? - usłyszeli.
- Ja. Ich verstehe - odrzekł Świeca.
- Ich bin deutscher Jude.
- Czego on chce? - zaciekawił się Chlebek.
- Żyd niemiecki.
- Daj mu jedną marchewkę.
Świeca zaprosił obszarpańca, by usiadł przy nich. Podzielili się marchewkami. Niemiec poszedł do pompy umyć jarzyny, co Świecę trochę zdziwiło. Strugali je kozikami i chrupali.
- Jak pan się uchował?
- U czeskich chłopów - przetłumaczył Świeca Chlebkowi.
- I pan ze Świdnicy?
- Nie. Z Wrocławia, ale tego miasta już nie ma. Pomyślałem sobie, że potrzebny będzie maszynista, co?
- Bajka, nie życie - zawołał Świeca. - Partyjny? - szybko dodał.
- Nie.
- Szkoda, miałbym człowieka.
- Żeby tak skądś maszynę świsnąć - westchnął Chlebek.
- Panie Żydek, nie wie pan, gdzie są parowozy?
- Nie wiem, czy będą, ale stąd o piętnaście kilometrów leży węzłowa stacja. Tam jest wielka parowozownia. Jaworzyna.
- Jutro pojedziemy.
Telegraf jeszcze nie działał. Długo zastanawiali się nazajutrz, czy z Jaworzyny nie jadą transporty radzieckie. Przykro byłoby spotkać się w połowie drogi. Był tylko jeden tor. W południe przekaraskał się długi rząd platform z działami. Dowódca eszelonu powiedział, że jakaś kraksa wyniknęła pod Jaworzyną i tego dnia żaden transport już nie przyjedzie.
Wsiedli we trójkę do klekota zreperowanego przez Świecę i ruszyli. Chlebek wyglądał lewym okienkiem, a Żyd ładował resztki węgla.
- Jude, co pan zamierza robić? - spytał Świeca.
- Niech pan nie mówi do mnie - Jude. Mnie to denerwuje. Nazywam się Kranz. Byłem maszynistą ekspresowym na wrocławskim węźle. Chyba wyjadę do Saksonii, do Niemiec.
- Po co pan do Niemiec?
Kranz już nie odezwał się więcej.
Wtoczyli się na dworzec Jaworzyny. Zupełnie jakby wpadli między rozwalone ule. Wszystkie tory zajęte transportami. Rosjanie siedzieli na peronach i w hallu dworca, na torach i gdzie się dało. Słychać było śpiewy. Chlebek zawieruszył się, wrócił po godzinie całkiem pijany.
Świeca z Kranzem ułożyli go na węglarze. Skierowali się do parowozowni. Właśnie radziecki oficer zabierał ostatni dobry parowóz. Kazał go zaczepiać do składu z ciężarówkami.
- Trudno - rzekł Świeca.
- Spóźniliśmy się - dodał Kranz. - Po drodze widziałem coś.
- Trupy - ocenił Świeca.
Wracając, zatrzymali się jednak. Parowóz wyglądał na pierwszy rzut oka bardzo opłakanie. Brak węglary, podłużnie rozharatana dymnica, przestrzelony cylinder, urwany zawór zasilający, stłuczony manometr, rozbita pokrywa ochronna sprężarki. Jeśli zajrzeć wewnątrz, to nie wiadomo, co można by ze środka wyciągnąć. Chlebek, który trochę wytrzeźwiał, obejrzał dokładniej, czy nie leżą w nim pociski. Korbowody i wiązary działały normalnie, więc odpięli wrak i wlekli do Świdnicy.
Tuż przed blokiem jest przejazd. Tor kolejowy odcina część miasta. Ruchliwa szosa na Wałbrzych i Legnicę nie była chroniona szlabanami. Świeca zwolnił do żółwiej szybkości. Długo gwizdał. I tak jakaś ciężarówka polska wtoczyła się prawie pod koła. Szofer zdążył poderwać wóz i tylko zaczepili o wystające rury. Tylne koła zarzuciły samochodem. Ludzie wyskoczyli. Ktoś chwycił za pistolet. Świeca pogroził pięścią, a Chlebek klął ordynarnie, aż Niemki przystawały, żeby zobaczyć, co się dzieje.
Ze stacji biegł jakiś człowiek w starym wojskowym płaszczu.
Świeca ruszył i zatrzymał maszynę przed blokiem. Kranz wysiadł, żeby spracować zwrotnicę. Wrak jakoś dokaraskał się na stację i wyglądało, że będzie kiedyś jeździł o własnych siłach.
Świeca wyjrzał okienkiem. Zdziwiony skinął na Chlebka.
Człowiek w starym płaszczu wojskowym podbiegł do parowozu, zadarł głowę do góry, szukał poręczy, by wspiąć się na pomost.
- Coście za jedni?! - krzyknął.
- Bez hałasu - uspokoił go Świeca. - To naczelnik stacji, a ja sekretarz. O co chodzi?
- Głupie kawały. Tylko nie kombinować. Złaźcie z maszyny! Wózek od Niemców pożyczcie, będziecie z górki jeździć. Co za jeżdżenie bez mojej zgody! Transporty są na trasie, chcecie transporty może zablokować...
Chlebek schodził na dół. Stanął przed obcym. Pogroził ręką.
- Nie pyskuj. Papierek pokaż. Trzeba prawnie.
- Tu jest papierek - obcy wskazał pistolet. - Za minutę was nie widzę, bo rozłożę trupem na torach. Na kolei porządek jak w kompanii. Jasne? Kuternogo, hyc z parowozu!
Świeca powoli taszczył się na ziemię. Otarł ręce. Zbliżył się do krzyczącego. Krótkim, niecierpliwym ruchem trzasnął go w twarz.
- Ty, młokos, mleko podetrzyj, zanim się odezwiesz do starego.
Człowiek w płaszczu odbezpieczył pistolet. Chlebek momentalnie uderzył go w rękę, mocno kopnął w żołądek. Świeca podniósł kulę i dołożył padającemu przez plecy. Schylił się do pistoletu. Wsunął do kieszeni.
Tamten zerwał się z toru i wrzasnął:
- Pod sąd! Zaraz będzie straż.
Odwracając się co chwilę, ruszył w stronę budynku stacyjnego. Kranz wyjrzał z bloku i zawołał:
- Z dwójki na czwórkę spracowana. Wtaczaj, bo idzie transport z Jaworzyny!
- Dobra!
Na przetokach Świeca upadł i zranił nogę. Trzeba było skończyć pracę.
Gdy wychodzili z dworca, Kranz trącił ich w łokcie. Przed hallem stała warta. Cywil w hełmie, z biało-czerwoną opaską na ramieniu. Trzymał na piersiach pepeszę. Ćmił skręconego papierosa.
Chlebek zatrzymał się i spytał wartownika.
- Kto was postawił?
- Matka Boska z Jerozolimy.
- Poważnie. Jestem naczelnikiem. Tu masz papierek Chlebek pokazał mu nominację podpisaną własnoręcznie. Wartownik przeczytał i zasalutował.
- Postawił mnie kapitan delegowany na tutejszy węzeł. Kazał pilnować bałaganu.
- Dobrze, to pilnuj, a my rano przyjdziemy.
Na rogu ulicy, gdzie mieszkał Świeca, Chlebek zaczął się niecierpliwić. Chciał spytać o coś, więc stary mu pomógł.
- Co się wiercisz?
- Nie zmieściłbym się u ciebie? Sypiam w sali teatru, ale szczury lokatorzą, a głodne są bestie, wczoraj zjadły mi pół rękawa w płaszczu.
- Idź po rzeczy.
- Wszystko mam na sobie.
Świeca obejrzał jego potarganą bluzę wojskową, kiepski płaszcz skórzany, pewnie zdobyty na Niemcach. Torba polowa z garnkiem wisiała na ramieniu.
- Wchodź.
Skierowali się obaj na pięterko.
Wieczorem Chlebek zabrał pół bochenka i gdzieś wyszedł. Przyniósł dwie butelki dobrej wódki rosyjskiej.
- A to skąd?
- Świeca, ty organizuj nam jarzyny, a ja kalorie. Dobrze? Pieniędzy nie ma, lecz wymiana kwitnie jak w portach fenickich. Rosyjscy oficerowie dają litra za bochenek.
- Bardzo dobrze. Ci Niemcy z dołu mają skądś dużo chleba.
- ...Ale zaprowadź ty jutro oficera do Komendy.
- Czasu nie ma.
- To jak tylko znajdziesz czas.
- Na pewno.
Chlebek wypalił długiego skrętasa. Rozciągnął się na kocach. Świeca tłukł jeszcze kulą o podłogę i również położył się, zgasiwszy lampę naftową.
Nazajutrz rano byli już przed gmachem dworca. Straż pilnowała wejścia. Na peronie też chodził wartownik.
Za blokiem dryndał ostatni wagon wojskowego eszelonu, który oddalał się linią do Kamieńca.
Świeca ruszył ku bocznicy. Wtedy przybiegł zdenerwowany Kranz. Wskazał palcem na peron. Obaj spojrzeli. Chlebek zaklął obrzydliwie. Świecy zrobiło się niedobrze.
Na bocznicy stał wrak przyholowany wczoraj z trasy. Dobrego parowozu nie było.
- Jasne, Rosjanie zabrali.
- Mają długie składy, to wzięli na popych.
- Szlag by ich trafił.
- Przyszli z Uralu na piechotę, a wracają na dwa parowozy. No...
- Tośmy goli.
- Zupełnie, franca kichana!
Z bloku wyszedł człowiek w podartym płaszczu. Rozpoznali wczorajszego kapitana, którego nabili za przejazdem.
Chlebek wsunął rękę przezornie do wewnętrznej kieszeni.
Tamten się zbliżył i powiedział:
- Kapitan Drewniak. Z ramienia Delegata Rządu Polskiego jestem odpowiedzialny za świdnicki węzeł. Proszę, dokument. Kto z was jest naczelnikiem?
- Ja - rzekł Chlebek.
- Bardzo miło mi pana poznać - kapitan wyciągnął rękę.
Zbaraniały Chlebek mimowolnie podał swoją. Zerknął na Świecę. Wszyscy się roześmieli. Kapitan wydobył z łachmana, który był kiedyś płaszczem, paczkę rosyjskich papierosów. Zapalili. Kapitan mówił:
- Przygotujcie maszynę do Koźla. Transport żywności musi wyjechać w południe.
- Panie Drewniak, zabrali nocą parowóz. Chyba sami popchamy skład na Śląsk.
- Jak to parowóz wzięli? Tak wzięli i już? Parowóz nie szpulka z nićmi. Jakże można ukraść parowóz? Kto? Straż była.
Chlebek wytłumaczył mu, że Rosjanie zapewne potrzebowali.
Drewniak usiadł na peronie i ciągle się dziwił, w jaki sposób może zniknąć parowóz. Mówił, że różne zdarzyło mu się widzieć historie, ale żeby parowóz...
- Panowie - rzekł - naprawdę obiecałem w Komendzie. Wczoraj dwie depesze przyszły ze Śląska i jedna z Lublina od Bieruta. Głód na Śląsku, w Świdnicy mamy cały magazyn konserw niemieckich. Może wymyślicie jakąś maszynę.
- Parowozy ludzie dawno wymyślili, tylko że również wymyślili wojny, dlatego zabrakło chwilowo - odrzekł Chlebek.
- Panowie, jedzenie dla Śląska.
- Świeca, obejrzysz tego trupa?
- Tak, ale na moje rozeznanie lepiej wziąć samochód i zerknąć po najbliższych stacjach. Jeszcze chyba można coś wyszukać.
Świeca przetłumaczył Kranzowi, czego chce Drewniak.
Kranz drapał się w głowę, odszedł bez słowa. Wrócił po godzinie i rzekł:
- Będzie parowóz.
- Żyd cuda tworzy. Katolicy padną z wściekłości.
- Dawaj tę maszynę.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.