Śnieżne bractwo. Brutalne świadectwo przetrwania - Pablo Vierci

Kup ebooka

54.99 zł
42.89 zł (42,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Marzec 2006 roku: powrót na górę

1.

Marzec 2006 roku: powrót na górę

Pod­jęta przeze mnie w marcu 2006 roku wyprawa na lodo­wiec w Doli­nie Łez była przed­się­wzię­ciem tyleż ryzy­kow­nym, co zuchwa­łym. Uda­wa­łem się na niż­sze stoki łań­cu­cha gór­skiego San Hila­rio, mię­dzy wul­ka­nami Tin­gu­iri­rica oraz Sosne­ado, gdzie pod śnie­giem spo­czy­wał kadłub pecho­wej maszyny wyko­nu­ją­cej lot F571. Dotar­cie tam wyma­gało mozol­nej dwu­dnio­wej podróży konno ścież­kami wydep­ta­nymi przez kozy i konie, nie­prze­kra­cza­ją­cymi sześć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów sze­ro­ko­ści. Poru­sza­li­śmy się przez cały czas wzdłuż urwi­ska, pośród nie­ustan­nie zmie­nia­ją­cego się pej­zażu gór­skiego. Cią­głe zmiany wyso­ko­ści spra­wiały, że stale towa­rzy­szyło nam ryzyko dozna­nia zawro­tów głowy i utraty rów­no­wagi. Brnę­li­śmy powoli, krok za kro­kiem, mija­jąc bystre gór­skie stru­mie­nie, któ­rych lodo­wata woda pory­wała wszystko, co zna­la­zło się na jej dro­dze. Momen­tami zda­wało się, że nasze konie i muły ule­gną w star­ciu z bystrym nur­tem. Jed­nak, mimo że zwie­rzęta chwiały się nie­pew­nie, zawsze osta­tecz­nie uda­wało im się bez­piecz­nie prze­pra­wić na drugi brzeg. Wyru­sza­jąc, posta­no­wi­li­śmy zaopa­trzyć się w kaski - i jak szybko się oka­zało, była to dobra decy­zja, a to za sprawą drob­nych kamy­ków toczą­cych się w dół sto­ków z każ­dym kro­kiem sta­wia­nym przez nasze wierz­chowce. Zda­rza się, że poko­nu­jący te szlaki jeźdźcy prze­wią­zują sobie oczy, by nie wpaść w panikę, i zdają się cał­ko­wi­cie na instynkty swo­ich zwie­rząt.

Co jakiś czas przed nami roz­po­ście­rał się widok lub nie­ocze­ki­wana oko­licz­ność, która przy­pra­wiała nas o drże­nie. Gdzieś u góry, nad naszymi gło­wami, nie­spo­dzie­wa­nie zry­wały się śnieżne zawie­ru­chy. W pew­nym momen­cie jeden z mułów zbo­czył ze szlaku i zaczął ześli­zgi­wać się w dół zbo­cza. Wzbi­jane przez zwie­rzę kłęby pyłu cał­ko­wi­cie unie­moż­li­wiły dostrze­że­nie tego, co się wokół nas dzieje. W końcu muł zdo­łał zatrzy­mać się na skal­nej półce. Czło­wiek jadący na jego grzbie­cie, wychy­lony nie­bez­piecz­nie do przodu, kur­czowo ucze­pił się grzywy zwie­rzęcia. Kiedy indziej potknął się koń, który kola­nem jed­nej nogi wsparł się o ścieżkę i na moment zawisł nad urwi­skiem, z tyl­nymi nogami w powie­trzu. Innym razem juczny muł spło­szony wyciem wia­tru nagle rzu­cił się do ucieczki w dół stoku. Gnał na zła­ma­nie karku pośród gła­zów, po dro­dze gubiąc torby przy­tro­czone do sio­dła, a w pogoń za nim ruszył konno prze­wod­nik. Zasady ule­gły zmia­nie, teraz zawroty głowy stały się już nie­od­łączną czę­ścią wyprawy. Grupa docie­rała do pre­hi­sto­rii.

Doj­ście do Doliny Łez zaj­muje nam jesz­cze nie­mal dwa dni. Wspię­li­śmy się na wyso­kość bli­sko czte­rech tysięcy metrów nad pozio­mem morza, miej­sce to leży w samym sercu Kor­dy­liery Pata­goń­skiej, na gra­nicy Chile i Argen­tyny. Pano­rama, jaka nam się uka­zała, była z jed­nej strony zachwy­ca­jąca, z dru­giej znów budziła grozę. Przy­po­mi­nała gigan­tyczny amfi­te­atr: pośrodku, na ska­li­stym cyplu, wzno­sił się żela­zny krzyż, wyzna­cza­jący miej­sce, w któ­rym pogrze­bano szczątki ofiar kata­strofy. Na połu­dnie, aż po hory­zont, cią­gnął się nie­skoń­czony bez­miar gór i szczy­tów, się­ga­jący aż po przy­lą­dek Horn na samym krańcu kon­ty­nentu. Pół­noc ofe­ro­wała podobne widoki: tu Andy roz­cią­gały się aż ku Pana­mie na dłu­go­ści ponad sied­miu tysięcy dwu­stu kilo­me­trów, czy­nią­cej z nich łań­cuch gór­ski dłuż­szy od Hima­la­jów. Spoj­rze­nie skie­ro­wane ku zacho­dowi napo­ty­kało potężną prze­szkodę w postaci ściany skał i lodu - wyso­kie na pięć tysięcy sto metrów nad pozio­mem morza góry San Hila­rio, tak monu­men­talne, że patrzący na nie czło­wiek nie umie sobie nawet wyobra­zić, jak może wyglą­dać skryty za nimi hory­zont. Z kolei za nami, na wschód, leżała Argen­tyna - to z tam­tej strony przy­je­cha­li­śmy konno. Tu uwagę przy­cią­gał naj­wyż­szy szczyt, wzno­szący się pośród bez­miaru śnież­nych gór: wul­kan Sosne­ado o wyso­ko­ści około pię­ciu tysięcy ośmiu­set metrów nad pozio­mem morza. W tej bez­lud­nej kra­inie na końcu świata kró­lo­wała cisza. Od czasu do czasu zie­mia pod naszymi sto­pami drżała od ude­rzeń wichru i kru­sze­nia się lodowca.

Na tym eta­pie roz­sta­li­śmy się z końmi, które musiały zejść dzie­więć­set metrów niżej, żeby zdą­żyć przed zacho­dem słońca i nie zamar­z­nąć w nocy. Nas cze­kał jesz­cze krótki marsz na dystan­sie około ośmiu­set metrów w kie­runku zachod­nim, do żela­znego krzyża, posta­wio­nego w miej­scu, w któ­rym w lodowcu pogrze­bany został kadłub roz­bi­tego samo­lotu Fair­child. Ponie­waż na tej wyso­ko­ści powie­trze jest bar­dzo roz­rze­dzone, płu­com bra­kuje tlenu, a każdy krok jest bar­dziej męczący od poprzed­niego. Ci spo­śród nas, któ­rzy nie nawy­kli do wyso­kich gór, narze­kali na cho­robę wyso­ko­ściową, obja­wia­jącą się mdło­ściami, dez­orien­ta­cją i bólami głowy.

W naszej gru­pie znaj­do­wało się czte­rech oca­lo­nych z kata­strofy w 1972 roku: Roberto Canessa, Gustavo Zerbino, Adolfo Strauch i Ramón "Mon­cho" Sabella. Wędro­wał z nami rów­nież Juan Pedro Nicola, któ­rego rodzice zgi­nęli w kata­stro­fie. Podob­nie jak wszy­scy pozo­stali, wybrał się razem ze swoim dziec­kiem, żeby poka­zać mu, gdzie spo­czy­wają szczątki dziad­ków i innych osób, które ni­gdy nie powró­ciły do swo­ich rodzin. Syn przy­glą­dał się pogrą­żo­nemu w zadu­mie ojcu, któ­rego wzrok śli­zgał się po poszar­pa­nej grani, wyzna­cza­ją­cej miej­sce, gdzie spadł samo­lot.

Kiedy zaczę­li­śmy się zbli­żać do lodowca i śnież­nych ścian San Hila­rio, nad­szedł moment, gdy musie­li­śmy przy­wią­zać się jeden do dru­giego liną, a do pode­szew butów zamo­co­wać raki. Lodo­wiec, w któ­rego brzu­chu uto­piony był kadłub, poprze­ci­nany był gęstą sie­cią szcze­lin głę­bo­kich na dwa­dzie­ścia-trzy­dzie­ści metrów, skry­tych pod cienką war­stwą lodu. Na prze­dzie posu­wało się trzech pro­fe­sjo­nal­nych andy­ni­stów, któ­rzy za pomocą kilo­fów i kij­ków spraw­dzali, czy pod­łoże nie skrywa żad­nych nie­spo­dzia­nek. Parę metrów za nimi szli czte­rej oca­lali.

Widok, jaki uka­zał się oczom Gustava Zerbiny trzy­na­stego paź­dzier­nika o godzi­nie pięt­na­stej trzy­dzie­ści pięć - tuż po kata­stro­fie, gdy znisz­czony kadłub zje­chał ze śnież­nego stoku z dużą pręd­ko­ścią, jakimś cudem omi­nął wysta­jące skały i zatrzy­mał się w końcu pośrodku lodowca - przez ostat­nie trzy­dzie­ści cztery lata pra­wie się nie zmie­nił. Tym, co w pierw­szej chwili przy­kuło jego uwagę, były strome zbo­cza na połu­dniu w cało­ści pokryte śnie­giem. Dzi­siaj przy­brały one postać skal­nych iglic, które chwilę wcze­śniej obser­wo­wał Juan Pedro Nicola. Naj­wyż­sze wzno­siły się na końcu - to wła­śnie o jedną z nich zaha­czył lewym skrzy­dłem roz­pę­dzony samo­lot, gdy piloci roz­pacz­li­wie sta­rali się unik­nąć zde­rze­nia z górami. Przy tej wyso­ko­ści i bio­rąc pod uwagę fakt, że samo­lot cał­ko­wi­cie zbo­czył z kursu, oka­zało się jed­nak, że było ono nie­unik­nione. Oglą­dana z miej­sca, w któ­rym zagrze­bany był kadłub, pię­trząca się na zacho­dzie pokryta śnie­giem kamienna ściana spra­wiała wra­że­nie abso­lut­nie nie­do­stęp­nej - two­rzące ją skały usta­wione były cał­ko­wi­cie pio­nowo. Nie­do­stęp­nej, dodajmy, dla czło­wieka, który nie zdo­byłby się na krok prze­czący zdro­wemu roz­sąd­kowi, a w każ­dym razie dla takiego, któ­remu nie przy­szło żyć w nie­zna­nym spo­łe­czeń­stwie.

Trzy­na­stego paź­dzier­nika 1972 roku, o godzi­nie pięt­na­stej trzy­dzie­ści sie­dem, Gustavo Zerbino, który jako dzie­więt­na­sto­la­tek nale­żał do naj­młod­szych chłop­ców w gru­pie oca­la­łych, zma­gał się z bar­dzo podob­nymi pro­ble­mami jak my teraz. Bra­ko­wało mu tchu, nie miał siły, doku­czał mu silny ból głowy i czuł się zdez­o­rien­to­wany. Jak się oka­zało, nie ucier­piał pod­czas wypadku i szybko zajął się poma­ga­niem swo­jemu kole­dze i rówie­śni­kowi Rober­towi Canes­sie, któ­rego unie­ru­cho­miły ostro zakoń­czone żela­zne druty ster­czące z dwóch wyrwa­nych z pod­łogi foteli. Obaj mło­dzieńcy zajęli się następ­nie usu­wa­niem dal­szych foteli, które zagra­dzały dostęp do pozo­sta­łych oca­la­łych, zarówno tych ran­nych, jak i w pełni sił. Aby wynieść zma­sa­kro­wane zwłoki, które wplą­tane były w powy­krę­cane kawałki metalu i inne szczątki samo­lotu, musieli obwią­zać im stopy pasami bez­pie­czeń­stwa na wyso­ko­ści kostek i, z pomocą paru innych osób, wywlec ciała na zewnątrz. Leżały tam w śniegu, jakieś trzy metry od kadłuba, twa­rzami w dół.

Gustavo chciał poma­gać na wszel­kie moż­liwe spo­soby. Nie było czasu na zasta­na­wia­nie się, trzeba było jedy­nie dzia­łać razem z Rober­tem, który opa­try­wał rany, mie­rzył puls jed­nemu z kona­ją­cych pasa­że­rów i roz­glą­dał się za mate­ria­łem na pro­wi­zo­ryczną opa­skę uci­skową, która mogłaby uchro­nić Fer­nanda Vázqueza przed wykrwa­wie­niem się na śmierć. W momen­cie upadku śmi­gło z sil­nika pod pra­wym skrzy­dłem ode­rwało się i z wiel­kim impe­tem prze­cięło kadłub, po dro­dze odci­na­jąc Vázquezowi nogę. Następ­nie Roberto pomógł Álvarowi Man­gi­nowi, nasta­wia­jąc mu kość w zła­ma­nej nodze - tylko tyle mógł dla niego zro­bić. Gustavo tym­cza­sem zajął się kolegą, który leżał zwi­nięty w kłę­bek, dygo­cząc, z paskudną raną brzu­cha. Na widok Gustava chło­pak szybko wstał, demon­stru­jąc meta­lową rurę, która prze­biła mu wnętrz­no­ści.

- Nie boli mnie. Tylko mi zimno - wyja­śnił Enri­que Pla­tero.

Wszystko to zasta­li­śmy w sta­nie nie­na­ru­szo­nym, zupeł­nie jakby czas się zatrzy­mał. Na szcząt­kach samo­lotu, roz­sia­nych wszę­dzie wkoło, próżno było szu­kać śla­dów rdzy. Lewe skrzy­dło, roz­cięte pośrodku, dokład­nie w miej­scu, gdzie powinno znaj­do­wać się śmi­gło, lśniło nowo­ścią, na metalu wid­niały wyraźne ozna­cze­nia: miej­sce i data pro­duk­cji, różne tech­niczne ter­miny. Wtem niebo zasnuło się chmu­rami - czas było wra­cać osiem­set metrów na skalny cypel z żela­znym krzy­żem, gdzie zostały dwa roz­sta­wione przez nas namioty.

Napły­wało coraz wię­cej ciem­nych zło­wróżb­nych chmur, gro­żą­cych wichrem i burzą śnieżną, które potra­fiły szar­pać namio­tami z taką mocą, jak gdyby chciały ode­rwać je od pod­łoża i porwać. Adolfo Strauch, który w 1972 roku miał dwa­dzie­ścia cztery lata i nale­żał do naj­star­szych oca­lo­nych, ostrzegł nas przed nad­cho­dzącą lawiną. Wypa­try­wał zagro­że­nia i już po chwili wska­zał swo­jej córce Ale­jan­drze zachod­nią ścianę, z któ­rej wła­śnie zaczy­nała zsu­wać się gigan­tyczna masa śniegu. Towa­rzy­szył temu dono­śny grzmot, a tor zej­ścia lawiny zna­czył uno­szący się w powie­trzu śnieżny obłok. Ale tutaj, osiem­set metrów od miej­sca, w któ­rym od 1972 roku spo­czy­wają szczątki samo­lotu, byli­śmy bez­pieczni.

Gustavo Zerbino, sto­jący nie­opo­dal żela­znego krzyża i ramie­niem obej­mu­jący Roberta Canessę, zadrżał na ten widok. W tym momen­cie miał wra­że­nie, jak gdyby cof­nął się w cza­sie i na nowo prze­ży­wał tamtą grozę. Poprzed­niej nocy długo nie mógł zasnąć. Spę­dzi­li­śmy ją w bazie El Bar­roso, w poło­wie drogi do Doliny Łez. Gustava prze­by­wa­ją­cego w namio­cie dzie­lo­nym z jed­nym ze swo­ich dzieci drę­czyły mdło­ści i kosz­mary. O świ­cie dosiadł konia i w mil­cze­niu, pogrą­żony we wspo­mnie­niach, powę­dro­wał dalej z resztą grupy. A kiedy zbli­ża­li­śmy się do Doliny Łez, miał wra­że­nie, jak gdyby prze­niósł się z powro­tem na pokład samo­lotu wyko­nu­ją­cego lot F571. Widoki, które teraz oglą­da­li­śmy, pozba­wiały go tchu, wywo­ły­wały wspo­mnie­nia tak żywe, że wyda­wało mu się, jak gdyby doświad­czał tego wszyst­kiego ponow­nie. Jego ciało zare­ago­wało iden­tycz­nie jak w 1972 roku i męż­czy­zna odru­chowo cof­nął się o krok na widok upior­nych szcząt­ków roz­bi­tego samo­lotu.

O godzi­nie pięt­na­stej trzy­dzie­ści, w momen­cie gdy samo­lot, dostaw­szy się w dziurę powietrzną, ude­rzył w skalną grań, Gustavo zupeł­nie nie­świa­do­mie odpiął pas bez­pie­czeń­stwa, sta­nął w alejce mię­dzy fote­lami i kur­czowo ucze­pił się meta­lo­wej półki baga­żo­wej, tak by utrzy­mać się na nogach. Czuł impet, z jakim maszyna zde­rzyła się ze skałą, i momen­tal­nie jego głowę, plecy i nogi zaczął chło­stać wiatr ze śnie­giem. W myślach odli­czał nie­koń­czące się sekundy, w trak­cie któ­rych kadłub zsu­wał się po oblo­dzo­nym stoku, by w końcu gwał­tow­nie znie­ru­cho­mieć, miaż­dżąc fotele i sie­dzą­cych w nich pasa­że­rów, któ­rzy siłą roz­pędu powpa­dali jeden za dru­gim na ścianę prze­działu baga­żo­wego, oddzie­la­ją­cego kabinę pasa­żer­ską od kok­pitu.

Roberto Canessa poczuł wstrząs, gdy samo­lot lewym skrzy­dłem zaha­czył o skały, i z całej siły ucze­pił się opar­cia fotela przed sobą. Miał goni­twę myśli, jakieś ode­rwane, pozba­wione sensu obrazy wiro­wały mu przed oczami. Wszyst­kie one skła­dały się w jeden nie­ubła­gany sens: samo­lot, któ­rym leciał, wła­śnie roz­bi­jał się w Andach Pata­goń­skich. Lada chwila mieli zgi­nąć, a on dowie się, co czeka go po śmierci.

2. Porzucony: Roberto Canessa

2.

Porzu­cony: Roberto Canessa

Czy pomysł taki nie mógł naro­dzić się w gło­wie jakie­goś sza­lo­nego naukowca? "Po co uży­wać kró­li­ków doświad­czal­nych, skoro możemy w lodo­wej kra­inie umie­ścić ludzi? Będą mło­dzi, a tym samym bar­dziej wytrzy­mali, tak by zbyt łatwo nie poko­nały ich cho­roby i kon­tu­zje. Z powie­trza usu­niemy tlen, przez co będą się poru­szać z tru­dem, drę­czeni przez halu­cy­na­cje. W więk­szo­ści będą to stu­denci, prze­ko­namy się, czy prze­trwają, czy potra­fią się zor­ga­ni­zo­wać, pra­co­wać zespo­łowo, pla­no­wać i znaj­do­wać twór­cze roz­wią­za­nia pro­ble­mów. Dodat­kowo nie­chaj będą spor­tow­cami, okaże się wtedy, czy takie nad­prze­cięt­nie sprawne jed­nostki są w sta­nie prze­trwać sie­dem­dzie­siąt dwa dni na lodo­wym pust­ko­wiu. Naj­pierw trzech, a potem dwóch spo­śród nich podej­mie samo­bój­czą dzie­się­cio­dniową wędrówkę, będzie wspi­nać się na się­ga­jące nieba szczyty, żeby dostać się do dolin po dru­giej stro­nie Kor­dy­liery i uciec z pie­kła. Będzie to eks­pe­ry­ment, który pozwoli nam odpo­wie­dzieć na pyta­nie, czy w tych nie­ludz­kich warun­kach naro­dzi się śnieżne brac­two. Prze­ko­najmy się, jak będą zno­sić kolejne wyzwa­nia, ilu z nich wytrzyma do samego końca. A skoro docią­gnęli już tak daleko, drżąc z zimna i ze zgrozy, zasto­sujmy kolejny trik: jesz­cze okrut­niej­szy i bar­dziej upa­dla­jący, tak by zapa­dali się coraz głę­biej w otchłań roz­pa­czy, która nie będzie mieć końca, i zawsze będzie cze­kać ich jesz­cze coś gor­szego".

Naj­bar­dziej per­wer­syj­nym aspek­tem tam­tych doświad­czeń było to, że naprawdę mia­łem wra­że­nie, jak­by­śmy ja i pozo­sta­łych pięt­na­stu oca­la­łych byli kró­li­kami doświad­czal­nymi.

Nasza sytu­acja była tym trud­niej­sza do znie­sie­nia, że mogli­śmy postrze­gać ją jako labo­ra­to­ryjny eks­pe­ry­ment, w któ­rym zmu­szeni jeste­śmy dzia­łać metodą prób i błę­dów. Miał on zade­mon­stro­wać, jak pono­simy porażkę, jak podej­mu­jemy błędne decy­zje, jak pełni nadziei łudzimy się, że zna­leź­li­śmy drogę ucieczki albo że sły­szymy nad­la­tu­jące samo­loty ratow­ni­cze. Ale to tylko złu­dze­nia. Ten z nas, który wyru­szył na połu­dnie, nie­mal umarł z wycień­cze­nia. Inny pra­wie oślepł. Ten, który poszedł na wschód, tylko cudem nie zamarzł. Wnio­sek, jaki wycią­gasz z takich błę­dów, o ile rzecz jasna na­dal nie porzu­ci­łeś nadziei, jest nastę­pu­jący: nie wolno ci opaść z sił, musisz wytrwale podą­żać dalej, nawet jeśli posze­dłeś nie tą ścieżką, co trzeba.

Upa­dla­li­śmy się coraz bar­dziej, stop­niowo zaci­ska­jąc pętle na wła­snych szy­jach do momentu, gdy nie­wy­obra­żalne sta­wało się rze­czy­wi­sto­ścią. Na początku odwa­ży­li­śmy się zja­dać tylko mię­śnie wycięte ze zwłok, ale potem byli­śmy zmu­szeni się­gnąć rów­nież po organy wewnętrzne. W końcu musie­li­śmy posu­nąć się do roz­łu­py­wa­nia kilo­fem cza­szek, by wyja­dać z nich mózgi.

Widzie­li­śmy, ilu z nas stop­niowo umie­rało. Ich ciała zna­czyły naszą pro­wi­zo­ryczną drogę ucieczki na zachód.

W śnież­nym brac­twie obo­wią­zy­wały zupeł­nie inne zasady niż w spo­łe­czeń­stwie żywych. Nie ceniono tego, co mate­rialne, wręcz prze­ciw­nie - wiel­kiej war­to­ści nabrały rze­czy niemate­rialne, takie jak rów­ność, bez­in­te­re­sow­ność, bra­ter­stwo, ser­decz­ność i pod­trzy­my­wa­nie nadziei. Wła­śnie dla­tego tym, na czym naj­bar­dziej zależy mi w życiu, jest odtwo­rze­nie tam­tego brac­twa, które zawią­zało się na zbo­czu góry, owego wyjąt­ko­wego doświad­cze­nia ludz­kiego, które opie­rało się, moim zda­niem, na pię­ciu naj­prost­szych war­to­ściach: pracy zespo­ło­wej, wytrwa­ło­ści, miło­ści, inte­li­gen­cji i przede wszyst­kim - nadziei. Jed­nak aby odtwo­rzyć ów model, muszę wcze­śniej poznać odpo­wie­dzi, jakich nam udzie­lił, odkryć jego tajem­nice. Nie umiem sobie wyobra­zić więk­szego nie­do­statku i strasz­niej­szego upodle­nia niż te, jakich zazna­li­śmy w Andach. A mimo to wró­ci­li­śmy z kra­iny zmar­łych i oto jeste­śmy. Cza­sami pro­szą nas o to, żeby­śmy wytłu­ma­czyli, jak to moż­liwe. Wokół nas nie brak prze­cież ludzi, któ­rzy też zmu­szeni są wędro­wać przez góry, jakie sta­wia przed nimi życie. Sądzę, że możemy uży­czyć im butów, dzięki któ­rym wydo­sta­li­śmy się przed laty z opa­łów.

Powró­ci­li­śmy do zwy­kłego spo­łe­czeń­stwa, jed­nak nasze spoj­rze­nie na życie ule­gło zmia­nie. Wiemy teraz, że szklanka wody może ozna­czać kilka godzin cze­ka­nia, aż pro­mie­nie słońca prze­dzie­ra­ją­cego się przez chmury sto­pią śnieg. Wiemy, że byle kawa­lą­tek czer­stwego chleba jest o niebo lep­szy od tego, czym musie­li­śmy się żywić w górach. Że naj­tward­szy i naj­brud­niej­szy mate­rac jest mięk­szy niż naje­żony ostrymi kra­wę­dziami metal zamar­z­nię­tego kadłuba. I że skoro mam teraz do dys­po­zy­cji wszyst­kie te rze­czy, jestem boga­czem, ponie­waż dys­po­nuję wszyst­kim, co jest nie­zbędne do prze­ży­cia, a cała reszta zależy tylko ode mnie. Ponie­waż w każ­dej chwili twój samo­lot może runąć na zie­mię, a wów­czas uświa­da­miasz sobie i zaczy­nasz doce­niać wszystko to, co mia­łeś, a co teraz utra­ci­łeś.

Świat uznał, że zgi­nę­li­śmy, i trudno mu się dzi­wić. My jed­nak sta­ra­li­śmy się prze­trwać z nadzieją, że jeśli nam się powie­dzie, popro­simy spo­łe­czeń­stwo, by przy­jęło nas z powro­tem. Kiedy w końcu wyło­ni­li­śmy się z mgły, ludzi dopa­dły wyrzuty sumie­nia, zmu­szeni byli uznać swoją nie­wie­dzę, ponie­waż dowie­dli­śmy, że ich zało­że­nia były mylne. Z tego powodu przy­jęli nas z powro­tem i nie­chęt­nie zaak­cep­to­wali to, co mie­li­śmy do powie­dze­nia.

Spo­łe­czeń­stwo spi­sało nas na straty i tylko nasze rodziny, wie­dzione jakimś irra­cjo­nal­nym przy­mu­sem, kon­ty­nu­owały poszu­ki­wa­nia. Jeśli o mnie cho­dzi, sta­ra­łem się wysy­łać tele­pa­tyczne wia­do­mo­ści do mojej ówcze­snej dziew­czyny Lauri, w któ­rych prze­ko­ny­wa­łem ją, żeby cie­szyła się życiem i nie zadrę­czała z mojego powodu. Bła­ga­łem ją w myślach, żeby nie wie­rzyła, że kie­dyś wrócę, i sta­ra­łem się ją prze­ko­nać, że powinna zapo­mnieć o swo­jej miło­ści do mnie, ponie­waż uza­leżni to jej szczę­ście od mojego powrotu, który wyda­wał się nie­moż­liwy.

Mój ojciec szu­kał mnie, ponie­waż wie­dział, że gdyby to samo przy­da­rzyło się jemu, poru­szył­bym niebo i zie­mię, żeby go odna­leźć, nie spo­czął­bym aż do śmierci. W poszu­ki­wa­niach poma­gał mu ojciec Lauri, Luis Sur­raco, aby pocie­szyć swoją córkę i móc powie­dzieć jej to samo, do czego w myślach pró­bo­wa­łem ją nakło­nić: "Nie płacz już wię­cej, Lauri. Skup się na swoim życiu. Twój chło­pak ist­nieje już tylko na zdję­ciach i we wspo­mnie­niach". Przed wylo­tem Lauri zaopa­trzyła ojca w grube weł­niane skar­pety, skó­rzaną kurtkę i lekar­stwa na ból żołądka. Powie­działa mu wów­czas: "Roberto jest bar­dzo zmar­z­nięty. Przed chło­dem chro­nią go meta­lowe czę­ści roz­bi­tego samo­lotu, z któ­rych zbu­do­wał dla sie­bie pro­wi­zo­ryczne schro­nie­nie". Słowa te podyk­to­wane były wiarą, którą dzie­liła z moją matką, że prze­ży­łem i trzęsę się z zimna. Była to prawda. Przez sie­dem­dzie­siąt dwa dni spę­dzone na zbo­czu góry mia­łem na sobie gruby weł­niany swe­ter, który moja matka zro­biła dla mnie na dru­tach rok wcze­śniej. Do teraz ma w zwy­czaju spraw­dzać, gdzie jestem, bo oba­wia się, że mogłaby mnie znowu stra­cić. Kto miał rację? Mój ojciec i Luis Sur­raco, opie­ra­jący się na racjo­nal­nych prze­słan­kach, czy raczej moja matka i sym­pa­tia, żywiące irra­cjo­nalną nadzieję? Pano­wał wów­czas abso­lutny chaos, cały świat, jaki zna­łem, został wywró­cony do góry nogami. W rezul­ta­cie to, co racjo­nalne, szło ramię w ramię z nie­moż­li­wym, a uto­pia zastę­po­wała rze­czy­wi­stość.

Jako że nasza histo­ria nie miała pre­ce­densu, ist­niało powszechne prze­ko­na­nie, że nie­moż­li­wym jest, byśmy po roz­bi­ciu się samo­lotu w górach pozo­stali przy życiu. Nie­moż­liwe, byśmy prze­trwali chłód, sfor­so­wali ścianę śniegu, skał i lodu, a co waż­niej­sze - żeby­śmy po wspię­ciu się na szczyt masywu, ujrzaw­szy bez­miar ską­pa­nych w bieli gór zamiast utę­sk­nio­nych zie­lo­nych dolin, nie porzu­cili nadziei. To prawda, wszystko to było nie­moż­liwe. Jed­nak czymże innym była nasza przy­goda w Andach, jeśli nie cią­giem nie­praw­do­po­dob­nych wyda­rzeń, nie­wy­obra­żal­nych i nie­da­ją­cych się zaak­cep­to­wać sytu­acji?

Pomysł, by żywić się cia­łami zmar­łych, nie był dla mnie nowy. Jako stu­dent medy­cyny czy­ta­łem książkę poświę­coną meta­bo­li­zmowi, dzięki czemu zna­łem teo­re­tyczny wymiar tego, co mie­li­śmy zamiar zro­bić. Wie­dzia­łem, na czym polega tzw. cykl Krebsa. Wie­dzia­łem, że białko może prze­kształ­cać się w cukry, a tłuszcz w białko. Mia­łem też świa­do­mość, że gdy będziemy żywić się wyłącz­nie mię­sem, unik­niemy śmierci z głodu. Białko nie­zbędne do prze­ży­cia znaj­do­wało się w cia­łach naszych przy­ja­ciół, ale nie mia­łem pozwo­le­nia, by je tknąć. Naszą roz­pacz­liwą sytu­ację dodat­kowo pogar­szał fakt, że nie mogli­śmy spy­tać ich o zda­nie, bo już nie żyli.

I wtedy zapro­po­no­wa­łem, byśmy zawią­zali pakt - każdy z nas mógł zade­kla­ro­wać, że w przy­padku jego śmierci pozo­stali będą mogli wyko­rzy­stać jego ciało. Oddaję sie­bie, tak by moje ramiona pomo­gły innym, moje nogi uła­twiły im cho­dze­nie, moje mię­śnie umoż­li­wiły im poru­sza­nie się, nie­zbędne do prze­ży­cia.

Kiedy zda­łem sobie sprawę, że mogę stać się rezer­wu­arem klu­czo­wych dla prze­ży­cia skład­ni­ków odżyw­czych dla kole­gów, sytu­acja zro­biła się pro­sta: wystar­czyło odciąć kawa­łek i połknąć. Teraz już nic nie stało na prze­szko­dzie, byśmy wresz­cie zro­bili to, z czym zwle­ka­li­śmy od dawna i na co wszy­scy cze­ka­li­śmy. Mia­łem poczu­cie, że to ja muszę wypeł­nić ten obo­wią­zek, wspól­nie z Adol­fem Strau­chem i Gusta­vem Zerbiną. To był istny wyścig z cza­sem, a w tym kon­kret­nym momen­cie czu­łem, że mogę biec na samym prze­dzie. Kie­ro­wała mną myśl, że dzi­siaj albo jutro to ja stanę się tym, który nie będzie miał siły iść dalej, a wów­czas będę ist­niał już jedy­nie w cia­łach innych - zresztą nie­wiele bra­ko­wało, by w następ­stwie lawiny tak się to skoń­czyło.

Wyko­na­nie tego pierw­szego kroku wyma­gało kolo­sal­nego wysiłku, mimo że spro­wa­dzało się to zale­d­wie do poko­na­nia kilku metrów, żeby dotrzeć na tyły samo­lotu, gdzie na śniegu leżały zwłoki. Zda­wa­łem sobie sprawę, że kon­se­kwen­cje będą nie­od­wra­calne i potem już ni­gdy nie będziemy takimi samymi ludźmi. Krok, na który się decy­do­wa­li­śmy, miał wymiar trudny do obję­cia rozu­mem. Naj­pierw nale­żało ścią­gnąć ubra­nia z ciała czło­wieka, któ­rego się znało. Potem trzeba było doko­nać nie­wy­obra­żal­nego - odciąć kawa­łek jego zamar­z­nię­tego ciała. Przy­po­mi­nało to skok w otchłań. To, czego doświad­cza­li­śmy teraz, było jesz­cze strasz­niej­szą tra­ge­dią od kata­strofy, ponie­waż o tym, że samo­lot spadł, zade­cy­do­wały czyn­niki nie­za­leżne od nas, nato­miast odci­na­nie mięsa z ciał zabi­tych było już naszym wybo­rem.

Czu­łem się w tam­tej chwili jak naj­po­dlej­sza i naj­bar­dziej poża­ło­wa­nia godna istota na całym świe­cie. Przy­ła­py­wa­łem się na myśli, jakąż to okropną zbrod­nię musia­łem popeł­nić, skoro teraz za karę jestem ska­zany na tak krań­cowe upodle­nie. Ci, któ­rzy przy­glą­dali nam się z wnę­trza kadłuba, też odczu­wali doj­mu­jący smu­tek. W tam­tym strasz­nym momen­cie, gdy wkła­da­li­śmy do ust mięso naszych przy­ja­ciół, wszy­scy cier­pie­li­śmy. I z tego powodu wszy­scy po tro­chu umar­li­śmy tam­tego dnia.

Roz­my­śla­łem o mojej matce, która nieco wcze­śniej dowie­działa się o innym wypadku, w któ­rym życie stra­ciło trzech moich kole­gów ze szkoły. Uto­pili się pod­czas pły­wa­nia kaja­kiem po rzece La Plata, nie­da­leko plaży Car­ra­sco. Matka powie­działa mi wtedy z prze­ko­na­niem, że nie prze­ży­łaby straty syna. Jej zda­niem ni­gdy nie zdo­ła­łaby udźwi­gnąć tra­ge­dii, jaka spa­dła na te trzy matki, które odtąd nocami i dniami miały w snach błą­kać się po pla­żach i palić lampy w ocze­ki­wa­niu na powrót synów. Dla­tego nie mogłem jej zawieść. Każdy z moich przy­ja­ciół miał powód rów­nie istotny albo nawet waż­niej­szy niż mój, który dawał mu siłę nie­zbędną do prze­łknię­cia tego pierw­szego kęsa. W jed­nej chwili prze­sta­li­śmy być mło­dymi, bez­tro­skimi chło­pa­kami i obró­ci­li­śmy się w chwie­ją­cych się nad gro­bem star­ców. Posta­rzali, sędziwi chłopcy tak nazna­czeni pięt­nem spo­ży­wa­nia ludz­kiego mięsa, mie­li­śmy poczu­cie, że upa­damy coraz głę­biej i głę­biej, tylko po to, by odkryć, że pustka nie ma dna, ponie­waż koniec poja­wia się dopiero wtedy, gdy umie­rasz.

Pozna­li­śmy dobrze tę górę. Nauczyła nas, że kiedy wzno­szący się na wscho­dzie wul­kan o nazwie Sosne­ado skrywa się za chmu­rami, ozna­cza to, iż nocą przyj­dzie burza i że spę­dzimy ją, drżąc z zimna i ze stra­chu, pod­czas gdy roze­źlona czymś góra będzie ryczeć nad naszymi gło­wami. Dowie­dzie­li­śmy się też, że lawiny, jakie widy­wa­li­śmy w oddali, nie mogą nas dosię­gnąć. Byli­śmy jed­nak w błę­dzie, ponie­waż jedna z nich w końcu na nas runęła i musie­li­śmy wszystko zaczy­nać od nowa.

W pierw­szych godzi­nach po lawi­nie na­dal, krok za kro­kiem, scho­dzi­li­śmy w otchłań, ponie­waż zmu­szeni byli­śmy zja­dać ciała tych, któ­rzy leżeli tuż obok nas. Zda­wa­łem sobie sprawę, że jeśli sam nie wyko­nam tego kroku, jeśli nie pokażę pozo­sta­łym, że to nasza jedyna szansa, nie wydo­sta­niemy się stąd. Czu­łem, że to ja muszę dać przy­kład pozo­sta­łym, mimo że w nor­mal­nym życiu ni­gdy bym nie pomy­ślał, iż będę zdolny do takich rze­czy. Wie­dzia­łem zara­zem, że to, co zro­bimy, spo­tę­guje tylko ból rodzin ofiar. Być może moje stu­dia medyczne pozwo­liły mi spoj­rzeć na to okiem chi­rurga, który wie, że aby móc roz­kroić brzuch i wyjąć z niego narząd, uprzed­nio należy oddzie­lić sferę fizyczną od ducho­wej.

Czło­wiek pogrze­bany żyw­cem uczy się, czym jest ocze­ki­wa­nie. Z minuty na minutę nasza egzy­sten­cja sta­wała się nie­wy­sło­wie­nie bar­dziej żało­sna. Mia­łem wręcz poczu­cie, jak­by­śmy cof­nęli się do sta­dium nasie­nia: byli­śmy znowu jedy­nie życiem poten­cjal­nym, co do któ­rego nie ma pew­no­ści, że zakieł­kuje. Kolejny raz zasady gry ule­gły zmia­nie i znowu stało się to bez naszej wie­dzy. Kadłub samo­lotu, który mie­li­śmy za nasze schro­nie­nie, czy wręcz pro­wi­zo­ryczny dom, oka­zał się pułapką, która w każ­dej chwili mogła spro­wa­dzić na nas śmierć.

Był taki moment, gdy pomy­śla­łem, że chyba zmie­niamy się w dzi­kie zwie­rzęta, że nasza pier­wotna natura bie­rze nad nami górę i wkrótce wchło­nie to, co ludz­kie. Myli­łem się. Oko­licz­no­ści zmu­siły nas co prawda, byśmy postę­po­wali jak zwie­rzęta, na przy­kład zja­dali zwłoki przed­sta­wi­cieli wła­snego gatunku, ale godzi­li­śmy się na to, kie­ro­wani szla­chet­nym wspól­nym posta­no­wie­niem, które nawet po tylu latach nie prze­stało mnie wzru­szać: mogę jutro stać się twoim jedze­niem. Na zbo­czu tam­tej góry widzia­łem zacho­wa­nia tak nazna­czone dobro­cią i bez­in­te­re­sow­no­ścią, jakich nie spo­tka­łem na swo­jej dro­dze ani ni­gdy wcze­śniej, ani ni­gdy póź­niej. I to wła­śnie one, zwłasz­cza gdy wycho­dziły od ciężko ran­nych, mają­cych świa­do­mość, że ich czas dobiega końca, zobo­wią­zy­wały, byś rów­nież i ty oddał sie­bie całego, do ostat­niej kro­pli krwi.

Kiedy po wypra­wie w poszu­ki­wa­niu ode­rwa­nego ogona samo­lotu powró­ci­łem do kadłuba, z całą wyra­zi­sto­ścią ujrza­łem opła­kany stan moich przy­ja­ciół: oszpe­ceni, z dłu­gimi wło­sami i bro­dami, prze­raź­li­wie brudni, o twa­rzach wychu­dzo­nych i wynędz­nia­łych. Wszy­scy mieli strasz­nie pod­krą­żone oczy, ich kości łuku brwio­wego wyraź­nie się odzna­czały, a policzki były zapad­nięte. Ten widok spra­wił, że wró­ciło do mnie wspo­mnie­nie ilu­stra­cji z książki Char­lesa Dic­kensa Opo­wieść o dwóch mia­stach, na któ­rych dzieci miały surowe, wynisz­czone twa­rze doro­słych ludzi. Sta­li­śmy się żywymi tru­pami, szkie­le­tami oble­czo­nymi w skórę, balan­su­ją­cymi na gra­nicy życia i śmierci, z wysu­szo­nymi, popę­ka­nymi war­gami, stale oto­czeni smro­dem cmen­ta­rzy­ska.

Zna­łem obie grupy, ponie­waż od początku byłem czę­ścią spo­łecz­no­ści pasa­że­rów. Sta­ra­łem się poma­gać, w czym tylko mogłem - razem z Gusta­vem Zerbiną i Die­giem Stor­mem opie­ko­wa­łem się ran­nymi. Nieco póź­niej, gdy zaj­mo­wa­łem się Gusta­vem po tym, jak pół­żywy wró­cił z wyprawy na połu­dnie, prze­ko­na­łem się, jak wygląda życie w tym dru­gim świe­cie, poza kadłu­bem. Po dro­dze stra­cił wzrok, mówił, że czuje, jakby w oczach miał pia­sek. Kiedy go kar­mi­łem, musia­łem wcze­śniej prze­żu­wać mięso i wkła­dać mu maleń­kie kawałki do ust, ponie­waż ruszały mu się wszyst­kie zęby. Maso­wa­łem i nacie­ra­łem mu stopy, które odmro­ził w cza­sie mar­szu i stra­cił w nich czu­cie.

Jeden z moich kole­gów, Arturo Nogu­eira, który miał poła­mane obie nogi, powie­dział mi: "Jesteś wiel­kim szczę­ścia­rzem, Roberto, że możesz cho­dzić i w ten spo­sób poma­gać innym". I wtedy dotarło do mnie, że na tym wła­śnie polega moja rola w gru­pie. A kiedy czło­wiek pogo­dzi się z taką myślą, zaczyna się zmie­niać w snach i marze­niach pozo­sta­łych. Cho­dzi się wów­czas nie tylko dla samego sie­bie, ale robi się to także dla innych, tych, któ­rzy ci zaufali. I wszystko odbywa się bez słów, ponie­waż są to tego rodzaju infor­ma­cje i rze­czy­wi­stość, któ­rej inni nie mogą poznać ani pojąć.

I w takiej atmos­fe­rze podej­mo­wa­li­śmy przy­go­to­wa­nia do ostat­niej eks­pe­dy­cji: wyczynu, który na papie­rze nie mógł się powieść. Naszła mnie wtedy myśl: będę robił, co w mojej mocy, i popro­szę Boga o to, by nam pomógł, jeśli tylko jest w sta­nie to zro­bić. Gdy na dro­dze sta­nie nam lodowa ściana, nie­chaj przy­naj­mniej będzie miała szcze­liny, tak bym miał gdzie wcze­pić się w nie pal­cami dłoni i stóp. A jeżeli natkniemy się na inną prze­szkodę, nie­chaj da się ją omi­nąć.

Zaraz potem nade­szła chwila prawdy: zna­leź­li­śmy się w sytu­acji, gdy nie było wię­cej ochot­ni­ków goto­wych prze­pra­wić się przez góry. Nando zobo­wią­zał się, że weź­mie udział w wypra­wie. Chciał za wszelką cenę wró­cić do ojca, który opła­ki­wał śmierć swo­jej matki i sio­stry, i powie­dzieć mu, że nie wszystko stra­cone. Tintín brał już udział we wcze­śniej­szych eks­pe­dy­cjach, w któ­rych świet­nie sobie radził - wyru­szał z bazy i do niej wra­cał. Z natury wiele od sie­bie wyma­gał, a w przy­padku tej ostat­niej eks­pe­dy­cji (na tra­sie dłu­go­ści sie­dem­dzie­się­ciu kilo­me­trów) był prze­ko­nany, że spro­sta wyzwa­niu. Był gotów dać z sie­bie wszystko, mimo że wsku­tek ran odnie­sio­nych w kata­stro­fie stra­cił dwa litry krwi, co dopro­wa­dziło do powsta­nia dużego skrzepu w żyle, czego skutki wciąż mu doku­czały.

Życie śnież­nego brac­twa pełne było wspa­nia­łych i wznio­słych momen­tów, jed­nak nawet one przez cały czas pod­szyte były grozą. Naj­lep­szą, a zara­zem jedną z naj­strasz­niej­szych nocy była ta, która nade­szła pierw­szego dnia ostat­niej eks­pe­dy­cji. Mijał sześć­dzie­siąty pierw­szy dzień naszej gehenny. Wspi­na­li­śmy się, to zna­czy Nando, Tintín i ja, na zbo­cze monu­men­tal­nej góry. Brnę­li­śmy przez cały dzień po ścia­nie nachy­lo­nej pod tak dużym kątem, że krę­ciło nam się od tego w gło­wach. Wspi­naczki jed­nak nie prze­rwa­li­śmy, nawet gdy szybko zaczęło się zmierz­chać i zerwał się lodo­waty wiatr. Nasze prze­mo­czone spodnie zaczy­nały zama­rzać. Jak okiem się­gnąć nie było żad­nego miej­sca, w któ­rym mogli­by­śmy bez­piecz­nie przy­cup­nąć, odpo­cząć, prze­spać się. Zapa­dała noc, a w ciem­no­ści nie widzie­li­śmy, gdzie sta­wiamy kroki. Byli­śmy ślepi, pod­czas gdy wkoło nas roz­ta­czał się labi­rynt kli­fów i lodo­wych szcze­lin. Wpa­da­li­śmy już w roz­pacz, a ja szlo­cha­łem z bez­sil­no­ści - wie­dzia­łem, że nie zdo­łam dotrzy­mać danego słowa, że prze­żyję i ura­tuję naszych przy­ja­ciół. I wła­śnie wtedy natra­fi­li­śmy na załom scho­wany w skale. Za nim, ku naszemu zdu­mie­niu, ujrze­li­śmy kawa­łek pła­skiej skały pokry­tej śnie­giem i lodem, o powierzchni dwóch metrów kwa­dra­to­wych. Uło­ży­li­śmy na niej poduszki wyrwane z samo­lo­to­wych foteli, które miały chro­nić nas od spodu przed chło­dem, a na nie rzu­ci­li­śmy nasz pro­wi­zo­ryczny śpi­wór. Nie dowie­rza­li­śmy swo­jemu szczę­ściu. Rów­nie zdu­mie­wa­jące było to, że kiedy tylko odna­leź­li­śmy to miej­sce, nie­mal natych­miast wiatr prze­stał wiać. Na nie­bie uka­zał się księ­życ, a w jego bla­sku ujrze­li­śmy nie­sa­mo­wi­cie białą dolinę, na któ­rej dnie został samo­lot. Gwiazdy wyda­wały się tak bli­skie. Pomy­śla­łem wtedy: nie wie­rzę, że zachwy­cam się pięk­nem tego widoku, a tuż nad naszymi gło­wami wiszą trzy gwiazdy z Pasa Oriona i księ­życ. Ale to działo się naprawdę: tam­tej nocy poczu­łem, jak wiel­kim przy­wi­le­jem jest być w tym miej­scu. I że ja i moi dwaj przy­ja­ciele jeste­śmy jedy­nymi ludźmi, któ­rzy oglą­dają wszech­świat z takiej per­spek­tywy. Mia­łem prze­dziwne poczu­cie, że księ­życ jest lustrem, które lada moment pokaże mi mój dom, i że na pewno zdo­łam zoba­czyć go na wła­sne oczy, gdy wrócę do Mon­te­vi­deo. A wszyst­kie te myśli kłę­biły się w mojej gło­wie, mimo że parę chwil wcze­śniej byłem prze­ko­nany, iż jestem już tru­pem. Tamta noc cze­goś mnie nauczyła - a lek­cja ta pozo­stała ze mną na zawsze - nawet gdy wydaje nam się, że jeste­śmy zagu­bieni w bez­kre­sie, jest to tylko towa­rzy­szące nam uczu­cie.

Męż­czy­znę kształ­tują oko­licz­no­ści, z jakimi się mie­rzy, a cała nasza trójka, to zna­czy Nando, Tintín i ja, two­rzy­li­śmy zgrany zespół. O ile oni liczyli się z moim zda­niem, o tyle ja, przed pod­ję­ciem takiej czy innej decy­zji, zda­wa­łem się na nie­złomną wolę Nanda, by nie­stru­dze­nie brnąć dalej, i nie­za­chwianą pew­ność Tintína. Te trzy czyn­niki współ­dzia­łały ze sobą w har­mo­nii, two­rząc ide­alną sym­biozę. Póź­niej, gdy Tintín wró­cił do samo­lotu, mię­dzy mną i Nan­dem zawią­zało się szcze­gólne part­ner­stwo, w któ­rym wza­jem­nie się uzu­peł­nia­li­śmy. Na końcu do tej wspól­noty dołą­czył jesz­cze nasz wybawca, poga­niacz mułów Ser­gio Catalán. Latem wypasa swoje stada na "let­nim pastwi­sku", jak nazy­wają je paste­rze, gdzie spod lodu gdzie­nie­gdzie wyra­sta zie­lona trawa i gdzie cielą się zwie­rzęta. Pasterz zna­ko­mi­cie zna swoją trzodę, dogląda matek i ich mło­dych i musi przez cały czas mieć je na oku, ponie­waż na muły polują pumy. Jak mógłby porzu­cić mulicę albo cielę, które zna od uro­dze­nia? Z tymi zwie­rzętami łączy go oso­bliwa więź, któ­rej nie spo­sób zro­zu­mieć, jeśli nie zoba­czy się na wła­sne oczy, co dzieje się mię­dzy nimi i czło­wie­kiem. Oso­bi­ście uwa­żam, że kiedy nas ujrzał, zadzia­łał podobny mecha­nizm. Jak mógłby odmó­wić pomocy dwóm obdar­tym chło­pa­kom, któ­rzy chwiej­nym kro­kiem zbli­żali się do niego po sfor­so­wa­niu łań­cu­cha gór­skiego, skoro sam był czło­wie­kiem gór, tym, który musi sobie radzić w każ­dej sytu­acji? To wła­śnie dzięki temu wyka­zał się tak wielką szla­chet­no­ścią serca i współ­czu­ciem, które kazały mu odbyć długą wędrówkę, żeby nas ura­to­wać. Zawsze uwa­ża­łem, że to, czego doświad­czy­li­śmy, nie było dzie­łem przy­padku. Gdyby ta sama sytu­acja roze­grała się nie­da­leko od cywi­li­za­cji, a nie w dzi­kich Andach, w miej­scu, gdzie dia­beł mówi dobra­noc, i gdy­by­śmy pró­bo­wali zatrzy­mać jakąś napo­tkaną osobę i popro­sić ją o pomoc, być może nie mie­li­by­śmy tyle szczę­ścia. Na naszej dro­dze sta­nął skromny czło­wiek o dobrym sercu, Ser­gio Catalán, który potra­fił porzu­cić swoją pracę, wydać swoje muły na pastwę dzi­kich kotów i udać się w ośmio­go­dzinną podróż konno, a potem jesz­cze jechać dru­gie tyle samo­cho­dem Mini­ster­stwa Robót Publicz­nych do odda­lo­nej o pięć­dzie­siąt kilo­me­trów miej­sco­wo­ści Puente Negro, gdzie znaj­do­wał się poste­ru­nek kara­bi­nie­rów - a wszystko to jedy­nie z potrzeby nie­sie­nia pomocy nie­zna­jo­mym.

Cza­sami wra­cam do nagrań fil­mo­wych, na któ­rych uwiecz­niono moment, gdy Nando i ja przy­by­li­śmy do miej­sco­wo­ści Los Maite­nes i zosta­li­śmy pod­jęci przez kara­bi­nie­rów. Zawsze w takich chwi­lach zwra­cam uwagę na swoje oczy. Z początku przy­pa­truję się przy­tom­nie dzien­ni­ka­rzowi, ale już po chwili moje spoj­rze­nie prze­suwa się gdzie indziej i traci ostrość. Udzie­lam odpo­wie­dzi na pyta­nia i nagle spo­glą­dam w bok, jak gdy­bym prze­stał słu­chać, co mówi dzien­ni­karz. Kiedy Nando stwier­dza: "Tak, czu­jemy się dobrze", warto obser­wo­wać jego twarz, która zdra­dza coś zgoła innego. A kiedy pada pyta­nie, ile osób liczy jego rodzina, ope­ra­tor ponow­nie kie­ruje kamerę na mnie, a moje spoj­rze­nie znowu ginie w jakimś nie­okre­ślo­nym punk­cie w prze­strzeni.

Do Los Maite­nes zawi­ta­li­śmy na podo­bień­stwo duchów. Pomimo zdu­mie­nia, jakie musie­li­śmy budzić wśród ludzi, któ­rzy prze­cież wcale na nas nie cze­kali, przy­jęto nas z otwar­tymi ramio­nami, ponie­waż widziano w nas tych, któ­rzy wró­cili z zaświa­tów. To, a także cie­ka­wość, były głów­nym powo­dem tak ser­decz­nego przy­ję­cia.

Gehenna, jakiej doświad­czy­li­śmy w górach, nauczyła nas, że wszystko musimy zro­bić sami. I w tym duchu wyobra­ża­li­śmy sobie, że po zej­ściu z góry pój­dziemy do San­tiago i tam odnaj­dziemy sta­cję kole­jową. Mie­li­śmy odło­żone pie­nią­dze na bilet kole­jowy na pociąg, który prze­tnie góry i zatrzyma się w Buenos Aires. Potem pla­no­wa­li­śmy prze­być rzekę La Plata na pokła­dzie jakie­goś statku i dalej wędro­wać na pie­chotę, aż dotrzemy do naszych domów. Zadzwo­nimy do drzwi, otwo­rzymy je i zawo­łamy do naszych naj­bliż­szych, że żyjemy. Ale w naszych rachu­bach ani przez moment nie bra­li­śmy pod uwagę, że natkniemy się na paste­rza mułów ani że światu będzie tak bar­dzo zale­żało na napra­wie­niu popeł­nio­nego błędu.

Byli­śmy niczym meta­fora dla człon­ków tego spo­łe­czeń­stwa: skoro ci nie­do­świad­czeni, naiwni chłopcy prze­żyli kata­strofę samo­lotu i poko­nali Andy, życie nie może być aż takie trudne. I być może ta myśl pomaga wszyst­kim tym ludziom, któ­rym bra­kuje odwagi i wiary we wła­sne siły, a któ­rzy mimo to przy­cho­dzą do Doliny Łez w poszu­ki­wa­niu cze­goś, choć sami nie wie­dzą czego. Na wyso­ko­ści czte­rech tysięcy metrów wieją potężne wia­try, powie­trze jest zbyt roz­rze­dzone i trudno się oddy­cha, a ciało ni­gdy nie może się wystar­cza­jąco roz­grzać. Chcą zro­zu­mieć, jak zdo­ła­li­śmy prze­żyć. A odpo­wiedź, która tu na nich czeka, zaska­kuje swoją pro­stotą: ni­gdy nie stra­ci­li­śmy woli ucieczki i całym ser­cem wie­rzy­li­śmy, że czło­wiek zdolny jest do nad­zwy­czaj­nych czy­nów. Zamiast kur­czowo trzy­mać się wspo­mnień, sta­ra­li­śmy się posu­wać naprzód.

Obec­nie moje życie nie upływa już na tej górze, ale z dru­giej strony nie cał­kiem się uwol­ni­łem od jej cie­nia. Któ­re­goś razu w pro­gra­mie tele­wi­zyj­nym spy­tano mojego syna, czy podzi­wia ojca za to, co się wyda­rzyło w Andach. Odpo­wie­dział: "Nie wiem, ponie­waż wtedy nie było mnie jesz­cze na świe­cie. Podzi­wiam go za to, że codzien­nie cho­dzi do pracy, żeby­śmy mieli wszystko, co nie­zbędne do życia".

Mamy szansę żyć dla tych, któ­rzy nie mieli tyle szczę­ścia - tych wszyst­kich pocho­wa­nych pod tym żela­znym krzy­żem. Ażeby usza­no­wać ich pamięć, muszę dobrze żyć, tak by w momen­cie śmierci, popeł­niw­szy wiele błę­dów, móc powie­dzieć: "Wiem, że nie zro­bi­łem wystar­cza­jąco wiele, ale sta­ra­łem się, jak mogłem".

Kim byli­śmy? Grupą pecho­wych chło­pa­ków. A teraz? Grupą doro­słych męż­czyzn sta­ra­ją­cych się zro­zu­mieć, dla­czego spo­tkała ich ta wielka tra­ge­dia. Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łem, że opo­wia­da­jąc tę histo­rię, uzy­skam tak cenny dar. Kiedy na Harvar­dzie pro­wa­dzę wykłady z medy­cyny, reak­cje stu­den­tów są sto­no­wane: przyj­mują do wia­do­mo­ści prze­ka­zy­waną przeze mnie wie­dzę i to w zupeł­no­ści wystar­czy. Ale kiedy opo­wia­dam o Andach, są poru­szeni, pła­czą, zadają pyta­nia, przy­tu­lają mnie. To histo­ria, która prze­ma­wia głę­boko do serca słu­cha­cza. Poznaw­szy ją, czło­wiek odcho­dzi wzbo­ga­cony. Jestem zale­d­wie nar­ra­to­rem tej opo­wie­ści, ale byłem także świad­kiem tego, co się wtedy działo. Sta­no­wię nie­pod­wa­żalny dowód, że tamte wyda­rze­nia naprawdę miały miej­sce.

W górach ist­niał pewien spo­sób na prze­trwa­nie, który musie­li­śmy wypra­co­wać i wdro­żyć. Dosko­nale pamię­tam skrzy­pie­nie śniegu pod naszymi sto­pami. To, jak zapa­da­li­śmy się w nim po kolana w trak­cie osta­tecz­nie porzu­ca­nych eks­pe­dy­cji. Pamię­tam też, jak pod­czas ostat­niej wyprawy byłem do tego stop­nia wycień­czony, że moje mię­śnie prze­sta­wały słu­chać pole­ceń wyda­wa­nych przez mózg. Do dzi­siaj jest ze mną chłód tam­tych wie­czo­rów, lodo­waty wicher zry­wa­jący się po zacho­dzie słońca, ryk scho­dzą­cych lawin, bez­sil­ność.

W Andach umó­wi­li­śmy się, że wyrze­kamy się pychy i próż­no­ści wpa­ja­nych nam przez współ­cze­sne spo­łe­czeń­stwo, które nas ukształ­to­wało. Sta­no­wi­li­śmy nie­winną spo­łecz­ność przy­ja­ciół, któ­rzy nie wsty­dzili się przy­tu­lać nawza­jem, prze­pra­szać, gdy przy­pad­kiem pod­nie­śli głos albo w inny spo­sób spra­wili przy­krość jeden dru­giemu, ponie­waż o ile stres, w któ­rym żyli­śmy, był nie do wytrzy­ma­nia, o tyle naj­trud­niej znieść było nie­po­kój. Rów­no­cze­śnie zacho­wa­li­śmy etos ludzi gór, pie­lę­gno­wany przez kara­bi­nie­rów: zawsze nieś pomoc, nawet z nara­że­niem swo­jego życia.

Wra­ca­jąc na tę górę, poczu­łem się, jak­bym znowu miał dzie­więt­na­ście lat. Z tej wiel­kiej wyso­ko­ści znowu dostrze­gam to wszystko, co dało mi siłę, by żyć. I boleję, że nie możemy powró­cić tu wszy­scy; że innym nie dane było wypeł­nić do końca ich prze­zna­czeń i że ich przy­goda skoń­czyła się tak wcze­śnie. Wydaje mi się, że wła­śnie z myślą o nich powin­ni­śmy spró­bo­wać doko­nać w naszym życiu tego wszyst­kiego, czego im samym nie było dane. Sto­czyli trudną walkę o prze­trwa­nie. Wiel­kim nakła­dem sił sta­rali się wyrwać z tego miej­sca. My ze swo­jej strony robi­li­śmy, co w naszej mocy, by zacho­wać czuj­ność i ich ura­to­wać. Osta­tecz­nie jed­nak nie star­czyło nam siły, by ich stąd wydo­stać. I za to, przy­ja­ciele, pro­szę was o wyba­cze­nie. Ufam, że dany jest wam pokój i że pogo­dzi­li­ście się już z fak­tem, że żyjemy dla was.

Roberto Canessa uro­dził się w 1953 roku. Ukoń­czył, śla­dem swo­jego ojca, stu­dia medyczne pod­jęte w 1971 roku, spe­cja­li­zu­jąc się w kar­dio­lo­gii dzie­cię­cej. Dwu­krot­nie został uho­no­ro­wany Pań­stwową Nagrodą Medyczną. Oże­nił się ze swoją sym­pa­tią, z którą zwią­zany był już w momen­cie kata­strofy - Lauri. Docze­kał się z nią trojga dzieci: naj­star­sze z nich, syn Hila­rio, imię zawdzię­cza wyso­kiej na pięć tysięcy metrów górze, na którą wspi­nali się jego ojciec i Nando. Dru­gie dziecko, Roberto, podob­nie jak on stu­diuje medy­cynę. Córka Laura Inés dotrzy­muje tacie towa­rzy­stwa w jego powro­tach na górę, wyka­zu­jąc się taką samą jak on siłą i zuchwa­ło­ścią.

Dom, który zbu­do­wał Roberto Canessa, roz­ga­łę­zia się na wszyst­kie strony i przy­po­mina labi­rynt. Fron­towe drzwi ni­gdy nie są zamknięte na klucz, ponie­waż w jego wnę­trzu nie­ustan­nie prze­wi­jają się ludzie. W swoim życiu Roberto udo­stęp­niał to nie­zwy­kłe domo­stwo wielu oso­bom w potrze­bie. Wszyst­kie je łączy z nim coś wspól­nego: mówią o miło­ści, ser­decz­no­ści, drżą, dzie­ląc się wzru­sza­ją­cymi histo­riami, a słu­cha­jąc muzyki, która poru­sza ich serca, nie potra­fią powstrzy­mać łez.

3. Pierwsza ofiara: upadek na Kordylierę

3.

Pierw­sza ofiara: upa­dek na Kor­dy­lierę

Gustavo Zerbino miał prze­czu­cie, które przy­ga­siło rado­sny nastrój, towa­rzy­szący mu przez całą dotych­cza­sową podróż. Od godziny siód­mej rano poprzed­niego dnia, dwu­na­stego paź­dzier­nika, kiedy grupa zatrzy­mała się w Men­do­zie, mie­ście poło­żo­nym u pod­nóża argen­tyń­skiej czę­ści Kor­dy­liery, intu­icja pod­po­wia­dała mu, że sta­nie się coś złego. Tuż przed wej­ściem na pokład samo­lotu na lot­ni­sku Plu­me­rillo, na przed­mie­ściach Men­dozy, zwie­rzył się Esther, żonie dok­tora Fran­ci­sco Nicoli, leka­rza dru­żyny rugby, że nie chce lecieć, ponie­waż ma oso­bliwe prze­czu­cie, że samo­lot się roz­bije. Gustavo ocze­ki­wał, że kobieta go pocie­szy i uspo­koi. Tym­cza­sem jej odpo­wiedź go zdu­miała: kiedy zbli­żali się do scho­dów pro­wa­dzą­cych do samo­lotu, przy­znała, że ją też drę­czą takie myśli.

Trzy­na­stego paź­dzier­nika, o godzi­nie pięt­na­stej dwa­dzie­ścia, dokład­nie dzie­sięć minut przed wypad­kiem, z Gusta­vem nagle zaczęło się dziać coś dziw­nego: odczu­wał prze­możny nie­po­kój, pocił się obfi­cie i nie mógł spo­koj­nie usie­dzieć na miej­scu, pod­czas gdy jego kole­dzy żar­to­wali i się wygłu­piali. Wró­cił na tyły samo­lotu, do ostat­nich rzę­dów foteli, gdzie sie­dzieli jego trzej kole­dzy z dru­żyny: Guido Magri, Gastón Coste­malle i Daniel Shaw. Chłopcy umi­lali sobie podróż grą w karty z dwoma człon­kami per­so­nelu pokła­do­wego: ste­war­dem Ovi­diem Joaquínem Ramírezem i nawi­ga­to­rem Ramó­nem Martínezem. Fakt, że nawi­ga­tor nie prze­by­wał z kok­pi­cie z pilo­tami w cza­sie, gdy samo­lot prze­la­ty­wał nad Kor­dy­lierą, wydał się Gusta­vowi zaska­ku­jący. Udał się na drugi koniec samo­lotu i bez puka­nia wszedł do kabiny pilo­tów. Jego nie­po­kój wzrósł, gdy zorien­to­wał się, że obaj piloci, Julio Ferradás i Dante Lagu­rara, wcale nie sku­piają się na tablicy przy­rzą­dów, zamiast tego pro­wa­dząc bez­tro­ską poga­wędkę i racząc się her­batą.

- Nikt nie kie­ruje? - spy­tał, nie kry­jąc zasko­cze­nia.

Obaj męż­czyźni zgod­nie odparli, że samo­lot wypo­sa­żony jest w naj­now­szą tech­no­lo­gię auto­ma­tycz­nego pilota, która spra­wia, że "maszyna prak­tycz­nie leci sama".

- Myśla­łem, że nawet przy wyko­rzy­sta­niu auto­ma­tycz­nego pilota czło­wiek musi trzy­mać rękę na pul­sie - stwier­dził Gustavo, po czym wyco­fał się z kabiny pilo­tów.

Chwilę póź­niej zoba­czył nawi­ga­tora idą­cego w kie­runku kok­pitu. Męż­czy­zna wró­cił bar­dzo szybko i nio­sąc mapy lotu, skie­ro­wał się ku ogo­nowi maszyny. Nie­długo potem samo­lot wle­ciał w pierw­sze dziury powietrzne, co dało począ­tek tur­bu­len­cjom. A kiedy wynu­rzyli się z chmur, oczom Gustava uka­zały się szczyty gór­skie, które nagle wydały się nie­bez­piecz­nie bli­skie. Po chwili inny czło­nek załogi naka­zał pasa­że­rom, by zajęli miej­sca, zapięli pasy i zacho­wali spo­kój. W kabi­nie pasa­żer­skiej, jesz­cze przed chwilą peł­nej weso­łych dono­śnych gło­sów, zapa­dła ner­wowa cisza.

Samo­lot Fair­child 571 (F571), dwu­sil­ni­kowy tur­bo­od­rzu­to­wiec wyczar­te­ro­wany od Uru­gwaj­skich Sił Powietrz­nych, wle­ciał w olbrzy­mią dziurę powietrzną i zda­wał się spa­dać niczym kamień. Gustavo prze­stra­szył się, że roz­biją sobie głowy o strop kabiny. Ciszę prze­ciął prze­ni­kliwy sygnał alarmu o tra­ce­niu wyso­ko­ści; ozna­czało to, że maszyna może lada chwila runąć na zie­mię. Całym sta­lo­wym ciel­skiem samo­lotu tar­gały gwał­towne szarp­nię­cia i dygot, jak gdyby miało roz­le­cieć się na kawałki. Wresz­cie, parę sekund póź­niej, Gustavo usły­szał wybuch tak gło­śny, że nie­mal cał­ko­wi­cie go ogłu­szył (samo­lot zacze­pił lewym skrzy­dłem o skały albo ude­rzył brzu­chem w ska­li­ste pod­łoże). W tym samym momen­cie chło­pak roz­piął pas bez­pie­czeń­stwa, zerwał się na równe nogi i z całej siły - dla zacho­wa­nia rów­no­wagi - ucze­pił się meta­lo­wej kon­struk­cji gór­nej półki baga­żo­wej. Wła­śnie wtedy dał się sły­szeć przy­pra­wia­jący o gęsią skórkę pisk łama­nego i gię­tego metalu i samo­lot roz­ła­mał się na dwie czę­ści. Tuż za ple­cami Gustava ział teraz olbrzymi otwór, przez który w pustkę pomknął jego fotel oraz fotel sąsiedni, z przy­pię­tym do niego kolegą Car­lo­sem Valetą. Gustavo powie­rzył się boskiej opiece i powta­rzał: "Słodki Jezu, nie opusz­czaj mnie. Pro­szę Cię, Jezu, nie opusz­czaj mnie", pod­czas gdy kadłub samo­lotu, utra­ciw­szy roz­pęd, zaczął gwał­tow­nie spa­dać. W końcu zde­rzył się z zie­mią i zaczął zyg­za­kiem zsu­wać się w dół zbo­cza. Pomimo krę­tego ruchu kadłub przez cały czas pozo­stał w pozy­cji, w któ­rej wylą­do­wał - nie obró­cił się na bok ani nie wyska­ki­wał w powie­trze na nie­rów­nym pod­łożu. Siła tar­cia w zatrwa­ża­ją­cym tem­pie nisz­czyła pod­łogę, która kru­szyła się i wygi­nała. Pod jej wpły­wem wyrwane zostały wszyst­kie fotele.

Jazda w dół trwała dłu­gie sekundy, aż wresz­cie kadłub wbił się w stertę śniegu i gwał­tow­nie się zatrzy­mał. Abso­lutna cisza, która zapa­no­wała wkoło, w pierw­szej chwili zro­dziła w Gusta­vie podej­rze­nie, że umarł i że tak wyglą­dają zaświaty: na­dal ist­nie­jesz, lecz w cał­ko­wi­tej ciszy i bez­ru­chu.

W trak­cie lotu więk­szość chłop­ców krę­ciła się po kabi­nie pasa­żer­skiej. Kiedy maszyna wpa­dła w pierw­szą dziurę powietrzną i jeden z człon­ków załogi wyszedł z kabiny pilo­tów, żeby popro­sić ich o powrót na miej­sce i poin­for­mo­wać, że cze­kają ich duże tur­bu­len­cje, nikt nie zwró­cił na niego uwagi. Dopiero przy dru­giej dziu­rze powietrz­nej więk­szość chło­pa­ków zasto­so­wała się do pole­ce­nia. W tym momen­cie José Luis "Coche" Inciarte wyraź­nie usły­szał głos jed­nego z pilo­tów, który zwra­cał się do swo­jego kolegi sło­wami: "Wię­cej mocy, potrze­buję wię­cej mocy!". Samo­lot zaczął wzno­sić się tak gwał­tow­nie, że Coche poczuł, jak jego plecy wci­skają się w opar­cie fotela. Zaraz potem maszyna zaczęła się trząść, a po chwili dał się sły­szeć huk eks­plo­zji, po któ­rej roz­legł się strasz­liwy syk. Coche momen­tal­nie wyczuł gwał­towną zmianę atmos­fery: cały lot upły­wał pasa­że­rom w przy­jem­nej tem­pe­ra­tu­rze, za to teraz w prze­ciągu kilku sekund owio­nęło ich lodo­wate powie­trze. Chło­pak drżał w podmu­chach chłodu, ale nie potra­fił stwier­dzić, skąd wła­ści­wie dola­ty­wały. Czuł na sobie ude­rze­nia róż­nych prze­la­tu­ją­cych przed­mio­tów. Ponie­waż nie sły­szał mecha­nicz­nego ryku, pomy­ślał, że samo­lot na­dal leci przy wyłą­czo­nych sil­ni­kach, jed­nak chwilę póź­niej poczuł kolejny potężny wstrząs. Roz­bita maszyna zaczęła się ześli­zgi­wać w dół zbo­cza. Teraz oprócz lodo­watego powie­trza poczuł coś jesz­cze - śnieg... tak, śnieg. Pochy­lił głowę, zamknął oczy i przy­go­to­wał się na naj­gor­sze.

Tym­cza­sem prze­ła­many na pół samo­lot kon­ty­nu­ował swoją cha­otyczną podróż. Zsu­wa­jąc się, gro­ma­dził przed sobą olbrzy­mią ilość śniegu. Po pew­nym cza­sie było go już tak dużo, że wrak zarył w nim dzio­bem i znie­ru­cho­miał. Nagłe zatrzy­ma­nie się spra­wiło, że wszystko, co znaj­do­wało się w środku, z ogromną siłą pole­ciało do przodu.

Pierw­szym, co zro­bił Roberto Canessa po zatrzy­ma­niu się samo­lotu, było spraw­dze­nie, czy na­dal ma ręce i nogi. Ze zdu­mie­niem stwier­dził, że wszyst­kie członki są na swoim miej­scu. Co jesz­cze bar­dziej zaska­ku­jące, unik­nął nawet zła­mań - ramiona i nogi reago­wały na pole­ce­nia wyda­wane przez mózg. Ze wszyst­kich stron docie­rały poję­ki­wa­nia i płacz, które szybko prze­ro­dziły się we wrza­ski roz­pa­czy. Roberto spró­bo­wał się pod­nieść, ale nie był w sta­nie.

W pew­nym momen­cie ktoś popchnął jego barki, by uwol­nić go spod foteli, które przy­gnio­tły go tak, że meta­lowe ele­menty zamknęły go w potrza­sku. Spie­szą­cym z pomocą był przy­ja­ciel Roberta, Gustavo Zerbino, który wpa­try­wał się teraz w niego z nie­do­wie­rza­niem, jak gdyby chciał spy­tać: "I co teraz?", "Od czego zacząć?". Chwilę póź­niej obaj mło­dzi męż­czyźni, bez słowa, zabrali się do pracy. Pierw­szą osobą, jaką odna­lazł Canessa, był Álvaro Man­gino, któ­rego przy­gniótł fotel, tak że jego noga zaklesz­czyła się mię­dzy meta­lo­wymi ele­men­tami. Gustavo uniósł sie­dze­nie, a w tym cza­sie Roberto sta­rał się wycią­gnąć spod niego Álvara. Jego nogę przy­gnia­tała meta­lowa płyta, na któ­rej pod­czas lotu opie­rał stopy. Kiedy Roberto zdo­łał ją usu­nąć, zorien­to­wał się, że noga zwisa bez­wład­nie. Jak się oka­zało, była zła­mana w wielu miej­scach.

Jako że Roberto stu­dio­wał na dru­gim roku medy­cyny, a Gustavo na pierw­szym, natu­ralną koleją rze­czy obaj prze­obra­zili się w leka­rzy sta­ra­ją­cych się nieść pomoc poszko­do­wa­nym w kata­stro­fie. Ich wie­dza była ogra­ni­czona, wyzwa­nia, jakie się przed nimi pię­trzyły, onie­śmie­la­jące, a do dys­po­zy­cji nie mieli niczego z wyjąt­kiem wła­snych dłoni i rozumu. W waliz­kach, które ucho­wały się w prze­dziale baga­żo­wym, zna­leźli płasz­cze i koszule, które po podar­ciu posłu­żyły za pro­wi­zo­ryczne ban­daże umoż­li­wia­jące zata­mo­wa­nie krwa­wie­nia. W prze­ciągu paru minut tem­pe­ra­tura powie­trza wewnątrz zruj­no­wa­nego samo­lotu spa­dła z dwu­dzie­stu czte­rech stopni Cel­sju­sza do dwu­dzie­stu ośmiu stopni Cel­sju­sza poni­żej zera.

Kolejną osobą, któ­rej pró­bo­wali pomóc, był Adolfo Strauch. Męż­czy­zna był w szoku - sta­rał się wci­snąć w naj­ciem­niej­szy kąt kabiny, by zwi­nięty w kłę­bek niczym prze­ra­żone zwie­rzę uda­wać, że niczego nie widzi ani nie sły­szy.

Wcze­śniej do uszu Adolfa dotarł dow­cip, który zresztą nie­zbyt przy­padł mu do gustu. Dwie dziew­czyny, które wraz z Cochem poznali w Men­do­zie, odpro­wa­dziły ich na lot­ni­sko Plu­me­rillo i na poże­gna­nie zawo­łały za nimi, gdy odcho­dzili w kie­runku Fair­childa, że powinni zostać w Men­do­zie, bo ich samo­lot się roz­bije. W końcu był pią­tek trzy­na­stego, pechowy dzień. Przez pierw­szą godzinę lecieli nad pogó­rzem, a po dotar­ciu do Malargüe samo­lot wyko­nał skręt, by poko­nać łań­cuch gór­ski, prze­la­tu­jąc przez prze­łęcz Plan­chón. To wtedy po raz pierw­szy Adolfo ujrzał bez­miar śnież­nych szczy­tów. Widok ten wpra­wił go w zdu­mie­nie, ale nie trwało to długo, ponie­waż zaraz wle­cieli w chmury i widocz­ność spa­dła do zera. Chwilę póź­niej samo­lot wyko­nał jesz­cze jeden skręt, tym razem w kie­runku pół­noc­nym. Adolfo podej­rze­wał, że poko­nali już Kor­dy­lierę i teraz kie­ro­wali się na lot­ni­sko Puda­huel w San­tiago. Ale kiedy wle­cieli w trze­cią z rzędu dziurę powietrzną, zro­zu­miał, że coś jest nie w porządku i że ważą się ich losy. Przez okno widział teraz, że prawe skrzy­dło znaj­duje się o wiele za bli­sko ska­li­stych szczy­tów, wyzie­ra­ją­cych zza chmur. Był prze­ko­nany, że samo­lot lada chwila roz­trza­ska się o skały. Wtedy dał się sły­szeć wzmo­żony war­kot pra­cu­ją­cych na naj­wyż­szych obro­tach sil­ni­ków, a zaraz po nim prze­ni­kliwy sygnał alarmu o tra­ce­niu szyb­ko­ści. Kiedy metal ocie­rał się o skałę, przez kadłub prze­szły trzy albo cztery potężne wstrząsy, jeden po dru­gim - a wszystko to w umy­śle Adolfa wyda­rzało się rów­no­cze­śnie. Nagle poczuł wokół sie­bie przej­mu­jący chłód, zaraz potem przez chwilę miał poczu­cie, jak gdyby zawisł w próżni. Wtem zalała go ciem­ność, ponie­waż ude­rzył głową w coś twar­dego i stra­cił przy­tom­ność.

Kiedy się ock­nął, nie potra­fił zaak­cep­to­wać tego, co roz­po­ście­rało się przed jego oczami. Wyda­wało mu się, że leży w łóżku w swoim pokoju w domu rodzin­nym. Roz­po­zna­wał nawet zna­jome widoki i zapa­chy. I dla­tego w końcu, roz­piąw­szy pas bez­pie­czeń­stwa, nie bacząc na roz­le­ga­jącą się wokół kako­fo­nię prze­peł­nio­nych bólem wrza­sków, wstał z łóżka we wła­snym domu i prze­mie­rzył zruj­no­wane przej­ście w swoim pokoju w Parque Batlle. Dotarł w ten spo­sób do pokoju dzien­nego i zaczął posu­wać się dalej, zmie­rza­jąc do kuchni. Miał zamiar nalać sobie szklankę wody, bo chciało mu się pić. Odczu­wał prze­możne pra­gnie­nie, jed­nak po zro­bie­niu kolej­nych czte­rech czy pię­ciu kro­ków, gdy wycią­gnął rękę po dzba­nek z wodą, wpadł twa­rzą w śnieg, a dzba­nek się roz­bił. Kiedy się pod­niósł, odkrył, że sie­dzi po pas w mięk­kim śniegu. Jego twarz chło­stał lodo­waty, nio­sący śnieg wiatr. Z każdą chwilą powra­cał coraz bar­dziej do rze­czy­wi­sto­ści. Ktoś pomógł mu wgra­mo­lić się z powro­tem do roze­rwa­nego kadłuba samo­lotu. Kiedy sie­dział już bez­piecz­nie na brzegu, przyj­rzał się poma­ga­ją­cemu - był to jego kuzyn, Daniel Fernández. Adolfo na czwo­ra­kach prze­do­stał się z powro­tem do wnę­trza kadłuba, poszu­kał dla sie­bie miej­sca pośród wszyst­kich ludzi i masy pogru­cho­ta­nych foteli i zwi­nął się tam w kłę­bek. Miał na sobie tylko T-shirt, był boso, a jego spodnie były całe w strzę­pach.

Jakiś czas póź­niej ktoś podał mu dwie koszule, swe­ter i parę spodni. Ubie­ra­jąc się, roz­glą­dał się za swo­imi kuzy­nami i przy­ja­ciółmi, acz­kol­wiek nie mógł sobie przy­po­mnieć, co wła­ści­wie spro­wa­dziło ich wszyst­kich do jego domu. W pew­nym momen­cie wyda­wało mu się, że widzi Cochego Inciar­tego, który szedł za Canessą. Pamię­tał też, że widział Daniela Fernándeza. Ni­gdzie nie mógł nato­miast wypa­trzeć Daniela Shawa ani Edu­arda Strau­cha. Usły­szał, jak ktoś z boku pół­gło­sem mówi, że ktoś inny wspina się na szczyt góry (jakiej znowu góry?), a nieco póź­niej woła­nie. Zoba­czył wtedy, że obok niego leży jego kuzyn Edu­ardo Strauch. Adolfo spy­tał go, co to za miej­sce i czy mogą już wró­cić do domu, na co Edu­ardo odpo­wie­dział: "Zaraz pój­dziemy. Daj mi chwilę, żebym zebrał siły, i możemy ruszać".

Głos sły­szany nieco wcze­śniej przez Adolfa nale­żał do Car­li­tosa Páeza, woła­ją­cego Car­losa Valetę. Wydzie­rał się na całe gar­dło, sta­ra­jąc się napro­wa­dzić zagu­bio­nego chłopca z powro­tem do samo­lotu. Wyda­wało się jed­nak, że Valeta, pod wpły­wem szoku, a także ogłu­szony wyciem wia­tru, nie widzi ani nie rozu­mie tego, co się dzieje. Brnął po omacku przed sie­bie w poszu­ki­wa­niu przy­ja­ciół cze­ka­ją­cych na dru­gim brzegu szcze­liny, w którą wpadł. Car­li­tos Páez sta­rał się dotrzeć do miej­sca, w któ­rym znik­nął jego przy­ja­ciel, ale natra­fił na głę­boki śnieg, który unie­moż­li­wił mu dal­sze poszu­ki­wa­nia.

Tuż przed nastę­pu­ją­cymi po sobie wstrzą­sami, gdy maszyna ude­rzała w skały, przez głowę Car­li­tosa prze­le­ciały trzy myśli. Naj­pierw zja­wiło się w niej wspo­mnie­nie wycieczki z ojcem do Rio de Jane­iro, gdy pod­czas lotu czy­tał instruk­cje na wypa­dek lądo­wa­nia awa­ryj­nego; zapa­mię­tał z nich, że należy chro­nić głowę ramio­nami. Następ­nie jego mózg wyświe­tlił w kalej­do­sko­po­wym skró­cie obrazy człon­ków rodziny. Na koniec zaś uległ prze­ko­na­niu, że nastał moment na pojed­na­nie się z Bogiem. I ta ostat­nia myśl spra­wiła, że zaczął się modlić. Naj­pierw odma­wiał Ojcze nasz, ale za moment uznał, że umrze lada chwila, a ta modli­twa jest zbyt długa, więc prze­rzu­cił się na Zdro­waś Mario. Ta modli­twa była krót­sza i wydała mu się bar­dziej odpo­wied­nia na ostat­nie parę sekund życia, jakie mu pozo­stały. Odmó­wił ją do końca, a do ostat­niego Amen doszedł w tym samym momen­cie, gdy maszyna zatrzy­mała się gwał­tow­nie i wszyst­kie fotele runęły ku przo­dowi niczym pchane jakąś nad­przy­ro­dzoną siłą. Car­li­tos wylą­do­wał na swo­ich naj­bliż­szych przy­ja­cio­łach, któ­rzy razem z nim byli naj­młod­szymi chłop­cami w całej gru­pie: Diegu Stor­mie i Gusta­vie Nico­li­chu. We trzech wspól­nymi siłami zdo­łali odsu­nąć przy­gnia­ta­jące ich fotele i pogięty metal. Gdy ze zdzi­wie­niem stwier­dzili, że prze­żyli upa­dek samo­lotu prak­tycz­nie bez uszczerbku, skie­ro­wali się na tyły kadłuba. Pierw­szą osobą, na jaką się natknęli, był Roberto Canessa.

- Ktoś zgi­nął? - spy­tał go Car­li­tos.

Canessa uniósł na niego ponure spoj­rze­nie.

- To jakiś kosz­mar - wymam­ro­tał.

Car­li­tos ze zgrozą odkrył, że rana na ramie­niu musku­lar­nego Anto­nia "Tintína" Vizintína obfi­cie krwawi. Po dotar­ciu na koniec roze­rwa­nego kadłuba zszedł na dół. Zastał tam swo­jego kolegę Bobby'ego Françoisa, który wła­śnie palił papie­rosa.

- Zgaś to natych­miast! - nasko­czył na niego Car­li­tos. - Nie widzisz, że wokół cie­bie jest nafta?

- To i tak bez zna­cze­nia - odparł ze spo­ko­jem Bobby, zupeł­nie jakby cudem nie oca­lał z potwor­nej kata­strofy.

Kiedy Car­li­tos wró­cił do roz­bi­tego kadłuba, napo­tkał innego swo­jego kolegę i rówie­śnika, Roya Har­leya, który cały pokryty był jakimś nie­bie­skim pły­nem.

Loty z ostat­nich dni prze­ska­ki­wały dla Roya Har­leya z jed­nej skraj­no­ści w drugą. Poprzed­niego dnia, nie wie­dząc, dla­czego wła­ści­wie muszą lecieć z Buenos Aires do Men­dozy, chłopcy pró­bo­wali zro­bić psi­kusa pilo­tom i roz­bu­jać wiszący w powie­trzu samo­lot. W tym celu wszy­scy prze­sie­dli się na miej­sca po jed­nej stro­nie kadłuba. Dopro­wa­dzili do tego, że w pew­nym momen­cie z kok­pitu wyszli piloci. Miny mieli bar­dzo poważne. Roy przy­po­mniał sobie teraz, jak dzień wcze­śniej któ­ryś z jego kole­gów, w odpo­wie­dzi na naganę ze strony członka załogi, rzu­cił żar­tem: "Ale my mamy sie­dem żyć, jak koty".

Naza­jutrz atmos­fera była już dia­me­tral­nie inna. Roy zacho­wał wyraźne wspo­mnie­nie chwil, gdy samo­lot wpa­dał w głę­bo­kie dziury powietrzne i trzesz­czał, jak gdyby był roz­ry­wany na pół. Pomy­ślał wtedy, że ci nazbyt pewni sie­bie mło­dzi męż­czyźni, któ­rzy zale­d­wie dzień wcze­śniej pró­bo­wali roz­bu­jać samo­lot, w ułamku chwili stali się prze­stra­szo­nymi małymi chłop­cami, lęka­ją­cymi się duchów. W momen­cie, gdy przy­piął się pasem bez­pie­czeń­stwa, kadłub zarył dzio­bem w śnieg, a fotel, na któ­rym sie­dział, pole­ciał do przodu, pro­sto ku cha­otycz­nej gma­twa­ni­nie metalu. Otwo­rzył oczy i ze zdu­mie­niem stwier­dził, że pomimo ogromu znisz­czeń oświe­tle­nie sufi­towe na­dal działa. Pomy­ślał: "Skoro widzę świa­tło, to zna­czy, że żyję! Zuży­łem jedno życie, ale na­dal mam sześć w zapa­sie". Spró­bo­wał wycią­gnąć stopę, która utknęła mię­dzy dwoma kawa­łami metalu. Wytę­żał wszyst­kie siły, lecz na próżno. Na myśl o tym, że wszę­dzie roz­lane jest paliwo i samo­lot lada chwila może wybuch­nąć, Roya ogar­nęła panika. Pocią­gnął jesz­cze raz i w końcu zdo­łał się uwol­nić. Roz­ciął sobie przy tym nogę, porwał skar­petę i stra­cił jeden but. Mimo że na sobie miał tylko T-shirt, wyszedł na zewnątrz. To wtedy jego oczom uka­zał się sur­re­ali­styczny widok - zoba­czył swo­jego kolegę Bobby'ego Françoisa, który ze spo­ko­jem spo­glą­dał ku cią­gną­cym się po hory­zont górom na pół­nocy, jak gdyby ni­gdy nic paląc papie­rosa. I wtedy Roy uzmy­sło­wił sobie coś jesz­cze: był nie tylko ogłu­szony, ale też cał­kiem prze­mok­nięty! To nie deszcz ani śnieg go zmo­czyły, lecz jakaś lepka sub­stan­cja z samo­lotu. Kiedy zro­zu­miał, że to ben­zyna i że w każ­dej chwili może zająć się ogniem, po ple­cach prze­szedł mu dreszcz. Ponie­waż jed­nak domi­nu­ją­cym w tam­tym momen­cie dozna­niem był chłód, zapo­mniał o ogniu, wdra­pał się z powro­tem do kadłuba i pół­żywy z wyczer­pa­nia opadł na pod­łogę, opie­ra­jąc się ple­cami o meta­lową ścianę. Chwilę potem przed nim poja­wił się Canessa i powie­dział:

- Jesteś nie­bie­ski.

Przez uła­mek sekundy Roy myślał, że może to śmierć ma taki kolor.

Gustavo Zerbino i Mon­cho Sabella wyj­rzeli na zewnątrz i wspie­ra­jąc się dłońmi o górę kabiny, rzu­cili na śnieg trzy poduszki z foteli, które miały ich uchro­nić przed zapa­da­niem się w nim. Posu­wali się ku przo­dowi samo­lotu. Robili dwa kroki, po czym ostat­nią poduszkę prze­rzu­cali do przodu i tak powoli brnęli. Dziób maszyny, zmiaż­dżony i wgnie­ciony do środka, zamie­nił się w bez­kształtną meta­lową masę. Dawało się roz­po­znać jedy­nie koło, pogięte w kształt cyfry osiem. Na fotelu głów­nego pilota, po lewej stro­nie, sie­dział drugi pilot, Dante Lagu­rara. W momen­cie, gdy samo­lot gwał­tow­nie się zatrzy­mał, tablica przy­rzą­dów, pier­wot­nie znaj­du­jąca się w odle­gło­ści jed­nego metra od niego, pod wpły­wem siły bez­władu wbiła mu się w tors i przy­kuła go do fotela. Przed­nie okno było roz­trza­skane, a kok­pit wypeł­niony śnie­giem.

Na pyta­nia Mon­cha drugi pilot udzie­lał jed­nej i tej samej odpo­wie­dzi. Mówił tak cicho, że ledwo było go sły­chać:

- Minę­li­śmy Curicó, minę­li­śmy Curicó...

Następ­nie szep­tem popro­sił o wodę. Sabella podał mu wtedy śnieg do ust. Lagu­rara popro­sił chłop­ców, by go zastrze­lili. Mieli w tym celu użyć rewol­weru Smith & Wesson kali­ber 38, który drugi pilot trzy­mał w walizce za fote­lem. Przez cały czas mam­ro­tał przy tym:

- Co za nie­szczę­ście! Co ja naro­bi­łem!

Mon­cho zaczął moco­wać się z opar­ciem fotela Lagu­rary, pró­bu­jąc wycią­gnąć z niego poduszkę, żeby zmniej­szyć napór na jego tors. Nagle poczuł ból, który pro­mie­nio­wał od ud i roz­le­wał się po ple­cach.

Roberto Canessa czuł, że jest u kresu sił, ciśnie­nie atmos­fe­ryczne było bar­dzo niskie, dło­nie i ramiona miał czer­wone od krwi ran­nych i kona­ją­cych, któ­rymi się zaj­mo­wał. W poszu­ki­wa­niu miej­sca do odpo­czynku skie­ro­wał się na drugi koniec samo­lotu. Zerbino, który opa­try­wał ciężko ran­nego, nie wie­dział, gdzie podzie­wają się Storm i pozo­stali. Nieco wcze­śniej, kiedy krą­żył po samo­lo­cie, Roberto wypa­trzył siatkę, z któ­rej teraz zro­bił hamak. Liczył, że położy się na nim i zdoła choć tro­chę odpo­cząć. Wraz z nadej­ściem świtu cze­kał go ogrom pracy. Kiedy jed­nak odna­lazł hamak, odkrył, że ktoś wpadł na taki sam pomysł. Potem wspo­mi­nał, że czuł się, zupeł­nie jakby obser­wo­wał tę scenę z dystansu, tych dwóch mło­dych nie­zna­jo­mych odpo­czy­wa­ją­cych w pro­wi­zo­rycz­nym hamaku, pośród oce­anu znisz­czeń, wstrzą­sa­nych dresz­czami, obej­mu­ją­cych się nawza­jem, by nie zamar­z­nąć na śmierć w trak­cie tego, co miało się oka­zać drugą naj­strasz­niej­szą nocą w ich życiu. Chło­pak, do któ­rego przy­tu­lony prze­trwał tę noc, był dla niego obcym czło­wie­kiem: nazy­wał się Coche Inciarte.

4. Odliczanie: Coche Inciarte

4.

Odli­cza­nie: Coche Inciarte

Posta­no­wi­łem, że umrę w wigi­lię Bożego Naro­dze­nia, dwu­dzie­stego czwar­tego grud­nia. Wypa­dał wtedy sie­dem­dzie­siąty trzeci dzień naszej gehenny. Do tego momentu zostało tro­chę czasu. Byłem w trak­cie spi­sy­wa­nia w małym notat­niku wszyst­kiego, co zro­bi­łem, by prze­żyć, gdy nagle coś sobie uświa­do­mi­łem: ostat­nia eks­pe­dy­cja i tak nas nie ura­tuje, ponie­waż jej człon­ko­wie zabrali ze sobą tylko tyle jedze­nia, że wystar­czy im go jedy­nie na dzie­sięć dni. Dwu­dzie­stego dru­giego grud­nia zapasy się skoń­czą i oni umrą. Umó­wi­łem się ze sobą, że zacze­kam na nich jesz­cze dwa dni, tak na wszelki wypa­dek, a potem sam też umrę.

Adolfo Strauch, który zoba­czył, że się pod­da­łem i nie wstaję już z pod­łogi, opie­ko­wał się mną jak rodzic dziec­kiem. Musiał przej­rzeć moje myśli, ponie­waż stwier­dził, że mi na to nie pozwoli. Ja jed­nak wie­dzia­łem, że jeśli zechcę, bez trudu go oszu­kam. Wystar­czyło, że po pro­stu dam sobie przy­zwo­le­nie na to, by umrzeć.

Świa­do­mość, że pozo­stało mi jesz­cze tro­chę czasu, prze­peł­niała mnie spo­ko­jem. W tych dniach nie­wiele już ze sobą roz­ma­wia­li­śmy, nasze umy­sły błą­dziły po nie­wia­do­mych dro­gach. Nie­dawno jesz­cze cie­szy­li­śmy się, gdy budząc się rano, odkry­wa­li­śmy, że wciąż oddy­chamy, jed­nak radość ta stop­niowo nas opusz­czała. Obo­jętne na kogo spoj­rze­li­śmy, każdy z nas mógł słu­żyć za lustro dla pozo­sta­łych. Wszy­scy mie­li­śmy te same pozba­wione nadziei wyrazy twa­rzy i zapad­nięte oczy, w któ­rych można było wyczy­tać nad­cho­dzący koniec. I wła­śnie dla­tego posta­no­wi­łem, że jeśli nasi przy­ja­ciele nie wrócą do dwu­dzie­stego czwar­tego grud­nia, ja także roz­stanę się z pozo­sta­łymi. Byłoby to ciche poże­gna­nie, mające miej­sce w moich myślach, a potem pozwo­lił­bym się porwać i ponieść, tak jak tej nocy, gdy nade­szła lawina.

Osiem­na­stego dnia po kata­stro­fie roz­po­czą­łem powolny pro­ces umie­ra­nia. Cał­kiem stra­ci­łem ape­tyt, jedze­nie wywo­ły­wało we mnie mdło­ści. Dzie­li­łem się swoją mikro­sko­pijną por­cją mięsa z każ­dym, kto miał na nią ochotę. Obda­ro­wani zwra­cali mi je pod wpły­wem kar­cą­cego wzroku Adolfa, ja jed­nak po kry­jomu pod­rzu­ca­łem je im ponow­nie.

Co gor­sza, po lawi­nie, która zeszła w nie­dzielę dwu­dzie­stego dzie­wią­tego paź­dzier­nika, naba­wi­łem się zaka­że­nia w nodze. Wdała się w nią gan­grena i nie mogłem już dłu­żej cho­dzić. Zdany byłem na pomoc innych. Musia­łem jed­nak samo­dziel­nie prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję na zaata­ko­wa­nej przez cho­robę koń­czy­nie. Uzna­łem, że jako stu­dent pią­tego roku rol­nic­twa jestem lepiej wykwa­li­fi­ko­wany od Roberta Canessy, który pomimo god­nego podziwu spo­koju, z jakim niósł pomoc potrze­bu­ją­cym, był stu­dentem zale­d­wie dru­giego roku medy­cyny. Canessa pro­po­no­wał, że natnie zgo­rzel ostrzem zna­le­zio­nej w samo­lo­cie sie­kiery. Osta­tecz­nie zro­bi­łem to sam za pomocą brzy­twy. Ze środka wytry­snęła zmie­niona cho­ro­bowo tkanka i w ten spo­sób ura­to­wa­łem nogę. Nie mogłem jed­nak cho­dzić i sta­łem się inwa­lidą.

Dzie­więt­na­stego i dwu­dzie­stego dnia naszego pobytu w Andach mój koniec jesz­cze bar­dziej się przy­bli­żył. Ponie­waż zna­la­złem się na skraju śmierci gło­do­wej, mój sys­tem odpor­no­ściowy osłabł i na nogach utwo­rzyły mi się duże czy­raki.

Na tym eta­pie potra­fi­łem już przy­glą­dać się swo­jemu życiu z dystansu. Zada­wa­łem sobie pyta­nia, które ni­gdy dotąd nie przy­cho­dziły mi do głowy, i docho­dzi­łem do cał­ko­wi­cie nowych dla mnie wnio­sków. Ta świeża per­spek­tywa zako­rze­niła się we mnie na stałe i pozo­staje we mnie żywa rów­nież dzi­siaj, trzy­dzie­ści sześć lat po tam­tych tra­gicz­nych wyda­rze­niach. Życie ucho­dziło ze mnie w taki sam spo­sób, jak opusz­czała nas nadzieja, że ostat­nia eks­pe­dy­cja naszych przy­ja­ciół odnie­sie suk­ces. Wyobra­ża­łem sobie, jak Nando i Roberto samot­nie brną przez nie­skoń­czony bez­miar bieli. Za sprawą opo­wie­ści Tintína mogłem też sobie wyobra­zić, co widzą: bez­kres gór, wobec któ­rego pomimo nie­złom­no­ści ich dusz prę­dzej czy póź­niej ich zmu­szone do nad­ludz­kiego wysiłku ciała muszą ulec. Wizje, w któ­rych na­dal żyli, nie wpa­dli w szcze­linę, nie zamar­zli, nie zgu­bili się we mgle, nawie­dzały nas coraz rza­dziej.

W czwar­tek dwu­dzie­stego pierw­szego grud­nia byłem już tak osła­biony, że nie potra­fi­łem nawet usiąść. Mimo że stra­ciło to dla mnie wszel­kie zna­cze­nie, na­dal sta­ra­łem się zadbać o swoje naj­bar­dziej pod­sta­wowe potrzeby. Od ponad dwóch mie­sięcy nie zdej­mo­wa­łem kilku par spodni, które mia­łem na sobie. A jed­nak tam­tej nocy coś kazało mi je ścią­gnąć i obej­rzeć, w jakim sta­nie jest moje ciało. W tych ostat­nich dniach umie­ra­nia nauczy­łem się, że trzeba być god­nym tego, by żyć; że życie to nie jest coś daro­wa­nego za nic. Ażeby zasłu­żyć sobie na nie, trzeba coś z sie­bie dać, a naj­waż­niej­szymi darami są miłość i ser­decz­ność. I to wła­śnie nimi obda­ro­wy­wa­li­śmy w tych dniach naszych braci, zarówno tych żyją­cych, jak i mar­twych. Roz­my­śla­łem o tym wszyst­kim, ponie­waż przy­go­to­wy­wa­łem się wewnętrz­nie na śmierć. Zbli­ża­łem się do niej z każ­dym dniem. W końcu dzie­liły mnie od niej dokład­nie tylko trzy dni, o czym wie­dzia­łem, ponie­waż liczy­łem godziny. Moje życie miało skoń­czyć się zbyt wcze­śnie, ja jed­nak umie­ra­łem ze świa­do­mo­ścią, że warto było się tak sta­rać. Na iro­nię losu zakra­wał fakt, że naza­jutrz, dwu­dzie­stego dru­giego grud­nia, nade­szła wia­do­mość o suk­ce­sie Nanda i Roberta! Wspo­mnie­nie tam­tych chwil na­dal mnie wzru­sza. Oczy zacho­dzą mi łzami na myśl o tym, że dawa­łem im jesz­cze dwa dni na powrót, zanim pozwolę sobie na śmierć, tym­cza­sem oni - wbrew zdro­wemu roz­sąd­kowi - dopięli swego, a ja zacho­wa­łem życie.

Przed świ­tem tego dnia otwo­rzy­łem oczy i podzi­wia­łem spek­takl mroź­nego wschodu słońca. U mojego boku nie było Daniela Fernándeza, który jak co dzień tuż przed brza­skiem wyszedł z samo­lotu w mrok, by dygo­cząc z zimna, pokryty szro­nem, wsłu­chi­wać się w szum radia. Radia będą­cego jedyną nicią łączącą nas ze świa­tem, w które zresztą nikt już nie wie­rzył, a mimo to nie potra­fi­li­śmy prze­stać słu­chać, co też powie. W kadłu­bie nie było rów­nież Edu­arda Strau­cha i Álvara Man­gina. Zaci­sną­łem powieki, ucie­ka­jąc przed strasz­nym wido­kiem kadłuba, w któ­rym tak wielu prze­szło na drugą stronę. Kiedy znów otwo­rzy­łem oczy, ujrza­łem Daniela Fernándeza. Gra­mo­lił się do kadłuba, a jego twarz miała tak odmienny wyraz od tego, co widzie­li­śmy przez ostat­nie mie­siące, że wyglą­dał jak ktoś zupeł­nie inny. Oczy mu błysz­czały, ubyło mu dzie­sięć albo dwa­dzie­ścia lat.

Od połowy grud­nia śnieg, na któ­rym osiadł samo­lot, stop­niał. Zacho­wała się tylko bryła lodu pod spodem, która nie sto­piła się, ponie­waż leżała w cie­niu kadłuba. W rezul­ta­cie samo­lot ster­czał jedną stroną zadarty w górę. O ile wcze­śniej musie­li­śmy bro­dzić w śniegu, to teraz zmu­szeni byli­śmy ska­kać, żeby wydo­stać się na zewnątrz, i ska­kać, żeby dostać się z powro­tem do środka. Daniel, chwy­ciw­szy się pod­łogi, wspiął się i wszedł przez otwór wyrwany w kadłu­bie.

- Nando i Roberto dotarli do cywi­li­za­cji! Udało im się! - krzy­czał w unie­sie­niu.

O kurwa! Wszy­scy popa­trzy­li­śmy po sobie, zupeł­nie nas zatkało. Gdy kolejne żywe trupy pod­no­siły się ze swo­ich lego­wisk, by, począt­kowo z nie­do­wie­rza­niem, zacząć padać sobie w ramiona i szlo­chać, kadłub zako­ły­sał się nie­bez­piecz­nie na lodo­wej pod­sta­wie, na któ­rej się wspie­rał. Ponie­waż znaj­do­wa­li­śmy się na stoku, ist­niało ryzyko, że samo­lot ześli­zgnie się i poto­czy ku dnu doliny. I dla­tego natych­miast wszy­scy jak jeden mąż zamar­li­śmy bez ruchu; każdy sta­rał się skur­czyć w sobie, żeby ważyć jesz­cze mniej, niż ważył. A po chwili w ciszy zaczę­li­śmy skra­dać się na czwo­ra­kach w kie­runku wyj­ścia. Po kolei zeska­ki­wa­li­śmy z kra­wę­dzi, a zna­la­zł­szy się już na dole, naresz­cie mogli­śmy dać upust emo­cji, któ­rej nie dano nam było doświad­czyć przez sie­dem­dzie­siąt jeden dni. Z rado­ści tarza­li­śmy się w śniegu i cało­wa­li­śmy się. W całej tej eufo­rii poda­wa­li­śmy sobie z ręki do ręki tubkę pasty do zębów, która przez ostat­nie mie­siące peł­niła dla nas funk­cję deseru, i wyczy­ści­li­śmy sobie zęby, które przy­po­mi­nały teraz poczer­niałe kla­wi­sze maszyny do pisa­nia. Ruszały się, gdy się ich dotknęło, ponie­waż dzią­sła zaata­ko­wane przez szkor­but cof­nęły się i wyda­wało się, jakby zęby miały z nich lada moment powy­pa­dać. Teraz czy­ści­li­śmy dzią­sła, nie zwa­ża­jąc na krwa­wie­nie. Smak, jaki czu­łem w ustach, dia­me­tral­nie się zmie­nił, a wraz z nim roz­po­częła się we mnie kolejna powolna trans­for­ma­cja.

Nie kon­sul­tu­jąc tego ze sobą w żaden spo­sób, wszy­scy zgod­nie zaczę­li­śmy się zacho­wy­wać, jak­by­śmy na nowo zna­leźli się w poukła­da­nym cywi­li­zo­wa­nym spo­łe­czeń­stwie, z któ­rego pocho­dzi­li­śmy. Wymie­ni­li­śmy się tor­bami, tak by każdy wra­cał z wła­snym baga­żem, swo­imi rze­czami. O godzi­nie dzie­wią­tej rano naza­jutrz sie­dzia­łem we wschod­niej czę­ści kadłuba w ocze­ki­wa­niu na nad­la­tu­jące śmi­głowce ratun­kowe. Z radia - oprócz tego, że Nando i Roberto dotarli do cywi­li­za­cji - dowie­dzie­li­śmy się też, że pla­no­wane jest wzno­wie­nie akcji poszu­ki­waw­czej.

O godzi­nie dwu­na­stej czter­dzie­ści pięć, przy­naj­mniej według mojego zegarka, któ­rego uży­wam do dzi­siaj, dole­ciał nas hałas, któ­rego ni­gdy dotąd tu nie sły­sze­li­śmy. Dobie­gał zza gigan­tycz­nej gór­skiej ściany na zacho­dzie, ale nie­mal natych­miast ucichł, zagłu­szony wyciem wia­tru. Powta­rzała się sytu­acja z pierw­szych dni naszej gehenny, gdy wszy­scy zawzię­cie dys­ku­to­wa­li­śmy, czy to, co sły­sze­li­śmy, było war­ko­tem sil­nika prze­la­tu­ją­cego samo­lotu, a może jedy­nie wyciem wia­tru albo grzmo­tem lawiny, czy prze­ciw­nie - dźwię­kiem, o któ­rym wszy­scy marzy­li­śmy: łomo­tem wir­nika w śmi­głowcu, który naresz­cie przy­le­ciał, by nas ura­to­wać. Teraz wpa­try­wa­li­śmy się w niebo, ale minuty mijały, a nic się nie zmie­niało. Czyżby znowu coś nam się prze­sły­szało? I wtedy ktoś krzyk­nął: "Tam są!". Popa­trzy­łem w niebo nad górą i z początku niczego nie zauwa­ży­łem. Pomy­śla­łem, że pew­nie po pro­stu wszyst­kim nam już doszczęt­nie odbiło. Kiedy odwró­ci­łem się, żeby spraw­dzić, kto krzy­czał, zoba­czy­łem kolegę, który wła­śnie nie­zdar­nie gra­mo­lił się z ziemi. I wtedy dostrze­głem w doli­nie na wscho­dzie dwie czarne kropki. O tym, że owe punk­ciki się poru­szały, mogli­śmy się prze­ko­nać jedy­nie na pod­sta­wie obser­wa­cji nie­ru­cho­mych ele­men­tów kra­jo­brazu, które zna­li­śmy już na pamięć. Śmi­głowce zbli­żały się w ciszy. "Dla­czego nie wyda­wały żad­nych dźwię­ków?" - zacho­dzi­łem w głowę. Czy znowu pła­tały nam figla nasze nad­wy­rę­żone umy­sły? Dopiero gdy pod­le­ciały znacz­nie bli­żej - tak bli­sko, że wyraź­nie już roz­po­zna­wa­li­śmy cha­rak­te­ry­styczny kształt heli­kop­te­rów - i prze­su­nęły się nad naszymi gło­wami, spły­nął na nas ryk sil­ni­ków. W kok­pi­cie doj­rza­łem salu­tu­ją­cych nam ludzi, a razem z nimi Nanda. Tam­ten mecha­niczny huk wyda­wał mi się jakąś wznio­słą pie­śnią wychwa­la­jącą życie, wciąż mogę przy­wo­łać go w pamięci w każ­dym momen­cie. A ile­kroć sły­szę śmi­gło­wiec, wybu­cham pła­czem i szlo­cham tak samo jak wtedy, dwu­dzie­stego dru­giego grud­nia 1972 roku.

Nie mam poję­cia, jak to się stało, że w pew­nym momen­cie zna­la­złem się dokład­nie pod jed­nym z heli­kop­te­rów. W każ­dym razie któ­ryś z ratow­ni­ków chwy­cił mnie, jak­bym był jakąś walizą, i wrzu­cił na pokład. Z powodu wście­kłych podmu­chów wia­tru, a także z tej racji, że znaj­do­wa­li­śmy się na stoku, a nie pła­skiej powierzchni, pilot wolał nie ryzy­ko­wać lądo­wa­nia i zamiast tego utrzy­my­wał maszynę na sta­łej wyso­ko­ści. Wszystko, co działo się wtedy, pamię­tam jak przez mgłę. Tak naprawdę to nie wiem, co tam zaszło. Sądzi­łem, że śmi­głowce pod­jęły nas wszyst­kich, ale myli­łem się. Odlot był bar­dzo trudny, zawie­ru­cha ciskała maszyną na wszyst­kie strony. Pomy­śla­łem wtedy: "Kurwa mać, zamiast dwu­dzie­stego czwar­tego, zginę teraz". A chwilę potem, zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie, oto­czyła nas abso­lutna cisza. Pilot, kapi­tan Car­los García, tłu­ma­czył, że wpa­dli­śmy w stru­mień cie­płego powie­trza uno­szący się spo­mię­dzy gór. Ponie­waż nic z tego nie rozu­mia­łem, ze stra­chu zamkną­łem oczy, jak pod­czas mojej pierw­szej nocy w Andach. Nie wiem, jak długo trwał nasz lot - może długo, może krótko - cał­ko­wi­cie stra­ci­łem poczu­cie czasu. Kiedy otwo­rzy­łem znów oczy, odkry­łem, że coś się zmie­niło w pej­zażu prze­su­wa­ją­cym się na dole. Zie­leń, na którą teraz patrzy­łem, była wszech­ogar­nia­jąca.

Wcze­śniej, gdy patrzy­łem w dół i widzia­łem, jak kadłub samo­lotu staje się coraz mniej­szy, poczu­łem ucisk w sercu, ujrzaw­szy szczątki naszych przy­ja­ciół w śniegu, gdzie powie­rzy­li­śmy je Bogu. Ludzi leżą­cych nagich na tym pust­ko­wiu zarówno w wymia­rze cie­le­snym, jak i umy­sło­wym oraz ducho­wym. Wszy­scy, któ­rych stra­ci­li­śmy; wszy­scy moi przy­ja­ciele, któ­rzy musieli tam pozo­stać. Z każdą sekundą wrak samo­lotu malał, a wraz z nim pozo­sta­wia­łem tam na dole kru­chego Cochego, dwu­dzie­stocz­te­ro­latka, który nie tak dawno szu­kał w śniegu miej­sca, gdzie będzie mógł umrzeć w ukry­ciu, by nikt mu w tym nie prze­szko­dził. Dzi­siaj, ile­kroć wra­cam na tę górę, zadaję sobie te same pyta­nia, które im jestem star­szy, tym bar­dziej doma­gają się odpo­wie­dzi: "Jakim cudem ci mło­dzi chłopcy zdo­łali to prze­trwać? Dla­czego im się udało?". I co waż­niej­sze: "Po co to zro­bili?".

Po przy­stanku w ukry­tej doli­nie Los Maite­nes ponow­nie wsa­dzili mnie na pokład heli­kop­tera, żeby zawieźć do szpi­tala San Juan de Dios, w mie­ście sąsia­du­ją­cym z San Fer­nando. Zosta­łem wynie­siony z heli­kop­tera, ścią­gnięto ze mnie całą prze­raź­li­wie brudną odzież i przy­kryto kocem. Po dro­dze do sali numer jeden zdo­ła­łem przej­rzeć się w szy­bie w drzwiach: pomy­śla­łem, że wyglą­dam jak szkie­let, który wstał z grobu; jak brudny duch.

Jakiś czas póź­niej lekarz przy­szedł obej­rzeć moje nogi. W trak­cie roz­mowy, kiedy nie prze­sta­wa­łem mu powta­rzać, jak nie­sa­mo­wity wydaje mi się ten szpi­tal, opa­tru­jąc mi rany, z wystu­dio­waną bez­tro­ską w gło­sie spy­tał mnie, co ostat­nio jadłem. Ruty­nowe pyta­nie z wywiadu lekar­skiego, jakiego mógł­bym się spo­dzie­wać pod­czas rów­nie ruty­no­wej wizyty u spe­cja­li­sty w kli­nice w Mon­te­vi­deo. Odpo­wie­dzi udzie­li­łem takim tonem, jak gdyby była to rzecz naj­zwy­klej­sza pod słoń­cem: "Ludz­kie mięso". Męż­czy­zna, jak gdyby ni­gdy nic, na­dal pochy­lał się nad moją stopą. W jego zacho­wa­niu nie wychwy­ci­łem żad­nej zmiany. Jego dło­nie wciąż z tą samą wprawą owi­jały moje nogi ban­da­żami. Dopiero znacz­nie póź­niej mia­łem dowie­dzieć się, że tam­tego dnia po mojej rewe­la­cji lekarz nie był w sta­nie dłu­żej skon­cen­tro­wać się na pracy. Nie wiem, jakie jesz­cze miał wtedy obo­wiązki, w każ­dym razie przy­ła­py­wał się na tym, że nabrał na dło­nie płynu odka­ża­ją­cego i nie prze­sta­wał go roz­cie­rać, pod­czas gdy w myślach wra­cał do sali i zosta­wio­nego w niej bro­da­tego kościo­trupa, który zachwy­cał się kolo­rami ścian i har­mo­nią, jaką czuł z tym skrom­nym szpi­talnym łóż­kiem.

Parę minut póź­niej zaj­rzał do mnie bar­dzo młody szczu­pły ksiądz.

- Nazy­wam się Andrés Rojas - przed­sta­wił się.

Na jego widok momen­tal­nie wsta­łem z łóżka, rzu­ci­łem mu się w ramiona, a z moich ust popły­nął potok słów. Chcia­łem opo­wie­dzieć mu o wszyst­kim, pod­czas gdy młody ksiądz sta­rał się mnie uspo­koić. Kiedy spy­tał, czy zechciał­bym przy­jąć komu­nię świętą, stwier­dzi­łem, że wcze­śniej chciał­bym się wyspo­wia­dać. On jed­nak bar­dzo doj­rza­łym gło­sem odparł:

- Już to zro­bi­łeś, kiedy tylko wsze­dłem do sali.

Po przy­ję­ciu komu­nii świę­tej bar­dzo wyraź­nie poczu­łem, że i bez tego miesz­kał we mnie Bóg, ponie­waż wie­dzia­łem już, iż On bądź jakaś inna siła wyż­sza ist­nieje i należy do wszyst­kich ludzi. Oto lek­cja, jaką ode­bra­łem, żyjąc w obję­ciach śmierci.

W sobotę dwu­dzie­stego trze­ciego grud­nia zosta­łem prze­nie­siony z San Fer­nando do szpi­tala Posta Cen­tral w samym sercu San­tiago. Zabrała mnie tam karetka, a jazda trwała bli­sko dwie godziny. W podróży towa­rzy­stwa dotrzy­my­wał mi mój brat. Kiedy parę godzin wcze­śniej po raz pierw­szy zoba­czył mnie w szpi­talu, uści­snął mnie mocno. Mil­czał, ponie­waż zabra­kło mu słów. Pod­czas jazdy karetką leża­łem na noszach, on zaś sie­dział u mego boku. Po poru­sza­ją­cych chwi­lach w szpi­talu dopiero teraz mogli­śmy poroz­ma­wiać, zacho­wu­jąc przy tym wielką deli­kat­ność. Brat wypy­ty­wał mnie szcze­gó­łowo o moją przy­godę. Pro­sił o poda­nie imion albo o wyja­śnie­nie sensu takiej czy innej aneg­dotki. A ja cier­pli­wie odpo­wia­da­łem. Sam pyta­łem go o Mon­te­vi­deo, głów­nie o moją naj­bliż­szą rodzinę i sym­pa­tię Sole­dad, ponie­waż był pierw­szym człon­kiem rodziny, z któ­rym się spo­tka­łem. W pew­nym momen­cie, jak gdyby od nie­chce­nia, spy­tał:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki