Sny pachnące igliwiem - Wioletta Piasecka

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (28,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Po­woli za­pa­dał zmierzch. Na ga­łę­ziach świer­ków, na krze­wach tar­niny, na zmar­z­nię­tej ziemi, na drew­nia­nych zmur­sza­łych szta­chet­kach płotu przy sta­rej cha­cie ukry­tej w głębi lasu osia­dały płatki śniegu. Wzma­ga­jący się z każdą chwilą wiatr ko­ły­sał czub­kami so­sen, a jego wy­cie przy­po­mi­nało sza­le­jący ocean. Ubrana w szary, weł­niany, długi swe­ter Mał­go­rzata Le­bioda prze­kła­dała owo­cowy susz, spraw­dza­jąc, czy w pla­sterki ja­błek nie wdała się pleśń. W ka­flo­wej kuchni otu­lone ogniem drwa przy­jem­nie trzesz­czały, a bło­gie cie­pło roz­cho­dziło się po po­miesz­cze­niu. Nad kuch­nią na sznu­rach wi­siały pęta swoj­skiej kieł­basy, jej za­pach mie­szał się z aro­ma­tem czosnku, który sple­ciony w war­ko­cze zwi­sał na ścia­nie w to­wa­rzy­stwie ze­bra­nych la­tem bu­kie­tów ziół. Na ręcz­nie utka­nym dy­wa­niku zwi­nięta w kłę­bek spała Szyszka, mała ru­dawa psinka pod­rzu­cona ja­kiś czas temu przez nie­go­dzi­wych lu­dzi. Czę­sto się zda­rzało, że star­szej sa­mot­nej ko­bie­cie, którą tu­tejsi na­zwali wiedźmą, prze­rzu­cano przez płot bez­pań­skie psy lub koty. Sta­rała się każ­dej nie­chcia­nej istotce zna­leźć dom, ale ma­łej ku­la­wej suczki nikt nie chciał przy­gar­nąć, więc zo­sta­wiła ją so­bie i nie­mal od razu po­ko­chała. Wy­le­czyła chorą łapkę, a psinka od­wdzię­czyła się za do­bre serce i czułą opiekę bez­gra­niczną mi­ło­ścią.

Mał­go­rzata za­wią­zała ostatni lniany wo­re­czek z su­szo­nymi pla­ster­kami ja­błek, zdjęła oku­lary, prze­tarła dło­nią po­marsz­czone czoło, a po­tem za­pa­trzyła się w ciem­ność za oknem. Ob­ser­wu­jąc ob­le­pia­jący szybę śnieg na­gle po­my­ślała o dniu, gdy ona sama od­rzu­cona przez wła­snych ro­dzi­ców, bez­domna, prze­ra­żona i wy­czer­pana, zja­wiła się w tym domu. Uśmiech­nęła się w za­du­mie do tam­tej mło­dziut­kiej dziew­czyny, nie­zna­ją­cej jesz­cze ży­cia, a już dźwi­ga­ją­cej na ra­mio­nach cię­żar po­nad siły. Spo­sęp­niała, bo ob­raz w jej wspo­mnie­niach wią­zał się z po­twor­nym smut­kiem. Przy­po­mniały jej się straszne chwile, gdy oj­ciec, do­wie­dziaw­szy się o ciąży, wpadł w fu­rię. Bił ją i jej matkę, gdzie po­pa­dło. Na oślep. Le­bioda drgnęła, a me­lan­cho­lijny uśmiech sprzed chwili zgasł na jej twa­rzy. Pa­mięć tam­tych wy­da­rzeń wciąż ją ra­niła. Oj­ciec czę­sto wy­cią­gał ręce do bi­cia. Nie mu­siał mieć pre­tek­stu, żeby ude­rzyć. Matkę rów­nież bił, a ta pa­nicz­nie się go bała i we wszyst­kim mu ustę­po­wała. Mał­go­rzata przy­po­mniała so­bie noce spę­dzone w obo­rze są­sia­dów, gdy kryła się po­mię­dzy ko­ry­tami dla świń i cze­kała, aż upo­jony al­ko­ho­lem oj­ciec za­śnie. Cza­sami nie da­wał za wy­graną i szu­kał jej, klnąc na całą oko­licę, a wtedy wtu­lona w cuch­nące gno­jem zwie­rzęta umie­rała z prze­ra­że­nia. Rano, gdy wy­trzeź­wiał, nie pa­mię­tał lub uda­wał, że nie pa­mięta wie­czor­nych awan­tur. Wra­cała do domu i po­chy­lała się nad ba­lią, żeby zmyć z sie­bie odór świń­skiego łajna i ży­cie przez kilka go­dzin to­czyło się, jak gdyby ni­gdy nic. Aż do wie­czor­nego pi­jań­stwa.

Kiedy po­znała Ta­de­usza, miała nie­spełna szes­na­ście lat. Za­ko­chała się w nim, bo był dla niej do­bry, czuły, opie­kuń­czy i mo­gła się schro­nić w obej­ściu go­spo­dar­czym jego ro­dzi­ców na czas pi­jac­kich awan­tur ojca. Spo­ty­kali się ukrad­kiem w le­sie lub nad rzeką, cza­sem wie­czo­rami u niego w sta­rej sto­dole. Dziew­czyna trzy­mała tę zna­jo­mość w ta­jem­nicy, bo bała się, by do jej ro­dzi­ców, a szcze­gól­nie do ojca, nie do­tarły plotki o łą­czą­cym mło­dych uczu­ciu. Od­dała Ta­de­uszowi swoje serce, a chwilę póź­niej, z wdzięcz­no­ści za do­broć, rów­nież swoje ciało. Spra­gniona czu­ło­ści, wy­my­kała się do chło­paka w każ­dej wol­nej chwili. W jego ra­mio­nach czuła się bez­piecz­nie i do­brze. Wie­rzyła w mi­łość i od­da­nie. Gdy od­kryła, że spo­dziewa się dziecka, uko­chany wy­parł się zna­jo­mo­ści z nią, a lu­dzie byli prze­ko­nani, że on nie ma z tą ciążą nic wspól­nego, wszak nikt ich ra­zem nie wi­dy­wał. Bo­jąc się re­ak­cji ojca, za­kli­nała uko­cha­nego, by się nią za­opie­ko­wał. Ale on stchó­rzył. Nie chciał brać od­po­wie­dzial­no­ści ani za nią, ani za to nowe ży­cie, które spło­dził. Gdy ciąża stała się wi­doczna, lu­dzie się śmieli, że ci­chej, nie­po­rad­nej dzie­wu­sze ktoś bę­karta zmaj­stro­wał. Matka na wieść o hań­bie córki zdzie­liła ją w twarz, a po­tem tłu­kła szmatą i wy­zy­wała od naj­gor­szych, oj­ciec na­to­miast zła­pał za drew­niany drąg, któ­rym prze­ga­niał krowy na pa­stwi­sko, i okła­dał ją bez opa­mię­ta­nia po brzu­chu, po ple­cach, po gło­wie. Nie pro­te­sto­wała, sku­liła się na tę wy­mie­rzaną po ro­dzi­ciel­sku spra­wie­dli­wość, przyj­mu­jąc ją z re­zy­gna­cją i z po­korą. Jed­nak na ra­zach się nie skoń­czyło. Za­sa­pany oj­ciec, ła­piąc po­wie­trze, po­bitą i prze­ra­żoną wy­pchnął za próg, splu­nął i na­ka­zał już ni­gdy nie po­ka­zy­wać mu się na oczy.

Mał­go­rzata się wzdry­gnęła i jęk­nęła głu­cho. Wspo­mnie­nia zbyt mocno bo­lały. Chciała je prze­pę­dzić, ale nie po­tra­fiła. Szyszka pod­nio­sła pysz­czek i spoj­rzała na swoją pa­nią psimi mą­drymi oczyma, a po chwili pod­nio­sła się le­ni­wie i po­de­szła do nóg sta­ruszki, jakby ro­zu­miała, że ta po­trze­buje czu­ło­ści. Po­li­zała wy­cią­gniętą do niej po­marsz­czoną dłoń ko­biety.

- Szyszko, pie­sku, tak do­brze nam ra­zem, a ja roz­pa­mię­tuję stare dzieje. Nie ma do czego wra­cać - stwier­dziła za­chryp­nię­tym gło­sem, ale ob­raz śmier­tel­nie za­trwo­żo­nej mło­dej dziew­czyny wciąż sie­dział jej w gło­wie. Czuła tam­ten ból i bez­na­dzieję. - Ura­to­wa­łaś mnie, mamo - szep­nęła po chwili w prze­strzeń, ma­jąc na my­śli wła­ści­cielkę sta­rej cha­łupy w le­sie, w któ­rej nie­gdyś zna­la­zła schro­nie­nie i w któ­rej miesz­kała do dziś. - Cóż ja bym wtedy po­częła? - spy­tała re­to­rycz­nie.

Była prze­ko­nana, że upo­rała się z prze­szło­ścią, że za­mknęła ją za sobą, ale ostat­nio drzwi, które wy­da­wały się za­trza­śnięte, chyba się uchy­liły, bo nie­mal za­po­mniane stra­chy wy­peł­zły na nowo. Może dla­tego, że Lena już nie od­wie­dzała jej tak czę­sto jak kie­dyś, a sa­mot­ność, którą jesz­cze nie­dawno lu­biła, te­raz, po wy­jeź­dzie córki le­śni­czego, do­ku­czała jej po­dwój­nie. Znów gło­śno wes­tchnęła, czu­jąc nie­wy­po­wie­dzianą wdzięcz­ność dla star­szej ko­biety, która ją wów­czas przy­gar­nęła i którą do końca jej ży­cia na­zy­wała mamą. Wo­łano na nią szep­tu­cha, bo znała się na zio­łach i wie­działa, które na uśmie­rze­nie bólu, które na kło­poty z bez­płod­no­ścią, a które na do­da­nie sił wi­tal­nych. Prze­ka­zała przy­bra­nej córce swoją wie­dzę, a także długo le­czyła, gdy no­szone pod pier­siami Mał­go­rzaty dzie­ciątko ob­umarło w szó­stym mie­siącu ciąży. Za­pewne przy­czy­nił się do tego Ze­non Le­bioda, gdy tłukł córkę drew­nia­nym drą­giem.

W tam­tym naj­dra­ma­tycz­niej­szym mo­men­cie ży­cia Mał­go­rzata, po­bita i zgnę­biona, po­wlo­kła się do szosy, sta­nęła na środku drogi, mo­dląc się, by pierw­sze nad­jeż­dża­jące auto ją za­biło. Tak się na szczę­ście nie stało. Wielką cię­ża­rówką wy­je­chała w nie­znane. Na py­ta­nie kie­rowcy, do­kąd je­dzie, od­po­wie­działa: "Byle da­lej stąd". Męż­czy­zna o nic wię­cej nie py­tał, dał jej ka­napkę, wodę i po­zwo­lił za­snąć. Ran­kiem, kiedy otwo­rzyła oczy, za oknem szo­ferki nie było już gór ani na­wet pa­gór­ków, jak w jej ro­dzin­nych stro­nach, roz­cią­gał się za to pła­ski jak stół te­ren, a przed nimi ście­liła się długa wą­ska as­fal­towa droga. W oko­li­cach Gdań­ska kie­rowca koń­czył trasę, po­dzię­ko­wała mu, a on, za­nim wy­sia­dła, wsu­nął jej w dłoń pięć­dzie­się­cio­zło­towy bank­not. Po­ły­ka­jąc łzy i sła­nia­jąc się ze zmę­cze­nia, do­szła do ja­kiejś wiej­skiej drogi, a po­tem na fur­mance do­je­chała do Gó­rek. Rol­nik wska­zał dom szep­tu­chy, za­pew­nia­jąc, że tam znaj­dzie schro­nie­nie. I rze­czy­wi­ście, już przy furtce star­sza, lekko przy­gar­biona ko­bieta, nie py­ta­jąc o nic, ob­jęła ją ra­mie­niem, jakby wła­śnie na Mał­go­rzatę cze­kała. Długo stały bez słowa. Dziew­czyna pła­kała w ra­mię sta­ruszki, aż za­bra­kło jej łez. Jesz­cze dziś na wspo­mnie­nie tam­tej szcze­rej czu­ło­ści, ja­kiej do­znała pierw­szy raz w ży­ciu, ści­snęło ją w gar­dle. W skrom­nej cha­cie w środku lasu zna­la­zła uko­je­nie. Szep­tu­cha oto­czyła ją ser­decz­no­ścią i pie­lę­gno­wała. Prze­ka­zała jej też wszyst­kie taj­niki zie­lar­skiej wie­dzy.

Te­raz ona, tak jak nie­gdyś jej wy­ba­wi­cielka, po­tra­fiła le­czyć zio­łami. Po śmierci przy­bra­nej matki wio­dła pu­stel­ni­cze ży­cie. Nie po­tra­fiła za­ufać ni­komu, a tym bar­dziej otwo­rzyć się na mi­łość. Sa­mot­ność za­ostrzyła jej wraż­li­wość i wy­czu­liła du­szę. Wy­star­czyło, że spoj­rzała na czło­wieka i już wie­działa, jaki jest, czy ma czy­ste serce, czy wręcz prze­ciw­nie, za­wiść i za­zdrość prze­sła­niają mu ro­zum. Mał­go­rza­cie wy­da­wało się, że oswo­iła swoją sa­mot­ność. Po po­grze­bie szep­tu­chy jesz­cze bar­dziej stro­niła od lu­dzi. Ten stan trwał aż do po­grzebu le­śni­czego An­drzeja Szejny. Gdy jego córka Lena stra­ciła dach nad głową i u niej szu­kała po­cie­sze­nia, coś w Le­bio­dzie pę­kło. Nie są­dziła, że tę­skni za czy­jąś obec­no­ścią, a jed­nak tę­sk­niła. Po­ko­chała Szej­nównę i wzru­szyła się, gdy ta zgo­dziła się na­zy­wać ją bab­cią. Pierw­szy raz od kil­ku­dzie­się­ciu lat znów miała ko­goś bli­skiego. Po wy­jeź­dzie Leny do Trój­mia­sta w każdy piąt­kowy wie­czór ocze­ki­wała jej przy­jazdu i pich­ciła naj­smacz­niej­sze acz pro­ste po­trawy. Lecz gdy dziew­czyna tuż po ślu­bie z Ka­mi­lem wy­je­chała na stu­dia do War­szawy, od­czuła tak silną tę­sk­notę, że nie po­tra­fiła zna­leźć so­bie miej­sca, a ob­razy ze smut­nego dzie­ciń­stwa i z nie­szczę­śli­wej mło­do­ści na­wie­dzały ją ze zdwo­joną siłą nie­mal każ­dego dnia. Tamte prze­brzmiałe bo­le­sne wspo­mnie­nia trwo­żyły, jakby zda­rzyły się wczo­raj.

Mach­nęła po­marsz­czoną dło­nią, od­pę­dza­jąc się od nich jak od na­tręt­nej mu­chy, dźwi­gnęła się od stołu, wzięła w dło­nie kij, na któ­rym się pod­pie­rała i po­kuś­ty­kała do po­koju. Ci­che ty­ka­nie ze­gara roz­cho­dziło się echem po po­miesz­cze­niu. Jęk­nęły sprę­żyny sfa­ty­go­wa­nej ka­napy, gdy na niej usia­dła. Szyszka rów­nież prze­szła do po­koju. Star­sza ko­bieta schy­liła się, z wy­sił­kiem pod­nio­sła psa, po­sa­dziła go so­bie na ko­la­nach, po­gła­dziła po błysz­czą­cej sier­ści i prze­ma­wiała piesz­czo­tli­wie. Pu­sty dom, który prze­cież ko­chała, ma­ja­czył cie­niami, wspo­mnie­niami, prze­szłym ży­ciem, i Le­bioda miała wra­że­nie, że wszystko już jest za nią. Jesz­cze wio­sną czy la­tem, a na­wet je­sie­nią wę­drówki do lasu po zioła, ja­gody, grzyby nada­wały sens co­dzien­no­ści, zima jed­nak była przy­gnę­bia­jąca.

Mu­siała przy­snąć, bo ock­nęła się na od­głos zbli­ża­ją­cego się mia­ro­wego po­mruku. Szyszka rów­nież drgnęła i za­pa­trzyła się w okno. Po­przez wy­cie wia­tru dał się sły­szeć war­kot sil­nika. I rze­czy­wi­ście, po chwili w ku­chen­nych oknach od­biła się smuga świa­teł z re­flek­to­rów sa­mo­chodu, a jej od­blask oświe­tlił rów­nież ścianę w sa­lo­nie. Szyszka ze­sko­czyła z ko­lan swo­jej pani i szcze­ka­jąc, wbie­gła do nie­wiel­kiej sieni. Po mi­nu­cie roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Mał­go­rzata od­ru­chowo spoj­rzała na ze­gar ścienny. Do­cho­dziła sie­dem­na­sta. Ko­bieta przez mo­ment za­sta­na­wiała się, czy może ktoś z wio­ski po­trze­buje po­mocy, ale gdy usły­szała pod drzwiami zna­jome szcze­ka­nie, do­my­śliła się, że to młody le­śni­czy Ka­mil Gry­giel z Sza­ri­kiem. Nie my­liła się. Gdy tylko drzwi się otwo­rzyły, do sieni wpadł wil­czur, a za­raz za nim wszedł mąż Leny. Jedną ręką strze­py­wał z sie­bie białe płatki śniegu, a w dru­giej dzier­żył torbę so­lid­nie wy­pchaną spra­wun­kami.

- Do­bry wie­czór, bab­ciu Mał­go­siu - przy­wi­tał się z uśmie­chem. - Wi­chura taka, że chcia­łem spraw­dzić, czy tu­taj wszystko w po­rządku, bo oba­wiam się szkód w le­sie, a przy oka­zji przy­wio­złem za­kupy. Mia­łem je przy­wieźć wcze­śniej, ale po pięt­na­stej przy­je­chał sa­mo­chód po drzewo. Lena mi głowę urwie, kiedy się do­wie, że tak późno do­tar­łem do babci.

- Dzię­kuję, Ka­milu. Na­prawdę nie trzeba było. Mam wszystko, co mi po­trzeba - za­pro­te­sto­wała Le­bioda. - Chleb piekę sama, mąkę i cu­kier jesz­cze mam... A mnie, sta­rej, te­raz nie po­trzeba aż tak dużo rze­czy, szcze­gól­nie gdy nikt mnie nie od­wie... - Za­mil­kła na­gle, nie chcąc przy­spo­rzyć mło­demu czło­wie­kowi nie­po­trzeb­nych wy­rzu­tów su­mie­nia. Do­sko­nale wie­działa, że Ka­mil ma aż nadto obo­wiąz­ków i zwy­czaj­nie nie star­cza mu czasu na do­trzy­my­wa­nie jej to­wa­rzy­stwa.

- Ależ ja zro­bi­łem za­kupy z my­ślą o so­bie - za­wo­łał Gry­giel, nieco mi­ja­jąc się z prawdą. - Wpraw­dzie zimą nie za­cho­dzę do babci tak czę­sto jak la­tem, ale przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu je­stem. I wtedy za­wsze coś u babci do­brego ja­dam. - Uśmiech­nął się. - Fakt, po­wi­nie­nem przyjść za dnia, ale mia­łem dziś sprze­daż drewna, mu­sia­łem się roz­li­czyć w nad­le­śnic­twie i po­za­ła­twiać kilka pil­nych te­ma­tów, no i jesz­cze ten nad­pro­gra­mowy za­ła­du­nek po go­dzi­nach urzę­do­wa­nia.

- Bar­dzo ci dzię­kuję. Po­staw za­kupy na stole. - Wzru­szyła się po­stawą męż­czy­zny i fak­tem, że Lena, bę­dąc gdzieś w da­le­kiej War­sza­wie, pa­mię­tała o niej. - Sza­rik, pie­seczku ko­chany, już star­czy. - Bro­niła się przed psią wy­lew­no­ścią. Sza­rik przed ro­kiem miesz­kał u Le­biody kilka mie­sięcy i trak­to­wał dom wiedźmy nie­mal jak wła­sny, a ją samą jak członka ro­dziny. - Po­ziomkę zo­sta­wi­łeś w domu? - zwró­ciła się do Gry­giela.

- Tak, jesz­cze chyba nie jest go­towa na wi­zyty. Naj­le­piej się czuje w le­śni­czówce na swoim spanku pod grzej­ni­kiem. To i tak cud, że do­szła do sie­bie po wy­padku. Prze­szła kilka ope­ra­cji, na szczę­ście wszystko za­go­iło się na niej jak na psie. - Ro­ze­śmiał się, wi­ta­jąc się z Szyszką.

- Mi­nie jesz­cze wiele czasu, za­nim na­bie­rze od­wagi do ży­cia. Pies jak czło­wiek, boi się za­ufać po raz ko­lejny. Lena ura­to­wała tę biedną psinkę...

- Dla­tego Po­ziomka cho­dzi za Lenką krok w krok, no a te­raz, kiedy jej pani bawi w da­le­kim świe­cie, cierpi. Wszy­scy tę­sk­nimy. W domu bra­kuje jej głosu, jej śmie­chu i mu­zyki. Wiesz, bab­ciu, ni­gdy nie przy­pusz­cza­łem, że aż tak bę­dzie bra­ko­wało mi dźwię­ków for­te­pianu. Nie są­dzi­łem, że stanę się me­lo­ma­nem. - Traj­ko­tał, wy­kła­da­jąc z torby pro­dukty na ku­chenny stół.

- Mu­zyka to bal­sam dla du­szy, czło­wiek, słu­cha­jąc Mo­zarta czy Cho­pina, szla­chet­nieje. Może i ja mo­gła­bym kie­dyś przyjść i po­słu­chać. Wła­ści­wie ni­gdy nie mia­łam przy­jem­no­ści słu­chać mu­zyki gra­nej na żywo. - Za­mknęła lo­dówkę i uśmiech­nęła się do Szyszki i Sza­rika do­ka­zu­ją­cych na środku kuchni.

- Oczy­wi­ście, że tak. Za­pra­szamy. Przy­jadę po bab­cię, bo prze­cież do le­śni­czówki stąd jest dość da­leko. A komu jak komu, ale babci na­leży się pry­watny kon­cert za uchro­nie­nie for­te­pianu.

- Dro­biazg. - Mach­nęła ręką, umniej­sza­jąc swoją rolę w ukry­ciu in­stru­mentu przed han­dla­rzami na­sła­nymi przez Wandę, drugą żonę An­drzeja Szejny, która po śmierci męża wy­prze­da­wała ma­ją­tek, by­leby tylko pa­sier­bica ni­czego nie odzie­dzi­czyła. - Ale je­śli tylko Lena ze­chcia­łaby, chęt­nie po­słu­cha­ła­bym, jak gra. Mam na­dzieję, że to nie kło­pot.

- Ależ skąd! - za­pew­nił gor­li­wie Ka­mil, za­raz jed­nak się za­ru­mie­nił. Grane przez Lenę me­lo­die ko­ja­rzyły mu się z in­tym­no­ścią, z ma­gią, z naj­pięk­niej­szymi chwi­lami we dwoje. Gdy tuż po ślu­bie przy po­mocy chło­pa­ków z Za­kładu Usług Le­śnych spro­wa­dził for­te­pian z po­wro­tem do le­śni­czówki, długo pro­sił Lenę, by coś za­grała. Dziew­czyna nie da­wała się prze­ko­nać, bo ostatni raz grała na nim jako mała dziew­czynka. Aż któ­re­goś razu po mi­ło­snych unie­sie­niach, ubrana w zwiewną kusą ko­szulkę, usia­dła do in­stru­mentu. Spod jej pal­ców wy­pły­nęła me­lo­dia, a on stał za­chwy­cony, bo­jąc się swo­bod­niej ode­tchnąć, by nie spło­szyć naj­pięk­niej­szej chwili w swoim ży­ciu.

- W ta­kim ra­zie chęt­nie przy­jadę. Pew­nie smutno ci te­raz sa­memu - po­wie­działa ła­god­nie, od­su­wa­jąc fa­jerkę i sta­wia­jąc na ogniu czaj­nik. Nie py­ta­jąc go­ścia, czy na­pije się her­baty, przy­go­to­wała dwa kubki i wrzu­ciła do nich listki mięty zmie­sza­nej z płat­kami dzi­kiej róży i ja­śminu. - Kiedy Lena wraca?

- Nie­prędko - od­po­wie­dział z wes­tchnie­niem. - Sam ją pro­si­łem, żeby nie przy­jeż­dżała w każdy week­end. Mam cza­sami wra­że­nie, że ta tę­sk­nota mnie za­bija, ale nie chcę jej do­kła­dać zmę­cze­nia. Przy­jeż­dża w piątki póź­nym wie­czo­rem, a w nie­dzielne po­łu­dnie już musi wra­cać. Moja żona jest bar­dzo am­bitna. Speł­nia ma­rze­nia swoje i taty, a ja za­mie­rzam ją w tym wspie­rać. Tę­sk­nię, ale bar­dzo się o nią mar­twię. Cza­sami w pią­tek za­ję­cia trwają dłu­żej, więc tym bar­dziej nie mogę po­zwo­lić, by wra­cała noc­nym po­cią­giem.

- No tak. Ma­rze­nie o stu­diach le­śnych pod­trzy­my­wało ją na du­chu w naj­trud­niej­szych chwi­lach, tyle że bra­kuje mi jej od­wie­dzin - wy­znała szcze­rze Mał­go­rzata i umil­kła. Ką­ciki ust jej opa­dły, a oczy zwil­got­niały. Sama sie­bie zbesz­tała w du­chu, że roz­kleja się jak dziecko, za­miast cie­szyć się szczę­ściem swo­jej ulu­bie­nicy.

- Ja też okrut­nie tę­sk­nię, bab­ciu - po­wie­dział miękko Ka­mil, jakby od­czy­tu­jąc na­strój Le­biody. - Nie mo­głem i nie chcia­łem jej za­trzy­mać.

- Wiem. I to jest wła­śnie mi­łość. Boję się tylko, że... się po­gu­bi­cie. - Mał­go­rzata od­wró­ciła głowę, bo para ude­rzyła w gwiz­dek czaj­nika i roz­legł się pi­skliwy świst.

Ka­mil za­gryzł wargi. Ufał Le­nie bez­gra­nicz­nie, ale z tę­sk­noty różne my­śli przy­cho­dziły mu do głowy. Bał się. Znał ży­cie, sam był prze­cież za­rę­czony i miał usta­loną datę ślubu, gdy jego serce skra­dła mło­dziutka córka prze­ło­żo­nego. Wie­dział, że serce nie sługa, a krew nie woda. A tam, w świe­cie, wśród ró­wie­śni­ków ma­ją­cych te same za­in­te­re­so­wa­nia i pa­sje może się oka­zać, że ktoś o wiele przy­stoj­niej­szy od niego, bar­dziej prze­bo­jowy i z więk­szym po­czu­ciem hu­moru za­wróci jej w gło­wie.

- Lena speł­nia swoje ma­rze­nie, a ja będę ją wspie­rał, choćby nie wiem co - po­wie­dział stłu­mio­nym gło­sem i spoj­rzał na prawą dłoń, na któ­rej po­ły­ski­wała złota ob­rączka, a po­tem upił łyk go­rą­cej her­baty, nie­mal pa­rząc so­bie usta.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
.