Snowbody like you - Nikola Enenkiel

Reflow text when sidebars are open.
Winter
Stojąc przed ogromnymi drzwiami tarasowymi, przypatruję się wirującym na wietrze płatkom śniegu. Z uśmiechem unoszę kubek w uroczy print piesków i upijam niewielki łyk gorącej czekolady z jeszcze nieroztopionymi piankami, po czym oblizuję usta ze słodkości.
Sama nie wiem, jak długo obserwuję sypiące się z nieba gwiazdki. Niektórzy powiedzieliby, że to zwykła strata czasu, ja natomiast uważam to za niesamowicie relaksujące. Mogę wyłączyć myśli po ciężkim dniu i marzyć, jak by to było poczuć się niczym ten skrzący płatek. Tak lekko i swobodnie. Nie mając na barkach żadnych obowiązków.
Wzdycham i biorę kolejny łyk czekolady. Wtedy przy mojej nodze pojawia się Snowie - moja dwuletnia jasnobrązowa suczka maltipoo. Przysiada tuż obok mojej stopy i puchatym ogonem macha w tę i we w tę. Kiedy nawiązujemy kontakt wzrokowy, wydaje z siebie cichy pisk, po czym wskazuje pyszczkiem za szybę, co jasno mi mówi, czego pragnie.
Szybko upijam jeszcze jeden łyk, odkładam kubek na stolik i pędzę do swojego pokoju - ze Snowie depczącą mi po piętach. Wciągam ocieplane legginsy, narzucam gruby sweter, po czym ruszam do przedpokoju, gdzie najpierw ubieram Snowie w kubraczek, a na koniec sama wkładam trapery, kurtkę, czapkę, rękawiczki i owijam się szalikiem. Kiedy obie jesteśmy gotowe, wychodzimy do ogrodu.
Śmieję się głośno, bo moja psina z wesołym szczeknięciem wpada w górę śniegu, a gdy się z niej wygrzebuje, zaczyna biegać w kółko jak szalona. Przystaję obok niewielkiego krzaka zasypanego białym puchem, który zgarniam rękawiczkami, formując z niego śnieżkę. Cmokam na Snowie, a gdy zdobywam jej uwagę, rzucam kulkę w jej stronę. Suczka podskakuje i łapie ją w pysk.
Śnieg zaczyna sypać coraz intensywniej, mimo to ani mi się śni wracać do domu. Zima jest moją ulubioną porą roku i gdyby nie to, że mogę zachorować, spędzałabym na dworze cały dzień. Uwielbiam ten moment, kiedy ulice zaczynają pokrywać się puchem. Kiedy wszędzie pojawiają się świąteczne lampki. Gdy mogę usiąść z kubkiem gorącej czekolady pod kocem, zapalić świeczkę i bazgrząc coś w notesie lub czytając książkę, obserwować, jak za oknem pada śnieg.
Rodzice nazywają mnie śnieżną księżniczką, z czym całkowicie się zgadzam. Kiedy byłam mała, w zimie codziennie wyciągałam ich na sanki, lepienie bałwana czy bitwy na kulki. Do tej pory to uwielbiam i wątpię, aby kiedykolwiek mi przeszło. Imię mojego psa też to potwierdza.
- Snowie! - wołam suczkę. - Chcesz kolejną śnieżkę?
Formuję kulkę i rzucam ją przed siebie. Pech chce, że trafia prosto w czoło mojego ojca, który właśnie pojawia się w drzwiach tarasowych. Parskam śmiechem, ale szybko zakrywam dłonią twarz, by nie widział mojego rozbawienia.
- Przepraszam... - bąkam, nadal chichocząc. - To było niechcący.
Tata unosi kącik ust, dzięki czemu wiem, że nie jest zły, i ściera śnieg z twarzy.
- Powinnaś się już pakować - poleca. - Wyjeżdżamy za dwie godziny.
- Dwie? - pytam z niedowierzaniem. - Dlaczego nie powiedzieliście mi wcześniej? Nie zdążę!
Przedzieram się przez zaspy i zdyszana wpadam do domu. Szybko zrzucam z nóg buty, a tato pomaga mi z kurtką. Biorę Snowie pod pachę i niosę ją do łazienki, by poodklejać z jej sierści zlepione kuleczki śniegu. Następnie wbiegam do pokoju, wyciągam spod łóżka walizkę i zaczynam pakowanie. Snowie w tym czasie leży na materacu i uważnie mi się przygląda.
Wyciągam z szafy głównie grube, ciepłe ubrania - swetry, ocieplane legginsy i bluzy - ale nie zapominam o czymś na ważniejsze wydarzenia. Dopakowuję kosmetyczkę, a na koniec do osobnej torby wrzucam jeszcze ciepłe wdzianka dla Snowie. Wreszcie padam plecami na łóżko. Suczka układa się tuż obok z pyskiem na moim barku. Wsuwam palce w jej miękką sierść i przymykam powieki.
Już nie mogę się doczekać, aż przyjedziemy do White Valley. To maleńkie miasteczko w Wyoming, oddalone od stolicy o nieco ponad dwie godziny drogi. Moja mama się tam wychowała, jednak na studia przeniosła się do Cheyenne wraz z siostrą. To tutaj obie poznały swoich mężów, a w rezultacie zdecydowały się zostać na stałe. Jednak każdą przerwę zimową spędzamy w ich rodzinnym miasteczku, odwiedzając dziadków i wujka.
