1
Latem roku 1917 w północnej wypustce stanu Idaho Robert Grainier uczestniczył w próbie uśmiercenia chińskiego robotnika przyłapanego na kradzieży z magazynów Kolei Międzynarodowej Spokane (a przynajmniej o nią oskarżonego).
Trzech chłopa z ekipy torowej obezwładniło złodzieja, powlekło go długim stokiem ku mostowi, budowanemu właśnie pięćdziesiąt stóp nad nurtem rzeki Moyea. Z Chiniaka płynął nieprzerwany, wezbrany potok śpiewnych słów. A szarpał się, a wił, jak kuna w worku, i jednym wolnym kułakiem tłukł za siebie, w tego, co go taszczył za kark. Grainier, kiedy mijała go ta gromadka, zauważył, że słabo sobie radzą, więc przyszedł im z pomocą i wyszło tak, że zaraz trzymał bosą stopę winowajcy. Naprzeciwko siebie miał pana Searsa z kierownictwa Kolei Międzynarodowej, który bez większego pożytku podtrzymywał złapanego pod pachą i jako jedyny, jeśli nie liczyć niepojmowalnego Chiniaka, odzywał się podczas tego odcinka trasy, na którym musieli się najbardziej wytężyć: "Ech, chłopaki, niech mnie diabli, jeśli uda się nam wgramolić na ten nasyp!". Czyli mamy go wlec aż tam na górę? - chciał zapytać Grainier, ale doszedł do wniosku, że lepiej oszczędzać dech na szarpaninę. Sears zaśmiał się raz, twarz miał pobladłą z wysiłku i ze zgrozy. Wyłożyli się raz wszyscy, padli w piach, wstali, znów padli, Chiniak zawzięcie mielił ozorem, ich czterech nastraszył tak, że cokolwiek zamyślali mu zrobić na początku, teraz już musiał się rozstać z życiem. Nic innego by ich nie zadowoliło, musieli go zrzucić z przęsła.
Zrównali się z grupą innych, było ich ze dwunastu, zrobili sobie pod palącym słońcem przerwę, żeby oprzeć się na narzędziach, otrzeć pot, popatrzeć, co to się wyrabia. Grainier ściskał zrogowaciałą stopę Chiniaka, jakby dostał skurczu w dłoni, sam się zastanawiał, co tu robi, kiedy ten, co trzymał drugą nogę, nagle puścił, klapnął w piach i siedział, dysząc - jeszcze zarobił kopa w oko, zanim Grainier zdążył poskromić wierzgającą swobodnie kończynę.
- Przecież to było tylko dla żartu. Dla żartu - powiedział ten siedzący w piachu, po czym zwrócił się do kolegi: - Dajmy już spokój, Jelu Toomisie, no jak to tak.
- Jak mam go puścić - odparł pan Toomis - jak go za kark capnąłem? - I parsknął śmiechem, choć twarz przez chwilę miał zmąconą dezorientacją.
- No, ja tam go trzymam! - krzyknął Grainier, mocniej zaciskając dłonie na stopach tego małego czorta. - Trzymam drania i na mnie możecie liczyć!
Grupa egzekucyjna dotarła na środek ostatniego ukończonego przęsła, sześćdziesiąt stóp nad bystrzynami. Robili, co mogli, żeby zrzucić Chiniaka w wodę. On jednak przechytrzył ich, najpierw czepiał się ich rąk i nóg, łzawo mamląc coś po swojemu, po czym nagle puścił, jedną dłonią chwytając belkę za sobą. Bez problemu rozpędził kopniakami tych, co go tam zaciągnęli, tym łatwiej, że sami chcieli się go pozbyć, po czym przerzucił się za barierkę i zawisł w powietrzu, ręka za ręką przenosząc się nad rzeką po szkieletowej konstrukcji następnego przęsła. Wtedy nadbiegł kolega Toomisa i balansując na belce, próbował kopać Chiniaka po palcach. On jednak jak akrobata cyrkowy zeskakiwał na kolejne, coraz niższe legary kratowej konstrukcji. Paru chłopaków z ekipy roboczej kibicowało uciekinierowi, inni, choć nie do końca wiedzieli, co tam przeskrobał, wrzeszczeli, że trzeba drania powstrzymać. Pan Sears z kabury przy pasie wyciągnął wielki, stary, czterostrzałowy rewolwer na proch czarny i wypalił wszystkie naboje, bez skutku. Chiniak zdążył już zniknąć.
Maszerując do domu po tym zajściu, Grainier odbił z drogi o dwie mile, zawadził o sklep w wiosce Meadow Creek przy linii kolejowej, żeby dla żony Gladys i córeczki Kate kupić butelkę tynktury z korzenia kolcorośli od firmy Hood. Zgrzał się, jak przez las szedł pod górę do swojej chaty, więc zanim pokonał ostatnią milę, zatrzymał się na kąpiel w rzece Moyea, kawałek w górę nurtu od wsi, gdzie koryto było głębsze.
Był sobotni wieczór, więc wielu chłopaków z ekipy torowej z Meadow Creek zebrało się w tym miejscu, przygotowując się na zabawę - kąpali się w ubraniach, a potem siadali na skałach, żeby wyschnąć, zanim ostatnie promienie słońca przestaną zaglądać do kanionu. Zostawiali na brzegu buty i kalosze, powoli wchodzili, aż woda sięgała im do ramion, darli się i chlapali. Niejeden sączył już whiskey z flaszki, walcząc z dreszczami po ablucjach. Tu i ówdzie nad wodę wystawało tylko ramię, dłoń zaciśnięta na nędznym kapeluszu - znak, że ktoś mył włosy. Grainier nie zauważył nikogo znajomego, trzymał się na uboczu, nie spuszczał oka ze swoich kaloszy i butelki tynktury.
Idąc do domu w gęstniejącym mroku, wszędzie prawie natykał się na Chiniaka. Chiniak na drodze. Chiniak wśród drzew. Chiniak kroczący cicho, z dłońmi zwisającymi ze sznurowatych ramion. Chiniak tanecznym, pajęczym ruchem wyskakujący z potoku.
Dał żonie tynkturę. Gladys siedziała w łóżku przy westfalce, karmiła piersią małą - rozłożył ją atak kataru siennego. Bez problemu pokonałaby słabość, zrobiła pranie, oporządziła ziemniaki i pstrąga na kolację, ale wprowadzili zwyczaj, że z bolącą głową i zapchanym nosem mogła sobie poleżeć, dostawała flaszkę czy dwie słodkawego napoju od Hooda i miała wolne od zajęć domowych. Córeczka Grainiera wyglądała na dotkniętą tą samą przypadłością. Oczy miała troszkę zaropiałe, gdy siorbała i sapała przy piersi matki, z nosa wydychała wahadełka smarków. Kate miała cztery miesiące, wciąż była kompletnie łysa. Wydawało się, że nie poznaje taty. Taki katarek nie był dla niej groźny, chyba że przeszedłby w kaszel.
Grainier stał przy stole w jednoizbowej chacie, zdjęty niepokojem. Był pewien, że kiedy wlekli tego Chiniaka, ten rzucił na nich jakąś potężną klątwę, która mogła się skończyć każdym paskudztwem. Młody Grainier, choć teraz nie potrafił pojąć szału owego popołudnia, choć zdumiewała go przemoc, której dał się ponieść jak ziarnko na wietrze, wciąż żałował, że nie zatłukli tego Chiniaka, zanim ich nie wziął i przeklął.
Usiadł na skraju łóżka.
- Dziękuję, Bob - powiedziała mu żona.
- Dobra nalewka?
- Bardzo dobra. Dzięki, Bob.
- Jak myślisz, nasza mała czuje ją w twoim cycusiu?
- No pewnie, że tak.
Często po nocy słyszeli, jak pociąg linii Kolei Międzynarodowej Spokane w drodze na północ mija Meadow Creek, dwie mile w dół wąwozu. Tym razem także obudził go daleki gwizdek. Ocknął się na sienniku, bez Gladys.
Siedziała przy Kate, na ławeczce obok westfalki - ze ścian garnka zdrapywała wystygłą owsiankę i dawała ją małej do zessania z opuszka palca.
- Gladys, jak myślisz, ile ona już rozumie? Tak mniej więcej jak szczeniaczek?
- Szczeniak wyżyje już sam, kiedy tylko suka odstawi go od cycka - odparła.
Czekał, aż wyjaśni, o co jej dokładnie chodzi. Często wyprzedzała go myślami.
- Ludzkie dziecko tak nie może - podjęła - nie da rady samo żyć, kiedy matka już je odstawi. Pies wie więcej niż niemowlak, póki dziecko nie nauczy się słów. I to nie jakichś paru słów. Pies chowany w domu też zna trochę słów, tyle co i niemowlak.
- Ile słów, Gladys?
- No wiesz, jak mu każesz robić sztuczki, dajesz polecenia.
- Ale powiedz parę takich słów, Glad. - Było ciemno, chciał wciąż słyszeć jej głos.
- Wiesz, przynieś, i chodź, i siad, i leż, i zostaw. Co tylko umie zrobić, to zna komendę.
W mroku czuł, że oczy córki zwróciły się ku niemu, jak u zaszczutego zwierza. To tylko własne myśli go mamiły, ale po plecach jakby ściekła zimna struga. Zadrżał, podciągnął kołdrę aż pod brodę.
Do końca życia Robert Grainier pamiętał ten właśnie moment z tej dokładnie nocy.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.