Śnieżka. Tom 1 - Weronika Cichoń

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

ROZDZIAŁ 36

ROZDZIAŁ 37

ROZDZIAŁ 38

ROZDZIAŁ 39

ROZDZIAŁ 40

ROZDZIAŁ 41

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

PROLOG

Muzyka dudni w uszach. W panice rozglądam się po zadymionym pomieszczeniu, próbując dostrzec przyjaciółkę. Widziałam ją jakiś czas temu, kiedy rozmawiała z kolegą. Potem wypiłam z moim facetem dwa drinki i straciłam ją z oczu. Mam cholernie złe przeczucia, bo każda impreza kończy się w ten sam sposób.

Ignoruję zaczepki własnego chłopaka, który próbuje mnie przyciągnąć i objąć. Stanowczym ruchem odpycham jego dłonie, rzucając mu zirytowane spojrzenie. Śmieje się głupkowato, a potem odwraca plecami, jakbym go uraziła, ale mam to w dupie. Muszę odnaleźć przyjaciółkę.

Na parterze sprawdzam po kolei wszystkie pomieszczenia. Nakrywam parę, która nie zraża się moim widokiem i ostro "idą" do przodu. Krzywię się, wycofuję i wbiegam szybko po schodach. Na górze są jeszcze trzy pokoje, które muszę przeszukać. Do pierwszego nie mogę się dostać i aż prycham z frustracji, bo to przecież sypialnia mojego faceta.

W drugim - kolejna para, tym razem dwie dziewczyny, które najwyraźniej nie wyrwały żadnych chłopaków i postanowiły same się zabawić. W trzecim wreszcie ją widzę - leży bezwładnie na łóżku, a nad nią stoi najgorszy typ mężczyzny, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Właśnie rozpina spodnie, więc podchodzę do niego i uderzam w ramię, popychając na biurko.

- Co jest, kurwa? - warczy, zapinając w pośpiechu rozporek. - Nie jarają mnie trójkąciki.

Nie zamierzam wdawać się z nim w dyskusję. Klękam na łóżku i próbuję ocucić przyjaciółkę. Nie reaguje ani na głos, ani na szczypanie po rękach. Z mocno bijącym sercem nachylam się nad jej twarzą. Strach ciśnie mi łzy do oczu.

- Co wzięła? - pytam, chociaż wcale nie spodziewam się odpowiedzi. - Ja pierdolę, co brała?!

- Chuj mnie to obchodzi. - Prycha "typ", zakładając koszulkę. - Następnym razem lepiej pilnuj przyjaciółeczki, bo inaczej skończy w jakimś podrzędnym burdelu.

Gdyby nie fakt, że ona ledwo żyje, pewnie zabiłabym go na miejscu.

- Hej, słońce - szepczę jej do ucha. - Obudź się, słyszysz?

Nie reaguje, więc kładę dłonie na jej ramionach i delikatnie potrząsam. Bez skutku. Ręce zaczynają mi drżeć, ale wiem, że jeśli spanikuję, ona z tego nie wyjdzie.

- Zawołaj kogoś - rzucam w stronę debila, który stoi jak słup soli i gapi się na mnie. - Słyszałeś, łajzo?

- Kurwa, odczep się ode mnie, dobra?

- Jeśli nie ruszysz swojej dupy, to uwierz mi, już więcej nie przelecisz żadnej laski, bo nie będziesz miał czym, zrozumiałeś?!

Posyła mi lodowate spojrzenie, ale wychodzi z pokoju.

Odgarniam rude loki z twarzy przyjaciółki. Pamiętam, jak jej rodzice byli na mnie źli, że nakłoniłam ją do zmiany koloru.

- Co jest? - pyta mój facet, od razu podchodząc do łóżka. Łapie ją za rękę, a potem spogląda na mnie z przerażeniem. - Wiesz, co wzięła?

Kręcę głową, czując potworne wyrzuty sumienia.

- Nie wiem. - Biorę głęboki oddech. - Obiecałam jej, do cholery, że tym razem będzie normalnie... Spokojnie, zwyczajnie i co?

Czuję jego wargi na skroni, a potem pozwalam mu ją wziąć na ręce.

- Musisz ją zawieźć do szpitala.

- Ja?!

Prostuje się, ale z jego oczu nie znika strach.

- Wszyscy jesteśmy naćpani, oprócz ciebie.

- Nie mam prawa jazdy - mówię szybko, niezgrabnie wstając z łóżka.

- Przecież jeździłaś... Z pewnością coś pamiętasz. - Posyła mi naglące spojrzenie. - Uczyłem cię.

Po krótkiej chwili namysłu, zgadzam się, kiwając głową.

Zrobię wszystko, aby wyszła z tego bez szwanku.

***

Obiecałam, że będę miała na nią oko i pod żadnym pozorem, nigdy w życiu, nie sprowadzę na nią kłopotów. Zarzekałam się przed jej rodzicami, że nie będziemy piły ani brały czegokolwiek. Przysięgałam, że odprowadzę ją do domu w nienaruszonym stanie, a przez całą imprezę włos jej z głowy nie spadnie.

Miała mnie za przyjaciółkę.

A teraz siedzę w szpitalu i czekam na naszych rodziców. Cały czas gapi się na mnie policjant, który został wezwany, jak tylko pojawiło się podejrzenie posiadania narkotyków i jazdy po pijaku. Nagrabiłam sobie u lekarza dyżurującego brakiem cierpliwości i niewyparzonym językiem, więc wysłał mnie na badania krwi.

Cały czas mam nadzieję, że to nie dzieje się naprawdę. Co chwilę zamykam oczy, licząc, że zaraz się obudzę, a ta cała szopka okaże się tylko koszmarem.

Obracam głowę i patrzę w głąb korytarza. Moje wnętrzności wywracają się do góry nogami. Mam sucho w ustach, bo nawet z kilku metrów czuję na sobie potępiający wzrok ojca, którego znowu zawiodłam. Za nim wlecze się matka, jak zwykle trzymając się za serce.

To nie pierwszy raz. Znając mnie, z pewnością też nie ostatni.

ROZDZIAŁ 1

W auli panuje gwar. Profesor od dobrych kilku minut próbuje uciszyć rozhulane towarzystwo, które nie potrafi się zamknąć. Koniecznie muszą pochwalić się swoimi punktami z ostatniego testu z geometrii. Staruszek jest tak czerwony na twarzy, że zaraz eksploduje, a oni dalej swoje. Nie rozumiem, co mówi, a dość trudno czytać z ruchu warg, gdy siedzi się w dziesiątym rzędzie.

Wzdycham ciężko i odblokowuję komórkę. Przeglądam tablicę na Facebooku. Polubiłam wystarczającą liczbę stron ze zdjęciami kotów, aby móc się czymś zająć. Wyłączam się całkowicie, pochłonięta oglądaniem śmiesznych gifów.

Mocne stukanie w mikrofon szybko przywołuje mnie do rzeczywistości. Wszyscy zamierają i patrzą na wściekłego profesora.

- Wyciągnijcie kartki - mówi szorstko.

Unoszę brew, trochę zaskoczona, ale chowam telefon do torby. Wyciągam zeszyt, wyrywam kartkę i od razu ją podpisuję.

Czekam w zniecierpliwieniu na zestaw pytań, chyba jako jedyna. Kilka osób wierci się niespokojnie i próbuje cicho protestować. Staruszek udaje, że nie słyszy. Podchodzi wolno do tablicy i zaczyna pisać. Słyszę westchnienia ulgi, bo przecież każdy głupi zna wzory na pochodne. Mrużę oczy i w trzynastym przykładzie zauważam błąd. Jest na tyle oczywisty, że mam ochotę podnieść rękę i zapytać wykładowcy, czy wszystko się zgadza.

Spoglądam na studentów, którzy piszą z prędkością światła, dociskając długopisy tak mocno, że pewnie robią dziury w kartkach.

Przenoszę wzrok na tablicę i jeszcze raz czytam wzory, które mamy uzupełnić.

- Zaliczam jedynie bezbłędne prace. Tak tylko uprzedzam, żeby później nie było jęczenia.

Chłopak z rzędu niżej zaczyna się cicho śmiać.

- Taka łatwizna? Piątka z pewnością podniesie moje szanse na zdanie tego semestru!

Mam zbyt mało czasu, by przeanalizować jeszcze raz treść na tablicy. Zbieram się w sobie i zaczynam wszystko przepisywać, od razu uzupełniając.

Dłuższą chwilę zastanawiam się nad tym trzynastym przykładem, ale w końcu łączę fakty i zapisuję poprawnie wzór, tyle że na całkę. Przez całe ferie ślęczałam nad książkami, starając się rozwiązać jak najwięcej zadań, aby ułatwić sobie kolejny semestr. Dziękuję teraz Bogu, że to nie była strata czasu.

Oddając kartkę, nie uśmiecham się. Inni są tak radośni, że nie mogą się powstrzymać i patrzą na profesora, w głupi sposób rozciągając usta, jakby byli psychiczni.

Wykładowca układa wszystkie prace na jednym stosie, po czym zerka na zegarek.

- Zrobimy sobie teraz przerwę. Za pół godziny widzimy się tutaj w pełnym składzie, bo podam wyniki.

Po wyjściu z auli znowu robi się głośno. Wywracam oczami i zakładam słuchawki. Bawię się przez chwilę telefonem, szukając piosenki, która w pełni odpowiadałaby mojemu humorowi.

Nigdy z nikim nie rozmawiam i nie odczuwam z tego powodu żadnego żalu. Specjalnie słucham muzyki, aby nikt nie dosiadł się do mnie i nie zaczął gadać. Nie lubię ludzi. Może nie było tak zawsze, ale teraz tak jest.

Nie bawi mnie udawanie, że się kogoś lubi. Na uczelni trudno zawrzeć przyjaźnie, bo nie ma tu czegoś takiego jak bezinteresowne relacje.

W ubiegłym semestrze na przykład jeden z profesorów wysłał nam notatki do ogarnięcia przed egzaminem. Od razu znalazła się bardzo życzliwa osoba, która stwierdziła, że będzie śmiesznie, jeśli nikt się nie nauczy, i usunęła je. Wszyscy zachodzili w głowę, kto mógł okazać się takim dupkiem, ale sprawcy nie odnaleziono. Kilku chłopaków próbowało pobawić się adresami IP, ale to też niewiele pomogło, skoro na roku było prawie stu sześćdziesięciu studentów.

Radzę sobie świetnie bez niczyjej pomocy. Codziennie rozwiązuję kilka zadań, powtarzam teorię i robię dodatkowe zapiski w notatkach z wykładów, aby wszystko porządnie utrwalić. W przeciwieństwie do innych, obywam się bez testów z ubiegłych lat i nigdy nie zarywam ostatniej nocy przed egzaminem.

W auli pojawia się profesor. Ściągam słuchawki, jednocześnie wpatrując się w biurko, na którym kładzie nasze kartkówki. Czuję na sobie czyjś wzrok. Spoglądam na pierwszy rząd i od razu opuszczam głowę. Wzdycham cicho.

To Romek. Jesteśmy w tej samej grupie na konserwatorium i dobrze się uczymy, ale czy to powód do kumplostwa?

Bawię się długopisem, nie podnosząc głowy, i czekam na wyniki.

***

Wracam do domu po bardzo długim i nieprzyjemnym dniu na uczelni. Oczywiście, ja i Romek dostaliśmy zaliczenie, razem z siedmioma innymi osobami. Ci, którzy nie zaliczyli, muszą porządnie przysiąść do notatek, bo nawet jeśli dostaną czwórkę z egzaminu, to i tak skończą z tróją na koniec semestru. Zdawalność z tego przedmiotu jest bardzo niska, więc naprawdę będą musieli się napracować.

Może powinnam być zła na kolegów i koleżanki, ale kartkówka była najlepszą formą sprawdzenia wiedzy. Okazało się, że myślę logicznie, więc osiągnęłam cel, który wyznaczył prodziekan całemu pierwszemu rokowi podczas inauguracji roku akademickiego.

Niektórym ludziom logiczne myślenie przychodzi z trudem.

Idąc obok placu zabaw i widząc na huśtawkach, karuzelach i w piaskownicy dorosłych typów, mam mieszane uczucia. Patrzę na nich tylko kilka sekund, bo nie chcę, aby się do mnie przyczepili. To nie jest otoczenie, w którym powinnam się obracać. I chwała Bogu, że mam na uszach słuchawki, bo pewnie poczęstowaliby mnie jakimś "tłustym bitem".

Nie wiem czemu, ale nie potrafię powstrzymać uśmiechu. Poprawiam torbę na ramieniu i przyspieszam korku, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu.

Wchodząc do mieszkania, witam się z duchotą, która odbiera oddech.

No tak, nie miał kto przewietrzyć, a dzień jest słoneczny. Kładę torbę na stole w kuchni i podchodzę do okna. Po krótkiej szamotaninie z firaną udaje mi się je otworzyć. Potem idę do pokoju rodziców i własnego, gdzie muszę uważać, aby przez przypadek nie otworzyć drzwi balkonowych - uległy małej awarii.

Odgrzewam sobie resztki obiadu z wczoraj i chociaż nie smakuje już tak dobrze, nie narzekam.

Zmywając naczynia, niechcący uderzam talerzem w małą wieżę stereo. Włącza się radio, a do moich uszu dociera piosenka, która nie potrafi zniknąć w czeluściach Internetu już od dobrych dwóch miesięcy.

- Co za badziewie - mówię, wyłączając wieżę. - Czy ktoś jeszcze tego słucha?

***

Jest równa osiemnasta, kiedy siadam przy biurku i odpalam Skype'a.

Prawie codziennie o tej samej porze rozmawiam z mamą. Rzadziej z ojcem, bo pracuje na przeróżne zmiany i nie zawsze ma czas. Wyjechali do pracy w Anglii na samym początku roku akademickiego. Zaufali mi, wierząc, że sobie tutaj sama poradzę. To miał być test - pierwszy od dwóch lat - i jak na razie, sprawuję się wzorowo.

- Cześć, mamo - mówię, siląc się na wesoły ton.

- Dzień dobry, kochanie.

Jej szczery uśmiech ogrzewa moje zimne serce. Naprawdę. Nie znam drugiej tak kochanej osoby.

- Co tam u ciebie? - pyta.

Krzywię się.

- Zbliża się koniec roku.

- Martwisz się o sesję?

- Oczywiście, że nie. - Marszczę brwi. - Zastanawiam się, czy nie byłoby fajnie, gdybym przyjęła się gdzieś do pracy. Wrzesień będę miała wolny, bo nie przewiduję żadnych egzaminów poprawkowych, więc czekają mnie trzy miesiące wakacji. Zanudzę się tutaj na śmierć.

- Już o tym rozmawialiśmy. Nie musisz pracować.

- Wiem, że nie muszę, ale chcę. To nie musi być praca na cały etat, zadowolę się nawet paroma godzinami w tygodniu.

- A co cię interesuje?

- Nie lubię za bardzo przebywać z ludźmi, więc byłoby świetnie, gdybym trafiła na coś biurowego czy coś w tym stylu. To będzie czas urlopowy, więc może na coś się załapię.

Widzę po minie mamy, że nie jest przekonana.

- Jesteś tego pewna? - pyta poważnie.

Doskonale wiem, czego się boi.

- Mamo, obiecuję, że będzie dobrze.

- Daliśmy ci duży kredyt zaufania i mam nadzieję, że o nim pamiętasz.

- Pamiętam. - Siłuję się z matką na spojrzenia. - Chcę sobie tylko urozmaicić czas. Tylko tyle.

- Porozmawiam z ojcem, dobrze?

Gryzę się w wargę, aby nie powiedzieć nic więcej niż zdawkowe "okej".

***

Stoję przed lustrem w swoim pokoju i przyglądam się uważnie odbiciu. Ściągam gumkę z włosów i rozczesuję je delikatnie palcami. Może z rok temu zastanawiałam się, czy nie byłoby lepiej, gdybym je ścięła. Długie, prawie do pasa, bardzo utrudniają robienie wielu czynności. Mama zawsze powtarzała, że mają piękny odcień. W dzieciństwie porównywała mnie do Królewny Śnieżki. W podstawówce myśleli, że jestem dziewczyną z "Ringu", a w liceum...

Mrugam kilka razy, po czym zbliżam twarz do lustra i krzywię się, widząc, że kreska na lewej powiece jest wyżej niż na prawej. Jak mogłam rano tego nie zauważyć?

Głośny trzask, a potem kolejny, sprawiają, że sztywnieję. Z trudem przełykam ślinę i odwracam się. Próbuję odnaleźć wzrokiem źródło hałasu. Widok jest jednak całkiem normalny, to tylko drzwi balkonowe kolejny raz postanowiły się otworzyć. Wzdycham ciężko. Już mam do nich podejść, ale nieruchomieję.

Na parapecie coś siedzi. Widzę tylko parę ślepiów wlepionych we mnie. Robię krok do przodu, ale intruz zaczyna uciekać, zrzucając przy okazji porcelanową doniczkę, która z głośnym hukiem roztrzaskuje się na podłodze. Szukam zbiega. Zatrzymuję wzrok na łóżku. Mięśnie mojego ciała się rozluźniają.

- Kocie, jak ty się tutaj dostałeś?