Snobizm i nieco przemocy - M.C. Beaton

Kup ebooka

39.99 zł
34.79 zł (33,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Na całym świe­cie będę wal­czył masami prze­ciwko kla­som.

Wil­liam Ewart Glad­stone

W prze­ci­wień­stwie do White's czy Bro­oks's był on znany po pro­stu jako Klub i mie­ścił się w geo­r­giań­skim budynku na dole St James's Street, tuż przy Pałacu Świę­tego Jakuba. Do klubu nale­żeli głów­nie młodsi człon­ko­wie ary­sto­kra­cji, któ­rzy uwa­żali, że jest to miej­sce o wiele bar­dziej tęt­niące życiem niż pozo­stałe nudne kluby dla dżen­tel­me­nów w Lon­dy­nie.

Nie­któ­rzy z bywal­ców uznali, że przy­ję­cie kapi­tana Harry'ego Cath­carta do Klubu było poważ­nym błę­dem. Kiedy wyjeż­dżał na wojnę bur­ską, był przy­stoj­nym spo­koj­nym męż­czy­zną. Gdy jed­nak wró­cił ranny, zgorzk­niały, ponury i mil­czący, wyda­wało się, że nie potrafi roz­ma­wiać ina­czej niż wygła­sza­jąc komu­nały czy chrzą­ka­jąc.

Pew­nego cie­płego wio­sen­nego dnia, kiedy łagodne słońce ozła­cało czarne od sadzy budynki, a na pla­ta­nach przy Mall poja­wiały się pierw­sze drżące zie­lone liście, Freddy Pomfret i Tri­stram Baker-Wil­lis weszli do Klubu i spoj­rzeli z głę­boką nie­chę­cią na wysoką postać kapi­tana, który sie­dział zgar­biony w fotelu.

- Spójrz na tę ponurą twarz - rzekł Freddy, nie ści­sza­jąc głosu. - To wystar­czy, żeby ode­brać czło­wie­kowi ape­tyt, prawda?

- Potrze­buje miło­ści roz­wią­złej kobiety - ryk­nął Tri­stram. - Ech, Harry. Jak myślisz? Nie sądzisz, że byłoby miło? Miłość roz­wią­złej kobiety, co ty na to?

W odpo­wie­dzi kapi­tan pochy­lił się do przodu, pod­niósł gazetę i się za nią skrył. Chciał mieć spo­kój i ciszę, aby móc zasta­no­wić się, co zro­bić z życiem. Gdy upew­nił się, że jego oprawcy ode­szli, opu­ścił gazetę. W wiszą­cym naprze­ciwko dużym lustrze zoba­czył swoje odbi­cie. Przez chwilę przy­glą­dał się sobie, a potem wes­tchnął. Miał zale­d­wie dwa­dzie­ścia osiem lat, ale z jego twa­rzy znik­nęły wszel­kie oznaki mło­do­ści. Na skro­niach wid­niały ślady siwi­zny, a prze­cież kie­dyś miał takie gęste czarne włosy. Na suro­wej i przy­stoj­nej twa­rzy znaj­do­wały się niczego nie­zdra­dza­jące oczy o cięż­kich powie­kach. Poru­szył nogą, żeby ją roz­luź­nić. W gor­sze dni stara rana na­dal pul­so­wała i bolała - a wła­śnie był jeden z takich dni.

Był naj­młod­szym synem barona Der­ring­tona, utrzy­mu­ją­cym się z eme­ry­tury woj­sko­wej i nie­wiel­kich docho­dów z rodzin­nego fun­du­szu powier­ni­czego. Jego życie towa­rzy­skie zostało mocno ogra­ni­czone. Po powro­cie z wojny zapra­szano go na różne przy­ję­cia i potań­cówki, ale potem prze­stano to robić, gdyż uznano go za nudzia­rza, który rzadko otwie­rał usta i nie umiał flir­to­wać.

Odło­żył "Timesa" na sto­lik, a gdy to zro­bił, zoba­czył, że leży tam rów­nież egzem­plarz "Daily Mail". Ktoś musiał go tu przy­nieść, bo wła­ści­ciele Klubu ni­gdy nie poło­ży­liby tu tej gazety. Na pierw­szej stro­nie znaj­do­wały się zdję­cie z demon­stra­cji sufra­ży­stek na Tra­fal­gar Squ­are oraz owalna wstawka przed­sta­wia­jąca młodą ładną dziew­czynę. Nad zdję­ciem wid­niał napis: Lady Rose, córka hra­biego Had­shire, dołą­czyła do demon­stran­tów.

Odważna dziew­czyna, pomy­ślał kapi­tan. Zruj­no­wała sobie życie towa­rzy­skie. Odło­żył gazetę i o niej zapo­mniał.

Lady Rose była jed­nak obda­rzona wyjąt­kową urodą i miała duży posag, więc mie­siąc póź­niej jej rodzice nabrali pew­no­ści, że jej popar­cie dla sufra­ży­stek nie będzie zbyt wielką prze­szkodą w zawar­ciu mał­żeń­stwa. Osta­tecz­nie prze­cież sam pomysł, by kobiety otrzy­mały prawo głosu, był śmieszny - tak wła­śnie jej powie­dzieli. Prze­pro­wa­dzili się do domu na Eaton Squ­are i codzien­nie pouczali córkę na temat jej obo­wiąz­ków. Sezon sta­no­wił ogromny wyda­tek, a Anglia ocze­ki­wała, że każda dziew­czyna spełni swą powin­ność i znaj­dzie męża.

W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach nie­za­leżna lady Rose nie wyra­zi­łaby na to zgody. Przez cały sezon odma­wiała udziału w przy­ję­ciach, twier­dząc, że to nic innego jak tar­go­wi­sko bydła. Ale ku ucie­sze rodzi­ców nagle się ugięła.

Uczy­niła tak dla­tego, że na przy­ję­ciu przed sezo­nem poznała sir Geof­freya Blan­dona i się w nim zako­chała - była to jej pierw­sza miłość, namiętna i wszech­ogar­nia­jąca.

Jak mogło się wyda­wać, odwza­jem­niał jej uczu­cia. Był bogaty i sza­le­nie przy­stojny. Lady Rose miała zbyt dobre wykształ­ce­nie jak na swoją klasę, a jej oczy­wi­sta pogarda dla rówie­śni­ków spra­wiła, że zyskała przy­do­mek Kró­lo­wej Lodu. Jed­nak ku uldze rodzi­ców sir Geof­frey wyglą­dał na ocza­ro­wa­nego ich mądrą córką. Rose ze swo­imi gęstymi brą­zo­wymi wło­sami, ide­alną figurą, deli­katną cerą i dużymi nie­bie­skimi oczami z pew­no­ścią miała wystar­cza­jąco dużo atry­bu­tów, by każdy się w niej zako­chał.

Jed­nak popar­cie dla sufra­ży­stek rze­czy­wi­ście zaszko­dziło jej pod wzglę­dem spo­łecz­nym i wyda­wało się, że sir Geof­frey nie będzie miał żad­nej kon­ku­ren­cji. Nie­chęć do Rose rosła w klu­bach dżen­tel­me­nów i przy porto pod­czas kola­cji po odej­ściu pań. Sufra­żystki nie­na­wi­dziły męż­czyzn. Trzeba było dać im nauczkę.

- Ta dzie­wu­cha potrze­buje po pro­stu, żeby jej prze­czy­ścić komin - zauwa­żył Freddy Pomfret.

W miarę jak sezon się roz­krę­cał i nastę­po­wały kolejne wyda­rze­nia towa­rzy­skie, hra­bia zaczął się bar­dzo nie­po­koić. Jego zda­niem do tej pory sir Geof­frey powi­nien już zade­kla­ro­wać swoje zamiary.

Pew­nego dnia hra­bia spo­tkał w klu­bie sta­rego przy­ja­ciela, bry­ga­diera Billa Handy'ego, i przy karafce porto po sycą­cym obie­dzie powie­dział:

- Dał­bym wszystko, żeby wie­dzieć, czy Geof­frey zamie­rza się oświad­czyć.

Bry­ga­dier przy­glą­dał mu się przez dłuż­szą chwilę, po czym odparł:

- Wydaje mi się, że powi­nie­neś być ostrożny. Blan­don zawsze był tro­chę roz­pust­ni­kiem i hazar­dzi­stą. Coś ci powiem. Znasz kapi­tana Cath­carta?

- Led­wie. Tylko o nim sły­sza­łem. To ten ponury typ, który ni­gdy nic nie mówi?

- Tak, to ten. W cza­sie wojny dzia­łał pod przy­krywką za linią frontu. Ale nie wolno ci o tym wspo­mi­nać.

- Będę mil­czeć jak grób.

- W porządku. Oto, co zro­bię. Dam ci moją wizy­tówkę i napi­szę coś na jej odwro­cie. Jego adres. Zaj­rzyj tam i poproś go o spraw­dze­nie Blan­dona. Gra jest warta świeczki. Rose to twoja jedyna córka. Mówią, że gada jak ency­klo­pe­dia. Ni­gdy bym nie pomy­ślał, że to może zafa­scy­no­wać Blan­dona. Jakim cudem popeł­ni­łeś taki błąd?

- To nie moja wina - odparł hra­bia obra­żo­nym tonem. - Żona zała­twiła jej guwer­nantkę i pozo­sta­wiła instruk­cje.

- Sły­sza­łem, że lady Rose należy do Wrzesz­czą­cych Sióstr - zauwa­żył bry­ga­dier, uży­wa­jąc prze­zwi­ska sufra­ży­stek.

- Już nie - odparł hra­bia. - Myślę jed­nak, że jedy­nym powo­dem, dla któ­rego stra­ciła nimi zain­te­re­so­wa­nie, był wła­śnie Blan­don.

- Cóż, może coś jest na rze­czy, jeśli cho­dzi o uczu­cia, choć ja zacho­wał­bym daleko idącą ostroż­ność. Dziew­czyna powinna wyjść za mąż za kogoś o dobrym pocho­dze­niu i z pie­niędzmi. One mogą prze­trwać, miłość nie. Oto mój bilet wizy­towy - zapi­sał adres i prze­ka­zał kar­to­nik.

Hra­bia przy­ło­żył do oka monokl i przyj­rzał się napi­sowi.

- No mówi­łem, druhu? Chel­sea? To nie jest miej­sce dla dżen­tel­mena.

- Gdyby kapi­tan Cath­cart był praw­dzi­wym dżen­tel­me­nem, nie byłoby szans, żeby dla cie­bie powę­szył. Ale możesz być go pewien.

* * *

W tam­tej chwili bar­dzo zde­ner­wo­wana lady Rose prze­by­wała pod opieką słu­żą­cej. Porzu­ciw­szy Sio­stry - powta­rzała sobie, że to tylko na chwilę - ponow­nie pod­dała się ośmie­sza­ją­cym zasa­dom ubioru edwar­diań­skiego spo­łe­czeń­stwa. Gdy wspie­rała ruch sufra­ży­stek, nosiła pro­ste spód­nice i bluzki oraz słom­kowy kape­lusz. Teraz jed­nak była ubrana w war­stwy jedwab­nej bie­li­zny, kroch­ma­lone halki i kunsz­towne suk­nie z wodo­spa­dami koro­nek. Dziew­czyna była zbyt szczu­pła, by paso­wały na nią ubra­nia na doj­rzałą kobietę o obfi­tych kształ­tach, szyte głów­nie dla nie­wiast o wąskiej talii i figu­rze w kształ­cie litery S. Praw­dziwa pięk­ność musiała mieć wspa­niały biust i wydatny tył. Rose została ści­śnięta dłu­gim gor­se­tem, a następ­nie zało­żono jej pas, który pod­kre­ślał modny kształt ciała. W każ­dej chwili mogła się prze­wró­cić. Miała wypchane pośladki i biust. Gdy słu­żąca zawie­siła sznur pereł na jej szyi i ozdo­biła bro­szami dekolt sukni, młoda kobieta poczuła się jak wystawa w oknie jubi­lera.

Geof­frey zawsze chwa­lił jej wygląd, ale suge­ro­wał, że gdy już wyj­dzie za mąż, będzie mogła nosić wygod­niej­sze ubra­nia. Patrzyła w lustro, gdy słu­żąca zakła­dała pom­pa­dury, czyli pod­kładki, na któ­rych dłu­gie włosy miały być upięte i uło­żone. Sir Geof­frey nie wspo­mi­nał nic o tym, kiedy się pobie­rzemy. Ale tam­tego wie­czoru skradł poca­łu­nek za fila­rem w sali balo­wej Jes­sing­to­nów, a kra­dzież poca­łunku była rów­no­znaczna z oświad­czy­nami.

* * *

Kapi­tan miesz­kał w niskim bia­łym domu przy Water Street od King's Road. Hra­bia żywił ogromną nadzieję, że męż­czy­zna ów był dżen­tel­me­nem, a nie jakimś nie­udacz­ni­kiem w melo­niku, z kolo­rową chustką w kie­szeni na piersi lub - o zgrozo - brą­zo­wymi butami zało­żo­nymi do ciem­nego gar­ni­turu. Ni­gdy go nie spo­tkał, ale w klu­bach cza­sami o nim roz­ma­wiano.

Hra­bia sztywno wysiadł z powozu i pocze­kał, aż lokaj zapuka do drzwi. Ku swej uldze stwier­dził, że drzwi otwo­rzył wyglą­da­jący na trzeź­wego słu­żący, który wziął kartę wizy­tową hra­biego, sta­ran­nie zagiętą na jed­nym rogu, aby poka­zać, że hra­bia przy­cho­dzi oso­bi­ście, poło­żył ją na srebr­nej tacy i wró­cił do domu.

Gość zmarsz­czył czoło. Jego tytuł powi­nien wystar­czyć do natych­mia­sto­wego wpusz­cze­nia go do środka.

Słu­żący kapi­tana wró­cił po kilku chwi­lach i poroz­ma­wiał z loka­jem, który zbiegł po scho­dach, aby prze­ka­zać hra­biemu, że kapi­tan z przy­jem­no­ścią go przyj­mie.

Wpro­wa­dzono go do pokoju na par­te­rze. Ogło­szono jego nadej­ście i wtedy wysoki posępny męż­czy­zna, który do tej pory sie­dział na krze­śle przy oknie, pod­niósł się ze swego miej­sca, by się przy­wi­tać.

- Czy możemy coś panu podać? - zapy­tał kapi­tan Cath­cart. - Może sherry?

- Dobrze, dobrze - wymam­ro­tał hra­bia, zasko­czony liczbą ksią­żek na pół­kach w pokoju. Jego Kró­lew­ska Mość król Edward dawał prze­cież tak dobry przy­kład i nie otwie­rał żad­nej książki nie­kiedy przez cały rok. Dla­czego nie wszy­scy mogli robić tak samo?

- Bec­ket, sherry - powie­dział kapi­tan do słu­żą­cego. A do hra­biego rzekł: - Pro­szę usiąść, sir. Widzę, że wresz­cie wyszło słońce.

- Ow­szem - odparł hra­bia, który w ogóle nie zwró­cił na to uwagi. - Przy­cho­dzę w deli­kat­nej spra­wie - podał mu wizy­tówkę bry­ga­diera.

- W jakiej?

- Cóż, widzi pan... - hra­bia prze­rwał, gdy do pokoju wszedł słu­żący ze szklan­kami i karafką na tacy. Nalał trunku do szkla­nek i jedną podał kapi­ta­nowi, a drugą hra­biemu.

- To wszystko - powie­dział kapi­tan i Bec­ket bez­sze­lest­nie się wyco­fał.

Kapi­tan skie­ro­wał czarne oczy na hra­biego i spoj­rzał na niego pyta­jąco. Hra­bia był małym, krę­pym męż­czy­zną ubra­nym w sur­dut i szare spodnie. Miał okrą­głą, rumianą twarz i nie­bie­skie dzie­cięce oczy.

- To jest tak - odparł wresz­cie, nie­zmier­nie zakło­po­tany. - Mam córkę, Rose...

- Ach, to ta sufra­żystka.

- Myśla­łem, że ludzie już o tym zapo­mnieli - zauwa­żył hra­bia. - W każ­dym razie o Rose zabiega sir Geof­frey Blan­don. Nie jest poszu­ki­wa­czem przy­gód. Pocho­dzi z dobrej rodziny. Pod tym wzglę­dem nie mam żad­nych podej­rzeń.

- W czym zatem pro­blem?

- Jesz­cze się nie oświad­czył. Rose to moje jedyne dziecko. Chciał­bym, aby ktoś dys­kret­nie spraw­dził tego Blan­dona. Poznał jego zamiary. Może ma kochankę, która mogłaby spra­wiać kło­poty? I tak dalej...

Wyrzu­ciw­szy to z sie­bie, mały hra­bia zro­bił się szkar­łatny na twa­rzy z zaże­no­wa­nia i upił łyk sherry.

- Nie­wiele ostat­nio bywam w świe­cie - odparł kapi­tan. - Ale wiem, jak szybko krążą plotki, więc wydaje mi się, że gdyby ist­niały jakieś złe wie­ści na temat tego czło­wieka, to już by je pan znał.

- Przez ostat­nie cztery lata Blan­don prze­by­wał w Ame­ryce, wró­cił w samą porę, by zdą­żyć na ten sezon. Być może wyda­rzyło się tam coś, o czym nikt nie wie. Handy mówi, że on jest hazar­dzi­stą.

Kapi­tan Cath­cart przy­glą­dał się hra­biemu przez chwilę, po czym powie­dział:

- Tysiąc fun­tów.

- I... ile? - wybeł­ko­tał hra­bia.

- To moje hono­ra­rium za zbie­ra­nie infor­ma­cji i dys­kre­cję.

Hra­bia był wstrzą­śnięty. Ten czło­wiek był synem barona, a mimo to żądał pie­nię­dzy jak zwy­kły han­dlarz. No ale dla­czego Blan­don jesz­cze się nie oświad­czył? Zni­we­czył szanse Rose na zna­le­zie­nie innego kan­dy­data.

Kapi­tan nie prze­ry­wał ciszy. Na zewnątrz po ulicz­nym bruku prze­je­chał ze stu­ko­tem jakiś powóz, w pale­ni­sku trza­skał nie­wielki ogień. Zegar na kominku wybi­jał kolejne minuty.

- Bar­dzo dobrze - powie­dział wresz­cie hra­bia i rzu­cił kapi­ta­nowi lodo­wate spoj­rze­nie.

- Z góry - dodał łagod­nie kapi­tan.

Hra­bia wytrzesz­czył oczy.

- Masz pan moje słowo.

Kapi­tan uśmiech­nął się i nic nie odpo­wie­dział.

Hra­bia ska­pi­tu­lo­wał.

- Wysta­wię panu czek na mój bank.

- Może pan usiąść przy moim biurku.

Hra­bia pod­szedł do sto­ją­cego przy oknie sekre­ta­rzyka i zaczął szybko coś pisać. Potem prze­ka­zał czek kapi­ta­nowi i rzekł ze zło­ścią:

- Jeśli wszystko z nim w porządku, stracę pie­nią­dze.

- Myślę, że pew­ność w spra­wie mał­żeń­stwa jedy­nej córki ma jakąś war­tość.

- Hm, hm... To ja już pójdę. Pro­szę jak naj­szyb­ciej zgło­sić się do mnie z infor­ma­cjami - wark­nął hra­bia.

Gdy Bec­ket wypro­wa­dził gościa i wró­cił do domu, kapi­tan się do niego uśmiech­nął.

- Bec­ket, mój płaszcz i kape­lusz. Idę do banku. Gdy wrócę, wypłacę ci zale­głe pen­sje.

- Nie­zmier­nie mnie to cie­szy, sir.

* * *

W tym cza­sie Rose piła her­batę w domu przy­ja­ciółki matki, pani Cum­mings, na Bel­grave Squ­are. Spoj­rzała ze smut­kiem na małą plamę po maśle na jed­nej ze swo­ich ręka­wi­czek z koź­lej skórki i po raz chyba setny prze­klęła sza­lone zasady spo­łeczne, z któ­rych jedna gło­siła, że dama nie powinna zdej­mo­wać ręka­wi­czek, kiedy jest w gościach na pod­wie­czorku. Mimo że chleb i masło zostały sta­ran­nie zwi­nięte, jedna z ręka­wi­czek się popla­miła. Więk­szość pań uni­kała takiego ryzyka i po pro­stu nie jadła. Cóż to za sza­leń­stwo, pomy­ślała roz­go­ry­czona kobieta. Miała porządny ape­tyt, a roz­ło­żono przed nią mnó­stwo prze­ką­sek. Oprócz chleba z masłem były też kanapki z szynką, ozo­rem, sar­delą, jaj­kiem i rze­żu­chą, foie gras, kotlety z kur­czaka i tar­tinki z ostry­gami. A potem cia­sta: Savoy, Made­ira, Vic­to­ria i Genua, oraz ciastka fran­cu­skie, a następ­nie petits fours, krem bana­nowy, krem cze­ko­la­dowy i lody tru­skaw­kowe. Wszystko to stało w więk­szo­ści nie­tknięte, bo panie bały się ubru­dzić sobie ręka­wiczki.

Czy nikt poza nią nie zwra­cał uwagi na ubo­gich na uli­cach Lon­dynu? I znów poczuła to nie­przy­jemne uczu­cie izo­la­cji, ponie­waż zało­żyła, że jest praw­do­po­dob­nie jedyną osobą w spo­łe­czeń­stwie, która to zauważa. Geof­frey, drogi Geof­frey, miał pewien pomysł. Opo­wie­dział jej, że nie­dawno książę Devon­shire odwie­dził bazar ze słu­żą­cym i zatrzy­mał się przy sto­isku z drew­nia­nymi obrącz­kami na ser­wetki. Spy­tał, do czego one służą.

- To obrączki na ser­wetki - odparł słu­żący. - Ludzie z klasy śred­niej sta­wiają je na sto­łach, aby odkła­dać na nie ser­wetki mię­dzy posił­kami.

Zdu­miony książę zauwa­żył:

- Czy to zna­czy, że ludzie rze­czy­wi­ście zwi­jają ser­wetki i uży­wają ich ponow­nie przy kolej­nym posiłku?

- Oczy­wi­ście - padła odpo­wiedź.

Książę sap­nął i spoj­rzał na stra­gan:

- Dobry Boże! - zawo­łał. - Nie mia­łem poję­cia, że ist­nieje aż taka bieda.

Ależ Geof­frey śmiał się z tego idio­ty­zmu. Gdyby tylko się oświad­czył... Wie­działa, że rodzice zaczy­nają się nie­po­koić. Zer­k­nęła na matkę, która gawę­dziła z gospo­dy­nią. Przed wyj­ściem na her­batkę hra­bina jęk­nęła, że nie powinna była pozwo­lić tej okrop­nej guwer­nantce na to, by w tak dużym stop­niu edu­ko­wała jej córkę. Cóż to za świat, w któ­rym inte­li­gen­cja była trak­to­wana z taką podejrz­li­wo­ścią. Biedna panna Tremp. To taka wspa­niała guwer­nantka. Prze­nio­sła się do innego domo­stwa. Kiedy wyjdę za mąż, wyrwę ją ze służby i uczy­nię moją damą do towa­rzy­stwa, pomy­ślała Rose. A z pew­no­ścią wyjdę za mąż, dodała sta­now­czo w myślach. W następ­nym tygo­dniu miał się odbyć bal u księ­cia Fre­emo­unt, naj­wspa­nial­sza impreza sezonu, a Geof­frey szep­nął jej, że ma do niej jakieś pyta­nie i że wła­śnie tam chce je zadać. Co innego mógłby mieć na myśli? Jed­no­cze­śnie zaś, dla­czego nie zwró­cił się do jej ojca i nie popro­sił go o rękę córki?

* * *

Harry Cath­cart posta­no­wił od razu zabrać się do pracy. Zaczął roz­po­wia­dać, iż prze­grał z kimś pie­nią­dze w karty i sądzi, że tą osobą może być Blan­don, dzięki czemu udało mu się zdo­być jego adres i ryso­pis. Miesz­ka­nie Blan­dona znaj­do­wało się przy St. James's Squ­are. Harry wyna­jął zamkniętą dorożkę i sta­nął po dru­giej stro­nie placu, aby móc dokład­nie przyj­rzeć się swej ofie­rze. Blan­don poja­wił się po dłu­gim cza­sie. Mimo że wyglą­dał wspa­niale, Harry natych­miast poczuł, że nie obda­rzy go sym­pa­tią. Miał zbyt aro­ganc­kie spoj­rze­nie, zbyt prze­ni­kliwe oczy, zbyt mię­si­ste wargi. I z pew­no­ścią ota­czała go atmos­fera hazardu.

Naj­pierw Harry poszedł do klubu i spraw­dził księgę zakła­dów. Nic nie zna­lazł. Zmarsz­czył czoło. Przez kilka następ­nych dni śle­dził sir Geof­freya. Odkrył, że męż­czy­zna miał kochankę w Pim­lico, ale czy w tych swo­bod­nych cza­sach kto­kol­wiek uznałby za skan­dal ist­nie­nie kochanki? Być może sir Geof­frey nie był tak bogaty, jak o nim mówiono. Być może cho­dziło mu o pie­nią­dze lady Rose.

Harry mógł sobie pozwo­lić na utrzy­ma­nie człon­ko­stwa w Klu­bie. Nie było go jed­nak stać na przy­na­leż­ność do żad­nego z innych lon­dyń­skich przy­byt­ków tego typu.

Wró­cił do domu i popro­sił Bec­keta, aby spraw­dził jego sprzęt foto­gra­ficzny. Od nie­dawna foto­gra­fia stała się jego pasją. Następ­nie kazał słu­żą­cemu zna­leźć naj­star­szy, naj­bar­dziej zużyty gar­ni­tur i pomóc w jego zało­że­niu. Potem usiadł przy toa­letce i przyj­rzał się swo­jej twa­rzy. Wło­żył sobie w policzki dwa małe kłębki waty, aby je wypeł­nić, i użył kleju do cha­rak­te­ry­za­cji, by dokleić sztuczne wąsy. Wcią­gnął na głowę stary kape­lusz, pod­niósł apa­rat foto­gra­ficzny, poje­chał dorożką do Bro­oks's i popro­sił o spo­tka­nie z sekre­ta­rzem klubu. Znie­kształ­co­nym przez waciki w policz­kach gło­sem wyja­śnił, że jest foto­gra­fem przy­sła­nym przez księ­cia Fre­emo­unt, który chciał zor­ga­ni­zo­wać wystawę zdjęć lon­dyń­skich klu­bów, aby poka­zać je w namio­cie na swoim dorocz­nym festy­nie. Natych­miast otrzy­mał pozwo­le­nie na foto­gra­fo­wa­nie. Prze­zor­nie zosta­wił w sekre­ta­ria­cie kilka ele­men­tów sprzętu foto­gra­ficz­nego.

Potem, gdy z rado­ścią zauwa­żył, że sekre­tarz został zatrzy­many przez sta­rego, zrzę­dli­wego członka klubu, mruk­nął coś o potrze­bie zwięk­sze­nia ilo­ści magnezu w swo­jej lam­pie bły­sko­wej i wró­cił do sekre­ta­riatu. Zaczął szybko prze­szu­ki­wać pomiesz­cze­nie, aż wresz­cie zna­lazł księgę zakła­dów. Przej­rzał ją i na jed­nej ze stron prze­czy­tał o nastę­pu­ją­cym zakła­dzie: sir Geof­frey Blan­don zało­żył się, że przed koń­cem sezonu uda mu się zdo­być względy lady Rose. Harry wie­dział, że "względy" ozna­czają uwo­dze­nie. Zakłady obsta­wiono w sto­sunku czter­dzie­ści do jed­nego.

- Drań - mruk­nął, po czym wyjął scy­zo­ryk i wyciął kartkę. Począt­kowo chciał robić zdję­cia wszyst­kiemu, co mogłoby wyda­wać się podej­rzane, ale zda­wał sobie sprawę, że zaję­łoby to zbyt wiele czasu, poza tym robie­nie zdjęć w tak sła­bym świe­tle mogłoby nie przy­nieść żad­nych rezul­ta­tów. A uży­cie lampy magne­zo­wej w gabi­ne­cie sekre­ta­rza z pew­no­ścią przy­cią­gnę­łoby jego uwagę.

Wró­cił na kory­tarz, sfo­to­gra­fo­wał jesz­cze kilka głów­nych pomiesz­czeń, a następ­nie sobie poszedł.

Harry powi­nien cie­szyć się swoim suk­ce­sem, wolałby jed­nak nie prze­ka­zy­wać hra­biemu takich wia­do­mo­ści. Lady Rose rze­czy­wi­ście zruj­no­wała swoją repu­ta­cję, gdy dała się sfo­to­gra­fo­wać jako osoba wspie­ra­jąca sufra­żystki. Stała się przed­mio­tem zakładu.

W przed­dzień balu u księ­cia Harry Cath­cart poja­wił się w domu hra­biego.

Cier­pli­wie cze­kał w holu, aż kamer­dy­ner weź­mie jego bilet wizy­towy. I wła­śnie wtedy lady Rose zeszła po scho­dach. Miała na sobie wymyślną suk­nię, dłu­gie włosy mło­dej kobiety opa­dały na plecy. Jej twarz pro­mie­niała szczę­ściem niczym latar­nia w mroku kory­ta­rza. Nie zwró­ciła uwagi na Harry'ego, ponie­waż był dla niej obcy, a ona nie została mu przed­sta­wiona. Rose prze­szła obok niego i znik­nęła w jed­nych z drzwi.

O rety, pomy­ślał Harry. Z całą pew­no­ścią jest zako­chana.

Lokaj zszedł po scho­dach i popro­sił Harry'ego, by poszedł za nim.

Rose wzięła książkę ze sto­lika w biblio­tece i weszła za nimi na górę. Zaczęła się zasta­na­wiać, kim jest ten gość. Jej ojciec był lekko głu­chy i miał dono­śny głos. Wła­śnie mijała salon, kiedy usły­szała jego słowa:

- To wszystko, Brum. Zostaw nas - kiedy kamer­dy­ner ponow­nie wyszedł na kory­tarz i odwró­cił się, aby zamknąć podwójne drzwi, Rose wyraź­nie usły­szała słowa ojca: - No i jak, dowie­dział się pan cze­goś o Blan­do­nie?

Zamarła i nie ruszyła się z miej­sca. Lokaj spoj­rzał na nią z zacie­ka­wie­niem, ale wresz­cie zszedł po scho­dach.

Rose usły­szała niski głos gościa, a potem obu­rzony krzyk ojca:

- Tego czło­wieka powinno się wybi­czo­wać! Moja córka jest skoń­czona - roz­legł się gorącz­kowy dźwięk dzwonka i kamer­dy­ner natych­miast wbiegł po scho­dach, nie zwra­ca­jąc uwagi na sto­jącą tam Rose.

- Zawo­łaj jaśnie panią. Przy­pro­wadź lady Polly! - ryk­nął hra­bia.

Rose weszła do salonu.

- Tatku, co się stało?

Hra­bia drżą­cymi pal­cami wycią­gnął w jej stronę kartkę papieru.

- Pocze­kajmy, aż przyj­dzie twoja matka.

Po chwili do salonu weszła lady Polly, niska i pulchna jak jej mąż.

- O co cho­dzi, kocha­nie?

- Usiądź­cie, ty i Rose - roz­ka­zał hra­bia, a cała jego zapal­czy­wość i wście­kłość znik­nęły. - Kiep­ska sprawa... Bar­dzo kiep­ska sprawa... Miłe panie, czy mogę przed­sta­wić wam kapi­tana Cath­carta?

Harry, który wstał po wej­ściu lady Rose, ukło­nił się.

- Kapi­ta­nie, to moja żona, lady Polly, i moja córka, lady Rose. A teraz usiądź­cie wszy­scy. Rose, masz swoje sole trzeź­wiące?

- Ni­gdy ich nie uży­wam.

- Teraz możesz ich potrze­bo­wać. Śmiało, kapi­ta­nie, pro­szę im powie­dzieć, czego się pan dowie­dział.

Harry czuł się bar­dzo nie­swojo i jedyne, czego pra­gnął, to uciec i zosta­wić hra­biego na pastwę losu, ale opi­sał to, co udało mu się odkryć. Zaczął od słów:

- Blan­don ma kochankę w Pim­lico, dziew­czyna nazywa się Maisie Lewis.

W oczach Rose zoba­czył szok i kon­ster­na­cję, a następ­nie ogromny gniew. Wie­dział, że natych­miast uznała, iż romans z Maisie to jakaś stara histo­ria.

- Romans trwa do dziś - powie­dział. - A ponie­waż Blan­don wyglą­dał mi na hazar­dzi­stę, posta­no­wi­łem spraw­dzić księgi zakła­dów. Myśla­łem, że dowiem się cze­goś o jego pro­ble­mach finan­so­wych, zamiast tego jed­nak odkry­łem, że zało­żył się o to, iż do końca sezonu uda mu się uwieść lady Rose.

Hra­bina krzyk­nęła cicho i zasło­niła usta chustką. Hra­bia wycią­gnął w stronę córki kartkę z księgi zakła­dów. Prze­czy­tała ją uważ­nie, po czym powie­działa:

- Wybacz­cie pań­stwo. Muszę zała­twić pewne sprawy.

- Nie możemy teraz iść na bal! - zaczęła zawo­dzić lady Polly.

- Sir Geof­frey nie ma poję­cia o tym, o czym wła­śnie się dowie­dzie­li­śmy - zauwa­żyła Rose.

- Nie powin­ni­śmy dawać mu tej satys­fak­cji.

Wstała, wypro­sto­wała się i wyszła z pokoju. Z jej twa­rzy znik­nął cały blask.

Matka pospie­szyła za nią, Harry i hra­bia zostali sami.

- Dzię­kuję - rzekł zrzę­dli­wie hra­bia. - Czy może pan sobie już pójść?

Harry wstał, wyszedł z pokoju i szybko ruszył w dół po scho­dach. Radość, jaką odczu­wał z powodu suk­ce­sów w pracy detek­ty­wi­stycz­nej, ulot­niła się. Prze­śla­do­wało go zimne, pełne samot­no­ści spoj­rze­nie lady Rose.

* * *

Następ­nego wie­czoru Rose weszła do sali balo­wej w domu księ­cia Fre­emo­unt. Wśród weso­łych tonów walca sły­szała przy­tłu­mione roz­mowy. Miała sztuczne kwiaty we wło­sach i białą saty­nową suk­nię ozdo­bioną białą koronką, pod którą znaj­do­wały się sze­lesz­czące jedwabne halki.

Czuła się zimna i mar­twa. Pozwo­liła sir Geof­frey­owi wpi­sać swoje imię do swo­jego kar­netu balo­wego. Nie zauwa­żył żad­nej róż­nicy w jej spo­so­bie bycia.

Mimo że w sali balo­wej było duszno i gorąco, młoda kobieta drżała w ramio­nach Geof­freya, który porwał ją do walca. Lokaje zaczęli otwie­rać wyso­kie, wycho­dzące na Green Park okna i do środka wpadł przy­jemny powiew wia­tru. Geof­frey skie­ro­wał ją w stronę okien, a potem wypro­wa­dził na taras.

- Moja miło­ści, chcę cię o coś zapy­tać - szep­nął.

W sercu Rose poja­wiła się nadzieja, że to wszystko było tylko żar­tem, że "względy" ozna­czały ślub.

- Tak, sir Geof­frey?

- Za dwa tygo­dnie Tar­rant wydaje przy­ję­cie w domu - szep­nął nagląco. Przez otwarte okna widział, że matka Rose prze­szu­kuje wzro­kiem salę balową w poszu­ki­wa­niu córki. - Mam dla pani zapro­sze­nie. Możemy być razem.

Rose wyswo­bo­dziła się z jego objęć, cof­nęła się o krok i spoj­rzała na niego.

- Razem? Co ma pan na myśli?

- No cóż, zawsze znaj­duje się pani pod opieką...

- Nie pozwo­lono by mi przy­jąć takiego zapro­sze­nia bez przy­zwo­itki.

- I wła­śnie o to cho­dzi. Zna­joma może uda­wać moją ciotkę.

- Czyżby cho­dziło o pannę Maisie Lewis?

Oblał się szkar­ła­tem, a potem wydu­kał:

- Ni­gdy o niej nie sły­sza­łem.

Rose odwró­ciła się na pię­cie i poma­sze­ro­wała pro­sto do sali balo­wej, pode­szła do szefa orkie­stry i coś szep­nęła. Zro­bił zasko­czoną minę, ale uci­szył orkie­strę.

Tan­ce­rze zatrzy­mali się w poło­wie obrotu, wszyst­kie twa­rze zwró­ciły się w kie­runku Rose. Nie­dawno zain­sta­lo­wane świa­tło elek­tryczne migo­tało na mono­klach i lor­net­kach.

- Mam do prze­ka­za­nia spe­cjalne oświad­cze­nie! - krzyk­nęła Rose. - Sir Geof­frey Blan­don jest łaj­da­kiem. Zało­żył się, że uda mu się mnie uwieść przed koń­cem sezonu. Oto dowód - wyjęła kartkę z księgi zakła­dów i podała ją z mów­nicy sto­ją­cemu naj­bli­żej męż­czyź­nie. - Pro­szę podać to dalej - popro­siła.

Wpa­try­wało się w nią tak wiele zszo­ko­wa­nych par oczu.

Następ­nie zeszła po płyt­kich stop­niach z mów­nicy i pode­szła pro­sto do pobla­dłej matki.

- Boli mnie głowa - powie­działa wyraź­nie. - Chcę wró­cić do domu.

Kiedy stały na scho­dach, cze­ka­jąc na przy­jazd powozu, hra­bia powie­dział smutno:

- No cóż, dość tego, dziew­czyno. Myśla­łem, że uzgod­ni­li­śmy, że będziemy zacho­wy­wać się tak, jakby ni­gdy nic się nie stało. Jak myślisz, dla­czego powstrzy­my­wa­łem się przed kon­fron­ta­cją z Blan­do­nem? Twoja repu­ta­cja jest zruj­no­wana.

- Ja? Z pew­no­ścią to sir Geof­frey jest zhań­biony!

- Jego zna­jomi zapewne będą zado­wo­leni. Uznają, że jest tro­chę szu­braw­cem, to wszystko. Kiedy zło­żył ci pro­po­zy­cję, powin­naś była przyjść pro­sto do mnie. Kazał­bym mu dać ci spo­kój. Ale ty sta­nę­łaś na środku sali i zacho­wa­łaś się jak prze­kupka, co było szo­ku­jące.

Rose z tru­dem powstrzy­my­wała łzy.

- Mimo to kapi­tan Cath­cart wyko­nał swoje zada­nie. Znik­niesz na kilka sezo­nów, a potem spró­bu­jemy raz jesz­cze.

Rozdział drugi

Szkoc­kie klasy śred­nie i niż­sze z reguły nie lubią żar­to­wać, chyba że z oschłym, mora­li­za­tor­skim poczu­ciem humoru, i rzadko rozu­mieją to, co się powszech­nie nazywa kpi­nami. Lepiej o tym pamię­tać, ponie­waż może to tłu­ma­czyć wiele pozor­nie suro­wych zacho­wań lub szorst­kich odpo­wie­dzi.

- Prze­wod­nik po Szko­cji Mur­raya (1898)

Rose miała zale­d­wie dzie­więt­na­ście lat i poza krót­kim wypa­dem, by wes­przeć sufra­żystki pod­czas ich demon­stra­cji, była chro­niona przed świa­tem przez kocha­ją­cych, pobłaż­li­wych rodzi­ców i przez samo ode­rwa­nie od zwy­kłego życia, jakim cie­szyły się dziew­częta o takim samym wyso­kim sta­tu­sie jak ona.

Czuła się więc zra­niona i dzi­wiła się, że to ona została zhań­biona, a nie per­fidny sir Geof­frey. Gdy służba pako­wała rze­czy w miej­skim domu, przy­go­to­wu­jąc wszystko do prze­pro­wadzki na wieś, ona zaszyła się w rzadko odwie­dza­nej biblio­tece i pró­bo­wała zna­leźć uko­je­nie w książ­kach. Zanim poko­chała Geof­freya, potę­piała sezon, bo uwa­żała, że przy­po­mina on aukcję.

Ale była młoda i jakoś draż­niła ją myśl, że tam, za stiu­ko­wymi ścia­nami domu, toczy się życie pełne rado­ści i przy­jem­no­ści, do któ­rego ona nie ma dostępu.

Nie zaprzy­jaź­niła się z żadną z debiu­tan­tek, bo gar­dziła ich pustą gada­niną. Teraz jed­nak żało­wała swej aro­gan­cji.

Odrzu­ciła kolejną książkę. Pró­bo­wała spo­tkać się z panną Tremp, dawną guwer­nantką, która teraz pra­co­wała dla rodziny Bar­ring­ton-Bruce w Ken­sing­ton.

Nie wezwała słu­żą­cej, lecz poszła na górę i prze­brała się w pro­stą, dopa­so­waną, codzienną sukienkę oraz kape­lusz z woalką.

Wymknęła się z domu i wezwała woź­nicę. Kazała mu jechać pod wska­zany adres, ale zdała sobie sprawę, że skoro wszy­scy wie­dzą już o jej hań­bie, guwer­nantka może nie móc się z nią zoba­czyć, więc zamiast tego pod­nio­sła klapę na dachu i zawo­łała do woź­nicy, by zawiózł ją do Ken­sing­ton Gar­dens.

Był ładny dzień i wie­działa, że czę­sto spa­ce­rują tam nia­nie i guwer­nantki ze star­szymi pod­opiecz­nymi.

Zapła­ciła za prze­jazd i ruszyła powoli w stronę Okrą­głego Stawu, roz­glą­da­jąc się na lewo i prawo. Damy w sztyw­nych jedwa­biach poru­szały się po chod­ni­kach dostoj­nie niczym gale­ony. Ufor­mo­wane klomby mie­niły się kolo­rami, a lekki wie­trzyk przy­no­sił do uszu Rose wesołe dźwięki orkie­stry dętej. Niebo było błę­kitne z wąskimi smu­gami chmur. Obok niej prze­biegł chło­piec toczący żela­zną obręcz i przy­wo­łał wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, kiedy to mogła bie­gać swo­bod­nie, nie­ob­cią­żona gor­se­tami i tur­niu­rami. Zaczęła już myśleć, że to głu­pie z jej strony, że spo­dzie­wała się spo­tkać tu pannę Tremp, kiedy zauwa­żyła kobietę sie­dzącą na ławce przy sta­wie.

Szybko do niej pode­szła i usia­dła obok.

- Panno Tremp!

- Na Boga. Toż to lady Rose! - wykrzyk­nęła guwer­nantka, ze zdzi­wie­nia pod­kre­śla­jąc swoje zwy­kle odpo­wied­nio wypo­wie­dziane szkoc­kie samo­gło­ski.

- Potrze­buję pani pomocy - rze­kła Rose. - Gdzie dzieci?

- Mam ich dwóch, to chłopcy. Pusz­czają łódki po sta­wie, wiel­można pani, i to zapewni im zaję­cie jesz­cze na jakiś czas. Sły­sza­łam o pani smut­nej hań­bie. Pisano o tym w gaze­tach.

Rose pochy­liła głowę. Gazety były przed nią cho­wane, powinna jed­nak spo­dzie­wać się tego, że trafi do rubryk towa­rzy­skich.

- To takie nie­spra­wie­dliwe! - powie­działa. - To sir Geof­frey powi­nien popaść w nie­ła­skę, nie ja.

- Dżen­tel­meni ni­gdy nie są obwi­niani w takich oko­licz­no­ściach. Powinna pani o tym wie­dzieć.

- Panno Tremp, dobrze mnie pani wykształ­ciła i za to zawsze będę pani wdzięczna, ale przy­da­łoby mi się kilka lek­cji na temat zwy­cza­jów tego świata.

- Niech mnie pani posłu­cha, lady Rose, powie­dzia­łam, że popie­ram gło­so­wa­nie dla kobiet. Ale nie kaza­łam pani się poni­żać, wystę­pu­jąc na demon­stra­cjach. I to pani matka, lady Polly, powinna uczyć pani sztuki życia w spo­łe­czeń­stwie.

Rose poczuła, jak nara­sta w niej złość.

- Świat jest nie­spra­wie­dliwy dla kobiet - powie­działa panna Tremp. - Pani jed­nak jest uprzy­wi­le­jo­wana. Pani obo­wiąz­kiem wobec rodzi­ców jest dobrze wyjść za mąż, a obo­wiąz­kiem wobec męża jest uro­dzić mu dzieci.

- Ale prze­cież mówiła pani, że kobiety mają prawo do nie­za­leż­no­ści, a nie do bycia nie­wol­nicą jakie­goś męż­czy­zny!

Panna Tremp oblała się rumień­cem aż po czu­bek dłu­giego szkoc­kiego nosa.

- Z pew­no­ścią ni­gdy cze­goś takiego nie powie­dzia­łam.

Oszo­ło­miona Rose zaczęła krę­cić głową.

- Co mam robić?

- Myślę, że następ­nym kro­kiem będzie wysła­nie pani do Indii. Taką pro­ce­durę sto­suje się w przy­padku mło­dych kobiet, które nie zakoń­czyły sezonu z suk­ce­sem.

- Nie pojadę do Indii! - krzyk­nęła Rose.

Opie­kunki po obu stro­nach stawu pochy­liły się do przodu.

- Ciii! - upo­mniała ją panna Tremp. - Praw­dziwe damy nie pod­no­szą głosu.

- Nagle stała się pani źró­dłem infor­ma­cji na temat tego, co robią damy, a czego im nie wolno?

- Naj­le­piej będzie, wiel­można pani, jeśli zrobi pani to, co każą pani rodzice. I pro­szę opu­ścić woalkę. Muszę brać pod uwagę moją pozy­cję.

- Czy to ozna­cza, że uważa mnie pani za zhań­bioną?

- W prze­ci­wień­stwie do pani ja muszę zara­biać na życie. Zawsze uwa­ża­łam, że jest pani tro­chę roz­piesz­czona.

- Dla­czego mi tego pani nie powie­działa?

- Nie nale­żało to do moich obo­wiąz­ków.

- Nie nale­żało rów­nież do nich napeł­nia­nie mi głowy ide­ami kobie­cej nie­za­leż­no­ści. Z pew­no­ścią zda­wała sobie pani sprawę z tego, że nie będę mogła ich zre­ali­zo­wać.

- Nadej­dzie dzień, wiel­można pani, kiedy będziesz mi wdzięczna za solidne wykształ­ce­nie, które odpo­wied­nio wypo­sa­żyło twój umysł.

Rose wstała. Otwo­rzyła usta, by wygło­sić ostat­nie słowa oskar­że­nia, ale nagle zwie­siła ramiona. Kiw­nęła głową, odwró­ciła się na pię­cie i ode­szła.

Miała nadzieję, że panna Tremp doda jej otu­chy, pocie­szy ją, że będą mogły wspól­nie obu­rzyć się na nie­pra­wo­ści spo­łe­czeń­stwa.

Panna Tremp patrzyła na odcho­dzącą szczu­płą postać Rose i wes­tchnęła. Już wiesz, jak zacho­wują się Anglicy. Nie mają krę­go­słupa.

* * *

Nad­in­spek­tor Alfred Ker­ridge popi­jał piwo przed powro­tem do domu, do żony Mabel i dwójki dzieci: Alberta i Daisy. Dzięki sumien­nej pracy połą­czo­nej z ogromną wyobraź­nią sys­te­ma­tycz­nie piął się po szcze­blach kariery.

Był sza­rym czło­wie­kiem - miał siwe włosy, szare oczy i gęste siwe wąsy. Nagle poczuł szarp­nię­cie za łokieć, pod­niósł wzrok i zoba­czył nie­ładne rysy jed­nego ze swo­ich infor­ma­to­rów, Posha Cyrila.

Był on dru­gim loka­jem w domu Bles­sing­to­nów-Bruce'ów. Noto­wano go za kra­dzież z wła­ma­niem, o czym jego pra­co­dawcy nie mieli poję­cia. Mimo że porzu­cił życie prze­stęp­cze, został infor­ma­to­rem. Bar­dzo przy­da­wał się w usta­la­niu toż­sa­mo­ści zło­dziei dla Ker­ridge'a, ponie­waż potra­fił roz­po­znać wła­sny gatu­nek wśród słu­żą­cych z róż­nych ary­sto­kra­tycz­nych domów.

- Mam coś dla pana - szep­nął.

Ker­ridge ski­nął głową i posta­wił mu piwo, a następ­nie zapro­wa­dził do sto­lika w rogu. Usie­dli.

- Co dla mnie masz? - zapy­tał Ker­ridge.

- Czy­tał pan o skan­dalu z udzia­łem lady Rose, córki hra­biego Had­shire?

- Moja żona uparła się, by mi to prze­czy­tać. Raczej nie jest to sprawa kry­mi­nalna.

- Ale sir Geof­frey Blan­don musi opu­ścić kraj.

- Nie powi­nien być do tego zmu­szony. Wyda­wało się, że zruj­no­wa­nie repu­ta­cji jakiejś dziew­czyny to dla nich zwy­czajna rzecz - Ker­ridge nie­na­wi­dził klasy wyż­szej każ­dym włók­nem swo­jej ciężko pra­cu­ją­cej duszy z niż­szej klasy śred­niej. Był pewien, że pew­nego dnia wybuch­nie rewo­lu­cja. Jedną z jego fan­ta­zji był świat, w któ­rym role się odwró­ciły, a pie­nią­dze ary­sto­kra­tów zostały roz­dzie­lone mię­dzy bied­nych.

- Było tak - Posh Cyril pochy­lił się do przodu. - Mia­łem wolny wie­czór i gra­łem w karty w kuchni u Blan­dona. I wtedy roz­legł się dzwo­nek przy drzwiach wej­ścio­wych. Lokaj poszedł otwo­rzyć. Następ­nie usły­sze­li­śmy krzyki i prze­kleń­stwa. Wsze­dłem po scho­dach i uchy­li­łem drzwi. I zoba­czy­łem wyso­kiego, czar­no­wło­sego gościa, który walił w Blan­dona pię­ściami. Powa­lił go, pochy­lił się nad nim i powie­dział: "Do jutra masz wyje­chać z kraju, ina­czej, na Boga, następ­nym razem cię zabiję".

- Nie posta­wiono żad­nych zarzu­tów.

- Ale Blan­don uważa, że to hra­bia wyna­jął kogoś, by go pobił. To już prze­stęp­stwo - powie­dział Posh Cyril.

- Czy napast­nik był wyna­ję­tym ban­dytą?

- Nie, mówił jak dżen­tel­men. I był ubrany jak dżen­tel­men.

- Ci ludzie sta­no­wią prawo sami dla sie­bie - zauwa­żył Ker­ridge. - Moim zda­niem nic tam dla mnie nie ma.

- Gazety mogą zapła­cić za te infor­ma­cje.

Ker­ridge wes­tchnął. Wie­dział, że jeśli gazety się o tym dowie­dzą, będzie musiał prze­pro­wa­dzić docho­dze­nie, by for­mal­no­ści stało się zadość. Ina­czej ktoś mógłby zamie­nić słowo z kimś wysoko posta­wio­nym i wynikną z tego kło­poty.

- Trzy­maj gębę na kłódkę - roz­ka­zał - albo dopil­nuję, żeby twoi pra­co­dawcy poznali całą twoją kar­to­tekę. Masz pół korony. A teraz idź sobie.

* * *

- O co cho­dzi, Brum? - zapy­tał hra­bia następ­nego popo­łu­dnia. - Czy wszystko jest gotowe na nasz jutrzej­szy wyjazd?

- Tak, mój panie. Ale ktoś chce się z panem spo­tkać.

- Nie spo­ty­kam się z obcymi.

- Ten ktoś to funk­cjo­na­riusz poli­cji - Brum wycią­gnął małą srebrną tacę z kar­teczką.

Hra­bia ją wziął.

- Nad­in­spek­tor Alfred Ker­ridge. O rety. Lepiej z nim poroz­ma­wiam. Gdzie on jest?

- W przed­po­koju.

- Wyślij go na górę.

Co teraz?, zasta­na­wiał się hra­bia. Czyż­by­śmy przez pomyłkę zatrud­nili jakie­goś prze­stępcę? Mamy nowego kory­ta­rzo­wego.

Drzwi się otwo­rzyły i wpro­wa­dzono Ker­ridge'a, który trzy­mał w jed­nej ręce melo­nik i ręka­wiczki.

- Pro­szę usiąść - naka­zał mu hra­bia.

Krępy detek­tyw usiadł ostroż­nie na deli­kat­nie wyglą­da­ją­cym krze­śle, które pod jego cię­ża­rem nie­po­ko­jąco zaskrzy­piało.

- Nie chcę pana nie­po­koić, panie hra­bio, nawią­zu­jąc do sprawy kon­fron­ta­cji pań­skiej córki z nie­ja­kim sir Geof­freyem Blan­do­nem...

- W takim razie pro­szę tego nie robić.

- Dotarła jed­nak do mnie infor­ma­cja - kon­ty­nu­ował Ker­ridge - że sir Geof­frey został pobity przez jakie­goś napast­nika i kazano mu opu­ścić kraj. Na twa­rzy hra­biego poja­wił się leniwy uśmiech.

- Na miłość boską! Naprawdę?

- Tak. Panie hra­bio, czy przy­pad­kiem nie wyna­ją­łeś takiego napast­nika? Z mojej rela­cji wynika, że prze­ma­wiał jak dżen­tel­men. Jest wysoki i ma czarne włosy.

Cath­cart, pomy­ślał hra­bia i nagle zalała go fala wdzięcz­no­ści.

- Nie - odparł lodo­wa­tym tonem. - Nie mam w zwy­czaju zatrud­niać ban­dy­tów. Powi­nie­nem pana ostrzec...

Oho, pomy­ślał Ker­ridge.

- ...że znam oso­bi­ście pre­miera.

- Skąd lady Rose wzięła tę kartkę z księgi zakła­dów w klu­bie dżen­tel­me­nów?

- Nie mam poję­cia.

- Być może mogłaby mi to powie­dzieć?

Hra­bia potrzą­snął dzwon­kiem.

- Prze­kro­czył pan gra­nicę. Nie mamy nic wspól­nego z napa­dem na Blan­dona, a jeśli będzie pan nale­gać na kon­ty­nu­owa­nie tej sprawy, poroz­ma­wiam z pań­skimi prze­ło­żo­nymi, nie mówiąc już o... - Pre­mie­rze - dokoń­czył za niego Ker­ridge.

Przy­szedł kamer­dy­ner.

- Pro­szę poka­zać panu Ker­ridge'owi drogę do wyj­ścia - roz­ka­zał hra­bia.

Detek­tyw wła­śnie tego się spo­dzie­wał, miał jed­nak nadzieję, że jego wizyta prze­kona hra­biego, iż nie stoi on ponad pra­wem. I wtedy zdał sobie sprawę, że hra­bia wła­śnie prze­konał go, iż jest wręcz odwrot­nie.

* * *

Hra­bia ni­gdy nie uwa­żał się za plot­ka­rza i gar­dził nie­dy­skret­nymi ludźmi. Ale kiedy godzinę póź­niej dotarł do klubu i zoba­czył sie­dzą­cego przy ogni­sku bry­ga­diera Billa Handy'ego, pokusa stała się zbyt silna.

- No, no - powie­dział bry­ga­dier. - Sły­sza­łem, że wyjeż­dża­cie z mia­sta. Kiep­ska sprawa. Czy Cath­cart wyko­nał swoją pracę?

Hra­bia usiadł i pochy­lił się do przodu.

- Zro­bił nawet wię­cej niż tylko to. Było to warte każ­dego pensa z tego tysiąca fun­tów, które dostał. Wal­nął Blan­dona i kazał mu wyje­chać z kraju. Ale nie mów o tym nikomu. Jestem ci bar­dzo wdzięczny.

- A co z twoją córką? Nie było powodu, by urzą­dzała taką scenę. Jak mogła się tak hanieb­nie zacho­wać?

- Prawdę mówiąc - odrzekł nie­szczę­sny hra­bia - nie znam wła­snej córki. Miała, jak się wyda­wało, dosko­nałą guwer­nantkę. Chciała zdo­być dobre wykształ­ce­nie. Powi­nie­nem był prze­wi­dzieć, jakie to nie­bez­pieczne. Męż­czyźni nie­na­wi­dzą kobiet z mózgiem. Ja do nich nie należę, ale jestem bar­dzo inte­li­gentny i wraż­liwy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki