Sylwia WełnaNieznośny trud
Skoro jednak śmierć ustanawia porządek świata, może lepiej jest dla Boga, że się nie wierzy w niego i walczy ze wszystkich sił ze śmiercią, nie wznosząc oczu ku temu niebu, gdzie on milczy.
Albert Camus, Dżuma
* * *
Istnieje prawidłowy i nieprawidłowy sposób ciągnięcia zwłok. Tułów i głowa przodem, nogi tyłem, tak, aby podczas ruchu nie rozsunęły się na boki. Używa się do tego paska od spodni albo starczej laski. Pętlę należy zahaczyć o ramię - a jeśli długość paska pozwala, to i o obie pachy, tak jest nawet lepiej - a potem stawia się pewne kroki na śliskiej posadzce.
Niegdyś ciągnąłeś trupa za ręce albo nogi. Głowa obijała się wtedy jak dziecięca piłka podczas zabaw, a ty traciłeś dwa razy więcej czasu i siły. Potrzebowałeś kilku tygodni, setek, tysięcy, może milionów kroków, aby opracować własną technikę. Obserwowałeś też, jak robią to inni. Pamiętam nawet, jak łapałeś trupy gołymi rękoma, choć szybko tego zaniechałeś, dostrzegłszy, jak obrzydliwie stopiona skóra złazi grubymi płatami i zostaje ci na dłoniach. Myślę, że to mniej więcej wtedy twoje ciało zaczęło się buntować.
Twoje ramiona i dłonie przestały do ciebie należeć.
* * *
Na zewnątrz już jest trudniej, znika mokra posadzka i w zależności od pory roku ziemię pokrywa trawa, popiół, błoto albo śnieg. Te dwa ostatnie jeszcze ułatwiają pracę nie gorzej niż podłoga w budynku, ale trawa i popiół zmuszają cię w końcu do podniesienia zwłok. Robisz to tym razem owinięty w szaliki i szmaty, byle żaden skrawek twojego ciała nie dotknął bezimiennej skóry.
Przez krótką chwilę ważysz ciężar w rękach, ale później po prostu idziesz. Przez bolesne zrosty i gule na dłoniach trudno ci utrzymać zwłoki. Ale idziesz, wręcz biegniesz. Czy już wiesz, że żadne warstwy ubrań cię nie ochronią? Chyba tak, chociaż trudno mi wyczytać cokolwiek z twojej twarzy.
Wokół ciebie gromadzą się mundury i kije. Nie słyszysz ich, uszy dawno temu przestały być twoje. Mniej więcej wtedy, gdy pierwszy raz kazano pilnować ci drzwi, sprawdzać przez judasza, czy już po wszystkim. Głosy, ta cała kotłowanina różnych języków, już cię nie dręczą. Jesteś wolny nawet od nocnych szeptów.
Dół powoli wypełnia masa. Jeden, drugi, trzeci, czwarty, przestajesz liczyć, bo i po co. Ostatni spada, a ty myślisz, że na dziś koniec, że już uwolniłeś ręce od nieznośnego trudu. Jakiego? Przecież trupy ważą tyle co nic. Dym tli się leciutko, potem coraz mocniej. Tu również ważna jest metoda: powolne oblewanie masy tłuszczem jest konieczne, żeby cała równomiernie się spaliła, a ogień nie przygasł. Patrzysz na tych, którzy tego pilnują - guzy wielkości pięści, a czasami większe, twarde błony między palcami utrudniające trzymanie warzech. I twarze starte niemal na jednolitą papkę, gdzieniegdzie tylko dostrzegasz wymarłe oko albo nozdrze. Ciebie też to czeka.
Twoje mięśnie i stawy przestały do ciebie należeć.
* * *
Tego dnia zaczepia cię staruszek. Stoi naprzeciw zupełnie nagi, ale skóra jeszcze mu nie odłazi. Zamiast tego jest miękka, przyjemna, naznaczona pajęczyną zmarszczek. Starzec pokazuje trzymaną harmonijkę, uśmiecha się bezzębnie. Nim zamkną się drzwi, będzie ona należeć do ciebie. To nic, pozwalam na to, pozwalam ją schować w kieszeni.
Wieczorem siadasz w odosobnieniu. Mięśnie nie pamiętają podłużnego kształtu, mimo to bierzesz instrument i przykładasz go do ust. Oddech wypełnia harmonijkę, ale bez ładu i składu, jakbyś walczył o powietrze pod wodą. Właściwie mogłeś się tego spodziewać. Drżące palce szukają obu warg, ale teraz stanowią one niemal jedność, wpychasz więc dłoń do samego gardła, krztusząc się i dławiąc, jednak mały otwór w miejscu ust stawia opór.
Później, gdy znów szykujesz pas, próbujesz zmówić modlitwę za staruszka z harmonijką, ale słowa niezdarnie plączą się w otchłani pamięci. I tak nie byłbyś w stanie ich wypowiedzieć.
Twoje usta i gardło przestały do ciebie należeć.
* * *
Jest ci coraz trudniej. Zapach śmierci na dłoniach obrzydza smak zupy i chleba, zrosty utrudniają podstawowe prace. Na krótką przerwę rzucasz szczypce obok złotych zębów. Brudne lusterko pokazuje nieznajomą bryłę: zlepiony otwór gębowy, gładkie wzgórki zamiast uszu i nosa. Tylko oczy patrzą bystro, jeszcze je masz, jeszcze one ci zostały. Próbujesz uronić łzę, ale nic z tego.
Któryś z twoich umarł. Chyba od drutów, właściwie to nie jesteś pewien, bo nie było chęci, żeby się nad tym zastanowić. Jego trup już leży w dole. Wszyscy w końcu umrzecie, od tego czy tamtego, nieważne, co wam się zabierze ani co się w was zmieni. To nieuniknione. Będziesz wykonywał rozkazy do końca, aż nie zastąpi cię ktoś inny. A potem ktoś inny jego. Ale jeszcze nie, jeszcze zostały ci oczy, naciesz się nimi.
Ostatnia praca odbywa się na Zewnątrz. Szpadel porusza się w tę i we w tę, rozkruszone popioły przez chwilę tańczą na powierzchni stawu, żeby zatonąć w granacie niby złudzenie. Pokarm dla rybek. Jestem pełny podziwu, bo tu również nauczyłeś się dobrej techniki działania: często zmieniasz strony, żeby dać odpocząć zmęczonym mięśniom i zmniejszyć nacisk na największe guzy. Nieprzyłapany nieco zwalniasz, zachowując siły.
Szarawy pył wiruje w powietrzu mimo twoich starań, żeby zniknął pod wodą, co do ostatniej drobiny. Wżera się w płuca, osiada na ramionach, rzęsach i brwiach. Czujesz, że cię łaskocze w nieprzyjemny sposób. Ale to już ostatni raz.
Twoja skóra i nerwy przestały do ciebie należeć.
* * *
Istnieje prawidłowy i nieprawidłowy sposób ciągnięcia zwłok. Tułów i głowa przodem, nogi tyłem, tak, aby podczas ruchu nie rozsunęły się na boki. Używa się do tego paska od spodni albo starczej laski. Pętlę należy zahaczyć o ramię - a jeśli długość paska pozwala, to i o obie pachy, tak jest nawet lepiej - a potem stawia się pewne kroki na śliskiej posadzce.
Ta technika sprawdza się najlepiej, choć musisz zrozumieć, że nowi jeszcze nie mają takiej wprawy, jak ty. Ktoś okręca niedbale pas wokół twojego nadgarstka, ale nie protestujesz. To nic, zaraz będzie po wszystkim. Głowa obija się o twardą ziemię, robi ci się trochę słabo, a potem spadasz miękko na plecy.
Jasność nieba tnie wzrok jak nóż. Czy ten błękit był cały czas nad tobą? Wieczna czerwona łuna teraz gdzieś znika. Służyłeś długo, ale jakimś cudem oczy pozostały twoje, dlatego nie mogę ryzykować. To prosty rachunek, ze spojrzenia można za dużo wyczytać. Tymczasem myślisz już jedynie o tym, że na dziś koniec, że uwolniłeś się od nieznośnego trudu.
Masz rację, twoje ciało i umysł przestały do ciebie należeć.