Soberlife. Jak trzeźwieją kobiety - Agata Jankowska

Kup ebooka

45.99 zł
34.49 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pies, trzy małpki i ty­siące kro­ków

Laura, pra­cow­niczka sek­tora dy­plo­ma­cji

- "Nie chcia­łem się wią­zać z al­ko­ho­liczką", po­wie­dział mi chło­pak, z któ­rym wów­czas miesz­ka­łam. "Co on pier­doli", po­my­śla­łam. Ja? Al­ko­ho­liczka? Ko­cham kul­turę fran­ko­foń­ską, piję dro­gie wina w re­stau­ra­cjach, dbam o urodę i je­stem we­ge­ta­rianką. Wino to mój ży­wioł, moje ży­cie, zresztą wszy­scy świa­towi dy­plo­maci piją w ten spo­sób. A on jest pro­sty, za­ścian­kowy i na ni­czym się nie zna. Był pierw­szą i ostat­nią osobą, która zwró­ciła mi uwagę na to, że mam pro­blem. Nie po­słu­cha­łam. Ale dziś je­stem mu wdzięczna - opo­wiada Laura, czter­dzie­sto­dwu­let­nia pra­cow­niczka ad­mi­ni­stra­cyjna am­ba­sady.

Pić za­częła na stu­diach. Na ro­ma­ni­styce wszy­scy pili, choć dziś Laura po­dej­rzewa, że tylko jej się tak wy­da­wało.

- Wkrę­ci­łam się w ko­smo­po­li­tyczne kli­maty. Mia­łam wielu przy­ja­ciół Fran­cu­zów, ra­czy­li­śmy się czer­wo­nym wi­nem i czy­ta­li­śmy Mi­chela Ho­uel­le­be­cqa w ory­gi­nale. Na­prawdę by­łam prze­ko­nana, że pi­cie do każ­dego po­siłku działa wręcz proz­dro­wot­nie. W ten spo­sób też po­ko­ny­wa­łam nie­śmia­łość, bo z na­tury je­stem aspo­łeczną in­tro­wer­tyczką, a ma­rzy­łam o tym, żeby stać się ta­jem­ni­czą uwo­dzi­cielką, tak jak pa­ry­żanki. Al­ko­hol po­ma­gał mi się prze­ła­mać. Z kie­lisz­kiem w dłoni ro­bi­łam się to­wa­rzy­ska, ete­ryczna, sek­sow­nie eg­zal­to­wana. Sta­wa­łam się in­te­li­gent­nie dow­cipna, kre­atyw­niej­sza. Lu­bię re­ali­zo­wać się rów­nież w sztu­kach pla­stycz­nych. Na to także do­sko­nale dzia­łał al­ko­hol, bo wy­da­wało mi się, że głowa się otwiera, prze­staję być ciężka i smutna, a ta­lent znaj­duje swoje uj­ście. Fajne ży­cie za­czy­nało się po kie­liszku. Bez tego by­łam me­lan­cho­lijna i smutna, szara, nie­cie­kawa. Dziś wiem, że mia­łam na­wra­ca­jące epi­zody eg­zo­gen­nej de­pre­sji wy­wo­ła­nej traumą po śmierci matki. Zmarła, gdy by­łam na stu­diach. Do końca nie po­wie­działa, że cho­ruje. Gdy pluła krwią, za­wio­złam ją do szpi­tala i już z niego nie wy­szła. Rak krtani i płuc. Do ostat­niego dnia ży­cia wi­dzia­łam ją z pa­pie­ro­sem w dłoni.

De­pre­syjne stany Laury przez lata na­si­lały się i wy­bu­chały naj­czę­ściej po roz­sta­niach z ko­lej­nymi part­ne­rami. Wtedy piła naj­wię­cej. Wy­łą­cza­jąc kil­ku­na­sto­mie­sięczną prze­rwę, kiedy była na die­cie.

- Z al­ko­holu wpa­dłam w inną ob­se­sję: sport i zdrowe od­ży­wia­nie. Na si­łowni by­łam już o pią­tej rano, ćwi­czy­łam z pa­sją i od­da­niem, tak jak wcze­śniej pi­łam wino. Mi­ska za­wsze ide­al­nie czy­sta, li­czy­łam wszyst­kie ka­lo­rie, na kal­ku­la­to­rze mno­ży­łam in­deks gli­ke­miczny, mie­rzy­łam cen­ty­me­trem ob­wody każ­dej czę­ści ciała, na­wet szyi, nad­garstka i łydki. Die­te­tyk po­cząt­kowo był ze mnie dumny, ale z cza­sem moja skru­pu­lat­ność za­częła go prze­ra­żać. Za­pro­po­no­wał wi­zytę u psy­chia­try, bo uznał, że mam w znacz­nym stop­niu za­bu­rzony ob­raz wła­snego ciała. Od­po­wie­dzia­łam, żeby się cie­szył, że tak wal­czę, bo w jed­nej chwili może mi mi­nąć za­jawka na sport - wspo­mina.

I mi­nęła, gdy Laura zwią­zała się z Fran­cu­zem miesz­ka­ją­cym w Bruk­seli. Wtedy znowu za­częła pić.

- By­wa­łam u niego przez kilka ty­go­dni, po­tem on kilka ty­go­dni miesz­kał u mnie. Za każ­dym ra­zem przy­wo­ził skrzynki naj­lep­szych rocz­ni­ków z wi­niarni pod Lons-le-Sau­nier w de­par­ta­men­cie Jura. U nas wina nie li­czyło się na bu­telki, tylko na skrzy­neczki pa­ko­wane po sześć fla­szek. Co­dzien­nie pi­li­śmy mi­ni­mum dwie bu­telki - wy­li­cza.

Za­częła pracę w struk­tu­rach Unii Eu­ro­pej­skiej, żeby mo­gli być bli­sko, ale wkrótce Fran­cuz zła­mał jej serce.

- Wtedy pu­ściły wszyst­kie ha­mulce. Roz­sta­nie prze­ży­łam tra­gicz­nie, jedna wielka roz­pacz, bo mia­łam da­le­ko­siężne plany zwią­zane z tym męż­czy­zną. No i by­łam tam sama. Cała moja ro­dzina, wszy­scy zna­jomi zo­stali w War­sza­wie. By­łam wra­kiem ko­biety. Za­miast jed­nej bu­telki wy­pi­ja­łam dwie lub trzy. Prze­stało być ele­gancko. Pi­łam w łóżku, nie pa­trząc, że po­ściel jest za­lana. Pi­łam ze szkla­nek, bo nie chciało mi się zmy­wać kie­lisz­ków. Pi­łam do od­cię­cia i zda­rzało mi się obu­dzić w wan­nie z zimną wodą za­bar­wioną na czer­wono, jak krwią, i zbi­tym kie­lisz­kiem na pod­ło­dze. Na­wet nie pa­mię­ta­łam, że bra­łam ką­piel - opo­wiada.

To wszystko tłu­ma­czyła roz­sta­niem. Wtedy jesz­cze nie od­czu­wała re­per­ku­sji zwią­za­nych z pi­ciem. Była młoda, ciało szybko się re­ge­ne­ro­wało. Cza­sami zda­rzał się ja­kiś kac, ale nie­spe­cjal­nie czę­sto, a więc fi­zycz­nie po­zo­sta­wała w do­brej for­mie.

- Dziś my­ślę, że już wtedy by­łam za­awan­so­waną w na­łogu, wy­soko funk­cjo­nu­jącą al­ko­ho­liczką. W pracy szło mi świet­nie, ro­bi­łam ka­rierę. Dużo pra­co­wa­łam kon­cep­cyj­nie i cały czas pod­trzy­my­wa­łam w so­bie prze­ko­na­nie, że to wino mi po­maga. Jak się na­piję, przy­naj­mniej te pierw­sze dwa kie­liszki, to głowa się otwiera i je­stem w sta­nie wy­my­ślić cie­kawe rze­czy, no­wa­tor­skie, po­my­słowe, wy­róż­nia­jące się. Bu­do­wa­łam re­nomę pra­co­wi­tej, rze­tel­nej i kre­atyw­nej pra­cow­niczki. Ni­komu nie przy­szło do głowy, że wie­czo­rami biorę lap­top do łóżka, pra­cuję i piję, aż stracę przy­tom­ność. In­tu­icyj­nie spo­ty­ka­łam się z oso­bami, które lu­biły pić. Dziś wiem, że nie­które z nich także miały lub mają pro­blem al­ko­ho­lowy. Na tych, któ­rzy nie pili, pa­trzy­łam z góry. Prze­cięt­niacy, nu­dzia­rze, sztam­powa masa. Tacy lu­dzie mnie nie in­te­re­so­wali. Chcia­łam na­le­żeć do elity, czuć in­te­lek­tu­alne fa­jer­werki, naj­le­piej co­dzien­nie. Dziś już wiem, że to nie jest prawda. Wi­dzę, że więk­szość lu­dzi jed­nak nie pije. To ja, jak każdy cho­ru­jący na al­ko­ho­lizm, szu­ka­łam osób pi­ją­cych i ro­man­ty­zo­wa­łam ten styl ży­cia. Na­dal trudno mi uwie­rzyć, że obec­nie w ogóle nie spo­ty­kam się z ludźmi, któ­rzy piją. A mimo to mam duże grono zna­jo­mych i się nie nu­dzę - opo­wiada z per­spek­tywy czasu.

Wtedy Laura po­wo­lutku, ale kon­se­kwent­nie za­czy­nała rano od­czu­wać wpływ al­ko­holu. Cier­piała na straszne mi­greny, dla­tego brała po­wszech­nie do­stępne leki prze­ciw­bó­lowe, które oczy­wi­ście po­pi­jała wi­nem. Gdy ibu­prom i pa­ra­ce­ta­mol prze­stały dzia­łać, od zna­jo­mej le­karki brała re­ceptę na tra­ma­dol. Nie wy­sy­piała się - albo nie mo­gła za­snąć, albo spała kil­ka­na­ście go­dzin. Wsia­dała do sa­mo­chodu, prze­ko­nu­jąc samą sie­bie, że nie ma al­ko­holu we krwi. W pracy ra­to­wała ją tylko do­bra re­pu­ta­cja, bo co­raz czę­ściej po­peł­niała błędy - spóź­niała się, za­po­mi­nała o spo­tka­niach. Dla­tego spryt­nie po­sta­rała się o prze­nie­sie­nie do War­szawy. W ro­dzin­nym mie­ście było jesz­cze go­rzej. Do­cie­rało do niej, choć to wy­pie­rała, że jej pro­blem al­ko­ho­lowy staje się co­raz po­waż­niej­szy.

- W gło­wie po­wta­rza­łam: "Hej, dziew­czyno! Spró­buj przy­naj­mniej dzi­siaj się nie na­pić". Pa­mię­tam po­wroty do domu i we­wnętrzną walkę: wstą­pić do knajpy czy nie. Ku­pić wino czy nie. W dro­dze z pracy mia­łam już plany, że od­pocznę, pójdę na jogę, obej­rzę film i wcze­śniej za­snę. Ale w ostat­nim mo­men­cie za­wsze skrę­ca­łam do byle ja­kiego sklepu. Żeby oszu­kać samą sie­bie, za­miast do mo­no­po­lo­wego wcho­dzi­łam do Ros­smanna z dzia­łem win. Sama so­bie tłu­ma­czy­łam: prze­cież mu­szę ku­pić szam­pon! A przy oka­zji dwie bu­telki por­tu­gal­skiego to­uriga na­cio­nal. Ow­szem, zda­rzały się dni, że silna wola wy­gry­wała i uda­wało mi się nie pić. Wtedy ku­po­wa­łam za to sześć orze­cho­wych cze­ko­lad z okien­kiem albo trzy pu­dełka pta­siego mleczka i ob­że­ra­łam się sło­dy­czami, aż do zwy­mio­to­wa­nia. A po­tem gar­dzi­łam sobą, czu­łam się tłu­sta. Na drugi dzień oczy­wi­ście pi­łam wino. Mu­sia­łam ja­koś stra­wić ten cały cu­kier - wspo­mina.

W klu­bie jaz­zo­wym na­prze­ciwko ka­mie­nicy, w któ­rej miesz­kała, po­znała sporo młod­szego mu­zyka. On nie pił, za to pa­lił jo­inty. Za­miesz­kali ra­zem. Chło­pak zo­rien­to­wał się już po kilku mie­sią­cach, że Laura w za­sa­dzie pije co­dzien­nie.

- Za­czął prze­bą­ki­wać, że może po­win­nam ogra­ni­czyć wino. Py­tał też, na co wła­ści­wie biorę te leki. Uda­wało mi się od­bi­jać pi­łeczkę, ko­men­tu­jąc, że nie ma prawa głosu, do­póki sam jara zioło, ale te ar­gu­menty miały sens tylko do pew­nego czasu. Kie­dyś w kłótni po­wie­dział dwa zda­nia za dużo. Że ni­gdy nie chciał być z al­ko­ho­liczką, bo jego matka piła i wie, jak ta­kie ży­cie wy­gląda. Po­my­śla­łam: "Co on pier­doli? Al­ko­ho­liczka leży za­rzy­gana w krza­kach albo lą­duje na izbie wy­trzeź­wień. Ma opuch­niętą twarz, ma­towe włosy, żółte zęby i śmier­dzi. Prze­cież moje włosy błysz­czą, a uśmiech mam śnież­no­biały. Co to, do cho­lery, ma wspól­nego ze mną?" - py­tała Laura re­to­rycz­nie.

Od tam­tej pory jed­nak dia­me­tral­nie zmie­nił się jej kom­fort pi­cia. Pró­bo­wała ogra­ni­czać wino, aby spro­stać po­stu­la­tom part­nera, ale na­pię­cie w niej ro­sło i nie znaj­do­wało uj­ścia. Dla­tego ku­piła psa, bul­doga fran­cu­skiego, tłu­ma­cząc so­bie i part­ne­rowi, że przy­mu­sowe spa­cery po­mogą jej się zre­lak­so­wać i oczy­ścić głowę.

- Te­raz pi­łam głów­nie na spa­ce­rach z psem. Prze­rzu­ci­łam się na wódkę sma­kową, ulu­biona była ta o aro­ma­cie dzi­kiej róży, czar­nego bzu albo kawy z nutą brandy. Mia­łam taki sys­tem, że we wto­rek ku­puję w jed­nym skle­pie, w środę w in­nym, w czwar­tek w jesz­cze in­nym. Żeby nikt się nie zo­rien­to­wał, cho­ciaż prze­cież sprze­dawcy i tak mają to w du­pie. Cho­wa­łam do kie­szeni dwie, trzy małpki i szłam do parku dumna z sie­bie, że wy­ra­biam normę kro­ków. Nie­mal na­tych­miast wra­cał przy­jemny szme­rek w gło­wie, czu­łam ulgę, wy­tchnie­nie. Ro­biło mi się do­brze, było mi lżej. Mój zwią­zek nie na­le­żał do spe­cjal­nie szczę­śli­wych, mę­czy­łam się w nim. To też mi po­ma­gało pić, bo uspra­wie­dli­wia­łam na­pię­cie zde­ner­wo­wa­niem, kłót­nią, ma­ra­zmem w re­la­cji. Nie by­łam w sta­nie mu po­wie­dzieć, że to ko­niec, bo w za­sa­dzie to go nie ko­cham, więc tkwi­łam w sy­tu­acji, która była dla mnie bar­dzo nie­wy­godna. A z dru­giej strony wła­śnie bar­dzo wy­godna, bo pod dra­mat pije się naj­le­piej. W czyn­nym uza­leż­nie­niu pod­świa­do­mie kreu­jemy po­wody do tego, żeby znowu się na­pić. Musi być albo to­tal­nie za­je­bi­ście - wtedy ob­le­wasz suk­ces, albo strasz­nie chu­jowo - wtedy za­pi­jasz po­rażkę. Po­dą­żamy za krań­cami eks­cy­ta­cji, a je­śli ich nie ma, sami je so­bie do­po­wia­damy. Dziś wiem, że suk­ces trzeź­wo­ści po­lega na tym, aby uni­kać wy­so­kich fal. Czer­pać siłę z ru­tyny, utrzy­my­wać stałe re­la­cje z bli­skimi, zna­leźć złoty śro­dek - mówi Laura.

Wtedy jesz­cze ro­biła wszystko, żeby te­sto­wać gra­nice wy­trzy­ma­ło­ści swoje i lu­dzi wo­kół. Pro­wo­ko­wała awan­tury z chło­pa­kiem albo wpa­dała w szał ro­man­tycz­nych unie­sień. Ich zwią­zek przy­po­mi­nał rol­ler­co­aster. Czuła, że ta dy­na­mika ją wy­kań­cza, ale nie po­tra­fiła tego za­trzy­mać.

- To on skoń­czył, zdra­dził mnie. Lep­szego po­wodu do pi­cia nie mo­głam so­bie wy­ma­rzyć. To­tal­nie po­pły­nę­łam. To już nie były małpki, tylko li­try czy­stej wódki. Wzię­łam bez­płatny urlop w pracy i za­le­wa­łam się w trupa. Kom­pletna de­struk­cja, uni­ce­stwie­nie. Pierw­szy raz w ży­ciu cał­ko­wi­cie się pod­da­łam. Nie wy­cho­dzi­łam z łóżka, nie od­bie­ra­łam te­le­fonu, a gdy ktoś do mnie przy­cho­dził, uda­wa­łam, że ni­kogo nie ma w domu. Na szczę­ście sio­stra ni­gdy się mną spe­cjal­nie nie in­te­re­so­wała, a oj­ciec naj­czę­ściej by­wał za­jęty sobą, więc nie mu­sia­łam przed ni­kim ukry­wać tego, co się ze mną dzieje. Wy­glą­da­łam upior­nie, na­wet się nie ką­pa­łam. Po­ja­wiły się my­śli sa­mo­bój­cze. Bra­łam leki, po­pi­ja­łam wódką i nie mia­łam pew­no­ści, czy się obu­dzę, ale w za­sa­dzie było mi wszystko jedno. Ock­nę­łam się, sto­jąc w ko­szuli noc­nej na bal­ko­nie. Trzy­ma­łam bu­telkę w jed­nej ręce, a w dru­giej garść ta­ble­tek. Nie by­łam pewna, czy chcę wy­sko­czyć, czy je po­łknąć. A może naj­pierw jedno, po­tem dru­gie? To było jak ude­rze­nie obu­chem w łeb. Albo ina­czej: w gło­wie roz­bły­sły mi czer­wone ko­guty, ta­kie jak na da­chu sa­mo­cho­dów po­li­cyj­nych. Wie­dzia­łam, że albo te­raz, w tej chwili, na­tych­miast coś ze sobą zro­bię, albo już ni­gdy nie będę miała oka­zji. Zna­la­złam roz­ła­do­wany te­le­fon, pod­łą­czy­łam do kon­taktu i wy­bra­łam nu­mer przy­ja­ciela jesz­cze z cza­sów li­ceum.

- "Łu­kasz, po­trze­buję po­mocy. Chyba je­stem w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym ty by­łeś kilka lat temu". Nie mu­sia­łam nic wię­cej mó­wić, wie­dział wszystko. Był czy­stym nar­ko­ma­nem i al­ko­ho­li­kiem. Za kilka go­dzin już u mnie był. Za­dzwo­ni­li­śmy do jego te­ra­peutki uza­leż­nień. Usły­sza­łam cie­pły, miękki ko­biecy głos, który spy­tał: "Laurko, czy je­steś bez­pieczna?". Roz­pa­dłam się na ka­wałki, bo głos przy­po­mniał mi mamę, też do mnie tak mó­wiła. Uspo­ko­iłam się jak dziecko, które ktoś przy­tu­lił. Uwie­rzy­łam i za­ufa­łam, że mi po­może.

Laura od pół­tora roku nie pije. Jest w te­ra­pii, cho­dzi na spo­tka­nia gru­powe i in­dy­wi­du­alne.

- Po­czątki były cho­ler­nie trudne. Kom­bi­no­wa­łam, że le­cze­nie po­trwa chwilkę i za ja­kiś czas wrócę do kon­tro­lo­wa­nego pi­cia. Nie umia­łam so­bie wy­obra­zić, że do końca ży­cia nie skosz­tuję wina. No jak to? Święta, wyj­ście do re­stau­ra­cji, uro­dziny ko­le­żanki i nic?

Wtedy po­znała me­todę dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin.

- Te­ra­peuta uczył nas, żeby nie my­śleć, co bę­dzie za mie­siąc, rok czy dzie­sięć lat. Wy­star­czy, że nie na­pi­jesz się przez ko­lejną dobę. A po­tem ko­lejną i ko­lejną. Po ty­go­dniu wi­dzisz pro­gres i mo­żesz od­wo­łać się do ma­łego suk­cesu. Nie piję ko­lejną dobę, bo szkoda mi zmar­no­wać trzeźwy ty­dzień, po­tem trzeźwy mie­siąc, trzeźwy kwar­tał, rok. Ma­łymi krocz­kami do­cho­dziło do mnie, że nie mogę już ni­gdy się­gnąć po al­ko­hol, bo wrócę do naj­więk­szego kosz­maru, że już nie chcę w swoim ży­ciu al­ko­holu.

W gru­pie na po­czątku po­znała męż­czy­znę, który do le­cze­nia pod­cho­dził trzeci raz. Opo­wia­dał, że za każ­dym ra­zem jest trud­niej pić i za każ­dym ra­zem jest trud­niej zmu­sić się, żeby pod­jąć próbę le­cze­nia. Jego hi­sto­ria głę­boko ją po­ru­szyła.

- By­wa­łam w ży­ciu w róż­nych to­wa­rzy­stwach, ba­wi­łam się w świa­to­wych krę­gach, ale tak na­prawdę za­wsze czu­łam się sa­motna - wy­znaje Laura.

Do­piero w gru­pie te­ra­peu­tycz­nej po­czuła się sobą. Wspól­nota i wspar­cie mają wielką moc.

- Z każ­dym ko­lej­nym spo­tka­niem wie­dzia­łam, że nie ma opcji, że­bym wró­ciła do kon­tro­lo­wa­nego pi­cia, bo po pierw­szym kie­liszku po­płynę z prą­dem. Czu­łam też, że ci lu­dzie, z po­zoru obcy, któ­rzy stali mi się naj­bliżsi, po pro­stu mi na to nie po­zwolą i wy­cią­gną za uszy z naj­więk­szego gówna, o ile tylko sama nie będę chciała w nim tkwić. Po­mo­gło mi, gdy zro­zu­mia­łam, że uza­leż­nie­nie jest cho­robą, któ­rej nie mu­szę się wsty­dzić, bo jak każda cho­roba może przy­da­rzyć się każ­demu. Prze­ko­na­łam sama sie­bie, że to nie ja je­stem ułomna, gor­sza od in­nych, nie­nor­malna. Dziś uwa­żam, że nie ma lu­dzi nor­mal­nych. Normy ist­nieją tylko w książ­kach. Gdzie jest ten próg, przed któ­rego prze­kro­cze­niem je­steś nor­malna, a po przej­ściu przez niego sta­jesz się nie­nor­malna? I kto o tym de­cy­duje? Każdy ma ja­kieś swoje ułom­no­ści i de­fi­cyty. Za­czę­łam ro­zu­mieć, skąd one po­ja­wiły się u mnie. Za­wsze by­łam ja­kimś ta­kim dzi­ku­sem, który za­my­kał się w so­bie i był ul­traw­raż­liwy. Nie po­cho­dzę z domu al­ko­ho­lo­wego, ale dys­funk­cyj­nego na pewno tak. Niby wszystko z ze­wnątrz wy­glą­dało po­praw­nie. Oj­ciec po­rządny, pra­cuje, nie pije. Matka, do­póki nie umarła, też pra­co­wała. Wy­cho­wy­wali mnie i sio­strę, do­brze się uczy­ły­śmy, mia­ły­śmy wyjść na lu­dzi. A jed­nak coś spra­wiło, że prze­ży­cia z dzie­ciń­stwa kła­dły się cie­niem na do­ro­słe, sa­mo­dzielne ży­cie. W ogóle nie by­łam przy­go­to­wana na do­ro­słość. Świat mnie prze­ra­stał, nie wie­dzia­łam, jak się za­cho­wać, za­mknę­łam się w swo­jej ma­łej ba­nieczce. Nie na­uczono mnie re­la­cji. Mama była ko­chana, ale na­do­pie­kuń­cza. Ni­gdy nie wy­słała mnie na ko­lo­nie, nie po­zwo­liła mi się prze­wró­cić i ze­drzeć ko­lana. Nie by­łam go­towa do tego ży­cia. Chcia­łam szybko wy­pro­wa­dzić się z domu, ale się oka­zało, że nie umiem funk­cjo­no­wać w tym świe­cie. Znam ję­zyki, ale nie znam pod­sta­wo­wego al­fa­betu, któ­rym świat się po­słu­guje. Mu­sia­łam so­bie to ży­cie ja­koś uła­twiać, a al­ko­hol wy­da­wał się bar­dziej przy­ja­zny, ko­lo­rowy i prost­szy w ob­słu­dze niż re­la­cje i emo­cje. Wciąż uczę się znaj­do­wać w so­bie siłę, żeby nieść te wszyst­kie swoje ułom­no­ści, za­ak­cep­to­wać je, dać im w so­bie miej­sce. Uczę się wy­ro­zu­mia­ło­ści wo­bec sa­mej sie­bie. Już umiem przy­znać: "W po­rządku, dzi­siaj mam gor­szy dzień. To nie zna­czy, że je­stem gor­sza". Kilka ty­go­dni temu od­sta­wi­łam an­ty­de­pre­santy. Znowu po­sze­rzył się wa­chlarz emo­cji. Pró­buję po­mie­ścić w so­bie je wszyst­kie bez po­czu­cia po­rażki. Z dru­giej strony też ży­cie jest cie­kaw­sze, wię­cej do­znaję i wi­dzę. Wciąż mu­szę na sie­bie uwa­żać, dbać o to, żeby być wy­spana, na­je­dzona, bez­piecz­nie re­du­ko­wać na­pię­cie, gdy tylko po­czuję, że się po­ja­wia. Mu­sia­łam wy­rzec się nie­któ­rych rze­czy, ale się oka­zało, że nie jest to ta­kie trudne. Nie cho­dzę wie­czo­rem do re­stau­ra­cji, bo się boję, że sam kie­li­szek na stole bę­dzie trig­ge­rem. W skle­pie dział z al­ko­ho­lami omi­jam sze­ro­kim łu­kiem. Uni­kam sy­tu­acji, które wy­sta­wi­łyby mnie na próbę siły. Ostat­nio wy­szłam na mia­sto ze zna­jo­mymi, któ­rzy coś tam chcieli ce­le­bro­wać. Oczy­wi­ście dziś już naj­bliżsi wie­dzą, że je­stem al­ko­ho­liczką, bo w końcu wy­ja­wi­łam im prawdę. Jedna z ko­le­ża­nek za­py­tała, czy może za­mó­wić piwo. Wy­da­wało mi się, że to na mnie nie zrobi wra­że­nia, bo to był je­dyny al­ko­hol, któ­rego ni­gdy nie pi­łam i nie zno­si­łam jego za­pa­chu ani smaku. Gdy kel­ner przy­niósł ku­fel, po­czu­łam jed­nak, jakby na stole ktoś po­ło­żył od­blo­ko­wany re­wol­wer. Ze­sztyw­nia­łam, gar­dło mi się za­ci­snęło, palce ner­wowo za­ci­ska­łam na sprzączce od pa­ska. Prze­pro­si­łam zna­jo­mych i na wszelki wy­pa­dek wró­ci­łam do domu. Zro­zu­mieli - opo­wiada, nie kry­jąc wzru­sze­nia.

Ko­lej­nym wy­zwa­niem dla Laury było po­in­for­mo­wa­nie pra­co­dawcy o swo­jej cho­ro­bie.

- Bra­łam pod uwagę zmianę pracy, zwierzch­nicy jed­nak za­re­ago­wali nad­zwy­czaj wspie­ra­jąco. Po­szu­ka­li­śmy wspól­nie kom­for­to­wego roz­wią­za­nia. Zna­le­ziono mi sta­no­wi­sko, które nie wy­maga czę­stych wy­jaz­dów ani spo­tkań przy ko­la­cji, czyli po pro­stu przy wi­nie. Kiedy tylko chcę i po­trze­buję, mogę pra­co­wać zdal­nie. Roz­sze­rzono mi pa­kiet świad­czeń zdro­wot­nych o opiekę psy­chia­tryczną i psy­cho­lo­giczną, na­wet za­pro­po­no­wano mi współ­fi­nan­so­wa­nie te­ra­pii uza­leż­nień, ale od­mó­wi­łam. Ten koszt chcę re­al­nie od­czuć na wła­snym port­felu.

Go­rzej na wie­ści o cho­ro­bie Laury za­re­ago­wała ro­dzina.

- Oj­ciec nie przy­jął tego do wia­do­mo­ści, twier­dząc, że za­wsze by­łam prze­wraż­li­wiona na swoim punk­cie i to pew­nie ko­lejna próba walki o uwagę. No i że prze­szedłby mi al­ko­ho­lizm, gdy­bym tylko zna­la­zła męża i miała dzieci, jak nor­malny czło­wiek. Czy­taj: jak moja sio­stra. Ona z ko­lei wy­słu­chała mnie w mil­cze­niu, a na ko­niec przy­tu­liła. Uzna­łam, że jak na nią to wy­jąt­kowo cie­pły i wzru­sza­jący gest. Ostat­nio roz­ma­wia­ły­śmy o tym, która z nas robi wi­gi­lię. Po­wie­działa, że le­piej, że­bym to była ja, bo u niej bę­dzie al­ko­hol. O mo­jej cho­ro­bie nie po­wie­działa mę­żowi, bo się wsty­dzi. W gło­wie dud­niło mi jedno: sio­stra się mnie wsty­dzi. Za­bo­lało, cho­ciaż wła­ści­wie to nic no­wego. Za­wsze się wsty­dziła do mnie przy­znać. Dziś wiem, że to nic nie mówi o mnie, ale wiele mówi o niej. Ja się swo­jej cho­roby nie wsty­dzę. Już nie.

[imię i nie­które szcze­góły zo­stały zmie­nione]

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Wstęp

Uza­leż­nie­nie nie za­czyna się, gdy się­gasz po kie­li­szek, ta­bletkę czy nar­ko­tyk. Za­czyna się, gdy ucie­kasz od emo­cji. Od lę­ków, na­pię­cia i ni­skiej sa­mo­oceny. Od ży­cia, w któ­rym nie masz prawa po­wie­dzieć: "Nie dam rady". Bo prze­cież mu­sisz dać radę. A je­śli się po­tkniesz - wstań, po­praw ko­ronę i idź da­lej, w końcu je­steś ko­bietą. Tak o swo­jej cho­ro­bie opo­wia­dają bo­ha­terki, z któ­rymi roz­ma­wia­łam o na­łogu i trzeź­wie­niu.

Przez dzie­siątki lat uza­leż­nie­nie miało mę­ską twarz. Zresztą, jak mówi psy­chia­tra An­drzej Sil­czuk, do lat dzie­więć­dzie­sią­tych me­dy­cyna i na­uka ba­ga­te­li­zo­wały te­mat zdro­wia psy­chicz­nego ko­biet, zwłasz­cza ich uza­leż­nień. Gdy męż­czy­zna po­pa­dał w nie­moc, trzeba było go ra­to­wać, bo był po­strze­gany jako cenny. Ni­kogo nie ob­cho­dziło, że w domu sie­dzi żona, która na śnia­da­nie łyka opa­ko­wa­nie le­ków albo od rana po­pija na­lewki na spi­ry­tu­sie, żeby nie wy­paść z przy­pi­sa­nej jej przez spo­łe­czeń­stwo roli do­sko­na­łej córki, matki, żony, pani domu, opoki męża.

W ten spo­sób wy­cho­wy­wano na­sze babki i matki. Już w XIX wieku pi­cie ko­biet było styg­ma­ty­zo­wane i po­tę­piane. Cho­ciaż mę­skie pi­jań­stwo przy­spa­rzało wię­cej pro­ble­mów spo­łecz­nych, to ko­biety po­pi­ja­jące arak pod­czas sro­giej zimy były aresz­to­wane pod za­rzu­tem pro­sty­tu­cji albo za­my­kane w szpi­ta­lach "dla obłą­ka­nych". Zda­niem an­tro­po­lożki kul­tury dok­tor Do­roty Dias-Le­wan­dow­skiej ob­se­sja na punk­cie trzeź­wo­ści ko­biet była prze­ja­wem lęku o utratę kon­troli. My­ślano: je­śli ko­biety za­czną pić, pa­lić, to za chwilę za­łożą spodnie i będą za­cho­wy­wać się jak męż­czyźni. A po­winny być straż­nicz­kami trzeź­wo­ści i do­mo­wego ogni­ska. Do­dat­kowo uwa­żano, że bez wzo­ro­wych Po­lek, wy­cho­wu­ją­cych zdro­wych i trzeź­wych pa­trio­tów, nie od­zy­skamy nie­pod­le­gło­ści. Nie­ła­two unieść taką od­po­wie­dzial­ność i pre­sję.

Nic dziw­nego, że ko­biety do dziś ro­bią, co mogą, by nikt z ich oto­cze­nia nie zo­rien­to­wał się, że mają pro­blem z al­ko­ho­lem, nar­ko­ty­kami, le­kami, ha­zar­dem czy sek­sem. Po­słusz­nym i grzecz­nym dziew­czyn­kom, z któ­rych wy­ra­stają po­słuszne i grzeczne ko­biety, trud­niej zaj­rzeć w głąb sie­bie i do­grze­bać się do wła­snych po­trzeb. Prze­cież całe ży­cie mu­siały za­cho­wy­wać się tak, żeby to inni byli z nich za­do­wo­leni.

Wła­śnie dla­tego ko­biety ukry­wają uza­leż­nie­nie w spo­sób to­talny. Nie przy­znają się part­ne­rom, dzie­ciom, ro­dzi­com, dal­szej ro­dzi­nie, są­sia­dom, na­wet sprze­daw­czyni w skle­pie. Mę­skie pi­cie jest bar­dziej wi­doczne, bo ist­nieje na nie spo­łeczne przy­zwo­le­nie. Pi­jany oj­ciec, brat, mąż, kum­pel ni­kogo nie szo­kują. Pi­jana matka, żona, sio­stra wzbu­dzają sen­sa­cję i po­gardę. Dla­tego w książce od­daję głos ko­bie­tom, które prze­szły drogę od uza­leż­nie­nia do trzeź­wo­ści. Hi­sto­ria każ­dej z nich jest inna, ale wszyst­kie bo­ha­terki łą­czy wy­soka wraż­li­wość, am­bi­cja, silny cha­rak­ter i od­waga, żeby w kry­zy­so­wym mo­men­cie po­pro­sić o po­moc. Cie­szę się, że ze­chciały po­dzie­lić się swo­imi prze­ży­ciami.

Aby le­piej zro­zu­mieć, czym jest uza­leż­nie­nie, spy­ta­łam o to spe­cja­li­stów z róż­nych dzie­dzin, nie tylko psy­chia­trę i psy­cho­te­ra­peutkę od le­cze­nia uza­leż­nień, lecz także so­cjo­lożkę zdro­wia, tok­sy­ko­loga, sek­su­ologa czy an­tro­po­lożkę kul­tury.

Wpraw­dzie nie bez wa­ha­nia, ale pod­ję­łam też kon­tro­wer­syjny te­mat me­tod nie­nau­ko­wych, po które co­raz czę­ściej się­gają ko­biety szu­ka­jące po­mocy. Roz­mowa o usta­wie­niach sys­te­mo­wych Hel­lin­gera nie jest wy­ra­zem mo­jego po­par­cia dla tej me­tody, ale próbą zwró­ce­nia uwagi na fakt, że te osoby, które nie iden­ty­fi­kują się ze ste­reo­ty­pem uza­leż­nio­nej, za­miast w stronę pro­fe­sjo­nal­nej po­mocy kie­rują się ku roz­wią­za­niom al­ter­na­tyw­nym.

Po la­tach tabu i mil­cze­nia ko­biety w końcu gło­śno i od­waż­nie za­czy­nają mó­wić o tym, co je uwiera, czego nie chcą, co trzeba zmie­nić i co im się na­leży. Z co­raz mniej­szym skrę­po­wa­niem opo­wia­dają o spra­wach in­tym­nych: o de­pre­sji, pro­ble­mach z płod­no­ścią czy prze­mocy do­mo­wej. Przy­znają się do ega­li­tar­nej cho­roby, która może prze­cież do­tknąć każ­dego bez względu na płeć, wiek czy sta­tus spo­łeczny. Szu­kają po­mocy i bez wstydu wal­czą o swoje zdro­wie. Nurt so­ber life zy­skuje po­pu­lar­ność na ca­łym świe­cie, a świa­dome ko­biety, które z od­wagą za­glą­dają w głąb sie­bie, nie bo­jąc się po­tknięć i sła­bo­ści, na­dają mu im­pet i ener­gię.

Moje roz­mów­czy­nie są przy­kła­dem, że można wy­grać z na­ło­giem, a na­wet że zma­ga­nia z nim i te­ra­pia mogą stać się tram­po­liną do suk­cesu. Wie­rzę, że prze­ry­wa­jąc mil­cze­nie, na­bie­rzemy mocy i spraw­czo­ści. Her­sto­rie mo­ich bo­ha­te­rek niech będą in­spi­ra­cją dla czy­tel­ni­czek, które od­najdą w nich sie­bie.