Sny bogów i potworów. Tom 1 - Laini Taylor

-
Proszę czekać

Lody z okazji koszmaru

Brzęczące nerwy i rozwrzeszczana krew, dzikie i rozjuszone, i zajadłe, i paraliżujące, i straszliwe, i straszliwe, i straszliwe...

- Eliza. Eliza!

Głos. Jasny, czysty. Eliza się obudziła. Czuła się, jakby spadała i wylądowała na czymś twardym.

- To był sen - usłyszała swój głos. - To tylko sen. Nic mi nie jest.

Ile już razy wypowiadała te słowa? Więcej niż potrafiłaby zliczyć. Ale po raz pierwszy do człowieka, który bohatersko wpadł do jej pokoju, ściskając w ręce młotek, żeby ją ocalić przed mordercą.

- Krzyczałaś... - powiedział jej współlokator Gabriel i rozejrzał się po kątach, ale nie znalazł nikogo. Był rozczochrany, zaspany i rozgorączkowany, gotów zadać cios uniesionym w górę młotkiem. - Ale tak naprawdę. Strasznie krzyczałaś.

- Wiem - odparła Eliza. Miała zupełnie zdarte gardło. - Czasem mi się zdarza. - Podniosła się. Serce jej waliło jak artyleryjska kanonada, złowrogo i dogłębnie, wprawiając całe ciało w wibracje. Chociaż wyschło jej w ustach i płytko oddychała, usiłowała nadać głosowi nonszalancki ton. - Przepraszam, że cię obudziłam.

Zamrugał i opuścił młotek.

- Nie rozumiesz. Nigdy w życiu nie słyszałem, żeby ktoś tak krzyczał. To był wrzask jak z horroru.

Wyglądało na to, że trochę mu nawet zaimponowała. "Idź stąd, chciała powiedzieć. Proszę cię". Ręce zaczynały jej się trząść. Niedługo nie będzie w stanie nad tym zapanować, a nie chciała świadków. Uderzenie adrenaliny po takim śnie bywało nieprzyjemne.

- Nic mi nie jest, słowo. Dobra? Ja tylko...

Cholera.

Zaczęła się trząść. Ciśnienie jej rosło, czuła pieczenie pod powiekami i wszystko zaczęło się wymykać spod kontroli.

Cholera cholera cholera.

Zgięła się wpół i kiedy wreszcie zawładnął nią szloch, ukryła twarz w kołdrze. Sny były straszne - naprawdę straszne - ale to, co potem, gorsze, bo była już świadoma, ale nadal bezsilna. Panika - panika, i to jaka - trwała, ale pojawiało się coś jeszcze. Towarzyszyło każdemu ze snów, ale nie znikało razem z nim, tylko zostawało jak wyrzucone przez fale. Coś potwornego. Cuchnący trup lewiatana porzucony na wybrzeżu jej umysłu, żeby zgnił. Wyrzuty sumienia. Choć to nijak nie oddawało tego, co czuła. Uczucie, z którym zostawiały ją sny, wyglądało jak lśniące ostrza paniki i strachu, spoczywające na poczuciu winy, czerwonym, treściwym i jątrzącym rany.

Skąd ta wina? To było najgorsze ze wszystkiego. To było... Boże, nie do nazwania i nie do zniesienia. Bardzo nie do zniesienia. Nikt nie zrobił nic gorszego, nigdy i nigdzie, a winę ponosiła ona. Kiedy udawało jej się zdystansować od snu, potrafiła pozbyć się myśli o tej winie jako niedorzecznej.

Nie zrobiła i nigdy by nie zrobiła... tego.

Ale kiedy sen ją oplątywał, nic nie miało znaczenia. Nie było argumentów, sensu, nie działały nawet prawa fizyki. Przerażenie i poczucie winy władały wszystkim.

Masakra.

Szloch w końcu ustał i podniosła głowę. Gabriel siedział na skraju łóżka. Był przejęty i zaniepokojony. Gabriel Edinger emanował szelmowską ogładą, która sugerowała, że ma całkiem dużą szansę związać swoją przyszłość z eleganckimi muszkami. A może i z monoklem. Był neurobiologiem i pewnie najmądrzejszym człowiekiem, jakiego Eliza znała, a do tego jednym z najmilszych. Oboje pracowali w Narodowym Muzeum Historii Naturalnej Smithsonian's - NMHN - i przez ostatni rok się przyjaźnili, choć nie do końca byli przyjaciółmi, aż dziewczyna Gabriela zrobiła doktorat i wyjechała do Nowego Jorku na dalsze badania, a on zaczął szukać współlokatora, żeby się wyrabiać z czynszem. Eliza wiedziała, że to ryzykowne spędzać z kimś godziny pracy i czas po pracy, właśnie z tego powodu. Tego.

Krzyki. Szlochy.

Odpowiednio zmotywowanemu osobnikowi nie zajęłoby dużo czasu dotarcie do... całej tej nienormalności, na której zbudowała swoje życie. Czasem wydawało jej się, że próbuje układać podłogę na ruchomych piaskach. Ale przez jakiś czas sen się nie pojawiał, więc dała się skusić złudzeniu i udawała, że jest zwyczajna i ma tylko normalne troski właściwe dwudziestoczteroletniej doktorantce z niewielką pensją. Presja ze strony promotora, paskudny kolega z laboratorium, podania o granty, czynsz...

Potwory.

- Przepraszam - powtórzyła. - Już chyba wszystko w porządku.

- To dobrze. - Po chwili niezręcznej ciszy spytał dziarsko: - To co, może herbata?

Herbata. Przebłysk normalności.

- Tak - odparła Eliza. - Poproszę.

Gabriel poszedł nastawić czajnik, a ona spróbowała doprowadzić się do ładu. Włożyła szlafrok, opłukała twarz, wydmuchała nos i zerknęła na siebie w lustrze. Zapuchnięta, z przekrwionymi oczami. Po prostu cudownie. Miała ładne oczy. Komplementowali je nawet obcy ludzie. Duże, okolone długimi rzęsami i jasne. Oczywiście, kiedy białka nie były przekrwione od płaczu. Zwykle były o kilka tonów jaśniejsze od skóry, więc wydawało się, że lśnią. W tej chwili, przyznawała z dreszczem niepokoju, wyglądały na trochę... szalone.

- Nie jestem wariatką - poinformowała swoje odbicie, a w stwierdzeniu tym usłyszała afirmacyjną nutę: pewność siebie była mile widziana i zwykle udawało się ją przywołać. Nie zwariowałaś i nie zwariujesz.

Ale znacznie głębiej biegła inna, desperacka myśl.

Mnie to nie spotka. Jestem silniejsza niż inni.

Najczęściej w to wierzyła.

Gdy dołączyła do Gabriela w kuchni, zegarek na piekarniku wskazywał czwartą rano. Herbata stała na stole, a obok otwarty kubełek lodów z wetkniętą w środek łyżką. Gabriel wskazał na nie.

- Lody z okazji koszmaru. Moja rodzinna tradycja.

- Serio?

- Naprawdę.

Przez chwilę Eliza próbowała sobie wyobrazić lody jako rodzinną tradycję z okazji jej koszmarów, ale nie zdołała. Kontrast był zbyt wyraźny. Sięgnęła po łyżkę.

- Dzięki.

Milczeli. Trochę zjadła, wypiła kilka łyków herbaty, cały czas w napięciu oczekując pytań, które musiały przecież nastąpić.

"Co ci się śni, Elizo?"

"Jak mam ci pomóc, skoro ze mną nie rozmawiasz, Elizo?"

"Co jest z tobą nie tak, Elizo?"

Już to wszystko słyszała.

- Śnił ci się Morgan Toth, przyznaj - zaczął Gabriel. - Morgan Toth i jego wydęte wargi?

No dobra, tego jeszcze nie słyszała. Wbrew wszystkiemu się roześmiała. Morgan Toth był jej wrogiem, a jego usta faktycznie nadawały się na motyw sennego koszmaru, ale nie, jednak nie o to chodziło.

- Nie chcę o tym mówić.

- O czym? - spytał Gabriel niewinnie. - Jakie "to" masz na myśli?

- Sprytnie! Ale mówię poważnie. Wybacz.

- Rozumiem.

Kolejna łyżka lodów i kolejna chwila ciszy, przerwana kolejnym nie całkiem pytaniem.

- W dzieciństwie też miałem koszmary - chciał jej ułatwić sprawę. - Przez jakiś rok. Były naprawdę straszne. Jak moi rodzice o tym opowiadają, wydaje się, że zmieniły całe nasze życie. Bałem się spać, więc miałem różne rytuały i przesądy. Próbowałem nawet handlować. Oferowałem ulubione zabawki, jedzenie. Podobno raz zaproponowałem na swoje miejsce mojego starszego brata. Ja tego nie pamiętam, ale on się zaklina, że tak było.

- Komu go zaproponowałeś?

- Im. Tym ze snów.

Im.

Iskra zainteresowania, nadziei. Idiotycznej nadziei. Eliza też miała swoich "ich". Wiedziała, że są tylko wytworem jej umysłu i nie istnieją, ale po śnie nie zawsze udawało jej się zachować racjonalność.

- Kim byli oni? - spytała, zanim zorientowała się, co robi. Skoro nie zamierzała mówić o swoich snach, nie powinna też węszyć w jego. To prawo sekretów świetnie znała: "Nie pytaj, bo spytają ciebie".

- Potworami - odparł ze wzruszeniem ramion i Eliza natychmiast straciła zainteresowanie. Nie na wieść o potworach, tylko z powodu jego obojętnego tonu. Każdy, kto wypowiadał słowo "potwór" takim tonem, z całą pewnością nie spotkał jej potworów.

- To, że ktoś cię ściga, jest jednym z najczęstszych motywów sennych - oznajmił Gabriel i kontynuował wywód, a Eliza popijała herbatę, co jakiś czas podjadała łyżkę lodów z okazji koszmaru i kiwała głową w odpowiednich miejscach, ale tak naprawdę wcale nie słuchała. Już dawno temu przeanalizowała teorię snów i w niczym jej to nie pomogło. Na koniec Gabriel stwierdził, że sny "są manifestacją naszych lęków na jawie" oraz że "wszyscy je mają". Mówił łagodnie i uważnie, jakby właśnie rozwiązywał jakiś jej problem.

Eliza miała ochotę spytać: "I wszyscy dostają w wieku siedmiu lat rozrusznik serca, bo "manifestacje ich lęków na jawie" doprowadzają do arytmii?"

Ale nie spytała, bo takie smaczki najłatwiej zapamiętać i potem ludzie powtarzają je sobie na bankietach jako ciekawostkę.

"Wiedziałeś, że Eliza Jones miała w wieku siedmiu lat wszczepiony rozrusznik serca, bo od koszmarów sennych dostawała arytmii?"

"Naprawdę? Coś niebywałego!"

- I co się stało? - spytała. - Co się stało z twoimi potworami?

- Naprawdę zabrały mojego brata i mnie dały spokój. Wystarczy, że co roku na świętego Michała składam w ich intencji ofiarę z kozy, ale to naprawdę niewielka cena za spokojny sen.

Eliza się roześmiała.

- Skąd bierzesz kozy? - podchwyciła.

- Jest taka świetna farma w Maryland. Certyfikowane kozy na ofiarę. Są też owieczki, jeśli ktoś woli.

- A kto by nie wolał? I czemu, do diabła, akurat na świętego Michała?

- Nie mam pojęcia. Akurat mi przyszło do głowy.

Eliza była mu bardzo wdzięczna, bo się nie wtrącał, a lody, herbata i nawet wkurzenie na ten jego uniwersytecki bełkot pomogły załagodzić następstwa snu. Śmiała się! To było naprawdę coś.

A później zawibrowała jej leżąca na blacie komórka.

Kto mógł dzwonić o czwartej rano? Sięgnęła po telefon...

...a kiedy zobaczyła numer, wypuściła komórkę z ręki. A może nawet nią cisnęła. Z hukiem odbiła się od szafki i runęła na podłogę. Przez moment Eliza liczyła, że padła. Leżała cicho. Jakby martwa. Ale... Bzzzzzzz. Czyli przeżyła.

Czy kiedykolwiek wcześniej żałowała, że nie zepsuła telefonu?

To tylko numer. Same cyfry. Bez imienia. Dlatego, że Eliza nie wpisała go do książki telefonicznej. Myślała, że może już nie pamięta. Ale jak go zobaczyła, wróciła każda chwila życia, które miała, zanim... zanim uciekła. To w niej było, niezmienione. Poczuła się, jakby ktoś jej przykopał w brzuch. Ból był równie przeszywający i jego też nie łagodził czas.

- Coś się stało? - spytał Gabriel.

Schylił się i podniósł telefon.

W ostatniej chwili się powstrzymała, żeby nie powiedzieć: "Nie dotykaj!", ale wiedziała, że to by było głupie. Odruchowo sięgnęła po aparat, gdy jej podał, i odłożyła na stół, choć wciąż wibrował.

Gapiła się na niego. Jak ją znaleźli? Jak?! Zmieniła nazwisko. Zniknęła. Przez cały czas wiedzieli, gdzie jest? Obserwowali ją? Ta myśl ją zmroziła. Lata wolności mogły być tylko złudzeniem.

Wibrowanie ustało. Połączenie przeszło do poczty głosowej i serce Elizy znów się rozszalało z siłą kanonady. Uderzenie za uderzeniem przeszywało ją całą. Kto to mógł być? Jej siostra? Jeden z "wujków"?

Matka?

Ktokolwiek to był, Eliza miała tylko chwilę na zastanawianie się, czy zostawi wiadomość - i czy ona ośmieli się ją odsłuchać, jeśli tak - bo telefon znów zawibrował. To nie wiadomość z poczty głosowej. To SMS.

Brzmiał: "Włącz telewizor".

Włącz telewizor?!

Eliza zagapiła się na wyświetlacz, kompletnie skołowana. Dlaczego? Co takiego miała zobaczyć? Nawet nie miała telewizora! Gabriel wpatrywał się w nią w napięciu, a ich spojrzenia zbiegły się w chwili, gdy usłyszeli pierwszy krzyk. Eliza prawie wyskoczyła ze skóry i poderwała się z krzesła. Gdzieś z zewnątrz dobiegł długi wrzask bez słów. A może to było w środku? Głośny. Czyli jednak w budynku. Nie, chwileczkę. To w ogóle ktoś inny. Co się do cholery dzieje? Ludzie byli... w szoku? Krzyczeli z radości? Z przerażenia? Wtedy zawibrował także telefon Gabriela i świadomość Elizy zarejestrowała powódź SMS-ów. Bzz bzz bzz bzz bzz. Tym razem to przyjaciele, w tym Taj z Londynu i Catherine, która była na badaniach w Afryce Południowej. Każdy brzmiał trochę inaczej, ale ich przekaz był taki sam. Niepokojące polecenie: "Włącz telewizor".

"Oglądasz to?!".

"Obudź się. TV. Szybko".

I wreszcie ostatni. Po nim Eliza miała ochotę skulić się gdzieś w pozycji embrionalnej i przestać istnieć.

"Wróć do domu. Przebaczymy ci".

Przybycie

Pojawili się w poniedziałek, w środku dnia, na niebie nad Uzbekistanem. Pierwszy raz wypatrzono ich ze starego Szlaku Jedwabnego w Samarkandzie, gdzie zgromadziły się ekipy wiadomości TV, pragnące nakręcić materiał o... Przybyszach.

O aniołach.

Łatwo ich było policzyć, bo zlatywali w nienagannych falangach. Dwadzieścia oddziałów po pięćdziesiąt aniołów. Tysiąc. Ruszyli na północ, na tyle blisko ziemi, że ludzie stojący na dachach i drogach dostrzegali falujący biały jedwab szat i słyszeli vibrato i tremolo harf.

Harf.

Media szalały. Na całym świecie przerwano programy radiowe i telewizyjne. Dziennikarze pędzili do studiów, bez tchu i bez tekstu. Przerażenie, panika. Oczy jak spodki, głosy piskliwe i nieswoje. Telefony całego świata zaczęły dzwonić, a następnie wszędzie zapanowała cisza, bo nadajniki sieci komórkowych przeładowały się i padły. Śpiąca część planety została obudzona. Połączenia internetowe osłabły. Ludzie szukali innych ludzi. Na ulice wyległy tłumy. Głosy zlewały się i rywalizowały z sobą, narastały i wspinały się na szczyty. Rozróby. Pieśni. Starcia.

Śmierć.

I narodziny. Pewien komentator radiowy nazwał dzieci urodzone podczas Przybycia "cherubinkami" i jemu przypisuje się też plotkę, jakoby miały na małych ciałkach znamiona w kształcie piór. Była to oczywiście nieprawda, ale i tak wnikliwie im się przyglądano, żeby wychwycić najmniejsze przejawy świętości albo magicznych mocy.

Tego dnia, dziewiątego sierpnia, czas podzielił się gwałtownie na "przed" i "po" i nikt ze świadków nie miał zapomnieć, gdzie był, kiedy "to" się zaczęło.

Kazimir Andrasko, aktor, duch, wampir i debil, przespał całą tę imprezę, choć później się zarzekał, że doznał zamroczenia w czasie lektury Nietzschego - upierał się, że stało się to dokładnie w chwili Przybycia - i doznał bolesnej wizji końca świata. Miał być to początek czegoś wielkiego, ale jego idiotyczny plan spełzł na niczym, kiedy Kaz dowiedział się, jakiego zachodu wymaga założenie sekty.

Zuzana Nováková i Mikolas Vavra znajdowali się w A?t Benhaddou, najsłynniejszej kasbie w Maroku. Mik skończył się właśnie targować o antyczny srebrny pierścionek (no dobrze, być może antyczny i być może srebrny, ale na pewno pierścionek), kiedy nagle wybuchło zamieszanie. Schował pierścionek głęboko do kieszeni, skąd miał go przez dłuższy czas nie wyjąć.

Dołączyli do miejscowych, stłoczonych w jakiejś kuchni, i oglądali z nimi arabskie wiadomości. Co prawda nie rozumieli ani komentarza ze studia, ani okrzyków poruszenia wokół, ale ogarniali kontekst tego, co się dzieje. Wiedzieli, kim są anioły, a może raczej, kim nie są. W niczym nie umniejszało to jednak wstrząsu, jaki wywołał widok nieba pełnego skrzydeł.

Tyle ich było!

To Zuzana wpadła na pomysł "zwrócenia wolności" półciężarówce zaparkowanej przed turystyczną restauracją. Zwyczajność i przyzwoitość były już na tym etapie tak względne, że przygodna kradzież samochodu nie wydawała się niczym niezwykłym. Zuzana się nie wahała: wiedziała, że Karou nie ma dostępu do wiadomości, więc musi ją ostrzec sama. Gdyby było trzeba, ukradłaby i helikopter.

Esther Van de Vloet, emerytowana handlarka diamentami i wieloletnia wspólniczka Brimstone'a, a także lipna babcia jego ludzkiej trzódki, wyprowadzała właśnie swoje mastify na spacer niedaleko domu w Antwerpii, kiedy dzwony u Najświętszej Maryi Panny zaczęły bić zupełnie nie w porę. Nie wybiła jeszcze pełna godzina, a nawet gdyby wybiła, to i tak ich dźwięk wyrażał skrajne podenerwowanie, a wręcz histerię. Esther, która nie miała genu nerwowości, a tym bardziej histerii, żyła w gotowości, odkąd czarne odciski dłoni podpaliły drzwi w Brukseli i zmiotły je z powierzchni ziemi. Uznawszy, że to mogło być właśnie to coś, na co czekała, dziarsko ruszyła do domu, a psy, wielkie jak lwice, sunęły u jej boków.

Pierwsze minuty relacji na żywo Eliza Jones oglądała w laptopie współlokatora, ale kiedy połączenie internetowe się zerwało, ubrali się szybko, wskoczyli do auta Gabriela i pojechali do muzeum. Mimo bardzo wczesnej pory nie byli wcale pierwsi. Strumień kolegów spływał do piwnicznego laboratorium i gromadził się przy telewizorze.

Niedowierzanie sprawiło, że byli oszołomieni, a ich tak zwany zdrowy rozum czuł się urażony, że coś takiego ośmieliło się pokazać na niebie. Oczywiście, że to kaczka dziennikarska! Gdyby ci aniołowie byli prawdziwi - co oczywiście jest całkiem niedorzeczne - czy nie powinni choć odrobinę mniej przypominać obrazki z podręcznika do szkółki niedzielnej?!

Byli zbyt doskonali. Jasne, że to jakaś podpucha.

- Jezu, wyłączcie te harfy - żachnął się paleobiolog. - Mogą człowieka wykończyć.

Jednak to naukowe podejście wkrótce zmieniło się w prawdziwe napięcie, bo żadne z nich nie było przecież głupie i widziało, że w teorii wielkiej ściemy pojawiają się ziejące dziury. Tym bardziej załamywało się ich racjonalne podejście, im więcej śmigłowców ośmieliło się zbliżyć do skrzydlatych gości, a materiały filmowe stawały się coraz wyraźniejsze i coraz mniej szkółkowo-niedzielne.

Nikt nie chciał przyznać na głos, że to wyglądało... realistycznie.

Choćby skrzydła. Miały co najmniej trzy i pół metra rozpiętości, a każde piórko otoczone było oddzielnym jęzorem ognia. Opadały i unosiły się bezszelestnie, z niezwykłą gracją, a jednocześnie imponująco. Taki efekt wydawał się niemożliwy do osiągnięcia przez żadną współczesną technologię.

- Może to się dzieje tylko w komputerze - zasugerował Gabriel. - Coś w stylu Wojny światów Wellsa, tylko w XXI wieku.

Rozległ się zbiorowy pomruk, ale nikt tego nie kupił.

Eliza stała w milczeniu i patrzyła. Jej przerażenie było innego gatunku niż ich: znacznie bardziej zaawansowane. Zresztą nic dziwnego. Narastało w niej przez całe życie.

Anioły.

Anioły. Po wydarzeniach na moście Karola w Pradze, kilka miesięcy wcześniej, musiała wyhodować odpowiednią dawkę sceptycyzmu, żeby to przeżyć. Tamto to mogła być inscenizacja. Trzy anioły; były, zniknęły, żadnych dowodów. Ale wyglądało na to, że świat z zapartym tchem czekał na coś, co nie pozostawi wątpliwości. Ona też czekała. No i się doczekali.

Pomyślała o komórce, którą specjalnie zostawiła w mieszkaniu. Zastanawiała się, jakie wiadomości czekały na wyświetlaczu. Myślała też o niesamowicie mrocznej sile, przed którą uciekała w nocy, we śnie. Wnętrzności ścisnęły jej się jak pięść i poczuła pod stopami usuwające się płyty, które układała na ruchomych piaskach swojego drugiego życia. Naprawdę myślała, że przed nim ucieknie? Przecież tu było, zawsze tu było, a życie, jakie na nim zbudowała, wydawało się równie solidne jak slumsy wznoszone przez biedaków na zboczach wulkanów.

Koniec wersji demonstracyjnej.