Snowcastle - DoDoDan
24.23 zł
20.11 zł
(20,60 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
"Zmieniać się, czy też nie?"Ludzie zmieniają się na dobre lub złe
Starczy drobny gest.
Starczy chwila nieuwagi, aby wszystko stracić,
Zmienić się na zawsze,
Nieodwracalnie.
Nigdy nic nie będzie takie samo.
Czas mija, a my wraz z nim
Świat się zmienia, a czy my wraz z nim?
Kiedy bliska nam osoba odejdzie,
Zabierze ze sobą cząstkę nas.
Zmieniamy się...
Kiedy dowiadujemy się czegoś nowego
patrzymy na świat inaczej.
Zmieniamy się...
Zmieniamy się, aby przeżyć,
Dopasować się do sytuacji, ukoić ból.
Kto zwycięzcą jest na prawdę?
Ten co z światem się zmienia,
Ten, który stara się inną drogą do celu iść?
Czy ten kto nigdy się nie zmienia?
Ten, który stara się tą samą droga do celu iść?
Kto jest zwycięzcą?
Ten kto się zmienia, czy ten kto sobą zostaje?
Który z nich dotrze do celu mimo przeciwności losu?
Pytanie ważne zadaję sobie wciąż:
Aby do celu dość muszę sie zmieniać, czy też nie?
Kim się stanę jeśli zmienię się?
Nieznajomy stał pod wielkim, rozłożystym drzewem. Towarzyszyło mu tylko pohukiwanie sów gdzieś w oddali. Nie obawiał się, że zostanie odkryty - o tej porze wszyscy spali, a od najbliższej wioski dzieliło go kilka kilometrów. Mężczyzna miał na sobie ciemny płaszcz, dzięki któremu nie było go widać w tę bezksiężycową noc. Przybysz nazywał się Gerald - był młodszym bratem króla Eternal Rose.
On wiedział, że strażnik nieba - Chors - przez większość nazywany Księżycem zszedł ze swojego posterunku. Działo się tak raz w miesiącu i trwało przez cztery noce. Ludzie powiadali, że kiedy znikał, zostawał zjedzony przez wilki i ich kuzynów wilkołaki, a potem odradzał się.
Ale czy można wierzyć plotkom? Starym wierzeniom ludowym? Nieznajomy w nie wierzył. Wierzył, że drzewo przed którym stoi to, to samo Drzewo, pod którym znajduje się On zakuty w kajdany, aby nie zniszczyć świata. Przybysz dotknął kory, przybliżając do niej głowę. Ciszę przerwały niezrozumiałe słowa. Prastary język, którzy znali tylko nieliczni. Pohukiwanie ustało, a ciszę przerywał jedynie głos Geralda. Gdyby ktoś go teraz słuchał, uznałby, że majaczy w pijackim amoku.
Przybysz odsunął się, wyjmując zza pasa sztylet. Przybliżył go do ręki i naciął ją. Przycisnął ostrze do rany nie zważając na ból. Na jego twarzy pojawił się nieznaczny grymas. Wiedział, że to, co teraz czuje, zostanie hojnie prze Niego wynagrodzone. Krew spływała po szpicu, powoli ściekając na rękojeść noża. Czerwona ciecz spadła na korzeń. Kiedy krople go dotknęły, zaczęły się poruszać. Wspinały się po konarze, tworząc coś na kształt wrót. Gerald podszedł do nich i dotknął pnia. Kora zniknęła, a przed przybyszem pojawiło się przejście. To go wcale nie zaskoczyło. Wiedział jak to ma wyglądać z starych ksiąg, które znalazł na zamku.
Zamaskowany osobnik wszedł do środka. Ujrzał przed sobą kręte schody spowite w mroku. Uśmiechnął się nieznacznie, uświadamiając sobie jak blisko jest końca swej podróży. Kiedy tylko postawił nogę na pierwszym ze stopni, poczuł dziwną aurę. Czuł się niekomfortowo. Zdawało mu się jakby ktoś go obserwował... patrzył na każdy jego ruch. Czuł się osaczony.
Dla przestrogi spojrzał za siebie. Miał przed sobą polanę wysoką trawą. Słychać było tylko szum liści.
Nagle zauważył jakiś ruch w zaroślach. Skupił na nim wzrok, poprawiając dłoń na rękojeści noża. Czekał... Kolejny szelest... Trzask łamanych gałęzi. Gerald wyprostował się. Miał w głowie natłok myśli. Przecież zacierał za sobą ślady... Wybrał dłuższą drogę do drzewa, aby zgubić potencjalnego szpiega...
Znowu szelest, ale tym razem bliżej. Nagle z krzaków wyłoniła się mała sarenka. Spojrzała na mężczyznę chwilę mu się przyglądając. Gerald poczuł ulgę jakby ktoś zdjął mu z barków ogromny głaz. Już myślał, że ktoś go śledził, a to tylko zwierzę. Przybysz odwrócił się napięcie, ignorując sarnę.
Postawił stopę na kolejnym stopniu, gdy nagle korytarz rozświetliło światło. Na ścianach w niewielkich odstępach znajdowały się pochodnie.
Stara magia, pomyślał. Powoli, ostrożnie schodził w dół po krętych, stromych schodach. Kilka minut zajęło mu dotarcie do wielkich, drewnianych drzwi. Dotknął mosiężnej klamki, pchając wrota. Otworzyły się, a ciszę przerwało ich skrzypienie.
- Witaj - usłyszał chrapliwy głos, roznoszący się echem po pomieszczeniu. - Spodziewałem się ciebie.
Gerald znajdował się teraz w niewielkiej komnacie. Z sufitu zwisały korzenie drzewa. Był tak długie, że stykały się z podłogą. W tym pomieszczeniu osobliwa aura była jeszcze bardziej przytłaczająca. Pomieszczenie oświetlała tylko jedna pochodnia. Wziął ją do ręki, przybliżając się trochę do źródła głosu.
Mężczyzna podniósł pochodnię nad głowę i wtedy GO ujrzał. Potężnej postury mężczyznę odzianego w błękitne szaty. Podszedł jeszcze bliżej. Wówczas zobaczył jego wielką, niedźwiedzią łapę przykutą do korzeni drzewa. Natomiast druga ręka była normalna - ludzka. W słabym blasku pochodni zauważył jeszcze jego pokaźne rogi, przywodzące na myśl rogi kozła. Jego wygląd napawał przerażeniem, ale Gerald wiedział, że nie może pokazać swojego strachu. Był pewien, że jeśli On się o nim dowie, uzna go za niegodnego.
Nagle znikąd rozległ tętent końskich kopyt. Wystraszony przybysz rozejrzał się po komnacie i zauważył w rogu pokoju, przykutego do ściany monstrualnego, czarnego jak najmroczniejsze głębiny oceanu konia. Jego grzywa czarna jak smoła, lekko opadała na jego masywną szyję.
- Zwie się Abysso - powiedział więzień. - Nie powinien zrobić ci krzywdy. Przynajmniej kiedy jest przykuty - dodał po chwili złowrogo.
Dreszcz wstrząsnął przybyszem. Miał pewne obawy przed tym potwornym koniem jak i jego Panem. Ale nie po to przebył cały kraj, przepłynął morza, aby teraz bać się więźnia. Miał do wykonania zadanie, a jak to niektórzy mówią: cel uświęca środki. A on właśnie taki był - samolubny, władczy. Podszedł do rogatego, klękając na jedno kolano.
Skazaniec uśmiechnął się, obnażając przy tym swoje kły. On wiedział, po co ten śmiertelnik zszedł do jego celi. On zdał sobie sprawę, że zbliża się Jego czas.
- Przysięgam tobie Wielkiemu Panu Otchłani wierność po kres mego życia - powiedział nieznajomy przykładając rękę na piersi. - Wielkiemu Weselowi, który ziści me wszystkie pragnienia.
I tak narodził się Sługa Zła, który otrzymał moc, jakiej nikt przed nim nie posiadł. Moc, która darem była od Wesela - boga, który pragnął zemsty na swym bracie Perunie. Upadły bóg obdarzył przybysza mocą... mocą mającą przyczynić się do jego uwolnienia.