1. Marzec 2006 roku: powrót na górę
1.
Marzec 2006 roku:
powrót na górę
Podjęta przeze mnie w marcu 2006 roku wyprawa na lodowiec w Dolinie Łez
była przedsięwzięciem tyleż ryzykownym, co zuchwałym. Udawałem się na
niższe stoki łańcucha górskiego San Hilario, między wulkanami
Tinguiririca oraz Sosneado, gdzie pod śniegiem spoczywał kadłub pechowej
maszyny wykonującej lot F571. Dotarcie tam wymagało mozolnej dwudniowej
podróży konno ścieżkami wydeptanymi przez kozy i konie,
nieprzekraczającymi sześćdziesięciu centymetrów szerokości. Poruszaliśmy
się przez cały czas wzdłuż urwiska, pośród nieustannie zmieniającego się
pejzażu górskiego. Ciągłe zmiany wysokości sprawiały, że stale
towarzyszyło nam ryzyko doznania zawrotów głowy i utraty równowagi.
Brnęliśmy powoli, krok za krokiem, mijając bystre górskie strumienie,
których lodowata woda porywała wszystko, co znalazło się na jej drodze.
Momentami zdawało się, że nasze konie i muły ulegną w starciu z bystrym
nurtem. Jednak, mimo że zwierzęta chwiały się niepewnie, zawsze
ostatecznie udawało im się bezpiecznie przeprawić na drugi brzeg.
Wyruszając, postanowiliśmy zaopatrzyć się w kaski - i jak szybko się
okazało, była to dobra decyzja, a to za sprawą drobnych kamyków
toczących się w dół stoków z każdym krokiem stawianym przez nasze
wierzchowce. Zdarza się, że pokonujący te szlaki jeźdźcy przewiązują
sobie oczy, by nie wpaść w panikę, i zdają się całkowicie na instynkty
swoich zwierząt.
Co jakiś czas przed nami rozpościerał się widok lub nieoczekiwana
okoliczność, która przyprawiała nas o drżenie. Gdzieś u góry, nad
naszymi głowami, niespodziewanie zrywały się śnieżne zawieruchy. W pewnym momencie jeden z mułów zboczył ze szlaku i zaczął ześlizgiwać się
w dół zbocza. Wzbijane przez zwierzę kłęby pyłu całkowicie uniemożliwiły
dostrzeżenie tego, co się wokół nas dzieje. W końcu muł zdołał zatrzymać
się na skalnej półce. Człowiek jadący na jego grzbiecie, wychylony
niebezpiecznie do przodu, kurczowo uczepił się grzywy zwierzęcia. Kiedy
indziej potknął się koń, który kolanem jednej nogi wsparł się o ścieżkę
i na moment zawisł nad urwiskiem, z tylnymi nogami w powietrzu. Innym
razem juczny muł spłoszony wyciem wiatru nagle rzucił się do ucieczki w dół stoku. Gnał na złamanie karku pośród głazów, po drodze gubiąc torby
przytroczone do siodła, a w pogoń za nim ruszył konno przewodnik. Zasady
uległy zmianie, teraz zawroty głowy stały się już nieodłączną częścią
wyprawy. Grupa docierała do prehistorii.
Dojście do Doliny Łez zajmuje nam jeszcze niemal dwa dni. Wspięliśmy się
na wysokość blisko czterech tysięcy metrów nad poziomem morza, miejsce
to leży w samym sercu Kordyliery Patagońskiej, na granicy Chile i Argentyny. Panorama, jaka nam się ukazała, była z jednej strony
zachwycająca, z drugiej znów budziła grozę. Przypominała gigantyczny
amfiteatr: pośrodku, na skalistym cyplu, wznosił się żelazny krzyż,
wyznaczający miejsce, w którym pogrzebano szczątki ofiar katastrofy. Na
południe, aż po horyzont, ciągnął się nieskończony bezmiar gór i szczytów, sięgający aż po przylądek Horn na samym krańcu kontynentu.
Północ oferowała podobne widoki: tu Andy rozciągały się aż ku Panamie na
długości ponad siedmiu tysięcy dwustu kilometrów, czyniącej z nich
łańcuch górski dłuższy od Himalajów. Spojrzenie skierowane ku zachodowi
napotykało potężną przeszkodę w postaci ściany skał i lodu - wysokie na
pięć tysięcy sto metrów nad poziomem morza góry San Hilario, tak
monumentalne, że patrzący na nie człowiek nie umie sobie nawet
wyobrazić, jak może wyglądać skryty za nimi horyzont. Z kolei za nami,
na wschód, leżała Argentyna - to z tamtej strony przyjechaliśmy konno.
Tu uwagę przyciągał najwyższy szczyt, wznoszący się pośród bezmiaru
śnieżnych gór: wulkan Sosneado o wysokości około pięciu tysięcy ośmiuset
metrów nad poziomem morza. W tej bezludnej krainie na końcu świata
królowała cisza. Od czasu do czasu ziemia pod naszymi stopami drżała od
uderzeń wichru i kruszenia się lodowca.
Na tym etapie rozstaliśmy się z końmi, które musiały zejść dziewięćset
metrów niżej, żeby zdążyć przed zachodem słońca i nie zamarznąć w nocy.
Nas czekał jeszcze krótki marsz na dystansie około ośmiuset metrów w kierunku zachodnim, do żelaznego krzyża, postawionego w miejscu, w którym w lodowcu pogrzebany został kadłub rozbitego samolotu Fairchild.
Ponieważ na tej wysokości powietrze jest bardzo rozrzedzone, płucom
brakuje tlenu, a każdy krok jest bardziej męczący od poprzedniego. Ci
spośród nas, którzy nie nawykli do wysokich gór, narzekali na chorobę
wysokościową, objawiającą się mdłościami, dezorientacją i bólami głowy.
W naszej grupie znajdowało się czterech ocalonych z katastrofy w 1972
roku: Roberto Canessa, Gustavo Zerbino, Adolfo Strauch i Ramón "Moncho"
Sabella. Wędrował z nami również Juan Pedro Nicola, którego rodzice
zginęli w katastrofie. Podobnie jak wszyscy pozostali, wybrał się razem
ze swoim dzieckiem, żeby pokazać mu, gdzie spoczywają szczątki dziadków
i innych osób, które nigdy nie powróciły do swoich rodzin. Syn
przyglądał się pogrążonemu w zadumie ojcu, którego wzrok ślizgał się po
poszarpanej grani, wyznaczającej miejsce, gdzie spadł samolot.
Kiedy zaczęliśmy się zbliżać do lodowca i śnieżnych ścian San Hilario,
nadszedł moment, gdy musieliśmy przywiązać się jeden do drugiego liną, a do podeszew butów zamocować raki. Lodowiec, w którego brzuchu utopiony
był kadłub, poprzecinany był gęstą siecią szczelin głębokich na
dwadzieścia-trzydzieści metrów, skrytych pod cienką warstwą lodu. Na
przedzie posuwało się trzech profesjonalnych andynistów, którzy za
pomocą kilofów i kijków sprawdzali, czy podłoże nie skrywa żadnych
niespodzianek. Parę metrów za nimi szli czterej ocalali.
Widok, jaki ukazał się oczom Gustava Zerbiny trzynastego października o godzinie piętnastej trzydzieści pięć - tuż po katastrofie, gdy
zniszczony kadłub zjechał ze śnieżnego stoku z dużą prędkością, jakimś
cudem ominął wystające skały i zatrzymał się w końcu pośrodku lodowca -
przez ostatnie trzydzieści cztery lata prawie się nie zmienił. Tym, co w pierwszej chwili przykuło jego uwagę, były strome zbocza na południu w całości pokryte śniegiem. Dzisiaj przybrały one postać skalnych iglic,
które chwilę wcześniej obserwował Juan Pedro Nicola. Najwyższe wznosiły
się na końcu - to właśnie o jedną z nich zahaczył lewym skrzydłem
rozpędzony samolot, gdy piloci rozpaczliwie starali się uniknąć
zderzenia z górami. Przy tej wysokości i biorąc pod uwagę fakt, że
samolot całkowicie zboczył z kursu, okazało się jednak, że było ono
nieuniknione. Oglądana z miejsca, w którym zagrzebany był kadłub,
piętrząca się na zachodzie pokryta śniegiem kamienna ściana sprawiała
wrażenie absolutnie niedostępnej - tworzące ją skały ustawione były
całkowicie pionowo. Niedostępnej, dodajmy, dla człowieka, który nie
zdobyłby się na krok przeczący zdrowemu rozsądkowi, a w każdym razie dla
takiego, któremu nie przyszło żyć w nieznanym społeczeństwie.
Trzynastego października 1972 roku, o godzinie piętnastej trzydzieści
siedem, Gustavo Zerbino, który jako dziewiętnastolatek należał do
najmłodszych chłopców w grupie ocalałych, zmagał się z bardzo podobnymi
problemami jak my teraz. Brakowało mu tchu, nie miał siły, dokuczał mu
silny ból głowy i czuł się zdezorientowany. Jak się okazało, nie
ucierpiał podczas wypadku i szybko zajął się pomaganiem swojemu koledze
i rówieśnikowi Robertowi Canessie, którego unieruchomiły ostro
zakończone żelazne druty sterczące z dwóch wyrwanych z podłogi foteli.
Obaj młodzieńcy zajęli się następnie usuwaniem dalszych foteli, które
zagradzały dostęp do pozostałych ocalałych, zarówno tych rannych, jak i w pełni sił. Aby wynieść zmasakrowane zwłoki, które wplątane były w powykręcane kawałki metalu i inne szczątki samolotu, musieli obwiązać im
stopy pasami bezpieczeństwa na wysokości kostek i, z pomocą paru innych
osób, wywlec ciała na zewnątrz. Leżały tam w śniegu, jakieś trzy metry
od kadłuba, twarzami w dół.
Gustavo chciał pomagać na wszelkie możliwe sposoby. Nie było czasu na
zastanawianie się, trzeba było jedynie działać razem z Robertem, który
opatrywał rany, mierzył puls jednemu z konających pasażerów i rozglądał
się za materiałem na prowizoryczną opaskę uciskową, która mogłaby
uchronić Fernanda Vázqueza przed wykrwawieniem się na śmierć. W momencie
upadku śmigło z silnika pod prawym skrzydłem oderwało się i z wielkim
impetem przecięło kadłub, po drodze odcinając Vázquezowi nogę. Następnie
Roberto pomógł Álvarowi Manginowi, nastawiając mu kość w złamanej nodze
- tylko tyle mógł dla niego zrobić. Gustavo tymczasem zajął się kolegą,
który leżał zwinięty w kłębek, dygocząc, z paskudną raną brzucha. Na
widok Gustava chłopak szybko wstał, demonstrując metalową rurę, która
przebiła mu wnętrzności.
- Nie boli mnie. Tylko mi zimno - wyjaśnił Enrique Platero.
Wszystko to zastaliśmy w stanie nienaruszonym, zupełnie jakby czas się
zatrzymał. Na szczątkach samolotu, rozsianych wszędzie wkoło, próżno
było szukać śladów rdzy. Lewe skrzydło, rozcięte pośrodku, dokładnie w miejscu, gdzie powinno znajdować się śmigło, lśniło nowością, na metalu
widniały wyraźne oznaczenia: miejsce i data produkcji, różne techniczne
terminy. Wtem niebo zasnuło się chmurami - czas było wracać osiemset
metrów na skalny cypel z żelaznym krzyżem, gdzie zostały dwa rozstawione
przez nas namioty.
Napływało coraz więcej ciemnych złowróżbnych chmur, grożących wichrem i burzą śnieżną, które potrafiły szarpać namiotami z taką mocą, jak gdyby
chciały oderwać je od podłoża i porwać. Adolfo Strauch, który w 1972
roku miał dwadzieścia cztery lata i należał do najstarszych ocalonych,
ostrzegł nas przed nadchodzącą lawiną. Wypatrywał zagrożenia i już po
chwili wskazał swojej córce Alejandrze zachodnią ścianę, z której
właśnie zaczynała zsuwać się gigantyczna masa śniegu. Towarzyszył temu
donośny grzmot, a tor zejścia lawiny znaczył unoszący się w powietrzu
śnieżny obłok. Ale tutaj, osiemset metrów od miejsca, w którym od 1972
roku spoczywają szczątki samolotu, byliśmy bezpieczni.
Gustavo Zerbino, stojący nieopodal żelaznego krzyża i ramieniem
obejmujący Roberta Canessę, zadrżał na ten widok. W tym momencie miał
wrażenie, jak gdyby cofnął się w czasie i na nowo przeżywał tamtą grozę.
Poprzedniej nocy długo nie mógł zasnąć. Spędziliśmy ją w bazie El
Barroso, w połowie drogi do Doliny Łez. Gustava przebywającego w namiocie dzielonym z jednym ze swoich dzieci dręczyły mdłości i koszmary. O świcie dosiadł konia i w milczeniu, pogrążony we
wspomnieniach, powędrował dalej z resztą grupy. A kiedy zbliżaliśmy się
do Doliny Łez, miał wrażenie, jak gdyby przeniósł się z powrotem na
pokład samolotu wykonującego lot F571. Widoki, które teraz oglądaliśmy,
pozbawiały go tchu, wywoływały wspomnienia tak żywe, że wydawało mu się,
jak gdyby doświadczał tego wszystkiego ponownie. Jego ciało zareagowało
identycznie jak w 1972 roku i mężczyzna odruchowo cofnął się o krok na
widok upiornych szczątków rozbitego samolotu.
O godzinie piętnastej trzydzieści, w momencie gdy samolot, dostawszy się
w dziurę powietrzną, uderzył w skalną grań, Gustavo zupełnie
nieświadomie odpiął pas bezpieczeństwa, stanął w alejce między fotelami
i kurczowo uczepił się metalowej półki bagażowej, tak by utrzymać się na
nogach. Czuł impet, z jakim maszyna zderzyła się ze skałą, i momentalnie
jego głowę, plecy i nogi zaczął chłostać wiatr ze śniegiem. W myślach
odliczał niekończące się sekundy, w trakcie których kadłub zsuwał się po
oblodzonym stoku, by w końcu gwałtownie znieruchomieć, miażdżąc fotele i siedzących w nich pasażerów, którzy siłą rozpędu powpadali jeden za
drugim na ścianę przedziału bagażowego, oddzielającego kabinę pasażerską
od kokpitu.
Roberto Canessa poczuł wstrząs, gdy samolot lewym skrzydłem zahaczył o skały, i z całej siły uczepił się oparcia fotela przed sobą. Miał
gonitwę myśli, jakieś oderwane, pozbawione sensu obrazy wirowały mu
przed oczami. Wszystkie one składały się w jeden nieubłagany sens:
samolot, którym leciał, właśnie rozbijał się w Andach Patagońskich. Lada
chwila mieli zginąć, a on dowie się, co czeka go po śmierci.
2. Porzucony: Roberto Canessa
2.
Porzucony:
Roberto Canessa
Czy pomysł taki nie mógł narodzić się w głowie jakiegoś szalonego
naukowca? "Po co używać królików doświadczalnych, skoro możemy w lodowej
krainie umieścić ludzi? Będą młodzi, a tym samym bardziej wytrzymali,
tak by zbyt łatwo nie pokonały ich choroby i kontuzje. Z powietrza
usuniemy tlen, przez co będą się poruszać z trudem, dręczeni przez
halucynacje. W większości będą to studenci, przekonamy się, czy
przetrwają, czy potrafią się zorganizować, pracować zespołowo, planować
i znajdować twórcze rozwiązania problemów. Dodatkowo niechaj będą
sportowcami, okaże się wtedy, czy takie nadprzeciętnie sprawne jednostki
są w stanie przetrwać siedemdziesiąt dwa dni na lodowym pustkowiu.
Najpierw trzech, a potem dwóch spośród nich podejmie samobójczą
dziesięciodniową wędrówkę, będzie wspinać się na sięgające nieba
szczyty, żeby dostać się do dolin po drugiej stronie Kordyliery i uciec
z piekła. Będzie to eksperyment, który pozwoli nam odpowiedzieć na
pytanie, czy w tych nieludzkich warunkach narodzi się śnieżne bractwo.
Przekonajmy się, jak będą znosić kolejne wyzwania, ilu z nich wytrzyma
do samego końca. A skoro dociągnęli już tak daleko, drżąc z zimna i ze
zgrozy, zastosujmy kolejny trik: jeszcze okrutniejszy i bardziej
upadlający, tak by zapadali się coraz głębiej w otchłań rozpaczy, która
nie będzie mieć końca, i zawsze będzie czekać ich jeszcze coś gorszego".
Najbardziej perwersyjnym aspektem tamtych doświadczeń było to, że
naprawdę miałem wrażenie, jakbyśmy ja i pozostałych piętnastu ocalałych
byli królikami doświadczalnymi.
Nasza sytuacja była tym trudniejsza do zniesienia, że mogliśmy
postrzegać ją jako laboratoryjny eksperyment, w którym zmuszeni jesteśmy
działać metodą prób i błędów. Miał on zademonstrować, jak ponosimy
porażkę, jak podejmujemy błędne decyzje, jak pełni nadziei łudzimy się,
że znaleźliśmy drogę ucieczki albo że słyszymy nadlatujące samoloty
ratownicze. Ale to tylko złudzenia. Ten z nas, który wyruszył na
południe, niemal umarł z wycieńczenia. Inny prawie oślepł. Ten, który
poszedł na wschód, tylko cudem nie zamarzł. Wniosek, jaki wyciągasz z takich błędów, o ile rzecz jasna nadal nie porzuciłeś nadziei, jest
następujący: nie wolno ci opaść z sił, musisz wytrwale podążać dalej,
nawet jeśli poszedłeś nie tą ścieżką, co trzeba.
Upadlaliśmy się coraz bardziej, stopniowo zaciskając pętle na własnych
szyjach do momentu, gdy niewyobrażalne stawało się rzeczywistością. Na
początku odważyliśmy się zjadać tylko mięśnie wycięte ze zwłok, ale
potem byliśmy zmuszeni sięgnąć również po organy wewnętrzne. W końcu
musieliśmy posunąć się do rozłupywania kilofem czaszek, by wyjadać z nich mózgi.
Widzieliśmy, ilu z nas stopniowo umierało. Ich ciała znaczyły naszą
prowizoryczną drogę ucieczki na zachód.
W śnieżnym bractwie obowiązywały zupełnie inne zasady niż w społeczeństwie żywych. Nie ceniono tego, co materialne, wręcz przeciwnie
- wielkiej wartości nabrały rzeczy niematerialne, takie jak równość,
bezinteresowność, braterstwo, serdeczność i podtrzymywanie nadziei.
Właśnie dlatego tym, na czym najbardziej zależy mi w życiu, jest
odtworzenie tamtego bractwa, które zawiązało się na zboczu góry, owego
wyjątkowego doświadczenia ludzkiego, które opierało się, moim zdaniem,
na pięciu najprostszych wartościach: pracy zespołowej, wytrwałości,
miłości, inteligencji i przede wszystkim - nadziei. Jednak aby odtworzyć
ów model, muszę wcześniej poznać odpowiedzi, jakich nam udzielił, odkryć
jego tajemnice. Nie umiem sobie wyobrazić większego niedostatku i straszniejszego upodlenia niż te, jakich zaznaliśmy w Andach. A mimo to
wróciliśmy z krainy zmarłych i oto jesteśmy. Czasami proszą nas o to,
żebyśmy wytłumaczyli, jak to możliwe. Wokół nas nie brak przecież ludzi,
którzy też zmuszeni są wędrować przez góry, jakie stawia przed nimi
życie. Sądzę, że możemy użyczyć im butów, dzięki którym wydostaliśmy się
przed laty z opałów.
Powróciliśmy do zwykłego społeczeństwa, jednak nasze spojrzenie na życie
uległo zmianie. Wiemy teraz, że szklanka wody może oznaczać kilka godzin
czekania, aż promienie słońca przedzierającego się przez chmury stopią
śnieg. Wiemy, że byle kawalątek czerstwego chleba jest o niebo lepszy od
tego, czym musieliśmy się żywić w górach. Że najtwardszy i najbrudniejszy materac jest miększy niż najeżony ostrymi krawędziami
metal zamarzniętego kadłuba. I że skoro mam teraz do dyspozycji
wszystkie te rzeczy, jestem bogaczem, ponieważ dysponuję wszystkim, co
jest niezbędne do przeżycia, a cała reszta zależy tylko ode mnie.
Ponieważ w każdej chwili twój samolot może runąć na ziemię, a wówczas
uświadamiasz sobie i zaczynasz doceniać wszystko to, co miałeś, a co
teraz utraciłeś.
Świat uznał, że zginęliśmy, i trudno mu się dziwić. My jednak staraliśmy
się przetrwać z nadzieją, że jeśli nam się powiedzie, poprosimy
społeczeństwo, by przyjęło nas z powrotem. Kiedy w końcu wyłoniliśmy się
z mgły, ludzi dopadły wyrzuty sumienia, zmuszeni byli uznać swoją
niewiedzę, ponieważ dowiedliśmy, że ich założenia były mylne. Z tego
powodu przyjęli nas z powrotem i niechętnie zaakceptowali to, co
mieliśmy do powiedzenia.
Społeczeństwo spisało nas na straty i tylko nasze rodziny, wiedzione
jakimś irracjonalnym przymusem, kontynuowały poszukiwania. Jeśli o mnie
chodzi, starałem się wysyłać telepatyczne wiadomości do mojej ówczesnej
dziewczyny Lauri, w których przekonywałem ją, żeby cieszyła się życiem i nie zadręczała z mojego powodu. Błagałem ją w myślach, żeby nie
wierzyła, że kiedyś wrócę, i starałem się ją przekonać, że powinna
zapomnieć o swojej miłości do mnie, ponieważ uzależni to jej szczęście
od mojego powrotu, który wydawał się niemożliwy.
Mój ojciec szukał mnie, ponieważ wiedział, że gdyby to samo przydarzyło
się jemu, poruszyłbym niebo i ziemię, żeby go odnaleźć, nie spocząłbym
aż do śmierci. W poszukiwaniach pomagał mu ojciec Lauri, Luis Surraco,
aby pocieszyć swoją córkę i móc powiedzieć jej to samo, do czego w myślach próbowałem ją nakłonić: "Nie płacz już więcej, Lauri. Skup się
na swoim życiu. Twój chłopak istnieje już tylko na zdjęciach i we
wspomnieniach". Przed wylotem Lauri zaopatrzyła ojca w grube wełniane
skarpety, skórzaną kurtkę i lekarstwa na ból żołądka. Powiedziała mu
wówczas: "Roberto jest bardzo zmarznięty. Przed chłodem chronią go
metalowe części rozbitego samolotu, z których zbudował dla siebie
prowizoryczne schronienie". Słowa te podyktowane były wiarą, którą
dzieliła z moją matką, że przeżyłem i trzęsę się z zimna. Była to
prawda. Przez siedemdziesiąt dwa dni spędzone na zboczu góry miałem na
sobie gruby wełniany sweter, który moja matka zrobiła dla mnie na
drutach rok wcześniej. Do teraz ma w zwyczaju sprawdzać, gdzie jestem,
bo obawia się, że mogłaby mnie znowu stracić. Kto miał rację? Mój ojciec
i Luis Surraco, opierający się na racjonalnych przesłankach, czy raczej
moja matka i sympatia, żywiące irracjonalną nadzieję? Panował wówczas
absolutny chaos, cały świat, jaki znałem, został wywrócony do góry
nogami. W rezultacie to, co racjonalne, szło ramię w ramię z niemożliwym, a utopia zastępowała rzeczywistość.
Jako że nasza historia nie miała precedensu, istniało powszechne
przekonanie, że niemożliwym jest, byśmy po rozbiciu się samolotu w górach pozostali przy życiu. Niemożliwe, byśmy przetrwali chłód,
sforsowali ścianę śniegu, skał i lodu, a co ważniejsze - żebyśmy po
wspięciu się na szczyt masywu, ujrzawszy bezmiar skąpanych w bieli gór
zamiast utęsknionych zielonych dolin, nie porzucili nadziei. To prawda,
wszystko to było niemożliwe. Jednak czymże innym była nasza przygoda w Andach, jeśli nie ciągiem nieprawdopodobnych wydarzeń, niewyobrażalnych
i niedających się zaakceptować sytuacji?
Pomysł, by żywić się ciałami zmarłych, nie był dla mnie nowy. Jako
student medycyny czytałem książkę poświęconą metabolizmowi, dzięki czemu
znałem teoretyczny wymiar tego, co mieliśmy zamiar zrobić. Wiedziałem,
na czym polega tzw. cykl Krebsa. Wiedziałem, że białko może
przekształcać się w cukry, a tłuszcz w białko. Miałem też świadomość, że
gdy będziemy żywić się wyłącznie mięsem, unikniemy śmierci z głodu.
Białko niezbędne do przeżycia znajdowało się w ciałach naszych
przyjaciół, ale nie miałem pozwolenia, by je tknąć. Naszą rozpaczliwą
sytuację dodatkowo pogarszał fakt, że nie mogliśmy spytać ich o zdanie,
bo już nie żyli.
I wtedy zaproponowałem, byśmy zawiązali pakt - każdy z nas mógł
zadeklarować, że w przypadku jego śmierci pozostali będą mogli
wykorzystać jego ciało. Oddaję siebie, tak by moje ramiona pomogły
innym, moje nogi ułatwiły im chodzenie, moje mięśnie umożliwiły im
poruszanie się, niezbędne do przeżycia.
Kiedy zdałem sobie sprawę, że mogę stać się rezerwuarem kluczowych dla
przeżycia składników odżywczych dla kolegów, sytuacja zrobiła się
prosta: wystarczyło odciąć kawałek i połknąć. Teraz już nic nie stało na
przeszkodzie, byśmy wreszcie zrobili to, z czym zwlekaliśmy od dawna i na co wszyscy czekaliśmy. Miałem poczucie, że to ja muszę wypełnić ten
obowiązek, wspólnie z Adolfem Strauchem i Gustavem Zerbiną. To był istny
wyścig z czasem, a w tym konkretnym momencie czułem, że mogę biec na
samym przedzie. Kierowała mną myśl, że dzisiaj albo jutro to ja stanę
się tym, który nie będzie miał siły iść dalej, a wówczas będę istniał
już jedynie w ciałach innych - zresztą niewiele brakowało, by w następstwie lawiny tak się to skończyło.
Wykonanie tego pierwszego kroku wymagało kolosalnego wysiłku, mimo że
sprowadzało się to zaledwie do pokonania kilku metrów, żeby dotrzeć na
tyły samolotu, gdzie na śniegu leżały zwłoki. Zdawałem sobie sprawę, że
konsekwencje będą nieodwracalne i potem już nigdy nie będziemy takimi
samymi ludźmi. Krok, na który się decydowaliśmy, miał wymiar trudny do
objęcia rozumem. Najpierw należało ściągnąć ubrania z ciała człowieka,
którego się znało. Potem trzeba było dokonać niewyobrażalnego - odciąć
kawałek jego zamarzniętego ciała. Przypominało to skok w otchłań. To,
czego doświadczaliśmy teraz, było jeszcze straszniejszą tragedią od
katastrofy, ponieważ o tym, że samolot spadł, zadecydowały czynniki
niezależne od nas, natomiast odcinanie mięsa z ciał zabitych było już
naszym wyborem.
Czułem się w tamtej chwili jak najpodlejsza i najbardziej pożałowania
godna istota na całym świecie. Przyłapywałem się na myśli, jakąż to
okropną zbrodnię musiałem popełnić, skoro teraz za karę jestem skazany
na tak krańcowe upodlenie. Ci, którzy przyglądali nam się z wnętrza
kadłuba, też odczuwali dojmujący smutek. W tamtym strasznym momencie,
gdy wkładaliśmy do ust mięso naszych przyjaciół, wszyscy cierpieliśmy. I z tego powodu wszyscy po trochu umarliśmy tamtego dnia.
Rozmyślałem o mojej matce, która nieco wcześniej dowiedziała się o innym
wypadku, w którym życie straciło trzech moich kolegów ze szkoły. Utopili
się podczas pływania kajakiem po rzece La Plata, niedaleko plaży
Carrasco. Matka powiedziała mi wtedy z przekonaniem, że nie przeżyłaby
straty syna. Jej zdaniem nigdy nie zdołałaby udźwignąć tragedii, jaka
spadła na te trzy matki, które odtąd nocami i dniami miały w snach
błąkać się po plażach i palić lampy w oczekiwaniu na powrót synów.
Dlatego nie mogłem jej zawieść. Każdy z moich przyjaciół miał powód
równie istotny albo nawet ważniejszy niż mój, który dawał mu siłę
niezbędną do przełknięcia tego pierwszego kęsa. W jednej chwili
przestaliśmy być młodymi, beztroskimi chłopakami i obróciliśmy się w chwiejących się nad grobem starców. Postarzali, sędziwi chłopcy tak
naznaczeni piętnem spożywania ludzkiego mięsa, mieliśmy poczucie, że
upadamy coraz głębiej i głębiej, tylko po to, by odkryć, że pustka nie
ma dna, ponieważ koniec pojawia się dopiero wtedy, gdy umierasz.
Poznaliśmy dobrze tę górę. Nauczyła nas, że kiedy wznoszący się na
wschodzie wulkan o nazwie Sosneado skrywa się za chmurami, oznacza to,
iż nocą przyjdzie burza i że spędzimy ją, drżąc z zimna i ze strachu,
podczas gdy rozeźlona czymś góra będzie ryczeć nad naszymi głowami.
Dowiedzieliśmy się też, że lawiny, jakie widywaliśmy w oddali, nie mogą
nas dosięgnąć. Byliśmy jednak w błędzie, ponieważ jedna z nich w końcu
na nas runęła i musieliśmy wszystko zaczynać od nowa.
W pierwszych godzinach po lawinie nadal, krok za krokiem, schodziliśmy w otchłań, ponieważ zmuszeni byliśmy zjadać ciała tych, którzy leżeli tuż
obok nas. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli sam nie wykonam tego kroku,
jeśli nie pokażę pozostałym, że to nasza jedyna szansa, nie wydostaniemy
się stąd. Czułem, że to ja muszę dać przykład pozostałym, mimo że w normalnym życiu nigdy bym nie pomyślał, iż będę zdolny do takich rzeczy.
Wiedziałem zarazem, że to, co zrobimy, spotęguje tylko ból rodzin ofiar.
Być może moje studia medyczne pozwoliły mi spojrzeć na to okiem
chirurga, który wie, że aby móc rozkroić brzuch i wyjąć z niego narząd,
uprzednio należy oddzielić sferę fizyczną od duchowej.
Człowiek pogrzebany żywcem uczy się, czym jest oczekiwanie. Z minuty na
minutę nasza egzystencja stawała się niewysłowienie bardziej żałosna.
Miałem wręcz poczucie, jakbyśmy cofnęli się do stadium nasienia: byliśmy
znowu jedynie życiem potencjalnym, co do którego nie ma pewności, że
zakiełkuje. Kolejny raz zasady gry uległy zmianie i znowu stało się to
bez naszej wiedzy. Kadłub samolotu, który mieliśmy za nasze schronienie,
czy wręcz prowizoryczny dom, okazał się pułapką, która w każdej chwili
mogła sprowadzić na nas śmierć.
Był taki moment, gdy pomyślałem, że chyba zmieniamy się w dzikie
zwierzęta, że nasza pierwotna natura bierze nad nami górę i wkrótce
wchłonie to, co ludzkie. Myliłem się. Okoliczności zmusiły nas co
prawda, byśmy postępowali jak zwierzęta, na przykład zjadali zwłoki
przedstawicieli własnego gatunku, ale godziliśmy się na to, kierowani
szlachetnym wspólnym postanowieniem, które nawet po tylu latach nie
przestało mnie wzruszać: mogę jutro stać się twoim jedzeniem. Na zboczu
tamtej góry widziałem zachowania tak naznaczone dobrocią i bezinteresownością, jakich nie spotkałem na swojej drodze ani nigdy
wcześniej, ani nigdy później. I to właśnie one, zwłaszcza gdy wychodziły
od ciężko rannych, mających świadomość, że ich czas dobiega końca,
zobowiązywały, byś również i ty oddał siebie całego, do ostatniej kropli
krwi.
Kiedy po wyprawie w poszukiwaniu oderwanego ogona samolotu powróciłem do
kadłuba, z całą wyrazistością ujrzałem opłakany stan moich przyjaciół:
oszpeceni, z długimi włosami i brodami, przeraźliwie brudni, o twarzach
wychudzonych i wynędzniałych. Wszyscy mieli strasznie podkrążone oczy,
ich kości łuku brwiowego wyraźnie się odznaczały, a policzki były
zapadnięte. Ten widok sprawił, że wróciło do mnie wspomnienie ilustracji
z książki Charlesa Dickensa Opowieść o dwóch miastach, na których
dzieci miały surowe, wyniszczone twarze dorosłych ludzi. Staliśmy się
żywymi trupami, szkieletami obleczonymi w skórę, balansującymi na
granicy życia i śmierci, z wysuszonymi, popękanymi wargami, stale
otoczeni smrodem cmentarzyska.
Znałem obie grupy, ponieważ od początku byłem częścią społeczności
pasażerów. Starałem się pomagać, w czym tylko mogłem - razem z Gustavem
Zerbiną i Diegiem Stormem opiekowałem się rannymi. Nieco później, gdy
zajmowałem się Gustavem po tym, jak półżywy wrócił z wyprawy na
południe, przekonałem się, jak wygląda życie w tym drugim świecie, poza
kadłubem. Po drodze stracił wzrok, mówił, że czuje, jakby w oczach miał
piasek. Kiedy go karmiłem, musiałem wcześniej przeżuwać mięso i wkładać
mu maleńkie kawałki do ust, ponieważ ruszały mu się wszystkie zęby.
Masowałem i nacierałem mu stopy, które odmroził w czasie marszu i stracił w nich czucie.
Jeden z moich kolegów, Arturo Nogueira, który miał połamane obie nogi,
powiedział mi: "Jesteś wielkim szczęściarzem, Roberto, że możesz chodzić
i w ten sposób pomagać innym". I wtedy dotarło do mnie, że na tym
właśnie polega moja rola w grupie. A kiedy człowiek pogodzi się z taką
myślą, zaczyna się zmieniać w snach i marzeniach pozostałych. Chodzi się
wówczas nie tylko dla samego siebie, ale robi się to także dla innych,
tych, którzy ci zaufali. I wszystko odbywa się bez słów, ponieważ są to
tego rodzaju informacje i rzeczywistość, której inni nie mogą poznać ani
pojąć.
I w takiej atmosferze podejmowaliśmy przygotowania do ostatniej
ekspedycji: wyczynu, który na papierze nie mógł się powieść. Naszła mnie
wtedy myśl: będę robił, co w mojej mocy, i poproszę Boga o to, by nam
pomógł, jeśli tylko jest w stanie to zrobić. Gdy na drodze stanie nam
lodowa ściana, niechaj przynajmniej będzie miała szczeliny, tak bym miał
gdzie wczepić się w nie palcami dłoni i stóp. A jeżeli natkniemy się na
inną przeszkodę, niechaj da się ją ominąć.
Zaraz potem nadeszła chwila prawdy: znaleźliśmy się w sytuacji, gdy nie
było więcej ochotników gotowych przeprawić się przez góry. Nando
zobowiązał się, że weźmie udział w wyprawie. Chciał za wszelką cenę
wrócić do ojca, który opłakiwał śmierć swojej matki i siostry, i powiedzieć mu, że nie wszystko stracone. Tintín brał już udział we
wcześniejszych ekspedycjach, w których świetnie sobie radził - wyruszał
z bazy i do niej wracał. Z natury wiele od siebie wymagał, a w przypadku
tej ostatniej ekspedycji (na trasie długości siedemdziesięciu
kilometrów) był przekonany, że sprosta wyzwaniu. Był gotów dać z siebie
wszystko, mimo że wskutek ran odniesionych w katastrofie stracił dwa
litry krwi, co doprowadziło do powstania dużego skrzepu w żyle, czego
skutki wciąż mu dokuczały.
Życie śnieżnego bractwa pełne było wspaniałych i wzniosłych momentów,
jednak nawet one przez cały czas podszyte były grozą. Najlepszą, a zarazem jedną z najstraszniejszych nocy była ta, która nadeszła
pierwszego dnia ostatniej ekspedycji. Mijał sześćdziesiąty pierwszy
dzień naszej gehenny. Wspinaliśmy się, to znaczy Nando, Tintín i ja, na
zbocze monumentalnej góry. Brnęliśmy przez cały dzień po ścianie
nachylonej pod tak dużym kątem, że kręciło nam się od tego w głowach.
Wspinaczki jednak nie przerwaliśmy, nawet gdy szybko zaczęło się
zmierzchać i zerwał się lodowaty wiatr. Nasze przemoczone spodnie
zaczynały zamarzać. Jak okiem sięgnąć nie było żadnego miejsca, w którym
moglibyśmy bezpiecznie przycupnąć, odpocząć, przespać się. Zapadała noc,
a w ciemności nie widzieliśmy, gdzie stawiamy kroki. Byliśmy ślepi,
podczas gdy wkoło nas roztaczał się labirynt klifów i lodowych szczelin.
Wpadaliśmy już w rozpacz, a ja szlochałem z bezsilności - wiedziałem, że
nie zdołam dotrzymać danego słowa, że przeżyję i uratuję naszych
przyjaciół. I właśnie wtedy natrafiliśmy na załom schowany w skale. Za
nim, ku naszemu zdumieniu, ujrzeliśmy kawałek płaskiej skały pokrytej
śniegiem i lodem, o powierzchni dwóch metrów kwadratowych. Ułożyliśmy na
niej poduszki wyrwane z samolotowych foteli, które miały chronić nas od
spodu przed chłodem, a na nie rzuciliśmy nasz prowizoryczny śpiwór. Nie
dowierzaliśmy swojemu szczęściu. Równie zdumiewające było to, że kiedy
tylko odnaleźliśmy to miejsce, niemal natychmiast wiatr przestał wiać.
Na niebie ukazał się księżyc, a w jego blasku ujrzeliśmy niesamowicie
białą dolinę, na której dnie został samolot. Gwiazdy wydawały się tak
bliskie. Pomyślałem wtedy: nie wierzę, że zachwycam się pięknem tego
widoku, a tuż nad naszymi głowami wiszą trzy gwiazdy z Pasa Oriona i księżyc. Ale to działo się naprawdę: tamtej nocy poczułem, jak wielkim
przywilejem jest być w tym miejscu. I że ja i moi dwaj przyjaciele
jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy oglądają wszechświat z takiej
perspektywy. Miałem przedziwne poczucie, że księżyc jest lustrem, które
lada moment pokaże mi mój dom, i że na pewno zdołam zobaczyć go na
własne oczy, gdy wrócę do Montevideo. A wszystkie te myśli kłębiły się w mojej głowie, mimo że parę chwil wcześniej byłem przekonany, iż jestem
już trupem. Tamta noc czegoś mnie nauczyła - a lekcja ta pozostała ze
mną na zawsze - nawet gdy wydaje nam się, że jesteśmy zagubieni w bezkresie, jest to tylko towarzyszące nam uczucie.
Mężczyznę kształtują okoliczności, z jakimi się mierzy, a cała nasza
trójka, to znaczy Nando, Tintín i ja, tworzyliśmy zgrany zespół. O ile
oni liczyli się z moim zdaniem, o tyle ja, przed podjęciem takiej czy
innej decyzji, zdawałem się na niezłomną wolę Nanda, by niestrudzenie
brnąć dalej, i niezachwianą pewność Tintína. Te trzy czynniki
współdziałały ze sobą w harmonii, tworząc idealną symbiozę. Później, gdy
Tintín wrócił do samolotu, między mną i Nandem zawiązało się szczególne
partnerstwo, w którym wzajemnie się uzupełnialiśmy. Na końcu do tej
wspólnoty dołączył jeszcze nasz wybawca, poganiacz mułów Sergio Catalán.
Latem wypasa swoje stada na "letnim pastwisku", jak nazywają je
pasterze, gdzie spod lodu gdzieniegdzie wyrasta zielona trawa i gdzie
cielą się zwierzęta. Pasterz znakomicie zna swoją trzodę, dogląda matek
i ich młodych i musi przez cały czas mieć je na oku, ponieważ na muły
polują pumy. Jak mógłby porzucić mulicę albo cielę, które zna od
urodzenia? Z tymi zwierzętami łączy go osobliwa więź, której nie sposób
zrozumieć, jeśli nie zobaczy się na własne oczy, co dzieje się między
nimi i człowiekiem. Osobiście uważam, że kiedy nas ujrzał, zadziałał
podobny mechanizm. Jak mógłby odmówić pomocy dwóm obdartym chłopakom,
którzy chwiejnym krokiem zbliżali się do niego po sforsowaniu łańcucha
górskiego, skoro sam był człowiekiem gór, tym, który musi sobie radzić w każdej sytuacji? To właśnie dzięki temu wykazał się tak wielką
szlachetnością serca i współczuciem, które kazały mu odbyć długą
wędrówkę, żeby nas uratować. Zawsze uważałem, że to, czego
doświadczyliśmy, nie było dziełem przypadku. Gdyby ta sama sytuacja
rozegrała się niedaleko od cywilizacji, a nie w dzikich Andach, w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc, i gdybyśmy próbowali zatrzymać
jakąś napotkaną osobę i poprosić ją o pomoc, być może nie mielibyśmy
tyle szczęścia. Na naszej drodze stanął skromny człowiek o dobrym sercu,
Sergio Catalán, który potrafił porzucić swoją pracę, wydać swoje muły na
pastwę dzikich kotów i udać się w ośmiogodzinną podróż konno, a potem
jeszcze jechać drugie tyle samochodem Ministerstwa Robót Publicznych do
oddalonej o pięćdziesiąt kilometrów miejscowości Puente Negro, gdzie
znajdował się posterunek karabinierów - a wszystko to jedynie z potrzeby
niesienia pomocy nieznajomym.
Czasami wracam do nagrań filmowych, na których uwieczniono moment, gdy
Nando i ja przybyliśmy do miejscowości Los Maitenes i zostaliśmy podjęci
przez karabinierów. Zawsze w takich chwilach zwracam uwagę na swoje
oczy. Z początku przypatruję się przytomnie dziennikarzowi, ale już po
chwili moje spojrzenie przesuwa się gdzie indziej i traci ostrość.
Udzielam odpowiedzi na pytania i nagle spoglądam w bok, jak gdybym
przestał słuchać, co mówi dziennikarz. Kiedy Nando stwierdza: "Tak,
czujemy się dobrze", warto obserwować jego twarz, która zdradza coś
zgoła innego. A kiedy pada pytanie, ile osób liczy jego rodzina,
operator ponownie kieruje kamerę na mnie, a moje spojrzenie znowu ginie
w jakimś nieokreślonym punkcie w przestrzeni.
Do Los Maitenes zawitaliśmy na podobieństwo duchów. Pomimo zdumienia,
jakie musieliśmy budzić wśród ludzi, którzy przecież wcale na nas nie
czekali, przyjęto nas z otwartymi ramionami, ponieważ widziano w nas
tych, którzy wrócili z zaświatów. To, a także ciekawość, były głównym
powodem tak serdecznego przyjęcia.
Gehenna, jakiej doświadczyliśmy w górach, nauczyła nas, że wszystko
musimy zrobić sami. I w tym duchu wyobrażaliśmy sobie, że po zejściu z góry pójdziemy do Santiago i tam odnajdziemy stację kolejową. Mieliśmy
odłożone pieniądze na bilet kolejowy na pociąg, który przetnie góry i zatrzyma się w Buenos Aires. Potem planowaliśmy przebyć rzekę La Plata
na pokładzie jakiegoś statku i dalej wędrować na piechotę, aż dotrzemy
do naszych domów. Zadzwonimy do drzwi, otworzymy je i zawołamy do
naszych najbliższych, że żyjemy. Ale w naszych rachubach ani przez
moment nie braliśmy pod uwagę, że natkniemy się na pasterza mułów ani że
światu będzie tak bardzo zależało na naprawieniu popełnionego błędu.
Byliśmy niczym metafora dla członków tego społeczeństwa: skoro ci
niedoświadczeni, naiwni chłopcy przeżyli katastrofę samolotu i pokonali
Andy, życie nie może być aż takie trudne. I być może ta myśl pomaga
wszystkim tym ludziom, którym brakuje odwagi i wiary we własne siły, a którzy mimo to przychodzą do Doliny Łez w poszukiwaniu czegoś, choć sami
nie wiedzą czego. Na wysokości czterech tysięcy metrów wieją potężne
wiatry, powietrze jest zbyt rozrzedzone i trudno się oddycha, a ciało
nigdy nie może się wystarczająco rozgrzać. Chcą zrozumieć, jak
zdołaliśmy przeżyć. A odpowiedź, która tu na nich czeka, zaskakuje swoją
prostotą: nigdy nie straciliśmy woli ucieczki i całym sercem
wierzyliśmy, że człowiek zdolny jest do nadzwyczajnych czynów. Zamiast
kurczowo trzymać się wspomnień, staraliśmy się posuwać naprzód.
Obecnie moje życie nie upływa już na tej górze, ale z drugiej strony nie
całkiem się uwolniłem od jej cienia. Któregoś razu w programie
telewizyjnym spytano mojego syna, czy podziwia ojca za to, co się
wydarzyło w Andach. Odpowiedział: "Nie wiem, ponieważ wtedy nie było
mnie jeszcze na świecie. Podziwiam go za to, że codziennie chodzi do
pracy, żebyśmy mieli wszystko, co niezbędne do życia".
Mamy szansę żyć dla tych, którzy nie mieli tyle szczęścia - tych
wszystkich pochowanych pod tym żelaznym krzyżem. Ażeby uszanować ich
pamięć, muszę dobrze żyć, tak by w momencie śmierci, popełniwszy wiele
błędów, móc powiedzieć: "Wiem, że nie zrobiłem wystarczająco wiele, ale
starałem się, jak mogłem".
Kim byliśmy? Grupą pechowych chłopaków. A teraz? Grupą dorosłych
mężczyzn starających się zrozumieć, dlaczego spotkała ich ta wielka
tragedia. Nigdy nie przypuszczałem, że opowiadając tę historię, uzyskam
tak cenny dar. Kiedy na Harvardzie prowadzę wykłady z medycyny, reakcje
studentów są stonowane: przyjmują do wiadomości przekazywaną przeze mnie
wiedzę i to w zupełności wystarczy. Ale kiedy opowiadam o Andach, są
poruszeni, płaczą, zadają pytania, przytulają mnie. To historia, która
przemawia głęboko do serca słuchacza. Poznawszy ją, człowiek odchodzi
wzbogacony. Jestem zaledwie narratorem tej opowieści, ale byłem także
świadkiem tego, co się wtedy działo. Stanowię niepodważalny dowód, że
tamte wydarzenia naprawdę miały miejsce.
W górach istniał pewien sposób na przetrwanie, który musieliśmy
wypracować i wdrożyć. Doskonale pamiętam skrzypienie śniegu pod naszymi
stopami. To, jak zapadaliśmy się w nim po kolana w trakcie ostatecznie
porzucanych ekspedycji. Pamiętam też, jak podczas ostatniej wyprawy
byłem do tego stopnia wycieńczony, że moje mięśnie przestawały słuchać
poleceń wydawanych przez mózg. Do dzisiaj jest ze mną chłód tamtych
wieczorów, lodowaty wicher zrywający się po zachodzie słońca, ryk
schodzących lawin, bezsilność.
W Andach umówiliśmy się, że wyrzekamy się pychy i próżności wpajanych
nam przez współczesne społeczeństwo, które nas ukształtowało.
Stanowiliśmy niewinną społeczność przyjaciół, którzy nie wstydzili się
przytulać nawzajem, przepraszać, gdy przypadkiem podnieśli głos albo w inny sposób sprawili przykrość jeden drugiemu, ponieważ o ile stres, w którym żyliśmy, był nie do wytrzymania, o tyle najtrudniej znieść było
niepokój. Równocześnie zachowaliśmy etos ludzi gór, pielęgnowany przez
karabinierów: zawsze nieś pomoc, nawet z narażeniem swojego życia.
Wracając na tę górę, poczułem się, jakbym znowu miał dziewiętnaście lat.
Z tej wielkiej wysokości znowu dostrzegam to wszystko, co dało mi siłę,
by żyć. I boleję, że nie możemy powrócić tu wszyscy; że innym nie dane
było wypełnić do końca ich przeznaczeń i że ich przygoda skończyła się
tak wcześnie. Wydaje mi się, że właśnie z myślą o nich powinniśmy
spróbować dokonać w naszym życiu tego wszystkiego, czego im samym nie
było dane. Stoczyli trudną walkę o przetrwanie. Wielkim nakładem sił
starali się wyrwać z tego miejsca. My ze swojej strony robiliśmy, co w naszej mocy, by zachować czujność i ich uratować. Ostatecznie jednak nie
starczyło nam siły, by ich stąd wydostać. I za to, przyjaciele, proszę
was o wybaczenie. Ufam, że dany jest wam pokój i że pogodziliście się
już z faktem, że żyjemy dla was.
Roberto Canessa urodził się w 1953 roku. Ukończył, śladem swojego ojca,
studia medyczne podjęte w 1971 roku, specjalizując się w kardiologii
dziecięcej. Dwukrotnie został uhonorowany Państwową Nagrodą Medyczną.
Ożenił się ze swoją sympatią, z którą związany był już w momencie
katastrofy - Lauri. Doczekał się z nią trojga dzieci: najstarsze z nich,
syn Hilario, imię zawdzięcza wysokiej na pięć tysięcy metrów górze, na
którą wspinali się jego ojciec i Nando. Drugie dziecko, Roberto,
podobnie jak on studiuje medycynę. Córka Laura Inés dotrzymuje tacie
towarzystwa w jego powrotach na górę, wykazując się taką samą jak on
siłą i zuchwałością.
Dom, który zbudował Roberto Canessa, rozgałęzia się na wszystkie strony
i przypomina labirynt. Frontowe drzwi nigdy nie są zamknięte na klucz,
ponieważ w jego wnętrzu nieustannie przewijają się ludzie. W swoim życiu
Roberto udostępniał to niezwykłe domostwo wielu osobom w potrzebie.
Wszystkie je łączy z nim coś wspólnego: mówią o miłości, serdeczności,
drżą, dzieląc się wzruszającymi historiami, a słuchając muzyki, która
porusza ich serca, nie potrafią powstrzymać łez.
3. Pierwsza ofiara: upadek na Kordylierę
3.
Pierwsza ofiara:
upadek na Kordylierę
Gustavo Zerbino miał przeczucie, które przygasiło radosny nastrój,
towarzyszący mu przez całą dotychczasową podróż. Od godziny siódmej rano
poprzedniego dnia, dwunastego października, kiedy grupa zatrzymała się w Mendozie, mieście położonym u podnóża argentyńskiej części Kordyliery,
intuicja podpowiadała mu, że stanie się coś złego. Tuż przed wejściem na
pokład samolotu na lotnisku Plumerillo, na przedmieściach Mendozy,
zwierzył się Esther, żonie doktora Francisco Nicoli, lekarza drużyny
rugby, że nie chce lecieć, ponieważ ma osobliwe przeczucie, że samolot
się rozbije. Gustavo oczekiwał, że kobieta go pocieszy i uspokoi.
Tymczasem jej odpowiedź go zdumiała: kiedy zbliżali się do schodów
prowadzących do samolotu, przyznała, że ją też dręczą takie myśli.
Trzynastego października, o godzinie piętnastej dwadzieścia, dokładnie
dziesięć minut przed wypadkiem, z Gustavem nagle zaczęło się dziać coś
dziwnego: odczuwał przemożny niepokój, pocił się obficie i nie mógł
spokojnie usiedzieć na miejscu, podczas gdy jego koledzy żartowali i się
wygłupiali. Wrócił na tyły samolotu, do ostatnich rzędów foteli, gdzie
siedzieli jego trzej koledzy z drużyny: Guido Magri, Gastón Costemalle i Daniel Shaw. Chłopcy umilali sobie podróż grą w karty z dwoma członkami
personelu pokładowego: stewardem Ovidiem Joaquínem Ramírezem i nawigatorem Ramónem Martínezem. Fakt, że nawigator nie przebywał z kokpicie z pilotami w czasie, gdy samolot przelatywał nad Kordylierą,
wydał się Gustavowi zaskakujący. Udał się na drugi koniec samolotu i bez
pukania wszedł do kabiny pilotów. Jego niepokój wzrósł, gdy zorientował
się, że obaj piloci, Julio Ferradás i Dante Lagurara, wcale nie skupiają
się na tablicy przyrządów, zamiast tego prowadząc beztroską pogawędkę i racząc się herbatą.
- Nikt nie kieruje? - spytał, nie kryjąc zaskoczenia.
Obaj mężczyźni zgodnie odparli, że samolot wyposażony jest w najnowszą
technologię automatycznego pilota, która sprawia, że "maszyna
praktycznie leci sama".
- Myślałem, że nawet przy wykorzystaniu automatycznego pilota człowiek
musi trzymać rękę na pulsie - stwierdził Gustavo, po czym wycofał się z kabiny pilotów.
Chwilę później zobaczył nawigatora idącego w kierunku kokpitu. Mężczyzna
wrócił bardzo szybko i niosąc mapy lotu, skierował się ku ogonowi
maszyny. Niedługo potem samolot wleciał w pierwsze dziury powietrzne, co
dało początek turbulencjom. A kiedy wynurzyli się z chmur, oczom Gustava
ukazały się szczyty górskie, które nagle wydały się niebezpiecznie
bliskie. Po chwili inny członek załogi nakazał pasażerom, by zajęli
miejsca, zapięli pasy i zachowali spokój. W kabinie pasażerskiej,
jeszcze przed chwilą pełnej wesołych donośnych głosów, zapadła nerwowa
cisza.
Samolot Fairchild 571 (F571), dwusilnikowy turboodrzutowiec
wyczarterowany od Urugwajskich Sił Powietrznych, wleciał w olbrzymią
dziurę powietrzną i zdawał się spadać niczym kamień. Gustavo
przestraszył się, że rozbiją sobie głowy o strop kabiny. Ciszę przeciął
przenikliwy sygnał alarmu o traceniu wysokości; oznaczało to, że maszyna
może lada chwila runąć na ziemię. Całym stalowym cielskiem samolotu
targały gwałtowne szarpnięcia i dygot, jak gdyby miało rozlecieć się na
kawałki. Wreszcie, parę sekund później, Gustavo usłyszał wybuch tak
głośny, że niemal całkowicie go ogłuszył (samolot zaczepił lewym
skrzydłem o skały albo uderzył brzuchem w skaliste podłoże). W tym samym
momencie chłopak rozpiął pas bezpieczeństwa, zerwał się na równe nogi i z całej siły - dla zachowania równowagi - uczepił się metalowej
konstrukcji górnej półki bagażowej. Właśnie wtedy dał się słyszeć
przyprawiający o gęsią skórkę pisk łamanego i giętego metalu i samolot
rozłamał się na dwie części. Tuż za plecami Gustava ział teraz olbrzymi
otwór, przez który w pustkę pomknął jego fotel oraz fotel sąsiedni, z przypiętym do niego kolegą Carlosem Valetą. Gustavo powierzył się
boskiej opiece i powtarzał: "Słodki Jezu, nie opuszczaj mnie. Proszę
Cię, Jezu, nie opuszczaj mnie", podczas gdy kadłub samolotu, utraciwszy
rozpęd, zaczął gwałtownie spadać. W końcu zderzył się z ziemią i zaczął
zygzakiem zsuwać się w dół zbocza. Pomimo krętego ruchu kadłub przez
cały czas pozostał w pozycji, w której wylądował - nie obrócił się na
bok ani nie wyskakiwał w powietrze na nierównym podłożu. Siła tarcia w zatrważającym tempie niszczyła podłogę, która kruszyła się i wyginała.
Pod jej wpływem wyrwane zostały wszystkie fotele.
Jazda w dół trwała długie sekundy, aż wreszcie kadłub wbił się w stertę
śniegu i gwałtownie się zatrzymał. Absolutna cisza, która zapanowała
wkoło, w pierwszej chwili zrodziła w Gustavie podejrzenie, że umarł i że
tak wyglądają zaświaty: nadal istniejesz, lecz w całkowitej ciszy i bezruchu.
W trakcie lotu większość chłopców kręciła się po kabinie pasażerskiej.
Kiedy maszyna wpadła w pierwszą dziurę powietrzną i jeden z członków
załogi wyszedł z kabiny pilotów, żeby poprosić ich o powrót na miejsce i poinformować, że czekają ich duże turbulencje, nikt nie zwrócił na niego
uwagi. Dopiero przy drugiej dziurze powietrznej większość chłopaków
zastosowała się do polecenia. W tym momencie José Luis "Coche" Inciarte
wyraźnie usłyszał głos jednego z pilotów, który zwracał się do swojego
kolegi słowami: "Więcej mocy, potrzebuję więcej mocy!". Samolot zaczął
wznosić się tak gwałtownie, że Coche poczuł, jak jego plecy wciskają się
w oparcie fotela. Zaraz potem maszyna zaczęła się trząść, a po chwili
dał się słyszeć huk eksplozji, po której rozległ się straszliwy syk.
Coche momentalnie wyczuł gwałtowną zmianę atmosfery: cały lot upływał
pasażerom w przyjemnej temperaturze, za to teraz w przeciągu kilku
sekund owionęło ich lodowate powietrze. Chłopak drżał w podmuchach
chłodu, ale nie potrafił stwierdzić, skąd właściwie dolatywały. Czuł na
sobie uderzenia różnych przelatujących przedmiotów. Ponieważ nie słyszał
mechanicznego ryku, pomyślał, że samolot nadal leci przy wyłączonych
silnikach, jednak chwilę później poczuł kolejny potężny wstrząs. Rozbita
maszyna zaczęła się ześlizgiwać w dół zbocza. Teraz oprócz lodowatego
powietrza poczuł coś jeszcze - śnieg... tak, śnieg. Pochylił głowę,
zamknął oczy i przygotował się na najgorsze.
Tymczasem przełamany na pół samolot kontynuował swoją chaotyczną podróż.
Zsuwając się, gromadził przed sobą olbrzymią ilość śniegu. Po pewnym
czasie było go już tak dużo, że wrak zarył w nim dziobem i znieruchomiał. Nagłe zatrzymanie się sprawiło, że wszystko, co
znajdowało się w środku, z ogromną siłą poleciało do przodu.
Pierwszym, co zrobił Roberto Canessa po zatrzymaniu się samolotu, było
sprawdzenie, czy nadal ma ręce i nogi. Ze zdumieniem stwierdził, że
wszystkie członki są na swoim miejscu. Co jeszcze bardziej zaskakujące,
uniknął nawet złamań - ramiona i nogi reagowały na polecenia wydawane
przez mózg. Ze wszystkich stron docierały pojękiwania i płacz, które
szybko przerodziły się we wrzaski rozpaczy. Roberto spróbował się
podnieść, ale nie był w stanie.
W pewnym momencie ktoś popchnął jego barki, by uwolnić go spod foteli,
które przygniotły go tak, że metalowe elementy zamknęły go w potrzasku.
Spieszącym z pomocą był przyjaciel Roberta, Gustavo Zerbino, który
wpatrywał się teraz w niego z niedowierzaniem, jak gdyby chciał spytać:
"I co teraz?", "Od czego zacząć?". Chwilę później obaj młodzi mężczyźni,
bez słowa, zabrali się do pracy. Pierwszą osobą, jaką odnalazł Canessa,
był Álvaro Mangino, którego przygniótł fotel, tak że jego noga
zakleszczyła się między metalowymi elementami. Gustavo uniósł siedzenie,
a w tym czasie Roberto starał się wyciągnąć spod niego Álvara. Jego nogę
przygniatała metalowa płyta, na której podczas lotu opierał stopy. Kiedy
Roberto zdołał ją usunąć, zorientował się, że noga zwisa bezwładnie. Jak
się okazało, była złamana w wielu miejscach.
Jako że Roberto studiował na drugim roku medycyny, a Gustavo na
pierwszym, naturalną koleją rzeczy obaj przeobrazili się w lekarzy
starających się nieść pomoc poszkodowanym w katastrofie. Ich wiedza była
ograniczona, wyzwania, jakie się przed nimi piętrzyły, onieśmielające, a do dyspozycji nie mieli niczego z wyjątkiem własnych dłoni i rozumu. W walizkach, które uchowały się w przedziale bagażowym, znaleźli płaszcze
i koszule, które po podarciu posłużyły za prowizoryczne bandaże
umożliwiające zatamowanie krwawienia. W przeciągu paru minut temperatura
powietrza wewnątrz zrujnowanego samolotu spadła z dwudziestu czterech
stopni Celsjusza do dwudziestu ośmiu stopni Celsjusza poniżej zera.
Kolejną osobą, której próbowali pomóc, był Adolfo Strauch. Mężczyzna był
w szoku - starał się wcisnąć w najciemniejszy kąt kabiny, by zwinięty w kłębek niczym przerażone zwierzę udawać, że niczego nie widzi ani nie
słyszy.
Wcześniej do uszu Adolfa dotarł dowcip, który zresztą niezbyt przypadł
mu do gustu. Dwie dziewczyny, które wraz z Cochem poznali w Mendozie,
odprowadziły ich na lotnisko Plumerillo i na pożegnanie zawołały za
nimi, gdy odchodzili w kierunku Fairchilda, że powinni zostać w Mendozie, bo ich samolot się rozbije. W końcu był piątek trzynastego,
pechowy dzień. Przez pierwszą godzinę lecieli nad pogórzem, a po
dotarciu do Malargüe samolot wykonał skręt, by pokonać łańcuch górski,
przelatując przez przełęcz Planchón. To wtedy po raz pierwszy Adolfo
ujrzał bezmiar śnieżnych szczytów. Widok ten wprawił go w zdumienie, ale
nie trwało to długo, ponieważ zaraz wlecieli w chmury i widoczność
spadła do zera. Chwilę później samolot wykonał jeszcze jeden skręt, tym
razem w kierunku północnym. Adolfo podejrzewał, że pokonali już
Kordylierę i teraz kierowali się na lotnisko Pudahuel w Santiago. Ale
kiedy wlecieli w trzecią z rzędu dziurę powietrzną, zrozumiał, że coś
jest nie w porządku i że ważą się ich losy. Przez okno widział teraz, że
prawe skrzydło znajduje się o wiele za blisko skalistych szczytów,
wyzierających zza chmur. Był przekonany, że samolot lada chwila
roztrzaska się o skały. Wtedy dał się słyszeć wzmożony warkot
pracujących na najwyższych obrotach silników, a zaraz po nim przenikliwy
sygnał alarmu o traceniu szybkości. Kiedy metal ocierał się o skałę,
przez kadłub przeszły trzy albo cztery potężne wstrząsy, jeden po drugim
- a wszystko to w umyśle Adolfa wydarzało się równocześnie. Nagle poczuł
wokół siebie przejmujący chłód, zaraz potem przez chwilę miał poczucie,
jak gdyby zawisł w próżni. Wtem zalała go ciemność, ponieważ uderzył
głową w coś twardego i stracił przytomność.
Kiedy się ocknął, nie potrafił zaakceptować tego, co rozpościerało się
przed jego oczami. Wydawało mu się, że leży w łóżku w swoim pokoju w domu rodzinnym. Rozpoznawał nawet znajome widoki i zapachy. I dlatego w końcu, rozpiąwszy pas bezpieczeństwa, nie bacząc na rozlegającą się
wokół kakofonię przepełnionych bólem wrzasków, wstał z łóżka we własnym
domu i przemierzył zrujnowane przejście w swoim pokoju w Parque Batlle.
Dotarł w ten sposób do pokoju dziennego i zaczął posuwać się dalej,
zmierzając do kuchni. Miał zamiar nalać sobie szklankę wody, bo chciało
mu się pić. Odczuwał przemożne pragnienie, jednak po zrobieniu kolejnych
czterech czy pięciu kroków, gdy wyciągnął rękę po dzbanek z wodą, wpadł
twarzą w śnieg, a dzbanek się rozbił. Kiedy się podniósł, odkrył, że
siedzi po pas w miękkim śniegu. Jego twarz chłostał lodowaty, niosący
śnieg wiatr. Z każdą chwilą powracał coraz bardziej do rzeczywistości.
Ktoś pomógł mu wgramolić się z powrotem do rozerwanego kadłuba samolotu.
Kiedy siedział już bezpiecznie na brzegu, przyjrzał się pomagającemu -
był to jego kuzyn, Daniel Fernández. Adolfo na czworakach przedostał się
z powrotem do wnętrza kadłuba, poszukał dla siebie miejsca pośród
wszystkich ludzi i masy pogruchotanych foteli i zwinął się tam w kłębek.
Miał na sobie tylko T-shirt, był boso, a jego spodnie były całe w strzępach.
Jakiś czas później ktoś podał mu dwie koszule, sweter i parę spodni.
Ubierając się, rozglądał się za swoimi kuzynami i przyjaciółmi,
aczkolwiek nie mógł sobie przypomnieć, co właściwie sprowadziło ich
wszystkich do jego domu. W pewnym momencie wydawało mu się, że widzi
Cochego Inciartego, który szedł za Canessą. Pamiętał też, że widział
Daniela Fernándeza. Nigdzie nie mógł natomiast wypatrzeć Daniela Shawa
ani Eduarda Straucha. Usłyszał, jak ktoś z boku półgłosem mówi, że ktoś
inny wspina się na szczyt góry (jakiej znowu góry?), a nieco później
wołanie. Zobaczył wtedy, że obok niego leży jego kuzyn Eduardo Strauch.
Adolfo spytał go, co to za miejsce i czy mogą już wrócić do domu, na co
Eduardo odpowiedział: "Zaraz pójdziemy. Daj mi chwilę, żebym zebrał
siły, i możemy ruszać".
Głos słyszany nieco wcześniej przez Adolfa należał do Carlitosa Páeza,
wołającego Carlosa Valetę. Wydzierał się na całe gardło, starając się
naprowadzić zagubionego chłopca z powrotem do samolotu. Wydawało się
jednak, że Valeta, pod wpływem szoku, a także ogłuszony wyciem wiatru,
nie widzi ani nie rozumie tego, co się dzieje. Brnął po omacku przed
siebie w poszukiwaniu przyjaciół czekających na drugim brzegu szczeliny,
w którą wpadł. Carlitos Páez starał się dotrzeć do miejsca, w którym
zniknął jego przyjaciel, ale natrafił na głęboki śnieg, który
uniemożliwił mu dalsze poszukiwania.
Tuż przed następującymi po sobie wstrząsami, gdy maszyna uderzała w skały, przez głowę Carlitosa przeleciały trzy myśli. Najpierw zjawiło
się w niej wspomnienie wycieczki z ojcem do Rio de Janeiro, gdy podczas
lotu czytał instrukcje na wypadek lądowania awaryjnego; zapamiętał z nich, że należy chronić głowę ramionami. Następnie jego mózg wyświetlił
w kalejdoskopowym skrócie obrazy członków rodziny. Na koniec zaś uległ
przekonaniu, że nastał moment na pojednanie się z Bogiem. I ta ostatnia
myśl sprawiła, że zaczął się modlić. Najpierw odmawiał Ojcze nasz, ale
za moment uznał, że umrze lada chwila, a ta modlitwa jest zbyt długa,
więc przerzucił się na Zdrowaś Mario. Ta modlitwa była krótsza i wydała mu się bardziej odpowiednia na ostatnie parę sekund życia, jakie
mu pozostały. Odmówił ją do końca, a do ostatniego Amen doszedł w tym
samym momencie, gdy maszyna zatrzymała się gwałtownie i wszystkie fotele
runęły ku przodowi niczym pchane jakąś nadprzyrodzoną siłą. Carlitos
wylądował na swoich najbliższych przyjaciołach, którzy razem z nim byli
najmłodszymi chłopcami w całej grupie: Diegu Stormie i Gustavie
Nicolichu. We trzech wspólnymi siłami zdołali odsunąć przygniatające ich
fotele i pogięty metal. Gdy ze zdziwieniem stwierdzili, że przeżyli
upadek samolotu praktycznie bez uszczerbku, skierowali się na tyły
kadłuba. Pierwszą osobą, na jaką się natknęli, był Roberto Canessa.
- Ktoś zginął? - spytał go Carlitos.
Canessa uniósł na niego ponure spojrzenie.
- To jakiś koszmar - wymamrotał.
Carlitos ze zgrozą odkrył, że rana na ramieniu muskularnego Antonia
"Tintína" Vizintína obficie krwawi. Po dotarciu na koniec rozerwanego
kadłuba zszedł na dół. Zastał tam swojego kolegę Bobby'ego Françoisa,
który właśnie palił papierosa.
- Zgaś to natychmiast! - naskoczył na niego Carlitos. - Nie widzisz, że
wokół ciebie jest nafta?
- To i tak bez znaczenia - odparł ze spokojem Bobby, zupełnie jakby
cudem nie ocalał z potwornej katastrofy.
Kiedy Carlitos wrócił do rozbitego kadłuba, napotkał innego swojego
kolegę i rówieśnika, Roya Harleya, który cały pokryty był jakimś
niebieskim płynem.
Loty z ostatnich dni przeskakiwały dla Roya Harleya z jednej skrajności
w drugą. Poprzedniego dnia, nie wiedząc, dlaczego właściwie muszą lecieć
z Buenos Aires do Mendozy, chłopcy próbowali zrobić psikusa pilotom i rozbujać wiszący w powietrzu samolot. W tym celu wszyscy przesiedli się
na miejsca po jednej stronie kadłuba. Doprowadzili do tego, że w pewnym
momencie z kokpitu wyszli piloci. Miny mieli bardzo poważne. Roy
przypomniał sobie teraz, jak dzień wcześniej któryś z jego kolegów, w odpowiedzi na naganę ze strony członka załogi, rzucił żartem: "Ale my
mamy siedem żyć, jak koty".
Nazajutrz atmosfera była już diametralnie inna. Roy zachował wyraźne
wspomnienie chwil, gdy samolot wpadał w głębokie dziury powietrzne i trzeszczał, jak gdyby był rozrywany na pół. Pomyślał wtedy, że ci nazbyt
pewni siebie młodzi mężczyźni, którzy zaledwie dzień wcześniej próbowali
rozbujać samolot, w ułamku chwili stali się przestraszonymi małymi
chłopcami, lękającymi się duchów. W momencie, gdy przypiął się pasem
bezpieczeństwa, kadłub zarył dziobem w śnieg, a fotel, na którym
siedział, poleciał do przodu, prosto ku chaotycznej gmatwaninie metalu.
Otworzył oczy i ze zdumieniem stwierdził, że pomimo ogromu zniszczeń
oświetlenie sufitowe nadal działa. Pomyślał: "Skoro widzę światło, to
znaczy, że żyję! Zużyłem jedno życie, ale nadal mam sześć w zapasie".
Spróbował wyciągnąć stopę, która utknęła między dwoma kawałami metalu.
Wytężał wszystkie siły, lecz na próżno. Na myśl o tym, że wszędzie
rozlane jest paliwo i samolot lada chwila może wybuchnąć, Roya ogarnęła
panika. Pociągnął jeszcze raz i w końcu zdołał się uwolnić. Rozciął
sobie przy tym nogę, porwał skarpetę i stracił jeden but. Mimo że na
sobie miał tylko T-shirt, wyszedł na zewnątrz. To wtedy jego oczom
ukazał się surrealistyczny widok - zobaczył swojego kolegę Bobby'ego
Françoisa, który ze spokojem spoglądał ku ciągnącym się po horyzont
górom na północy, jak gdyby nigdy nic paląc papierosa. I wtedy Roy
uzmysłowił sobie coś jeszcze: był nie tylko ogłuszony, ale też całkiem
przemoknięty! To nie deszcz ani śnieg go zmoczyły, lecz jakaś lepka
substancja z samolotu. Kiedy zrozumiał, że to benzyna i że w każdej
chwili może zająć się ogniem, po plecach przeszedł mu dreszcz. Ponieważ
jednak dominującym w tamtym momencie doznaniem był chłód, zapomniał o ogniu, wdrapał się z powrotem do kadłuba i półżywy z wyczerpania opadł
na podłogę, opierając się plecami o metalową ścianę. Chwilę potem przed
nim pojawił się Canessa i powiedział:
- Jesteś niebieski.
Przez ułamek sekundy Roy myślał, że może to śmierć ma taki kolor.
Gustavo Zerbino i Moncho Sabella wyjrzeli na zewnątrz i wspierając się
dłońmi o górę kabiny, rzucili na śnieg trzy poduszki z foteli, które
miały ich uchronić przed zapadaniem się w nim. Posuwali się ku przodowi
samolotu. Robili dwa kroki, po czym ostatnią poduszkę przerzucali do
przodu i tak powoli brnęli. Dziób maszyny, zmiażdżony i wgnieciony do
środka, zamienił się w bezkształtną metalową masę. Dawało się rozpoznać
jedynie koło, pogięte w kształt cyfry osiem. Na fotelu głównego pilota,
po lewej stronie, siedział drugi pilot, Dante Lagurara. W momencie, gdy
samolot gwałtownie się zatrzymał, tablica przyrządów, pierwotnie
znajdująca się w odległości jednego metra od niego, pod wpływem siły
bezwładu wbiła mu się w tors i przykuła go do fotela. Przednie okno było
roztrzaskane, a kokpit wypełniony śniegiem.
Na pytania Moncha drugi pilot udzielał jednej i tej samej odpowiedzi.
Mówił tak cicho, że ledwo było go słychać:
- Minęliśmy Curicó, minęliśmy Curicó...
Następnie szeptem poprosił o wodę. Sabella podał mu wtedy śnieg do ust.
Lagurara poprosił chłopców, by go zastrzelili. Mieli w tym celu użyć
rewolweru Smith & Wesson kaliber 38, który drugi pilot trzymał w walizce za fotelem. Przez cały czas mamrotał przy tym:
- Co za nieszczęście! Co ja narobiłem!
Moncho zaczął mocować się z oparciem fotela Lagurary, próbując wyciągnąć
z niego poduszkę, żeby zmniejszyć napór na jego tors. Nagle poczuł ból,
który promieniował od ud i rozlewał się po plecach.
Roberto Canessa czuł, że jest u kresu sił, ciśnienie atmosferyczne było
bardzo niskie, dłonie i ramiona miał czerwone od krwi rannych i konających, którymi się zajmował. W poszukiwaniu miejsca do odpoczynku
skierował się na drugi koniec samolotu. Zerbino, który opatrywał ciężko
rannego, nie wiedział, gdzie podziewają się Storm i pozostali. Nieco
wcześniej, kiedy krążył po samolocie, Roberto wypatrzył siatkę, z której
teraz zrobił hamak. Liczył, że położy się na nim i zdoła choć trochę
odpocząć. Wraz z nadejściem świtu czekał go ogrom pracy. Kiedy jednak
odnalazł hamak, odkrył, że ktoś wpadł na taki sam pomysł. Potem
wspominał, że czuł się, zupełnie jakby obserwował tę scenę z dystansu,
tych dwóch młodych nieznajomych odpoczywających w prowizorycznym hamaku,
pośród oceanu zniszczeń, wstrząsanych dreszczami, obejmujących się
nawzajem, by nie zamarznąć na śmierć w trakcie tego, co miało się okazać
drugą najstraszniejszą nocą w ich życiu. Chłopak, do którego przytulony
przetrwał tę noc, był dla niego obcym człowiekiem: nazywał się Coche
Inciarte.
4. Odliczanie: Coche Inciarte
4.
Odliczanie:
Coche Inciarte
Postanowiłem, że umrę w wigilię Bożego Narodzenia, dwudziestego
czwartego grudnia. Wypadał wtedy siedemdziesiąty trzeci dzień naszej
gehenny. Do tego momentu zostało trochę czasu. Byłem w trakcie
spisywania w małym notatniku wszystkiego, co zrobiłem, by przeżyć, gdy
nagle coś sobie uświadomiłem: ostatnia ekspedycja i tak nas nie uratuje,
ponieważ jej członkowie zabrali ze sobą tylko tyle jedzenia, że
wystarczy im go jedynie na dziesięć dni. Dwudziestego drugiego grudnia
zapasy się skończą i oni umrą. Umówiłem się ze sobą, że zaczekam na nich
jeszcze dwa dni, tak na wszelki wypadek, a potem sam też umrę.
Adolfo Strauch, który zobaczył, że się poddałem i nie wstaję już z podłogi, opiekował się mną jak rodzic dzieckiem. Musiał przejrzeć moje
myśli, ponieważ stwierdził, że mi na to nie pozwoli. Ja jednak
wiedziałem, że jeśli zechcę, bez trudu go oszukam. Wystarczyło, że po
prostu dam sobie przyzwolenie na to, by umrzeć.
Świadomość, że pozostało mi jeszcze trochę czasu, przepełniała mnie
spokojem. W tych dniach niewiele już ze sobą rozmawialiśmy, nasze umysły
błądziły po niewiadomych drogach. Niedawno jeszcze cieszyliśmy się, gdy
budząc się rano, odkrywaliśmy, że wciąż oddychamy, jednak radość ta
stopniowo nas opuszczała. Obojętne na kogo spojrzeliśmy, każdy z nas
mógł służyć za lustro dla pozostałych. Wszyscy mieliśmy te same
pozbawione nadziei wyrazy twarzy i zapadnięte oczy, w których można było
wyczytać nadchodzący koniec. I właśnie dlatego postanowiłem, że jeśli
nasi przyjaciele nie wrócą do dwudziestego czwartego grudnia, ja także
rozstanę się z pozostałymi. Byłoby to ciche pożegnanie, mające miejsce w moich myślach, a potem pozwoliłbym się porwać i ponieść, tak jak tej
nocy, gdy nadeszła lawina.
Osiemnastego dnia po katastrofie rozpocząłem powolny proces umierania.
Całkiem straciłem apetyt, jedzenie wywoływało we mnie mdłości. Dzieliłem
się swoją mikroskopijną porcją mięsa z każdym, kto miał na nią ochotę.
Obdarowani zwracali mi je pod wpływem karcącego wzroku Adolfa, ja jednak
po kryjomu podrzucałem je im ponownie.
Co gorsza, po lawinie, która zeszła w niedzielę dwudziestego dziewiątego
października, nabawiłem się zakażenia w nodze. Wdała się w nią gangrena
i nie mogłem już dłużej chodzić. Zdany byłem na pomoc innych. Musiałem
jednak samodzielnie przeprowadzić operację na zaatakowanej przez chorobę
kończynie. Uznałem, że jako student piątego roku rolnictwa jestem lepiej
wykwalifikowany od Roberta Canessy, który pomimo godnego podziwu
spokoju, z jakim niósł pomoc potrzebującym, był studentem zaledwie
drugiego roku medycyny. Canessa proponował, że natnie zgorzel ostrzem
znalezionej w samolocie siekiery. Ostatecznie zrobiłem to sam za pomocą
brzytwy. Ze środka wytrysnęła zmieniona chorobowo tkanka i w ten sposób
uratowałem nogę. Nie mogłem jednak chodzić i stałem się inwalidą.
Dziewiętnastego i dwudziestego dnia naszego pobytu w Andach mój koniec
jeszcze bardziej się przybliżył. Ponieważ znalazłem się na skraju
śmierci głodowej, mój system odpornościowy osłabł i na nogach utworzyły
mi się duże czyraki.
Na tym etapie potrafiłem już przyglądać się swojemu życiu z dystansu.
Zadawałem sobie pytania, które nigdy dotąd nie przychodziły mi do głowy,
i dochodziłem do całkowicie nowych dla mnie wniosków. Ta świeża
perspektywa zakorzeniła się we mnie na stałe i pozostaje we mnie żywa
również dzisiaj, trzydzieści sześć lat po tamtych tragicznych
wydarzeniach. Życie uchodziło ze mnie w taki sam sposób, jak opuszczała
nas nadzieja, że ostatnia ekspedycja naszych przyjaciół odniesie sukces.
Wyobrażałem sobie, jak Nando i Roberto samotnie brną przez nieskończony
bezmiar bieli. Za sprawą opowieści Tintína mogłem też sobie wyobrazić,
co widzą: bezkres gór, wobec którego pomimo niezłomności ich dusz
prędzej czy później ich zmuszone do nadludzkiego wysiłku ciała muszą
ulec. Wizje, w których nadal żyli, nie wpadli w szczelinę, nie zamarzli,
nie zgubili się we mgle, nawiedzały nas coraz rzadziej.
W czwartek dwudziestego pierwszego grudnia byłem już tak osłabiony, że
nie potrafiłem nawet usiąść. Mimo że straciło to dla mnie wszelkie
znaczenie, nadal starałem się zadbać o swoje najbardziej podstawowe
potrzeby. Od ponad dwóch miesięcy nie zdejmowałem kilku par spodni,
które miałem na sobie. A jednak tamtej nocy coś kazało mi je ściągnąć i obejrzeć, w jakim stanie jest moje ciało. W tych ostatnich dniach
umierania nauczyłem się, że trzeba być godnym tego, by żyć; że życie to
nie jest coś darowanego za nic. Ażeby zasłużyć sobie na nie, trzeba coś
z siebie dać, a najważniejszymi darami są miłość i serdeczność. I to
właśnie nimi obdarowywaliśmy w tych dniach naszych braci, zarówno tych
żyjących, jak i martwych. Rozmyślałem o tym wszystkim, ponieważ
przygotowywałem się wewnętrznie na śmierć. Zbliżałem się do niej z każdym dniem. W końcu dzieliły mnie od niej dokładnie tylko trzy dni, o czym wiedziałem, ponieważ liczyłem godziny. Moje życie miało skończyć
się zbyt wcześnie, ja jednak umierałem ze świadomością, że warto było
się tak starać. Na ironię losu zakrawał fakt, że nazajutrz, dwudziestego
drugiego grudnia, nadeszła wiadomość o sukcesie Nanda i Roberta!
Wspomnienie tamtych chwil nadal mnie wzrusza. Oczy zachodzą mi łzami na
myśl o tym, że dawałem im jeszcze dwa dni na powrót, zanim pozwolę sobie
na śmierć, tymczasem oni - wbrew zdrowemu rozsądkowi - dopięli swego, a ja zachowałem życie.
Przed świtem tego dnia otworzyłem oczy i podziwiałem spektakl mroźnego
wschodu słońca. U mojego boku nie było Daniela Fernándeza, który jak co
dzień tuż przed brzaskiem wyszedł z samolotu w mrok, by dygocząc z zimna, pokryty szronem, wsłuchiwać się w szum radia. Radia będącego
jedyną nicią łączącą nas ze światem, w które zresztą nikt już nie
wierzył, a mimo to nie potrafiliśmy przestać słuchać, co też powie. W kadłubie nie było również Eduarda Straucha i Álvara Mangina. Zacisnąłem
powieki, uciekając przed strasznym widokiem kadłuba, w którym tak wielu
przeszło na drugą stronę. Kiedy znów otworzyłem oczy, ujrzałem Daniela
Fernándeza. Gramolił się do kadłuba, a jego twarz miała tak odmienny
wyraz od tego, co widzieliśmy przez ostatnie miesiące, że wyglądał jak
ktoś zupełnie inny. Oczy mu błyszczały, ubyło mu dziesięć albo
dwadzieścia lat.
Od połowy grudnia śnieg, na którym osiadł samolot, stopniał. Zachowała
się tylko bryła lodu pod spodem, która nie stopiła się, ponieważ leżała
w cieniu kadłuba. W rezultacie samolot sterczał jedną stroną zadarty w górę. O ile wcześniej musieliśmy brodzić w śniegu, to teraz zmuszeni
byliśmy skakać, żeby wydostać się na zewnątrz, i skakać, żeby dostać się
z powrotem do środka. Daniel, chwyciwszy się podłogi, wspiął się i wszedł przez otwór wyrwany w kadłubie.
- Nando i Roberto dotarli do cywilizacji! Udało im się! - krzyczał w uniesieniu.
O kurwa! Wszyscy popatrzyliśmy po sobie, zupełnie nas zatkało. Gdy
kolejne żywe trupy podnosiły się ze swoich legowisk, by, początkowo z niedowierzaniem, zacząć padać sobie w ramiona i szlochać, kadłub
zakołysał się niebezpiecznie na lodowej podstawie, na której się
wspierał. Ponieważ znajdowaliśmy się na stoku, istniało ryzyko, że
samolot ześlizgnie się i potoczy ku dnu doliny. I dlatego natychmiast
wszyscy jak jeden mąż zamarliśmy bez ruchu; każdy starał się skurczyć w sobie, żeby ważyć jeszcze mniej, niż ważył. A po chwili w ciszy
zaczęliśmy skradać się na czworakach w kierunku wyjścia. Po kolei
zeskakiwaliśmy z krawędzi, a znalazłszy się już na dole, nareszcie
mogliśmy dać upust emocji, której nie dano nam było doświadczyć przez
siedemdziesiąt jeden dni. Z radości tarzaliśmy się w śniegu i całowaliśmy się. W całej tej euforii podawaliśmy sobie z ręki do ręki
tubkę pasty do zębów, która przez ostatnie miesiące pełniła dla nas
funkcję deseru, i wyczyściliśmy sobie zęby, które przypominały teraz
poczerniałe klawisze maszyny do pisania. Ruszały się, gdy się ich
dotknęło, ponieważ dziąsła zaatakowane przez szkorbut cofnęły się i wydawało się, jakby zęby miały z nich lada moment powypadać. Teraz
czyściliśmy dziąsła, nie zważając na krwawienie. Smak, jaki czułem w ustach, diametralnie się zmienił, a wraz z nim rozpoczęła się we mnie
kolejna powolna transformacja.
Nie konsultując tego ze sobą w żaden sposób, wszyscy zgodnie zaczęliśmy
się zachowywać, jakbyśmy na nowo znaleźli się w poukładanym
cywilizowanym społeczeństwie, z którego pochodziliśmy. Wymieniliśmy się
torbami, tak by każdy wracał z własnym bagażem, swoimi rzeczami. O godzinie dziewiątej rano nazajutrz siedziałem we wschodniej części
kadłuba w oczekiwaniu na nadlatujące śmigłowce ratunkowe. Z radia -
oprócz tego, że Nando i Roberto dotarli do cywilizacji - dowiedzieliśmy
się też, że planowane jest wznowienie akcji poszukiwawczej.
O godzinie dwunastej czterdzieści pięć, przynajmniej według mojego
zegarka, którego używam do dzisiaj, doleciał nas hałas, którego nigdy
dotąd tu nie słyszeliśmy. Dobiegał zza gigantycznej górskiej ściany na
zachodzie, ale niemal natychmiast ucichł, zagłuszony wyciem wiatru.
Powtarzała się sytuacja z pierwszych dni naszej gehenny, gdy wszyscy
zawzięcie dyskutowaliśmy, czy to, co słyszeliśmy, było warkotem silnika
przelatującego samolotu, a może jedynie wyciem wiatru albo grzmotem
lawiny, czy przeciwnie - dźwiękiem, o którym wszyscy marzyliśmy: łomotem
wirnika w śmigłowcu, który nareszcie przyleciał, by nas uratować. Teraz
wpatrywaliśmy się w niebo, ale minuty mijały, a nic się nie zmieniało.
Czyżby znowu coś nam się przesłyszało? I wtedy ktoś krzyknął: "Tam są!".
Popatrzyłem w niebo nad górą i z początku niczego nie zauważyłem.
Pomyślałem, że pewnie po prostu wszystkim nam już doszczętnie odbiło.
Kiedy odwróciłem się, żeby sprawdzić, kto krzyczał, zobaczyłem kolegę,
który właśnie niezdarnie gramolił się z ziemi. I wtedy dostrzegłem w dolinie na wschodzie dwie czarne kropki. O tym, że owe punkciki się
poruszały, mogliśmy się przekonać jedynie na podstawie obserwacji
nieruchomych elementów krajobrazu, które znaliśmy już na pamięć.
Śmigłowce zbliżały się w ciszy. "Dlaczego nie wydawały żadnych
dźwięków?" - zachodziłem w głowę. Czy znowu płatały nam figla nasze
nadwyrężone umysły? Dopiero gdy podleciały znacznie bliżej - tak blisko,
że wyraźnie już rozpoznawaliśmy charakterystyczny kształt helikopterów -
i przesunęły się nad naszymi głowami, spłynął na nas ryk silników. W kokpicie dojrzałem salutujących nam ludzi, a razem z nimi Nanda. Tamten
mechaniczny huk wydawał mi się jakąś wzniosłą pieśnią wychwalającą
życie, wciąż mogę przywołać go w pamięci w każdym momencie. A ilekroć
słyszę śmigłowiec, wybucham płaczem i szlocham tak samo jak wtedy,
dwudziestego drugiego grudnia 1972 roku.
Nie mam pojęcia, jak to się stało, że w pewnym momencie znalazłem się
dokładnie pod jednym z helikopterów. W każdym razie któryś z ratowników
chwycił mnie, jakbym był jakąś walizą, i wrzucił na pokład. Z powodu
wściekłych podmuchów wiatru, a także z tej racji, że znajdowaliśmy się
na stoku, a nie płaskiej powierzchni, pilot wolał nie ryzykować
lądowania i zamiast tego utrzymywał maszynę na stałej wysokości.
Wszystko, co działo się wtedy, pamiętam jak przez mgłę. Tak naprawdę to
nie wiem, co tam zaszło. Sądziłem, że śmigłowce podjęły nas wszystkich,
ale myliłem się. Odlot był bardzo trudny, zawierucha ciskała maszyną na
wszystkie strony. Pomyślałem wtedy: "Kurwa mać, zamiast dwudziestego
czwartego, zginę teraz". A chwilę potem, zupełnie niespodziewanie,
otoczyła nas absolutna cisza. Pilot, kapitan Carlos García, tłumaczył,
że wpadliśmy w strumień ciepłego powietrza unoszący się spomiędzy gór.
Ponieważ nic z tego nie rozumiałem, ze strachu zamknąłem oczy, jak
podczas mojej pierwszej nocy w Andach. Nie wiem, jak długo trwał nasz
lot - może długo, może krótko - całkowicie straciłem poczucie czasu.
Kiedy otworzyłem znów oczy, odkryłem, że coś się zmieniło w pejzażu
przesuwającym się na dole. Zieleń, na którą teraz patrzyłem, była
wszechogarniająca.
Wcześniej, gdy patrzyłem w dół i widziałem, jak kadłub samolotu staje
się coraz mniejszy, poczułem ucisk w sercu, ujrzawszy szczątki naszych
przyjaciół w śniegu, gdzie powierzyliśmy je Bogu. Ludzi leżących nagich
na tym pustkowiu zarówno w wymiarze cielesnym, jak i umysłowym oraz
duchowym. Wszyscy, których straciliśmy; wszyscy moi przyjaciele, którzy
musieli tam pozostać. Z każdą sekundą wrak samolotu malał, a wraz z nim
pozostawiałem tam na dole kruchego Cochego, dwudziestoczterolatka, który
nie tak dawno szukał w śniegu miejsca, gdzie będzie mógł umrzeć w ukryciu, by nikt mu w tym nie przeszkodził. Dzisiaj, ilekroć wracam na
tę górę, zadaję sobie te same pytania, które im jestem starszy, tym
bardziej domagają się odpowiedzi: "Jakim cudem ci młodzi chłopcy zdołali
to przetrwać? Dlaczego im się udało?". I co ważniejsze: "Po co to
zrobili?".
Po przystanku w ukrytej dolinie Los Maitenes ponownie wsadzili mnie na
pokład helikoptera, żeby zawieźć do szpitala San Juan de Dios, w mieście
sąsiadującym z San Fernando. Zostałem wyniesiony z helikoptera,
ściągnięto ze mnie całą przeraźliwie brudną odzież i przykryto kocem. Po
drodze do sali numer jeden zdołałem przejrzeć się w szybie w drzwiach:
pomyślałem, że wyglądam jak szkielet, który wstał z grobu; jak brudny
duch.
Jakiś czas później lekarz przyszedł obejrzeć moje nogi. W trakcie
rozmowy, kiedy nie przestawałem mu powtarzać, jak niesamowity wydaje mi
się ten szpital, opatrując mi rany, z wystudiowaną beztroską w głosie
spytał mnie, co ostatnio jadłem. Rutynowe pytanie z wywiadu lekarskiego,
jakiego mógłbym się spodziewać podczas równie rutynowej wizyty u specjalisty w klinice w Montevideo. Odpowiedzi udzieliłem takim tonem,
jak gdyby była to rzecz najzwyklejsza pod słońcem: "Ludzkie mięso".
Mężczyzna, jak gdyby nigdy nic, nadal pochylał się nad moją stopą. W jego zachowaniu nie wychwyciłem żadnej zmiany. Jego dłonie wciąż z tą
samą wprawą owijały moje nogi bandażami. Dopiero znacznie później miałem
dowiedzieć się, że tamtego dnia po mojej rewelacji lekarz nie był w stanie dłużej skoncentrować się na pracy. Nie wiem, jakie jeszcze miał
wtedy obowiązki, w każdym razie przyłapywał się na tym, że nabrał na
dłonie płynu odkażającego i nie przestawał go rozcierać, podczas gdy w myślach wracał do sali i zostawionego w niej brodatego kościotrupa,
który zachwycał się kolorami ścian i harmonią, jaką czuł z tym skromnym
szpitalnym łóżkiem.
Parę minut później zajrzał do mnie bardzo młody szczupły ksiądz.
- Nazywam się Andrés Rojas - przedstawił się.
Na jego widok momentalnie wstałem z łóżka, rzuciłem mu się w ramiona, a z moich ust popłynął potok słów. Chciałem opowiedzieć mu o wszystkim,
podczas gdy młody ksiądz starał się mnie uspokoić. Kiedy spytał, czy
zechciałbym przyjąć komunię świętą, stwierdziłem, że wcześniej chciałbym
się wyspowiadać. On jednak bardzo dojrzałym głosem odparł:
- Już to zrobiłeś, kiedy tylko wszedłem do sali.
Po przyjęciu komunii świętej bardzo wyraźnie poczułem, że i bez tego
mieszkał we mnie Bóg, ponieważ wiedziałem już, iż On bądź jakaś inna
siła wyższa istnieje i należy do wszystkich ludzi. Oto lekcja, jaką
odebrałem, żyjąc w objęciach śmierci.
W sobotę dwudziestego trzeciego grudnia zostałem przeniesiony z San
Fernando do szpitala Posta Central w samym sercu Santiago. Zabrała mnie
tam karetka, a jazda trwała blisko dwie godziny. W podróży towarzystwa
dotrzymywał mi mój brat. Kiedy parę godzin wcześniej po raz pierwszy
zobaczył mnie w szpitalu, uścisnął mnie mocno. Milczał, ponieważ
zabrakło mu słów. Podczas jazdy karetką leżałem na noszach, on zaś
siedział u mego boku. Po poruszających chwilach w szpitalu dopiero teraz
mogliśmy porozmawiać, zachowując przy tym wielką delikatność. Brat
wypytywał mnie szczegółowo o moją przygodę. Prosił o podanie imion albo
o wyjaśnienie sensu takiej czy innej anegdotki. A ja cierpliwie
odpowiadałem. Sam pytałem go o Montevideo, głównie o moją najbliższą
rodzinę i sympatię Soledad, ponieważ był pierwszym członkiem rodziny, z którym się spotkałem. W pewnym momencie, jak gdyby od niechcenia,
spytał:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki