ROZDZIAŁ 2
Dziadek
Dziadku! - Tasza pędziła z koźlątkiem w ramionach, a za nią galopowało sześć pozostałych zwierząt.
Kudłate futra opadały im chybotliwie na nogi, a rogate głowy podskakiwały rytmicznie przy każdym ruchu.
- Taszeńka! - zawołał dziadek, używając czułej wersji imienia wnuczki.
Dziewczynka promieniała. Od prawie tygodnia dziadek nie wychodził z domu, lecz oto proszę, z zaróżowionymi policzkami, uśmiechnięty, pchał taczkę z sianem w kierunku szałasu dla kóz. Był to dobry znak, świadectwo, że czuje się lepiej.
W zeszłym roku dziadek bardzo schudł, pozostał jednak potężnym mężczyzną, a w ocieplanej, pikowanej kurtce wyglądał na jeszcze większego. Spod niebieskiej wełnianej czapki wystawały mu siwe włosy, a długa, biała broda opadała na niebieski, wełniany szalik, który nosił zawsze, także pod dachem. Czapkę i szalik zrobiła na drutach babcia, która umarła, kiedy Tasza była maleńka. Dziewczynka prawie jej nie pamiętała.
- Mama wie, że wyszedłeś na dwór, dziadku? - spytała. - Kazała ci siedzieć w cieple, dopóki kaszel nie minie.
- Kiedy zaczyna padać pierwszy śnieg, zanoszę kozom dodatkowe siano. - Dziadek podniósł wzrok na wirujące płatki, a potem odwrócił się do Taszy z błyskiem w oku. - Poza tym chciałem zobaczyć, jak ty na to wszystko zareagujesz, Taszeńko.
- Jest pięknie! - Znów poczuła ekscytację na myśl, że będzie się cieszyć śniegiem wraz z dziadkiem. - Ja zajmę się taczką, a ty weź Ferdynanda, dobrze?
Podała koźlątko dziadkowi, który uśmiechnął się jeszcze szerzej. Puścił uchwyty, wziął Ferdynanda na ręce i wyszeptał coś do jednego z miękkich jak jedwab małych uszu. Zwierzę polizało mężczyznę po policzkach i wsadziło mu łeb w brodę.
Pozostałe kozy podbiegły do długiego, niskiego budynku z omszałych kamieni, obecnie pokrytego śniegiem. Zanim dziadek dał nura do środka, odgonił zwierzęta od Taszy, aby mogła wprowadzić taczkę. Drewniany dach trochę wystawał ponad granicę ścian, dzięki czemu wpadały tu światło i świeże powietrze. Wnętrze było jednak skąpane w cieniu, pachniało tu piżmem, choć niekoniecznie w przykry sposób. Była to po prostu woń kóz - ciepła i słodkawa.
Wcześniej, z samego rana, Tasza posprzątała wszystkie boksy i ułożyła na łóżkach świeże siano. Każda koza miała własne łóżko, wyniesione ponad podłogę dla utrzymania ciepła. Dziewczynka wysypywała dodatkowe siano, a zwierzęta próbowały je obwąchiwać. Dziadek oparł się o ścianę z Ferdynandem wciąż kryjącym łeb w jego brodzie.
- Będzie mu odpowiednio ciepło dziś w nocy? - zapytała Tasza, spoglądając na koźlątko.
- Z tą dodatkową porcją siana, u boku Agnes, na pewno. - Dziadek kiwnął głową.
Agnes była matką Ferdynanda, który choć za dnia lubił brykać samodzielnie, nocą stale się do niej tulił.
- Śnieg spadł wcześnie w tym roku - ciągnął dziadek. - Gęsto sypie. Musimy bardzo uważać na kozy i kury, pilnować, żeby było im ciepło i miały co jeść. No i trzeba odganiać lisy. W zimie stają się zuchwalsze. W zeszłym roku straciłem trzy kurczaki - dodał ze smutkiem.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby były bezpieczne. - Tasza zaciągnęła resztkę siana do boksu Agnes i Ferdynanda, a potem sprawdziła wiadra z wodą oraz paśniki.
Dziadek spróbował położyć koźlątko obok matki, ono jednak znów wtuliło się w jego brodę.
- Czas spać, Ferdynandzie. - Staruszek się roześmiał, usiłując rozplątać nogi zwierzęcia.
Śmiech przeszedł w głęboki kaszel, od którego zatrzęsło się całe ciało mężczyzny.
Z pudełka, które stale nosiła w kieszeni, Tasza wyjęła cukierek przeciwkaszlowy i podała dziadkowi. Nona, starsza pani z doliny, wyrabiała owe cukierki z miodu, mchu i soku brzozowego. Pachniały słodko, glebowo - znacznie ładniej niż gorzka "herbatka na wzmocnienie", którą Nona robiła dla Taszy, aby "dodać jej odwagi, bo jest nazbyt bojaźliwa".
Nona zwracała się do Taszy per Myszko, co dziewczynkę irytowało. Nie buntowała się jednak, ponieważ nie miała najmniejszej ochoty na dyskusje o przyczynach swojej bojaźliwości.
Gdy dziadek włożył cukierek do ust, kaszel zelżał, a oddech się uspokoił. Tasza również poczuła odprężenie. Być może Nona bywała irytująca, ale jej wyroby działały cuda.
- Wszystko dobrze? - spytała Tasza.
Dziadek kiwnął głową i poklepał Ferdynanda na dobranoc. Kiedy się podniósł, omiótł wzrokiem puste boksy w głębi zagrody. Nawet w przyćmionym świetle widać było, że zwilgotniały mu oczy.
Zeszłej wiosny mieszkało tutaj pięćdziesiąt kóz.
- Pewnie tęsknisz - szepnęła Tasza.
- Tak. - Senior rodu podrapał się pod brodzie i westchnął. - Ale ważne, żeby wiedzieć, kiedy sobie odpuścić. Walczyłem, żeby je utrzymać, i w tamtym czasie nie przyszło mi do głowy prosić o pomoc ciebie i twoich rodziców. A potem Wasyl, ten z drugiej strony jeziora, zaproponował dobrą cenę. Zajmie się kozami, poza tym tam są lepsze pastwiska. I może... - Dziadek odwrócił się do Taszy, unosząc brwi. - Może teraz, kiedy się tu przeprowadziliście, zdecydujecie się na własne stado.
- Bardzo bym chciała. - Tasza uśmiechnęła się na myśl o następnych koźlątkach biegających po farmie.
Kucnęła, żeby pogłaskać miękką sierść na karku Ferdynanda. Młode rodzą się zwykle na wiosnę - kiedy zaczyna być cieplej i przybywa pokarmu. Tylko Ferdynand przyszedł na świat zimą. Dziadek powiadał, że to niespodziewany dar.
Malec zabeczał i wsunął ciepły pysk w rękę Taszy.
- Dobranoc, Ferdynandzie. - Dziewczynka pogłaskała na pożegnanie wszystkie kozy, zamknęła drzwi boksów, a potem wsparła dziadka ramieniem.
Objęci, wydostali się na zewnątrz, po czym zaryglowali wejście do budynku. Śnieg padał tak gęsty, że pole widzenia ograniczało się do puszystych płatków.
- Niesamowite! - Buty Taszy zapadły się w białej miękkości. - Aż trudno uwierzyć, że kiedy zajmowaliśmy się kozami, tyle go przybyło!
- Szerokość dłoni w ciągu godziny. - Dziadek zlustrował wybieg, pokryty teraz grubą, jasną kołdrą puchu. - To rzadkość, nawet tutaj.
- Nie wierzę, że w końcu zobaczyłam śnieg! - Tasza starała się mruganiem odpędzić migotliwe okruchy, które przyklejały się do rzęs.
Było jej zimno w twarz. Uniosła rękę, aby osłonić oczy i wypatrzeć najbliższe gospodarstwo. Nie mogła przestać myśleć o tym, czy Klara nadal jest na dworze. Jeśli nawet, to i tak nie miałaby szansy jej teraz zobaczyć. Klara mieszkała zbyt daleko, śnieg padał zbyt intensywnie.
Dziadek podążył za spojrzeniem wnuczki.
- Wiesz, co jest równie ważne, jak wiedzieć, kiedy odpuścić? - zapytał.
Dziewczynka przechyliła głowę z ciekawością.
- Kiedy wyjść do innych.
Natychmiast się napięła i zamknęła w sobie. Jakże znajome to uczucie. Od tamtego dnia na Ostrzu Szponu żyła wycofana ze świata niczym krab pustelnik w swojej skorupie. Co trwało tak długo, że nie miała pojęcia, jak z tym skończyć. Zdawała sobie sprawę, że martwi rodziców, a teraz również dziadka. Ilekroć ktoś odwiedzał ich dom, dziadek przyglądał jej się z troską. Musiała wyglądać wtedy dziwnie - jakby nerwowość stanowiła coś wplecionego w jej ciało, co uwidacznia się w sztywności postawy, drżeniu palców, marsie na czole. Gdy ktoś się do niej zbliżył, nieruchomiała i milkła, stała niczym góra; wyobrażała sobie, że otaczają ją kolce ochronne, takie jak u jeżowców. Bała się przyznać sama przed sobą, że to zachowanie martwi również ją. Czuła się uwięziona w pułapce nowej siebie, pułapce, z której nie potrafi się wyrwać.
Dziadek objął ją ramieniem.
- Wiem, że to trudne - powiedział łagodnie. - Mnie napisanie listu do twoich rodziców zajęło prawie rok. Żeby powiedzieć, co mi leży na sercu, i poprosić o pomoc.
Wróciła myślami do tamtej koperty, która pod koniec lata wylądowała na zapiaszczonej wycieraczce ich starego domu. Uśmiechnęła się na widok starannego, pełnego zawijasów pisma dziadka. Senior nieczęsto słał listy, lecz kiedy to robił, należało je raczej uznać za podarunki z doliny. Zawierały na przykład maleńkie suszone kwiatki z adnotacją: "Pierwsze kwiecie wiosny". Albo miękki lok koziej wełny z podpisem: "Kira urodziła młode. Nazwałem je Inna". Raz przysłał niewielką czaszkę oraz delikatne białe kości owinięte w jasnozielony mech: "Szkielet ryjówki znaleziony w kale sowy".
Ale akurat w tej kopercie żadnych prezentów nie było. Jedynie złożona kartka, na której w zwykle schludnym piśmie dziadka można było znaleźć parę kleksów.
Najdrożsi Swietłano, Konstantynie i Taszo,
minęła połowa lata. Dni są coraz krótsze. Chodzę do lasu po drewno na opał, ale jestem już zmęczony. Czasem wydaje mi się, że widzę mojego starego psa, Jarika. Wczoraj śledziłem go godzinę przez sosnowy gąszcz, zanim przypomniałem sobie, że on przecież nie żyje. Po drodze zebrałem trochę dziwaczków, ale kiedy dotarłem do grobu Jarika, okazało się, że straciły świeżość, a ich białe kwiaty zżółkły i zwiędły.
Słońce zachodzi za tutejszymi szczytami, płonie pomarańczowym ogniem, osmalając wierzchołki gór czernią. Wtedy widzę jakiś dom na samym dachu świata, czuję, że mnie wzywa. Nikt w dolinie go nie zauważa - poza mną. Powiadają, że to gra świateł albo moja nazbyt bujna wyobraźnia.
Martwię się o gospodarstwo. Jestem stary, ledwo daję radę sam, a nieliczni mieszkańcy, którzy jeszcze zostali w dolinie, są zajęci własnymi farmami - nie chcę zawracać im głowy. Was też nie zamierzam wcale kłopotać i jeśli macie nadmiar spraw, zrozumiem. Zastanawiałem się tylko, czy nie zechcielibyście wpaść do mnie z krótką wizytą. Wasze towarzystwo i Wasza pomoc jesienią i zimą byłyby czymś cudownym. Możecie zostać dłużej, jeśli wola.
To gospodarstwo jest także Waszym domem. Zawsze.
Kochający Dziadek
W pierwszej chwili Tasza ogromnie zmartwiła się o dziadka. Kiedy porozmawiała z rodzicami, zgodzili się, że przeprowadzą się na farmę możliwie najszybciej i zostaną tam tyle, ile trzeba - może nawet potraktują dolinę jako własne miejsce do życia. Tasza była przekonana w głębi serca, że w tej sytuacji senior rodu od razu poczuje się lepiej, dlatego szybko przestała się troskać.
Mama była jedynym dzieckiem dziadka, a Tasza i jej rodzice - całą jego rodziną. Odwiedzając górską farmę, zawsze świetnie się bawili, kochali się nawzajem, dlatego pomysł wspólnej przeprowadzki uznali za słuszny. Taszę ekscytował ów nowy początek, snucie planów z dala od morskich fal Saltberry, które nieustannie przypominały jej o tym okropnym dniu, o którym nie chciała myśleć.
Oczywiście zdawała sobie sprawę, że za pewnymi rzeczami będzie tęsknić. Za przytulnym domem rodzinnym, rosnącymi wokół niezapominajkami. Za sekretną zatoczką, nad którą zabrała ją mama, a gdzie wiatry śpiewały swoje pieśni. Za szukaniem w towarzystwie taty skamielin w starym kamieniołomie, pełnym tak wielkich paproci, że pozwalały cofnąć się w czasie. No i za jeżynami, owiewanymi słonym morskim powietrzem, od których wzięła się nazwa Saltberry. Tasza zbierała je z rodzicami przy nadbrzeżnej ścieżce, którą schodzili do Galerii Błękitnych Muszli, gdzie mama i tata sprzedawali swoje wyroby.
Bo rodzice Taszy byli artystami. Uznali, że dalej będą malować - w przerwach od zajęć gospodarskich - a następnie wysyłać obrazy do galerii. Albo, jeśli zostaną na farmie, będą mogli latem przywieźć swoje dzieła i przy okazji odwiedzić rodzinne strony taty. Taszy ów pomysł się podobał. Chociaż nie czuła się blisko związana ze swoimi krewnymi od czasu wydarzeń na Ostrzu Szponu, spodziewała się, że za nimi zatęskni. Zwłaszcza za ciotką Katią, która pracowała w ulubionym antykwariacie Taszy i zawsze trzymała dla niej pod ladą najlepsze książki o dzikiej przyrodzie. A także za wujkiem Giennadijem, wyrabiającym przepyszne lody nie tylko dla niej, lecz także dla jej kuzynów - z którymi się sprzeczała i bawiła i którzy stanowili część jej życia.
Ale teraz wszystkie szczęśliwe wspomnienia z rodzinnego miasta pozostawały przyćmione przez ciężkie burzowe chmury trudnych uczuć. Dlatego Tasza odniosła kolekcję muszelek z powrotem na plażę, a wraz z nią kamyki i kawałki drewna, które gromadziła latami. Wyrzuciła nawet stare szkicowniki, w których rysowała skalne baseny i fale, a także większość książek, ponieważ opowiadały o życiu w oceanie i na jego brzegach.
Spakowała tylko pożegnalny prezent od ciotki Katii - książkę zatytułowaną Zwierzęta zimą, i drugą - Dzika przyroda Północy. I podarunki od kuzynów - nowe szkicowniki oraz ołówki - którym obiecała portretować wszystko, co dzieje się na farmie.
- Teraz żałuję, że nie napisałem tego listu wcześniej - powiedział dziadek, czym wyrwał Taszę z zamyślenia. - Wspaniale mieć was wszystkich tutaj. I wiedzieć, że kiedy nadejdzie pora, przejmiecie gospodarstwo i zadbacie o zwierzęta.
Taszy zrobiło się nagle zimno, zakręciło się jej w głowie, jakby dostał się tam jeden z wirujących płatków. Dziadek był stary, to jasne, od pewnego czasu niezdrowy, ale przecież trzymał się mocno. Nie powinien używać słów "kiedy nadejdzie pora".
- Nie przejmiemy farmy! - oznajmiła stanowczo. - Przyjechaliśmy ci pomagać, aż wydobrzejesz, dziadku, a potem zajmować się wszystkim wspólnie z tobą.
Stary mężczyzna przytulił wnuczkę jeszcze mocniej.
- No cóż, nie wiemy, co niesie przyszłość, ta bliższa i ta dalsza. Miałbym się jednak lepiej, gdybyś zaprzyjaźniła się z kimś stąd, Taszeńko. - Mrugnął okiem. - Myślę, że ty też poczułabyś się lepiej. Kozy i kury to świetne towarzystwo, ale z przyjacielem człowiekiem nic się nie równa.
Tasza spojrzała na śnieg pod stopami, bardzo pragnąc zmienić temat rozmowy. Czubkiem buta delikatnie usypała biały puch w niewielką, połyskliwą pryzmę. Nagle pewna myśl sprawiła, że rozbłysły jej oczy.
- Ulepmy dziewczynkę ze śniegu, dziadku! Jak w tej historii, którą mi opowiadałeś! Zawsze chciałam to zrobić!
Dziadek omiótł wzrokiem kołdrę świeżego śniegu.
- Bardzo chętnie, Taszeńko. Cudowny dar móc ulepić z tobą pierwszego bałwana...
- Dziewczynkę - poprawiła go Tasza. - Jak w legendzie. Blisko domu, żebyśmy mogli ją widzieć przez okna.
Idąc, opierała się na dziadku. Wokół jej twarzy tańczyły pierzaste płatki, lepiły się do rzęs i sprawiały, że świat migotał wszelkimi możliwościami.
- Ten śnieg jest przepiękny, dziadku. A śnieżna dziewczynka, którą zbudujemy, będzie najpiękniejszą istotą na ziemi!