Śnienie i życie - Gérard De Nerval

Kup ebooka

39.00 zł
31.20 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Syl­wia

Wspo­mnie­nia z Va­lo­is1

I. STRA­CO­NA NOC

Wy­cho­dziłem z te­atru, gdzie co wieczór w loży nad pro­sce­nium występowałem w nie­na­gan­nym stro­ju wiel­bi­cie­la. Nie­kie­dy sala była pełna, nie­kie­dy była pu­sta. Nie ob­cho­dziło mnie, czy na par­te­rze spo­ty­kam wzro­kiem le­d­wie trzy­dzie­stu ama­torów z przy­mu­su, a w lożach czep­ki bądź nie­mod­ne to­a­le­ty, czy też siedzę w nie­spo­koj­nej, pod­nie­co­nej sali, stroj­nej na każdym piętrze wieńcem ukwie­co­nych su­kien, skrzących klej­notów i pro­mien­nych twa­rzy. Obojętny na pa­no­ramę wi­dow­ni, sce­nie też nie poświęcałem zbyt­niej uwa­gi - aż do chwi­li, gdy w dru­giej lub trze­ciej odsłonie któregoś z ówcze­snych mdławych ar­cy­dzieł zna­na mi do­brze zja­wa rozświe­tlała pustą prze­strzeń, jed­nym tchnie­niem i słowem ożywiając wokół mnie ludz­kie cie­nie.

Czułem, że cały żyję w niej, a ona żyła tyl­ko dla mnie. Jej uśmiech poił mnie bez­brzeżną błogością; jej wi­brujący głos, tak słodki, choć moc­ny i dźwięczny, spra­wiał, że drżałem z miłości i szczęścia. Była dla mnie wcie­le­niem wszel­kiej do­sko­nałości, ucie­leśniała wszyst­kie moje za­chwy­ty, wszyst­kie ka­pry­sy - piękna jak dzień w bla­sku płonącej u jej stóp ram­py, bla­da jak noc, gdy ram­pa gasła i pro­mie­nie żyran­do­la oświe­tlały ją z góry, na­tu­ral­niejszą, błyszczącą w półmro­ku sa­mym swym pięknem, jak bo­skie Hory z gwiazdą nad czołem na ciem­nym tle fresków Her­ku­la­num!

Przez rok nie przyszło mi na­wet na myśl, by roz­py­ty­wać, kim była poza sceną2; bałem się zmącić cza­ro­dziej­skie zwier­ciadło od­bi­jające jej ob­raz - raz czy dwa nad­sta­wiłem tyl­ko ucha, gdy roz­ma­wia­no nie o ak­tor­ce, lecz o ko­bie­cie. Nie in­te­re­so­wało mnie to bar­dziej niż plot­ki, które do­ty­czyłyby księżnicz­ki Eli­dy albo królo­wej Tre­bi­zon­dy, bo je­den z mych stryjów, używający życia w przed­ostat­nich la­tach XVIII wie­ku - i to używający, co się zo­wie - ostrzegł mnie za­wcza­su, że ak­tor­ki nie są ko­bie­ta­mi i że na­tu­ra za­po­mniała wy­po­sażyć je w ser­ce. Mówił oczy­wiście o tych, które po­znał; zwie­rzył mi się jed­nak z tylu złudzeń i za­wodów, po­ka­zał tyle por­tretów na kości słonio­wej - cza­rujących mi­nia­tur, którymi po­tem zdo­bił ta­ba­kier­ki - tyle pożółkłych liścików i spłowiałych wstążek, od­twa­rzając ich dzie­je i robiąc ogólny bi­lans, że przy­wykłem myśleć źle o wszyst­kich ak­tor­kach, daw­nych i obec­nych.

Żyliśmy wte­dy w oso­bli­wej epo­ce, jed­nej z tych, co zwy­kle na­stają po re­wo­lu­cjach albo u schyłku wiel­kich mo­nar­chii. Nie ce­cho­wała jej wszakże ani ry­cer­ska ga­lan­te­ria czasów Fron­dy, ani wy­twor­na i stroj­na roz­pu­sta Re­gen­cji, ani scep­ty­cyzm i sza­lo­ne or­gie Dy­rek­to­ria­tu; żyliśmy, łącząc działanie z chwiej­nością i le­ni­stwem, błysko­tli­we uto­pie z fi­lo­zo­ficz­nym czy re­li­gij­nym unie­sie­niem; nie­określone wzlo­ty za­pra­wia­liśmy pra­gnie­niem od­ro­dze­nia, a go­rycz mi­nio­nych waśni nie­pewną na­dzieją - przy­po­mi­nało to trochę epokę Pe­re­gri­nu­sa i Apu­le­ju­sza. Człowiek przy­ziem­ny ma­rzył o bu­kie­cie róż, da­rze pięknej Izy­dy, dzięki któremu mógłby się prze­mie­nić3; wiecz­nie młoda i czy­sta bo­gi­ni uka­zy­wała się nam nocą, dręcząc wy­rzu­ta­mi za stra­co­ny dzień. Bo am­bi­cje jesz­cze się w nas nie obu­dziły, a zacięta wal­ka o sta­no­wi­ska i ho­no­ry za­my­kała przed nami nie­jed­no pole działania. Za schro­nie­nie mogła nam posłużyć je­dy­nie tak dro­ga po­etom wieża z kości słonio­wej, gdzie dra­pa­liśmy się na co­raz wyższe piętra, by uciec od tłumu. Do­tarłszy śla­dem na­szych mistrzów na szczy­ty, od­dy­cha­liśmy wresz­cie czy­stym po­wie­trzem od­lu­dzia, sączy­liśmy za­po­mnie­nie ze złotej cza­ry le­gend, upi­ja­liśmy się po­ezją i miłością. Miłością, nie­ste­ty, do form nie­określo­nych, do różowości i błękitu, do zaświa­to­wych wi­dzia­deł! Praw­dzi­wa ko­bie­ta oglądana z bli­ska raziła naszą nie­win­ność - mu­siała zda­wać się nam królową lub bo­gi­nią i le­piej było do niej nie pod­cho­dzić4.

Niektórzy z nas co praw­da nie­zbyt so­bie ce­ni­li te pla­to­nicz­ne pa­ra­dok­sy i cza­sem, za­miast wskrze­szać alek­san­dryj­skie mrzon­ki, wy­ma­chi­wa­li po­chod­nią bogów pod­zie­mia, przez chwilę rozświe­tlającą mrok ro­jem iskier. - I tak, wy­chodząc z te­atru, pełen gorz­kie­go smut­ku, jaki zo­sta­wia pierzchły sen, chętnie szu­kałem to­wa­rzy­stwa w pew­nym klu­bie, gdzie gro­mad­nie za­sia­da­liśmy do ko­la­cji, przy której najgłębszą na­wet me­lan­cho­lię roz­pra­szała niesłabnąca we­rwa kil­ku bie­siad­ników - umysłów wy­bit­nych, giętkich, po­ryw­czych, nie­kie­dy wzniosłych, ja­kich nig­dy nie bra­ko­wało w epo­kach od­no­wy bądź de­ka­den­cji, a których roz­ważania sta­wały się w końcu tak śmiałe, że co lękliw­si z nas wyglądali raz po raz przez okna, spraw­dzając, czy nie nad­ciągają już zastępy Hunów, Tur­ko­manów albo Ko­zaków, by na­gle prze­rwać dy­wa­ga­cje re­torów i so­fistów.

"Pij­my i ko­chaj­my - w tym cała mądrość!" Taki był pogląd najmłod­szych. Któryś do mnie za­ga­dał:

- Od dłuższe­go cza­su wi­duję cię w jed­nym je­dy­nym te­atrze, i to za każdym ra­zem, kie­dy tam zaglądam. Dla k t ó r e j tam cho­dzisz?

- Dla której?... - Nie sądziłem, by można tam było cho­dzić dla i n n e j. Wy­znałem jed­nak jej imię.

- Ach tak! - od­parł z po­li­to­wa­niem. - To po­patrz so­bie na tego szczęśliw­ca, który właśnie ją odwiózł do domu i który, sza­nując za­sa­dy na­sze­go kółka, od­wie­dzi ją za­pew­ne do­pie­ro nad ra­nem.

Całkiem spo­koj­nie obróciłem wzrok na wska­zaną osobę. Był to ele­ganc­ki młodzie­niec o po­praw­nych ma­nie­rach, miał bladą, ner­wową twarz, a w oczach smu­tek i łagod­ność. Rzu­cał złote mo­ne­ty na sto­lik do wi­sta i obojętnie je prze­gry­wał.

- Ja­kie to ma zna­cze­nie - od­parłem - ten czy kto inny? Ktoś być musi, ten wy­da­je mi się god­nym wy­bo­rem.

- A ty?

- Ja? Ja ści­gam ob­raz, nic więcej.

Wy­chodząc, prze­szedłem przez czy­tel­nię i od­ru­cho­wo rzu­ciłem okiem na je­den z dzien­ników. Chciałem chy­ba spraw­dzić no­to­wa­nia giełdowe. Wśród resz­tek majątku miałem dość dużą sumę w pa­pie­rach za­gra­nicz­nych. Ostat­nio szep­ta­no, że te pra­wie za­po­mnia­ne wa­lo­ry pójdą w górę - i właśnie tak się stało w wy­ni­ku zmia­ny rządu5. Moje pa­pie­ry no­to­wa­no już bar­dzo wy­so­ko; znów byłem bo­ga­ty.

Zmia­na sy­tu­acji na­sunęła mi jedną tyl­ko myśl: gdy­bym ze­chciał, miałbym ko­bietę, którą ko­chałem od tak daw­na. - Mogłem do­tknąć swo­je­go ideału. A jeśli to nowe złudze­nie, złośliwy błąd dru­ku? Ale inne ga­ze­ty mówiły to samo. - Za­ro­bio­na suma stanęła mi przed oczy­ma jak złoty posąg Mo­lo­cha. "Co by też po­wie­dział - pomyślałem - tam­ten młodzie­niec, gdy­bym zajął jego miej­sce przy cze­kającej nań ko­bie­cie?..." I prze­stra­szyłem się tej myśli, która zra­niła moją dumę.

Nie! Tak nie wol­no, w moim wie­ku nie wol­no za­bi­jać miłości złotem - nie będę de­pra­wa­to­rem. Zresztą to po­mysł z in­nych czasów. I kto mi zaręczy, że tę ko­bietę można kupić? - Błądząc wzro­kiem po trzy­ma­nym w ręku dzien­ni­ku, prze­czy­tałem jesz­cze dwa wier­sze: "P r o w i n c j a. Ś w i ę t o b u k i e t u. Ju­tro łuczni­cy z Sen­lis ofia­rują bu­kiet łuczni­kom z Lo­isy". Te słowa, tak zwy­czaj­ne, wskrze­siły we mnie całą serię wrażeń: były to echa za­po­mnia­nej już pro­win­cji, od­ległe wspo­mnie­nia pro­stych młodzieńczych za­baw. - Róg i bęben brzmiały w od­da­li po wio­skach i po la­sach; dziewczęta spla­tały gir­lan­dy i śpie­wając, układały przy­bra­ne wstążkami bu­kiety. - Ciężki wóz, ciągnięty przez woły, zbie­rał te dary po dro­dze, a my, dzie­ci tej zie­mi, przy­braw­szy tytuł ka­wa­lerów, szliśmy za nim or­sza­kiem, niosąc łuki i strzały - nie wie­dzie­liśmy wówczas, że z wie­ku na wiek wciąż po­wta­rza­my dru­idycz­ny obrządek, trwal­szy niż mo­nar­chie i nowe re­li­gie.

II. AD­RIAN­NA

Położyłem się do łóżka i nie mogłem w nim zna­leźć spo­ko­ju. W półśnie sunęły przede mną wspo­mnie­nia całej młodości. Ten stan, gdy duch opie­ra się jesz­cze prze­dziw­nym kom­bi­na­cjom snu, nie­rzad­ko po­zwa­la obej­rzeć ściśnięte w paru mi­nu­tach naj­do­nioślej­sze wy­da­rze­nia dłuższe­go okre­su życia.

Wy­obrażałem so­bie za­mek z czasów Hen­ry­ka IV, kry­te łupkiem spa­dzi­ste da­chy, czer­wo­nawą fa­sadę, ząbko­wa­ne węgły z pożółkłego ka­mie­nia i wiel­ki tra­wia­sty dzie­dzi­niec w kręgu wiązów i lip6, których li­sto­wie prze­szy­wały ogni­ste gro­ty gasnącego słońca. Na mu­ra­wie tańczyły kołem dziewczęta, śpie­wały daw­ne pieśni zasłysza­ne od ma­tek, ich nie­skażona fran­cusz­czy­zna świad­czyła, że je­stem w sta­rej pro­win­cji Va­lo­is, gdzie po­nad tysiąc lat biło ser­ce Fran­cji.

Byłem je­dy­nym chłopcem w tym kole, do którego wciągnąłem też swą to­wa­rzyszkę, młod­ziutką Syl­wię z sąsied­niej wio­ski, żywą i hożą dziew­czynkę o czar­nych oczach, re­gu­lar­nym pro­fi­lu i nie­co opa­lo­nej skórze... Ko­chałem ją jedną i ją jedną wi­działem - do tej chwi­li! Le­d­wie do­strzegłem w na­szym ta­necz­nym ko­ro­wo­dzie wy­soką, piękną blon­dynkę, którą na­zy­wa­no Ad­rianną7. Na­gle, zgod­nie z fi­gurą tańca, Ad­rian­na i ja zna­leźliśmy się sami wewnątrz koła. Byliśmy równe­go wzro­stu. Ka­za­no nam się pocałować, a śpiew­ny ko­rowód wi­ro­wał szyb­ciej niż przed­tem. Przy pocałunku nie mogłem się po­wstrzy­mać od uściśnięcia jej ręki. Luźno skręcone złote loki mu­skały moje po­licz­ki. W jed­nej chwi­li zawładnął mną nie­zna­ny dotąd nie­pokój. - Piękna pan­na mu­siała zaśpie­wać8, by mogła wrócić do koła. Usie­dliśmy, ota­czając ją kręgiem, i od razu świeżym, przej­mującym i lek­ko stłumio­nym głosem, właści­wym córkom tej mgli­stej kra­iny, zaśpie­wała jedną ze sta­rych bal­lad pełnych me­lan­cho­lii i miłości, mówiących za­wsze o nieszczęściach księżnicz­ki za­mkniętej w wieży przez ojca, karzącego ją za to, że po­ko­chała. Każdą zwrotkę kończyły ro­ze­dr­ga­ne try­le, które z taką gracją wy­wodzą młode głosy, mo­du­lo­wa­nym drżeniem naśla­dując nie­pew­ny głos sta­ru­szek.

Kie­dy śpie­wała, mrok spływał z wy­so­kich drzew, a światło wschodzącego księżyca kładło się na nią jedną, sa­motną w sku­pio­nym kręgu. - Za­milkła i nikt nie śmiał prze­rwać ci­szy. Mu­rawę po­kry­wał lek­ki ma­to­wy opar, białymi ko­smy­ka­mi cze­piając się źdźbeł tra­wy. Zda­wało się nam, że je­steśmy w raju. - Ze­rwałem się wresz­cie i po­biegłem ku zam­ko­wym kwiet­ni­kom, gdzie w wiel­kich fa­jan­so­wych do­ni­cach o bar­wach sub­tel­nych ka­mei rosły lau­ro­we drzew­ka. Przy­niosłem dwie gałązki, z których sple­cio­no wie­niec, prze­wiązując je wstążką. Ozdo­biłem nim głowę Ad­rian­ny i lśniące liście zabłysły na złotych włosach w bla­dych pro­mie­niach księżyca. Wyglądała te­raz jak Be­atry­cze Dan­ta, uśmiech­nięta do po­ety błądzącego skra­jem świętych przy­bytków.

Ad­rian­na wstała. Prężąc smukłą kibić, złożyła nam wdzięczny ukłon i po­biegła do zam­ku. - Była, jak ktoś po­wie­dział, wnuczką po­tom­ka sta­rej ro­dzi­ny spo­krew­nio­nej z królami Fran­cji; w jej żyłach płynęła krew Wa­le­zju­szy. W tym świątecz­nym dniu po­zwo­lo­no, żeby się z nami bawiła; nie mie­liśmy jej więcej uj­rzeć, bo na­za­jutrz wróciła do klasz­to­ru, gdzie się wy­cho­wy­wała.

Pod­szedłszy do Syl­wii, spo­strzegłem, że płacze. To wie­niec, którym własnoręcznie uko­ro­no­wałem piękną śpie­waczkę, był przy­czyną jej łez. Ofia­ro­wałem się ze­rwać dla niej dru­gi, ale od­parła, że wca­le jej na nim nie zależy, bo nań nie zasługu­je. Bro­niłem się nada­rem­nie; kie­dy od­pro­wa­dzałem ją do ro­dziców, nie ode­zwała się już do mnie ani słowem.

We­zwa­ny wkrótce do Paryża dla dal­szej na­uki, za­brałem ze sobą podwójny ob­raz: czułej przy­jaźni, tak żałośnie prze­rwa­nej, oraz nie­określo­nej, nie­możli­wej miłości - źródło bo­le­snych roz­te­rek, których szkol­na fi­lo­zo­fia nie zdołała uśmie­rzyć.

Po­stać Ad­rian­ny w końcu zwy­ciężyła - słodki miraż chwały i piękna, dzielący ze mną ciężkie go­dzi­ny stu­diów. W trak­cie następnych wa­ka­cji do­wie­działem się, że tę prze­lot­nie uj­rzaną piękność ro­dzi­na ska­zała na życie za­kon­ne.

III. DE­CY­ZJA

To półsen­ne wspo­mnie­nie wszyst­ko mi wyjaśniło. Nieżywiąca żad­nych na­dziei, nie­określona miłość do ak­tor­ki, budząca się we mnie co wieczór wraz z roz­poczęciem spek­ta­klu i pry­skająca do­pie­ro, gdy usy­piałem, zro­dziła się ze wspo­mnie­nia Ad­rian­ny, noc­ne­go kwia­tu, co roz­chy­la płatki w bla­dym świe­tle księżyca, różowo-złote­go wi­dziadła, co su­nie zie­loną mu­rawą, na poły skąpaną w białej mgle. - Po­do­bieństwo do za­po­mnia­nej od lat po­sta­ci na­rzu­cało się te­raz z dziwną wy­ra­zi­stością; to za­tar­ty przez czas ry­su­nek ołówkiem prze­mie­nił się w ob­raz, ni­czym sta­re szki­ce mistrzów, po­dzi­wia­ne nie­gdyś w mu­zeum, a później roz­po­zna­ne w olśnie­wającym por­tre­cie.

Ko­chać za­kon­nicę pod po­sta­cią ak­tor­ki!... A gdy­by to była ta sama?9 - Można od tego osza­leć! To ja­kieś fa­tal­ne urze­cze­nie, nie­wia­do­me zwo­dzi cię jak błędny ognik pierz­chający trzci­na­mi po uśpio­nej wo­dzie... Wra­caj­my na zie­mię.

A Syl­wia, którą tak ko­chałem, cze­muż od trzech lat ją za­nie­dbuję?... To była ślicz­na dziew­czy­na, najład­niej­sza w Lo­isy!

Ona przy­najm­niej ist­nie­je, do­bra, z czy­stym ser­cem, na pew­no. Widzę jej okno, gdzie róże spla­tają się z wi­no­roślą, a po le­wej stro­nie wisi klat­ka z piegżami; słyszę stu­ka­nie klocków ko­ron­kar­skich i jej ulu­bioną pio­senkę:

Piękne dziewczę nad stru­mie­niem,

W by­strej wo­dzie nóżki myło...

Dotąd na mnie cze­ka... Któż wziąłby ją za żonę? Taką ubogą!

W jej wio­sce i do­okoła sami po­czci­wi chłopi, w blu­zach, z szorst­ki­mi dłońmi i chudą twarzą, spa­le­ni słońcem! Ko­chała tyl­ko mnie, mnie, Małego Paryżani­na, kie­dy w sąsiedz­twie Lo­isy od­wie­dzałem swo­je­go bied­ne­go, dziś już nieżyjącego wuja. Od trzech lat, jak wiel­ki pan, trwo­nię skrom­ny majątek, który mi zo­sta­wił, a z którego mógłbym się utrzy­my­wać. Przy Syl­wii byłbym go za­cho­wał. Przy­pa­dek zwra­ca mi jego część. Jesz­cze nie jest za późno.

Co też po­ra­bia o tej po­rze? Śpi... Nie, nie śpi; dziś święto łuczników, je­dy­ny dzień w roku, gdy tańczą do rana. - Jest na balu...

Która go­dzi­na?

Nie miałem ze­gar­ka.

Wśród oka­załej sta­rzy­zny, jaką w owych cza­sach chętnie gro­ma­dzo­no dla wskrze­sze­nia ko­lo­ry­tu lo­kal­ne­go sta­roświec­kich apar­ta­mentów10, błysz­czał świeżym bla­skiem szyl­kre­to­wy re­ne­san­so­wy ze­gar z uwieńczoną wy­obrażeniem Cza­su złoconą kopułką, pod­trzy­my­waną przez me­dy­cej­skie ka­ria­ty­dy na półwspiętych ko­niach. Płasko­rzeźbio­na hi­sto­rycz­na Dia­na wspie­ra się łokciem na je­le­niu pod niel­lo­waną tarczą z ema­lio­wa­ny­mi cy­fra­mi. Ze­gar, z niewątpli­wie świet­nym me­cha­ni­zmem, nie był nakręcany od dwu­stu lat. - Kupiłem go w Tu­re­nii nie po to, by mie­rzyć czas.

Zszedłem do stróża. Jego ze­gar z kukułką wska­zy­wał pierwszą nad ra­nem. - Za czte­ry go­dzi­ny, pomyślałem, mogę być na balu w Lo­isy. Na pla­cy­ku przed Pa­la­is-Roy­al pięć czy sześć dorożek cze­kało jesz­cze na gości klubów i domów gry.

- Do Lo­isy! - rzu­ciłem, wy­bie­rając naj­przy­zwo­itszą.

- A gdzie to jest?

- Koło Sen­lis, osiem mil stąd.

- Pod­wiozę pana, weźmie pan eks­tra­pocztę - oświad­czył dorożkarz, mniej ode mnie wzru­szo­ny.

Cóż to za smut­na dro­ga, szlak flan­dryj­ski nocą - pięknie­je do­pie­ro po wejściu w lasy! Wciąż te same dwa rzędy mo­no­ton­nych drzew, nie­udol­nie naśla­dujących ja­kieś po­sta­cie; za nimi pro­stokąty łąk i za­ora­nej zie­mi, prze­chodzące po le­wej w błękit­na­we pagórki Mont­mo­ren­cy, Éco­uen, Lu­zar­ches. - A to już Go­nes­se, zwy­czaj­ne mia­stecz­ko pełne pamiątek z czasów Ligi i Fron­dy...

Za Lo­uvres jest dro­ga wy­sa­dza­na jabłonia­mi, ich kwia­ty nie­raz świe­ciły mi nocą ni­czym ziem­skie gwiaz­dy, tamtędy było naj­bliżej do wio­sek. - Pod­czas gdy powóz pocz­to­wy wspi­na się pod górę, ułóżmy wspo­mnie­nia11 z dni, w których tak często tam bywałem.

IV. OD­JAZD NA CY­TERĘ

Minęło kil­ka lat - chwi­la, kie­dy spo­tkałem Ad­riannę przed zam­kiem, była już tyl­ko wspo­mnie­niem z dzie­ciństwa. Zaj­rzałem do Lo­isy w dniu pa­tro­na wio­ski. Chciałem się zno­wu przyłączyć do ka­wa­lerów łuczników, stanąć w kom­pa­nii, do której nie­gdyś należałem. Sy­no­wie sta­rych rodów, po­sia­dających tam nadal za­szy­te wśród lasów zam­ki, bar­dziej na­ru­szo­ne przez czas niż przez re­wo­lu­cje, po­sta­no­wi­li zor­ga­ni­zo­wać uro­czy­stość. Z Chan­til­ly, Com­pi?gne i Sen­lis nad­ciągały wesołe ka­wal­ka­dy, dołączając do wiej­skie­go or­sza­ku łuczni­cze­go brac­twa. Po dłuższej wędrówce przez wsie i mia­stecz­ka, mszy w koście­le, za­wo­dach i roz­da­niu nagród zwy­cięzców podjęto ucztą, wy­daną na ocie­nio­nej przez lipy i to­po­le wy­spie, leżącej pośrod­ku jed­ne­go ze stawów, za­si­la­ne­go wo­da­mi No­net­te i Th?ve. Przy­bra­ne chorągiew­ka­mi łodzie prze­wiozły nas na wyspę, o której wy­bo­rze zde­cy­do­wała wy­sta­wio­na tam owal­na świąty­nia z ko­lum­nadą, mająca posłużyć za salę bie­siadną. - Oko­li­ca jest tu bo­wiem usia­na, po­dob­nie jak Er­me­no­nvil­le, nie­wiel­ki­mi, lek­ki­mi bu­dow­la­mi z końca XVIII wie­ku, obmyślo­ny­mi przez mi­lio­nerów fi­lo­zofów, na­tchnio­nych pa­nującą wte­dy modą. Przy­pusz­czam, że miała to być świąty­nia Ura­nii12. Trzy ko­lum­ny już runęły, pociągnąwszy za sobą część ar­chi­tra­wu; ale wnętrze sali uprzątnięto, a między ko­lum­na­mi roz­pięto gir­lan­dy, odmładzając w ten sposób tę no­wo­czesną ruinę - bliższą pogaństwu Chau­lieu i Bo­uf­fler­sa niż Ho­ra­ce­go.

Prze­pra­wa przez je­zio­ro miała za­pew­ne przy­po­mi­nać Od­jazd na Cy­terę Wat­te­au. Je­dy­nie na­sze współcze­sne stro­je roz­wie­wały złudze­nie. Ogrom­ny ce­re­mo­nial­ny bu­kiet zdjęto z wozu, którym był wie­zio­ny, i ułożono w dużej łodzi; na ław­kach za­siadł or­szak biało ubra­nych dziewcząt, to­wa­rzyszący mu zgod­nie z tra­dycją; spo­koj­ne wody sta­wu od­bi­jały wdzięczny ob­raz jak­by an­tycz­nej pro­ce­sji płynącej do brzegów wy­spy, gdzie w pro­mie­niach wie­czo­ru czer­wie­niały krze­wy tar­ni­ny, ko­lum­na­da i ja­sne li­sto­wie. Nie­ba­wem łodzie przy­biły do brze­gu. Uro­czyście wnie­sio­ny kosz z bu­kietem zajął śro­dek stołu i wszy­scy usie­dli, szczęśliw­cy obok dziewcząt - wy­star­czyło być zna­nym ich ro­dzi­nie. Dla­te­go mogłem usiąść koło Syl­wii. Jej brat pod­szedł do mnie już wcześniej i robił mi wy­rzu­ty, że od tak daw­na ich nie od­wie­dzam. Tłuma­czyłem się, że na­uka za­trzy­mu­je mnie w Paryżu, ale właśnie przy­je­chałem, żeby się z nimi zo­ba­czyć. "Nie­praw­da - po­wie­działa Syl­wia - on o mnie za­po­mniał. My je­steśmy prości wieśnia­cy, gdzie nam do Paryża!" Próbowałem ją pocałować i za­mknąć jej usta, ale jesz­cze się na mnie dąsała; trze­ba było paru słów bra­ta, by obojętnie pod­sunęła mi po­li­czek. Całus nie spra­wił mi żad­nej przy­jem­ności, ta­kiej łaski dostępowało wie­lu, bo w tych pa­triar­chal­nych stro­nach, gdzie wi­tają się z każdym prze­chod­niem, pocałunek jest zwykłą grzecz­nością świad­czoną so­bie wza­jem przez tych za­cnych lu­dzi.

Go­spo­da­rze uro­czy­stości przy­go­to­wa­li nam nie­spo­dziankę. Pod ko­niec uczty z głębi wiel­kie­go ko­sza wy­frunął dzi­ki łabędź13, dotąd uwięzio­ny pod kwia­ta­mi; moc­nym ude­rze­niem skrzy­deł uniósł splątane wieńce i gir­lan­dy, roz­rzu­cając je na pra­wo i lewo. Kie­dy radośnie wzno­sił się ku ostat­nim bla­skom słońca, na oślep chwy­ta­liśmy wieńce i ko­ro­no­wa­liśmy nimi sąsiad­ki. Szczęśli­wie tra­fiłem na je­den z naj­piękniej­szych, uśmiech­nięta Syl­wia po­zwo­liła się pocałować czu­lej niż przed­tem. Pojąłem, że udało mi się za­trzeć tam­to wspo­mnie­nie. Tym ra­zem po­dzi­wiałem ją jedną, jakże wypiękniałą! Nie była już wiejską dziew­czynką, którą wzgar­dziłem dla star­szej i le­piej ułożonej. Zy­skała pod każdym względem: jej czar­ne oczy, piękne już w dzie­ciństwie, te­raz wręcz urze­kały; pod wygiętymi łuka­mi brwi jej uśmiech, znie­nac­ka rozświe­tlający re­gu­lar­ne i spo­koj­ne rysy, miał w so­bie coś z Ate­ny. Po­dzi­wiałem jej twarz, godną an­tycz­nej rzeźby, tak od­mienną od po­spo­li­tych, choć miłych twa­rzy­czek jej przy­ja­ciółek. De­li­kat­ne, wydłużone dłonie, ra­mio­na, pełniej­sze te­raz i biel­sze, wy­smu­klo­na ta­lia czy­niły ją inną od tej, którą znałem. Nie mogłem się po­wstrzy­mać, by jej nie szepnąć, jak bar­dzo różni się od sie­bie sprzed lat, miałem na­dzieję, że od­ku­pię w ten sposób dawną i nagłą nie­wier­ność.

Wszyst­ko mi zresztą sprzy­jało, przy­chyl­ność jej bra­ta, su­ge­styw­ny czar święta, sza­ra go­dzi­na, a i samo miej­sce, gdzie z fan­tazją i sma­kiem sko­pio­wa­no sce­ny nie­gdy­siej­szych fry­wol­nych za­baw. Gdy tyl­ko to było możliwe, ucie­ka­liśmy od tańczących, by dzie­lić się wspo­mnie­nia­mi z dzie­ciństwa i w roz­ma­rze­niu wspólnie po­dzi­wiać od­bla­ski nie­ba na ciem­nych drze­wach i wo­dzie. W końcu brat Syl­wii prze­rwał tę kon­tem­plację, mówiąc, że czas już wra­cać do ich dość od­ległej wio­ski, do ro­dziców.

V. WIO­SKA

Miesz­ka­li w Lo­isy, w daw­nym domu strażnika. Od­pro­wa­dziłem ich aż tam, a po­tem ru­szyłem do Mon­ta­gny, prze­no­co­wać u wuja14. Zbo­czyw­szy z dro­gi, prze­ciąłem za­gaj­nik między Lo­isy i Sa­int-S... i za­raz zna­lazłem s t e c z k ę biegnącą w zagłębie­niu brze­giem lasu er­me­no­nvil­l­skie­go; spo­dzie­wałem się uj­rzeć nie­ba­wem mur klasz­to­ru, wzdłuż którego szło się ja­kieś ćwierć mili. Księżyc raz po raz cho­wał się za chmu­ry, le­d­wo oświe­tlając ska­li­ste złomy ciem­ne­go pia­skow­ca i wrzo­so­wi­sko, gęstniejące pod mo­imi sto­pa­mi. Na pra­wo i na lewo ścia­ny lasów bez wy­ty­czo­nych dróg, a przede mną ciągle ka­mie­nie dru­idycz­ne, pamiętające synów Ar­me­na, wyciętych w pień przez Rzy­mian! Z wierz­chołków tych po­etycz­nych złomisk wi­działem od­ległe sta­wy, od­ci­nające się ni­czym zwier­ciadła od mgli­stej równi­ny, ale nie mogłem odróżnić tego, na którym święto­wa­liśmy.

Po­wie­trze było ciepłe i won­ne; po­sta­no­wiłem się za­trzy­mać i do­cze­kać świtu, leżąc na wrzo­sach. - Zbu­dziw­szy się, po­wo­li roz­po­zna­wałem oto­cze­nie miej­sca, do którego zbłądziłem nocą. Po le­wej doj­rzałem Sa­int-S..., podłużny za­rys klasz­tor­ne­go muru, a po dru­giej stro­nie do­li­ny wzgórze Gens-d'Ar­mes z wy­szczer­bioną ruiną sta­rożyt­nej ka­ro­lińskiej re­zy­den­cji. Obok, po­nad kępami drzew, wy­niosłe reszt­ki opac­twa w Thiers ry­so­wały się na wid­nokręgu pa­smem ścian prze­bi­tych tri­fo­ria­mi i ostrołuka­mi. Leżący da­lej go­tyc­ki za­mek w Pon­tarmé, jak nie­gdyś oto­czo­ny wodą, odbił nie­ba­wem pierw­sze ognie dnia, na południu zaś, na wzgórzach Montméliant, po­ja­wiła się wy­so­ka basz­ta To­ur­nel­le i czte­ry wieże Ber­trand­fos­se.

To była przy­jem­na noc, śniłem tyl­ko o Syl­wii; ale na wi­dok klasz­to­ru prze­szyła mnie myśl, że właśnie tam mogła prze­by­wać Ad­rian­na. W uszach wciąż miałem dźwięk po­ran­ne­go dzwo­nu, który za­pew­ne mnie zbu­dził. Przez chwilę chciałem zaj­rzeć za mur, wspi­nając się na naj­wyższą skałę; po­wstrzy­małem się jed­nak, bo wydało mi się to pro­fa­nacją. Napływające światło wy­gnało z mo­ich myśli próżne wspo­mnie­nie, po­zo­sta­wiając tyl­ko różane rysy Syl­wii. "Chodźmy ją obu­dzić" - szepnąłem w du­chu i skie­ro­wałem się w stronę Lo­isy.

Oto i wio­ska u końca stecz­ki pod la­sem: dwa­dzieścia domków o ścia­nach stroj­nych gir­lan­da­mi wi­no­rośli i pnącej róży. Przed naj­większym pra­cują społem ran­ne prządki w czer­wo­nych chust­kach na głowie. Nie ma wśród nich Syl­wii. Odkąd jest ko­ron­czarką, to już jak­by pa­nien­ka, cho­ciaż ro­dzi­ce po­zo­sta­li za­cny­mi wieśnia­ka­mi. - Po­szedłem na górę, do jej po­ko­ju, co ni­ko­go nie zdzi­wiło; wstała już daw­no i prze­pla­tała nici ko­ron­ki, de­li­kat­nie stu­kając kloc­ka­mi na zie­lo­nej po­dusz­ce przy­kry­wającej ko­la­na. "A, to ty, le­niu - po­wie­działa z uśmie­chem bo­gi­ni - pew­no do­pie­ro wstałeś z łóżka!" Opo­wie­działem o bez­sen­nej nocy, o wędrówce na oślep po la­sach i skałach. Ra­czyła mi zwięźle wy­ra­zić współczu­cie. "Jeśli nie je­steś zbyt zmęczo­ny, powędru­je­my te­raz obo­je. Od­wie­dzi­my w Othis moją cio­teczną babkę". Le­d­wo zdążyłem od­po­wie­dzieć, a już ze­rwała się radośnie, po­pra­wiła przed lu­strem włosy i włożyła wiej­ski słomko­wy ka­pe­lusz. Nie­win­ność i radość biły z jej oczu. Wy­ru­szy­liśmy brze­giem Th?ve, przez łąki pełne ja­skrów i mar­ge­ry­tek, a po­tem szliśmy wzdłuż lasów Sa­int-Lau­rent, dla skróce­nia dro­gi prze­pra­wiając się cza­sem przez chasz­cze i stru­mie­nie. Pośród drzew śpie­wały kosy, a z trąca­nych krzewów radośnie wy­la­ty­wały si­kor­ki.

Cza­sem spo­ty­ka­liśmy bar­win­ki, które tak ko­chał Ro­us­se­au15: roz­wie­rały błękit­ne ko­ro­ny na długich pa­rzy­sto­list­nych łody­gach, przy­ziem­nych lia­nach pętających lek­kie sto­py mo­jej to­wa­rzysz­ki. Obojętna na pamięć ge­new­skie­go fi­lo­zo­fa, to tu, to tam zry­wała pachnące po­ziom­ki, a ja opo­wia­dałem jej o No­wej He­lo­izie, cy­tując z pamięci niektóre frag­men­ty.

- Czy to ładne? - spy­tała.

- To wzniosłe.

- Cie­kaw­sze od Au­gu­sta La­fon­ta­ine16?

- Bar­dziej wzru­szające.

- Muszę ko­niecz­nie prze­czy­tać! Po­proszę bra­ta, żeby mi przy­niósł, jak tyl­ko pójdzie do Sen­lis.

I da­lej re­cy­to­wałem uryw­ki He­lo­izy, a Syl­wia zry­wała po­ziom­ki.

VI. OTHIS

Wy­chodząc z lasu, tra­fi­liśmy na kępę pur­pu­ro­wych na­parst­nic; zro­biła z nich wiel­ki bu­kiet:

- To dla ciot­ki - po­wie­działa. - Będzie szczęśliwa, mając w izbie te piękne kwia­ty.

Od Othis dzie­lił nas już tyl­ko kawałek ugo­ru. Wio­sko­wa dzwon­ni­ca strze­lała w górę na tle błękit­na­wych wzgórz roz­ciągniętych od Montméliant po Dam­mar­tin. Th?ve zno­wu szem­rała na głazach i ka­my­kach, węższa bliżej źródła, gdzie roz­le­wa się na łąkach, tworząc nie­wiel­kie je­zior­ko wśród irysów i mie­czyków. Wkrótce do­szliśmy do pierw­szych za­bu­do­wań. Ciot­ka Syl­wii miesz­kała w dom­ku z niegładzo­ne­go pia­skow­ca ople­cio­ne­go chmie­lem i dzi­kim wi­nem; żyła sa­mot­nie, utrzy­mując się z kil­ku po­le­tek, które od śmier­ci męża upra­wia­li dla niej sąsie­dzi. Sio­strze­ni­ca wpadła do środ­ka jak ogień.

- Dzień do­bry, ciot­ko! Przyszły two­je dzie­ci! - wołała. - Je­steśmy głodni!

Ucałowała ją czu­le, wcisnęła w ra­mio­na naręcz kwiatów i do­pie­ro wte­dy przy­po­mniała so­bie, że trze­ba mnie przed­sta­wić:

- To mój wiel­bi­ciel! - rzu­ciła.

Te­raz z ko­lei ja ucałowałem ciotkę, która stwier­dziła:

- Bar­dzo miły... Wy­brałaś blon­dy­na!...

- Ma ślicz­ne, de­li­kat­ne włosy - od­parła Syl­wia.

- To kie­dyś się kończy - rzekła ciot­ka - ale ma­cie jesz­cze dużo cza­su przed sobą, a że je­steś bru­net­ka, do­brze do cie­bie pa­su­je.

- Trze­ba mu dać śnia­da­nie, ciot­ko.

I cho­dziła po izbie, zaglądając do sza­fek, do skrzy­ni, wyj­mując mle­ko, ra­zo­wy chleb, cu­kier, dość nie­dba­le roz­sta­wiając na sto­le ta­le­rze i fa­jan­so­we półmi­ski, ma­lo­wa­ne w wiel­kie kwia­ty i w ko­gu­ty z barw­ny­mi piórami. Pośrod­ku stanęła por­ce­la­no­wa misa z Cre­il, pełna mle­ka, w którym pływały po­ziom­ki; po­tem, ob­ra­bo­waw­szy ogród z kil­ku garści po­rze­czek i wiśni, usta­wiła na dwóch końcach ob­ru­sa dwa wa­zo­ny z kwia­ta­mi. Wte­dy ciot­ka wy­rzekła te jakże piękne słowa:

- To wszyst­ko na de­ser, a te­raz pozwól mi za­brać się do ro­bo­ty.

I zdjęła z haka pa­tel­nię, wrzu­cając wiązkę chru­stu pod okap wy­so­kie­go ko­mi­na.

- Tego nie ty­kaj! - krzyknęła na Syl­wię, która chciała jej pomóc. - Znisz­czysz te zgrab­ne pa­lusz­ki, co robią ko­ron­ki piękniej­sze od tych z Chan­til­ly! Dałaś mi trochę, a ja się na tym znam.

- Wiem, ciot­ko, wiem!... A gdy­byście tak mie­li ja­kie sta­re ko­ron­ki, przy­dałyby mi się na wzór.

- No, to idź po­szu­kać na górze, może coś znaj­dziesz w ko­mo­dzie.

- To daj­cie mi klu­cze - po­pro­siła Syl­wia.

- Po co! Szu­fla­dy są otwar­te.

- Nie­praw­da, jed­na jest za­wsze za­mknięta.

I kie­dy go­spo­dy­ni czyściła pa­tel­nię, opa­liw­szy ją wpierw nad ogniem, Syl­wia odwiązała ze sznur­ka przy jej pa­sku mały żela­zny klu­czyk z ażuro­wym uszkiem i po­ka­zała mi go try­um­fal­nie.

Wbiegłem za nią po drew­nia­nych scho­dach pro­wadzących do sy­pial­ni. - Święta młodości i święta sta­rości! - któż śmiałby ska­lać nie­win­ność pierw­szych uczuć w tym sank­tu­arium wier­nej pamięci? Z owal­ne­go por­tre­tu w złoco­nej ra­mie, wiszącego w głowach pro­ste­go wiej­skie­go łóżka, czar­ny­mi oczy­ma i różany­mi usta­mi uśmie­chał się młodzie­niec z daw­nych szczęśli­wych lat. Nosił mun­dur straży łowiec­kiej domu Kon­de­uszy; jego półwoj­sko­wa po­sta­wa, życz­li­wa, różowa twarz, gład­kie czoło i pu­dro­wa­ne włosy ożywiały ten ra­czej mier­ny pa­stel wdziękiem młodości i pro­sto­ty. Jakiś podrzędny ma­larz, za­pro­szo­ny na książęce po­lo­wa­nie, spor­tre­to­wał go naj­piękniej jak umiał, a także jego młodą żonę, przed­sta­wioną w dru­gim owa­lu: ponętną, sprytną, wy­smu­kloną sznu­ro­wa­nym wstążkami otwar­tym gor­se­ci­kiem i uśmiech­niętą za­lot­nie do trzy­ma­ne­go na pal­cu ptasz­ka. A była to prze­cież ta sama sta­rowinka, która ku­cha­rzyła te­raz na dole, schy­lo­na nad płonącym ogniem. Przy­po­mniały mi się wróżki z Pan­to­mi­my, kryjące pod po­marsz­czoną maską uro­dziwą twarz, odsłanianą do­pie­ro w fi­na­le, gdy uka­zu­je się Świąty­nia Miłości, a słońce wi­ru­je i roz­sie­wa ma­gicz­ne bla­ski.

- Po­czci­wa ciot­ko - zawołałem - ileż miałaś wdzięku!

- A ja? - spy­tała Syl­wia, której właśnie udało się otwo­rzyć wia­domą szu­fladę. Zna­lazła w niej strojną pli­so­waną suk­nię ze skrzącej, sze­leszczącej pod pal­ca­mi ta­fty. - Zo­baczę, czy mi w niej do twa­rzy - zawołała. - Och! będę wyglądała na starą wróżkę!

"Wiecz­nie młodą wróżkę z baśni!..." - pomyślałem. A Syl­wia roz­pięła już per­ka­li­kową su­kienkę i po­zwo­liła jej zsunąć się do stóp. Roz­sze­rza­na suk­nia sta­rej ko­bie­ty świet­nie leżała na szczupłej ta­lii, Syl­wia kazała mi się zapiąć.

- Och! krótkie rękawy, ja­kie śmiesz­ne! - zawołała.

Lecz te rękaw­ki, przy­bra­ne kil­ko­ma rzędami ko­ro­nek, obnażały piękne ra­mio­na Syl­wii, a jej pierś ry­so­wała się zgrab­nie w ozdo­bio­nym pożółkłym tiu­lem i wy­blakłymi wstążkami sta­nicz­ku, który tak krótko opi­nał ulot­ne wdzięki ciot­ki.

- Skończ z tym wresz­cie! Nie umiesz zapiąć suk­ni? - skar­ciła mnie Syl­wia. Wyglądała jak wiej­ska na­rze­czo­na Greu­ze'a.

- Przy­dałby się pu­der - po­wie­działem.

- Za­raz go znaj­dzie­my.

I znów zaczęła szpe­rać po szu­fla­dach. Cóż tam były za skar­by! Jak to wszyst­ko pięknie pach­niało, grało żywy­mi ko­lo­ra­mi, jaśniało od świe­ci­dełek! Dwa nadłama­ne wa­chla­rze z masy perłowej, por­ce­la­no­we puz­der­ka w chińskie wzo­ry, bursz­ty­no­wy na­szyj­nik i tysiąc in­nych dro­biazgów! Były tam również dwa białe dro­gie­to­we pan­to­fel­ki, których sprzączki błysz­czały szkla­ny­mi bry­lan­ci­ka­mi.

- Och, muszę je włożyć! - krzyknęła Syl­wia. - Jeśli tyl­ko znajdę ha­fto­wa­ne pończosz­ki!

I za chwilę roz­wi­ja­liśmy je­dwab­ne bla­doróżowe pończo­chy z zie­lo­ny­mi strzałkami; ale głos ciot­ki i skwier­cze­nie pa­tel­ni przy­wołały nas na­gle do rze­czy­wi­stości.

- Schodź szyb­ko! - szepnęła Syl­wia i po­mi­mo mo­ich na­le­gań nie po­zwo­liła mi pomóc we wkłada­niu pan­to­felków. Ciot­ka zdążyła już przełożyć na półmi­sek płat bocz­ku usmażone­go z jaj­ka­mi. Nie­ba­wem głos Syl­wii we­zwał mnie na górę.

- Ubie­raj się raz-dwa! - po­le­ciła i sama już go­to­wa, wska­zała ślub­ny strój strażnika łowiec­kie­go rozłożony na ko­mo­dzie. W jed­nej chwi­li prze­mie­niłem się w nie­gdy­siej­sze­go ob­lu­bieńca. Syl­wia cze­kała na mnie na scho­dach; ze­szliśmy ra­zem, trzy­mając się za ręce17. Ciot­ka, obróciw­szy się, krzyknęła: "O, moje dzie­ci!", i wy­buchnęła płaczem, a po­tem uśmiechnęła się przez łzy. - To był ob­raz jej młodości - okrut­na, cza­rująca zja­wa! Sie­dliśmy koło niej, wzru­sze­ni i pra­wie poważni, ale wesołość za­raz nam wróciła, bo gdy minęło pierw­sze wrażenie, za­cna sta­rusz­ka jęła wspo­mi­nać swe hucz­nie święto­wa­ne zaślu­bi­ny. Od­szu­kała na­wet w pamięci po­pu­lar­ne w tam­tych cza­sach prze­mien­ne stro­fy, którymi prze­rzu­cały się dwa końce we­sel­ne­go stołu, a także na­iw­ne epi­ta­la­mium, śpie­wa­ne małżon­kom wra­cającym po tańcu. Po­wta­rza­liśmy za nią te daw­ne, niezręczne, aso­nan­so­we zwrot­ki o pro­stym ryt­mie; za­ko­cha­ne i kwie­ci­ste ni­czym Pieśń Ekle­zja­sty; - byliśmy mężem i żoną przez cały let­ni po­ra­nek.

VII. CHA­ALIS

Jest czwar­ta nad ra­nem; dro­ga na­gle scho­dzi w dół; zno­wu się pod­no­si. Za­raz mi­nie­my Orry, a po­tem La Cha­pel­le. Po le­wej jest dro­ga na skra­ju lasów Ha­lat­te. Tamtędy brat Syl­wii zawiózł mnie kie­dyś ka­riolką na uro­czy­stość w sąsiedz­twie. To był chy­ba dzień świętego Bartłomie­ja i wieczór. Po leśnych, rzad­ko uczęszcza­nych dro­gach jego mały ko­nik pędził jak na sa­bat. Od Mont-l'Év?que był już bruk, po kil­ku mi­nu­tach stanęliśmy przed dom­kiem stróża sta­re­go opac­twa w Cha­alis. - Cha­alis, zno­wu wspo­mnie­nia!

W daw­nej ustro­ni ce­sa­rzy można po­dzi­wiać je­dy­nie ru­iny klasz­to­ru z bi­zan­tyj­ski­mi ar­ka­da­mi, których ostat­nia ga­le­ria ry­su­je się jesz­cze na tle stawów - za­po­mnia­ne reszt­ki pobożnych fun­da­cji na włościach, zwa­nych kie­dyś fol­war­ka­mi Ka­ro­la Wiel­kie­go. Re­li­gia w tych stro­nach, odciętych od cha­osu miast i dróg, za­cho­wała ślady długiej obec­ności kar­dy­nałów z rodu d'Este w cza­sach Me­dy­ce­uszy: jej sym­bo­le i obrzędy wciąż mają w so­bie pewną dwor­ność i po­ezję, pod łuka­mi de­li­kat­nie żebro­wa­nych ka­plic, zdo­bio­nych przez włoskich ar­tystów, od­dy­cha się at­mos­ferą Od­ro­dze­nia. Po­sta­cie świętych i aniołów ry­sują się różowo na błękit­nym tle skle­pień, przy­wodząc na myśl pogańskie ale­go­rie, sen­ty­men­ta­lizm Pe­trar­ki i mi­to­lo­gicz­ny mi­sty­cyzm Fran­ce­sca Co­lon­ny.

Byliśmy z bra­tem Syl­wii in­tru­za­mi na pry­wat­nej uro­czy­stości, która od­by­wała się tego wie­czo­ra. Pew­na bar­dzo wy­so­ko uro­dzo­na oso­ba, w której rękach znaj­do­wała się wte­dy po­siadłość, za­pro­siła kil­ka oko­licz­nych ro­dzin na swe­go ro­dza­ju ale­go­ryczną in­sce­ni­zację z udziałem wy­cho­wa­nek sąsied­nie­go klasz­to­ru. Nie było to by­najm­niej przy­po­mnie­nie tra­ge­dii gry­wa­nych przez pan­ny z Sa­int-Cyr, lecz od­ległe echo pierw­szych prób li­rycz­nych po­dej­mo­wa­nych we Fran­cji za pa­no­wa­nia Wa­le­zju­szy. Zo­ba­czyłem coś w ro­dza­ju daw­ne­go mi­ste­rium. Za ko­stiu­my służyły długie, różniące się barwą suk­nie, mo­dre, hia­cyn­to­we, ko­ra­lo­we. Sce­na przed­sta­wiała anioły zgro­ma­dzo­ne na ru­inie świa­ta. Ko­lej­no wy­chwa­lały śpie­wem roz­ma­ite wspa­niałości zgasłego glo­bu, anioł śmier­ci zaś objaśniał przy­czy­ny jego uni­ce­stwie­nia. Z otchłani przy­by­wał duch z ogni­stym mie­czem w dłoni i wzy­wał tam wszyst­kie anioły, by mogły po­dzi­wiać Chry­stu­sa w chwa­le po­grom­cy Pie­kieł. Tym du­chem była Ad­rian­na, od­mie­nio­na stro­jem, a wcześniej już - powołaniem. Au­re­ola ze złote­go kar­to­nu, ota­czająca jej anielską głowę, zda­wała się nam kręgiem praw­dzi­we­go światła; jej głos był te­raz moc­niej­szy, o szer­szej ska­li, a nie­ustające fio­ry­tu­ry włoskie­go śpie­wu ha­fto­wały pta­sim szcze­bio­tem su­ro­we zda­nia wzniosłego re­cy­ta­ty­wu.

Od­twa­rzając te szczegóły, za­czy­nam się za­sta­na­wiać, czy są rze­czy­wi­ste, czy też je tyl­ko wyśniłem18. Brat Syl­wii był tego wie­czo­ra lek­ko pod­ocho­co­ny. Za­trzy­ma­liśmy się chwilę w dom­ku stróża - tym, co mnie szczególnie tam ude­rzyło, był łabędź roz­po­star­ty na drzwiach19, a w środ­ku wy­so­kie rzeźbio­ne sza­fy z orze­cha, wiel­ki ze­gar szaf­ko­wy i ho­no­ro­we tro­fea - łuki i strzały - wiszące nad czer­wo­no-zie­loną tarczą. Dziw­ny ka­rzeł w chińskiej cza­pecz­ce, z bu­telką w jed­nej i pierście­niem w dru­giej ręce, zda­wał się zachęcać łuczników, by do­brze mie­rzy­li. Ka­rzeł, jak sądzę, był wycięty z bla­chy. Ale czy Ad­rian­na w isto­cie się zja­wiła, praw­dzi­wa jak te wszyst­kie szczegóły, jak niewątpli­wie ist­niejące opac­two w Cha­alis? A prze­cież to syn stróża wpro­wa­dził mnie do sali, gdzie od­by­wało się przed­sta­wie­nie; sta­liśmy koło drzwi, za ple­ca­mi licz­nie zgro­ma­dzo­nych gości siedzących w sku­pio­nym wzru­sze­niu. To był dzień świętego Bartłomie­ja - szczególnie związany z pamięcią Me­dy­ce­uszy, których her­by, spięte z her­ba­mi rodu d'Este, zdo­biły te sta­re mury... A może to wspo­mnie­nie jest jakąś ob­sesją! - Na szczęście eks­tra­pocz­ta przy­sta­je na dro­dze do Ples­sis; wy­ry­wam się świa­tu ma­rzeń i już tyl­ko kwa­drans mar­szu mało uczęszcza­ny­mi ścieżkami dzie­li mnie od Lo­isy.

VIII. BAL W LO­ISY

Wszedłem na bal w Lo­isy o me­lan­cho­lij­nej, słod­kiej go­dzi­nie, gdy światła bledną i drżą przed nad­chodzącym dniem. Lipy, ciem­ne od dołu, u wierz­chołków przy­bie­rały barwę błękit­nawą. Wiej­ski flet nie wal­czył już tak dziel­nie z tre­la­mi słowików. Wszy­scy byli bla­dzi, w prze­rze­dzo­nych gru­pach z tru­dem roz­po­zna­wałem zna­jo­me twa­rze. W końcu spo­strzegłem Dużą Lizę, przy­ja­ciółkę Syl­wii. Ucałowała mnie, mówiąc:

- Od daw­na cię tu nie wi­dzia­no, Paryżani­nie.

- O, tak! Od daw­na.

- Przy­je­chałeś o tej po­rze?

- Eks­tra­pocztą.

- Nie­zbyt się spie­szyła!

- Chciałem zo­ba­czyć Syl­wię; jest jesz­cze na balu?

- Za­wsze zo­sta­je do rana; tak lubi tańczyć!

W jed­nej chwi­li byłem przy niej. Miała zmęczoną twarz; ale jej czar­ne oczy nadal błysz­czały daw­nym uśmie­chem Ate­ny. Obok niej stał jakiś młodzie­niec. Dała mu znak, że re­zy­gnu­je z następne­go kon­tre­dan­sa. Ukłonił się i od­szedł.

Robiło się wid­no. Wy­szliśmy z balu, trzy­mając się za ręce. Kwia­ty w jej po­tar­ga­nych włosach stra­ciły świeżość; bu­kie­cik przy sta­ni­ku osy­pał się na zmięte ko­ron­ki, mi­ster­ne dzieło jej rąk. Spy­tałem, czy mogę ją od­pro­wa­dzić do domu. Wstał już dzień, dość po­chmur­ny. Po le­wej stro­nie szem­rała Th?ve, tworząc wiry na stojącej wo­dzie za­ko­li, gdzie kwitły białe i żółte ne­nu­fa­ry, a kru­che ha­fty gwiazd wod­nych jaśniały ni­czym sto­krot­ki. Na po­lach leżały po­ko­sy i stały sto­gi sia­na, którego za­pach ude­rzał mi do głowy, nie upa­jał już jed­nak, jak nie­gdyś świeża woń lasu i krzewów kwitnącej tar­ni­ny.

Nie przyszło nam na myśl, by znów się przez nie prze­dzie­rać.

- Syl­wio - po­wie­działem - już mnie nie ko­chasz!

- Przy­ja­cie­lu - wes­tchnęła - należy być rozsądnym; w życiu rze­czy nie układają się tak, jak byśmy tego chcie­li. Opo­wia­dałeś mi kie­dyś o No­wej He­lo­izie, prze­czy­tałam ją całą, cho­ciaż str­wożyła mnie wstępna prze­stro­ga: "Każda młoda dziew­czy­na, która prze­czy­ta tę książkę, jest zgu­bio­na". Za­ufałam swo­je­mu ro­zu­mo­wi, nie prze­rwałam lek­tu­ry. Czy pamiętasz ten dzień, kie­dy prze­bra­liśmy się w ślub­ne stro­je ciot­ki?... Na ry­ci­nach w He­lo­izie za­ko­cha­ni też są ubra­ni po sta­roświec­ku, dla mnie Sa­int-Preux to byłeś ty, a ja czułam się Julią. Ach, cze­muś wte­dy nie wrócił! Mówio­no, że po­je­chałeś do Włoch. Mu­siałeś tam spo­tkać nie­jedną o wie­le ode mnie piękniejszą!

- Żad­nej, Syl­wio, co miałaby two­je spoj­rze­nie i two­je szla­chet­ne rysy. Choć o tym nie wiesz, je­steś an­tyczną nimfą. A lasy twej zie­mi są piękne jak Kam­pa­nia Rzym­ska. Są w nich równie wy­niosłe złomy gra­ni­tu, jest ka­ska­da spa­dająca z wy­so­kich skał jak w Ter­ni. Nie wi­działem tam nic, za czym tu mógłbym tęsknić.

- A w Paryżu? - spy­tała.

- W Paryżu...

Za­prze­czyłem ru­chem głowy.

Na­gle pomyślałem o próżnym ob­ra­zie, który tak długo mnie zwo­dził.

- Syl­wio - po­pro­siłem - przy­stańmy tu­taj, do­brze?

Padłem jej do stóp; płacząc gorz­ki­mi łzami, wy­znałem swo­je wa­ha­nia i ka­pry­sy; mówiłem o zgub­nym wid­mie zabłąka­nym w moim życiu.

- Ura­tuj mnie! - zawołałem. - Wra­cam do cie­bie na za­wsze.

Spoj­rzała na mnie z czułością...

W tej chwi­li naszą roz­mowę prze­rwał głośny wy­buch śmie­chu. Do­go­nił nas brat Syl­wii, try­skający zdrową wiejską wesołością - zwykłym skut­kiem całonoc­nej za­ba­wy - tym ra­zem jed­nak roz­bu­chaną po­nad miarę dzięki wie­lu spełnio­nym to­a­stom. Wołał na wiel­bi­cie­la z balu, za­gu­bio­ne­go gdzieś z tyłu, w krza­kach tar­ni­ny, i ten za­raz do nas dołączył. Nie trzy­mał się na no­gach le­piej od kom­pa­na, a Paryżanin zda­wał się onieśmie­lać go bar­dziej niż Syl­wia. Jego po­czci­wa mina i zakłopo­ta­na uprzej­mość spra­wiły, że nie miałem doń pre­ten­sji, choć był tan­ce­rzem, dla którego Syl­wia zo­stała na balu do rana. Uznałem, że nie jest nie­bez­piecz­ny.

- Mu­si­my wra­cać do domu - zwróciła się Syl­wia do bra­ta. - Do zo­ba­cze­nia - rzekła i pod­sunęła mi po­li­czek.

Ad­o­ra­tor nie po­czuł się do­tknięty.

IX. ER­ME­NO­NVIL­LE

Wca­le nie chciało mi się spać. Po­szedłem do Mon­ta­gny spoj­rzeć na dom wuja. Wiel­ki smu­tek ścisnął mi ser­ce, kie­dy do­strzegłem żółtą fa­sadę i zie­lo­ne okien­ni­ce. Wszyst­ko zda­wało się ta­kie jak daw­niej; tyle że klucz trze­ba było wziąć od sąsia­da. Odsłoniłem okna i ze wzru­sze­niem roz­po­znałem sta­re me­ble, nic a nic nie­zmie­nio­ne, wyraźnie co jakiś czas prze­cie­ra­ne, wy­soką szafę z orze­cha, dwa fla­mandz­kie ob­ra­zy - jak mówio­no, pędzla na­sze­go da­le­kie­go przod­ka; dwa duże szty­chy według Bo­uche­ra i całą serię opra­wio­nych w ram­ki ry­cin Mo­re­au do Emi­la i No­wej He­lo­izy; na sto­le zaś wy­pcha­ne­go psa, którego pamiętałem żywym, daw­ne­go to­wa­rzy­sza wędrówek po la­sach, może ostat­nie­go już mop­sa, bo należał do tej wy­marłej rasy.

- Pa­pu­ga jesz­cze żyje - rzekł sąsiad - za­brałem ją do sie­bie.

Ogród był ob­ra­zem try­um­fu zdzi­czałej roślin­ności. W rogu od­kryłem dzie­cięcy ogródek, nie­gdyś prze­ze mnie założony. Drżąc, wszedłem do ga­bi­ne­tu, gdzie wciąż stała nie­wiel­ka bi­blio­te­ka pełna sta­ran­nie do­bra­nych książek, sta­rych przy­ja­ciół tego, kto już od­szedł; na biur­ku leżały wy­ko­pa­ne w ogro­dzie sta­rożytności: wazy, rzym­skie me­da­le - jego mu­zeum, którym tak się cie­szył.

- Chodźmy zo­ba­czyć pa­pugę - zwróciłem się do sąsia­da. Pa­pu­ga zażądała śnia­da­nia jak za swych naj­piękniej­szych dni i spoj­rzała na mnie okrągłym okiem obrzeżonym zmarsz­czoną skórą ni­czym znający życie sta­rzec.

Pełen smut­nych myśli, zbu­dzo­nych tym spóźnio­nym po­wro­tem w uko­cha­ne stro­ny, za­pragnąłem znów uj­rzeć Syl­wię, je­dyną istotę wciąż żywą i młodą, która wiązała mnie z tą zie­mią. Wy­ru­szyłem do Lo­isy. Było południe; wszy­scy jesz­cze spa­li, zmęcze­ni ba­lem. Przyszło mi do głowy, by skrócić czas spa­ce­rem do Er­me­no­nvil­le, la­sem od­ległego nie więcej niż milę. Był piękny let­ni dzień. Chłód leśnej dro­gi, po­dob­nej do par­ko­wej alei, od razu mnie orzeźwił. Jed­no­stajną zie­leń wiel­kich dębów uroz­ma­icały cza­sem białe pnie brzóz o drżącym li­sto­wiu. Pta­ki mil­czały, słyszałem tyl­ko stu­ka­nie zie­lo­ne­go dzięcioła, który gdzieś drążył so­bie gniaz­do. W pew­nej chwi­li omal się nie zgu­biłem, bo wska­zujące drogę ta­blicz­ki na żerd­kach miały miej­sca­mi za­tar­te na­pi­sy. W końcu, zo­sta­wiając po le­wej ręce P u s t y n i ę, tra­fiłem na po­lanę tańców, gdzie nadal stoi ławka dla starców. Wspo­mnie­nia fi­lo­zo­fującej sta­rożytności, wskrze­szo­ne przez daw­ne­go właści­cie­la tych ziem, naszły mnie tłumnie na wi­dok tak wy­mow­ne­go wcie­le­nia idei Emi­la i Podróży Ana­char­si­sa.

Kie­dy wśród gałęzi wierzb i lesz­czyn błysnęły wody je­zio­ra, osta­tecz­nie roz­po­znałem miej­sce, w które wuj wie­le razy za­bie­rał mnie na prze­chadzkę: toż to Ś w i ą t y n i a F i l o z o f i i, której bu­do­wy fun­da­tor nie miał szczęścia dokończyć. Ma kształt świątyni Sy­bil­li Ty­bur­tyńskiej i trwa pod osłoną so­sen, błyszcząc na­zwi­ska­mi wiel­kich myśli­cie­li, od Mon­ta­igne'a i Kar­te­zju­sza do Jana Ja­ku­ba Ro­us­se­au. Nie­do­kończo­na bu­dow­la jest już tyl­ko ruiną, bluszcz wdzięcznie ją opla­ta, a jeżyna zawłasz­cza roz­sy­pujące się scho­dy. Dziec­kiem oglądałem tu uro­czy­stości, na których biało ubra­ne dziewczęta od­bie­rały na­gro­dy za postępy w na­ukach i oby­czaj­ność. Gdzie się po­działy krze­wy różane, co nie­gdyś ota­czały wzgórze? Dzi­kie róże i ma­li­ny kryją ich ostat­nie, zmar­niałe gałązki. - A waw­rzy­ny? Czyżby je ścięto, jak głosi pio­sen­ka dziewcząt, które już nie chcą cha­dzać w bór? Nie, drzew­ka słod­kiej Ita­lii ob­umarły pod na­szym mgli­stym nie­bem. Na szczęście wciąż kwit­nie li­gustr We­rgi­le­go, jak­by pragnąc pod­kreślić wy­ry­te nad wejściem słowa po­ety: Re­rum co­gno­sce­re cau­sas!I - Tak, ta świąty­nia, jak tyle in­nych, upa­da, bier­ni albo znużeni lu­dzie wkrótce prze­staną ją od­wie­dzać, obojętna na­tu­ra od­zy­ska włości, które sztu­ka chciała jej wy­drzeć; ale pra­gnie­nie wie­dzy jest wiecz­ne i wiecz­nie będzie potęgować siły i zapał człowie­ka!

A oto Wy­spa To­po­lo­wa i grób Ro­us­se­au, bez jego prochów. O, mędrcze! Dałeś nam po­karm sil­nych, lecz byliśmy za słabi, by mógł nas wzmoc­nić. Wy­rze­kliśmy się twych nauk, które sza­no­wa­li nasi oj­co­wie, za­gu­bi­liśmy sens two­ich słów, ostat­nie­go echa sta­rożyt­nych mądrości. Ale nie traćmy na­dziei, zwróćmy oczy ku słońcu, jak ty w go­dzi­nie śmier­ci!

Uj­rzałem zno­wu pałac w Er­me­no­nvil­le i spo­koj­ne, ota­czające go wody, ka­skadę żalącą się wśród skał, drogę łączącą dwie części mia­stecz­ka, której zakręty znaczą czte­ry gołębni­ki, mu­rawę ciągnącą się jak sa­wan­na aż pod za­mglo­ne wzgórza; wieża Ga­brie­li od­bi­ja się z dala w wo­dach sztucz­ne­go je­zio­ra, roz­gwieżdżone­go efe­me­rycz­nym kwie­ciem; pia­na się bu­rzy, owa­dy brzęczą... Trze­ba ucie­kać przed zdra­dli­wym wy­zie­wem na py­li­ste pia­skow­ce pu­sty­ni i nieużytki, gdzie różowe wrzo­sy pod­kreślają zie­leń pa­pro­ci. Ja­kie to wszyst­ko smut­ne i sa­mot­ne! Za­chwy­co­ne spoj­rze­nie Syl­wii, jej sza­lo­ne ga­lo­pa­dy, jej ra­do­sne okrzy­ki rzu­cały nie­gdyś czar na te miej­sca! Wte­dy była jesz­cze dzi­kim dziec­kiem z bo­sy­mi sto­pa­mi, ogo­rzałym po­mi­mo słomko­we­go ka­pe­lu­sza, którego sze­ro­ka wstążka po­wie­wała wplątana w czar­ne war­ko­cze. Szliśmy napić się mle­ka w cha­cie szwaj­car­skiej i wszy­scy po­wta­rza­li: "Jaka ślicz­na jest two­ja pan­na, Mały Paryżani­nie!" Ach! wte­dy nie chciałaby tańczyć z żad­nym wieśnia­kiem! Tańczyła tyl­ko ze mną, raz w roku, na święcie łuczników.

X. KĘDZIOR

Ru­szyłem do Lo­isy; wszy­scy już wsta­li. Syl­wia była ubra­na jak pa­nien­ka, pra­wie po miej­sku. Z dawną pro­stotą za­pro­siła mnie na górę, do swe­go po­ko­ju. Jej oczy jak przed­tem skrzyły się cza­rującym uśmie­chem, ale moc­no za­ry­so­wa­ne łuki brwi chwi­la­mi do­da­wały jej po­wa­gi. Pokój urządzo­ny był zwy­czaj­nie, lecz me­ble były no­wo­cze­sne, zwier­ciadło w złotej ra­mie zastąpiło sta­re lu­stro zwieńczo­ne ma­lo­widłem, na którym sie­lan­ko­wy pa­sterz po­da­wał pta­sie gniazd­ko błękit­no-różowej pa­ster­ce. Łoże ze słupka­mi, skrom­nie zasłonięte zblakłym płótnem w ma­jo­we gałązki, ustąpiło miej­sca łóżku z orze­cha, z fi­ran­ka­mi w głowach; klatkę w oknie po piegżach przejęły ka­nar­ki. Chciałem jak naj­szyb­ciej opuścić ten pokój, w którym nie znaj­dy­wałem żad­nych śladów przeszłości.

- Nie ro­bisz dziś ko­ro­nek?... - spy­tałem.

- O, ja już nie robię ko­ro­nek! Nie ma na nie po­py­tu; na­wet w Chan­til­ly za­mknęli warsz­ta­ty.

- To czym się te­raz zaj­mu­jesz?

Wyciągnęła z ja­kie­goś kąta żela­zny przyrząd po­dob­ny do długich klesz­czy.

- A to co ta­kie­go?

- Mówią na to: me­cha­ni­ka; trzy­ma skórę ręka­wi­czek przy szy­ciu.

- Ach! więc je­steś ręka­wicz­niczką, Syl­wio?

- Tak, pra­cu­je tu nas parę dla Dam­mar­tin, chwi­lo­wo to bar­dzo popłatne; ale dziś nie mam nic do ro­bo­ty; chodźmy na spa­cer, gdzie wola!

Spoj­rzałem na drogę do Othis - Syl­wia pokręciła przecząco głową; zro­zu­miałem, że ciot­ka nie żyje. Zawołała małego chłopczy­ka i kazała mu osiodłać osła.

- Je­stem jesz­cze zmęczo­na po wczo­raj­szym, ale spa­cer do­brze mi zro­bi; od­wiedźmy Cha­alis!

Zmie­rza­my więc tam przez las, a za nami chłopczyk uzbro­jo­ny w gałąź. Po chwi­li Syl­wia po­sta­no­wiła się za­trzy­mać, uścisnąłem ją, po­pro­siłem, by usiadła. Nie udało mi się wrócić do na­szej po­uf­nej roz­mo­wy. Mu­siałem opo­wia­dać o swo­im życiu w Paryżu, o podróżach...

- Jak można jeździć tak da­le­ko? - spy­tała.

- Sam się temu dzi­wię, patrząc znów na cie­bie.

- Tak się tyl­ko mówi.

- Ale mu­sisz przy­znać, że daw­niej nie byłaś taka ślicz­na.

- Czy ja wiem.

- Pamiętasz na­sze dzie­ciństwo, byłaś z nas wszyst­kich naj­wyższa?

- A pan naj­grzecz­niej­szy!

- Och, Syl­wio!

- Jeździ­liśmy ra­zem na osiołku, każde w swo­im ko­szu.

- Wte­dy nie mówiłaś mi "pan"... Pamiętasz, jak uczyłaś mnie łowić raki pod mo­sta­mi na Th?ve i No­net­te?

- A ty pamiętasz swo­je­go mlecz­ne­go bra­ta, który wyciągnął cię kie­dyś z u o d y20?

- D u ż y K ę d z i o r! Ale to on po­wie­dział, że tam się da przejść u o d ę!

Po­spie­szyłem zmie­nić te­mat roz­mo­wy. Ta hi­sto­ria żywo przy­po­mniała mi cza­sy, kie­dy tu przy­jeżdżałem odzia­ny w an­giel­ski fra­czek, budzący wesołość wieśniaków. Tyl­ko Syl­wia uważała, że je­stem ład­nie ubra­ny, ale nie śmiałem przy­po­mnieć jej tego, co mówiła tak daw­no temu. Nie wiem dla­cze­go pomyślałem o stro­jach ślub­nych, które włożyliśmy u sta­rej ciot­ki w Othis. Spy­tałem, co się z nimi stało.

- Och! po­czci­wa ciot­ka - po­wie­działa Syl­wia - pożyczyła mi swoją suk­nię na tańce w Dam­mar­tin, dwa lata temu, w kar­na­wa­le. Rok później zmarła, moja bied­na ciot­ka!

Wzdy­chała i płakała, więc nie mogłem jej spy­tać, jak to się stało, że poszła na bal ma­sko­wy; pojąłem jed­nak, że dzięki zdol­nościom ma­nu­al­nym Syl­wia prze­stała być wieśniaczką. Jej ro­dzi­ce nadal upra­wia­li zie­mię, a ona dbała o nich jak przed­siębior­cza wróżka, roz­sie­wająca wokół do­sta­tek.

XI. POWRÓT

Po wyjściu z lasu odsłania się ho­ry­zont. Do­szliśmy do stawów w Cha­alis. Ga­le­rie klasz­to­ru, ka­pli­ca o smukłych ostrołukach, śre­dnio­wiecz­na wieża i nie­wiel­ki pałac, miłosna sie­dzi­ba Hen­ry­ka IV i Ga­brie­li, bar­wiły się już czer­wo­nym światłem za­cho­du na ciem­no­zie­lo­nym tle lasu.

- To kra­jo­braz z Wal­ter Scot­ta, nie­praw­daż? - spy­tała Syl­wia.

- A kto ci po­wie­dział o Wal­ter Scot­cie? Widzę, że dużo prze­czy­tałaś przez te trzy lata!... Ja próbuję za­po­mnieć o książkach; więcej cza­ru ma dla mnie nasz wspólny powrót do tego sta­re­go opac­twa, w którego ru­inach ba­wi­liśmy się w cho­wa­ne­go, gdy byliśmy mali. Pamiętasz, Syl­wio, jak się bałaś, kie­dy stróż opo­wia­dał nam o czer­wo­nych mni­chach21?

- Och! nie przy­po­mi­naj mi o nich.

- No, to zaśpie­waj mi pio­senkę o Pięknej, po­rwa­nej u ojca w ogródecz­ku spod krze­wu białej róży.

- Tego się już nie śpie­wa.

- In­te­re­su­jesz się mu­zyką?

- Trochę.

- Syl­wio, Syl­wio, je­stem pe­wien, że śpie­wasz te­raz arie ope­ro­we!

- Skąd ten smu­tek w głosie?

- Bo lubiłem sta­re pio­sen­ki, a ty mi ich już nie zaśpie­wasz.

Syl­wia za­nu­ciła po­pu­larną arię z no­wo­cze­snej ope­ry... F r a z o w a ł a!

Obe­szliśmy sąsied­nie sta­wy. A oto zie­lo­na mu­ra­wa w kręgu lip i młodych wiązów, na której często tańczy­liśmy! Próżność kazała mi opo­wie­dzieć o sta­rych ka­ro­lińskich mu­rach i objaśnić herb rodu d'Este.

- Och, ty mu­siałeś prze­czy­tać sto razy więcej niż ja! - rzekła Syl­wia. - A więc je­steś uczo­nym?

Do­tknęła mnie, gdyż było w tym coś z wy­rzu­tu. Od początku szu­kałem od­po­wied­nie­go miej­sca, by podjąć czułe po­ran­ne wy­zna­nia; ale cóż mogłem jej po­wie­dzieć przy ośle i dość by­strym chłopczy­ku, który raz po raz do nas pod­cho­dził, bo słucha­nie Paryżani­na spra­wiało mu wyraźną przy­jem­ność. Opo­wie­działem więc, na swo­je nieszczęście, o zja­wie z Cha­alis, sta­le obec­nej w mo­jej pamięci. Za­pro­wa­dziłem ją do tej sa­mej pałaco­wej sali, w której nie­gdyś słyszałem śpiew Ad­rian­ny.

- Syl­wio - po­pro­siłem - zaśpie­waj! Niech twój tak dro­gi mi głos za­brzmi pod tym skle­pie­niem i przepędzi stąd du­cha, który mnie dręczy, nie wiem, czy na mą zgubę, czy dla oca­le­nia.

Powtórzyła za mną słowa i me­lo­dię:

Anioły przy­by­waj­cie żywo

W głąb czyśćco­wych otchłani!...

- Ja­kie to smut­ne! - po­wie­działa.

- To wzniosłe... Sądzę, że to Po­rpo­ra, a wier­sze przełożono w XVI stu­le­ciu.

- Być może - od­parła Syl­wia.

Wra­ca­liśmy do­liną, drogą na Char­le­pont, które chłopi, z na­tu­ry nie­zbyt bie­gli w ety­mo­lo­giach, na­zy­wają z upo­rem "Châlle­pont". Syl­wia, zmęczo­na już jazdą na ośle, opie­rała się na moim ra­mie­niu. Dro­ga była pu­sta; próbowałem mówić o tym, co prze­pełniało mi ser­ce, ale nie wiem dla­cze­go na­su­wały mi się tyl­ko ba­nal­ne określe­nia albo znie­nac­ka szum­ne zda­nie z ja­kiejś po­wieści, którą Syl­wia mogła znać. Milkłem wówczas, zgod­nie z kla­syczną re­to­ryką, a ona dzi­wiła się nie­kie­dy tym prze­ry­wa­nym wy­nu­rze­niom. Do­tar­liśmy pod mur Sa­int-S... i trze­ba było pa­trzeć pod nogi. Prze­ci­na­liśmy wil­got­ne łąki pełne krętych stru­myków.

- Co działo się później z za­kon­nicą? - spy­tałem na­gle.

- Okrop­ny je­steś z tą swoją za­kon­nicą... No więc... no więc... źle się to wszyst­ko skończyło.

Syl­wia nie chciała po­wie­dzieć nic więcej.

Czy ko­bie­ty na­prawdę czują, kie­dy pa­dające z ust słowa nie płyną z ser­ca? Trud­no w to uwie­rzyć, widząc, jak łatwo dają się oszu­kać i jak często mylą się w wy­bo­rze - niektórzy mężczyźni tak świet­nie od­gry­wają ko­me­dię miłości! Ja tego nig­dy nie umiałem, choć wiem, że by­wają i ta­kie, co chcą być oszu­ki­wa­ne. Zresztą miłość sięgająca dzie­ciństwa to coś świętego... Syl­wia, która do­ra­stała na mo­ich oczach, była dla mnie pra­wie siostrą. Nie mogłem jej uwo­dzić... Całkiem inna myśl prze­mknęła mi przez głowę. O tej po­rze - mówiłem so­bie w du­chu - sie­działbym w te­atrze... Kogo też Au­re­la22 (ta­kie było imię ak­tor­ki) miała grać dziś wieczór? Ależ tak, księżniczkę w no­wej sztu­ce! Jakże jest wzru­szająca w trze­cim ak­cie!... I w sce­nie miłosnej dru­gie­go, z tym pierw­szym aman­tem, całym w zmarszcz­kach...

- Roz­myślasz o czymś? - spy­tała Syl­wia i zaśpie­wała:

Żyją w Dam­mar­tin trzy piękne dzie­wi­ce,

Jed­na jest na­wet piękniej­sza od słońca...

- Jakaś ty nie­do­bra! - wy­krzyknąłem. - Wi­dzisz, nie za­po­mniałaś wszyst­kich sta­rych pio­se­nek.

- Gdy­byś przy­jeżdżał tu częściej, spo­ro bym so­bie przy­po­mniała, ale trze­ba pamiętać o kon­kre­tach. Ty masz swo­je spra­wy w Paryżu, ja mam swoją pracę; nie wra­caj­my zbyt późno, ju­tro muszę wstać sko­ro świt.

XII. OJ­CIEC DODU

Już miałem od­po­wie­dzieć, już miałem paść do jej stóp, ofia­ro­wać dom wuja, który jesz­cze mogłem wy­ku­pić, bo dzie­dzi­czy­liśmy go w kil­ko­ro, a był za mały, by go dzie­lić, ale w tej chwi­li do­tar­liśmy do Lo­isy. Cze­ka­no na nas z ko­lacją. Pa­triar­chal­na woń zupy ce­bu­lo­wej roz­no­siła się wokoło. Przyszło też kil­ku sąsiadów, za­pro­szo­nych na poświątecz­ny wieczór. Od razu roz­po­znałem sta­re­go drwa­la, Ojca Dodu, który nie­gdyś opo­wia­dał ze­bra­nej po zmro­ku młodzieży ta­kie za­baw­ne i ta­kie strasz­ne hi­sto­rie. Oj­ciec Dodu, na zmianę pa­sterz, posłaniec, strażnik łowiec­ki, ry­bak, a na­wet kłusow­nik, w wol­nych chwi­lach robił ze­ga­ry z kukułką i ku­chen­ne kołowro­ty ob­ra­cające rożen. Przez dłuższy czas trud­nił się opro­wa­dza­niem An­glików po Er­me­no­nvil­le, po­ka­zy­wał im miej­sca, gdzie Ro­us­se­au zwykł dumać, i opo­wia­dał o jego ostat­nich chwi­lach. To on był tym małym chłopcem, którego fi­lo­zof pro­sił o po­moc w układa­niu ziel­ni­ka i któremu kazał zbie­rać wszyst­kie zna­le­zio­ne cy­ku­ty, by po­tem wy­cisnąć ich sok do swo­jej kawy z mle­kiem. Oberżysta spod Złote­go Krzyża pod­ważał ten szczegół; stąd ich za­sta­rzała niechęć. Przez długie lata Ojcu Dodu za­rzu­ca­no nie­win­ne se­kret­ne prak­ty­ki, na przykład le­cze­nie krów od­ma­wia­nym na wspak wer­se­tem i zna­kiem krzyża kreślo­nym lewą nogą, ale już daw­no wy­rzekł się tych za­bo­bonów - dzięki, jak ma­wiał, wspo­mnie­niu rozmów z Ja­nem Ja­ku­bem.

- A, to ty, Mały Paryżani­nie! - po­wi­tał mnie Oj­ciec Dodu. - Przy­jeżdżasz tu zwo­dzić na­sze dziewczęta?

- Ja, Oj­cze Dodu?

- Pro­wa­dzisz je w las, przy­sięgając, że nie ma tam wil­ka!

- Bo to wy je­steście wil­kiem, Oj­cze Dodu.

- Byłem, póki tra­fiały mi się owce; te­raz spo­ty­kam same kozy, a te umieją się bro­nić! Wszy­scyście chy­trzy w tym Paryżu. Jan Ja­kub miał rację, po­wta­rzając, że "człowiek pod­le­je w za­tru­tym po­wie­trzu miast".

- Oj­cze Dodu, wie­cie aż za do­brze, że człowiek pod­le­je wszędzie.

Oj­ciec Dodu za­in­to­no­wał swa­wolną śpiewkę bie­siadną; da­rem­nie próbo­wa­no mu prze­rwać przy pew­nym nie­sto­sow­nym ku­ple­cie, który wszy­scy świet­nie zna­li. Syl­wia nie chciała zaśpie­wać, cho­ciaż ją pro­si­liśmy - twier­dziła, że przy sto­le już się nie śpie­wa. Za­uważyłem od razu, że po jej le­wej ręce sie­dzi wczo­raj­szy ad­o­ra­tor. Coś w jego okrągłej twa­rzy i zwi­chrzo­nej czu­pry­nie nie było mi obce. Pod­niósł się i stanąwszy za moim krzesłem, spy­tał:

- Czyżbyś mnie nie po­zna­wał, Paryżani­nie?

Star­sza wieśniacz­ka, która nam usługi­wała, a te­raz przy­siadła się do de­se­ru, szepnęła mi na ucho:

- Nie po­zna­jesz swo­je­go mlecz­ne­go bra­ta?

Byłbym się ośmie­szył, gdy­by nie ta pod­po­wiedź.

- Toż to Duży Kędzior! - wy­krzyknąłem. - To tyś mnie wyciągnął z u o d y!

Syl­wia zaśmie­wała się głośno z od­no­wie­nia na­szej zna­jo­mości.

- Nie tyl­ko cie­bie - mówił, ści­skając mnie, chłopak. - Miałeś piękny srebr­ny ze­ga­rek i wra­cając, przej­mo­wałeś się nim bar­dziej niż sobą, bo ze­ga­rek prze­stał cho­dzić; po­wta­rzałeś w kółko: "Z w i e r z ą t k o się uto­piło, nie robi już tik-tak; co na to po­wie wu­jek?..."

- Zwierzątko w ze­gar­ku - mruknął Oj­ciec Dodu - w co też każą wie­rzyć dzie­ciom w Paryżu!

Syl­wii chciało się spać, pojąłem, że już się dla niej nie liczę. Poszła do swo­je­go po­ko­ju, a kie­dy ją całowałem, po­wie­działa:

- Do ju­tra, od­wiedź nas zno­wu!

Oj­ciec Dodu zo­stał przy sto­le z Syl­wi­nem i moim mlecz­nym bra­tem; gawędzi­liśmy długo przy flasz­ce ra­ta­fii z Lo­uvres.

- Lu­dzie są równi - oświad­czył Oj­ciec Dodu między jed­nym a dru­gim ku­ple­tem - piję z cu­kier­ni­kiem tak samo, jak piłbym z księciem.

- A gdzie cu­kier­nik? - spy­tałem.

- Ro­zej­rzyj się! To młody człowiek, co chce być na swo­im.

Mój mlecz­ny brat zda­wał się skrępo­wa­ny. Zro­zu­miałem wszyst­ko. -Prze­zna­cze­nie chciało, bym miał mlecz­ne­go bra­ta w kra­inie sław­nej po­by­tem Jana Ja­ku­ba, który był prze­ciw­ni­kiem ma­mek! - Oj­ciec Dodu zdra­dził mi, że mówi się o ślu­bie Syl­wii z Kędzio­rem, który ma za­miar otwo­rzyć cu­kier­nię w Dam­mar­tin. O więcej nie pytałem. Dyliżans z Nan­teu­il-le-Ho­udin za­brał mnie na­za­jutrz do Paryża.

XIII. AU­RE­LA

Do Paryża! - Podróż trwa pięć go­dzin. Nie spie­szyło mi się, chciałem tyl­ko zdążyć przed wie­czo­rem. O ósmej sie­działem już w swo­jej loży; Au­re­la swym cza­rem i zapałem ożywiła wier­sze jed­ne­go z ówcze­snych ta­lentów, kroczącego nie­pew­nie śla­dem Schil­le­ra. W sce­nie ogro­do­wej osiągnęła wyżyny. Pod­czas czwar­te­go aktu, w którym się nie po­ja­wia, po­szedłem kupić bu­kiet u pani Prévost23. Włożyłem weń bar­dzo czuły liścik, pod­pi­sa­ny: "Nie­zna­jo­my". To przyszły punkt za­cze­pie­nia, pomyślałem - a na­za­jutrz pędziłem już drogą na Niem­cy.

Co za­mie­rzałem tam robić? Chciałem do­pro­wa­dzić do porządku swo­je uczu­cia. - Gdy­bym pisał po­wieść, nikt nie uwie­rzyłby w hi­sto­rię ser­ca żywiącego dwie równo­ległe miłości. Syl­wia wy­my­kała mi się z mo­jej winy; ale jej wi­dok przez ten je­den dzień zdołał umoc­nić mego du­cha - te­raz była dla mnie uśmiech­niętym posągiem w Świątyni Mądrości. Jej wzrok za­trzy­mał mnie nad prze­paścią. - Z jesz­cze większą mocą od­py­chałem po­kusę, by złożyć wi­zytę Au­re­li i spróbować swych sił w wal­ce z po­spo­li­ty­mi za­lot­ni­ka­mi, którzy błysz­cze­li przy niej przez chwilę i pa­da­li odtrąceni. - Kie­dyś się prze­ko­nam - myślałem - czy ta ko­bie­ta ma ser­ce.

Pew­ne­go ran­ka prze­czy­tałem w dzien­ni­ku, że Au­re­la jest cho­ra. Na­pi­sałem do niej z górzy­stych oko­lic Sal­zbur­ga. List był zbyt prze­po­jo­ny nie­miec­kim mi­sty­cy­zmem, bym mógł się spo­dzie­wać suk­ce­su, ale też nie pro­siłem o od­po­wiedź. Trochę li­czyłem na przy­pa­dek, a trochę na "Nie­zna­jo­me­go".

Mi­jają mie­siące. W podróżach i wol­nych chwi­lach two­rzyłem li­rycz­ny dra­mat - hi­sto­rię miłości ma­la­rza Fran­ce­sca Co­lon­ny do pięknej Lau­ry, którą ro­dzi­na uczy­niła za­kon­nicą i którą ko­chał do śmier­ci. Te­mat związany był z przed­mio­tem mych nie­ustan­nych roz­myślań. Za­pi­saw­szy ostat­nie wier­sze, myślałem już tyl­ko o po­wro­cie do Fran­cji.

Cóż mógłbym te­raz opo­wie­dzieć, co nie byłoby już udziałem tylu in­nych? Prze­szedłem przez wszyst­kie kręgi udręk i wta­jem­ni­czeń te­atral­nych. "Jadłem z bębna i piłem z cym­bału" - jak mówi po­zor­nie po­zba­wio­na sen­su for­muła mi­ste­riów eleu­zyńskich. - Zna­czy ona za­pew­ne, że w po­trze­bie należy prze­kro­czyć gra­ni­ce bezsen­su i ab­sur­du - dążyłem do tego, by zdo­być, na za­wsze, mój ideał.

Au­re­la przyjęła główną rolę w przy­wie­zio­nym z Nie­miec dra­ma­cie. Nig­dy nie za­pomnę dnia, w którym po­zwo­liła prze­czy­tać so­bie sztukę. Sce­ny miłosne przy­go­to­wałem spe­cjal­nie dla niej. Sądzę, że re­cy­to­wałem je z uczu­ciem, a co ważniej­sze, w unie­sie­niu. W roz­mo­wie, do której później doszło, wy­ja­wiłem, że "Nie­zna­jo­my" z obu listów to ja.

- Pan jest do­praw­dy sza­lo­ny - po­wie­działa - ale niech mnie pan od­wie­dza... Nie spo­tkałam dotąd ni­ko­go, kto umiałby mnie ko­chać.

O, ko­bie­to! Ty szu­kasz miłości... A ja?

Przez kil­ka dni posyłałem jej li­sty, od których czul­szych i piękniej­szych z pew­nością nig­dy nie czy­tała. Jej od­po­wie­dzi były nie­zwy­kle rozsądne. Raz ją wzru­szyłem, we­zwała mnie do sie­bie i zwie­rzyła się z trwającego od daw­na związku, którego nie miała siły ze­rwać.

- Jeśli pan mnie ko­cha d l a m n i e, zro­zu­mie pan, że mogę należeć tyl­ko do jed­ne­go - po­wie­działa.

Dwa mie­siące później do­stałem list pełen zwie­rzeń. Po­biegłem do niej na­tych­miast. - Ktoś ze zna­jo­mych do­pie­ro co prze­ka­zał mi cenną wia­do­mość. Piękny młodzie­niec, którego tam­tej nocy wi­działem w klu­bie, zaciągnął się właśnie do spa­hisów.

La­tem w Chan­til­ly od­by­wały się wyścigi. Tru­pa, do której należała Au­re­la, dawała tam przed­sta­wie­nie. Przez trzy dni występów w Va­lo­is ak­to­rom prze­wo­dził in­spi­cjent. - Zdążyłem się już za­przy­jaźnić z tym za­cnym człowie­kiem, kie­dyś Do­ran­tem w ko­me­diach Ma­ri­vaux, później przez dłuższy czas pierw­szym aman­tem w dra­ma­tach, który ostat­nie suk­ce­sy odniósł jako wiel­bi­ciel w sztu­ce naśla­do­wa­nej z Schil­le­ra, kie­dy to przez lor­netkę do­strzegłem jego zmarszcz­ki. Z bli­ska wyglądał młodziej, a że nie na­brał tu­szy, na pro­win­cji wciąż jesz­cze robił wrażenie. Miał w so­bie praw­dzi­wy ogień. To­wa­rzy­szyłem tru­pie jako "pan po­eta"; udało mi się namówić in­spi­cjenta na przed­sta­wie­nia w Sen­lis i Dam­mar­tin. Z początku myślał o Com­pi?gne, ale Au­re­la mnie po­parła. Na­za­jutrz, kie­dy to­czyły się per­trak­ta­cje z właści­cie­la­mi sal i władza­mi, wy­nająłem ko­nie i drogą wzdłuż stawów Com­mel­les po­mknęliśmy na obiad do zam­ku królo­wej Blan­ki. Au­re­la w ama­zon­ce, z pusz­czo­ny­mi na wiatr złoty­mi włosa­mi, je­chała przez las niby królowa z daw­nych wieków, a wieśnia­cy przy­sta­wa­li w za­chwy­cie. - Poza panią de F...24 nie wi­dzie­li oso­by równie god­nej i z ta­kim wdziękiem od­dającej ukłony. - Po obie­dzie prze­jeżdżaliśmy przez wioskę, po­dobną do wsi szwaj­car­skich, w której wody No­net­te po­ru­szają tar­tak. Tak dro­gie memu ser­cu wi­do­ki za­cie­ka­wiły ją, nie za­trzy­mując. Już wcześniej po­sta­no­wiłem, że za­je­dzie­my pod za­mek w oko­li­cach Orry, na ten sam tra­wia­sty dzie­dzi­niec, gdzie po raz pierw­szy uj­rzałem Ad­riannę. - Nie wy­da­wała się po­ru­szo­na. Wte­dy opo­wie­działem jej wszyst­ko; wy­ja­wiłem źródło mej miłości, śnio­nej no­ca­mi, snu­tej w ma­rze­niach i w niej na­resz­cie spełnio­nej. Wysłuchała mnie z po­wagą i rzekła:

- Ty mnie nie ko­chasz! Chcesz tyl­ko usłyszeć, że ak­tor­ka jest za­kon­nicą; po pro­stu układasz dra­mat, ale bra­ku­je ci zakończe­nia. Dzi­siaj prze­stałam ci wie­rzyć!25

Jej słowa były dla mnie olśnie­niem. Te dziw­ne eks­ta­zy, w które tak długo po­pa­dałem, te ma­rze­nia, łzy, roz­pa­cze, te wy­bu­chy czułości... to nie była miłość? Na czym więc ona po­le­ga?

Wie­czo­rem Au­re­la wystąpiła w Sen­lis. Wydało mi się, że ma pewną słabość do in­spi­cjen­ta - pierw­sze­go aman­ta ze zmarszcz­ka­mi. Miał do­bry cha­rak­ter i często od­da­wał jej przysługi.

Któregoś dnia Au­re­la po­wie­działa:

- Spójrz, oto człowiek, który mnie ko­cha!

XIV. OSTAT­NIA KART­KA

Ta­kie to chi­me­ry cza­rują i zwodzą o po­ran­ku życia. Sta­rałem się je utrwa­lić, może dość cha­otycz­nie, lecz wie­le serc mnie zro­zu­mie. Życie odzie­ra nas ze złudzeń, jak my owoc z łupi­ny, a owo­cem jest doświad­cze­nie. Sma­ku­je gorz­ko; ale ma w so­bie cierp­kość, co wzmac­nia - proszę mi da­ro­wać ten sta­roświec­ki styl. Ro­us­se­au twier­dzi, że wi­dok na­tu­ry za­wsze przy­no­si po­ciechę. Próbuję cza­sem od­na­leźć ga­iki mego Cla­rens26, za­gu­bio­ne gdzieś w mgłach na północ od Paryża. Te­raz wszyst­ko jest tam inne!

Er­me­no­nvil­le! Kra­ino, gdzie roz­kwitła an­tycz­na idyl­la - ożywio­na po­now­nie podług Ges­sne­ra! Stra­ciłaś swą je­dyną gwiazdę, która świe­ciła dla mnie dwo­istym bla­skiem. Raz błękit­na, raz różowa, jak zwod­ni­czy Al­de­ba­ran, była Ad­rianną lub Syl­wią - dwie­ma połówka­mi tej sa­mej miłości. Jed­na była wzniosłym ideałem, dru­ga słodką rze­czy­wi­stością. Na cóż mi te­raz two­je cie­ni­ste drze­wa, two­je sta­wy, na­wet two­ja pu­sty­nia? Othis, Mon­ta­gny, Lo­isy, bied­ne sąsied­nie wio­ski, Cha­alis - które od­na­wiają - nie zo­stało w was nic z tam­tej przeszłości! Nie­kie­dy czuję po­trzebę po­wro­tu do tych miejsc przy­chyl­nych sa­mot­nym ma­rze­niom. Ze smut­kiem od­naj­duję tam w so­bie nie­trwałe ślady epo­ki, gdy na­tu­ral­ność była afek­to­wa­na; uśmie­cham się cza­sem, czy­tając na gra­ni­to­wych złomach wier­sze Ro­uche­ra - które nie­gdyś wy­da­wały mi się wspa­niałe - i zbaw­cze mak­sy­my nad stud­nią czy wejściem do Gro­ty Pana. Sta­wy, ko­pa­ne ta­kim kosz­tem, na dar­mo roz­ta­czają swo­je mar­twe wody, którymi wzgar­dził łabędź. Minęły dni po­lo­wań Kon­de­usza, kie­dy pędziły tędy dum­ne ama­zon­ki, gdy rogi od­po­wia­dały so­bie z od­da­li i napełniały las echem!... Do Er­me­no­nvil­le nie da się dziś do­trzeć bez­pośred­nio. Do­chodzę tam, do­je­chaw­szy do Dam­mar­tin albo przez Cre­il do Sen­lis.

Do Dam­mar­tin przy­jeżdża się za­wsze wie­czo­rem. Sy­piam wte­dy w go­spo­dzie Pod Świętym Ja­nem. Zwy­kle do­staję dość przy­zwo­ity, obi­ty starą ta­pi­se­rią pokój z ma­lo­widłem nad lu­strem. To moje osta­nie po­wro­ty do sta­rzy­zny, której już daw­no się wy­rzekłem. Śpi się pod ciepłą pu­chową pie­rzynką, ja­kich używają w tych stro­nach. Kie­dy ran­kiem otworzę ople­cio­ne wi­no­roślą i różami okno, od­kry­wam w za­chwy­cie dzie­sięć mil zie­lo­ne­go wid­nokręgu z ciągnącymi ty­ra­lierą to­po­la­mi. Tu i tam wio­ski chro­nią się pod strze­li­ste dzwon­ni­ce, najeżone - jak tu­taj mówią - kośćmi27. Na pierw­szym pla­nie jest Othis, po­tem ?ve i Ver; można by na­wet do­strzec leżące za la­sem Er­me­no­nvil­le, gdy­by miało dzwon­nicę - lecz w tych fi­lo­zo­ficz­nych włościach kościołem nie­zbyt się zaj­mo­wa­no. Napełniw­szy płuca czy­stym po­wie­trzem, którym od­dy­cha się na wyżynie, zbie­gam wesoło na dół i ru­szam do cu­kier­ni.

- Wi­taj, Duży Kędzio­rze!

- Wi­taj, Mały Paryżani­nie!

Sztur­cha­my się przy­jaźnie, jak w cza­sach dzie­ciństwa, a po­tem wchodzę po zna­jo­mych scho­dach i wi­tają mnie ra­do­sne okrzy­ki dwójki dzie­ci. Uśmiech Ate­ny roz­jaśnia ocza­ro­waną twarz Syl­wii. "Może to było szczęście; a jed­nak..." - mówię do sie­bie w du­chu.

Cza­sem na­zy­wam ją Lottą, a ona znaj­du­je mnie po­dob­nym do Wer­te­ra, ale bez pi­sto­letów, które wyszły z mody. Kędzior szy­ku­je dru­gie śnia­da­nie, a my idzie­my z dziećmi na spa­cer w li­po­we ale­je opa­sujące reszt­ki sta­rych ce­gla­nych wież zam­ku. Na strzel­ni­cy brac­twa łuczni­cze­go mal­cy ćwiczą ci­ska­nie oj­cow­skich strzał w słomę, my zaś czy­ta­my wier­sze lub parę stron którejś z krótkich książeczek, ja­kich te­raz się już pra­wie nie pi­sze28.

