ROZDZIAŁ 3
Nowy Jork23 kwietnia 2011Trzy dni wcześniejMiren Triggs
Kiedy zastawiasz swoją duszę, wygrasz czy przegrasz,nigdy nie będziesz taki jak wcześniej.
Moja wydawczyni nie mogła wprost uwierzyć, że rzuciłam się do drzwi księgarni, by dogonić osobę, która zostawiła dla mnie kopertę z tą dziwną fotografią w środku. Chyba nie przywykła do tego, by autorki w taki sposób opuszczały spotkanie, podczas którego podpisywały swoje książki. Ale ja też nie spodziewałam się, że tak zareaguję. Nagle zdałam sobie sprawę, że ciężko oddycham, nie mogąc złapać tchu, ze strachem wypatrując pośród parasoli oczu zdradzających zagrożenie. Stałam się nieprzewidywalna nawet dla siebie samej.
To było ostatnie spotkanie autorskie przewidziane w umowie z wydawnictwem zawartej po tym, jak zgodziłam się napisać książkę o moich trwających dwanaście lat poszukiwaniach Kiery Templeton, trzyletniej wówczas dziewczynki, która zaginęła w 1998 roku podczas parady z okazji Święta Dziękczynienia.
Nieoczekiwane zakończenie tych poszukiwań opisałam najpierw w artykule dla "Manhattan Press", największej gazety w Stanach Zjednoczonych, w której zresztą pracowałam. Nie planowałam książki o Kierze, nie myślałam o tym, kiedy jej szukałam, ale nie potrafiłam odrzucić propozycji wydawnictwa. Tekst, dwanaście spotkań autorskich w księgarniach, milion dolarów. Poprosiłam o urlop w redakcji, by skoncentrować się na powieści, a w czasie jej tworzenia dryfowałam, oddalając się niestety coraz bardziej od mojej gazety i od osoby, którą wcześniej byłam. Nieoczekiwany sukces książki całkowicie mnie pochłonął; mimowolnie dałam się wciągnąć w wir wywiadów i spotkań i straciłam kontrolę nad własnym życiem. Myślałam, że szybko wrócę do siebie, od początku to planowałam, ale rzeczywistość i sukces odsunęły mnie od tego, co tak naprawdę sprawiało, że czułam się sobą.
W czasie jedenastu poprzednich spotkań zachowywałam się tak, jak tego ode mnie oczekiwano: dzielnie wyjaśniałam szczegóły historii małej Templeton; byłam miła dla czytelników, którzy chcieli mieć nabazgrany przeze mnie autograf w książce, i przyjaźnie nastawiona do księgarzy, bo ci z wyprzedzeniem wydali fortunę na zakup dziesiątek tysięcy egzemplarzy, królujących teraz na wystawach i na półkach księgarni w całym kraju. Była to obecnie najlepiej sprzedająca się książka w Stanach Zjednoczonych, ale nie potrafiłam cieszyć się tym sukcesem. Myślę, że w istocie nie byłam i nie chciałam być na to przygotowana. Dla połowy planety, dla całego pokolenia, "Śnieżna dziewczyna" stała się zagadką; wszyscy chcieli poznać losy Kiery, dowiedzieć się, co ją spotkało, a przede wszystkim czy cierpiała. Tymczasem jedynym cierpieniem, jakie opisałam, jakim przesiąkły stronice tej książki, był mój własny ból, i być może to właśnie sprawiło, że na każde z dwunastu spotkań autorskich waliły tłumy.
Bo nic nie przyciąga tak bardzo, jak widok kogoś, kto cierpi. Nie sposób oderwać od niego wzroku. Płacz całkowicie nas pochłania, dramat bierze nas we władanie - i prasa dobrze o tym wie. Na ostatnie spotkanie autorskie przyszło tyle ludzi, że nie widziałam, kto położył na stole brązową kopertę, obok upominków i innych drobiazgów zostawionych dla mnie przez czytelników.
Kiedy wzięłam ją do ręki, pomyślałam, że to wyraz czyjejś platonicznej miłości. Jakiś zakochany fan, którego poniosła fantazja i doszedł do wniosku, że to, co opisałam w książce, może dowodzić, iż jestem osobą, z którą mógłby spędzić resztę życia. Nic bardziej mylnego. Nie jestem dobrą towarzyszką nawet dla samej siebie; mówiłam o tym otwarcie, bo znałam siebie lepiej niż ktokolwiek inny. To była brązowa koperta bąbelkowa, na której ktoś napisał nierównymi literami: WCHODZISZ DO GRY? W głowie właścicielki księgarni, która pomagała mi wkładać koperty i podarki do torby, natychmiast zaświtała romantyczna myśl:
- To z pewnością jakaś propozycja erotyczna. Otwórz, pośmiejemy się.
Nie zauważyłam, by ktoś zostawił mi ten list podczas podpisywania książek. Co prawda byłam zbyt pochłonięta innymi sprawami, bo wokół stołu tłoczyło się mnóstwo ludzi, którzy robili sobie zdjęcia i rozmawiali, podczas gdy ja byłam skoncentrowana na autografach i podziękowaniach za słowa wsparcia.
Koperta wywarła na mnie dziwne wrażenie, niemal słyszałam dźwięki muzyki zapowiadające jakiś tragiczny finał. Krzywe litery we WCHODZISZ DO GRY? zwiastowały nieład, który teraz zagościł w moim sercu.
- Może jakiś zwariowany wielbiciel? Podobno każdy pisarz takich ma - dodała właścicielka księgarni żartobliwym tonem.
- Rzeczywiście pismo sugeruje osobę niezrównoważoną - odparłam poważnie.
Te trzy zwykłe słowa wyglądały tak, jakby były w stanie wysadzić wszystko w powietrze. Jakaś część mnie nie chciała poddać się temu wrażeniu; z całych sił pragnęłam znaleźć w tej kopercie coś umieszczonego tam w dobrej wierze. W trakcie spotkania czułam, że otaczają mnie ciepłe spojrzenia i życzliwe słowa; moja rozdarta dusza uczepiła się tego światła, które wydawało się przeciwwagą dla zbyt ponurego świata.
Rozerwałam kopertę i wsunęłam do niej rękę. Nie namacałam niczego, co mogłoby stanowić jakiekolwiek zagrożenie, tylko zimny, gładki papier. Kiedy go wyjęłam, zobaczyłam zdjęcie z polaroida, ciemne i źle wykadrowane, przedstawiające postać, której widok zmroził mnie i wprawił w osłupienie. Pośrodku - patrząca w obiektyw zakneblowana blondynka, znajdująca się w czymś, co wyglądało na wnętrze furgonetki. Na dolnym białym marginesie ktoś skreślił tym samym niedbałym charakterem pisma: GINA PEBBLES, 2002.
Kiedy wypatrywałam na ulicy kogoś, kto mógłby być autorem tego podpisu, nadal czułam przypływ adrenaliny i pulsowanie w palcach, w których - przerażona - trzymałam zdjęcie. Padało, jak to zwykle bywa w najgorszych momentach, co pokrzyżowało mi plany. Z nieba spadały maleńkie krople, które przypominały łzy. Jakieś dwadzieścia parasoli zasłaniało mi widok po obu stronach chodnika; ten obraz sprawił, że znów ogarnęło mnie uczucie samotności, którego doświadczałam od czasu do czasu, chociaż otaczali mnie ludzie.
Trudno jest poczuć wsparcie ze strony innych, kiedy wszyscy chodzą z wysoko podniesionymi głowami, niezdolni spuścić wzrok i popatrzeć na nas, którzy czołgamy się przytłoczeni naszymi koszmarami.
- Co jest, Miren? - usłyszałam dochodzący z daleka głos mojej wydawczyni, Marthy Wiley.
Nie odpowiedziałam.
W oddali dostrzegłam mężczyznę z dziewczynką w czerwonym płaszczyku. Pamiętałam ją. Kilka minut wcześniej stała przede mną w księgarni, wypowiadając słowa, które nadal rozbrzmiewały mi w głowie: "Jak będę dorosła, chcę być taka jak ty i chcę odnajdywać wszystkie zaginione dzieci".
Pobiegłam za nimi, wymijając mokre ciała i płaszcze. Czułam, że mój sweter nasiąka wodą, począwszy od ramion, jakby krople deszczu były maleńkimi kostkami lodu, które się na mnie rozpuszczały.
- Zaczekajcie! - krzyknęłam.
Kilka osób odwróciło się w moją stronę, ale tylko na chwilę, by zdać sobie sprawę, że to nic ważnego. Znasz to uczucie? Tę obojętność, pośród której płyniemy ulicą? Gdybym zawołała o pomoc, reakcja byłaby taka sama. Każdy żyje we własnym piekle i tylko nieliczni ryzykują próbę, by towarzyszyć innym w ich cierpieniu.
Nagle zobaczyłam, że mężczyzna i dziewczynka w czerwonym płaszczyku zatrzymują się na rogu ulicy i czekają pod czarnym parasolem na podjeżdżającą właśnie taksówkę.
- Zostawiliście...?! - wrzasnęłam zdyszana, kiedy wreszcie do nich dobiegłam.
Przestraszona dziewczynka odwróciła się w moją stronę. Mężczyzna, zapewne jej ojciec, spojrzał na mnie zaniepokojony.
- Co się stało?! - zapytał, nie rozumiejąc, o co chodzi. Objął córkę, jakby chciał ją ochronić.
Drzwi taksówki były otwarte; mężczyzna i dziewczynka zamknęli już parasol i w strugach deszczu czekali na moją odpowiedź.
Spojrzenie dziewczynki odebrało mi mowę. W jej oczach dostrzegłam lęk, jakiś wewnętrzny niepokój. Rozmarzony wyraz jej oczu, kiedy podawała mi książkę do podpisania, teraz zniknął, zamieniając się w coś, co nie wywoływało we mnie uczucia dumy.
- Zostawiliście...? - postanowiłam nie kończyć pytania, wyglądało na to, że odpowiedź sama się znalazła. - Chciałam powiedzieć - wycofałam się, czując, jak deszcz zalewa mi ciało i gasi nadzieję. - Ta malutka zostawiła drobny upominek przeznaczony dla specjalnego gościa tego spotkania - powiedziałam, by uspokoić dziewczynkę. Musiała mieć osiem albo dziewięć lat. - Zapomniała go zabrać - dodałam, wyjmując z kieszeni długopis, którym podpisywałam książki.
Jej ojciec spojrzał na mnie zakłopotany. Wyglądał tak, jakby zdawał sobie sprawę, że coś mnie trapi. Nie lubię, kiedy moje emocje są aż tak czytelne, ale czasami musi wyjść na jaw, kim naprawdę jestem. Mężczyzna i dziewczynka wsiedli do taksówki w milczeniu. Zobaczyłam to w jego oczach. Poczułam, co chciał mi powiedzieć: "Co za dziwaczka!".
Zatrzasnął drzwi i podał kierowcy jakiś adres.
- Weź długopis, maleńka - nalegałam przez otwartą szybę, świadoma, że to moja desperacja wywołała przestrach widoczny w jej oczach. - To dla ciebie. Kiedyś będziesz sławną dziennikarką.
Dziewczynka bez słowa wyciągnęła rękę i cienkimi paluszkami chwyciła długopis. Miała smutny wyraz twarzy.
- To aż takie ważne dla pani? Musimy jechać. To nie był dobry pomysł - powiedział jej ojciec.
Cofnęłam dłoń, którą opierałam o szybę. Taksówka odjechała na północ, jej czerwone światła rozpłynęły się pośród innych samochodów, tak jak moja nadzieja, że znalazłam rozwiązanie zagadki. Poczułam, że ciało rozpada mi się na kawałki, choć na plecach miałam tylko kilka małych blizn.
Za plecami usłyszałam głos Marthy Wiley, był tak niespodziewany, że poczułam się, jakby ktoś pchnął mnie sztyletem. Martha osłoniła mnie swoim zielonym parasolem.
- Zwariowałaś, Miren? Nie możesz w taki sposób psuć sobie wizerunku w oczach właścicieli księgarni. Rozumiesz? A tym bardziej prześladować czytelników. Oszalałaś? To niedopuszczalne. Powinnaś...
- Przykro mi - powiedziałam, żeby Martha się uspokoiła. - Chodzi o to, że zdjęcie...
- Powód nie ma dla mnie znaczenia, ale cieszę się, że jest ci przykro. Nie będę więcej tolerować takich zachowań, Miren. Mogę zrozumieć, że jesteś nieśmiała, i naprawdę doceniam to, że na spotkaniach autorskich starasz się wyjść ze swojej strefy komfortu, ale w moim interesie jest, żeby twoje książki się sprzedawały. A twój wizerunek ma na to znaczny wpływ. Nie możesz tak błaznować. Nie możesz zachowywać się jak nawiedzona. Jutro mamy dwa wywiady, jeden w "Good Morning America"; musisz być bardziej radosna. Chcę widzieć, jak się śmiejesz i żartujesz.
- Wywiady? - zapytałam zmieszana. - Ja muszę wracać do redakcji.
- Do redakcji? Sprzedajemy więcej niż kiedykolwiek, Miren. Nie możemy sobie pozwolić, by ta machina się zatrzymała.
- W umowie miałam tylko dwanaście prezentacji połączonych z podpisywaniem książek. Ta była ostatnia.
- Ostatnia? Zwariowałaś? Musiałaś oszaleć, nie widzę innego wytłumaczenia. Takie rzeczy wpisuje się do umowy, żeby zmusić autora do udziału w promocji, ale im więcej prezentacji i im częstsza jego obecność w mediach, tym więcej książek się sprzedaje. W umowie widnieje też zapis, że autor weźmie udział we wszystkich imprezach marketingowych, które wydawnictwo zorganizuje w celu zwiększenia sprzedaży książki w ciągu roku po jej opublikowaniu. Książka dopiero wyszła. To sukces. Wszyscy o niej mówią. Wszyscy chcą cię zobaczyć.
Schyliłam głowę i popatrzyłam na zdjęcie. Przestałam słuchać Marthy, kiedy zaczęła recytować fragment umowy.
- Miren! Mówię do ciebie.
- Muszę wrócić do redakcji. Od jakiegoś czasu nie czuję, że żyję - powiedziałam głośno, ale nie do niej.
- Przyjdzie pora na powrót do gazety - podniosła głos. - Teraz ważne jest, żebyś skupiła się na jutrzejszym wywiadzie. Myślałaś już o tym, w co się ubierzesz?
Nie mogłam oderwać wzroku od wystraszonych oczu Giny na polaroidowym zdjęciu, gdzie zebrały się kropelki deszczu rywalizujące między sobą o to, która pierwsza spłynie do brzegu fotografii. Przerażona twarz, szmata zatykająca jej usta, ułożenie ramion jakby ręce miała związane na plecach, jasne włosy.
- To z powodu tego zdjęcia? Żart w złym guście. Któryś z twoich fanów chciał wystawić cię na próbę i mu się udało. Zapomnij o tym. Dziś wieczorem idziesz do domu, bierzesz prysznic, odpoczywasz, a jutro przyjeżdżam po ciebie. Nie rozczaruj mnie, Miren. Dużo postawiliśmy na tę opowieść.
Dostrzegłam rękę, którą uniosła, żeby zatrzymać taksówkę, a chwilę później zapiszczały koła hamującego obok nas samochodu.
- Wsiadaj. Jakoś cię wytłumaczę przed właścicielką księgarni. Co za wstyd! Jutro o ósmej jestem u ciebie.
Otworzyła drzwi samochodu. Podniosłam wzrok znad fotografii i popatrzyłam na Marthę Wiley, ubraną w czarny kostium, trzymającą zielony parasol, wskazującą mi z poważną miną wnętrze taksówki.
- Na co czekasz? - zapytała nieprzyjemnym tonem.
Byłam przemoczona. Zimny deszcz wydał mi się równie nieznośny jak pomysł, żebym wsiadła do taksówki, a następnego dnia - umalowana - rozmawiała na oczach całego kraju o mojej opowieści i o Kierze Templeton. Westchnęłam z rezygnacją i zrobiłam krok w stronę samochodu. Nie przewidywałam, że wpadnę w taki młyn, kiedy zgodziłam się o Kierze napisać. Nie myślałam, że oddalę się od wszystkiego, czym żyłam.
- Cieszę się, że poszłaś po rozum do głowy - powiedziała Martha. - Sprzedamy miliony książek. Miliony! No i mam dobrą wiadomość, której ci jeszcze nie przekazałam. Załatwiłam, że wywiad z tobą przeprowadzi sama Oprah. Oprah! Nie wyznaczono jeszcze terminu, ale to prawdziwa bomba. To będzie tryumf, Miren!
Ponownie spuściłam głowę, wpatrując się w zdjęcie Giny. Taka słaba. Taka krucha. Taka bezbronna. Jej spojrzenie było moim. Jej oczy wołały o pomoc. Czułam, że muszę ją znaleźć.
Zatrzymałam się raptownie, obracając w stronę Marthy, i oznajmiłam:
- To była ostatnia prezentacja. Odwołaj wszystko, co zorganizowałaś.
Parasol prawie wypadł jej z rąk, tak bardzo była zdumiona, ale szybko odpowiedziała na moje lekceważenie jej pracy:
- Chyba nie słuchałaś tego, co mówiłam - podniosła głos rozgniewana. - Jutro o ósmej u ciebie. Przestań pleść głupoty.
- Ja już skończyłam, Martho.
- Że co, proszę?
- Jeśli będziesz chciała ze mną porozmawiać, wyślij maila.
- W umowie jest wyraźnie...
- Gówno mnie obchodzi umowa - przerwałam jej stanowczym tonem i myślę, że to jeszcze bardziej ją rozwścieczyło.
- Jak śmiesz?
- Żegnaj, Martho - znów jej przerwałam, bo właśnie sobie uświadomiłam, że ona tego nienawidzi.
Odwróciłam się i bez słowa zostawiłam ją na deszczu.
- Miren! Wróć i wsiądź do taksówki!
Drżałam, ale nie o siebie. O Ginę. Ktokolwiek zostawił mi kopertę z jej fotografią, dał mi dwa powody do mojego bezczelnego zachowania: ratowanie siebie samej i - kto wie - może także Giny. W oddali słyszałam pokrzykiwania Marthy; tembr jej głosu przypominał płacz rozkapryszonego niemowlaka.
- Jesteś skończona, Miren! Słyszysz mnie?!
Jeszcze bardziej podniosła głos, choć przecież wydawało się to niemożliwe.
- Kompletnie skończona! - wykrzyknęła ostatni raz, bo chwilę później skręciłam za róg i straciłam ją z pola widzenia.
Ciężko oddychałam. Byłam zdenerwowana. Znowu czułam natrętne mrowienie w palcach rąk. Przystanęłam raptownie i dałam się ponieść emocjom. Najpierw łzy. Potem wątpliwości.
- Kto cię przyniósł, Gino? - rzekłam do zdjęcia. - Gdzie jesteś?
Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że próba odpowiedzi na te dwa proste pytania przyspieszy serię dramatycznych wydarzeń.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki