Sny umarłych - Bora Chung

Kup ebooka

45.00 zł
36.00 zł (33,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spędził noc razem z nią w moim mieszkaniu.

Próbował zachęcić ją do jedzenia, ale nie była zainte­re­sowana. Jako że znajdowali się u mnie, nie było tam zbyt wielu produktów i on dobrze o tym wiedział. Chciał zaparzyć jej ciepłej kawy lub herbaty, ale odmówiła nawet tego. Wmusiła w siebie jedynie kilka łyków zimnej wody.

Po przyznaniu się do morderstwa nie chciała powiedzieć nic więcej. Próbował wypytać ją o imię, wiek i kilka innych rzeczy, ale nie odpowiadała. Otwierała jeszcze szerzej swoje czarne, ogromne oczy i wpatrywała się w niego bez słowa.

Siedział więc na podłodze w salonie, obejmując ją w talii tak, jak miał w zwyczaju robić czasem ze mną. Za oknem zdążyło się ściemnić, a jemu, zupełnie spanikowanemu, nie przychodziło do głowy żadne rozwiązanie, które mógłby ewentualnie wypróbować na równie przerażonej kobiecie.

Ręce podpierające jej ramiona zaczęły go boleć, więc zmie­nił pozycję. Kiedy się poruszył, tkwiąca w jego uścisku kobieta aż podskoczyła.

- Spokojnie, nic się nie dzieje - uspokoił ją. - Nie bój się.

Nie odpowiedziała. Nie potrafił nic wyczytać z wyrazu jej twarzy.

- Mogę wstać?

Nie było to wcale pytanie, na które oczekiwał odpowiedzi. Kobieta i tym razem milczała.

Delikatnie się przesunął. Ostrożnie zabrał ręce, na których wsparte były ramiona kobiety. Nie odezwała się słowem ani nie wstała. Siedziała po prostu na ziemi, opierając plecy o sofę, i wpatrywała się w niego spokojnie.

Wstał.

- Podnieś się i usiądź sobie wygodnie - rzucił, wskazując na kanapę.

Nie odpowiedziała, nawet nie drgnęła.

- Może coś zjesz? - zapytał, chociaż dobrze wiedział, że nic nie przełknie.

Dalej milczała.

Niespodziewanie przypomniał sobie sen, w którym ujrzał ją po raz pierwszy. Już wtedy pomyślał, że nic niemówiąca kobieta z twarzą pozbawioną jakichkolwiek emocji przypomina mu robota.

Teraz jej duch znajdował się w moim ciele.

Postanowił więc zwrócić się bezpośrednio do mnie.

- Seong-yeon, mogę coś zjeść?

Kobieta nie odpowiedziała.

- Seong-yeon, wytrzymaj jeszcze chwilkę - powiedział ponownie. Patrząc prosto w jej, a właściwie w moje oczy, dodał: - Jakoś to odkręcę. Wytrzymaj chwilę...

Nie odpowiedziałam.

W nocy, która zdawała się ciągnąć w nieskończoność, kiedy kobieta siedziała bez słowa. oparta o sofę niczym lalka, on wyciągnął telefon i zaczął przeglądać internet.

Tak jak się spodziewał, szukając "sposobów na uwolnienie się od opętania", nie udało mu się natrafić na żadne wiarygodne artykuły. Jego uwagę przykuł pewien wyglądający podejrzanie blog, a na kilku innych opublikowano podobne treści. Według zamieszczonych tam informacji przyczynami wszystkich wypadków na naszej planecie i klęsk żywiołowych takich jak trzęsienia ziemi czy tsunami były właśnie opętania. Zdaniem autora większość ludzi była pod wpływem bytów nie z tego świata, w związku z czym ziemia zmierzała właśnie ku zagładzie.

Nie tylko treść, lecz również styl pisania na każdym z tych blogów były tak bardzo do siebie podobne, że można było dojść do wniosku, iż wszystkie z nich zostały założone przez jedną i tą samą osobę. Teksty prowadziły jednak do śmiałej konkluzji: tylko ich autor był w stanie pomóc opętanemu, dlatego osoby zainteresowane kosztami oraz szczegółami dotyczącymi samego egzorcyzmu powinny koniecznie się z nim skontaktować. Tae-gyeong był wściekły na siebie, że jak zwykły idiota z takim zaangażowaniem wczytywał się w te słowa.

W komentarzach trafił oczywiście na myślących logicznie ludzi, którzy radzili autorowi tekstu udać się do psychiatry i podjąć leczenia. W normalnej sytuacji jak najbardziej by się z nimi zgodził, ale w momencie gdy potrzebne mu było natychmiastowe rozwiązanie, z ich uwag nie było żadnego pożytku.

Był rozczarowany. Zerknął na kobietę, a ona odwzajemniła jego spojrzenie. Jej oczy wciąż nie wyrażały żadnych emocji.

Odpuścił sobie dalsze wyszukiwanie informacji o opę­taniach.

- Jak masz na imię? - zwrócił się do niej.

Nie odpowiedziała.

- Kim ty, do cholery, jesteś?

Kobieta wpatrywała się tylko w niego bez słowa.

Westchnął.

- Skoro nie chcesz mówić, to jaka różnica, czy nawiedzasz mnie we snach, czy łazisz za mną jako duch? - wymamrotał pod nosem.

Ona opuściła głowę i wlepiła spojrzenie w swoje kolana.

Ponownie przeniósł wzrok na ekran telefonu. Nie znał jej nazwiska, więc wpisał w okienku wyszukiwarki dane martwego mężczyzny. Robił to już niejeden raz, ale czemu miałby nie spróbować znów? Tym razem postanowił jednak dodać po jego nazwisku frazę, której do tej pory tam nie umieszczał.

Wstukał jeszcze "wypadek" i wcisnął opcję wyszukiwania. Natrafił na kilka starszych artykułów, ale kiedy przeleciał je wzrokiem, okazało się, że poszkodowany był po pięćdziesiątce i wyszedł z niego żywy.

Bez większych nadziei zamienił ostatnią frazę na słowo "sprawa". Postanowił spróbować, ponieważ kiedy bezowocnie przeglądał blogi w poszukiwaniu informacji dotyczących opętań, te dwa wyrazy co chwilę się tam przewijały. Miał wrażenie, że powoli zaczyna tracić rozum.

Wyskoczył jeden wynik. Był to oczywiście czyjś blog. W pierwszej kolejności w oczy rzucił mu się widniejący pod linkiem fragment - podgląd treści w postaci kilku linijek zawierających wpisane przez niego hasło.

Będę wdzięczny za wszelkie informacje od osób wiedzących cokolwiek w sprawie gwałtów, aktów przemocy i przetrzymywania wbrew woli popełnionych przez Kang Mun-seoka. Chciałem przeczytać całość, ale byłem spóźniony na spotkanie, więc zostawiłem to na później, a gdy wróciłem, kartka zdążyła zniknąć. Pewnie kancelaria prawna...

Reszta tekstu nie była widoczna.

Kliknął w link prowadzący do bloga.

Wyświetlony na ekranie komunikat głosił, że strona nie istnieje.

Cofnął się do przeglądarki. Spróbował ponownie, ale zobaczył dokładnie tę samą informację.

Blog zniknął, a jedynym, co po nim pozostało, był ten krótki fragment zapisany przez silnik wyszukiwania.

Westchnął.

Wszedł w grafikę. Ujrzał tam oczywiście jeden wynik. Była to niewielka miniatura przedstawiająca ręcznie pisany list przyczepiony do drzwi wyglądających na wejście do jakiegoś biurowca.

Wiedział, że to na nic, ale i tak na nią kliknął. Tak jak po­dej­rzewał, ujrzał dokładnie ten sam komunikat co podczas próby wejścia na usuniętego bloga.

Na sam koniec postanowił wpisać w wyszukiwarkę tytuł bloga, który wyświetlił się w opcji podglądu.

Pojawiło się kilka wyników. Kiedy jednak próbował wejść w którykolwiek z nich, za każdym razem wyskakiwała informacja o nieistniejącej stronie.

K o n i e c

Posłowie

Rozmaite wydarzenia i sytuacje - zupełnie różne, niemające ze sobą nic wspólnego - zostały zebrane w całość i stały się opowieścią. Nie sądziłam, że uda mi się w ten sposób napisać powieść, i nawet przez myśl mi nie przeszło, iż stanie się ona kompletną historią.

Podstawą dla całej fabuły było pewne wydarzenie, o którym dowiedziałam się jakoś pod koniec studiów. Nie miałam pojęcia, że ostatecznie przyjmie ona obecną formę, ale już wtedy zaczęłam myśleć, że pewnego dnia napiszę coś takiego.

Nieco ponad dziesięć lat później odeszła moja babcia. W sali obok odbywały się uroczystości żałobne pewnego młodzieńca. Wszystko wskazywało na to, że ów młody człowiek nawet nie zdążył się jeszcze ożenić. Rankiem w dniu pogrzebu prowadzenie objął mężczyzna niosący portret pamiątkowy, a za nim podążała matka zmarłego i starsze, wyglądające na ciotki kobiety, które podtrzymując się wzajemnie, rzewnie zawodziły.

Jakoś w tamtym czasie mojej bliskiej przyjaciółce przydarzyło się coś naprawdę okropnego. Często do niej przychodziłam, żeby jakoś ją pocieszyć i jednocześnie sama znaleźć ukojenie. W jej domu napisałam wówczas scenę pogrzebu znajomego. Z reguły kiedy coś napiszę, dalsza część historii nasuwa się sama, lecz po przelaniu tego na papier nie potrafiłam nic więcej wymyślić.

I tak minął rok. Ta potworna sprawa związana z moją przyjaciółką znalazła pozytywne zakończenie. Ja także doszłam już nieco do siebie. Ponownie odwiedziłam ją w domu, a podczas pogawędki na różne tematy z nią i jej mężem w mojej głowie dość niepostrzeżenie narodził się pomysł na wskrzeszenie martwej kobiety poprzez zakopanie jej ciała w ziemi. Od tego momentu zaczęłam pisać ciągiem, pozwalając wątkowi się rozwijać, w wyniku czego ukończyłam pierwszy szkic historii w miesiąc. (W tym miejscu chciałabym podkreślić, że moi znajomi to najnormalniejsze w świecie małżeństwo. Cały ten pomysł najpewniej wyniknął z faktu, że widziałam w życiu za dużo filmów o zombie).

Jest to opowieść złożona z wielu mniejszych fragmentów, a fabuła sama w sobie nie należy do najprzyjemniejszych, dlatego też po spotkaniach z redakcją, kiedy to głęboko dyskutowaliśmy na jej temat, znacząco zmodyfikowałam całą historię. Z początku myślałam, że opowieść zaczyna zmierzać w zupełnie innym kierunku niż moje pierwotne założenie, lecz kiedy uporałam się ze wszystkimi poprawkami, doszłam do wniosku, że w takiej formie przedstawia się ona o wiele lepiej. Jednak nawet teraz, gdy piszę to posłowie, z jakiegoś powodu nie mogę uwierzyć, że ta książka naprawdę się ukazała.

W każdym razie chciałabym podziękować redaktorom wydawnictwa Paran Media, którzy zawsze służyli mi trafnymi radami i wielokrotnie raczyli głodującą pisarkę smakowitościami.

Mam nadzieję, że ta opowieść pozostanie w jakiś sposób w sercach czytelników.

Czerwiec 2012

Bora Chung

Opowieść o przemocy i śmierci

Ta historia wydarzyła się naprawdę na jednym z uniwersytetów pod koniec barbarzyńskiego XX wieku, kiedy sama byłam jeszcze studentką. Nieco starszy mężczyzna, który zaczął studia później niż większość rówieśników, podczas spotkania integracyjnego swojego kierunku upił młodą dziewczynę z pierwszego roku, a następnie pod pretekstem odwiezienia jej do domu wywabił z lokalu i zgwałcił. Odbycie stosunku z drugą osobą w stanie upojenia alkoholowego, kiedy nie jest się do końca świadomym, to nie "popełniony po pijaku błąd". W sytuacji gdy ktoś pozwala sobie na taki akt bez zgody, dopuszcza się przemocy seksualnej na niczego nieświadomej ofierze. W tamtych czasach społeczeństwo nie miało jednak zbyt dużego pojęcia o nietykalności cielesnej czy przyzwoleniu. Uczennica była więc przekonana, że pod wpływem alkoholu popełniła błąd. A kiedy mężczyzna znacznie od niej starszy i sprawiający wrażenie o wiele dojrzalszego (chociaż osobnik, który wymusił na nietrzeźwej dziewczynie odbycie stosunku płciowego, za nic nie zasługuje na takie miano) przekonał ją, że w taki sposób może się przecież nawiązać romantyczna relacja, ona szczerze w to uwierzyła i uznała, że zostali parą.

Później zamieszkał w wynajmowanej przez dziewczynę kawalerce, gdzie stosował wobec niej przemoc i wysuwał groźby. Ona była sama, nie miała w życiu żadnej osoby, do której mogłaby się zwrócić o pomoc. Zresztą znosiła to, bo wierzyła, że jeśli wytrzyma jeszcze trochę, mężczyzna się zmieni i zacznie traktować ją dobrze. Przede wszystkim przywiązywała dość dużą wagę do stosunku, który się odbył, kiedy straciła przytomność, i wierzyła, że z oprawcą obiecującym jej małżeństwo łączy ją głęboka więź. Dlatego też postanowiła, że za wszelką cenę musi utrzymać tę relację.

Mężczyzna stopniowo posuwał się coraz dalej w swojej agresji i donoszono, że regularnie groził dziewczynie nożem. Niejednokrotnie dochodziło do naprawdę paskudnych, zagrażających jej życiu zdarzeń, ale ona wciąż zaciskała zęby i znosiła to wszystko. Powodem, dla którego w końcu nie wytrzymała, co w rezultacie sprawiło, że dowiedziałam się o tej historii, było przypadkowe odkrycie, że człowiek ten jest już żonaty. Co więcej, żona, o której nie miała pojęcia, była w ciąży i wielkimi krokami zbliżało się rozwiązanie. Uświadomiła sobie, że ukochany nie mógł zostać jej mężem i od samego początku wcale nie miał takiego zamiaru. Zrozumiała, że nie zasługuje na jakikolwiek długotrwały związek z nią. Dlatego też wywiesiła na drzwiach frontowych biblioteki uniwersyteckiej oświadczenie zawierające oskarżenia, demaskując tym samym sprawcę.

Władze uczelni odcięły się od całej sprawy, uznając ją za osobiste porachunki. W żaden sposób nie skomentowano doniesień o mężczyźnie, który rozpoczął związek z inną studentką gwałtem, a potem przez długi czas stosował wobec niej przemoc i groził odebraniem życia. Kiedy po ujawnieniu sprawy zalała go fala krytyki ze strony znajomych z roku i innych osób studiujących na tym samym wydziale, niemalże od razu zrezygnował z dalszej nauki. Nim do tego doszło, władze uniwersytetu powinny były wszcząć postępowanie dyscyplinarne i choćby wykreślić go z listy studentów, ale nic takiego się nie stało. Mężczyzna miał na sumieniu między innymi przemoc seksualną i fizyczną, próbę morderstwa, groźby, szantaż, a także będące w tamtym czasie przestępstwem oszustwo matrymonialne, polegające na zyskiwaniu korzyści seksualnych w zamian za fałszywe obietnice małżeństwa, a mimo to po cichu, bezpiecznie opuścił uczelnię i zapewne teraz dalej żyje sobie gdzieś tam beztrosko.

Na świecie jest wielu ludzi, którzy nie zapominają. Większość społeczeństwa może i nie interesuje się problemami innych, ale chciałam pokazać, że sporo osób zagłębia się w kwestie, które wymagają uwagi, i przez długi czas złości się, kiedy czyjaś sytuacja właśnie takiej złości wymaga.

Mam nadzieję, że ci, którzy czerpią w życiu radość i przyjemność z nękania, krzywdzenia, zastraszania i wykorzystywania seksualnego, jak najszybciej skończą w ziemi, aby stać się pożywieniem dla zwierząt i robactwa, a w ostateczności nawozem dla roślin. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby zostali zakopani i pożarci żywcem.

Dziękuję czytelnikom, którzy przeczytali tę mroczną i bolesną opowieść, a także przepełnione gniewem posłowie.

Bora Chung

Tytuł oryginału: ?? ?? ?

The original Korean edition was published as "?? ?? ?"

Copyright ? Bora Chung, 2012

All rights reserved.

Polish translation copyright ? 2023 by Kwiaty Orientu

The Polish Edition published by arrangement with Bora Chung through Greenbook Agency in South Korea

? Copyright for the Polish translation by Dominika Chybowska-Jang 2023

Tłumaczenie

Dominika Chybowska-Jang

Projekt okładki

Mark Thoms/Coverness

Redakcja

Adrian Kyć

Korekta

Marzena Stefańska-Adams

Skład i przygotowanie do druku

Wojciech Ciągło Studio DTP / www.dtp-studio.pl

Publikacja została dofinansowana przez Literature Translation Institute of Korea (LTI Korea)

ISBN 978-83-66658-37-0

Wydawnictwo Kwiaty Orientu

ul. Konopnickiej 12/42, 26-110 Skarżysko-Kamienna

Telefon: 41 252 48 70

E-mail: pytanie@kwiatyorientu.com

Strona internetowa i sklep: www.kwiatyorientu.com

Sen pierwszy

Otworzył drzwi i wszedł do środka. Znalazł się w przestronnym wnętrzu.

Skądś zaczął nadciągać tłum ludzi. Wśród nich byli wyłącznie mężczyźni. Wkrótce zapełnili po brzegi cały pokój. Zgromadzeni wewnątrz ciasnego pomieszczenia, w którym nie sposób było już nawet postawić stopy, jak gdyby nigdy nic kręcili się i wesoło gawędzili. Stał samotnie pośrodku gwarnego tłumu, nie za bardzo wiedząc, co począć.

- O! Tae-gyeong, to ty? Kim Tae-gyeong!

Ktoś klepnął go w ramię. Zaskoczony, spojrzał za siebie. Jego oczom ukazała się obca, a zarazem jakby znajoma twarz. Mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie.

- Hej, to ja! Nie poznajesz mnie?

Bliski nieznajomy przedstawił się, lecz ten nie dosłyszał. Wypowiadane słowa były wyraźne, ale z jakiegoś dziwnego powodu jedynie imię i nazwisko mężczyzny nie dotarły do jego uszu - zamiast tego spłynęły mu po małżowinie niczym śliska kropla oleju. Jedynym, co po niej zostało, było wrażenie, jakby już wcześniej słyszał to nazwisko, a także znajome uczucie lepkości i dyskomfortu spowodowane osobliwą substancją.

Właściciel znajomej, a jednocześnie obcej twarzy ponownie klepnął go w ramię.

- Minęła kupa czasu, co nie? Od kiedy mieliśmy okazję spotkać się wszyscy razem...

Po tych słowach odruchowo rozejrzał się wokół. Dopiero wówczas zdał sobie sprawę, że otaczające go twarze należą do osób, które gdzieś już wcześniej widział. Było ich jednak zbyt wiele, a w pomieszczeniu panował taki harmider, że nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, kiedy i gdzie spotkał na swojej drodze poszczególne z mijających go postaci.

Parł przed siebie, popychany przez te wszystkie twarze, a kiedy przypadkiem skrzyżował spojrzenie z którąkolwiek z nich, witał się, mimo że zupełnie nie rozpoznawał jej właściciela. Nie miał pojęcia, dokąd zmierza ani po co to robi. Wiedział jednak, że musi iść dalej. Tym oto sposobem znalazł się na środku pomieszczenia. Zastał tam stół, w pobliżu którego przystanął.

Niespodziewanie ten cały gwarny tłum, masa prowadzących głośne rozmowy osób, zamarł. W jednej chwili wszystko spowiła cisza, dokładnie tak, jakby ktoś jednym przyciskiem wyciszył dźwięk w telewizorze. Nagłe wszechobecne milczenie sprawiło, że jasne światło bijące zewsząd zdawało się wręcz oślepiająco intensywne.

Oszołomiony, rozejrzał się wokół. Podążył za wzrokiem innych i wlepił spojrzenie w ten sam punkt.

Jedna ze ścian rozeszła się niczym zasłaniająca scenę kurtyna. Przed tłumem pojawił się mężczyzna.

Rozpoznał go. Sam był zaskoczony tym, jak dobrze pamięta, kiedy i gdzie się poznali, a także kiedy spotkali się po raz ostatni. Wspomnienia te nie należały po prostu do najprzyjemniejszych.

Mężczyzna ruszył zwinnym krokiem w kierunku stołu, za którym siedziała teraz pewna kobieta. Nie miał pojęcia, skąd się tam wzięła. Miała na sobie białą sukienkę, a jej skóra była jasna niczym śnieg. Jedynie spięte z tyłu czarne jak heban włosy emanowały ciemnym blaskiem. Siedziała w bezruchu ze spuszczonym wzrokiem, a jej twarz nie wyrażała żadnych emocji; przypominała w tym wszystkim manekina.

Ten, który wyłonił się zza kurtyny, podszedł do kobiety i zatrzymał się przy niej. Położył dłoń na jej ramieniu.

Nawet nie drgnęła. Mężczyzna otworzył usta i zaczął przemówienie.

- Zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo jesteście zajęci, dlatego chciałbym podziękować wam za przybycie na nasze przyjęcie zaręczynowe. - Nie mówił głośno, ale jego głos wybrzmiał donośnie w spowitym ciszą pomieszczeniu. - Skoro jesteśmy tu wszyscy razem, to chciałbym, żebyśmy w pierwszej kolejności wznieśli toast.

Po tych słowach wysoko uniósł trzymany w dłoni kieliszek. Zgromadzeni podążyli jego śladem i wykonali identyczny gest. Jedynie kobieta trwała w bezruchu i siedziała tam niczym lalka.

On czuł się skonsternowany. Spojrzał w dół, żeby przekonać się, że również w jego dłoni jakimś cudem znalazło się szkło. Bez chwili namysłu uniósł ramię.

- Za obietnice, które nigdy nie zostaną dotrzymane! - zawołał stojący przy stole mężczyzna, po czym jednym łykiem opróżnił trzymany w dłoni kieliszek. Pozostali zrobili to samo.

Uważał co prawda, że wygłoszone przez mężczyznę słowa były nad wyraz dziwne, ale mimo to przechylił szkło i łapczywie przełknął alkohol. Nie miał żadnego smaku ani zapachu; lepka i tłusta niczym olej substancja rozeszła się wewnątrz ust i niespiesznie powędrowała w dół przełykiem.

Zaraz po wzniesionym toaście zgromadzeni na sali goście ponownie zaczęli głośno gawędzić. Obserwował, jak stojący przy stole mężczyzna podsuwa siedzącej kobiecie kieliszek. Ona nie uśmiechnęła się nawet, nie obróciła głowy ani nie otworzyła ust. Chwyciła posłusznie wyciągnięte do niej naczynie i mechaniczne przyłożyła je do warg, po czym bez żadnych emocji wypiła całą zawartość. Gdy tylko mężczyzna wysunął w jej stronę dłoń, potulnie oddała mu pusty kieliszek. Tak jak wcześniej wpatrywała się przed siebie bez wyrazu, pustymi oczami.

Zachodził w głowę, jak, u licha, doszło do tego, że ktoś zaręczył się z tą przypominającą robota kobietą. Stał w oddali, po drugiej stronie stołu, zerkając to na żywą kukłę, to na uśmiechniętego szeroko mężczyznę, który klepał po plecach i zagadywał gości.

Gospodarz niespodziewanie obrócił się w jego kierunku i zaczął mu się przyglądać. Zaskoczyło go to. Kiedy ich oczy się spotkały, mężczyzna wyszczerzył się do niego.

Na jego przystojnej twarzy ukazały się proste białe zęby. Jego uśmiech nic a nic się nie zmienił, wyglądał dokładnie jak za dawnych czasów. Był czarujący, lecz zdawała się za nim kryć jakaś podłość.

- Dzięki, że przyszedłeś - powiedział mężczyzna.

Spora odległość dzieliła go od stołu, za którym stał gospodarz, ale jego głos zdołał przedrzeć się przez panujący wokół zgiełk. Słyszał go tak wyraźnie, jakby mężczyzna stał tuż obok i szeptał mu do ucha.

- Tylko tobie mogę zaufać.

Te słowa zadziałały jak jakiś sygnał, bo gdy tylko padły, kobieta uniosła wzrok i zaczęła się w niego wpatrywać. Jej oczy były wielkie, ciemne i głębokie, a jednocześnie ziały pustką.

Wtedy się przebudził.

*

Sen drugi

Była noc, wszystko spowijała ciemność. Prowadził auto. Wokół panowała kompletna cisza, a poza blaskiem rzucanym przez lampy samochodowe nigdzie nie sposób było dostrzec choćby odrobiny światła.

W zasięgu reflektorów ukazała się opustoszała droga. W pobliżu nie było żywej duszy. Każdy z budynków, które migały mu za szybą, zdawał się porzucony - w żadnym z nich nie dostrzegł palących się świateł ani śladów ludzkiej obecności. We wszystkich drzwiach opuszczono rolety antywłamaniowe. W niektórych miejscach okna były pozabijane dwiema skrzyżowanymi deskami.

Nie mijały go również żadne pojazdy. Gdzieniegdzie widać było zaparkowane na poboczu auta przypominające porzucone kupy złomu. W kilku miejscach, pomiędzy przypiętymi do latarni ulicznych rowerami i samochodami bez właścicieli, zauważył przewrócone motocykle.

Wciąż jechał przed siebie, kiedy nagle zdał sobie sprawę, że cały czas krąży po tej samej okolicy. Gdy docierał do zakrętu, ruszał w prawo, po czym dalej sunął zupełnie opustoszałą drogą, żeby przy najbliższej możliwej okazji ponownie skręcić w tym samym kierunku. Ani na skrzyżowaniach, ani na żadnej z ulic nie było sygnalizacji świetlnej. Choć nie: kiedy przyjrzał się dokładniej, dostrzegł światła, jednak żadne z nich nie działały.

Dlatego też gdy zauważał, że zbliża się do kolejnej ulicy, skręcał w prawo. Nie miał pojęcia, ile razy przejechał przez to samo miejsce, ale z jakiegoś powodu czuł, że na każdym rogu musi kierować się w prawo.

Krążył, któryś już raz z kolei przejeżdżając tą samą uliczką, aż ponownie dotarł do skrzyżowania. Również i tym razem miał zamiar udać się w prawo. Wcisnął hamulec i zmniejszył prędkość.

Trzymał kierownicę i już chciał skręcić, kiedy na słupie sygnalizacyjnym rozbłysło światło. Zielona strzałka pokazywała w lewo.

Przez moment się wahał. Musiał się trzymać wyłącznie prawej strony. Wiedział, że tak powinno być. Sygnalizacja wska­zywała jednak w lewo.

Wtedy też zimne, białe palce kobiety spoczęły na jego przedramieniu.

Zaraz potem się przebudził.

Ciężko dysząc, zerwał się na nogi, niemalże wyskoczył z łóżka. Zapalił wszystkie światła w pokoju i kilkukrotnie potarł sobie przedramię.

- Nie mogę się pozbyć ze skóry tego uczucia - wymamrotał. - Jej palce były takie zimne... Te puste czarne oczy... Nie potrafię wyrzucić tego z głowy. Mam wrażenie, jakby jej palce cały czas dotykały mojego przedramienia.

Nie odpowiedziałam.

Jej palce w rzeczy samej dalej ciążyły mu na przedramieniu. Już w jego głosie byłam w stanie wyczuć ten chłód, nawet przez telefon.

Ale tamta kobieta jeszcze go nie znalazła. Nawiedziła go tylko we śnie. Wszystko to było zwykłą iluzją, więc wkrótce musiało minąć.

- Mogę teraz przyjechać? - zapytał.

- Teraz nie - odparłam i zaraz dodałam: - Przepraszam.

Nie wyksztusiłam z siebie nic więcej.

Byłam więc nieco zaskoczona tym, jak wielką moc miało to słowo. Zadziałało lepiej, niż mogłam się spodziewać. Pomyślałam, że będę musiała zacząć niekiedy go używać.

- Pośpij jeszcze trochę. Zostało sporo czasu, zanim będziesz musiał wstać do pracy.

- Nie mogę zasnąć - wymamrotał.

Powiedział, że leży i wpatruje się w sufit. Był zmęczony i chciał się jeszcze zdrzemnąć, ale sen w ogóle nie nadchodził. Bał się też, że zaśpi do pracy, przez co nie mógł się w pełni zrelaksować. Trwał w zawieszeniu między jawą a snem, kiedy w jego głowie kotłowała się cała masa przeróżnych myśli.

Kim była ta kobieta?

Na pewno nie żoną zmarłego.

W takim razie kim?

Czy rzeczywiście istniała?

Za oknem zaczęło już świtać. Robiło się coraz głośniej; ulicę stopniowo zalewały odgłosy przejeżdżających pojazdów.

Nawet kiedy ktoś umiera, żywi wciąż żyją, a świat kręci się dalej. Jego jednak bez żadnego powodu prześladowali zmarły mężczyzna i kobieta, której tożsamości nie znał - ba, nie miał nawet pewności, czy naprawdę istniała.

- Mam wrażenie, że wszyscy wokół żyją normalnie, w prawdziwym świecie, i tylko ja jeden tkwię zawieszony gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią.

Przycisnęłam telefon do ucha i pokiwałam głową, choć wiedziałam, że przecież tego nie zobaczy.

- Może i żyję, ale co to za życie? Za cholerę nie mam pojęcia, w jakim kierunku ruszyć, a tym bardziej jakim sposobem...

Nie wiedziałam, co mu doradzić. W tym przypadku nawet ja nie znałam odpowiedzi.

- Mogę wpaść do ciebie dzisiaj wieczorem? - zapytał. - Nie zajmę ci wiele czasu. Wystarczy chwila. Chcę cię zobaczyć...

- Dobrze - rzuciłam. - Do zobaczenia wieczorem.

*

Został zapowiedziany przez sekretarkę i wprowadzony do gabinetu. Pierwszy raz w życiu znalazł się w kancelarii adwokackiej. Pomyślał, że już pewnie nigdy nie będzie miał powodu, a tym bardziej pieniędzy, aby ponownie zawitać w takim miejscu.

Żona martwego mężczyzny wstała z miejsca.

W pełnym makijażu i marynarce wyglądała zupełnie inaczej, niż kiedy spotkał ją w domu pogrzebowym. Nie była tak blada, a na jej twarzy nie rysowały się głębokie cienie. Ale jedno pozostawało bez zmian - jej niewyrażająca żadnych emocji mina.

- Dzień dobry - przywitał się niezręcznie. - Jestem znajo­mym Mun-seoka z liceum. Widzieliśmy się na pogrzebie...

Był przekonany, że sekretarka przekazała jej już wcześniej te informacje, ale postanowił jeszcze raz się przedstawić.

- Tak... - odpowiedziała zdawkowo kobieta i kiwnęła głową tak delikatnie, że ledwie udało mu się to zauważyć.

Zajął miejsce, które mu wskazała. Ku jego zaskoczeniu sofa była tak miękka, że gdy tylko na niej usiadł, zapadł się.

- Przepraszam, że tak nagle panią niepokoję.

Faktycznie było to niezapowiedziane najście, ale nie wiedział, od czego powinien zacząć, dlatego na samym początku postanowił ją za nie przeprosić.

- Skądże, nic się nie stało... Podobno chciał pan zapytać o coś związanego z moim mężem?

Użyty przez nią w stosunku do martwego mężczyzny wyraz "mąż" brzmiał w jego ustach obco. Kobieta przyglądała mu się. Kiedy ich oczy się spotkały, prędko spuścił wzrok.

- Owszem, to wszystko stało się tak nagle i kiedy tylko otrzymałem wiadomość, zacząłem się zastanawiać, jak w ogóle do tego doszło...

Żona zmarłego nie odezwała się ani słowem. Nie pozostawało mu więc nic innego, jak niepewnie wyrzucić z siebie wszystko, co mu ślina na język przyniesie.

- W szkole średniej byliśmy ze sobą bardzo blisko... Tak naprawdę nie miałem żadnych innych przyjaciół poza Mun-seokiem. Troszczył się o mnie, spędzaliśmy wspólnie czas w moim domu, ale po ukończeniu liceum wybrałem się na studia do innej części kraju i tak jakoś kontakt nam się urwał. Aż tu nagle po dobrych piętnastu latach dostaję telefon i ni stąd, ni zowąd słyszę, że uma... Znaczy, że odszedł...

- Rozumiem... - Opuściła głowę i nie powiedziała nic więcej.

Nie wiedział, jak się zachować, więc rzucił niewyraźnie:

- Dlatego myślałem, że może byłaby pani w stanie opowiedzieć coś więcej o okolicznościach wypadku... Jak do tego doszło...

Kobieta ponownie uniosła wzrok, gdy tylko padły słowa o "okolicznościach wypadku". Jej spojrzenie sprawiło, że czym prędzej pochylił głowę.

- Przepraszam. To musi być dla pani ciężkie...

Pomyślał, że jeżeli kobieta dalej będzie milczeć, to zwyczajnie zmusi go to do wstania, przeproszenia i wyjścia. Ona jednak, wbijając wzrok w stolik, niespodziewanie się odezwała:

- Wracał w nocy z delegacji i wszystko wskazuje na to, że przysnął za kierownicą. Możliwe, że podczas kolacji służbowej trochę wypił...

- Był sam?

- Słucham? - Rozmówczyni spojrzała na niego.

- Chodzi mi o to, czy... - zaczął się jąkać. - Mówi pani, że był na kolacji, więc pomyślałem, że może odwoził po niej kogoś ze współpracowników...

- Był sam - przerwała mu cicho, ale stanowczo. Nie dodała nic więcej.

- A co z kierowcą ciężarówki? - zapytał.

- Ciężarówki? - powtórzyła żona zmarłego, patrząc na niego bez wyrazu.

- Chodzi mi o drugiego kierowcę. Przeprosił? Czy odniósł duże obrażenia?

- Nie było żadnego drugiego kierowcy - odparła cicho, bez emocji, wpatrując się w niego spokojnie. - Uderzył w betonową konstrukcję znajdującą się na drodze. Nie w ciężarówkę.

- Och... - Tym razem to jemu zabrakło słów.

Kobieta wciąż bacznie mu się przyglądała.

- Musiałem coś źle usłyszeć - sprostował prędko. - Tamtego dnia dużo z chłopakami wypiliśmy i... Nie widzieliśmy się tyle lat...

Żona zmarłego dalej milczała. Skrępowany, podniósł się z miejsca.

- Przepraszam. Musi być pani zajęta, a ja przyszedłem tak nagle i tylko zawracam głowę...

- Skądże - rzuciła krótko, również wstając.

Już miał wychodzić z gabinetu, kiedy niespodziewanie zapytał:

- A czy mogłaby mi pani dać jakieś dane kontaktowe do mamy Mun-seoka?

- Słucham? - Przyglądała mu się przez lekko przymknięte oczy.

- Chciałem po prostu złożyć jej kondolencje - zaczął się tłumaczyć. - Wydaje mi się, że nie było jej na pogrzebie. Jeśli da mi pani jej numer...

- Teściowa jest bardzo chora - przerwała mu żona zmarłego.

- Och, naprawdę? W takim razie jeśli powie mi pani, w którym jest szpitalu...

- Nikt spoza rodziny nie może jej odwiedzać. Przekażę jej pańskie wyrazy współczucia.

Po tych słowach otworzyła drzwi, jakby chciała dać mu w ten sposób do zrozumienia, że ma jak najszybciej opuścić biuro.

Ponownie ją przeprosił i wyszedł. Żona martwego mężczyzny bez słowa zamknęła mu drzwi za plecami.

*

Sen o kobiecie

Była noc, wszystko spowijała ciemność. Prowadził auto. Wokół panowała kompletna cisza, a poza blaskiem rzucanym przez lampy samochodowe nigdzie nie sposób było dostrzec choćby odrobiny światła.

W zasięgu reflektorów ukazała się opustoszała droga. W pobliżu nie było żywej duszy. Każdy z budynków, które migały mu za szybą, zdawał się porzucony - w żadnym z nich nie dostrzegł palących się świateł ani śladów ludzkiej obecności. We wszystkich drzwiach opuszczono rolety antywłamaniowe. W niektórych miejscach okna były pozabijane dwiema skrzyżowanymi deskami.

Nie mijały ich również żadne pojazdy. Gdzieniegdzie widać było zaparkowane na poboczu auta przypominające porzucone kupy złomu. W kilku miejscach pomiędzy przypiętymi do latarni ulicznych rowerami i samochodami bez właścicieli zauważył przewrócone motocykle.

Auto nieustannie jechało tą samą trasą. Gdy docierał do zakrętu, ruszał w prawo, po czym dalej sunął zupełnie opustoszałą drogą, żeby przy najbliższej możliwej okazji ponownie skręcić w tym samym kierunku. Ani na skrzyżowaniach, ani na żadnej z ulic nie było sygnalizacji świetlnej. Choć nie: kiedy przyjrzał się dokładniej, dostrzegł światła, jednak żadne z nich nie działały.

Kiedy zbliżał się kolejny zakręt, auto odbijało w prawo. Miał wrażenie, że ciągle krąży po tych samych ulicach.

Wkrótce dotarł do skrzyżowania. Pojazd zmniejszył prędkość. Przed chwilę stał przed wyłączoną sygnalizacją świetlną, żeby zaraz skręcić w lewo. Niespiesznie wjeżdżał pod górkę.

Dotarli do autostrady. Auto nabrało prędkości i zaczęło mknąć przed siebie. To była już ostatnia prosta.

Wyciągnął rękę w kierunku siedzącego obok mężczyzny. Mówiąc dokładniej, obserwował, jak kobieta, w której ciele się znajdował, sięga siedzącego za kierownicą martwego mężczyzny.

Gdy tylko go musnęła, zmarły obrócił na moment głowę. Ich oczy się spotkały. Kobieta uchyliła usta, chcąc coś powiedzieć.

W tym momencie pojawiła się ciężarówka.

Przebudził się.

Wiedział, że kobieta do niego przyszła.

Był w drodze do pracy. Autobus właśnie podjechał. Zaczynał znacznie później niż większość osób zatrudnionych w korporacjach, w związku z czym na przystanku nie było tłumów. Powoli wsiadł do pojazdu.

Wewnątrz nie panował ścisk, ale nie załapał się na żadne z miejsc siedzących. Stanął w tylnej części autobusu i złapał jeden z uchwytów. Kierowca ruszył tak gwałtownie, że omal się nie przewrócił.

Kiedy zachwiał się i pochylił do przodu, chłodna dłoń dotknęła jego uniesionego przedramienia.

Złapał równowagę i stanął prosto, po czym rozejrzał się wokół. Poza nim w autobusie nie było nikogo, kto by stał. Żaden z pasażerów nie mógł więc dotknąć trzymającej uchwytu ręki.

Nie naszły go mdłości ani nie oblał go zimny pot. Nie poczuł również wzbierającej w żołądku substancji przypominającej smar.

Jedynie wrażenie zimnych palców dotykających jego przedramienia nie chciało zniknąć.

Wysiadł. Salon, w którym pracował, znajdował się jakieś siedem kroków od przystanku.

Szef jeszcze nie dotarł. Jak co dzień zdjął kłódkę i zwinął roletę antywłamaniową. Otworzył drzwi i wszedł do środka.

Usłyszał szelest, kiedy czyjś kołnierz otarł się delikatnie o jego ramię. Ktoś równocześnie z nim przekroczył próg.

Rozejrzał się po lokalu. Wszystkie światła były jeszcze zgaszone. Frontowa ściana wychodząca wprost na główną ulicę była jednak w całości przeszklona, dzięki czemu górujące nad miastem słońce wystarczająco oświetlało wnętrze.

W środku oczywiście nikogo nie było.

*

Siedział, przyglądając się trzymanemu w dłoni kolczykowi. Za każdym razem, kiedy nim poruszał, kryształki mieniły się w świetle sklepowych lamp.

Był smukły, delikatny i piękny. Pomyślał o czarnych oczach ujrzanej we śnie kobiety oraz o białej dłoni dotykającej jego przedramienia.

Usłyszał dźwięk przychodzącego połączenia. Zadzwonił zamontowany w sklepie telefon stacjonarny. Siedzący przy ladzie kierownik podniósł słuchawkę.

- Tak, słucham? Zgadza się. Proszę? .... Ach tak, dobrze.

Szef odwrócił się w jego stronę.

- Ktoś do ciebie.

- Do mnie? Niby kto?

- Mówi, że dzwoni od operatora.

Przejął słuchawkę.

- Przy telefonie.

- Pan Kim Tae-gyeong?

Po głosie mężczyzny nie był w stanie oszacować jego wieku. Mówił nisko, a słowa wypowiadał powolnie.

- Zgadza się.

- Zna pan pana Kang Mun-seoka?

- Słucham?

Nie spodziewał się takiego pytania. Mężczyzna konty­nuował:

- Czy potwierdza pan, że w ostatnim czasie sprawdzał infor­macje podane podczas zawierania umowy przez właściciela numeru zarejestrowanego na to nazwisko, a także wszystkie późniejsze zmiany, wchodząc tym samym w posiadanie wrażliwych danych?

- Znaczy, ja...

Rozmówca nie dał mu jednak czasu na odpowiedź ani wymyślenie jakiejś wymówki.

- Zdaje pan sobie sprawę, że to nielegalne, prawda? Gdyby rodzina zmarłego zdecydowała się wnieść przeciw panu oskarżenie, nie tylko pan poniósłby konsekwencje prawne. Mogłoby to również skutkować karami nałożonymi na oddział, w którym pan pracuje.

- Ach, ale...

Mężczyzna kontynuował beztroskim, a jednocześnie bezwzględnym tonem:

- Ostrzegam pana. Nieuzasadnione zaglądanie do danych osobowych zmarłego jest niezgodne z prawem. Również z moralnego punktu widzenia to co najmniej wątpliwe działanie. Jeśli jeszcze raz spróbuje pan zrobić coś takiego, podejmiemy odpowiednie kroki prawne.

- Rozumiem... Przepraszam.

Ostatnie zdanie wskazywało na to, że tym razem miał nie ponieść żadnych konsekwencji. Z tego powodu nieco mu ulżyło.

- Proszę również nie zbliżać się więcej do tego mieszkania - kontynuował mężczyzna. - Niech się pan nie kontaktuje z tamtym właścicielem, agencją nieruchomości ani z żadną inną osobą mającą jakikolwiek związek z tą sprawą.

- Słucham?

- Nie wiem, jaka relacja łączyła pana z panem Kangiem, ale proszę dać sobie z tym spokój. To wszystko nie zwróci zmarłemu życia. Proszę oczywiście nie nękać również jego krewnych - wyjaśnił powoli mężczyzna o głębokim głosie. - Panie Kim, najlepiej będzie, jeśli pan i pańska ukochana skupicie się na swoich obecnych zajęciach, a także zaczniecie zważać na to, co mówicie i robicie. Zabawa w prywatnego detektywa może się źle skończyć dla pracownika salonu z telefonami.

- Kim ty jesteś?

W tym samym momencie połączenie zostało zerwane.

- Co jest? - zapytał kierownik z widocznym na twarzy zainteresowaniem.

Potrząsnął głową.

- Nie... Nic takiego.

- No co? Co mówił? Coś nie tak?

- Wygadywał jakieś bzdury... Że niby mam nie od­wie­dzać jakiegoś biura nieruchomości... - wydukał, próbując wymyślić coś na poczekaniu.

- A co ma do tego operator telekomunikacyjny? Jakiś wariat - skwitował obojętnie szef, po czym wstał i poszedł zaparzyć sobie kawę.

Tae-gyeong sprawdził wykaz połączeń na służbowym aparacie. Ku jego zaskoczeniu przy ostatnim telefonie widniał pełny numer. Zaczynał się od 1588*.

Wiedział, że mija się to z celem, ale spróbował pod niego zadzwonić. Jak mógł się spodziewać, odebrała młoda pracownica centrum obsługi klienta sieci telekomunikacyjnej.

Chciał zapytać o mężczyznę, z którym chwilę wcześniej rozmawiał, ale ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu. Znał bowiem jedynie jego płeć i wiedział, że mówi powoli, głębokim głosem.

Rozłączył się po udzieleniu kilku zdawkowych odpowiedzi na uprzejme pytania pracownicy infolinii o cel jego telefonu.

*

* Oznacza to, że połączenie nie zostało wykonane z numeru prywatnego. Od tych cyfr zazwyczaj zaczynają się numery infolinii bankowych, firm ubezpieczeniowych oraz innych centrów obsługi klienta (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).