Za­po­mniałem po­wie­dzieć, że kie­dy tru­pa Au­re­li dawała przed­sta­wie­nie w Dam­mar­tin, za­brałem na nie Syl­wię, a po­tem ją spy­tałem, czy ak­tor­ka nie przy­po­mi­na jej kogoś zna­jo­me­go.

- Ale kogo?

- Pamiętasz Ad­riannę?

Wy­buchnęła głośnym śmie­chem, mówiąc:

- Co za po­mysł! - A po­tem, jak­by skru­szo­na, dodała z wes­tchnie­niem:

- Bied­na Ad­rian­na! Zmarła w klasz­to­rze Sa­int-S... chy­ba w 1832.

Przełożył Ry­szard En­gel­king

Pan­do­ra1

Dwie du­sze we mnie żyły w wiecz­nym spo­rze,

Jed­na od dru­giej ode­rwać się kusi:

Jed­na, klesz­cza­mi przy­ro­dzo­nych sił,

Lgnie do kwiet­ne­go tej zie­mi ogroj­ca;

Dru­ga, prze­mocą, po­nad ziem­ski pył,

Rwie się w dzie­dzinę do­stoj­nych pra­ojców.

Faust2

Wszy­scyście ją zna­li, przy­ja­cie­le moi, piękną Pan­dorę z wie­deńskie­go te­atru!3 Zo­sta­wiła wam pew­no, po­dob­nie jak mnie, bo­le­sne i słod­kie wspo­mnie­nia! To właśnie ją, być może - ją za­iste - ukry­wa nie­roz­wiąza­lna za­gad­ka wy­ry­ta na bolońskim ka­mie­niu4: AELIA LA­ELIA. Nec vir, nec mu­lier, nec an­dro­gy­na, etc. - "Ani mężczy­zna, ani ko­bie­ta, ani an­dro­gy­na, ani dzie­wecz­ka, ani młoda, ani sta­ra, ani c n o t l i w a, ani r o z w i ą z ł a, ani skrom­na, a jed­nak tego suma..." Słowem, P a n d o r a - to mówi wszyst­ko, bo nie chcę wszyst­kie­go mówić.

O Wied­niu, do­brze strzeżony! Gro­dzie miłości pa­la­dynów! - jak na­zwał cię sta­ry Men­zel5. Nie ma w twych mu­rach zba­wien­nej cza­ry mi­stycz­ne­go Świętego Gra­ala, jest za to Stock im Eisen6 dziel­nych cze­lad­ników. Twa ma­gne­tycz­na góra nie­od­par­cie przy­ciąga ostrza szpad; dum­ny Ma­dziar, Czech nie­ulękły i szla­chet­ny Lom­bard­czyk go­to­wi są zginąć w two­jej obro­nie u bo­skich stóp Ma­ria-Hilf!

Nie mogłem wbić sym­bo­licz­ne­go gwoździa w pień okry­ty żela­zem (Stock im Eisen), stojący przy wejściu na Gra­ben, u drzwi ju­bi­le­ra, ale wędrując mia­stem, da­rzyłem najsłod­szy­mi łzami i naj­czyst­szy­mi po­ry­wa­mi ser­ca pla­ce, uli­ce, ba­stio­ny, ale­je Au­gar­te­nu i gaje Pra­te­ru. Swą miłosną pieśnią wzru­szyłem lękli­we sar­ny i swoj­skie bażanty. Ma­rzyłem, krocząc po spa­dzi­stych traw­ni­kach Schönbrun­nu. Składałem hołdy bla­dym posągom jego ogrodów uko­ro­no­wa­nych Glo­riettą Ma­rii Te­re­sy; chi­me­ry sta­re­go pałacu po­rwały me ser­ce, gdy po­dzi­wiałem ich bo­skie oczy i chciałem ssać pro­mienną pierś z mar­mu­ru.

Wy­bacz, że skradłem jed­no spoj­rze­nie two­ich pięknych oczu, do­stoj­na ar­cy­księżno, której por­tret wy­ma­lo­wa­ny na skle­po­wym szyl­dzie od razu po­lu­biłem. Przy­po­mi­nałaś inną... miraż mo­ich młodzieńczych uczuć, tę, dla której tak często prze­mie­rzałem prze­strzeń dzielącą mój ro­dzin­ny dom od mia­sta Stu­artów! Szedłem pie­chotą przez pola i lasy, marząc o Dia­nie, bo­gi­ni Va­lo­is, opie­kun­ce Me­dy­ce­uszów; a kie­dy nad da­cha­mi Le Pecq i pa­wi­lo­nem Hen­ry­ka IV uka­zy­wały się ce­gla­ne, zdob­ne łupkiem wieże, prze­cho­dziłem na dru­gi brzeg Se­kwa­ny, płynącej le­ni­wie pośród wysp, i za­pusz­czałem się w ma­je­sta­tycz­ne ru­iny sta­re­go zam­ku w Sa­int-Ger­ma­in. Wi­dok wy­so­kich, mrocz­nych por­tyków, szy­bujących tam nie­to­pe­rzy, umy­kających jasz­czu­rek, zwin­nych koźląt sku­biących zie­lo­ny akant napełniał mnie szczęściem i miłością. A po­tem, kie­dy do­tarłem już na płaskowzgórze, choćby pod wiatr i w desz­czu, no­wym szczęściem prze­pełniało mnie wi­docz­ne za do­ma­mi nie­bie­ska­we zbo­cze Ma­re­il z kościołem, gdzie spo­czy­wają pro­chy daw­ne­go pana na Mon­tey­nard.

Wspo­mnie­nie mo­ich uro­czych ku­zy­nek - nie­ulękłych łowczyń, z którymi błądziłem nie­gdyś po la­sach - obu pięknych jak córy Ledy, dotąd olśnie­wa mnie i upa­ja.

Ale prze­cież w t e d y ko­chałem ją jedną!...7

Ostry mróz ścisnął Wie­deń w dniu świętego Syl­we­stra i było mi do­brze w bu­du­arze Pan­do­ry. Uda­wała, że jest zajęta pi­sa­niem li­stu, lecz ten jak­by utknął w miej­scu, a w roz­kosz­ne ma­ciup­kie li­ter­ki raz po raz nie­do­rzecz­nie wśli­zgi­wały się ta­jem­ni­cze ar­pedżia do­by­wa­ne jej dłonią z har­fy, której ko­lum­na ginęła w objęciach złoco­nej sy­re­ny.

Na­gle rzu­ciła mi się na szyję i ucałowała w po­licz­ki, wy­krzy­kując z sza­leńczym śmie­chem:

- Pa­trz­cie no, jaki miły księżyk! O ileż za­baw­niej­szy od mo­je­go ba­ro­na!

Pod­szedłem do lu­stra do­pro­wa­dzić się do porządku, bo całkiem roz­czo­chrała moje kasz­ta­no­wa­te włosy; byłem czer­wo­ny ze wsty­du, czując, że po­lu­biła mnie tyl­ko dla mo­jej nieśmiałości i czar­ne­go fra­ka, spra­wiających, że trochę przy­po­mi­nałem księdza.

- Pan­do­ro - po­wie­działem - nie igraj­my z miłością ani z re­li­gią, bo obie w isto­cie są tym sa­mym.

- Ależ ja uwiel­biam księży - szepnęła - proszę mi nie od­bie­rać złudzeń.

- Pan­do­ro - od­parłem z go­ryczą - już nig­dy nie włożę czar­ne­go fra­ka, a kie­dy znów do pani przyjdę, będę w nie­bie­skim ze złoty­mi gu­zi­ka­mi, który na­da­je mi wygląd woj­sko­wy.

- Nie przyjmę pana w ko­lo­ro­wym fra­ku, wyłącznie w czar­nym - oświad­czyła.

I zawołała po­kojówkę:

- Röschen!... Jeśli ten pan zja­wi się tu­taj w nie­bie­skim fra­ku, to go wy­pro­sisz i po­wiesz szwaj­ca­ro­wi, żeby go więcej nie wpusz­czał.

- Mam już powyżej uszu - rzu­ciła ze złością - tych wszyst­kich at­taché na nie­bie­sko, w gu­zi­kach z ko­roną, i ofi­cerów Jego Ce­sar­skiej Mości, i Ma­dziarów w ak­sa­mi­tach i kołpa­kach z kitą! Ten mały będzie moim księdzem.

- Do zo­ba­cze­nia, mój księżuniu! Pamiętaj, ju­tro zajeżdżasz ka­retą i za­bie­rasz mnie do Pra­te­ru na prze­jażdżkę we dwo­je... ale mu­sisz być w czar­nym fra­ku.

Każde jej słowo kłuło mnie cier­niem w ser­ce. To była rand­ka, rand­ka bez wątpie­nia, na­za­jutrz, w pierw­szy dzień roku, ale w czar­nym fra­ku! Jed­nak nie czar­ny frak do­pro­wa­dzał mnie do roz­pa­czy - w sa­kiew­ce było pu­sto! Wstyd! Pu­sto! I do tego w dniu świętego Syl­we­stra!...

Uskrzy­dlo­ny sza­loną na­dzieją, po­biegłem za­raz na pocztę, by spraw­dzić, czy nie ma tam przy­pad­kiem po­le­co­nej prze­syłki od wuja.

Co za szczęście! Żądają dwóch gul­denów i po­dają list z fran­cu­skim znacz­kiem. Pro­mień słońca padł pro­sto­pa­dle na podstępną epi­stołę - li­nij­ki ciągnęły się bez­li­tośnie jed­na za drugą, nie krzyżując się nig­dzie z man­da­tem pocz­to­wym czy prze­ka­zem na bank. W środ­ku naj­wy­raźniej nie było ni­cze­go prócz mak­sym mo­ral­nych i zachęt do oszczędza­nia.

Osten­ta­cyj­nie po­kle­pałem kie­sze­nie, ale żadna nie wydała me­ta­licz­ne­go dźwięku; na wszel­ki wy­pa­dek mruknąłem, że po­my­liłem ka­mi­zel­ki, zwróciłem list i po­mknąłem na lud­ne uli­ce ota­czające Świętego Ste­fa­na.

Na szczęście miałem w Wied­niu przy­ja­cie­la. Całkiem miłego młodzieńca, trochę sza­lo­ne­go, jak wszy­scy Niem­cy, dok­to­ra fi­lo­zo­fii, który z upodo­ba­niem pielęgno­wał swój skrom­ny ta­lent li­rycz­ne­go te­no­ra.

Wie­działem, gdzie go szu­kać: u nie­ja­kiej Rozy, jego ko­chan­ki i sta­tyst­ki te­atru w Le­opold­stadt; bywał u niej co­dzien­nie od dru­giej do piątej. Szyb­ko minąłem Czer­woną Bramę i wszedłem na przed­mieście; już na dole schodów do­tarł do mnie głos mego to­wa­rzy­sza śpie­wającego smętnie:

Einen Kuss von ro­si­ger Lip­pe,

Und ich fürch­te nicht Sturm und nicht Klip­pe!II

Nieszczęśnik, przy­bie­rając pozy min­stre­la, akom­pa­nio­wał so­bie na gi­ta­rze, co w Wied­niu jesz­cze nie jest śmiesz­ne. Wziąłem go na stronę i przed­sta­wiłem sy­tu­ację.

- Jak­byś nie wie­dział - od­parł - że dziś syl­we­ster.

- Praw­da! - zawołałem, widząc na ko­min­ku Rozy wspa­niały kom­plet wa­zonów wypełnio­nych kwia­ta­mi. - Cóż, po­zo­sta­je mi tyl­ko wbić so­bie nóż w ser­ce lub udać się spa­cer­kiem na wyspę Lo­bau, gdzie Du­naj jest naj­szer­szy!

- Za­cze­kaj chwilę - krzyknął, chwy­tając mnie za rękę.

Kie­dy wy­szliśmy, po­wie­dział:

- Spójrz, co udało mi się oca­lić przed Da­lilą... Dwa au­striac­kie ta­la­ry; bierz je, strzeż ich i po­sta­raj się nie na­ru­szyć do ju­tra, bo ju­tro jest wiel­ki dzień.

Zaśnieżoną skarpą wróciłem do Le­opold­stadt, gdzie wy­naj­mo­wałem pokój u pra­czek. Cze­kał na mnie list z przy­po­mnie­niem, że biorę udział w sa­lo­no­wym przed­sta­wie­niu dla gro­na do­stoj­ników dwor­skich i dy­plo­matów. Mie­liśmy także in­sce­ni­zo­wać sza­ra­dy. Znie­cier­pli­wio­ny, jąłem stu­dio­wać swą rolę, bo dotąd się jej nie na­uczyłem. Wpadła z wi­zytą moja Ka­thi, uśmiech­nięta, wy­stro­jo­na, jak za­wsze bion­da e gras­sot­ta, szcze­biocząc mnóstwo czułych słówek w swo­im mo­raw­sko-we­nec­kim na­rze­czu. Nie znałem na­zwy kwia­tu, który miała przy sta­ni­ku, ale chciałem, by dała mi go w dowód przy­jaźni. Od­parła to­nem, którego dotąd u niej nie słyszałem:

- Ale nie za mniej niż zehn Gul­den Co­nven­tionsmünze! (dzie­sięć gul­denów w mo­ne­cie kon­wen­cyj­nej).

Udałem, że nie ro­zu­miem. Wyszła wściekła, oświad­czyw­szy, że idzie do swo­je­go sta­re­go ba­ro­na, który ofia­ru­je jej kosz­tow­ny po­da­rek no­wo­rocz­ny.

Je­stem wol­ny. Schodzę przed­mieściem i czy­tam trzy­maną w ręku rolę. Minąłem Wah­by, miłą Czeszkę - ob­da­rzyła mnie omdle­wającym, pełnym wy­rzu­tu spoj­rze­niem. Koło Czer­wo­nej Bra­my przyszła mi chęć na obiad; roz­grzałem żołądek czer­wo­nym to­ka­jem po trzy graj­ca­ry szkla­necz­ka, po­pi­jając nim sznyc­le z rusz­tu, Würst­chenIII i śli­ma­ki.

Oświe­tlo­ne skle­py pełne były dam; na stra­ga­nach tysiące błysko­tek, ma­rio­ne­tek i la­lek no­rym­ber­skich wy­krzy­wiały się pod akom­pa­nia­ment dzie­cięcej or­kie­stry złożonej z tam­bu­rynów i bla­sza­nych trąbek.

- Przeklęty rad­ca z dra­gan­tu! - krzyknąłem głośno, wspo­mi­nając Hof­f­man­na8.

I szyb­ko zbiegłem po wy­dep­ta­nych scho­dach do Wi­niar­ni Myśliwców. Śpie­wa­no Noc­ny przegląd wojsk po­ety Ze­dlit­za. Wiel­ki cień ce­sa­rza za­wisł nad wesołym to­wa­rzy­stwem, a ja za­nu­ciłem w du­chu:

O Ry­szar­dzie!...9

Ślicz­na kel­ner­ka przy­niosła mi ku­fel Bay­erisch Bier, nie śmiałem jej pocałować, myślałem o ju­trzej­szej rand­ce.

Nie mogłem usie­dzieć na miej­scu. Umy­kając przed wesołym gwa­rem wi­niar­ni, po­szedłem wypić kawę na Gra­be­nie. Na pla­cu Świętego Ste­fa­na wy­pa­trzyła mnie sta­rusz­ka-pu­cy­but­ka i jak za­wsze przy­wi­tała okrzy­kiem: Sacré nom de Dieu!, tyle zo­stało jej fran­cu­skie­go z czasów in­wa­zji na­po­leońskiej.

Przy­po­mniało mi to o wie­czor­nym przed­sta­wie­niu; gdy­by nie ono, wrósłbym w jakiś fo­tel te­atru przy Bra­mie Ka­rync­kiej, gdzie zwykłem po­dzi­wiać ta­lent pan­ny Lut­zer. Dałem oczyścić so­bie buty, bo śnieg je bar­dzo za­bru­dził.

Duża filiżanka kawy przywróciła mnie do sta­nu, w którym mogłem po­ka­zać się w pałacu. Uli­ce roiły się od Lom­bard­czyków, Czechów i Węgrów w stro­jach na­ro­do­wych. Bry­lan­ty, ru­bi­ny i opa­le skrzyły się na ich pier­siach, bo większość zmie­rzała na Burg, złożyć życze­nia ro­dzi­nie ce­sar­skiej.

Nie śmiałem wmie­szać się w ten ja­skra­wy tłum, ale naj­droższe wspo­mnie­nie in­nej... chro­niło mnie nadal przed cza­ra­mi per­fid­nej Pan­do­ry10.

W pałacu am­ba­sa­do­ra Fran­cji oka­za­no nie­za­do­wo­le­nie z mo­je­go spóźnie­nia. Urażona Pan­do­ra bawiła się musz­tro­wa­niem sta­re­go ba­ro­na i młode­go księcia, gro­te­sko­wo prze­bra­ne­go za stu­den­ta z kar­na­wału. Ów młody f u k s wy­kradł z po­ko­ju służby łojową świeczkę i prze­ro­bił ją na szty­let. Wy­grażał nim te­raz ty­ra­nom, de­kla­mując tra­gicz­ne stro­fy i wzy­wając du­cha Schil­le­ra.

Dla za­bi­cia cza­su za­im­pro­wi­zo­wa­no żywą sza­radę. Roz­wiąza­niem było słowo maréchal. W pierw­szej sce­nie Va­tel11, w oso­bie młode­go at­taché am­ba­sa­dy, cze­kając na ryby (marée), wygłaszał dłuższy mo­no­log, a po­tem prze­bi­jał się ga­lową szpadą. Następnie szar­manc­ki dy­plo­ma­ta składał wi­zytę pani swe­go ser­ca; w dłoni miał kartkę z pa­ne­gi­ry­kiem, z kie­sze­ni fra­ka zwi­sały frędzle.

- Nie ciągnij wier­sza, wyciągnij pre­zent - mówiła złośliwa Pan­do­ra, de­mon­strując s z a l z fałszy­we­go kasz­mi­ru i wy­ko­nując nie­dba­le kil­ka wdzięcznych pas tańca z sza­lem. Na ko­niec zja­wił się oso­biście sławny maréchal w hi­sto­rycz­nym ka­pe­lu­szu12.

Dano jesz­cze jedną sza­radę, której roz­wiąza­nie brzmiało man­da­rin. W pierw­szej sce­nie ka­za­no mi po­kwi­to­wać m a n d a t, który pod­pi­sałem nieśmier­tel­nym na­zwi­skiem Ro­ber­ta Ma­ca­ire, ba­ro­na des Ad­rets, dru­gie­go małżonka jakże czułej Éloi13. Moja błaze­na­da zy­skała po­klask to­wa­rzy­stwa. W dru­giej trze­ba było przed­sta­wić R e n. Odśpie­wa­no więc hymn Al­fre­da de Mus­set14. W ostat­niej sce­nie uj­rze­liśmy siedzącego w kuc­ki praw­dzi­we­go m a n d a r y n a, otu­lo­ne­go kasz­mi­ro­wym sza­lem i le­ni­wie palącego na­rgi­le. - I znów nie obeszło się bez małego występu uwo­dzi­ciel­skiej Pan­do­ry. Uka­zała się nam dość lek­ko odzia­na, w białym ka­ra­ko z ha­ftem bar­wy gra­na­tu i po­wiew­nej suk­ni w szkocką kratę. Włosy sple­cio­ne w lirę wzno­siły się nad ciemną głową niby dwa dum­ne rogi. Zaśpie­wała aryjkę pan­ny Déja­zet "Ja je­stem mała Czing--Ka!...", była wręcz cu­dow­na.

Wresz­cie roz­legły się trzy stuk­nięcia i zaczęliśmy farsę Pani Sor­bet. Grałem pro­win­cjo­nal­ne­go ak­to­ra, kogoś ta­kie­go jak L o s z Po­wieści ko­micz­nej15. Moja zim­na G w i a z d a zo­rien­to­wała się, że nie znam roli, i złośli­wie wciągała mnie w kłopo­tli­we sy­tu­acje. Zmrożone uśmie­chy pań skwi­to­wały mój de­biut, napełniając mnie prze­rażeniem. Nie po­mogły wysiłki wi­ceh­ra­bie­go, su­flującego mi upar­cie per­li­ste zda­nia Teo­do­ra Lec­ler­cqa, ze­psułem całe przed­sta­wie­nie.

Ze złości przewróciłem pa­ra­wan przed­sta­wiający wiej­ski sa­lon. - Co za skan­dal! - Uciekłem z pałacu naj­szyb­ciej jak mogłem, potrącając roz­sta­wio­nych wzdłuż schodów ga­lo­no­wych haj­duków i odźwier­nych w srebr­nych łańcu­chach; wyciągając nogi ni­czym rączy jeleń, scho­wałem się ze wsty­du w Wi­niar­ni Myśliwców.

Zażądałem tam dzban­ka młode­go wina, które zmie­szałem z dzban­kiem sta­re­go, i na­pi­sałem do bo­gi­ni abra­ka­da­brycz­ny list na czte­ry stro­ny. Wy­po­mniałem jej cier­pie­nia Pro­me­te­usza, gdy powołał do życia istotę tak prze­wrotną jak ona. Skry­ty­ko­wałem jej puszkę z nieszczęścia­mi i strój ba­ja­de­ry. Ośmie­liłem się na­wet zro­bić aluzję do wężowych stópek, które zdra­dziec­ko wy­su­wały się spod jej suk­ni. - List za­niosłem oso­biście do jej ho­te­lu.

Po­tem wróciłem do swe­go po­ko­iku w Le­opold­stadt, ale przez całą noc nie mogłem zasnąć. Ciągle wi­działem ją tańczącą: kołysała głową z dwo­ma cy­ze­lo­wa­ny­mi ro­ga­mi ze sre­bra, a kołnie­rzyk z marsz­czo­nych ko­ro­nek fa­lo­wał nad pli­sa­mi bro­ka­to­wej suk­ni.

Jakże była piękna w przy­bra­niach z je­dwa­biu i le­wan­tyńskiej pur­pu­ry, wy­zy­wająco błyskając białymi ra­mio­na­mi w kro­plach ba­lo­we­go potu. Już byłem gotów ulec jej nie­bez­piecz­nym uści­skom i piesz­czo­tom, kie­dy przy­po­mniało mi się nie­ja­sno, że to ją chy­ba mu­siałem wi­dzieć na początku świa­ta16.

- Nieszczęsna! - krzyknąłem - z two­jej winy je­steśmy zgu­bie­ni, świat za­raz się skończy! Nie czu­jesz, że tu nie ma już czym od­dy­chać? Ska­ziłaś po­wie­trze swy­mi tru­ci­zna­mi, ostat­nia świe­ca drży i bled­nie od na­szych nie­czy­stych wes­tchnień... Po­wie­trza! Po­wie­trza! Gi­nie­my!

- Mój władco - od­parła - mie­liśmy żyć sie­dem tysięcy lat, zo­stało nam jesz­cze tysiąc sto czter­dzieści...

- Sie­dem­dzie­siąt sie­dem tysięcy - spro­sto­wałem - i jesz­cze mi­lio­ny, mi­lio­ny lat; twoi ne­kro­man­ci się po­my­li­li.

Na­gle odmłod­zo­na, zrzu­ciła próżne sza­ty i wzbiła się w pur­pu­ro­we nie­bo roz­piętego nad ko­lum­no­wym łożem bal­da­chi­mu. Mój chwiej­ny duch nie zdołał po­mknąć jej śla­dem; zniknęła na całą wiecz­ność.

W roz­tar­gnie­niu łykałem pest­ki gra­na­tu. Po­czułem ból w gar­dle. Udu­siłem się na śmierć. Ucięto mi głowę i wy­sta­wio­no u bram se­ra­ju; umarłbym na do­bre, gdy­by nie pa­pu­ga - prze­la­ty­wała właśnie obok i połknęła część pe­stek zmie­sza­nych z krwią.

Za­niosła mnie do Rzy­mu, pod wa­ty­kańską per­golę okrytą kwitnącą wi­no­roślą, gdzie na kon­kla­we kar­dy­nałów za świętym stołem królowała piękna Im­pe­ria17. Na wi­dok złotych mis odżyłem zupełnie i rzekłem do niej: "Po­znaję cię, Je­za­bel!" Na­gle w sali roz­legł się jakiś trzask. Była to za­po­wiedź Po­to­pu, ope­ry w trzech ak­tach. Wydało mi się, że mój duch prze­wier­ca na wy­lot Zie­mię, prze­byłem wpław ko­ra­lo­we ławi­ce Oce­anii i pur­pu­ro­we mo­rze tro­pików rzu­ciło mnie na cie­ni­ste brze­gi Wy­spy Miłości. Byłem na ta­hi­tańskiej plaży. Po­deszły trzy młode dzie­wi­ce i z wol­na do­pro­wa­dziły mnie do przy­tom­ności. Przemówiłem do nich. Nie pamiętały ludz­kie­go języka. "Sio­stry, przyj­mij­cie mnie w Nie­bie" - po­pro­siłem z uśmie­chem.

Ze­rwałem się z łóżka jak sza­lo­ny - był ja­sny dzień; aby spraw­dzić, jak Pan­do­ra przyjęła mój list, mu­siałem cze­kać do południa. Spała jesz­cze, kie­dy się zja­wiłem. Z radości aż pod­sko­czyła.

- Je­dzie­my do Pra­te­ru, już się ubie­ram - po­wie­działa.

Kie­dy cze­kałem na nią w sa­lo­nie, do drzwi za­pu­kał książę ***, oświad­czył mi, że właśnie wra­ca z Pałacu. Myślałem, że wy­je­chał do ro­dzin­nych dóbr. - Opo­wia­dał długo o swej zręczności w ro­bie­niu szpadą i o spe­cjal­nych ra­pie­rach używa­nych przez nie­miec­kich stu­dentów w po­je­dyn­kach. Mar­ko­wa­liśmy fech­tu­nek, gdy uka­zała się na­sza podwójna Gwiaz­da. I po­szliśmy w za­wo­dy, który z nas dłużej zo­sta­nie w sa­lo­nie. Choć roz­ma­wia­li w nie­zna­nym mi języku, by­najm­niej nie miałem za­mia­ru się wy­co­fać. Całą trójką ze­szliśmy po scho­dach i książę to­wa­rzy­szył nam aż do wejścia na Kohl­markt.

- Ależ się pan po­pi­sał - fuknęła - rozpętał pan w Rze­szy wojnę stu­let­nią.

Za­brała mnie do księgar­ni mu­zycz­nej; kie­dy przeglądała nuty, wpadł sta­ry mar­kiz, w węgier­skim mun­du­rze, bez czap­ki.

- Co za lek­ko­myślność! - krzy­czał. - Ci dwaj po­my­leńcy po­za­bi­jają się z miłości do pani!

Prze­rwałem ich ko­miczną roz­mowę, spro­wa­dziw­szy fia­kra. Pan­do­ra kazała się za­wieźć do mo­dyst­ki na Do­ro­the­er­gas­se. Za­mknęła się z nią na go­dzinę; wy­chodząc, oświad­czyła:

- Mam do­okoła sa­mych nie­zgra­bia­szy.

- A ja? - spy­tałem po­kor­nie.

- Och! Pan ma nu­mer je­den!

- Dziękuję! - od­parłem.

Wspo­mniałem o Pra­te­rze, ale wiatr się zmie­nił. Poniżony, mu­siałem ją od­wieźć do ho­te­lu, dwa au­striac­kie ta­la­ry le­d­wo star­czyły na fia­kra.

Z wściekłości za­mknąłem się w domu i do­stałem gorączki. Na­za­jutrz z sa­me­go rana przy­szedł bi­le­cik wzy­wający mnie na próbę sztu­ki Dwa słowa w le­sie, miałem na­uczyć się roli Val­bel­le'a. - Ucie­kając przed no­wym upo­ko­rze­niem, po­je­chałem do Sal­zbur­ga i snułem tam gorz­kie myśli w daw­nym domu Mo­zar­ta, który zaj­mo­wał te­raz cze­ko­lad­nik.

Pan­dorę uj­rzałem do­pie­ro po roku, w zim­nej północ­nej sto­li­cy18. Na­gle za­trzy­mała swój powóz pośrod­ku ryn­ku, bo­ski uśmiech odrętwił mnie i przy­kuł do bru­ku.

- To zno­wu ty, cza­ro­dziej­ko! - krzyknąłem. - Co zro­biłaś ze swoją zgubną puszką?

- Spe­cjal­nie dla cie­bie napełniłam ją piękny­mi no­rym­ber­ski­mi cac­ka­mi. Przyj­dziesz obej­rzeć?

Co sił w no­gach po­mknąłem w stronę pla­cu de la Mon­na­ie.

- Za­cze­kaj, synu bogów i oj­cze lu­dzi! - wołała. - Dziś jest świętego Syl­we­stra, tak samo jak przed ro­kiem... Gdzieś scho­wał ogień nie­bie­ski, wy­kra­dzio­ny Zeu­so­wi?

Nie chciałem od­po­wia­dać - imię Pro­me­te­usza mier­zi mnie szczególnie, bo dotąd czuję, jak wątrobę szar­pie mi wie­ku­isty dziób sępa, od którego uwol­nił mnie He­ra­kles.

O Zeu­sie! Kie­dyż skończy się moja męka?

Przełożył Ry­szard En­gel­king

Przed­mo­wa

1

"Przy­jem­ność - oto cel, do którego sta­le dąży wszel­ka isto­ta zmysłowa. Człowiek, o wie­le do­sko­nal­szy w tej mie­rze od in­nych zwierząt, wy­pa­tru­je go także z większym zapałem. Na tym po­szu­ki­wa­niu scho­dzi mu całe życie; często jed­nak, zwie­dzio­ny bra­kiem doświad­cze­nia tu­dzież nie­do­stat­kiem środków, za­tra­ca się w tej go­ni­twie i miast przy­jem­ności znaj­du­je tyl­ko ból i udrękę". Zda­nia te w kon­tekście książki złożonej z pism Gérar­da de Ne­rva­la wyglądają na jedną z gorz­kich pu­ent, ja­kie kry­ty­cy często poświęcają tra­gicz­ne­mu życiu au­to­ra Au­re­lii, choć równie do­brze mo­gli­by je od­nieść do sa­mych sie­bie i do każdego, kto czy­ta ich słowa. Przy­to­czo­ny frag­ment jest jed­nak, można by rzec, jesz­cze bliższy Ne­rva­low­skiej eg­zy­sten­cji niż trak­tujące o niej ese­je i bio­gra­fie. Jego au­to­rem jest bo­wiem ro­dzo­ny oj­ciec pi­sa­rza, dok­tor Étien­ne La­bru­nie, au­tor roz­pra­wy O nie­bez­pie­czeństwach po­zba­wia­nia i nadużywa­nia przy­jem­ności we­ne­rycz­nych u ko­biet, obro­nio­nej w pa­ry­skiej École de Méde­ci­ne 9 bru­ma­ire'a roku 14, czy­li 31 paździer­ni­ka roku 1805 - Gérard uro­dzi się nie­spełna trzy lata później, 22 maja roku 1808 (po re­wo­lu­cyj­nym ka­len­da­rzu i ide­ach po­zo­sta­nie już wówczas tyl­ko wspo­mnie­nie).

Na ra­zie Étien­ne La­bru­nie spi­su­je teo­rię. Na stro­nie tytułowej jego dy­ser­ta­cji wid­nie­je mot­to z li­stu nie­ja­kie­go Ise­li­na do Tis­so­ta - tego Tis­so­ta, au­to­ra sławet­ne­go dzieła o zgub­nych skut­kach ona­ni­zmu. W odróżnie­niu jed­nak od prze­po­jo­ne­go kal­wińską mo­ral­nością na­dwor­ne­go me­dy­ka Au­gu­sta III, au­tor O nie­bez­pie­czeństwach... nie jest tak jed­no­stron­ny w swo­im po­dejściu do te­ma­tu. Bo też i te­mat jest inny: tam gdzie Tis­sot mu­siał jed­no­znacz­nie potępiać grzeszną zmysłowość, La­bru­nie, po­mny miesz­czańskiej apo­lo­gii stadła małżeńskie­go, ostrze­ga przed wszelką skraj­nością, za­le­cając au­rea me­dio­cri­tas. Tym, które (ale i "którzy" - wie­le wniosków wy­pro­wa­dzo­nych jest per ana­lo­giam na pod­sta­wie ob­ser­wa­cji skutków, ja­kie przy­no­si uwal­nia­nie, bądź też po­wstrzy­my­wa­nie na­sie­nia) urągają tej za­sa­dzie, gro­zi nie tyl­ko kla­sycz­na, hi­po­kra­tej­ska dusz­ność ma­cicz­na, czy­li hi­ste­ria, lecz także gorączka, epi­lep­sja, wie­le in­nych chorób oraz wszel­kie­go ro­dza­ju kro­sty i upławy, których bo­ga­ty ka­ta­log dok­tor La­bru­nie po­da­je w swo­jej roz­pra­wie, zgod­nie z ówcze­snym wzor­cem piśmien­nic­twa me­dycz­ne­go (nie­ste­ty, już nie­ak­tu­al­nym) pełnej ma­low­ni­czych aneg­dot i przy­padków, jak również sen­ten­cji łacińskich.

Należy sądzić, że sze­ro­ko ro­zu­mia­na me­dio­cri­tas była wzo­rem, jaki dok­tor La­bru­nie chciał prze­ka­zać swo­je­mu sy­no­wi. Ten ostat­ni nie­spełna pół roku przed sa­mobójczą śmier­cią na­pi­sze do swo­je­go le­ka­rza, Émile'a Blan­che'a: "Główną udręką we wszyst­kich chwi­lach sa­mot­ności była za­wsze myśl o moim ojcu. Niech Pan nie myśli, że po­wta­rzam to, by za­skar­bić so­bie Pana łaskę, al­bo­wiem wszyst­kie cier­pie­nia, których mu przy­spo­rzyłem, nie­ustan­nie drążą me ser­ce. Gdy­bym miał dać przykład naj­strasz­liw­szej po­ku­ty, jaką można so­bie wy­obra­zić, byłaby nią ta właśnie myśl. Proszę mu tego nie po­wta­rzać". Na­zna­czo­ne nie­obec­nością i nie­zro­zu­mie­niem re­la­cje Ne­rva­la z oj­cem - którego na­zwi­sku nie po­zwo­lił on wejść do hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry, zastępując je nazwą pola upraw­ne­go - stoją niewątpli­wie w cen­trum jego dzieła, choć sy­tu­ują się nie­co bliżej "po­zba­wia­nia" niż "nadużywa­nia": dają o so­bie znać w sposób, jak za­wsze u Ne­rva­la, dys­kret­ny, a przez to tym bar­dziej wy­mow­ny.

Nie wie­my tym sa­mym zbyt wie­le o bez­pośred­nich efek­tach oj­cow­skich za­le­ceń w kwe­stii "przy­jem­ności we­ne­rycz­nych" w życiu Ne­rva­la. Au­to­rzy Słowni­ka Ne­rva­low­skie­go ze­bra­li wnio­ski z nie­licz­nych świa­dectw na ten te­mat w haśle Seks. Wy­ni­ka z nich tyle, że pi­sarz ra­czej nie słuchał wskazówek Tis­so­ta, co zda­niem jed­ne­go z przy­ja­ciół, za­pew­ne wier­ne­go adep­ta tychże wskazówek, było główną przy­czyną jego obłędu. Zna­my też list Teo­fi­la Gau­tie­ra z ich wspólnej podróży do Bel­gii w 1836 roku, skąd au­tor Pan­ny de Mau­pin chwa­li się ad­re­sa­to­wi: "Całko­wi­cie przyćmie­wam mo­je­go młode­go przy­ja­cie­la Gérar­da, choć odkąd je­stem w tym pie­skim kra­ju, nie stanął mi ani razu, a Gérard ma nie­ustanną erekcję". Trud­no stwier­dzić, ile w tym sztu­bac­kie­go żartu, ile fak­tycz­ne­go pria­pi­zmu; to zresztą mało istot­ne. Ważne są na­to­miast wszel­kie­go ro­dza­ju "echa eg­zy­sten­cjal­ne", jak na­zwie je me­to­dycz­nie się nimi zaj­mujący, ge­nial­ny au­to­bio­graf Mi­chel Le­iris. Ne­rval mu­siał znać roz­prawę ojca choćby z tytułu. Nie mógł po­mi­jać jej w myślach - on, po­tra­fiący ko­ja­rzyć ze sobą dro­bia­zgi z naj­od­le­glej­sze­go dzie­ciństwa - gdy padał ofiarą "we­ne­rycz­nych przy­jem­ności", ra­czej ich po­zba­wio­ny niż nadużywający. "W każdym ra­zie dys­kre­cja Gérar­da w kwe­stii własne­go życia sek­su­al­ne­go wska­zu­je nie tyle na brak za­in­te­re­so­wa­nia, ile na splot za­kazów, po­czu­cia winy i nie­spełnie­nia, z którymi - jak się wy­da­je - au­tor nie po­tra­fił so­bie po­ra­dzić" - piszą Pi­cho­is i Brix (przekład Wiesława Kro­ke­ra).

Spośród nie­licz­nych i we wszyst­kich wy­pad­kach do­mnie­ma­nych ko­cha­nek Ne­rva­la w pierw­szym rzędzie wy­mie­nić należy tę, w której przez długi czas upa­try­wa­no źródła wszyst­kich jego nieszczęść oraz wzor­ca dla naj­większych ko­bie­cych po­sta­ci jego pro­zy: Jen­ny Co­lon. Bar­dziej wni­kli­we stu­dia bio­gra­ficz­ne po­zwo­liły ze­rwać z tą uprasz­czającą le­gendą, choć łatwo zro­zu­mieć, w ja­kim stop­niu ta ak­tor­ka i śpie­wacz­ka - a więc po­stać łącząca dwa pod­sta­wo­we fan­ta­zma­ty Ne­rva­low­skie­go ob­ra­zu ko­bie­ty - mogła stać się dla po­ety fi­gurą, która ni­czym ma­gnes przy­ciągała, zwłasz­cza po swo­jej przed­wcze­snej śmier­ci, mi­totwórcze wy­obrażenia i echa głębo­kich kom­pleksów. Po­dob­nie jak dru­ga z ubóstwio­nych prze­zeń ar­ty­stek, piękna pia­nist­ka Ma­rie Pley­el - pier­wowzór li­te­rac­kiej Pan­do­ry. To w opo­wieści o niej po­ja­wia się ta tur­pi­stycz­na wi­zja: "W roz­tar­gnie­niu łykałem pest­ki gra­na­tu. Po­czułem ból w gar­dle. Udu­siłem się na śmierć. Ucięto mi głowę i wy­sta­wio­no u bram se­ra­ju; umarłbym na do­bre, gdy­by nie pa­pu­ga - prze­la­ty­wała właśnie obok i połknęła część pe­stek zmie­sza­nych z krwią". Podróżując w 1834 roku po Włoszech, Ne­rval po­dzi­wia w Ne­apo­lu "piękną Ju­dytę Ca­ra­vag­gia" - w rze­czy­wi­stości nie Ca­ra­vag­gia, lecz Ar­te­mi­sii Gen­ti­le­schi według dzi­siej­szej atry­bu­cji. Zna­mien­ne, że au­tor Pan­do­ry zwra­ca uwagę aku­rat na ten ar­che­typ ka­strującej ko­bie­ty - "pa­trio­tycz­nej kur­wy", jak na­zwie ją Le­iris, który w hołdzie Ne­rva­lo­wi przyj­mie w par­ty­zant­ce pseu­do­nim "Gérard". Na płótnie Ar­te­mi­sii de­ka­pi­ta­cja przy­po­mi­na gwałt, jest ma­ni­fe­stacją ko­bie­cej siły, an­ty­tezą i dopełnie­niem por­tretów przy­ja­ciółek z Va­lo­is. Do­pie­ro ich ze­sta­wie­nie na jed­nym pla­nie two­rzy pełny ob­raz Ne­rva­low­skiej ko­bie­ty - stop mitu i na­tu­ral­ności, o który pi­sarz ob­wi­nia sam sie­bie w Au­re­lii: "zwykłą ko­bietę na­szych czasów wziąłem za Laurę czy Be­atry­cze..." To także, pa­ra­dok­sal­nie, po­twier­dze­nie uwag, ja­kie oj­ciec za­warł w kon­klu­zji swo­ich roz­ważań o prze­sad­nej wstrze­mięźliwości: "Z dość licz­nych przykładów, ja­kie przy­to­czyłem na po­par­cie mo­ich tez, wy­ni­ka nie­zbi­cie, że ko­bieta jest istotą, której żywot to ist­ny splot fi­zycz­nych i mo­ral­nych sprzecz­ności. Jeśli jest słabej kom­plek­sji, naj­drob­niej­sza przy­czy­na wpędza ją w cho­robę, a zmysłowe przy­jem­ności są nie­zbyt roz­wi­nięte, bądź też nie po­ja­wiają się wte­dy, gdy wol­no jej z nich ko­rzy­stać. Jeśli jest ener­gicz­na, na­tu­ra wy­ja­wia jej swój nie­zmien­ny cel, rodząc nad­mier­ne pożąda­nie, któremu ule­gnięcie pro­wa­dzi nie­chyb­nie do strasz­li­wych chorób i śmier­ci". Aż dziw, że w prze­bo­ga­tej ga­le­rii Ne­rva­low­skich ko­biet nie znaj­dzie­my od­po­wied­ni­ka le­gen­dar­nej Lu­kre­cji, którą Le­iris - za Cra­na­chem - dopełni ob­raz ko­biety budzącej fa­scy­nację i prze­rażenie.

Inna nie­obec­ność wy­da­je się jed­nak ważniej­sza: "Mo­jej mat­ki nig­dy nie wi­działem, jej por­tre­ty zo­stały za­gu­bio­ne lub skra­dzio­ne; wiem tyl­ko, że przy­po­mi­nała po­stać z ówcze­snej ry­ci­ny według Prud'hona czy Fra­go­nar­da, za­ty­tułowa­nej Skrom­ność. Gorączka, na którą zmarła, do­padła mnie w życiu trzy­krot­nie w re­gu­lar­nych odstępach cza­su. W mo­men­tach tych mój umysł za­wsze na­cho­dziły ob­ra­zy żałoby i roz­pa­czy, ja­kie to­wa­rzy­szyły moim początkom. Tyle razy czy­ta­no mi li­sty, które mat­ka pisała nad brze­ga­mi Bałtyku, Spre­wy czy Du­na­ju!" W tych czte­rech zda­niach Prze­cha­dzek i wspo­mnień Ne­rval stresz­cza nie­mal całą hi­sto­rię swo­ich re­la­cji z ro­dzi­cielką: nie­obec­ność, brak ob­ra­zu, brak wspo­mnień, żałoba, roz­pacz i epi­sto­lar­ne zapośred­ni­cze­nie uczu­cia, wyjęte jak­by wprost z Jana Ja­ku­ba, którego pu­sty grób w Er­me­no­nvil­le będzie Ne­rval re­gu­lar­nie od­wie­dzać. I jesz­cze - ge­ne­tycz­ne, jak byśmy dziś po­wie­dzie­li - wy­wie­dze­nie własne­go obłędu ze śmier­tel­nych do­le­gli­wości mat­ki, których nie możemy tłuma­czyć me­todą Étien­ne'a La­bru­nie: czy nie po to ciągał żonę za sobą i Wielką Armią, by uchro­nić ją przed "nie­bez­pie­czeństwa­mi po­zba­wie­nia przy­jem­ności we­ne­rycz­nych"? W Au­re­lii Ne­rval wpi­sze tę wy­prawę - z której weźmie wszak początek jego psy­cho­za po­rzu­ce­nia - w mi­tycz­ny sche­mat: "Nig­dy nie po­znałem swo­jej mat­ki, która za­pragnęła to­wa­rzy­szyć ojcu w wy­prawie wo­jen­nej, jak żony daw­nych Ger­manów". Im bliżej końca, tym gładziej wszyst­ko układa się w spójną struk­turę, a ra­czej: tym większy, tym bar­dziej roz­pacz­li­wy jest wysiłek po­ety, by od­na­leźć jakąkol­wiek spójność w tym splo­cie tra­gicz­nych przy­padków, ja­kim jest eg­zy­sten­cja.

Jak gdy­by eg­zor­cy­zmując tę nie­odbytą podróż dzie­ciństwa - podróż, która na parę lat po­zba­wiła go oboj­ga ro­dziców, a na za­wsze ode­brała matkę - Ne­rval co chwi­la wy­ru­sza w jakąś podróż, bliższą bądź dalszą, nie­rzad­ko w jej trak­cie wy­czer­pując skrom­ne za­so­by fi­nan­so­we, uzy­ska­ne prze­ważnie na po­czet nie­na­pi­sa­nych jesz­cze, obie­ca­nych do­pie­ro ar­ty­kułów i re­cen­zji te­atral­nych. Kie­dy ze względu na stan zdro­wia za­bra­nia mu się dal­szych podróży - których owo­cem jest choćby Podróż na Wschód - od­by­wa te bliższe, w oko­li­ce Paryża. Ich li­te­rac­kim plo­nem są ar­cy­dzieła ostat­nich lat życia: Noce paździer­ni­ko­we, Syl­wia, Prze­chadz­ki i wspo­mnie­nia. Do­wodząc ba­nal­nej praw­dy, że bo­gac­two podróżni­czych re­flek­sji jest nie­za­leżne od geo­gra­ficz­nej mar­szru­ty, naj­bar­dziej przej­mujący za­pis doświad­cze­nia two­rzy Ne­rval w hi­sto­riach zza mie­dzy, które, tak się składa, w wie­lu mo­men­tach po­kry­wają się z po­wro­tem do dzie­ciństwa. Jego podróże bo­wiem to wędrówki tyleż w prze­strze­ni, co w cza­sie - właśnie ku dzie­ciństwu, którego wspo­mnie­nia "ożywają, gdy do­cho­dzi­my połowy życia", jak to sam Ne­rval zbyt opty­mi­stycz­nie za­uważył w Prze­myt­ni­kach. Być może naj­ważniejszą z Ne­rva­low­skich podróży jest jed­nak ta opi­sa­na w Au­re­lii: "podróż do wnętrza sa­me­go sie­bie", jak określi ją w Ese­ju o cu­dow­ności Mi­chel Le­iris. Jeśli zgo­dzi­my się ze stwier­dze­niem, że każde dzieło Ne­rva­la to opo­wieść o po­szu­ki­wa­niu, bar­dzo zna­mien­ne okaże się za­mknięcie tej twórczości tek­stem opo­wia­dającym o po­szu­ki­wa­niu własne­go "ja" na dro­dze naj­bar­dziej wy­cieńczającej i pełnej pułapek, której naj­ważniej­sze eta­py przy­pa­dają na noc­ny, nie­ru­cho­my czas ma­rzeń sen­nych i kosz­marów.

2

Nie wie­my, jaki kształt przy­brałaby Au­re­lia, gdy­by au­to­ro­wi dane było ją ukończyć. Czy ta men­tal­na podróż w głąb sie­bie przy­niosłaby po­dob­ny sku­tek te­ra­peu­tycz­ny, jak wcześniej­sze spa­ce­ry? "Wy­szedłem, by prze­chadzką za mia­stem uci­szyć cier­pie­nie i spóźnio­ne wy­rzu­ty su­mie­nia, mar­szem i zmęcze­niem chciałem otępić myśli i za­pew­nić so­bie, być może, życz­liw­sze sny na następną noc" - pi­sze Ne­rval w dru­giej części opo­wia­da­nia, chy­ba szcze­rze wyjaśniając jedną ze swo­ich ma­nii, a może po pro­stu pro­po­nując ko­lejną ra­cjo­nalną in­ter­pre­tację tego, do cze­go ra­cjo­nalne me­to­dy ni­jak nie dają dostępu. Je­den z przy­ja­ciół, Char­les As­se­li­ne­au, po­twier­dza wiarę Ne­rvala w uzdro­wi­cielską moc spa­ce­ru: "Po­dob­nie jak wszy­scy cho­rzy, którzy doświad­czy­li przy­mu­so­we­go za­mknięcia, lecz być może sil­niej niż inni, Gérard czuł od­razę do kli­ni­ki, mimo iż dok­tor Blan­che trak­to­wał go tam jak przy­ja­ciela. Kie­dy prze­czu­wał, że cho­ro­ba się zbliża, z lęku przed tra­fie­niem do Pas­sy ucie­kał i ukry­wał się naj­le­piej jak umiał. W tym sta­nie najczęściej przed­siębrał długie mar­sze po­la­mi, mając na­dzieję, że zwal­czy cho­robę fi­zycz­nym zmęcze­niem; jak twier­dził, nie­raz mu się to udało". Nie­raz, ale nie za­wsze - z Nocy paździer­ni­ko­wych płynie inna na­uka: włóczęgo­stwo, zarówno te­ry­to­rial­ne, jak i men­tal­ne, nie­chyb­nie pro­wa­dzi do za­mknięcia. Zda­ni na przy­pa­dek, prze­cho­dzi­my z miej­sca do miej­sca, w grun­cie rze­czy za­wie­sze­ni między wol­nością a znie­wo­le­niem, po­szu­kując śladów przeszłości, a na­po­ty­kając głównie brak, roz­cza­ro­wa­nie i ślady znisz­cze­nia - tak samo jak w wędrówkach in­ne­go wiel­kie­go me­lan­cho­li­ka, Win­frie­da Geo­r­ga Se­bal­da, który od­by­wając długie, zwy­kle czte­ro­go­dzin­ne spa­ce­ry z Wo­od­brid­ge do Or­ford, z Or­ford do Har­le­ston i po in­nych pust­ko­wiach wschod­nie­go wy­brzeża An­glii, wy­do­by­wa na światło dzien­ne zna­ki cy­wi­li­za­cyj­nej zagłady, lecz na ko­niec po­zo­sta­je ze swoją pier­wotną nie­wiedzą: "Wędro­wałem pra­wie czte­ry go­dzi­ny i nie wi­działem nic prócz sięgających aż po ho­ry­zont pól, w większej części już uprzątniętych, zaciągniętego ni­ski­mi chmu­ra­mi nie­ba i roz­rzu­co­nych w od­ległości jed­nej-dwu mil od sie­bie zagród, prze­ważnie oto­czo­nych kępami drzew. Gdy tak szedłem, na oko nie­kończącymi się pro­sty­mi dro­ga­mi, nie minął mnie chy­ba żaden sa­mochód i ani wte­dy nie wie­działem, ani nie wiem dziś, czy ta sa­mot­na wędrówka była dla mnie do­bro­dziej­stwem, czy udręką" (tu i da­lej przekład Małgo­rza­ty Łuka­sie­wicz).

Ne­rval również waha się co do zna­cze­nia swo­ich wędrówek - i tych prze­strzen­nych, i tych men­tal­nych. By­wają dlań do­bro­dziej­stwem, by­wają udręką. Na eu­fo­rycz­nej pierw­szej stro­nie Au­re­lii wzdra­ga się przed na­zwa­niem swo­je­go sta­nu cho­robą: "Nig­dy nie czułem się zdrow­szy. Cza­sem zda­wałem się so­bie dwa­kroć sil­niej­szy i żwaw­szy; sądziłem, że wszyst­ko wiem, wszyst­ko ro­zu­miem; wy­obraźnia była mi źródłem nie­skończo­nych roz­ko­szy. Czyż od­zy­skaw­szy to, co lu­dzie na­zy­wają rozsądkiem, nie należy żałować ich stra­ty?..." Od­wiecz­ny, a może do­pie­ro dwu­dzie­sto­wiecz­ny dy­le­mat stu­diów nad sza­leństwem, z którego an­typ­sy­chia­tria uczy­niła swo­je na­uko­we cre­do. Jak wie­le można znieść, jak wie­le poświęcić, by przeżyć stan, o którym pi­sze Ne­rval w trze­cim roz­dzia­le opo­wia­da­nia: "Oto­czyła mnie noc­na straż - wy­da­wałem się so­bie wówczas tak ogrom­ny i tak potężnie nałado­wa­ny elek­trycz­nością, że mógłbym oba­lić każdego, kto się do mnie zbliży. Ko­micz­nie mu­siały wyglądać moje usiłowa­nia, by nie na­ra­zić na szwank zdro­wia i życia żołnie­rzy, którzy się mną za­opie­ko­wa­li"? To, co zwy­kle po­zo­sta­je od­ległe i nie­dostępne, za­mknięte nie­prze­kra­czalną gra­nicą snu i ma­rze­nia, u Ne­rvala jest częścią jed­no­li­tej masy "śnie­nia i życia". To przy­wi­lej tych, którzy chodzą z gwiazdą na czo­le, jak na­zwał to do­zna­nie Ray­mond Ro­us­sel, au­tor bliźnia­czej re­la­cji z eg­zy­sten­cjal­nej eks­ta­zy: "Zaciągnąłem zasłony, gdyż bałem się, że naj­drob­niej­sza szcze­li­na prze­puści na zewnątrz świe­tli­ste pro­mie­nie, ja­kie wy­cho­dziły z mego pióra, chciałem ściągnąć zasłonę jed­nym ru­chem i rozświe­tlić świat. Roz­rzu­co­ne pa­pie­ry two­rzyłyby pro­mie­nie światła do­cie­rające aż do Chin, a osza­lały tłum zwa­lałby się na dom" (przekład Bog­da­na Ba­na­sia­ka).

Pier­re Ja­net, psy­chia­tra Ro­us­se­la, na­zy­wał go "bied­nym, małym cho­rym"; o Ne­rva­lu mówio­no "bied­ny Gérard" albo "po­czci­wy Gérard". To dzie­więtna­sto­wiecz­na wer­sja po­praw­ności po­li­tycz­nej, mimo że cho­ro­ba nie za­wsze prze­ja­wiała się w bez­bo­le­sny dla oto­cze­nia sposób. W jed­nej z no­ta­tek Nada­ra można prze­czy­tać: "Widzę na­sze­go bied­ne­go Gérar­da de Ne­rva­la po ostat­nim ata­ku gorączki wiel­kiej, w cza­sie którego gro­ził Teo­fi­lo­wi nożem". No­tat­ka po­cho­dzi praw­do­po­dob­nie z okre­su po­prze­dzającego je­den z licz­nych po­bytów Ne­rva­la w kli­ni­ce - po­bytów, które od roku 1841 wy­zna­czają rytm jego życia, a także twórczości, po­tem zaś Ne­rva­low­skich bio­gra­fii, chętnie zaj­mujących się tym "przy­pad­kiem". Już współcześni, rzecz ja­sna, zwłasz­cza lu­dzie bli­scy Ne­rva­lo­wi, za­sta­na­wia­li się nad przy­czy­na­mi jego kry­zysów psy­chicz­nych, nie­rzad­ko wca­le im się nie dzi­wiąc. Édo­uard Our­liac, kom­pan z zaułka du Doy­enné, wy­li­czał te po­wo­dy w liście do in­ne­go to­wa­rzy­sza za­baw i nie­do­li, Vic­to­ra Lo­uben­sa, pod­czas pierw­sze­go po­bytu Ne­rva­la u dok­to­ra Blan­che'a w 1841 roku: "Widzę ich tysiąc: nędza, zwy­cza­jo­we błądze­nie umysłu po­zba­wio­ne­go stałej za­sa­dy, sprzecz­ności wy­ni­kające z po­wierz­chow­nej wie­dzy i głębo­kiej igno­ran­cji, ciągłe nadużywa­nie słowa i ro­zu­mu, naj­nie­bez­piecz­niej­sze igrasz­ki in­te­li­gen­cji, bez­brzeżna duma tłumio­na po­twor­nym le­ni­stwem, co chwi­la miażdżona, wy­pie­ra­na, uci­ska­na, wresz­cie nie­oby­czaj­ność, nie­ustan­ne pod­nie­ce­nie bez celu i ujścia, nad­miar je­dze­nia, płynów, kawa trzy albo czte­ry razy dzien­nie, ko­bie­ty, cha­os, a nade wszyst­ko, jak za­pew­niają, ma­stur­ba­cja - myśli Gérar­da nig­dy nie były do końca zdro­we, wszy­scyśmy byli jak on, ale właśnie dla­te­go, że mniej gwałtow­ny, to on jest nie­ule­czal­ny".

Na do­miar złego cho­ro­ba Ne­rva­la sta­je się pu­blicz­na: uprze­dzając epokę dzi­siej­szych ta­blo­idów, Ju­les Ja­nin życz­li­wie in­for­mu­je pa­ry­ski świa­tek li­te­rac­ki o obłędzie pi­sa­rza w ar­ty­ku­le, którego au­tor Syl­wii nig­dy mu nie za­po­mni (po­dob­ny tekst ogłosi później Alek­san­der Du­mas). Jesz­cze w tym sa­mym 1841 roku Ne­rval pi­sze przej­mujący list do Idy Fer­rier, przyszłej pani Du­mas, w którym wy­ja­wia, jak wie­le go kosz­to­wało po­go­dze­nie się z ety­kietą cho­re­go psy­chicz­nie: "Wy­znaj! Wy­znaj! - krzy­cze­li, tak jak kie­dyś do cza­row­nic i he­re­tyków, aż wresz­cie zgo­dziłem się na za­kla­sy­fi­ko­wa­nie mnie do zde­fi­nio­wa­nej przez le­ka­rzy do­le­gli­wości, która w słowni­ku me­dycz­nym na­zy­wa­na jest Teo­ma­nią bądź De­mo­no­ma­nią". U Ne­rvala do­cho­dzi bo­wiem do za­ma­za­nia nie tyl­ko gra­ni­cy między śnie­niem a życiem, lecz również tej między zdro­wiem a cho­robą: okre­sy słabości sta­le prze­pla­tają się z długi­mi ty­go­dnia­mi po­pra­wy, a na­wet pod­czas kry­zysów po­ja­wiają się chwi­le nie­zwykłej prze­ni­kli­wości, w których wrażliwy umysł po­ety szczególnie do­tkli­wie od­czu­wa dra­mat swo­jej sy­tu­acji. Kla­sy­fi­ka­cja, de­fi­ni­cja, słownik - to słowa nie­mające nic wspólne­go z życiem, słowa wo­bec nie­go zewnętrzne, po­chodzące z in­ne­go porządku; słowa, w których nie ma miej­sca na ro­zu­mie­nie i od­czu­wanie, na człowie­ka i rze­czy­wi­stość. A prze­cież na sty­ku tych ele­mentów ro­dzi się to, co owe kla­sy­fi­ka­cje, de­fi­ni­cje i słowni­ki chcą na­zy­wać manią, sza­leństwem, obłędem. Do­sko­na­le wy­ra­ził to - że po­zwolę so­bie znów wy­biec w przód, bliżej na­szych czasów - Mau­ri­ce Blan­chot w liście do Geo­r­ges'a Ba­ta­il­le'a, pi­sa­nym na dwa lata przed śmier­cią tego ostatnie­go: "Od daw­na wy­da­je mi się, że kłopo­ty ner­wo­we, na które cier­pisz - by użyć me­dycz­nie obiek­tyw­nych słów - są po pro­stu Two­im spo­so­bem au­ten­tycz­ne­go przeżywa­nia owej praw­dy, utrzymywa­nia się na po­zio­mie owe­go bezosobowe­go nieszczęścia, ja­kim jest świat w swo­jej isto­cie". Do­pie­ro ta­kie spoj­rze­nie, zry­wające z re­to­ryką sza­leństwa jako by­cia wy­brańcem i prze­kształcające Ro­us­se­lowską gwiazdę na czo­le w bo­le­sne, palące piętno, po­zwa­la zna­leźć się na dro­dze wiodącej do zro­zu­mie­nia strasz­li­we­go cier­pie­nia, ja­kie sta­je się udziałem "bied­nych, małych cho­rych".

3

Nikt chy­ba nie wy­ra­ził tego le­piej niż An­to­nin Ar­taud. Ten, którego sza­leństwo naj­pierw obu­rzało tak wie­lu, a po­tem, po jego śmier­ci, tak wie­lu za­chwy­cało, przez całe życie to­czył bez­na­dziejną walkę o unik­nięcie bólu, o od­zy­ska­nie kon­tro­li nad swo­im ciałem i myślami. W pew­nym mo­men­cie nie na­zy­wał już tego ciałem, lecz or­ga­na­mi, a wresz­cie - mięsem: tym, które, by przy­wołać słowa po­ety, tyl­ko przez przy­pa­dek nie wisi na rzeźni­czym haku. Na­wet wte­dy jed­nak, w gorączko­wych za­pi­skach ze­szy­to­wych w Ro­dez, usiłuje Ar­taud uspójnić coś, co znaj­du­je się na dro­dze nie­uchron­ne­go, co­raz szyb­ciej postępującego roz­pa­du. "Ta czuj­na świa­do­mość - pi­sze Clau­de Pi­cho­is, za­wsze bar­dzo ostrożny we wszel­kie­go ro­dza­ju ana­chro­ni­zmach - to wspólna ce­cha Ne­rva­la i Ar­tauda". Sam twórca Te­atru Al­fre­da Jar­ry również do­strze­gał swo­je du­cho­we po­kre­wieństwo z ro­man­tycz­nym poetą: "Musi Pan wie­dzieć z mo­ich książek - pisał w nig­dy nie­wysłanym liście do Geo­r­ges'a Le Bre­to­na, au­to­ra stu­dium o Chi­me­rach - że je­stem człowie­kiem gwałtow­nym i po­ryw­czym, pełnym strasz­li­wych wewnętrznych burz, które za­wsze za­mie­niałem w po­ezję, w ma­lar­stwo, w in­sce­ni­zację i w pi­smo, gdyż musi Pan też wie­dzieć, z mo­je­go życia, że tych burz nig­dy nie po­ka­zuję na zewnątrz. Wi­dzi Pan, do ja­kie­go stop­nia czułem za­wsze życie Gérar­da de Ne­rva­la bli­sko własne­go". Nie­co da­lej do­da­je: "Choć Gérard de Ne­rval nie zo­stał po­wie­szo­ny na Gol­go­cie, po­wie­sił się przy­najm­niej, i to sam, na la­tar­ni, tak jak powłoka porażone­go ciała za­wie­szo­na na sta­rym gwoździu albo sta­ry roz­pacz­li­wy ob­raz przy­twier­dzo­ny do ścia­ny". Bez zna­cze­nia jest tu­taj za­mia­na szta­by okien­nej na zwy­cza­jową la­tar­nię, po­dob­nie jak bez zna­cze­nia są wypełniające list Ar­tau­da al­che­micz­no-ka­ba­li­stycz­ne dy­wa­ga­cje, które owszem, zaj­mo­wały obu pi­sa­rzy, lecz nie­do­rzecz­nością jest - tak jak czy­niła to kry­ty­ka w pierw­szych de­ka­dach po woj­nie - trak­to­wa­nie kabały, al­che­mii i gno­zy jako klu­cza do ich dzieł. Naj­istot­niej­sze w tekście Ar­tau­da wy­da­je mi się głębo­kie po­czu­cie eg­zy­sten­cjal­nej tożsamości z Ne­rvalem, po­zwa­lające wi­dzieć w au­to­rze Au­re­lii - tak jak w Van Go­ghu, tak jak w sa­mym Ar­tau­dzie - ko­lej­ne­go "sa­mobójcę społecz­ne­go", jak określił Ar­taud fla­mandz­kie­go ma­la­rza. Ne­rval wpraw­dzie "nie zo­stał po­wie­szo­ny na Gol­go­cie", lecz zo­stał na swo­je sa­mobójstwo, po­dob­nie jak Van Gogh, ska­za­ny, co su­ge­ru­je także Pi­cho­is: "Sa­mobójstwo Ne­rvala to re­wers mor­der­stwa, popełnio­ne­go nie przez ban­dytów, lecz, dzień po dniu, przez jego "przy­ja­ciół". Mor­der­ca­mi byli Ja­nin i Du­mas oraz paru in­nych".

Z jed­nej stro­ny psy­cho­za, z dru­giej - wal­ka o przej­rzy­stość świa­do­mości. Wal­ka pro­wa­dzo­na w prze­strze­ni pi­sma. Na długo przed Nor­th­ro­pem Frye i Pau­lem Ri­co­eu­rem au­tor Prze­myt­ników prze­czuł i zro­zu­miał, że opo­wia­da­nie - dziś po­wie­dzie­li­byśmy: nar­ra­cja - równa się roz­po­zna­niu (Frye na­zy­wał to za sta­rożyt­ny­mi ana­gno­ri­sis), a przede wszyst­kim nada­niu sen­su. W tym ostat­nim wy­pad­ku jed­nak należałoby ra­czej użyć for­my nie­do­ko­na­nej: "nada­wa­niu", gdyż w od­nie­sie­niu do życia - bo to jemu opo­wia­da­nie chce nada­wać sens - można mówić tyl­ko o próbach, wciąż po­na­wia­nych, nig­dy nie­spełnio­nych. Wy­da­je się, że Ne­rval bar­dzo długo, może do sa­me­go końca, wie­rzył w ten nar­ra­cyj­ny cud i - pa­ra­dok­sal­nie - był naj­bliższy jego spełnie­nia w ar­cy­dzie­le, ja­kim są Prze­myt­ni­cy - w naj­bar­dziej ra­do­snym i bez­tro­skim z jego tekstów. Pa­ra­dok­sal­nie, po­nie­waż to w tym utwo­rze pa­dają pamiętne słowa o księdzu du Bu­cqu­oy: "Za­rzu­cił żywot świętego, gdyż mimo tysięcznych wysiłków i kon­tem­pla­cji nie zdołał czy­nić cudów. Zresztą postąpił rozsądnie, bo po cóż być świętym w ta­kiej sy­tu­acji?" To właśnie do tych zdań kil­ka­krot­nie po­wra­cał będzie Le­iris - "Gérard" - widząc w nich me­ta­forę pi­sar­skie­go dy­le­ma­tu, który był także udziałem Ne­rva­la: "Upra­wiać li­te­ra­turę jako taką, w pełnej świa­do­mości jej ogra­ni­czeń, albo wy­co­fać się z gry" (Le­iris, Fi­bril­les).

Za­nim Ne­rval sta­nie się "sa­mobójcą społecz­nym" i na do­bre wy­co­fa się z gry, po­dej­mie te­ra­peu­tyczną, nie­mal na­ukową próbę do­ko­na­nia li­te­rac­kie­go cudu, po­le­gającego na prze­mia­nie "śnie­nia" w "życie", a tym sa­mym na po­wro­cie do tego życia po śmier­ci za­wy­ro­ko­wa­nej już przez Ja­ni­na i in­nych "przy­ja­ciół". Nie­za­wod­ny słownik Pi­cho­is i Bri­xa pod hasłem Au­re­lia przy­po­mi­na, że "idea le­cze­nia cho­ro­by umysłowej przez za­pi­sy­wa­nie roz­po­wszech­nio­na była w śro­do­wi­sku le­kar­skim nie tyl­ko na długo przed Freu­dem, ale i przed Au­re­lią" (przekład Jana Ma­rii Kłoczow­skie­go). Nie wspo­mi­nając już o Ad­rie­nie Bo­re­lu, jed­nym z pierw­szych fran­cu­skich psy­cho­ana­li­tyków, dzięki któremu po­wstał Wiek męski (Le­iris byłby - a może był? - za­chwy­co­ny tym po­kre­wieństwem z praw­dzi­wym Gérar­dem). Ne­rval wpi­su­je się za­tem w długą hi­sto­rię te­ra­pii po­przez pi­sa­nie, kie­dy śle do dok­to­ra Blan­che'a ta­kie słowa: "Posyłam panu dwie stro­ny, które należy dołączyć do tych od­da­nych panu wczo­raj. Będę kon­ty­nu­ował tę serię snów, jeśli pan chce" (przekład Jana Ma­rii Kłoczow­skie­go). Ale w tym sa­mym dniu, 2 grud­nia 1853 roku, pi­sze po­dob­ne słowa do in­ne­go le­ka­rza - dok­to­ra La­bru­nie: "Po­sta­no­wiłem spi­sy­wać i usta­lać wszyst­kie wrażenia, ja­kie po­zo­sta­wiła mi cho­ro­ba. Stu­dium to nie po­zo­sta­nie bezużytecz­ne dla ob­ser­wa­cji i na­uki. Nig­dy nie miałem ta­kiej łatwości ana­li­zy i opi­su". Przy czym ten­den­cja ta nie do­ty­czy wyłącznie Au­re­lii: bo­daj w No­cach paździer­ni­ko­wych Ne­rval po raz pierw­szy w pełni zda­je so­bie sprawę - choć na ra­zie na gro­te­skową modłę - z możliwości, ja­kie daje wpro­wa­dze­nie snu do nar­ra­cji. Z ko­lei początek trze­cie­go roz­działu Syl­wii an­ty­cy­pu­je dość od­ległe jesz­cze w cza­sie "objaśnia­nie ma­rzeń sen­nych": "To półsen­ne wspo­mnie­nie wszyst­ko mi wyjaśniło. Nieżywiąca żad­nych na­dziei, nie­określona miłość do ak­tor­ki, budząca się we mnie co wieczór wraz z roz­poczęciem spek­ta­klu i pry­skająca do­pie­ro, gdy usy­piałem, zro­dziła się ze wspo­mnie­nia Ad­rian­ny, noc­ne­go kwia­tu, co roz­chy­la płatki w bla­dym świe­tle księżyca, różowo-złote­go wi­dziadła, co su­nie zie­loną mu­rawą, na poły skąpaną w białej mgle".

Ten "ba­dacz własnej eg­zy­sten­cji" - jak po kun­de­row­sku określa Ne­rva­la Ma­rek Bieńczyk - był bo­daj pierw­szym no­wo­cze­snym poetą, który upu­blicz­nił swo­je sza­leństwo. Upu­blicz­nił je nie po to, by pro­wo­ka­tor­sko rzu­cić wy­zwa­nie miesz­czańskie­mu świa­tu - tak będą ro­zu­mieć jego gest sur­re­aliści - ale dla­te­go, że było ono nie­odłącznym ele­men­tem jego pro­ce­su twórcze­go. Nie w tym sen­sie, że naj­ge­nial­niej­sze z jego tekstów - czy­li także te po­miesz­czo­ne w ni­niej­szym to­mie - są dziełem obłędu. Owszem, Ne­rval wzbra­niał się przed wyjaśnia­niem sen­su so­netów składających się na Chi­me­ry, gdyż "po­wstały one - pisał - nie w szczy­to­wym mo­men­cie cho­ro­by, lecz w sa­mym ser­cu mo­ich ha­lu­cy­na­cji". Należy to jed­nak ro­zu­mieć w ten sposób, że wszyst­ko to, co składa się na jego ge­niusz, już w nim tkwiło, ale do­pie­ro obłęd po­zwo­lił mu wy­kro­czyć poza skost­niałe ramy fran­cu­skiej po­ezji, roz­sa­dzić je od środ­ka i uzy­skać praw­dziwą wol­ność dla słów i sa­me­go sie­bie - coś, co udało się osiągnąć nie tak wie­lu nowożyt­nym au­to­rom. Una­ocz­nił przy tym jesz­cze jed­no po­kre­wieństwo pi­sa­nia i obłędu. Nie cho­dzi tyl­ko o pi­sar­skie wy­zwo­le­nie, które sta­je się możliwe dzięki sza­leństwu, lecz także o to, co sta­nie się nie­mal lejt­mo­ty­wem dwu­dzie­sto­wiecz­nej li­te­ra­tu­ry: że samo pi­sa­nie jest obłędem, w grun­cie rze­czy bo­wiem nie cho­dzi w nim o ko­mu­ni­kację, ale o czystą, bez­in­te­re­sowną, sa­mo­napędzającą się in­ter­pre­tację. I może jesz­cze o to, co Se­bald wy­mow­nie określił na przykładzie Swin­bur­ne'a, który "odkąd prze­czytał w ga­ze­tach opi­sy szarży pod Bałakławą, nie­ustan­nie ma­rzył o tym, by wstąpić do ka­wa­le­rii i jako beau sa­breur po­lec w po­dob­nie sza­lo­nej bi­twie. Jesz­cze w cza­sie stu­diów w Oks­for­dzie ta wi­zja przyćmie­wała wszyst­kie inne wy­obrażenia o własnej przyszłości i do­pie­ro gdy upośle­dze­nie fi­zycz­ne osta­tecz­nie prze­kreśliło na­dzie­je na bo­ha­terską śmierć, rzu­cił się bez pamięci w li­te­ra­turę, może nie mniej ra­dy­kalną formę sa­mo­uni­ce­stwie­nia".

4

Co po­tem? "Za­miast ogrom­nych płomie­ni, należy ra­czej po­prze­stać na skrom­nych uro­czy­stościach po­grze­bo­wych, bo nikt nie jest aż tak skąpy, by odmówić nam drew­na, smoły, opłakującego żałob­ni­ka i urny" (przekład Emi­lii Olech­no­wicz) - pi­sze sie­dem­na­sto­wiecz­ny le­karz, Tho­mas Brow­ne, według którego (to już Se­bald) "być wyjętym z gro­bu to tra­ge­dia i po­twor­ność". Pośmiert­ne losy ciała to także hi­sto­ria - opo­wieść o nas, która nie jest już naszą opo­wieścią. Już nie możemy się w niej roz­po­znać, lecz nada­wa­nie sen­su trwa da­lej, bez na­sze­go udziału. Au­gu­ste Lu­chet pi­sze 1 lu­te­go 1855 roku o "strasz­nej śmier­ci na­sze­go bied­ne­go Gérar­da [w kwe­stii na­zew­nic­twa śmierć ni­cze­go nie zmie­nia], mimo wszyst­ko nie tak okrop­nej jak to, co wy­da­rzyło się później; przy­kra i po­nu­ra hi­sto­ria syna, którego oj­ciec się wy­parł, chwały na­szych czasów po­zo­sta­wio­nej przez pięć dni na płytach kost­ni­cy, gdzie się uda­liśmy, by prze­nieść na cmen­tarz zwłoki, którymi nikt nie chciał się zająć". Pi­sarz zo­stał po­cho­wa­ny na cmen­tarzu P?re--La­cha­ise, ale kon­ce­sja była cza­so­wa. Fran­cu­skie sto­wa­rzy­sze­nie pi­sa­rzy nie wpłaciło ko­lej­nej raty i miej­sce, w którym spo­czy­wał Ne­rval, miało być na nowo za­go­spo­da­ro­wa­ne. Po in­ter­wen­cji Gau­tie­ra i Ho­us­saye'a grób prze­niesiono na stałe do in­nej części cmen­tarza. Po dwu­na­stu la­tach od śmier­ci do­cho­dzi do eks­hu­ma­cji, opi­sa­nej przez Ho­us­saye'a, któremu Ne­rval de­dy­ko­wał Zam­ki Bo­he­my: "Szkie­let był w częściach, śmierć szyb­ko do­ko­nała dzieła. Strasz­ny wi­dok: z głowy o jakże męskim pięknie nie zo­stała już na­wet su­cha czasz­ka. Tysiące ro­baków uwie­siło się na niej całymi gro­na­mi i nie­mal wto­piło w kość. Niełatwo było ją od­dzie­lić - nie dało się od­dy­chać". Całe szczątki zmieściły się do dzie­cięcej trum­ny.

Przy­wołuję to świa­dec­two nie dla­te­go, że oj­ciec Ne­rva­la był jeńcem wo­jen­nym pod Smo­leńskiem. Ra­czej - wzo­rem Ne­rva­la - próbuję od­czy­tać zna­ki po­zo­sta­wia­ne nam przez mi­nio­ne eg­zy­sten­cje; ra­czej - wzo­rem Ne­rva­la - sta­ram się do­szu­kać ja­kie­goś sen­su w tym, co pew­nie go nie ma, lecz co nie zo­sta­wia wy­bo­ru se­mio­tycz­nym podróżni­kom. W maju 1976 roku Se­bald otrzy­mu­je od Jana Pe­te­ra Trip­pa sztych, "na którym wid­nie­je cho­ry psy­chicz­nie sędzia Da­niel Paul Schre­ber z pająkiem w czasz­ce". "Od tam­te­go cza­su - mówi pi­sarz w Stut­t­gar­cie, tuż przed swoją śmier­cią - nadal się za­sta­na­wiam, ja­kie to nie­wi­dzial­ne re­la­cje de­ter­mi­nują na­sze życie, którędy prze­bie­gają nici" (przekład Małgo­rza­ty Łuka­sie­wicz). Se­bald i Ne­rval - czy prze­bie­ga między nimi jakaś nić? Kie­dy czy­tam w Pierście­niach Sa­tur­na o upad­ku po­siadłości w So­mer­ley­ton, wznie­sio­nej z no­wo­bo­gac­kim roz­ma­chem w połowie XIX wie­ku, nie­od­par­cie sta­je mi przed ocza­mi nisz­czejący za­mek w Sa­int-Ger­ma­in, który Ne­rval w tym sa­mym cza­sie opi­su­je w Prze­chadz­kach i wspo­mnie­niach. Chwilę po­tem ku­fel piwa ze sto­no­ga­mi na dnie w tym sa­mym Sa­int-Ger­ma­in sta­je się pre­fi­gu­racją nie­ja­dal­nej ryby w ho­te­lu Vic­to­ria w Lo­we­stoft, gdzie Se­bald oka­zu­je się, oczy­wiście, je­dy­nym gościem. Ko­lej­ne mia­sto, ko­lej­ny zmierzch: "Owe­go wie­czo­ru w So­uth­wold, gdy tak sie­działem, mając u stóp "nie­miec­ki oce­an", na­gle wydało mi się, że czuję bar­dzo wyraźnie, jak świat po­wo­li pogrąża się w ciem­ności". Ne­rval w Au­re­lii: "Rzu­ciw­szy wzro­kiem dokoła, uj­rzałem ogród prze­mie­nio­ny w cmen­tarz. Ja­kieś głosy mówiły: "Wszechświat pogrążył się w noc"". Te ślady, te po­do­bieństwa to, rzecz ja­sna, nie­wie­le więcej niż ob­se­sja czy­tel­ni­ka-mo­no­ma­na. Nie ma tu mowy o ce­lo­wych nawiąza­niach, ani tym bar­dziej o cy­ta­tach, choć opo­wieść Se­bal­da utka­na jest z cy­tatów i na cy­ta­tach tu­dzież pa­ra­fra­zach opie­ra się jej kon­struk­cja. Do­ty­czy to zresztą nie tyl­ko kon­struk­cji sa­mej książki, ale też owej kru­chej in­stan­cji, która przy­wołuje obce słowa: "Cy­tat - pi­sze Ma­rek Bieńczyk - jest prze­ja­wem ist­nie­nia pomiędzy, jak je­den z pod­sta­wo­wych stanów me­lan­cho­lij­nych, który Kier­ke­ga­ard na­zy­wał al­ter­na­tywą - trwa­niem w szcze­li­nie między roz­paczą nie­by­cia in­nym i nie­możnością by­cia sobą. Wpi­sa­na jest w nie­go jakaś milcząca od­mo­wa, bez­pośred­nia od­mo­wa "ja", które od­bu­do­wy­wać będzie do­pie­ro okrężna pra­ca zapożyczeń". Po­kre­wieństwo Ne­rva­la i Se­bal­da nie opie­rałoby się za­tem na czy­sto li­te­rac­kiej sie­ci in­ter­tek­stu­al­nych nawiązań, lecz ra­czej na nie­co głębszej, a za­ra­zem po­wszech­niej­szej wspólno­cie od­czu­wa­nia, której nie sposób nadać in­nej na­zwy niż właśnie tę: me­lan­cho­lia.

W zna­ko­mi­tym szki­cu poświęco­nym Syl­wii Bieńczyk po­ka­zu­je, w jaki sposób prze­ja­wia się ten ro­dzaj od­czu­wa­nia: "Ne­rva­low­ska es­te­ty­ka me­lan­cho­lii, a po Ne­rva­lu es­te­ty­ka me­lan­cho­lii tout co­urt, ope­rująca nie­określonością, nie­domówie­niem, po­le­ga na równo­ważeniu mgli­stości na­stro­ju, nie­wy­po­wie­dzia­nej tęskno­ty, [...] geo­me­tryczną wy­mier­nością; nie­określoność roz­gry­wa się w kon­kret­nym, ogra­ni­czo­nym miej­scu, nie­uchwyt­ność uczuć do­ty­czy uchwyt­nej prze­strze­ni i nie szu­ka jej prze­kro­cze­nia". Stąd gorączko­we nie­rzad­ko pra­gnie­nie me­lan­cho­li­ka, by udo­ku­men­to­wać wszyst­ko, co po­ja­wia się w zasięgu jego wzro­ku. Próby, by tak rzec, przy­szpi­le­nia rze­czy­wi­stości, uczy­nie­nia z jej skrawków nie­zmien­nej ko­lek­cji eks­po­natów - za­wsze dostępnych, uwiecz­nio­nych, nie­ule­gających działaniu cza­su. Tak jak­by me­lan­cho­lik - całkiem słusznie - uzna­wał, że dość się już od owe­go cza­su na­cier­piały, że wy­star­czająco się już zużyły. Po­dob­nie jak słowa, wspo­mnie­nia i ma­rze­nia, o których pi­sze Ne­rval w ostat­nim roz­dzia­le Syl­wii: "Ta­kie to chi­me­ry cza­rują i zwodzą o po­ran­ku życia. Sta­rałem się je utrwa­lić, może dość cha­otycz­nie, lecz wie­le serc mnie zro­zu­mie". Opo­wieści Ne­rva­la są bo­wiem - nie­kie­dy spełnioną, nie­kie­dy pełną re­zy­gna­cji i roz­pa­czy - próbą opi­su rze­czy w mo­men­cie, gdy już odeszły, zniknęły, uległy znisz­cze­niu, gdy ich już po pro­stu nie ma. Stąd bie­rze się częścio­wo myl­ne wrażenie, że me­lan­cho­lik przy­wiązuje się za­nad­to do rze­czywistości zmysłowej i goni za przy­jem­nością, zda­wałoby się, nie­przy­stającą do jego położenia. Upo­dab­nia się wówczas - choć to tyl­ko po­zo­ry - do he­do­ni­sty, cze­mu nie może się na­dzi­wić bo­ha­ter­ka po­wieści Ja­cob­se­na, a na co do­sta­je kla­row­ne wyjaśnie­nie w słowach, które zna­my ze stu­diów na te­mat me­lan­cho­lii: "Jak pani może pytać jesz­cze, dla­cze­go zwie się ich me­lan­cho­likami, gdy wszel­ka roz­kosz, sko­ro się ją po­chwy­ci, zmie­nia swój kształt i sta­je się wstrętem, gdy wszel­ki okrzyk we­sel­ny jest tyl­ko bo­le­snym ostat­nim westchnie­niem radości, gdy wszel­ka piękność jest pięknością, co zni­ka, a wszel­kie szczęście - szczęściem, które kona" (przekład Le­opol­da Staf­fa).

Me­lan­cho­lia w grun­cie rze­czy jest sy­no­ni­mem re­ali­zmu, i to zarówno w es­te­tycz­nym, jak i fi­lo­zo­ficz­nym sen­sie tego słowa. Jej upo­rczy­we chwy­ta­nie się resz­tek ginącego świa­ta, nie­ustan­ne mnożenie ef­fets de réel, choćby w po­sta­ci nie­okiełzna­nej enu­me­ra­cji - "fi­gu­ry, w której jakąś al­che­mią nicości i błahości me­lan­cho­lia roz­pa­la wszyst­kie swe światła" (to znów Bieńczyk) - w dużej mie­rze po­kry­wa się z re­ali­styczną dok­tryną w li­te­ra­tu­rze i sztu­ce. Trud­no też za­prze­czyć temu, że świa­do­mość postępującego rozkładu na każdym po­zio­mie - od całej cy­wi­li­za­cji, przez po­je­dyn­cze­go człowie­ka, aż po naj­drob­niej­sze or­ga­ni­zmy - nie jest wca­le, jak się często ma­wia, pe­sy­mi­zmem, lecz właśnie naj­zwy­klej­szym, opar­tym na ra­cjo­nal­nych przesłan­kach re­ali­zmem. Owszem, rze­czy­wi­stość bywa dla Ne­rva­la i Se­bal­da formą pośled­niejszą niż sam jej ob­raz, lecz może ona zy­skać na ran­dze i zna­cze­niu, gdy, zupełnie jak u Pro­usta, od­ro­dzi się w po­sta­ci ar­chi­wum wspo­mnień.

Rzecz ja­sna, pra­ca wspo­mnie­nia nie może zmie­nić praw, według których toczą się losy tego świa­ta. "Za­wsze prze­cież - stwier­dza Se­bald - ile­kroć człowiek aku­rat w naj­piękniej­szych bar­wach od­ma­lu­je so­bie przyszłość, ko­lej­na ka­ta­stro­fa już nad­ciąga". U Ne­rva­la kie­ru­nek prze­mian nie za­wsze jest tak oczy­wi­sty. W każdym zda­niu tli się mimo wszyst­ko na­dzie­ja; każde pe­cho­we zda­rze­nie - których tu prze­cież nie bra­ku­je - dzięki wer­bal­nej ma­gii może stać się zwia­stu­nem lep­szych czasów. Tę dia­lek­tykę bytu i nicości traf­nie opi­sał Jean-Pier­re Ri­chard: "Z Au­re­lii płynie na­uka, że aby zo­stać zba­wio­nym, trze­ba się zgo­dzić na zejście do pie­kieł, stra­cić wszyst­ko, włącznie z ro­zu­mem. Dro­ga do zdro­wia wie­dzie przez sza­leństwo, do nieśmier­tel­ności - przez zgodę na śmierć, a ta­jem­nym ce­lem każdego od­ro­dze­nia jest znisz­cze­nie". Bar­dziej jed­no­znacz­ny w swo­jej in­ter­pre­ta­cji Ne­rva­low­skie­go świa­ta - rzec by można: w du­chu Se­bal­da - jest inny przed­sta­wi­ciel kry­ty­ki te­ma­tycz­nej, Geo­r­ges Po­ulet: "Bo­go­wie umie­rają, zie­mia się sta­rze­je, ga­tun­ki de­ge­ne­rują, słabną iskry ognia. Osłabie­niu in­dy­wi­du­al­nej świa­do­mości od­po­wia­da schyłek sił ko­smicz­nych. Dokoła sie­bie i w so­bie sa­mym Ne­rval jest świad­kiem wiel­kiej ago­nii - własnej i świa­ta, w którym się znaj­du­je. Czas gwiazd, po­dob­nie jak świat uczuć i myśli, jest miej­scem podwójne­go ka­ta­kli­zmu". Au­tor Myśli nie­określo­nej ma tu oczy­wiście na myśli Au­re­lię, ale jego dia­gnozę można od­nieść także do in­nych tekstów z lat pięćdzie­siątych, w których oca­la­nie świa­ta za po­mocą wspo­mnie­nia wy­ni­ka z ob­ser­wa­cji, że chy­li się on ku upad­ko­wi. I nie jest istot­ne, że ob­ser­wa­cje te do­tyczą nie­wiel­kie­go wy­cin­ka tego świa­ta - "kon­kret­ne­go, ogra­ni­czo­ne­go miej­sca" me­lan­cho­lij­nej es­te­ty­ki. Ów wy­ci­nek jest bo­wiem w da­nym mo­men­cie wszyst­kim, co in­te­re­su­je po­znające "ja" - ob­ra­zem, zupełnie jak u ilu­mi­natów, ma­kro- i mi­kro­ko­smo­su, gwiazd i jego sa­me­go. Na­wet jeśli punk­tem wyjścia jest pro­sta, eko­no­micz­na uwa­ga, jak w liście do Ju­les'a Si­mo­na, re­la­cjo­nującym "prze­chadz­ki" po Va­lo­is: "Chan­til­ly, które właśnie od­wie­dziłem, nisz­cze­je z po­wo­du te­sta­men­tu ostat­nie­go księcia de Condé. W po­zo­stałych po­siadłościach prze­ka­za­nych Ma­da­me de Feuch?res - Sa­int-Leu i Mor­te­fon­ta­ine - gnieżdżą się ubo­dzy miesz­kańcy, którzy nie ro­zu­mieją, dla­cze­go mrą z głodu w daw­nych fol­war­kach Ka­ro­la Wiel­kie­go". Kie­dy do "prze­cha­dzek" dołączy Ne­rval "wspo­mnie­nia", Va­lo­is na­bie­rze właści­we­go, mi­tycz­ne­go i uni­wer­sal­ne­go wy­mia­ru. Jed­no­cześnie zaś, jak gdy­by w od­wrot­nej pro­por­cji do tego se­man­tycz­ne­go przy­ro­stu prze­strze­ni, po­zy­cja Ne­rvalowskiego nar­ra­to­ra słab­nie, a sama jego po­stać wy­da­je się w końcu gro­te­sko­wa, wręcz nie­do­rzecz­na. Gdy czy­ta­my zakończe­nie Nocy paździer­ni­ko­wych, Prze­cha­dzek i wspo­mnień, a na­wet Syl­wii, mamy ochotę powtórzyć za Mrs. Ash­bu­ry z opo­wieści Se­bal­da: It se­ems to me so­me­ti­mes that we ne­ver got used to be­ing on this earth and life is just one gre­at, on­go­ing, in­com­pre­hen­si­ble blun­der.

5

Kie­dy Ne­rval mógł dojść do po­dob­ne­go wnio­sku? Wy­da­je się, że nie wcześniej niż w la­tach czter­dzie­stych, a dokład­nie: nie wcześniej niż przed pierw­szym poważnym kry­zy­sem w roku 1841. Tek­sty po­wstałe przed tą datą, głównie próby ga­tun­ko­we i dość kon­wen­cjo­nal­ne po­ezje, nie za­pew­niłyby Ne­rvalowi miej­sca, ja­kie dziś zaj­mu­je w hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry. To po pierw­szym po­by­cie w kli­ni­ce nie­mal wszyst­ko, co na­pi­sze odtąd au­tor Chi­mer, przy­po­mi­nać będzie próbę au­to­bio­gra­fii. Ten­den­cja ta się na­si­li po roku 1850, kie­dy to wszyst­kie wiel­kie tek­sty pro­za­tor­skie Ne­rva­la - te, które zna­lazły miej­sce w ni­niej­szym to­mie - stają się pierw­szo­oso­bową nar­racją z sil­nie obec­ny­mi wątka­mi au­to­bio­gra­ficz­ny­mi. Przełomo­wym tek­stem są Prze­myt­ni­cy, gdzie po raz pierw­szy Ne­rva­low­ski bo­ha­ter tra­fia do kra­iny dzie­ciństwa i po raz pierw­szy oj­czy­sta zie­mia zo­sta­je tak moc­no powiązana z oso­bi­stym wspo­mnie­niem. Ko­lej­ne tek­sty będą już tyl­ko drążyć owe wspo­mnie­nia, od­mie­niać na wszel­kie możliwe spo­so­by naj­bar­dziej in­tym­ne radości i lęki. Do tego stop­nia, że te­ma­ty, mo­ty­wy i ob­ra­zy w nich za­war­te na­chodzą na sie­bie, od­po­wia­dają so­bie echem, lub też roz­wi­jają za­ini­cjo­wa­ne wcześniej wątki. Aby się o tym prze­ko­nać, wy­star­czy ze­sta­wić choćby Prze­chadz­ki i wspo­mnie­nia z No­ca­mi paździer­ni­ko­wy­mi, gdzie opo­wieści o Mont­mar­trze, kółku śpie­wa­czym i ku­gla­rzach łączą się z uty­ski­wa­nia­mi na ko­lej żelazną oraz - oczy­wiście - z nie­kończącą się wędrówką. Po­dob­ne powiąza­nia ist­nieją też w in­nych utwo­rach oraz na in­nych po­zio­mach struk­tu­ry. Ry­szard En­gel­king su­ge­ru­je na przykład, że Pan­do­ra i Au­re­lia "mogą być bez­pośred­nią kon­ty­nu­acją i praw­dzi­wym zakończe­niem hi­sto­rii nar­ra­to­ra Syl­wii" - nar­ra­to­ra słyn­nej Ostat­niej kart­ki, w którego żadne słowo nie je­steśmy w sta­nie uwie­rzyć. Ge­ne­za po­szczególnych opo­wia­dań po­ka­zu­je po­nad­to, jak jed­ne prze­cho­dziły w dru­gie, jak zmie­niały tytuły, jak ucie­kały przed groźbą nie­ukończe­nia - a może ra­czej: jak opie­rały się groźbie ukończe­nia, de­fi­ni­tyw­ne­go za­mknięcia w ra­mach osta­tecz­nej pu­bli­ka­cji. Nie wszyst­kie te za­bie­gi da się wytłuma­czyć stra­te­gią, którą zna­my już z twórczości Bau­de­la­ire'a, po­le­gającą na jak naj­efek­tyw­niej­szym fi­nan­so­wym wy­ko­rzy­sta­niu mniej lub bar­dziej go­to­wych tekstów przy­mie­rającego głodem po­ety. U Ne­rva­la taki stan spuści­zny wy­ni­ka ra­czej z me­to­dy pra­cy, którą w ana­li­zie tekstów określono mia­nem "mgławi­co­wej", gdzie skończo­ne for­my są re­zul­ta­tem kry­sta­li­zo­wa­nia się po­szczególnych cząstek nie­zbor­nej masy, za­wie­rającej jed­nak wszyst­kie później­sze kształty i znacze­nia.

Po roku 1850 tek­sty Ne­rva­la stają się też opo­wieścia­mi o pi­sa­niu. Ta­ki­mi jak Prze­myt­ni­cy, gdzie nar­ra­tor opo­wia­da expli­ci­te o swo­ich zma­ga­niach z ma­te­rią li­te­racką (a zwłasz­cza cen­zurą), albo ta­ki­mi jak Pan­do­ra, gdzie po­sta­cie ciągle coś piszą, a fi­nal­na nie­możność ko­mu­ni­ka­cji zda­je się po­chodną nie­udol­nych prób nawiąza­nia kon­tak­tu języ­ko­we­go. Bywa na­wet tak, że je­den tekst daje nam wgląd w taj­ni­ki in­ne­go, jak choćby w Au­re­lii, która naświe­tla ge­nezę, a także struk­turę Syl­wii: "Po­wo­li wra­całem do pi­sa­nia i stwo­rzyłem jed­no z mo­ich naj­lep­szych opo­wia­dań. Ale pisałem je z tru­dem, pra­wie za­wsze ołówkiem, na luźnych kart­kach, od przy­pad­ku do przy­pad­ku, marząc i spa­ce­rując. Z po­praw­ka­mi miałem spo­ro kłopo­tu". W ostat­nim okre­sie swo­jej twórczości bo­wiem Ne­rval sta­je się zakład­ni­kiem nie tyl­ko własnych wspo­mnień, lecz także li­te­ra­tu­ry i pi­sma w ogóle. Chcąc opo­wia­dać o so­bie, musi opo­wia­dać o pi­sa­niu, gdyż roz­pro­szo­na po "luźnych kart­kach" mgławi­ca nie po­zwa­la mu na to, co sta­nie się udziałem Pro­ustow­skie­go nar­ra­to­ra - na od­dzie­le­nie grubą kreską mo­men­tu pi­sa­nia od mo­men­tu przeżywa­nia. To, że po­mi­mo bra­ku owe­go dy­stan­su udało się Ne­rvalowi za­cho­wać - we­dle słów Al­ber­ta Bégu­ina - "nieśmiałą i tak de­li­kat­nie powściągliwą" eks­presję (przekład To­ma­sza Stróżyńskie­go), należy po­strze­gać w ka­te­go­riach li­te­rac­kie­go cudu, a mówiąc in­nym języ­kiem: nad­zwy­czaj­ne­go ta­len­tu, któremu sza­leństwo po­mogło się wy­zwo­lić i który to samo sza­leństwo dopełniło w nig­dy nie­ukończo­nej Au­re­lii. Licz­ne wer­sje tego opo­wia­da­nia są nie tyl­ko ob­ra­zem wspo­mnia­nej mgławi­cy twórczej, lecz także sa­mej eg­zy­sten­cji - nie­określo­nej, nie­ja­snej i roz­pro­szo­nej w ster­cie luźnych kar­tek.

Splot eg­zy­sten­cji i li­te­ra­tu­ry przyjął u Ne­rva­la skrajną, gra­niczną po­stać. Prze­kro­cze­nie tej gra­ni­cy, ja­kim jest Au­re­lia, sta­no­wi jed­no­cześnie syn­tezę dia­lek­tycz­nej gry między skończo­nością a nie­ukończe­niem, w której życie kończy się z po­wo­du nie­możności ukończe­nia opo­wieści o życiu. Miał za­tem rację Mi­chel Fo­ucault, pisząc o Ne­rva­lu: "Jego dzieło głosiło, że je­dy­nym spo­so­bem do­tar­cia do sed­na li­te­ra­tu­ry jest ciągłe prze­by­wa­nie na jej gra­ni­cy, jak gdy­by już po zewnętrznej stro­nie urwi­ska". I da­lej: "Tek­sty Ne­rva­la nie po­zo­sta­wiły nam frag­mentów ja­kie­goś dzieła, lecz sta­le po­wta­rza­ne twier­dze­nie, że trze­ba pisać; że tyl­ko pisząc żyje się i umie­ra" (przekład Ta­de­usza Ko­men­dan­ta). To "nie­obec­ne dzieło" - by użyć ter­mi­nu Fo­ucaulta z in­ne­go tek­stu, z 1964 roku - oczy­wiście nie może być tożsame z eg­zy­stencją. Ich splot nig­dy nie pro­wa­dzi do pełnego sto­pie­nia, do za­ni­ku różnicy, do ja­kiejś mgławi­co­wej en­tro­pii, w której nie sposób do­strzec ja­kiejkolwiek re­la­cji. Sy­tu­acja jest o wie­le bar­dziej złożona. Przy­po­mi­na być może tę, o której pi­sze Ga­ston Ba­che­lard w od­nie­sie­niu do Lautréamon­ta: "Aby zro­zu­mieć poetę, trze­ba za­wsze po­wra­cać do dzieła. Ge­nial­ne dzieło jest an­ty­tezą życia". Ne­rva­la mamy szansę zro­zu­mieć, czy­tając jego tek­sty z lat pięćdzie­siątych: Prze­myt­ników, Syl­wię, Prze­chadz­ki i wspo­mnie­nia, a wresz­cie Au­re­lię. W ko­lej­nych słowach tej mgławi­cy ma­rze­nie o szczęściu prze­sta­je być sprzecz­ne z wi­do­kiem gasnącego świa­ta. Myśl otwie­ra się na pustkę, a lęk har­mo­nij­nie łączy się z po­czu­ciem spełnie­nia. "Ja­kie to szczęście pomyśleć - wy­krzy­ku­je bo­ha­ter Au­re­lii - że wszyst­ko, co ko­cha­liśmy, za­wsze będzie z nami!... Życie bar­dzo mnie już zmęczyło!" Nie je­steśmy już na zie­mi, w nie­bie ani w ob­sza­rze nicości. To króle­stwo wy­obraźni, ul­ti­ma thu­le Gérar­da de Ne­rva­la, syna Étien­ne'a La­bru­nie, dok­to­ra me­dy­cy­ny, który pół wie­ku wcześniej na trzy­dzie­stej czwar­tej stro­nie swo­jej roz­pra­wy prze­po­wie­dział los swo­je­go syna: "Zmysły działają na duszę, a du­sza re­agu­je na zmysły: w ich wza­jem­nym wpływie i połączo­nym działaniu mają swo­je źródło namiętności, to stąd czer­pią swoją moc pro­wadzącą do zgu­by. Ze wszyst­kich sił du­szy naj­bar­dziej ener­gicz­na jest wy­obraźnia - jej skut­ki są strasz­li­we; nie mają gra­nic. Wy­obraźnia jest źródłem przy­jem­ności oraz szczęścia, gdy ożywia na­sze or­ga­ny w od­po­wied­nim stop­niu; jed­na­ko­woż dławi ona pier­wia­stek życia i może dopro­wadzić do na­tych­mia­sto­wej śmier­ci człowie­ka, u którego pochłania zbyt wie­le ener­gii".

To­masz Swo­bo­da