White Valley to także ośrodek narciarski. Mój wujek, jako jedyny z rodzeństwa, zdecydował się przejąć biznes po swoim ojcu i zaopiekować się jego klubem snowboardowym. Babcia z kolei z pomocą cioci prowadzi niewielką kawiarnię, w której w sezonie zimowym serwuje gorącą czekoladę z piankami z mojego przepisu, a także wiele przepysznych wypieków. Co roku wcielam się w rolę kelnerki, przy okazji zarabiając co nieco z napiwków.
Uwielbiam spędzać przerwę zimową w White Valley. A tym razem zamierzam zostać tam dłużej, co niesamowicie mnie cieszy. Zdecydowałam się zrobić sobie rok przerwy w nauce przed rozpoczęciem studiów, aby poszukać ścieżki, którą chcę podążać w przyszłości. Od jakiegoś czasu kusi mnie projektowanie mody, ale muszę to jeszcze porządnie przemyśleć. Na szczęście rodzice nie mieli nic przeciwko, a ja mogę zatrzymać się u dziadków na dłużej.
Dzwonek telefonu wyrywa mnie z zamyślenia. Sięgam po komórkę i uśmiecham się, widząc na ekranie imię mojej kuzynki, a chwilę później jej twarz.
- A kto to tak słodko drzemie? - Cally świergocze w stronę Snowie. Suczka jednak nic sobie z tego nie robi, tylko poprawia pysk na moim barku, wydając długie westchnienie. - Spakowana?
- Ledwie zdążyłam - jęczę. - Nie wiem, dlaczego byłam przekonana, że wyjeżdżamy w sobotę...
Kuzynka parska śmiechem.
- Dziś jest sobota, Winter. Książki pochłonęły cię tak bardzo, że straciłaś poczucie czasu?
Ściągam brwi i burczę pod nosem coś niezrozumiałego. Czy to moja wina, że znalazłam tak wciągającą serię romansów, że nie mogę się od nich oderwać? Dziś rano skończyłam ostatni tom, a pierwszy zaczęłam czytać jakieś trzy dni temu.
- Grunt, że już to ogarnęłam i przyjedziemy na czas - ucinam. - Pewnie zaraz będziemy się zbierać. A wy?
- Tata już odśnieża samochód. Normalnie bym nie dzwoniła, w końcu zobaczymy się za parę godzin, ale muszę się upewnić, czy spakowałaś jakieś seksowne ciuszki!
Krzywię się na to pytanie.
- Cally, jedziemy wypocząć, pojeździć na snowboardzie, spędzić czas z dziadkami, Cameronem i Olivią, a nie...
- Nawet nie chcę tego słuchać! - przerywa mi tak głośno, że Snowie podnosi głowę i rozgląda się zirytowana, że ktoś śmie zakłócać jej sen. - Winter! Masz osiemnaście lat, a nie trzynaście! Nie możesz w kółko siedzieć w domu z rodziną! W tamtym roku przegapiłyśmy parę świetnych imprez, bo nie dałaś się na nie wyciągnąć. Ale tym razem ci na to nie pozwolę. W White Valley będzie Jake, a ja zrobię wszystko, żeby wreszcie coś się między nami wydarzyło!
Mój grymas się powiększa. Tak, uwielbiam przesiadywać w domu i nieszczególnie przepadam za takimi przyjęciami. Zwłaszcza tymi w White Valley. Są tam dwie drużyny snowboardowe, które rywalizują ze sobą od lat - we wszystkim, nawet w tym, która ekipa urządzi większą i głośniejszą imprezę. A wszyscy dobrze wiemy, co się dzieje na przyjęciach organizowanych przez dwudziestoparolatków. Jakby tego było mało, zawsze w okolicach Nowego Roku organizowane są zawody, którymi żyje całe miasteczko. Mieszkańcy zbierają się przy rampie i oglądają wyczyny snowboardzistów. A potem urządzają jeszcze większe zabawy.
Niestety obawiam się, że Cally tym razem zmusi mnie, żebym udzielała się towarzysko. Do Jake'a, snowboardzisty z drużyny mojego wujka, wzdycha już od ubiegłorocznej przerwy zimowej.
I jest już tak zdeterminowana, że nie spocznie, dopóki on jej nie zauważy.
- Dobra - kapituluję, na co Cally wydaje z siebie entuzjastyczny pisk. - Ale żadnych mini! I jak tylko poczuję się niekomfortowo, wyjdę.
Moja kuzynka przewraca oczami.
- Nie marudź. Będzie świetnie! Może i ty wyrwiesz jakiegoś przystojnego snowboardzistę?
Prycham pod nosem. Znam tych chłopaków od lat. I nie, żaden z nich mnie nie pociąga. W dodatku paru zawodników przeciwnej drużyny śmiało się ze mnie, jak byłam mała. Wujek chciał to jakoś rozstrzygnąć, poszedł nawet porozmawiać z ich trenerem, ale niewiele to dało.
- Muszę kończyć - mamroczę, na co Cally mruży oczy. Dobrze wie, co kombinuję. - Tata coś ode mnie chce. Widzimy się na miejscu.
Rozłączam się, po czym z głośnym westchnieniem odrzucam telefon na łóżko.
Chwilę później tato rzeczywiście ponagla mnie, żebym kończyła się pakować. Gramolę się z łóżka, a tuż za mną Snowie zeskakuje na podłogę. Kiedy tata staje w progu mojego pokoju, zapinam właśnie walizkę. Chwilę później schodzimy na dół, gdzie czeka już mama, i wyruszamy.
Snowie wtula się we mnie i wraca do przerwanej drzemki, a ja zakładam na uszy słuchawki, odpalam czytnik i na dobre dwie godziny zanurzam się w świecie bohaterów powieści.
- O rety, ile tu śniegu napadało! - Głos mamy przebija się przez muzykę.
Unoszę głowę i moje wargi rozciągają się w szerokim uśmiechu, gdy rozpoznaję okolicę. Chłonę krajobraz z takim entuzjazmem, jakbym przyjechała tu pierwszy raz, choć przecież odwiedzam to miejsce każdej zimy bez wyjątku. Serce bije mi radośnie, gdy dostrzegam kolorowe lampki porozwieszane przy domkach i sklepikach, a na widok ogromnej choinki stojącej na środku niewielkiego rynku nie umiem powstrzymać pisku.
Wkrótce zatrzymujemy się przy małym drewnianym domu, przed którym czekają już na nas dziadkowie. Gdy tylko wypadam z samochodu, dziadek porywa mnie w ramiona i ściska mocno. Babcia robi to samo, po czym odsuwa się na krok i przygląda mi błyszczącymi oczami.
- Aleś ty wypiękniała, kochanie...
Śmieję się.
- Widziałyśmy się jesienią, babciu!
- Wiesz, ile czasu minęło? Zdążyłam się stęsknić!
Uśmiecham się do niej szeroko.
- To dobrze, bo w tym roku spędzę tu o wiele więcej czasu niż zazwyczaj - informuję ją. - Zamierzam zostać na całą zimę, o ile ci to nie przeszkadza.
Babcia rozszerza oczy w niedowierzaniu.
- Przeszkadza? Słonko, to cudownie! Annie, wy też zostaniecie dłużej? - zwraca się do mojej mamy.
- Na pewno nie aż tak długo jak Winter. Wzięliśmy urlop, ale w końcu będziemy musieli wrócić do pracy.
Odrzucam z czoła zbłąkany kosmyk włosów i ponownie spoglądam na babcię.
- Z chęcią pomogę ci w kawiarni i...
- I będę się zachowywać, jak na nastolatkę przystało! - krzyczy Cally za moimi plecami.
Zerkam przez ramię i widzę, jak kuzynka biegnie do nas w podskokach. Zaraz też ściska się z dziadkami, a mnie bierze pod łokieć.
- Trzeba korzystać z okazji, a tu aż się od nich roi - dodaje. - Prawda, babciu?
Babcia chichocze, a ja posyłam kuzynce zirytowane spojrzenie. Już się nakręciła.
- Nie bądź nudziarą, Winter. - Szturcha mnie łokciem w bok. - Będziemy się super bawić! Poza tym ja nie mogę zostać tak długo jak ty, więc po moim wyjeździe wrócisz do bycia... sobą. A przy mnie się rozerwiesz i zaszalejesz!
Wzdycham ciężko i zerkam na rodziców, którzy zamiast mi pomóc, śmieją się pod nosem.
- Chodźmy już do środka - burczę, biorąc Snowie na ręce.
Gdy tylko przekraczam próg domu dziadków, od razu poprawia mi się humor. A kiedy dociera do mnie zapach świeżo upieczonych ciasteczek - jestem w siódmym niebie. Zanim jednak skosztuję łakoci, kieruję się do pokoju na piętrze, który zawsze dzielę z Cally podczas naszych pobytów. Stawiam Snowie na podłogę, a ona natychmiast zaczyna biegać, obwąchując teren. Chwilę później tata przynosi moją walizkę i torbę z rzeczami suczki.
Wyciągam legowisko, zabawki oraz miski i układam to wszystko pod oknem, tworząc Snowie jej własny kącik. Wtedy dołącza do nas Cally ze swoim ojcem.
- Macie jakąś godzinę na rozpakowanie się - oznajmia wujek, przystając w progu. - Potem siadamy do obiadu.
Kiwam głową i posłusznie nurkuję w walizce. Cally najwyraźniej nie zamierza zastosować się do polecenia, bo pada na swoje łóżko z głośnym westchnieniem i wyciąga rękę do Snowie, która bez wahania wskakuje na materac, by ułożyć się tuż obok niej.
- Wiesz, czuję, że ta zima będzie inna - rzuca.
- Cally, błagam...
- Nie, nie - przerywa mi. - Mam przeczucie, że wydarzy się coś dobrego.
Zerkam na nią przez ramię i unoszę brew.
- Przeczucie mówi ci, że Jake się w tobie zakocha?
Kuzynka uśmiecha się z rozmarzeniem.
- To też. Ale czuję, że wydarzy się coś niesamowitego - szepcze, jakby zdradzała mi tajemnicę. - Zobaczysz, Winter, to będzie zima naszego życia!
Kręcę głową, śmiejąc się pod nosem. Chciałabym mieć takie podejście do życia. Naprawdę czasami jej tego zazdroszczę.
Cally w końcu podnosi się z łóżka i wygrzebuje ze swojej walizki ciuchy na zmianę. Znika w łazience, aby się odświeżyć, a gdy wraca, schodzimy na dół. W kuchni krzątają się już nasze mamy i babcia. Ojcowie tymczasem siedzą w salonie i kłócą się z dziadkiem o jakąś drużynę hokejową.
Nalewam wody dla Snowie i nakładam jej karmę do miski, a potem przysiadam przy wyspie i zaczynam kroić warzywa. Gdy przygotowujemy obiad, buzie się nam nie zamykają. Każda opowiada o tym, co się u niej wydarzyło w ostatnim czasie, a potem planujemy nadchodzące tygodnie.
Z żywiołowej paplaniny wyrywa nas trzaśnięcie drzwiami. Chwilę później słyszymy męski głos:
- Czy moje ukochane kuzynki już przyjechały? - Spoglądamy na siebie z Cally z szerokimi uśmiechami. - Jesteście!
Zanim się orientuję, Cameron porywa mnie w ramiona i mocno ściska, bujając mną na boki, a na koniec roztrzepuje moje włosy. Burcząc pod nosem, odpycham jego dłoń, na co on rechocze głośno i robi krok w prawo, by uściskać Cally.
Cam jest od nas starszy o cztery lata, a w White Valley nazywają go królem stoku. To właśnie jego ojciec, trener klubu, wpoił mu miłość do jazdy na snowboardzie. Mieszkają tu na stałe. Kiedy tylko spadnie pierwszy śnieg, Cameron biegnie po deskę.
- Stęskniłeś się? - pyta go Cally.
- Za wami? Jasne! - odpowiada kuzyn. - Nie słyszałaś tego w moim głosie? Nie mogłem się doczekać, aż was zobaczę.
Parskam śmiechem. Dobrze wiem, że Cam sobie żartuje. Nie stęsknił się aż tak bardzo, po prostu z natury jest spontaniczny i rozrywkowy, podobnie jak Cally. Z naszej trójki ja zawsze byłam najspokojniejsza.
- Gdzie zgubiłeś Olivię? - dopytuję, bo jego dziewczyna również jest w naszej paczce.
- Przeziębiła się na stoku - odpowiada Cameron z krzywą miną. - Jak tylko poczuje się lepiej, odezwie się do was. Ona też się stęskniła.
Kiwam głową, po czym zsuwam się ze stołka, by przywitać się z wujkiem i ciocią. Teraz, gdy jesteśmy w komplecie, możemy całą rodziną zasiąść do stołu.
- Mike, jak idą przygotowania do zawodów? - zagaduje w pewnym momencie tata.
Wujek przełyka kęs pieczeni i zerka wymownie na syna.
- Świetnie. W zeszłym roku doszło do nas dwóch snowboardzistów, a w tym może dołączy jeszcze jeden. Chłopak naprawdę wymiata. Jeżeli zgodzi się z nami jeździć, nie zostawimy suchej nitki na przeciwnikach.
Cameron potakuje i dodaje:
- Będziemy niepokonani.
Podskakuję gwałtownie, gdy czuję kopnięcie w kostkę. Spoglądam na Cally. Jej oczy błyszczą figlarnie. Niemal widzę, jak trybiki w jej głowie się obracają, gdy obmyśla swój niecny plan.
Wzdycham cicho. Ta zima w White Valley rzeczywiście zapowiada się wyjątkowo.
ASPEN
Przesuwam znudzonym wzrokiem po kilku chłopakach i dwóch dziewczynach, którzy rozsiedli się na drewnianych ławkach pokrytych cienką warstwą śniegu. Wszyscy wokół śmieją się i rozmawiają, a ja zaczynam się zastanawiać, czy dołączenie do tej drużyny było na pewno dobrym posunięciem.
Dwa dni temu, gdy szalałem na stoku, zaczepił mnie jakiś facet i pochwalił mój styl jazdy. Dopytywał, kim jestem. Tłumaczył, że widzi mnie pierwszy raz, a w tym miasteczku przecież wszyscy się znają. Chciałem go spławić, ale nie dawał za wygraną. W końcu powiedział coś, co mnie zaciekawiło. Przedstawił się jako Mike i oznajmił, że jest trenerem tutejszej drużyny Frozen Riders. Dodał, że widziałby mnie wśród zawodników, a potem wyjaśnił, na czym polegają zawody w White Valley. Opowiadał, że są dwie grupy, zawodnicy trenują i ćwiczą triki przez całą przerwę zimową, a pod koniec stają w szranki. Każdy idzie na rampę i pokazuje, co potrafi, sędziowie oceniają jego manewry, punkty wpadają do wspólnej puli i wygrywa drużyna, która zgromadziła ich najwięcej.
Mike zaprosił mnie na zebranie zespołu, ale na początku nie miałem pewności, czy tego właśnie chcę. Taka rywalizacja nie jest w moim stylu. Jednak wieczorem, gdy leżałem już w łóżku, pomyślałem, że w sumie i tak nie mam nic innego do roboty. Przyjechałem do White Valley, aby całe dnie spędzać na desce, więc co mi szkodzi spróbować?
Chociaż teraz, gdy słyszałem ten jazgot, zacząłem wątpić w słuszność swojej decyzji. Może jednak lepiej było samemu kręcić się po stoku?
- Jak tam, riderzy? - rozlega się czyjś donośny głos. - Przymarzły wam już tyłki do ławek?
Przenoszę spojrzenie w prawo, gdzie zza niewielkiej górki wyłania się szeroko uśmiechnięty blondyn z deską pod pachą.
- Gdybyście się wiecznie nie spóźniali, to by nie przymarzły - wypomina mu Jake, bo zebranie miało się zacząć pięć minut temu.
Blondyn przewraca oczami.
- Czepiasz się szczegółów...
Jake parska śmiechem. To on pierwszy podszedł do mnie, żeby się przywitać, gdy się pojawiłem. Opowiedział mi co nieco o drużynie i miasteczku, a także przedstawił pozostałym zawodnikom. Wydaje się naprawdę w porządku.
- To Aspen - mówi teraz, wskazując na mnie kciukiem. - Niedawno przyjechał do White Valley.
- Cześć, stary, jestem Cameron. - Wymieniamy z nowo przybyłym uścisk dłoni. Od Jake'a wiem, że to syn trenera. - Tata mówił mi o tobie. Podobno wymiatasz. Bardzo liczył na to, że uda mu się ciebie zwerbować. Chyba powinienem być zazdrosny...
Unoszę kącik ust.
- A ty podobno jeździsz od małego? Nie mam z tobą szans - odpowiadam.
Cam się prostuje, bo nagle obok nas pojawia się trener.
- Przekonamy się po zebraniu. - Mike patrzy na syna znacząco, po czym przenosi spojrzenie na mnie. - Cieszę się, że postanowiłeś do nas dołączyć. Taki talent nie zdarza się często.
Cameron prycha.
- A ja to co?
W odpowiedzi Mike tylko kręci głową ze śmiechem. Już ma odejść, kiedy rzucam:
- Dzięki za propozycję, trenerze.
Posyła mi krótki uśmiech, po czym klaszcze w dłonie, na co gwar natychmiast cichnie.
Opieram się przedramieniem o deskę i słucham, jak opowiada o strategii na najbliższe zawody. Kiedy wspomina o nowych elementach w snowparku, przenoszę spojrzenie w tamtym kierunku. To jeden z dwóch powodów, dla których tym razem wybrałem White Valley. Zazwyczaj jeździłem do Jackson, ale te tereny są tak oblegane przez turystów, że zaczęło mnie to irytować. Postanowiłem więc, że w tym sezonie wybiorę się w jakieś mniej znane miejsce. Szukałem w internecie czegoś fajnego i w taki sposób natknąłem się na to miasteczko. Okazało się, że mają tu rewelacyjny i wciąż rozbudowywany snowpark z wieloma skoczniami, boxami* oraz dużym half-pipe'em**. Może nie ma aż tylu atrakcji co w Jackson, ale dzięki temu na stoku nie plączą się tłumy, co bardzo sobie cenię. Można spokojnie pojeździć bez konieczności rozpychania się łokciami.
Podczas zebrania ustalamy godziny treningów oraz kolejność występów podczas zawodów. I tak dziewczyny, ja i Jake startujemy mniej więcej pośrodku, a Cameron zamyka stawkę.
- Niezależnie od tego, jaki będzie wynik, pamiętajcie, że przede wszystkim macie się dobrze bawić - dodaje na koniec Mike. - Nie stresujcie się za bardzo. Wrzućcie na luz.
- Ale jednocześnie dajcie z siebie wszystko - wtrąca Cameron. - Chcemy wygrać te zawody, prawda?
Zawodnicy zaczynają się przekrzykiwać i bić brawo, a ja ściągam brwi, widząc ich entuzjazm. Nigdy nie byłem częścią żadnej grupy i chyba nie do końca wiem, jak się zachować. Ale nie zamierzam narzekać, bo dobrze wiedziałem, na co się piszę.
- A teraz na stok! - zarządza trener. - Dzisiaj dam wam czas wolny, ale od jutra zabieramy się do pracy!
Zawodnicy wydają z siebie kolejny radosny okrzyk i podnoszą się z miejsc, by założyć deski. Już wkrótce zjeżdżają z niewielkiej górki, na której się zebraliśmy.
- Dobra, stary. - Cameron zarzuca mi rękę na ramiona. - Pokaż nam, co potrafisz.
Wraz z nim i Jakiem ruszam w stronę wyciągu. Docieramy do snowparku i przystajemy nieco z boku, by obserwować, jak jeden z zawodników wybija się ze skoczni i wykonuje spektakularnego graba***.
- Hej! Zróbcie miejsce dla świeżaka! - woła Cameron.
Oblizuję usta i przewracam oczami, gdy mnie popycha. Jednak bez słowa sprzeciwu przygotowuję się do jazdy. Zakładam deskę, naciągam na nos komin, a na koniec nasuwam gogle. Zacieram dłonie w rękawiczkach, biorę głęboki wdech i szybko skanuję wzrokiem otoczenie. Muszę wiedzieć, gdzie mam jechać, żeby pokazać się z jak najlepszej strony.
Naprawdę trudno mi opisać, co czuję podczas jazdy. Jesteśmy tylko ja i deska, jakby świat wokół przestał istnieć. W jednej chwili wszystkie myśli ulatują z mojej głowy. Mam wrażenie, że ktoś nagle zdjął z moich barków ogromny ciężar, a ja jestem lekki jak piórko. Jakbym latał - co zresztą w pewnym sensie robię podczas wyskoków. A do tego wszystkiego dochodzi buzująca w moich żyłach adrenalina, która napędza mnie jak nic innego.
Na moją twarz wypływa uśmiech, gdy się rozpędzam, aż w końcu docieram do pierwszej przeszkody. Uginam nogi, wjeżdżam wyżej na skocznię, wybijam się, wykonując przy tym backflipa****, po czym bezbłędnie ląduję na śniegu.
Pędzę dalej, przecinając wiatr, który szarpie moimi ubraniami. Podjeżdżam do kolejnej skoczni - i tym razem powtarzam manewr mojego poprzednika. Wybijam się, przyciągam kolana do siebie i zaciskam palce na krawędzi deski. Snowboard uderza w śnieg, a ja otrzymuję głośne owacje. Kręcę głową z rozbawieniem, przejeżdżam jeszcze kawałek i prześlizguję się po jednym z boxów. Później wchodzę w zakręt, tnąc śnieg krawędzią deski, i kieruję się w stronę nowych znajomych. Hamuję dość gwałtownie, posyłając w ich stronę chmurę puchu.
Dysząc ciężko, przenoszę gogle na kask, po czym zrywam z twarzy komin. Ocieram mokry nos i spoglądam na Camerona, unosząc pytająco brew.
- Nie masz ze mną szans, co? - pyta, a ja wzruszam ramionami, uśmiechając się przelotnie. - Zajebiście ci poszło!
- W tym roku na pewno to wygramy - rzuca chłopak, który chyba ma na imię Oscar. - Ostatnim razem byliśmy już tak blisko!
- Stary, powiedz, że będziesz tu przyjeżdżać co roku - prosi mnie inny zawodnik. - Ice Rebels już nigdy z nami nie wygrają!
Ledwo powstrzymuję rechot, gdy słyszę, jak nazywa się drużyna naszych rywali. Skąd oni biorą te nazwy?
- Dzięki - rzucam, bo ich słowa łechczą moje ego.
- A teraz... - Na twarzy Camerona pojawia się szatański uśmieszek. - Chyba czas na mały chrzest nowego. Mam rację, drużyno?
Nawet nie jestem w stanie zareagować, gdy Cam wraz z trzema innymi chłopakami rzuca się na mnie i powala w zaspę. Kaszlę jak wariat, bo śnieg wpada mi do ust, nosa i oczu. Kiedy wreszcie mnie puszczają, łapczywie chwytam powietrze, otrzepuję twarz i wbijam niedowierzający wzrok w śmiejących się do rozpuku nowych kumpli. Jake zgięty wpół ledwo wydusza, że on miał gorzej, bo dodatkowo zjechał w dół stoku.
Normalnie byłbym wściekły za takie zagranie. Ale o dziwo nie jestem. Mało tego - kąciki moich warg nieznacznie się unoszą, a w piersi narasta zalążek rozbawienia. Z każdą kolejną godziną spędzoną w ich towarzystwie denerwują mnie mniej.
Jake podchodzi do mnie i wyciąga rękę. Przyjmuję ją i pozwalam się pociągnąć do siadu. Odpinam wiązania i wysuwam z nich buty, a potem podnoszę się na nogi. Korzystam z tego, że Cameron jest obrócony do mnie plecami, i popycham go, przez co teraz on wpada w zaspę.
- Ej! - woła. - Jeszcze się policzymy!
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje. Od kiedy jestem taki towarzyski i chętny do zabaw?
Przysiadam na śniegu obok Jake'a, a Cameron, gdy już wyczołga się z zaspy, zajmuje miejsce obok mnie. Przenoszę spojrzenie na skocznię przed nami. Tym razem jest na niej jedna z dziewczyn.
- Gdzie nauczyłeś się tak jeździć? - zagaja Jake. - Ja dopiero tutaj dość mocno się podszkoliłem. Trener Mike i chłopaki są niesamowicie dobrzy. Prawdę mówiąc, byłem w szoku, że zaledwie w jeden sezon można się tyle nauczyć. Choć jest jeszcze parę rzeczy, które muszę podszlifować.
- W Jackson - mówię. - Zacząłem jeździć w wieku czternastu lat.
- Ja trochę później. Miałem siedemnaście lat i pojechałem ze znajomymi z liceum w góry. Wypożyczyliśmy sprzęt i poszliśmy na stok. Wtedy się zakochałem w tej adrenalinie i wietrze gwiżdżącym w uszach.
Kiwam głową i dopytuję go jeszcze o wiek. Okazuje się, że i on, i Cameron mają po dwadzieścia dwa lata. Dokładnie tyle, ile ja.
- A jak wylądowałeś w White Valley? - pyta Cam. - Jackson to kolebka snowboardu. Mają o wiele bardziej rozbudowaną infrastrukturę niż my.
Przełykam ślinę, wodząc wzrokiem za jeżdżącymi w oddali ludźmi.
- Tłumy w Jackson skutecznie odstraszają - wyjaśniam. To rzeczywiście jeden z powodów. Z drugiego nie zamierzam się zwierzać. - A tu... jest spokojniej.
- Ja jeździłem do Grand Targhee - dodaje Jake. - Tam też była masa ludzi, a to zniechęcało do jazdy. Ale rok temu moja mama znalazła to miasteczko i stwierdziła, że może warto tu przyjechać. Już pierwszego dnia poznałem Cama. Wywaliłem się, a on mi pomógł. A nieco później zaciągnął mnie do drużyny.
Cameron wyszczerza się w jego stronę.
- I widzisz, jakiego zajebistego snowboardzistę z ciebie zrobiliśmy? Nie ma za co!
- A ty jeździsz od dzieciaka? - zwracam się do Camerona.
- Ta... Miałem jakieś cztery lata, gdy tata pierwszy raz pokazał mi, o co w tym chodzi. Od małego go podziwiałem. Często wykradałem się z domu, brałem okrągłe ślizgacze dla maluchów i udawałem, że to deska. Kiedyś wróciłem z wielkim limem pod okiem.
Jake się śmieje. Ja też unoszę kącik ust w rozbawieniu. Następnie chłopaki zaczynają planować jutrzejszy trening. Przysłuchuję się im i koduję to, co najważniejsze, jednak szybko zaczyna mi się nudzić. Postanawiam jeszcze trochę pojeździć. Gdy tylko moja deska nabiera pędu, ślizgając się w dół stoku, wzdycham z ulgą. Balansuję na niej z taką lekkością, jak gdybym robił to od urodzenia. Oddalam się nieco od innych snowboardzistów, rozpędzam i wjeżdżam na skocznię. Klnę pod nosem, kiedy lądowanie nie wychodzi mi tak dobrze, jak bym chciał. Jednak już przy kolejnej przeszkodzie się poprawiam.
Nie wiem, ile czasu spędzam na stoku, ale w końcu mięśnie zaczynają mnie palić. Postanawiam wrócić do pensjonatu. Gdy tylko przekraczam próg wynajmowanego pokoju, dopada mnie potworne zmęczenie. Biorę prysznic, przebieram się w dres i schodzę do restauracji, żeby zjeść coś ciepłego. Ledwo widzę na oczy, marzę już tylko o śnie, ale mój żołądek domaga się jedzenia.
Z pełnym talerzem siadam przy stoliku pod oknem. Jem późny obiad, przeglądając social media. Nagle pomiędzy kolejnymi filmikami na TikToku moja komórka zaczyna dzwonić. To mama. Tępo gapię się na wyświetlacz, czekając, aż zrezygnuje. Potem wchodzę w listę połączeń i krzywię się, gdy widzę, że również ojciec od paru godzin próbował się do mnie dobić. Zaciskam powieki i wzdycham ciężko.
Gdy aparat znów wibruje, w końcu odbieram.
- No nareszcie! - woła matka bez słowa powitania. - Aspen, wydzwaniam do ciebie od południa!
- Byłem na stoku - burczę.
- Na stoku? - powtarza ze zdziwieniem. - Kiedy wyjechałeś z miasta?
Przełykam ostatni kęs obiadu i sięgam po filiżankę z kawą.
- W czwartek - odpowiadam, zanim upiję łyk.
Matka milknie. Muszę odsunąć telefon od ucha, by się upewnić, że wciąż jest na linii.
Gdy w końcu się odzywa, w jej głosie brzmi jeszcze większa pretensja:
- Wyjechałeś cztery dni temu i nic nie powiedziałeś?
- Przecież każdej zimy wyjeżdżam mniej więcej w tym samym czasie - przypominam jej. - Poza tym wspominałem o tym, kiedy byłem u was ostatnim razem.
- Och, rzeczywiście... - mamrocze. - Przepraszam, mam ostatnio dużo na głowie.
- Mamo, nie dzwonisz tylko po to, by zapytać, gdzie jestem, prawda? To ma związek z ojcem?
Wzdycha głośno.
- Tak - przyznaje. - Próbował się z tobą skontaktować, ale bezskutecznie.
Ciekawe czemu, sarkam w myślach.
- Bo dzwoni tylko w jednym celu.
- Aspen, to twój ojciec...
- Powiedziałem mu, że się nie zgadzam. A on ciągle na mnie naciska.
- Bardzo mu na tym zależy. Wiesz, że jeśli będziesz go unikał, w końcu przyjedzie do Jackson i znajdzie cię.
- Nie znajdzie, bo nie jestem w Jackson.
Mama głośno wciąga powietrze.
- Co? To gdzie jesteś?
- W innym ośrodku - rzucam na odczepnego.
Specjalnie nie podaję nazwy miasteczka. Kocham mamę, ale wiem, że wygadałaby się ojcu, a kontakt z nim to ostatnie, czego w tej chwili potrzebuję.
- Aspen, proszę cię...
- Spędzę tu przerwę zimową, a potem wrócę do Cheyenne. Nic mi nie jest, mamo. Nie musisz się martwić.
- A co ze świętami? - dopytuje cicho, niepewnie.
- Przyjadę do domu - zapewniam. - O ile ojciec nie będzie mnie męczył z firmą.
- Ale...
- Jestem zmęczony, mamo. Chcę się położyć. Zadzwonię jutro.
Rozłączam się, po czym chowam telefon do kieszeni bluzy i wstaję od stolika.
W pokoju usypiam, gdy tylko przykładam głowę do poduszki.
WINTER
- Snowie... - mruczę pod nosem, czując, jak mała cwaniara wciska mi się pod ramię, a potem szturcha mnie zimnym nosem w policzek. Wzdycham cicho, wsuwam palce w jej miękką sierść i przymykam powieki, chcąc pospać jeszcze choć chwilę.
Mam wrażenie, że mija raptem kilka minut, gdy rozlega się budzik. Sięgam po telefon i wyłączam irytującą melodyjkę, a potem przewracam się na plecy i przeciągam. Snowie skacze wokół mnie po kołdrze, wesoło merdając ogonem. Ona zawsze budzi się w dobrym nastroju.
Zwlekam się z łóżka i podchodzę do okna. Odsłaniam roletę, wpuszczając do pokoju światło dnia. Cally nie jest tym zachwycona - jęczy i dociska poduszkę do twarzy. Uśmiecham się, widząc, jak na zewnątrz mój tato odśnieża podjazd.
- Mamy przerwę zimową, a ty nastawiasz budzik na ósmą? - burczy moja kuzynka. - To zbrodnia w biały dzień!
- Możesz jeszcze spać - rzucam beztrosko. - Ja obiecałam babci, że pojadę z nią po świąteczne dekoracje. Potem będziemy testować nowy przepis na babeczki.
Cally odrzuca poduszkę i posyła mi zaspane spojrzenie.
- Masz szczęście, że jeszcze nie ustaliłam, kiedy snowboardziści organizują pierwszą imprezę - mówi, celując we mnie palcem. - Tylko dlatego dziś dam ci spokój.
W odpowiedzi tylko przewracam oczami, a potem cmokam na Snowie i razem schodzimy do kuchni.
Babcia i mama już się tam krzątają. Na stole piętrzy się stos gorących naleśników. Siadam i od razu zabieram się do jedzenia.
- Macie z Cally jakieś plany na popołudnie? - zagaja mama, zajmując miejsce obok mnie. W rękach trzyma kubek parującej kawy. - Mike planuje zabrać nas wszystkich na stok.
- Obiecałam babci, że rano jej pomogę - przypominam. - Ale później jestem wolna.
Szczerze mówiąc, już nie mogę się doczekać. Może nie jeżdżę zbyt dobrze - w sumie niemal każde moje wyjście na stok kończy się obitym tyłkiem - ale narty czy snowboard to definicja zimy, a ja kocham zimę w każdym jej aspekcie. Poza tym w White Valley sporty zimowe to świętość.
Mama unosi brew, nie kryjąc zdziwienia.
- Cally nie chce cię nigdzie wyciągnąć? Jak tylko przyjechaliśmy, planowała wasze wspólne szaleństwa.
Wykrzywiam twarz w grymasie.
- Wiesz, jaka ona jest. Wszędzie widzi okazję do zabawy. Zamierza wyrwać chłopaka, do którego wzdycha od zeszłej zimy, i wymyśliła, że mnie też musi z kimś zeswatać.
Mama chichocze i upija łyk kawy.
- To chyba nic złego? - Puszcza do mnie oko.
- Znasz mnie, mamo - jęczę żałośnie. - Imprezy snowboardzistów to nie są moje klimaty. A ona nie odpuści... Wiem! Może dasz mi szlaban na wyjścia?
Mama uśmiecha się i wyciąga dłoń, by pogłaskać mój policzek.
- Skarbie, masz osiemnaście lat, nie mogę ci niczego zakazać. Jeżeli naprawdę tego nie chcesz, Cally przecież nie wyciągnie cię z domu siłą. Ale może warto spróbować? A nuż poznasz kogoś miłego?
Marszczę brwi i mierzę ją podejrzliwym wzrokiem.
- Jesteście w zmowie?
W odpowiedzi mama tylko się śmieje, kręcąc głową.
Oczywiście wiem, że dramatyzuję - te imprezy na pewno nie są takie złe - po prostu perspektywa opuszczenia mojej strefy komfortu nie napawa mnie optymizmem. Dodatkowo muszę przyznać Cally rację: co roku spędzałam przerwę zimową tylko z rodziną, pomagałam babci w kawiarni i co parę dni wychodziłam na stok. Poza tym siedziałam pod kocem z książką przekonana, że niczego więcej nie trzeba mi do szczęścia. Może czas to zmienić?
- Widziałam w okolicy paru naprawdę przystojnych chłopców, którzy by do ciebie pasowali, słonko - świergocze babcia. - Ja sama przecież poznałam twojego dziadka tutaj. Przyjechałam z rodzicami na narty, napatoczył się i tak już zostało.
Chichoczę na jej dobór słów.
- Okej, załóżmy, że ktoś się pojawi - mówię, na co oczy mamy i babci natychmiast się rozświetlają. - Tylko co dalej? Do White Valley przyjeżdżają turyści z różnych części kraju, często tylko na przerwę zimową.
- Zwykle jednak okoliczni mieszkańcy - kwituje mama ze znawstwem. - To mała mieścina. Na pewno trafisz na kogoś, do kogo nie będziesz miała daleko.
Przygryzam dolną wargę i wbijam wzrok w talerz z niedojedzonym naleśnikiem. Czym prędzej go kończę, po czym wstaję z miejsca.
- Wyprowadzę Snowie i możemy się zbierać - zwracam się do babci, byle tylko uciec od niewygodnego tematu.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej