Sylwia
Wspomnienia z Valois1
I. STRACONA NOC
Wychodziłem z teatru, gdzie co wieczór w loży nad proscenium występowałem w nienagannym stroju wielbiciela. Niekiedy sala była pełna, niekiedy była pusta. Nie obchodziło mnie, czy na parterze spotykam wzrokiem ledwie trzydziestu amatorów z przymusu, a w lożach czepki bądź niemodne toalety, czy też siedzę w niespokojnej, podnieconej sali, strojnej na każdym piętrze wieńcem ukwieconych sukien, skrzących klejnotów i promiennych twarzy. Obojętny na panoramę widowni, scenie też nie poświęcałem zbytniej uwagi - aż do chwili, gdy w drugiej lub trzeciej odsłonie któregoś z ówczesnych mdławych arcydzieł znana mi dobrze zjawa rozświetlała pustą przestrzeń, jednym tchnieniem i słowem ożywiając wokół mnie ludzkie cienie.
Czułem, że cały żyję w niej, a ona żyła tylko dla mnie. Jej uśmiech poił mnie bezbrzeżną błogością; jej wibrujący głos, tak słodki, choć mocny i dźwięczny, sprawiał, że drżałem z miłości i szczęścia. Była dla mnie wcieleniem wszelkiej doskonałości, ucieleśniała wszystkie moje zachwyty, wszystkie kaprysy - piękna jak dzień w blasku płonącej u jej stóp rampy, blada jak noc, gdy rampa gasła i promienie żyrandola oświetlały ją z góry, naturalniejszą, błyszczącą w półmroku samym swym pięknem, jak boskie Hory z gwiazdą nad czołem na ciemnym tle fresków Herkulanum!
Przez rok nie przyszło mi nawet na myśl, by rozpytywać, kim była poza sceną2; bałem się zmącić czarodziejskie zwierciadło odbijające jej obraz - raz czy dwa nadstawiłem tylko ucha, gdy rozmawiano nie o aktorce, lecz o kobiecie. Nie interesowało mnie to bardziej niż plotki, które dotyczyłyby księżniczki Elidy albo królowej Trebizondy, bo jeden z mych stryjów, używający życia w przedostatnich latach XVIII wieku - i to używający, co się zowie - ostrzegł mnie zawczasu, że aktorki nie są kobietami i że natura zapomniała wyposażyć je w serce. Mówił oczywiście o tych, które poznał; zwierzył mi się jednak z tylu złudzeń i zawodów, pokazał tyle portretów na kości słoniowej - czarujących miniatur, którymi potem zdobił tabakierki - tyle pożółkłych liścików i spłowiałych wstążek, odtwarzając ich dzieje i robiąc ogólny bilans, że przywykłem myśleć źle o wszystkich aktorkach, dawnych i obecnych.
Żyliśmy wtedy w osobliwej epoce, jednej z tych, co zwykle nastają po rewolucjach albo u schyłku wielkich monarchii. Nie cechowała jej wszakże ani rycerska galanteria czasów Frondy, ani wytworna i strojna rozpusta Regencji, ani sceptycyzm i szalone orgie Dyrektoriatu; żyliśmy, łącząc działanie z chwiejnością i lenistwem, błyskotliwe utopie z filozoficznym czy religijnym uniesieniem; nieokreślone wzloty zaprawialiśmy pragnieniem odrodzenia, a gorycz minionych waśni niepewną nadzieją - przypominało to trochę epokę Peregrinusa i Apulejusza. Człowiek przyziemny marzył o bukiecie róż, darze pięknej Izydy, dzięki któremu mógłby się przemienić3; wiecznie młoda i czysta bogini ukazywała się nam nocą, dręcząc wyrzutami za stracony dzień. Bo ambicje jeszcze się w nas nie obudziły, a zacięta walka o stanowiska i honory zamykała przed nami niejedno pole działania. Za schronienie mogła nam posłużyć jedynie tak droga poetom wieża z kości słoniowej, gdzie drapaliśmy się na coraz wyższe piętra, by uciec od tłumu. Dotarłszy śladem naszych mistrzów na szczyty, oddychaliśmy wreszcie czystym powietrzem odludzia, sączyliśmy zapomnienie ze złotej czary legend, upijaliśmy się poezją i miłością. Miłością, niestety, do form nieokreślonych, do różowości i błękitu, do zaświatowych widziadeł! Prawdziwa kobieta oglądana z bliska raziła naszą niewinność - musiała zdawać się nam królową lub boginią i lepiej było do niej nie podchodzić4.
Niektórzy z nas co prawda niezbyt sobie cenili te platoniczne paradoksy i czasem, zamiast wskrzeszać aleksandryjskie mrzonki, wymachiwali pochodnią bogów podziemia, przez chwilę rozświetlającą mrok rojem iskier. - I tak, wychodząc z teatru, pełen gorzkiego smutku, jaki zostawia pierzchły sen, chętnie szukałem towarzystwa w pewnym klubie, gdzie gromadnie zasiadaliśmy do kolacji, przy której najgłębszą nawet melancholię rozpraszała niesłabnąca werwa kilku biesiadników - umysłów wybitnych, giętkich, porywczych, niekiedy wzniosłych, jakich nigdy nie brakowało w epokach odnowy bądź dekadencji, a których rozważania stawały się w końcu tak śmiałe, że co lękliwsi z nas wyglądali raz po raz przez okna, sprawdzając, czy nie nadciągają już zastępy Hunów, Turkomanów albo Kozaków, by nagle przerwać dywagacje retorów i sofistów.
"Pijmy i kochajmy - w tym cała mądrość!" Taki był pogląd najmłodszych. Któryś do mnie zagadał:
- Od dłuższego czasu widuję cię w jednym jedynym teatrze, i to za każdym razem, kiedy tam zaglądam. Dla k t ó r e j tam chodzisz?
- Dla której?... - Nie sądziłem, by można tam było chodzić dla i n n e j. Wyznałem jednak jej imię.
- Ach tak! - odparł z politowaniem. - To popatrz sobie na tego szczęśliwca, który właśnie ją odwiózł do domu i który, szanując zasady naszego kółka, odwiedzi ją zapewne dopiero nad ranem.
Całkiem spokojnie obróciłem wzrok na wskazaną osobę. Był to elegancki młodzieniec o poprawnych manierach, miał bladą, nerwową twarz, a w oczach smutek i łagodność. Rzucał złote monety na stolik do wista i obojętnie je przegrywał.
- Jakie to ma znaczenie - odparłem - ten czy kto inny? Ktoś być musi, ten wydaje mi się godnym wyborem.
- A ty?
- Ja? Ja ścigam obraz, nic więcej.
Wychodząc, przeszedłem przez czytelnię i odruchowo rzuciłem okiem na jeden z dzienników. Chciałem chyba sprawdzić notowania giełdowe. Wśród resztek majątku miałem dość dużą sumę w papierach zagranicznych. Ostatnio szeptano, że te prawie zapomniane walory pójdą w górę - i właśnie tak się stało w wyniku zmiany rządu5. Moje papiery notowano już bardzo wysoko; znów byłem bogaty.
Zmiana sytuacji nasunęła mi jedną tylko myśl: gdybym zechciał, miałbym kobietę, którą kochałem od tak dawna. - Mogłem dotknąć swojego ideału. A jeśli to nowe złudzenie, złośliwy błąd druku? Ale inne gazety mówiły to samo. - Zarobiona suma stanęła mi przed oczyma jak złoty posąg Molocha. "Co by też powiedział - pomyślałem - tamten młodzieniec, gdybym zajął jego miejsce przy czekającej nań kobiecie?..." I przestraszyłem się tej myśli, która zraniła moją dumę.
Nie! Tak nie wolno, w moim wieku nie wolno zabijać miłości złotem - nie będę deprawatorem. Zresztą to pomysł z innych czasów. I kto mi zaręczy, że tę kobietę można kupić? - Błądząc wzrokiem po trzymanym w ręku dzienniku, przeczytałem jeszcze dwa wiersze: "P r o w i n c j a. Ś w i ę t o b u k i e t u. Jutro łucznicy z Senlis ofiarują bukiet łucznikom z Loisy". Te słowa, tak zwyczajne, wskrzesiły we mnie całą serię wrażeń: były to echa zapomnianej już prowincji, odległe wspomnienia prostych młodzieńczych zabaw. - Róg i bęben brzmiały w oddali po wioskach i po lasach; dziewczęta splatały girlandy i śpiewając, układały przybrane wstążkami bukiety. - Ciężki wóz, ciągnięty przez woły, zbierał te dary po drodze, a my, dzieci tej ziemi, przybrawszy tytuł kawalerów, szliśmy za nim orszakiem, niosąc łuki i strzały - nie wiedzieliśmy wówczas, że z wieku na wiek wciąż powtarzamy druidyczny obrządek, trwalszy niż monarchie i nowe religie.
II. ADRIANNA
Położyłem się do łóżka i nie mogłem w nim znaleźć spokoju. W półśnie sunęły przede mną wspomnienia całej młodości. Ten stan, gdy duch opiera się jeszcze przedziwnym kombinacjom snu, nierzadko pozwala obejrzeć ściśnięte w paru minutach najdonioślejsze wydarzenia dłuższego okresu życia.
Wyobrażałem sobie zamek z czasów Henryka IV, kryte łupkiem spadziste dachy, czerwonawą fasadę, ząbkowane węgły z pożółkłego kamienia i wielki trawiasty dziedziniec w kręgu wiązów i lip6, których listowie przeszywały ogniste groty gasnącego słońca. Na murawie tańczyły kołem dziewczęta, śpiewały dawne pieśni zasłyszane od matek, ich nieskażona francuszczyzna świadczyła, że jestem w starej prowincji Valois, gdzie ponad tysiąc lat biło serce Francji.
Byłem jedynym chłopcem w tym kole, do którego wciągnąłem też swą towarzyszkę, młodziutką Sylwię z sąsiedniej wioski, żywą i hożą dziewczynkę o czarnych oczach, regularnym profilu i nieco opalonej skórze... Kochałem ją jedną i ją jedną widziałem - do tej chwili! Ledwie dostrzegłem w naszym tanecznym korowodzie wysoką, piękną blondynkę, którą nazywano Adrianną7. Nagle, zgodnie z figurą tańca, Adrianna i ja znaleźliśmy się sami wewnątrz koła. Byliśmy równego wzrostu. Kazano nam się pocałować, a śpiewny korowód wirował szybciej niż przedtem. Przy pocałunku nie mogłem się powstrzymać od uściśnięcia jej ręki. Luźno skręcone złote loki muskały moje policzki. W jednej chwili zawładnął mną nieznany dotąd niepokój. - Piękna panna musiała zaśpiewać8, by mogła wrócić do koła. Usiedliśmy, otaczając ją kręgiem, i od razu świeżym, przejmującym i lekko stłumionym głosem, właściwym córkom tej mglistej krainy, zaśpiewała jedną ze starych ballad pełnych melancholii i miłości, mówiących zawsze o nieszczęściach księżniczki zamkniętej w wieży przez ojca, karzącego ją za to, że pokochała. Każdą zwrotkę kończyły rozedrgane tryle, które z taką gracją wywodzą młode głosy, modulowanym drżeniem naśladując niepewny głos staruszek.
Kiedy śpiewała, mrok spływał z wysokich drzew, a światło wschodzącego księżyca kładło się na nią jedną, samotną w skupionym kręgu. - Zamilkła i nikt nie śmiał przerwać ciszy. Murawę pokrywał lekki matowy opar, białymi kosmykami czepiając się źdźbeł trawy. Zdawało się nam, że jesteśmy w raju. - Zerwałem się wreszcie i pobiegłem ku zamkowym kwietnikom, gdzie w wielkich fajansowych donicach o barwach subtelnych kamei rosły laurowe drzewka. Przyniosłem dwie gałązki, z których spleciono wieniec, przewiązując je wstążką. Ozdobiłem nim głowę Adrianny i lśniące liście zabłysły na złotych włosach w bladych promieniach księżyca. Wyglądała teraz jak Beatrycze Danta, uśmiechnięta do poety błądzącego skrajem świętych przybytków.
Adrianna wstała. Prężąc smukłą kibić, złożyła nam wdzięczny ukłon i pobiegła do zamku. - Była, jak ktoś powiedział, wnuczką potomka starej rodziny spokrewnionej z królami Francji; w jej żyłach płynęła krew Walezjuszy. W tym świątecznym dniu pozwolono, żeby się z nami bawiła; nie mieliśmy jej więcej ujrzeć, bo nazajutrz wróciła do klasztoru, gdzie się wychowywała.
Podszedłszy do Sylwii, spostrzegłem, że płacze. To wieniec, którym własnoręcznie ukoronowałem piękną śpiewaczkę, był przyczyną jej łez. Ofiarowałem się zerwać dla niej drugi, ale odparła, że wcale jej na nim nie zależy, bo nań nie zasługuje. Broniłem się nadaremnie; kiedy odprowadzałem ją do rodziców, nie odezwała się już do mnie ani słowem.
Wezwany wkrótce do Paryża dla dalszej nauki, zabrałem ze sobą podwójny obraz: czułej przyjaźni, tak żałośnie przerwanej, oraz nieokreślonej, niemożliwej miłości - źródło bolesnych rozterek, których szkolna filozofia nie zdołała uśmierzyć.
Postać Adrianny w końcu zwyciężyła - słodki miraż chwały i piękna, dzielący ze mną ciężkie godziny studiów. W trakcie następnych wakacji dowiedziałem się, że tę przelotnie ujrzaną piękność rodzina skazała na życie zakonne.
III. DECYZJA
To półsenne wspomnienie wszystko mi wyjaśniło. Nieżywiąca żadnych nadziei, nieokreślona miłość do aktorki, budząca się we mnie co wieczór wraz z rozpoczęciem spektaklu i pryskająca dopiero, gdy usypiałem, zrodziła się ze wspomnienia Adrianny, nocnego kwiatu, co rozchyla płatki w bladym świetle księżyca, różowo-złotego widziadła, co sunie zieloną murawą, na poły skąpaną w białej mgle. - Podobieństwo do zapomnianej od lat postaci narzucało się teraz z dziwną wyrazistością; to zatarty przez czas rysunek ołówkiem przemienił się w obraz, niczym stare szkice mistrzów, podziwiane niegdyś w muzeum, a później rozpoznane w olśniewającym portrecie.
Kochać zakonnicę pod postacią aktorki!... A gdyby to była ta sama?9 - Można od tego oszaleć! To jakieś fatalne urzeczenie, niewiadome zwodzi cię jak błędny ognik pierzchający trzcinami po uśpionej wodzie... Wracajmy na ziemię.
A Sylwia, którą tak kochałem, czemuż od trzech lat ją zaniedbuję?... To była śliczna dziewczyna, najładniejsza w Loisy!
Ona przynajmniej istnieje, dobra, z czystym sercem, na pewno. Widzę jej okno, gdzie róże splatają się z winoroślą, a po lewej stronie wisi klatka z piegżami; słyszę stukanie klocków koronkarskich i jej ulubioną piosenkę:
Piękne dziewczę nad strumieniem,
W bystrej wodzie nóżki myło...
Dotąd na mnie czeka... Któż wziąłby ją za żonę? Taką ubogą!
W jej wiosce i dookoła sami poczciwi chłopi, w bluzach, z szorstkimi dłońmi i chudą twarzą, spaleni słońcem! Kochała tylko mnie, mnie, Małego Paryżanina, kiedy w sąsiedztwie Loisy odwiedzałem swojego biednego, dziś już nieżyjącego wuja. Od trzech lat, jak wielki pan, trwonię skromny majątek, który mi zostawił, a z którego mógłbym się utrzymywać. Przy Sylwii byłbym go zachował. Przypadek zwraca mi jego część. Jeszcze nie jest za późno.
Co też porabia o tej porze? Śpi... Nie, nie śpi; dziś święto łuczników, jedyny dzień w roku, gdy tańczą do rana. - Jest na balu...
Która godzina?
Nie miałem zegarka.
Wśród okazałej starzyzny, jaką w owych czasach chętnie gromadzono dla wskrzeszenia kolorytu lokalnego staroświeckich apartamentów10, błyszczał świeżym blaskiem szylkretowy renesansowy zegar z uwieńczoną wyobrażeniem Czasu złoconą kopułką, podtrzymywaną przez medycejskie kariatydy na półwspiętych koniach. Płaskorzeźbiona historyczna Diana wspiera się łokciem na jeleniu pod niellowaną tarczą z emaliowanymi cyframi. Zegar, z niewątpliwie świetnym mechanizmem, nie był nakręcany od dwustu lat. - Kupiłem go w Turenii nie po to, by mierzyć czas.
Zszedłem do stróża. Jego zegar z kukułką wskazywał pierwszą nad ranem. - Za cztery godziny, pomyślałem, mogę być na balu w Loisy. Na placyku przed Palais-Royal pięć czy sześć dorożek czekało jeszcze na gości klubów i domów gry.
- Do Loisy! - rzuciłem, wybierając najprzyzwoitszą.
- A gdzie to jest?
- Koło Senlis, osiem mil stąd.
- Podwiozę pana, weźmie pan ekstrapocztę - oświadczył dorożkarz, mniej ode mnie wzruszony.
Cóż to za smutna droga, szlak flandryjski nocą - pięknieje dopiero po wejściu w lasy! Wciąż te same dwa rzędy monotonnych drzew, nieudolnie naśladujących jakieś postacie; za nimi prostokąty łąk i zaoranej ziemi, przechodzące po lewej w błękitnawe pagórki Montmorency, Écouen, Luzarches. - A to już Gonesse, zwyczajne miasteczko pełne pamiątek z czasów Ligi i Frondy...
Za Louvres jest droga wysadzana jabłoniami, ich kwiaty nieraz świeciły mi nocą niczym ziemskie gwiazdy, tamtędy było najbliżej do wiosek. - Podczas gdy powóz pocztowy wspina się pod górę, ułóżmy wspomnienia11 z dni, w których tak często tam bywałem.
IV. ODJAZD NA CYTERĘ
Minęło kilka lat - chwila, kiedy spotkałem Adriannę przed zamkiem, była już tylko wspomnieniem z dzieciństwa. Zajrzałem do Loisy w dniu patrona wioski. Chciałem się znowu przyłączyć do kawalerów łuczników, stanąć w kompanii, do której niegdyś należałem. Synowie starych rodów, posiadających tam nadal zaszyte wśród lasów zamki, bardziej naruszone przez czas niż przez rewolucje, postanowili zorganizować uroczystość. Z Chantilly, Compi?gne i Senlis nadciągały wesołe kawalkady, dołączając do wiejskiego orszaku łuczniczego bractwa. Po dłuższej wędrówce przez wsie i miasteczka, mszy w kościele, zawodach i rozdaniu nagród zwycięzców podjęto ucztą, wydaną na ocienionej przez lipy i topole wyspie, leżącej pośrodku jednego ze stawów, zasilanego wodami Nonette i Th?ve. Przybrane chorągiewkami łodzie przewiozły nas na wyspę, o której wyborze zdecydowała wystawiona tam owalna świątynia z kolumnadą, mająca posłużyć za salę biesiadną. - Okolica jest tu bowiem usiana, podobnie jak Ermenonville, niewielkimi, lekkimi budowlami z końca XVIII wieku, obmyślonymi przez milionerów filozofów, natchnionych panującą wtedy modą. Przypuszczam, że miała to być świątynia Uranii12. Trzy kolumny już runęły, pociągnąwszy za sobą część architrawu; ale wnętrze sali uprzątnięto, a między kolumnami rozpięto girlandy, odmładzając w ten sposób tę nowoczesną ruinę - bliższą pogaństwu Chaulieu i Boufflersa niż Horacego.
Przeprawa przez jezioro miała zapewne przypominać Odjazd na Cyterę Watteau. Jedynie nasze współczesne stroje rozwiewały złudzenie. Ogromny ceremonialny bukiet zdjęto z wozu, którym był wieziony, i ułożono w dużej łodzi; na ławkach zasiadł orszak biało ubranych dziewcząt, towarzyszący mu zgodnie z tradycją; spokojne wody stawu odbijały wdzięczny obraz jakby antycznej procesji płynącej do brzegów wyspy, gdzie w promieniach wieczoru czerwieniały krzewy tarniny, kolumnada i jasne listowie. Niebawem łodzie przybiły do brzegu. Uroczyście wniesiony kosz z bukietem zajął środek stołu i wszyscy usiedli, szczęśliwcy obok dziewcząt - wystarczyło być znanym ich rodzinie. Dlatego mogłem usiąść koło Sylwii. Jej brat podszedł do mnie już wcześniej i robił mi wyrzuty, że od tak dawna ich nie odwiedzam. Tłumaczyłem się, że nauka zatrzymuje mnie w Paryżu, ale właśnie przyjechałem, żeby się z nimi zobaczyć. "Nieprawda - powiedziała Sylwia - on o mnie zapomniał. My jesteśmy prości wieśniacy, gdzie nam do Paryża!" Próbowałem ją pocałować i zamknąć jej usta, ale jeszcze się na mnie dąsała; trzeba było paru słów brata, by obojętnie podsunęła mi policzek. Całus nie sprawił mi żadnej przyjemności, takiej łaski dostępowało wielu, bo w tych patriarchalnych stronach, gdzie witają się z każdym przechodniem, pocałunek jest zwykłą grzecznością świadczoną sobie wzajem przez tych zacnych ludzi.
Gospodarze uroczystości przygotowali nam niespodziankę. Pod koniec uczty z głębi wielkiego kosza wyfrunął dziki łabędź13, dotąd uwięziony pod kwiatami; mocnym uderzeniem skrzydeł uniósł splątane wieńce i girlandy, rozrzucając je na prawo i lewo. Kiedy radośnie wznosił się ku ostatnim blaskom słońca, na oślep chwytaliśmy wieńce i koronowaliśmy nimi sąsiadki. Szczęśliwie trafiłem na jeden z najpiękniejszych, uśmiechnięta Sylwia pozwoliła się pocałować czulej niż przedtem. Pojąłem, że udało mi się zatrzeć tamto wspomnienie. Tym razem podziwiałem ją jedną, jakże wypiękniałą! Nie była już wiejską dziewczynką, którą wzgardziłem dla starszej i lepiej ułożonej. Zyskała pod każdym względem: jej czarne oczy, piękne już w dzieciństwie, teraz wręcz urzekały; pod wygiętymi łukami brwi jej uśmiech, znienacka rozświetlający regularne i spokojne rysy, miał w sobie coś z Ateny. Podziwiałem jej twarz, godną antycznej rzeźby, tak odmienną od pospolitych, choć miłych twarzyczek jej przyjaciółek. Delikatne, wydłużone dłonie, ramiona, pełniejsze teraz i bielsze, wysmuklona talia czyniły ją inną od tej, którą znałem. Nie mogłem się powstrzymać, by jej nie szepnąć, jak bardzo różni się od siebie sprzed lat, miałem nadzieję, że odkupię w ten sposób dawną i nagłą niewierność.
Wszystko mi zresztą sprzyjało, przychylność jej brata, sugestywny czar święta, szara godzina, a i samo miejsce, gdzie z fantazją i smakiem skopiowano sceny niegdysiejszych frywolnych zabaw. Gdy tylko to było możliwe, uciekaliśmy od tańczących, by dzielić się wspomnieniami z dzieciństwa i w rozmarzeniu wspólnie podziwiać odblaski nieba na ciemnych drzewach i wodzie. W końcu brat Sylwii przerwał tę kontemplację, mówiąc, że czas już wracać do ich dość odległej wioski, do rodziców.
V. WIOSKA
Mieszkali w Loisy, w dawnym domu strażnika. Odprowadziłem ich aż tam, a potem ruszyłem do Montagny, przenocować u wuja14. Zboczywszy z drogi, przeciąłem zagajnik między Loisy i Saint-S... i zaraz znalazłem s t e c z k ę biegnącą w zagłębieniu brzegiem lasu ermenonvillskiego; spodziewałem się ujrzeć niebawem mur klasztoru, wzdłuż którego szło się jakieś ćwierć mili. Księżyc raz po raz chował się za chmury, ledwo oświetlając skaliste złomy ciemnego piaskowca i wrzosowisko, gęstniejące pod moimi stopami. Na prawo i na lewo ściany lasów bez wytyczonych dróg, a przede mną ciągle kamienie druidyczne, pamiętające synów Armena, wyciętych w pień przez Rzymian! Z wierzchołków tych poetycznych złomisk widziałem odległe stawy, odcinające się niczym zwierciadła od mglistej równiny, ale nie mogłem odróżnić tego, na którym świętowaliśmy.
Powietrze było ciepłe i wonne; postanowiłem się zatrzymać i doczekać świtu, leżąc na wrzosach. - Zbudziwszy się, powoli rozpoznawałem otoczenie miejsca, do którego zbłądziłem nocą. Po lewej dojrzałem Saint-S..., podłużny zarys klasztornego muru, a po drugiej stronie doliny wzgórze Gens-d'Armes z wyszczerbioną ruiną starożytnej karolińskiej rezydencji. Obok, ponad kępami drzew, wyniosłe resztki opactwa w Thiers rysowały się na widnokręgu pasmem ścian przebitych triforiami i ostrołukami. Leżący dalej gotycki zamek w Pontarmé, jak niegdyś otoczony wodą, odbił niebawem pierwsze ognie dnia, na południu zaś, na wzgórzach Montméliant, pojawiła się wysoka baszta Tournelle i cztery wieże Bertrandfosse.
To była przyjemna noc, śniłem tylko o Sylwii; ale na widok klasztoru przeszyła mnie myśl, że właśnie tam mogła przebywać Adrianna. W uszach wciąż miałem dźwięk porannego dzwonu, który zapewne mnie zbudził. Przez chwilę chciałem zajrzeć za mur, wspinając się na najwyższą skałę; powstrzymałem się jednak, bo wydało mi się to profanacją. Napływające światło wygnało z moich myśli próżne wspomnienie, pozostawiając tylko różane rysy Sylwii. "Chodźmy ją obudzić" - szepnąłem w duchu i skierowałem się w stronę Loisy.
Oto i wioska u końca steczki pod lasem: dwadzieścia domków o ścianach strojnych girlandami winorośli i pnącej róży. Przed największym pracują społem ranne prządki w czerwonych chustkach na głowie. Nie ma wśród nich Sylwii. Odkąd jest koronczarką, to już jakby panienka, chociaż rodzice pozostali zacnymi wieśniakami. - Poszedłem na górę, do jej pokoju, co nikogo nie zdziwiło; wstała już dawno i przeplatała nici koronki, delikatnie stukając klockami na zielonej poduszce przykrywającej kolana. "A, to ty, leniu - powiedziała z uśmiechem bogini - pewno dopiero wstałeś z łóżka!" Opowiedziałem o bezsennej nocy, o wędrówce na oślep po lasach i skałach. Raczyła mi zwięźle wyrazić współczucie. "Jeśli nie jesteś zbyt zmęczony, powędrujemy teraz oboje. Odwiedzimy w Othis moją cioteczną babkę". Ledwo zdążyłem odpowiedzieć, a już zerwała się radośnie, poprawiła przed lustrem włosy i włożyła wiejski słomkowy kapelusz. Niewinność i radość biły z jej oczu. Wyruszyliśmy brzegiem Th?ve, przez łąki pełne jaskrów i margerytek, a potem szliśmy wzdłuż lasów Saint-Laurent, dla skrócenia drogi przeprawiając się czasem przez chaszcze i strumienie. Pośród drzew śpiewały kosy, a z trącanych krzewów radośnie wylatywały sikorki.
Czasem spotykaliśmy barwinki, które tak kochał Rousseau15: rozwierały błękitne korony na długich parzystolistnych łodygach, przyziemnych lianach pętających lekkie stopy mojej towarzyszki. Obojętna na pamięć genewskiego filozofa, to tu, to tam zrywała pachnące poziomki, a ja opowiadałem jej o Nowej Heloizie, cytując z pamięci niektóre fragmenty.
- Czy to ładne? - spytała.
- To wzniosłe.
- Ciekawsze od Augusta Lafontaine16?
- Bardziej wzruszające.
- Muszę koniecznie przeczytać! Poproszę brata, żeby mi przyniósł, jak tylko pójdzie do Senlis.
I dalej recytowałem urywki Heloizy, a Sylwia zrywała poziomki.
VI. OTHIS
Wychodząc z lasu, trafiliśmy na kępę purpurowych naparstnic; zrobiła z nich wielki bukiet:
- To dla ciotki - powiedziała. - Będzie szczęśliwa, mając w izbie te piękne kwiaty.
Od Othis dzielił nas już tylko kawałek ugoru. Wioskowa dzwonnica strzelała w górę na tle błękitnawych wzgórz rozciągniętych od Montméliant po Dammartin. Th?ve znowu szemrała na głazach i kamykach, węższa bliżej źródła, gdzie rozlewa się na łąkach, tworząc niewielkie jeziorko wśród irysów i mieczyków. Wkrótce doszliśmy do pierwszych zabudowań. Ciotka Sylwii mieszkała w domku z niegładzonego piaskowca oplecionego chmielem i dzikim winem; żyła samotnie, utrzymując się z kilku poletek, które od śmierci męża uprawiali dla niej sąsiedzi. Siostrzenica wpadła do środka jak ogień.
- Dzień dobry, ciotko! Przyszły twoje dzieci! - wołała. - Jesteśmy głodni!
Ucałowała ją czule, wcisnęła w ramiona naręcz kwiatów i dopiero wtedy przypomniała sobie, że trzeba mnie przedstawić:
- To mój wielbiciel! - rzuciła.
Teraz z kolei ja ucałowałem ciotkę, która stwierdziła:
- Bardzo miły... Wybrałaś blondyna!...
- Ma śliczne, delikatne włosy - odparła Sylwia.
- To kiedyś się kończy - rzekła ciotka - ale macie jeszcze dużo czasu przed sobą, a że jesteś brunetka, dobrze do ciebie pasuje.
- Trzeba mu dać śniadanie, ciotko.
I chodziła po izbie, zaglądając do szafek, do skrzyni, wyjmując mleko, razowy chleb, cukier, dość niedbale rozstawiając na stole talerze i fajansowe półmiski, malowane w wielkie kwiaty i w koguty z barwnymi piórami. Pośrodku stanęła porcelanowa misa z Creil, pełna mleka, w którym pływały poziomki; potem, obrabowawszy ogród z kilku garści porzeczek i wiśni, ustawiła na dwóch końcach obrusa dwa wazony z kwiatami. Wtedy ciotka wyrzekła te jakże piękne słowa:
- To wszystko na deser, a teraz pozwól mi zabrać się do roboty.
I zdjęła z haka patelnię, wrzucając wiązkę chrustu pod okap wysokiego komina.
- Tego nie tykaj! - krzyknęła na Sylwię, która chciała jej pomóc. - Zniszczysz te zgrabne paluszki, co robią koronki piękniejsze od tych z Chantilly! Dałaś mi trochę, a ja się na tym znam.
- Wiem, ciotko, wiem!... A gdybyście tak mieli jakie stare koronki, przydałyby mi się na wzór.
- No, to idź poszukać na górze, może coś znajdziesz w komodzie.
- To dajcie mi klucze - poprosiła Sylwia.
- Po co! Szuflady są otwarte.
- Nieprawda, jedna jest zawsze zamknięta.
I kiedy gospodyni czyściła patelnię, opaliwszy ją wpierw nad ogniem, Sylwia odwiązała ze sznurka przy jej pasku mały żelazny kluczyk z ażurowym uszkiem i pokazała mi go tryumfalnie.
Wbiegłem za nią po drewnianych schodach prowadzących do sypialni. - Święta młodości i święta starości! - któż śmiałby skalać niewinność pierwszych uczuć w tym sanktuarium wiernej pamięci? Z owalnego portretu w złoconej ramie, wiszącego w głowach prostego wiejskiego łóżka, czarnymi oczyma i różanymi ustami uśmiechał się młodzieniec z dawnych szczęśliwych lat. Nosił mundur straży łowieckiej domu Kondeuszy; jego półwojskowa postawa, życzliwa, różowa twarz, gładkie czoło i pudrowane włosy ożywiały ten raczej mierny pastel wdziękiem młodości i prostoty. Jakiś podrzędny malarz, zaproszony na książęce polowanie, sportretował go najpiękniej jak umiał, a także jego młodą żonę, przedstawioną w drugim owalu: ponętną, sprytną, wysmukloną sznurowanym wstążkami otwartym gorsecikiem i uśmiechniętą zalotnie do trzymanego na palcu ptaszka. A była to przecież ta sama starowinka, która kucharzyła teraz na dole, schylona nad płonącym ogniem. Przypomniały mi się wróżki z Pantomimy, kryjące pod pomarszczoną maską urodziwą twarz, odsłanianą dopiero w finale, gdy ukazuje się Świątynia Miłości, a słońce wiruje i rozsiewa magiczne blaski.
- Poczciwa ciotko - zawołałem - ileż miałaś wdzięku!
- A ja? - spytała Sylwia, której właśnie udało się otworzyć wiadomą szufladę. Znalazła w niej strojną plisowaną suknię ze skrzącej, szeleszczącej pod palcami tafty. - Zobaczę, czy mi w niej do twarzy - zawołała. - Och! będę wyglądała na starą wróżkę!
"Wiecznie młodą wróżkę z baśni!..." - pomyślałem. A Sylwia rozpięła już perkalikową sukienkę i pozwoliła jej zsunąć się do stóp. Rozszerzana suknia starej kobiety świetnie leżała na szczupłej talii, Sylwia kazała mi się zapiąć.
- Och! krótkie rękawy, jakie śmieszne! - zawołała.
Lecz te rękawki, przybrane kilkoma rzędami koronek, obnażały piękne ramiona Sylwii, a jej pierś rysowała się zgrabnie w ozdobionym pożółkłym tiulem i wyblakłymi wstążkami staniczku, który tak krótko opinał ulotne wdzięki ciotki.
- Skończ z tym wreszcie! Nie umiesz zapiąć sukni? - skarciła mnie Sylwia. Wyglądała jak wiejska narzeczona Greuze'a.
- Przydałby się puder - powiedziałem.
- Zaraz go znajdziemy.
I znów zaczęła szperać po szufladach. Cóż tam były za skarby! Jak to wszystko pięknie pachniało, grało żywymi kolorami, jaśniało od świecidełek! Dwa nadłamane wachlarze z masy perłowej, porcelanowe puzderka w chińskie wzory, bursztynowy naszyjnik i tysiąc innych drobiazgów! Były tam również dwa białe drogietowe pantofelki, których sprzączki błyszczały szklanymi brylancikami.
- Och, muszę je włożyć! - krzyknęła Sylwia. - Jeśli tylko znajdę haftowane pończoszki!
I za chwilę rozwijaliśmy jedwabne bladoróżowe pończochy z zielonymi strzałkami; ale głos ciotki i skwierczenie patelni przywołały nas nagle do rzeczywistości.
- Schodź szybko! - szepnęła Sylwia i pomimo moich nalegań nie pozwoliła mi pomóc we wkładaniu pantofelków. Ciotka zdążyła już przełożyć na półmisek płat boczku usmażonego z jajkami. Niebawem głos Sylwii wezwał mnie na górę.
- Ubieraj się raz-dwa! - poleciła i sama już gotowa, wskazała ślubny strój strażnika łowieckiego rozłożony na komodzie. W jednej chwili przemieniłem się w niegdysiejszego oblubieńca. Sylwia czekała na mnie na schodach; zeszliśmy razem, trzymając się za ręce17. Ciotka, obróciwszy się, krzyknęła: "O, moje dzieci!", i wybuchnęła płaczem, a potem uśmiechnęła się przez łzy. - To był obraz jej młodości - okrutna, czarująca zjawa! Siedliśmy koło niej, wzruszeni i prawie poważni, ale wesołość zaraz nam wróciła, bo gdy minęło pierwsze wrażenie, zacna staruszka jęła wspominać swe hucznie świętowane zaślubiny. Odszukała nawet w pamięci popularne w tamtych czasach przemienne strofy, którymi przerzucały się dwa końce weselnego stołu, a także naiwne epitalamium, śpiewane małżonkom wracającym po tańcu. Powtarzaliśmy za nią te dawne, niezręczne, asonansowe zwrotki o prostym rytmie; zakochane i kwieciste niczym Pieśń Eklezjasty; - byliśmy mężem i żoną przez cały letni poranek.
VII. CHAALIS
Jest czwarta nad ranem; droga nagle schodzi w dół; znowu się podnosi. Zaraz miniemy Orry, a potem La Chapelle. Po lewej jest droga na skraju lasów Halatte. Tamtędy brat Sylwii zawiózł mnie kiedyś kariolką na uroczystość w sąsiedztwie. To był chyba dzień świętego Bartłomieja i wieczór. Po leśnych, rzadko uczęszczanych drogach jego mały konik pędził jak na sabat. Od Mont-l'Év?que był już bruk, po kilku minutach stanęliśmy przed domkiem stróża starego opactwa w Chaalis. - Chaalis, znowu wspomnienia!
W dawnej ustroni cesarzy można podziwiać jedynie ruiny klasztoru z bizantyjskimi arkadami, których ostatnia galeria rysuje się jeszcze na tle stawów - zapomniane resztki pobożnych fundacji na włościach, zwanych kiedyś folwarkami Karola Wielkiego. Religia w tych stronach, odciętych od chaosu miast i dróg, zachowała ślady długiej obecności kardynałów z rodu d'Este w czasach Medyceuszy: jej symbole i obrzędy wciąż mają w sobie pewną dworność i poezję, pod łukami delikatnie żebrowanych kaplic, zdobionych przez włoskich artystów, oddycha się atmosferą Odrodzenia. Postacie świętych i aniołów rysują się różowo na błękitnym tle sklepień, przywodząc na myśl pogańskie alegorie, sentymentalizm Petrarki i mitologiczny mistycyzm Francesca Colonny.
Byliśmy z bratem Sylwii intruzami na prywatnej uroczystości, która odbywała się tego wieczora. Pewna bardzo wysoko urodzona osoba, w której rękach znajdowała się wtedy posiadłość, zaprosiła kilka okolicznych rodzin na swego rodzaju alegoryczną inscenizację z udziałem wychowanek sąsiedniego klasztoru. Nie było to bynajmniej przypomnienie tragedii grywanych przez panny z Saint-Cyr, lecz odległe echo pierwszych prób lirycznych podejmowanych we Francji za panowania Walezjuszy. Zobaczyłem coś w rodzaju dawnego misterium. Za kostiumy służyły długie, różniące się barwą suknie, modre, hiacyntowe, koralowe. Scena przedstawiała anioły zgromadzone na ruinie świata. Kolejno wychwalały śpiewem rozmaite wspaniałości zgasłego globu, anioł śmierci zaś objaśniał przyczyny jego unicestwienia. Z otchłani przybywał duch z ognistym mieczem w dłoni i wzywał tam wszystkie anioły, by mogły podziwiać Chrystusa w chwale pogromcy Piekieł. Tym duchem była Adrianna, odmieniona strojem, a wcześniej już - powołaniem. Aureola ze złotego kartonu, otaczająca jej anielską głowę, zdawała się nam kręgiem prawdziwego światła; jej głos był teraz mocniejszy, o szerszej skali, a nieustające fiorytury włoskiego śpiewu haftowały ptasim szczebiotem surowe zdania wzniosłego recytatywu.
Odtwarzając te szczegóły, zaczynam się zastanawiać, czy są rzeczywiste, czy też je tylko wyśniłem18. Brat Sylwii był tego wieczora lekko podochocony. Zatrzymaliśmy się chwilę w domku stróża - tym, co mnie szczególnie tam uderzyło, był łabędź rozpostarty na drzwiach19, a w środku wysokie rzeźbione szafy z orzecha, wielki zegar szafkowy i honorowe trofea - łuki i strzały - wiszące nad czerwono-zieloną tarczą. Dziwny karzeł w chińskiej czapeczce, z butelką w jednej i pierścieniem w drugiej ręce, zdawał się zachęcać łuczników, by dobrze mierzyli. Karzeł, jak sądzę, był wycięty z blachy. Ale czy Adrianna w istocie się zjawiła, prawdziwa jak te wszystkie szczegóły, jak niewątpliwie istniejące opactwo w Chaalis? A przecież to syn stróża wprowadził mnie do sali, gdzie odbywało się przedstawienie; staliśmy koło drzwi, za plecami licznie zgromadzonych gości siedzących w skupionym wzruszeniu. To był dzień świętego Bartłomieja - szczególnie związany z pamięcią Medyceuszy, których herby, spięte z herbami rodu d'Este, zdobiły te stare mury... A może to wspomnienie jest jakąś obsesją! - Na szczęście ekstrapoczta przystaje na drodze do Plessis; wyrywam się światu marzeń i już tylko kwadrans marszu mało uczęszczanymi ścieżkami dzieli mnie od Loisy.
VIII. BAL W LOISY
Wszedłem na bal w Loisy o melancholijnej, słodkiej godzinie, gdy światła bledną i drżą przed nadchodzącym dniem. Lipy, ciemne od dołu, u wierzchołków przybierały barwę błękitnawą. Wiejski flet nie walczył już tak dzielnie z trelami słowików. Wszyscy byli bladzi, w przerzedzonych grupach z trudem rozpoznawałem znajome twarze. W końcu spostrzegłem Dużą Lizę, przyjaciółkę Sylwii. Ucałowała mnie, mówiąc:
- Od dawna cię tu nie widziano, Paryżaninie.
- O, tak! Od dawna.
- Przyjechałeś o tej porze?
- Ekstrapocztą.
- Niezbyt się spieszyła!
- Chciałem zobaczyć Sylwię; jest jeszcze na balu?
- Zawsze zostaje do rana; tak lubi tańczyć!
W jednej chwili byłem przy niej. Miała zmęczoną twarz; ale jej czarne oczy nadal błyszczały dawnym uśmiechem Ateny. Obok niej stał jakiś młodzieniec. Dała mu znak, że rezygnuje z następnego kontredansa. Ukłonił się i odszedł.
Robiło się widno. Wyszliśmy z balu, trzymając się za ręce. Kwiaty w jej potarganych włosach straciły świeżość; bukiecik przy staniku osypał się na zmięte koronki, misterne dzieło jej rąk. Spytałem, czy mogę ją odprowadzić do domu. Wstał już dzień, dość pochmurny. Po lewej stronie szemrała Th?ve, tworząc wiry na stojącej wodzie zakoli, gdzie kwitły białe i żółte nenufary, a kruche hafty gwiazd wodnych jaśniały niczym stokrotki. Na polach leżały pokosy i stały stogi siana, którego zapach uderzał mi do głowy, nie upajał już jednak, jak niegdyś świeża woń lasu i krzewów kwitnącej tarniny.
Nie przyszło nam na myśl, by znów się przez nie przedzierać.
- Sylwio - powiedziałem - już mnie nie kochasz!
- Przyjacielu - westchnęła - należy być rozsądnym; w życiu rzeczy nie układają się tak, jak byśmy tego chcieli. Opowiadałeś mi kiedyś o Nowej Heloizie, przeczytałam ją całą, chociaż strwożyła mnie wstępna przestroga: "Każda młoda dziewczyna, która przeczyta tę książkę, jest zgubiona". Zaufałam swojemu rozumowi, nie przerwałam lektury. Czy pamiętasz ten dzień, kiedy przebraliśmy się w ślubne stroje ciotki?... Na rycinach w Heloizie zakochani też są ubrani po staroświecku, dla mnie Saint-Preux to byłeś ty, a ja czułam się Julią. Ach, czemuś wtedy nie wrócił! Mówiono, że pojechałeś do Włoch. Musiałeś tam spotkać niejedną o wiele ode mnie piękniejszą!
- Żadnej, Sylwio, co miałaby twoje spojrzenie i twoje szlachetne rysy. Choć o tym nie wiesz, jesteś antyczną nimfą. A lasy twej ziemi są piękne jak Kampania Rzymska. Są w nich równie wyniosłe złomy granitu, jest kaskada spadająca z wysokich skał jak w Terni. Nie widziałem tam nic, za czym tu mógłbym tęsknić.
- A w Paryżu? - spytała.
- W Paryżu...
Zaprzeczyłem ruchem głowy.
Nagle pomyślałem o próżnym obrazie, który tak długo mnie zwodził.
- Sylwio - poprosiłem - przystańmy tutaj, dobrze?
Padłem jej do stóp; płacząc gorzkimi łzami, wyznałem swoje wahania i kaprysy; mówiłem o zgubnym widmie zabłąkanym w moim życiu.
- Uratuj mnie! - zawołałem. - Wracam do ciebie na zawsze.
Spojrzała na mnie z czułością...
W tej chwili naszą rozmowę przerwał głośny wybuch śmiechu. Dogonił nas brat Sylwii, tryskający zdrową wiejską wesołością - zwykłym skutkiem całonocnej zabawy - tym razem jednak rozbuchaną ponad miarę dzięki wielu spełnionym toastom. Wołał na wielbiciela z balu, zagubionego gdzieś z tyłu, w krzakach tarniny, i ten zaraz do nas dołączył. Nie trzymał się na nogach lepiej od kompana, a Paryżanin zdawał się onieśmielać go bardziej niż Sylwia. Jego poczciwa mina i zakłopotana uprzejmość sprawiły, że nie miałem doń pretensji, choć był tancerzem, dla którego Sylwia została na balu do rana. Uznałem, że nie jest niebezpieczny.
- Musimy wracać do domu - zwróciła się Sylwia do brata. - Do zobaczenia - rzekła i podsunęła mi policzek.
Adorator nie poczuł się dotknięty.
IX. ERMENONVILLE
Wcale nie chciało mi się spać. Poszedłem do Montagny spojrzeć na dom wuja. Wielki smutek ścisnął mi serce, kiedy dostrzegłem żółtą fasadę i zielone okiennice. Wszystko zdawało się takie jak dawniej; tyle że klucz trzeba było wziąć od sąsiada. Odsłoniłem okna i ze wzruszeniem rozpoznałem stare meble, nic a nic niezmienione, wyraźnie co jakiś czas przecierane, wysoką szafę z orzecha, dwa flamandzkie obrazy - jak mówiono, pędzla naszego dalekiego przodka; dwa duże sztychy według Bouchera i całą serię oprawionych w ramki rycin Moreau do Emila i Nowej Heloizy; na stole zaś wypchanego psa, którego pamiętałem żywym, dawnego towarzysza wędrówek po lasach, może ostatniego już mopsa, bo należał do tej wymarłej rasy.
- Papuga jeszcze żyje - rzekł sąsiad - zabrałem ją do siebie.
Ogród był obrazem tryumfu zdziczałej roślinności. W rogu odkryłem dziecięcy ogródek, niegdyś przeze mnie założony. Drżąc, wszedłem do gabinetu, gdzie wciąż stała niewielka biblioteka pełna starannie dobranych książek, starych przyjaciół tego, kto już odszedł; na biurku leżały wykopane w ogrodzie starożytności: wazy, rzymskie medale - jego muzeum, którym tak się cieszył.
- Chodźmy zobaczyć papugę - zwróciłem się do sąsiada. Papuga zażądała śniadania jak za swych najpiękniejszych dni i spojrzała na mnie okrągłym okiem obrzeżonym zmarszczoną skórą niczym znający życie starzec.
Pełen smutnych myśli, zbudzonych tym spóźnionym powrotem w ukochane strony, zapragnąłem znów ujrzeć Sylwię, jedyną istotę wciąż żywą i młodą, która wiązała mnie z tą ziemią. Wyruszyłem do Loisy. Było południe; wszyscy jeszcze spali, zmęczeni balem. Przyszło mi do głowy, by skrócić czas spacerem do Ermenonville, lasem odległego nie więcej niż milę. Był piękny letni dzień. Chłód leśnej drogi, podobnej do parkowej alei, od razu mnie orzeźwił. Jednostajną zieleń wielkich dębów urozmaicały czasem białe pnie brzóz o drżącym listowiu. Ptaki milczały, słyszałem tylko stukanie zielonego dzięcioła, który gdzieś drążył sobie gniazdo. W pewnej chwili omal się nie zgubiłem, bo wskazujące drogę tabliczki na żerdkach miały miejscami zatarte napisy. W końcu, zostawiając po lewej ręce P u s t y n i ę, trafiłem na polanę tańców, gdzie nadal stoi ławka dla starców. Wspomnienia filozofującej starożytności, wskrzeszone przez dawnego właściciela tych ziem, naszły mnie tłumnie na widok tak wymownego wcielenia idei Emila i Podróży Anacharsisa.
Kiedy wśród gałęzi wierzb i leszczyn błysnęły wody jeziora, ostatecznie rozpoznałem miejsce, w które wuj wiele razy zabierał mnie na przechadzkę: toż to Ś w i ą t y n i a F i l o z o f i i, której budowy fundator nie miał szczęścia dokończyć. Ma kształt świątyni Sybilli Tyburtyńskiej i trwa pod osłoną sosen, błyszcząc nazwiskami wielkich myślicieli, od Montaigne'a i Kartezjusza do Jana Jakuba Rousseau. Niedokończona budowla jest już tylko ruiną, bluszcz wdzięcznie ją oplata, a jeżyna zawłaszcza rozsypujące się schody. Dzieckiem oglądałem tu uroczystości, na których biało ubrane dziewczęta odbierały nagrody za postępy w naukach i obyczajność. Gdzie się podziały krzewy różane, co niegdyś otaczały wzgórze? Dzikie róże i maliny kryją ich ostatnie, zmarniałe gałązki. - A wawrzyny? Czyżby je ścięto, jak głosi piosenka dziewcząt, które już nie chcą chadzać w bór? Nie, drzewka słodkiej Italii obumarły pod naszym mglistym niebem. Na szczęście wciąż kwitnie ligustr Wergilego, jakby pragnąc podkreślić wyryte nad wejściem słowa poety: Rerum cognoscere causas!I - Tak, ta świątynia, jak tyle innych, upada, bierni albo znużeni ludzie wkrótce przestaną ją odwiedzać, obojętna natura odzyska włości, które sztuka chciała jej wydrzeć; ale pragnienie wiedzy jest wieczne i wiecznie będzie potęgować siły i zapał człowieka!
A oto Wyspa Topolowa i grób Rousseau, bez jego prochów. O, mędrcze! Dałeś nam pokarm silnych, lecz byliśmy za słabi, by mógł nas wzmocnić. Wyrzekliśmy się twych nauk, które szanowali nasi ojcowie, zagubiliśmy sens twoich słów, ostatniego echa starożytnych mądrości. Ale nie traćmy nadziei, zwróćmy oczy ku słońcu, jak ty w godzinie śmierci!
Ujrzałem znowu pałac w Ermenonville i spokojne, otaczające go wody, kaskadę żalącą się wśród skał, drogę łączącą dwie części miasteczka, której zakręty znaczą cztery gołębniki, murawę ciągnącą się jak sawanna aż pod zamglone wzgórza; wieża Gabrieli odbija się z dala w wodach sztucznego jeziora, rozgwieżdżonego efemerycznym kwieciem; piana się burzy, owady brzęczą... Trzeba uciekać przed zdradliwym wyziewem na pyliste piaskowce pustyni i nieużytki, gdzie różowe wrzosy podkreślają zieleń paproci. Jakie to wszystko smutne i samotne! Zachwycone spojrzenie Sylwii, jej szalone galopady, jej radosne okrzyki rzucały niegdyś czar na te miejsca! Wtedy była jeszcze dzikim dzieckiem z bosymi stopami, ogorzałym pomimo słomkowego kapelusza, którego szeroka wstążka powiewała wplątana w czarne warkocze. Szliśmy napić się mleka w chacie szwajcarskiej i wszyscy powtarzali: "Jaka śliczna jest twoja panna, Mały Paryżaninie!" Ach! wtedy nie chciałaby tańczyć z żadnym wieśniakiem! Tańczyła tylko ze mną, raz w roku, na święcie łuczników.
X. KĘDZIOR
Ruszyłem do Loisy; wszyscy już wstali. Sylwia była ubrana jak panienka, prawie po miejsku. Z dawną prostotą zaprosiła mnie na górę, do swego pokoju. Jej oczy jak przedtem skrzyły się czarującym uśmiechem, ale mocno zarysowane łuki brwi chwilami dodawały jej powagi. Pokój urządzony był zwyczajnie, lecz meble były nowoczesne, zwierciadło w złotej ramie zastąpiło stare lustro zwieńczone malowidłem, na którym sielankowy pasterz podawał ptasie gniazdko błękitno-różowej pasterce. Łoże ze słupkami, skromnie zasłonięte zblakłym płótnem w majowe gałązki, ustąpiło miejsca łóżku z orzecha, z firankami w głowach; klatkę w oknie po piegżach przejęły kanarki. Chciałem jak najszybciej opuścić ten pokój, w którym nie znajdywałem żadnych śladów przeszłości.
- Nie robisz dziś koronek?... - spytałem.
- O, ja już nie robię koronek! Nie ma na nie popytu; nawet w Chantilly zamknęli warsztaty.
- To czym się teraz zajmujesz?
Wyciągnęła z jakiegoś kąta żelazny przyrząd podobny do długich kleszczy.
- A to co takiego?
- Mówią na to: mechanika; trzyma skórę rękawiczek przy szyciu.
- Ach! więc jesteś rękawiczniczką, Sylwio?
- Tak, pracuje tu nas parę dla Dammartin, chwilowo to bardzo popłatne; ale dziś nie mam nic do roboty; chodźmy na spacer, gdzie wola!
Spojrzałem na drogę do Othis - Sylwia pokręciła przecząco głową; zrozumiałem, że ciotka nie żyje. Zawołała małego chłopczyka i kazała mu osiodłać osła.
- Jestem jeszcze zmęczona po wczorajszym, ale spacer dobrze mi zrobi; odwiedźmy Chaalis!
Zmierzamy więc tam przez las, a za nami chłopczyk uzbrojony w gałąź. Po chwili Sylwia postanowiła się zatrzymać, uścisnąłem ją, poprosiłem, by usiadła. Nie udało mi się wrócić do naszej poufnej rozmowy. Musiałem opowiadać o swoim życiu w Paryżu, o podróżach...
- Jak można jeździć tak daleko? - spytała.
- Sam się temu dziwię, patrząc znów na ciebie.
- Tak się tylko mówi.
- Ale musisz przyznać, że dawniej nie byłaś taka śliczna.
- Czy ja wiem.
- Pamiętasz nasze dzieciństwo, byłaś z nas wszystkich najwyższa?
- A pan najgrzeczniejszy!
- Och, Sylwio!
- Jeździliśmy razem na osiołku, każde w swoim koszu.
- Wtedy nie mówiłaś mi "pan"... Pamiętasz, jak uczyłaś mnie łowić raki pod mostami na Th?ve i Nonette?
- A ty pamiętasz swojego mlecznego brata, który wyciągnął cię kiedyś z u o d y20?
- D u ż y K ę d z i o r! Ale to on powiedział, że tam się da przejść u o d ę!
Pospieszyłem zmienić temat rozmowy. Ta historia żywo przypomniała mi czasy, kiedy tu przyjeżdżałem odziany w angielski fraczek, budzący wesołość wieśniaków. Tylko Sylwia uważała, że jestem ładnie ubrany, ale nie śmiałem przypomnieć jej tego, co mówiła tak dawno temu. Nie wiem dlaczego pomyślałem o strojach ślubnych, które włożyliśmy u starej ciotki w Othis. Spytałem, co się z nimi stało.
- Och! poczciwa ciotka - powiedziała Sylwia - pożyczyła mi swoją suknię na tańce w Dammartin, dwa lata temu, w karnawale. Rok później zmarła, moja biedna ciotka!
Wzdychała i płakała, więc nie mogłem jej spytać, jak to się stało, że poszła na bal maskowy; pojąłem jednak, że dzięki zdolnościom manualnym Sylwia przestała być wieśniaczką. Jej rodzice nadal uprawiali ziemię, a ona dbała o nich jak przedsiębiorcza wróżka, rozsiewająca wokół dostatek.
XI. POWRÓT
Po wyjściu z lasu odsłania się horyzont. Doszliśmy do stawów w Chaalis. Galerie klasztoru, kaplica o smukłych ostrołukach, średniowieczna wieża i niewielki pałac, miłosna siedziba Henryka IV i Gabrieli, barwiły się już czerwonym światłem zachodu na ciemnozielonym tle lasu.
- To krajobraz z Walter Scotta, nieprawdaż? - spytała Sylwia.
- A kto ci powiedział o Walter Scotcie? Widzę, że dużo przeczytałaś przez te trzy lata!... Ja próbuję zapomnieć o książkach; więcej czaru ma dla mnie nasz wspólny powrót do tego starego opactwa, w którego ruinach bawiliśmy się w chowanego, gdy byliśmy mali. Pamiętasz, Sylwio, jak się bałaś, kiedy stróż opowiadał nam o czerwonych mnichach21?
- Och! nie przypominaj mi o nich.
- No, to zaśpiewaj mi piosenkę o Pięknej, porwanej u ojca w ogródeczku spod krzewu białej róży.
- Tego się już nie śpiewa.
- Interesujesz się muzyką?
- Trochę.
- Sylwio, Sylwio, jestem pewien, że śpiewasz teraz arie operowe!
- Skąd ten smutek w głosie?
- Bo lubiłem stare piosenki, a ty mi ich już nie zaśpiewasz.
Sylwia zanuciła popularną arię z nowoczesnej opery... F r a z o w a ł a!
Obeszliśmy sąsiednie stawy. A oto zielona murawa w kręgu lip i młodych wiązów, na której często tańczyliśmy! Próżność kazała mi opowiedzieć o starych karolińskich murach i objaśnić herb rodu d'Este.
- Och, ty musiałeś przeczytać sto razy więcej niż ja! - rzekła Sylwia. - A więc jesteś uczonym?
Dotknęła mnie, gdyż było w tym coś z wyrzutu. Od początku szukałem odpowiedniego miejsca, by podjąć czułe poranne wyznania; ale cóż mogłem jej powiedzieć przy ośle i dość bystrym chłopczyku, który raz po raz do nas podchodził, bo słuchanie Paryżanina sprawiało mu wyraźną przyjemność. Opowiedziałem więc, na swoje nieszczęście, o zjawie z Chaalis, stale obecnej w mojej pamięci. Zaprowadziłem ją do tej samej pałacowej sali, w której niegdyś słyszałem śpiew Adrianny.
- Sylwio - poprosiłem - zaśpiewaj! Niech twój tak drogi mi głos zabrzmi pod tym sklepieniem i przepędzi stąd ducha, który mnie dręczy, nie wiem, czy na mą zgubę, czy dla ocalenia.
Powtórzyła za mną słowa i melodię:
Anioły przybywajcie żywo
W głąb czyśćcowych otchłani!...
- Jakie to smutne! - powiedziała.
- To wzniosłe... Sądzę, że to Porpora, a wiersze przełożono w XVI stuleciu.
- Być może - odparła Sylwia.
Wracaliśmy doliną, drogą na Charlepont, które chłopi, z natury niezbyt biegli w etymologiach, nazywają z uporem "Châllepont". Sylwia, zmęczona już jazdą na ośle, opierała się na moim ramieniu. Droga była pusta; próbowałem mówić o tym, co przepełniało mi serce, ale nie wiem dlaczego nasuwały mi się tylko banalne określenia albo znienacka szumne zdanie z jakiejś powieści, którą Sylwia mogła znać. Milkłem wówczas, zgodnie z klasyczną retoryką, a ona dziwiła się niekiedy tym przerywanym wynurzeniom. Dotarliśmy pod mur Saint-S... i trzeba było patrzeć pod nogi. Przecinaliśmy wilgotne łąki pełne krętych strumyków.
- Co działo się później z zakonnicą? - spytałem nagle.
- Okropny jesteś z tą swoją zakonnicą... No więc... no więc... źle się to wszystko skończyło.
Sylwia nie chciała powiedzieć nic więcej.
Czy kobiety naprawdę czują, kiedy padające z ust słowa nie płyną z serca? Trudno w to uwierzyć, widząc, jak łatwo dają się oszukać i jak często mylą się w wyborze - niektórzy mężczyźni tak świetnie odgrywają komedię miłości! Ja tego nigdy nie umiałem, choć wiem, że bywają i takie, co chcą być oszukiwane. Zresztą miłość sięgająca dzieciństwa to coś świętego... Sylwia, która dorastała na moich oczach, była dla mnie prawie siostrą. Nie mogłem jej uwodzić... Całkiem inna myśl przemknęła mi przez głowę. O tej porze - mówiłem sobie w duchu - siedziałbym w teatrze... Kogo też Aurela22 (takie było imię aktorki) miała grać dziś wieczór? Ależ tak, księżniczkę w nowej sztuce! Jakże jest wzruszająca w trzecim akcie!... I w scenie miłosnej drugiego, z tym pierwszym amantem, całym w zmarszczkach...
- Rozmyślasz o czymś? - spytała Sylwia i zaśpiewała:
Żyją w Dammartin trzy piękne dziewice,
Jedna jest nawet piękniejsza od słońca...
- Jakaś ty niedobra! - wykrzyknąłem. - Widzisz, nie zapomniałaś wszystkich starych piosenek.
- Gdybyś przyjeżdżał tu częściej, sporo bym sobie przypomniała, ale trzeba pamiętać o konkretach. Ty masz swoje sprawy w Paryżu, ja mam swoją pracę; nie wracajmy zbyt późno, jutro muszę wstać skoro świt.
XII. OJCIEC DODU
Już miałem odpowiedzieć, już miałem paść do jej stóp, ofiarować dom wuja, który jeszcze mogłem wykupić, bo dziedziczyliśmy go w kilkoro, a był za mały, by go dzielić, ale w tej chwili dotarliśmy do Loisy. Czekano na nas z kolacją. Patriarchalna woń zupy cebulowej roznosiła się wokoło. Przyszło też kilku sąsiadów, zaproszonych na poświąteczny wieczór. Od razu rozpoznałem starego drwala, Ojca Dodu, który niegdyś opowiadał zebranej po zmroku młodzieży takie zabawne i takie straszne historie. Ojciec Dodu, na zmianę pasterz, posłaniec, strażnik łowiecki, rybak, a nawet kłusownik, w wolnych chwilach robił zegary z kukułką i kuchenne kołowroty obracające rożen. Przez dłuższy czas trudnił się oprowadzaniem Anglików po Ermenonville, pokazywał im miejsca, gdzie Rousseau zwykł dumać, i opowiadał o jego ostatnich chwilach. To on był tym małym chłopcem, którego filozof prosił o pomoc w układaniu zielnika i któremu kazał zbierać wszystkie znalezione cykuty, by potem wycisnąć ich sok do swojej kawy z mlekiem. Oberżysta spod Złotego Krzyża podważał ten szczegół; stąd ich zastarzała niechęć. Przez długie lata Ojcu Dodu zarzucano niewinne sekretne praktyki, na przykład leczenie krów odmawianym na wspak wersetem i znakiem krzyża kreślonym lewą nogą, ale już dawno wyrzekł się tych zabobonów - dzięki, jak mawiał, wspomnieniu rozmów z Janem Jakubem.
- A, to ty, Mały Paryżaninie! - powitał mnie Ojciec Dodu. - Przyjeżdżasz tu zwodzić nasze dziewczęta?
- Ja, Ojcze Dodu?
- Prowadzisz je w las, przysięgając, że nie ma tam wilka!
- Bo to wy jesteście wilkiem, Ojcze Dodu.
- Byłem, póki trafiały mi się owce; teraz spotykam same kozy, a te umieją się bronić! Wszyscyście chytrzy w tym Paryżu. Jan Jakub miał rację, powtarzając, że "człowiek podleje w zatrutym powietrzu miast".
- Ojcze Dodu, wiecie aż za dobrze, że człowiek podleje wszędzie.
Ojciec Dodu zaintonował swawolną śpiewkę biesiadną; daremnie próbowano mu przerwać przy pewnym niestosownym kuplecie, który wszyscy świetnie znali. Sylwia nie chciała zaśpiewać, chociaż ją prosiliśmy - twierdziła, że przy stole już się nie śpiewa. Zauważyłem od razu, że po jej lewej ręce siedzi wczorajszy adorator. Coś w jego okrągłej twarzy i zwichrzonej czuprynie nie było mi obce. Podniósł się i stanąwszy za moim krzesłem, spytał:
- Czyżbyś mnie nie poznawał, Paryżaninie?
Starsza wieśniaczka, która nam usługiwała, a teraz przysiadła się do deseru, szepnęła mi na ucho:
- Nie poznajesz swojego mlecznego brata?
Byłbym się ośmieszył, gdyby nie ta podpowiedź.
- Toż to Duży Kędzior! - wykrzyknąłem. - To tyś mnie wyciągnął z u o d y!
Sylwia zaśmiewała się głośno z odnowienia naszej znajomości.
- Nie tylko ciebie - mówił, ściskając mnie, chłopak. - Miałeś piękny srebrny zegarek i wracając, przejmowałeś się nim bardziej niż sobą, bo zegarek przestał chodzić; powtarzałeś w kółko: "Z w i e r z ą t k o się utopiło, nie robi już tik-tak; co na to powie wujek?..."
- Zwierzątko w zegarku - mruknął Ojciec Dodu - w co też każą wierzyć dzieciom w Paryżu!
Sylwii chciało się spać, pojąłem, że już się dla niej nie liczę. Poszła do swojego pokoju, a kiedy ją całowałem, powiedziała:
- Do jutra, odwiedź nas znowu!
Ojciec Dodu został przy stole z Sylwinem i moim mlecznym bratem; gawędziliśmy długo przy flaszce ratafii z Louvres.
- Ludzie są równi - oświadczył Ojciec Dodu między jednym a drugim kupletem - piję z cukiernikiem tak samo, jak piłbym z księciem.
- A gdzie cukiernik? - spytałem.
- Rozejrzyj się! To młody człowiek, co chce być na swoim.
Mój mleczny brat zdawał się skrępowany. Zrozumiałem wszystko. -Przeznaczenie chciało, bym miał mlecznego brata w krainie sławnej pobytem Jana Jakuba, który był przeciwnikiem mamek! - Ojciec Dodu zdradził mi, że mówi się o ślubie Sylwii z Kędziorem, który ma zamiar otworzyć cukiernię w Dammartin. O więcej nie pytałem. Dyliżans z Nanteuil-le-Houdin zabrał mnie nazajutrz do Paryża.
XIII. AURELA
Do Paryża! - Podróż trwa pięć godzin. Nie spieszyło mi się, chciałem tylko zdążyć przed wieczorem. O ósmej siedziałem już w swojej loży; Aurela swym czarem i zapałem ożywiła wiersze jednego z ówczesnych talentów, kroczącego niepewnie śladem Schillera. W scenie ogrodowej osiągnęła wyżyny. Podczas czwartego aktu, w którym się nie pojawia, poszedłem kupić bukiet u pani Prévost23. Włożyłem weń bardzo czuły liścik, podpisany: "Nieznajomy". To przyszły punkt zaczepienia, pomyślałem - a nazajutrz pędziłem już drogą na Niemcy.
Co zamierzałem tam robić? Chciałem doprowadzić do porządku swoje uczucia. - Gdybym pisał powieść, nikt nie uwierzyłby w historię serca żywiącego dwie równoległe miłości. Sylwia wymykała mi się z mojej winy; ale jej widok przez ten jeden dzień zdołał umocnić mego ducha - teraz była dla mnie uśmiechniętym posągiem w Świątyni Mądrości. Jej wzrok zatrzymał mnie nad przepaścią. - Z jeszcze większą mocą odpychałem pokusę, by złożyć wizytę Aureli i spróbować swych sił w walce z pospolitymi zalotnikami, którzy błyszczeli przy niej przez chwilę i padali odtrąceni. - Kiedyś się przekonam - myślałem - czy ta kobieta ma serce.
Pewnego ranka przeczytałem w dzienniku, że Aurela jest chora. Napisałem do niej z górzystych okolic Salzburga. List był zbyt przepojony niemieckim mistycyzmem, bym mógł się spodziewać sukcesu, ale też nie prosiłem o odpowiedź. Trochę liczyłem na przypadek, a trochę na "Nieznajomego".
Mijają miesiące. W podróżach i wolnych chwilach tworzyłem liryczny dramat - historię miłości malarza Francesca Colonny do pięknej Laury, którą rodzina uczyniła zakonnicą i którą kochał do śmierci. Temat związany był z przedmiotem mych nieustannych rozmyślań. Zapisawszy ostatnie wiersze, myślałem już tylko o powrocie do Francji.
Cóż mógłbym teraz opowiedzieć, co nie byłoby już udziałem tylu innych? Przeszedłem przez wszystkie kręgi udręk i wtajemniczeń teatralnych. "Jadłem z bębna i piłem z cymbału" - jak mówi pozornie pozbawiona sensu formuła misteriów eleuzyńskich. - Znaczy ona zapewne, że w potrzebie należy przekroczyć granice bezsensu i absurdu - dążyłem do tego, by zdobyć, na zawsze, mój ideał.
Aurela przyjęła główną rolę w przywiezionym z Niemiec dramacie. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym pozwoliła przeczytać sobie sztukę. Sceny miłosne przygotowałem specjalnie dla niej. Sądzę, że recytowałem je z uczuciem, a co ważniejsze, w uniesieniu. W rozmowie, do której później doszło, wyjawiłem, że "Nieznajomy" z obu listów to ja.
- Pan jest doprawdy szalony - powiedziała - ale niech mnie pan odwiedza... Nie spotkałam dotąd nikogo, kto umiałby mnie kochać.
O, kobieto! Ty szukasz miłości... A ja?
Przez kilka dni posyłałem jej listy, od których czulszych i piękniejszych z pewnością nigdy nie czytała. Jej odpowiedzi były niezwykle rozsądne. Raz ją wzruszyłem, wezwała mnie do siebie i zwierzyła się z trwającego od dawna związku, którego nie miała siły zerwać.
- Jeśli pan mnie kocha d l a m n i e, zrozumie pan, że mogę należeć tylko do jednego - powiedziała.
Dwa miesiące później dostałem list pełen zwierzeń. Pobiegłem do niej natychmiast. - Ktoś ze znajomych dopiero co przekazał mi cenną wiadomość. Piękny młodzieniec, którego tamtej nocy widziałem w klubie, zaciągnął się właśnie do spahisów.
Latem w Chantilly odbywały się wyścigi. Trupa, do której należała Aurela, dawała tam przedstawienie. Przez trzy dni występów w Valois aktorom przewodził inspicjent. - Zdążyłem się już zaprzyjaźnić z tym zacnym człowiekiem, kiedyś Dorantem w komediach Marivaux, później przez dłuższy czas pierwszym amantem w dramatach, który ostatnie sukcesy odniósł jako wielbiciel w sztuce naśladowanej z Schillera, kiedy to przez lornetkę dostrzegłem jego zmarszczki. Z bliska wyglądał młodziej, a że nie nabrał tuszy, na prowincji wciąż jeszcze robił wrażenie. Miał w sobie prawdziwy ogień. Towarzyszyłem trupie jako "pan poeta"; udało mi się namówić inspicjenta na przedstawienia w Senlis i Dammartin. Z początku myślał o Compi?gne, ale Aurela mnie poparła. Nazajutrz, kiedy toczyły się pertraktacje z właścicielami sal i władzami, wynająłem konie i drogą wzdłuż stawów Commelles pomknęliśmy na obiad do zamku królowej Blanki. Aurela w amazonce, z puszczonymi na wiatr złotymi włosami, jechała przez las niby królowa z dawnych wieków, a wieśniacy przystawali w zachwycie. - Poza panią de F...24 nie widzieli osoby równie godnej i z takim wdziękiem oddającej ukłony. - Po obiedzie przejeżdżaliśmy przez wioskę, podobną do wsi szwajcarskich, w której wody Nonette poruszają tartak. Tak drogie memu sercu widoki zaciekawiły ją, nie zatrzymując. Już wcześniej postanowiłem, że zajedziemy pod zamek w okolicach Orry, na ten sam trawiasty dziedziniec, gdzie po raz pierwszy ujrzałem Adriannę. - Nie wydawała się poruszona. Wtedy opowiedziałem jej wszystko; wyjawiłem źródło mej miłości, śnionej nocami, snutej w marzeniach i w niej nareszcie spełnionej. Wysłuchała mnie z powagą i rzekła:
- Ty mnie nie kochasz! Chcesz tylko usłyszeć, że aktorka jest zakonnicą; po prostu układasz dramat, ale brakuje ci zakończenia. Dzisiaj przestałam ci wierzyć!25
Jej słowa były dla mnie olśnieniem. Te dziwne ekstazy, w które tak długo popadałem, te marzenia, łzy, rozpacze, te wybuchy czułości... to nie była miłość? Na czym więc ona polega?
Wieczorem Aurela wystąpiła w Senlis. Wydało mi się, że ma pewną słabość do inspicjenta - pierwszego amanta ze zmarszczkami. Miał dobry charakter i często oddawał jej przysługi.
Któregoś dnia Aurela powiedziała:
- Spójrz, oto człowiek, który mnie kocha!
XIV. OSTATNIA KARTKA
Takie to chimery czarują i zwodzą o poranku życia. Starałem się je utrwalić, może dość chaotycznie, lecz wiele serc mnie zrozumie. Życie odziera nas ze złudzeń, jak my owoc z łupiny, a owocem jest doświadczenie. Smakuje gorzko; ale ma w sobie cierpkość, co wzmacnia - proszę mi darować ten staroświecki styl. Rousseau twierdzi, że widok natury zawsze przynosi pociechę. Próbuję czasem odnaleźć gaiki mego Clarens26, zagubione gdzieś w mgłach na północ od Paryża. Teraz wszystko jest tam inne!
Ermenonville! Kraino, gdzie rozkwitła antyczna idylla - ożywiona ponownie podług Gessnera! Straciłaś swą jedyną gwiazdę, która świeciła dla mnie dwoistym blaskiem. Raz błękitna, raz różowa, jak zwodniczy Aldebaran, była Adrianną lub Sylwią - dwiema połówkami tej samej miłości. Jedna była wzniosłym ideałem, druga słodką rzeczywistością. Na cóż mi teraz twoje cieniste drzewa, twoje stawy, nawet twoja pustynia? Othis, Montagny, Loisy, biedne sąsiednie wioski, Chaalis - które odnawiają - nie zostało w was nic z tamtej przeszłości! Niekiedy czuję potrzebę powrotu do tych miejsc przychylnych samotnym marzeniom. Ze smutkiem odnajduję tam w sobie nietrwałe ślady epoki, gdy naturalność była afektowana; uśmiecham się czasem, czytając na granitowych złomach wiersze Rouchera - które niegdyś wydawały mi się wspaniałe - i zbawcze maksymy nad studnią czy wejściem do Groty Pana. Stawy, kopane takim kosztem, na darmo roztaczają swoje martwe wody, którymi wzgardził łabędź. Minęły dni polowań Kondeusza, kiedy pędziły tędy dumne amazonki, gdy rogi odpowiadały sobie z oddali i napełniały las echem!... Do Ermenonville nie da się dziś dotrzeć bezpośrednio. Dochodzę tam, dojechawszy do Dammartin albo przez Creil do Senlis.
Do Dammartin przyjeżdża się zawsze wieczorem. Sypiam wtedy w gospodzie Pod Świętym Janem. Zwykle dostaję dość przyzwoity, obity starą tapiserią pokój z malowidłem nad lustrem. To moje ostanie powroty do starzyzny, której już dawno się wyrzekłem. Śpi się pod ciepłą puchową pierzynką, jakich używają w tych stronach. Kiedy rankiem otworzę oplecione winoroślą i różami okno, odkrywam w zachwycie dziesięć mil zielonego widnokręgu z ciągnącymi tyralierą topolami. Tu i tam wioski chronią się pod strzeliste dzwonnice, najeżone - jak tutaj mówią - kośćmi27. Na pierwszym planie jest Othis, potem ?ve i Ver; można by nawet dostrzec leżące za lasem Ermenonville, gdyby miało dzwonnicę - lecz w tych filozoficznych włościach kościołem niezbyt się zajmowano. Napełniwszy płuca czystym powietrzem, którym oddycha się na wyżynie, zbiegam wesoło na dół i ruszam do cukierni.
- Witaj, Duży Kędziorze!
- Witaj, Mały Paryżaninie!
Szturchamy się przyjaźnie, jak w czasach dzieciństwa, a potem wchodzę po znajomych schodach i witają mnie radosne okrzyki dwójki dzieci. Uśmiech Ateny rozjaśnia oczarowaną twarz Sylwii. "Może to było szczęście; a jednak..." - mówię do siebie w duchu.
Czasem nazywam ją Lottą, a ona znajduje mnie podobnym do Wertera, ale bez pistoletów, które wyszły z mody. Kędzior szykuje drugie śniadanie, a my idziemy z dziećmi na spacer w lipowe aleje opasujące resztki starych ceglanych wież zamku. Na strzelnicy bractwa łuczniczego malcy ćwiczą ciskanie ojcowskich strzał w słomę, my zaś czytamy wiersze lub parę stron którejś z krótkich książeczek, jakich teraz się już prawie nie pisze28.
Zapomniałem powiedzieć, że kiedy trupa Aureli dawała przedstawienie w Dammartin, zabrałem na nie Sylwię, a potem ją spytałem, czy aktorka nie przypomina jej kogoś znajomego.
- Ale kogo?
- Pamiętasz Adriannę?
Wybuchnęła głośnym śmiechem, mówiąc:
- Co za pomysł! - A potem, jakby skruszona, dodała z westchnieniem:
- Biedna Adrianna! Zmarła w klasztorze Saint-S... chyba w 1832.
Przełożył Ryszard Engelking
Pandora1
Dwie dusze we mnie żyły w wiecznym sporze,
Jedna od drugiej oderwać się kusi:
Jedna, kleszczami przyrodzonych sił,
Lgnie do kwietnego tej ziemi ogrojca;
Druga, przemocą, ponad ziemski pył,
Rwie się w dziedzinę dostojnych praojców.
Faust2
Wszyscyście ją znali, przyjaciele moi, piękną Pandorę z wiedeńskiego teatru!3 Zostawiła wam pewno, podobnie jak mnie, bolesne i słodkie wspomnienia! To właśnie ją, być może - ją zaiste - ukrywa nierozwiązalna zagadka wyryta na bolońskim kamieniu4: AELIA LAELIA. Nec vir, nec mulier, nec androgyna, etc. - "Ani mężczyzna, ani kobieta, ani androgyna, ani dzieweczka, ani młoda, ani stara, ani c n o t l i w a, ani r o z w i ą z ł a, ani skromna, a jednak tego suma..." Słowem, P a n d o r a - to mówi wszystko, bo nie chcę wszystkiego mówić.
O Wiedniu, dobrze strzeżony! Grodzie miłości paladynów! - jak nazwał cię stary Menzel5. Nie ma w twych murach zbawiennej czary mistycznego Świętego Graala, jest za to Stock im Eisen6 dzielnych czeladników. Twa magnetyczna góra nieodparcie przyciąga ostrza szpad; dumny Madziar, Czech nieulękły i szlachetny Lombardczyk gotowi są zginąć w twojej obronie u boskich stóp Maria-Hilf!
Nie mogłem wbić symbolicznego gwoździa w pień okryty żelazem (Stock im Eisen), stojący przy wejściu na Graben, u drzwi jubilera, ale wędrując miastem, darzyłem najsłodszymi łzami i najczystszymi porywami serca place, ulice, bastiony, aleje Augartenu i gaje Prateru. Swą miłosną pieśnią wzruszyłem lękliwe sarny i swojskie bażanty. Marzyłem, krocząc po spadzistych trawnikach Schönbrunnu. Składałem hołdy bladym posągom jego ogrodów ukoronowanych Gloriettą Marii Teresy; chimery starego pałacu porwały me serce, gdy podziwiałem ich boskie oczy i chciałem ssać promienną pierś z marmuru.
Wybacz, że skradłem jedno spojrzenie twoich pięknych oczu, dostojna arcyksiężno, której portret wymalowany na sklepowym szyldzie od razu polubiłem. Przypominałaś inną... miraż moich młodzieńczych uczuć, tę, dla której tak często przemierzałem przestrzeń dzielącą mój rodzinny dom od miasta Stuartów! Szedłem piechotą przez pola i lasy, marząc o Dianie, bogini Valois, opiekunce Medyceuszów; a kiedy nad dachami Le Pecq i pawilonem Henryka IV ukazywały się ceglane, zdobne łupkiem wieże, przechodziłem na drugi brzeg Sekwany, płynącej leniwie pośród wysp, i zapuszczałem się w majestatyczne ruiny starego zamku w Saint-Germain. Widok wysokich, mrocznych portyków, szybujących tam nietoperzy, umykających jaszczurek, zwinnych koźląt skubiących zielony akant napełniał mnie szczęściem i miłością. A potem, kiedy dotarłem już na płaskowzgórze, choćby pod wiatr i w deszczu, nowym szczęściem przepełniało mnie widoczne za domami niebieskawe zbocze Mareil z kościołem, gdzie spoczywają prochy dawnego pana na Monteynard.
Wspomnienie moich uroczych kuzynek - nieulękłych łowczyń, z którymi błądziłem niegdyś po lasach - obu pięknych jak córy Ledy, dotąd olśniewa mnie i upaja.
Ale przecież w t e d y kochałem ją jedną!...7
Ostry mróz ścisnął Wiedeń w dniu świętego Sylwestra i było mi dobrze w buduarze Pandory. Udawała, że jest zajęta pisaniem listu, lecz ten jakby utknął w miejscu, a w rozkoszne maciupkie literki raz po raz niedorzecznie wślizgiwały się tajemnicze arpedżia dobywane jej dłonią z harfy, której kolumna ginęła w objęciach złoconej syreny.
Nagle rzuciła mi się na szyję i ucałowała w policzki, wykrzykując z szaleńczym śmiechem:
- Patrzcie no, jaki miły księżyk! O ileż zabawniejszy od mojego barona!
Podszedłem do lustra doprowadzić się do porządku, bo całkiem rozczochrała moje kasztanowate włosy; byłem czerwony ze wstydu, czując, że polubiła mnie tylko dla mojej nieśmiałości i czarnego fraka, sprawiających, że trochę przypominałem księdza.
- Pandoro - powiedziałem - nie igrajmy z miłością ani z religią, bo obie w istocie są tym samym.
- Ależ ja uwielbiam księży - szepnęła - proszę mi nie odbierać złudzeń.
- Pandoro - odparłem z goryczą - już nigdy nie włożę czarnego fraka, a kiedy znów do pani przyjdę, będę w niebieskim ze złotymi guzikami, który nadaje mi wygląd wojskowy.
- Nie przyjmę pana w kolorowym fraku, wyłącznie w czarnym - oświadczyła.
I zawołała pokojówkę:
- Röschen!... Jeśli ten pan zjawi się tutaj w niebieskim fraku, to go wyprosisz i powiesz szwajcarowi, żeby go więcej nie wpuszczał.
- Mam już powyżej uszu - rzuciła ze złością - tych wszystkich attaché na niebiesko, w guzikach z koroną, i oficerów Jego Cesarskiej Mości, i Madziarów w aksamitach i kołpakach z kitą! Ten mały będzie moim księdzem.
- Do zobaczenia, mój księżuniu! Pamiętaj, jutro zajeżdżasz karetą i zabierasz mnie do Prateru na przejażdżkę we dwoje... ale musisz być w czarnym fraku.
Każde jej słowo kłuło mnie cierniem w serce. To była randka, randka bez wątpienia, nazajutrz, w pierwszy dzień roku, ale w czarnym fraku! Jednak nie czarny frak doprowadzał mnie do rozpaczy - w sakiewce było pusto! Wstyd! Pusto! I do tego w dniu świętego Sylwestra!...
Uskrzydlony szaloną nadzieją, pobiegłem zaraz na pocztę, by sprawdzić, czy nie ma tam przypadkiem poleconej przesyłki od wuja.
Co za szczęście! Żądają dwóch guldenów i podają list z francuskim znaczkiem. Promień słońca padł prostopadle na podstępną epistołę - linijki ciągnęły się bezlitośnie jedna za drugą, nie krzyżując się nigdzie z mandatem pocztowym czy przekazem na bank. W środku najwyraźniej nie było niczego prócz maksym moralnych i zachęt do oszczędzania.
Ostentacyjnie poklepałem kieszenie, ale żadna nie wydała metalicznego dźwięku; na wszelki wypadek mruknąłem, że pomyliłem kamizelki, zwróciłem list i pomknąłem na ludne ulice otaczające Świętego Stefana.
Na szczęście miałem w Wiedniu przyjaciela. Całkiem miłego młodzieńca, trochę szalonego, jak wszyscy Niemcy, doktora filozofii, który z upodobaniem pielęgnował swój skromny talent lirycznego tenora.
Wiedziałem, gdzie go szukać: u niejakiej Rozy, jego kochanki i statystki teatru w Leopoldstadt; bywał u niej codziennie od drugiej do piątej. Szybko minąłem Czerwoną Bramę i wszedłem na przedmieście; już na dole schodów dotarł do mnie głos mego towarzysza śpiewającego smętnie:
Einen Kuss von rosiger Lippe,
Und ich fürchte nicht Sturm und nicht Klippe!II
Nieszczęśnik, przybierając pozy minstrela, akompaniował sobie na gitarze, co w Wiedniu jeszcze nie jest śmieszne. Wziąłem go na stronę i przedstawiłem sytuację.
- Jakbyś nie wiedział - odparł - że dziś sylwester.
- Prawda! - zawołałem, widząc na kominku Rozy wspaniały komplet wazonów wypełnionych kwiatami. - Cóż, pozostaje mi tylko wbić sobie nóż w serce lub udać się spacerkiem na wyspę Lobau, gdzie Dunaj jest najszerszy!
- Zaczekaj chwilę - krzyknął, chwytając mnie za rękę.
Kiedy wyszliśmy, powiedział:
- Spójrz, co udało mi się ocalić przed Dalilą... Dwa austriackie talary; bierz je, strzeż ich i postaraj się nie naruszyć do jutra, bo jutro jest wielki dzień.
Zaśnieżoną skarpą wróciłem do Leopoldstadt, gdzie wynajmowałem pokój u praczek. Czekał na mnie list z przypomnieniem, że biorę udział w salonowym przedstawieniu dla grona dostojników dworskich i dyplomatów. Mieliśmy także inscenizować szarady. Zniecierpliwiony, jąłem studiować swą rolę, bo dotąd się jej nie nauczyłem. Wpadła z wizytą moja Kathi, uśmiechnięta, wystrojona, jak zawsze bionda e grassotta, szczebiocząc mnóstwo czułych słówek w swoim morawsko-weneckim narzeczu. Nie znałem nazwy kwiatu, który miała przy staniku, ale chciałem, by dała mi go w dowód przyjaźni. Odparła tonem, którego dotąd u niej nie słyszałem:
- Ale nie za mniej niż zehn Gulden Conventionsmünze! (dziesięć guldenów w monecie konwencyjnej).
Udałem, że nie rozumiem. Wyszła wściekła, oświadczywszy, że idzie do swojego starego barona, który ofiaruje jej kosztowny podarek noworoczny.
Jestem wolny. Schodzę przedmieściem i czytam trzymaną w ręku rolę. Minąłem Wahby, miłą Czeszkę - obdarzyła mnie omdlewającym, pełnym wyrzutu spojrzeniem. Koło Czerwonej Bramy przyszła mi chęć na obiad; rozgrzałem żołądek czerwonym tokajem po trzy grajcary szklaneczka, popijając nim sznycle z rusztu, WürstchenIII i ślimaki.
Oświetlone sklepy pełne były dam; na straganach tysiące błyskotek, marionetek i lalek norymberskich wykrzywiały się pod akompaniament dziecięcej orkiestry złożonej z tamburynów i blaszanych trąbek.
- Przeklęty radca z dragantu! - krzyknąłem głośno, wspominając Hoffmanna8.
I szybko zbiegłem po wydeptanych schodach do Winiarni Myśliwców. Śpiewano Nocny przegląd wojsk poety Zedlitza. Wielki cień cesarza zawisł nad wesołym towarzystwem, a ja zanuciłem w duchu:
O Ryszardzie!...9
Śliczna kelnerka przyniosła mi kufel Bayerisch Bier, nie śmiałem jej pocałować, myślałem o jutrzejszej randce.
Nie mogłem usiedzieć na miejscu. Umykając przed wesołym gwarem winiarni, poszedłem wypić kawę na Grabenie. Na placu Świętego Stefana wypatrzyła mnie staruszka-pucybutka i jak zawsze przywitała okrzykiem: Sacré nom de Dieu!, tyle zostało jej francuskiego z czasów inwazji napoleońskiej.
Przypomniało mi to o wieczornym przedstawieniu; gdyby nie ono, wrósłbym w jakiś fotel teatru przy Bramie Karynckiej, gdzie zwykłem podziwiać talent panny Lutzer. Dałem oczyścić sobie buty, bo śnieg je bardzo zabrudził.
Duża filiżanka kawy przywróciła mnie do stanu, w którym mogłem pokazać się w pałacu. Ulice roiły się od Lombardczyków, Czechów i Węgrów w strojach narodowych. Brylanty, rubiny i opale skrzyły się na ich piersiach, bo większość zmierzała na Burg, złożyć życzenia rodzinie cesarskiej.
Nie śmiałem wmieszać się w ten jaskrawy tłum, ale najdroższe wspomnienie innej... chroniło mnie nadal przed czarami perfidnej Pandory10.
W pałacu ambasadora Francji okazano niezadowolenie z mojego spóźnienia. Urażona Pandora bawiła się musztrowaniem starego barona i młodego księcia, groteskowo przebranego za studenta z karnawału. Ów młody f u k s wykradł z pokoju służby łojową świeczkę i przerobił ją na sztylet. Wygrażał nim teraz tyranom, deklamując tragiczne strofy i wzywając ducha Schillera.
Dla zabicia czasu zaimprowizowano żywą szaradę. Rozwiązaniem było słowo maréchal. W pierwszej scenie Vatel11, w osobie młodego attaché ambasady, czekając na ryby (marée), wygłaszał dłuższy monolog, a potem przebijał się galową szpadą. Następnie szarmancki dyplomata składał wizytę pani swego serca; w dłoni miał kartkę z panegirykiem, z kieszeni fraka zwisały frędzle.
- Nie ciągnij wiersza, wyciągnij prezent - mówiła złośliwa Pandora, demonstrując s z a l z fałszywego kaszmiru i wykonując niedbale kilka wdzięcznych pas tańca z szalem. Na koniec zjawił się osobiście sławny maréchal w historycznym kapeluszu12.
Dano jeszcze jedną szaradę, której rozwiązanie brzmiało mandarin. W pierwszej scenie kazano mi pokwitować m a n d a t, który podpisałem nieśmiertelnym nazwiskiem Roberta Macaire, barona des Adrets, drugiego małżonka jakże czułej Éloi13. Moja błazenada zyskała poklask towarzystwa. W drugiej trzeba było przedstawić R e n. Odśpiewano więc hymn Alfreda de Musset14. W ostatniej scenie ujrzeliśmy siedzącego w kucki prawdziwego m a n d a r y n a, otulonego kaszmirowym szalem i leniwie palącego nargile. - I znów nie obeszło się bez małego występu uwodzicielskiej Pandory. Ukazała się nam dość lekko odziana, w białym karako z haftem barwy granatu i powiewnej sukni w szkocką kratę. Włosy splecione w lirę wznosiły się nad ciemną głową niby dwa dumne rogi. Zaśpiewała aryjkę panny Déjazet "Ja jestem mała Czing--Ka!...", była wręcz cudowna.
Wreszcie rozległy się trzy stuknięcia i zaczęliśmy farsę Pani Sorbet. Grałem prowincjonalnego aktora, kogoś takiego jak L o s z Powieści komicznej15. Moja zimna G w i a z d a zorientowała się, że nie znam roli, i złośliwie wciągała mnie w kłopotliwe sytuacje. Zmrożone uśmiechy pań skwitowały mój debiut, napełniając mnie przerażeniem. Nie pomogły wysiłki wicehrabiego, suflującego mi uparcie perliste zdania Teodora Leclercqa, zepsułem całe przedstawienie.
Ze złości przewróciłem parawan przedstawiający wiejski salon. - Co za skandal! - Uciekłem z pałacu najszybciej jak mogłem, potrącając rozstawionych wzdłuż schodów galonowych hajduków i odźwiernych w srebrnych łańcuchach; wyciągając nogi niczym rączy jeleń, schowałem się ze wstydu w Winiarni Myśliwców.
Zażądałem tam dzbanka młodego wina, które zmieszałem z dzbankiem starego, i napisałem do bogini abrakadabryczny list na cztery strony. Wypomniałem jej cierpienia Prometeusza, gdy powołał do życia istotę tak przewrotną jak ona. Skrytykowałem jej puszkę z nieszczęściami i strój bajadery. Ośmieliłem się nawet zrobić aluzję do wężowych stópek, które zdradziecko wysuwały się spod jej sukni. - List zaniosłem osobiście do jej hotelu.
Potem wróciłem do swego pokoiku w Leopoldstadt, ale przez całą noc nie mogłem zasnąć. Ciągle widziałem ją tańczącą: kołysała głową z dwoma cyzelowanymi rogami ze srebra, a kołnierzyk z marszczonych koronek falował nad plisami brokatowej sukni.
Jakże była piękna w przybraniach z jedwabiu i lewantyńskiej purpury, wyzywająco błyskając białymi ramionami w kroplach balowego potu. Już byłem gotów ulec jej niebezpiecznym uściskom i pieszczotom, kiedy przypomniało mi się niejasno, że to ją chyba musiałem widzieć na początku świata16.
- Nieszczęsna! - krzyknąłem - z twojej winy jesteśmy zgubieni, świat zaraz się skończy! Nie czujesz, że tu nie ma już czym oddychać? Skaziłaś powietrze swymi truciznami, ostatnia świeca drży i blednie od naszych nieczystych westchnień... Powietrza! Powietrza! Giniemy!
- Mój władco - odparła - mieliśmy żyć siedem tysięcy lat, zostało nam jeszcze tysiąc sto czterdzieści...
- Siedemdziesiąt siedem tysięcy - sprostowałem - i jeszcze miliony, miliony lat; twoi nekromanci się pomylili.
Nagle odmłodzona, zrzuciła próżne szaty i wzbiła się w purpurowe niebo rozpiętego nad kolumnowym łożem baldachimu. Mój chwiejny duch nie zdołał pomknąć jej śladem; zniknęła na całą wieczność.
W roztargnieniu łykałem pestki granatu. Poczułem ból w gardle. Udusiłem się na śmierć. Ucięto mi głowę i wystawiono u bram seraju; umarłbym na dobre, gdyby nie papuga - przelatywała właśnie obok i połknęła część pestek zmieszanych z krwią.
Zaniosła mnie do Rzymu, pod watykańską pergolę okrytą kwitnącą winoroślą, gdzie na konklawe kardynałów za świętym stołem królowała piękna Imperia17. Na widok złotych mis odżyłem zupełnie i rzekłem do niej: "Poznaję cię, Jezabel!" Nagle w sali rozległ się jakiś trzask. Była to zapowiedź Potopu, opery w trzech aktach. Wydało mi się, że mój duch przewierca na wylot Ziemię, przebyłem wpław koralowe ławice Oceanii i purpurowe morze tropików rzuciło mnie na cieniste brzegi Wyspy Miłości. Byłem na tahitańskiej plaży. Podeszły trzy młode dziewice i z wolna doprowadziły mnie do przytomności. Przemówiłem do nich. Nie pamiętały ludzkiego języka. "Siostry, przyjmijcie mnie w Niebie" - poprosiłem z uśmiechem.
Zerwałem się z łóżka jak szalony - był jasny dzień; aby sprawdzić, jak Pandora przyjęła mój list, musiałem czekać do południa. Spała jeszcze, kiedy się zjawiłem. Z radości aż podskoczyła.
- Jedziemy do Prateru, już się ubieram - powiedziała.
Kiedy czekałem na nią w salonie, do drzwi zapukał książę ***, oświadczył mi, że właśnie wraca z Pałacu. Myślałem, że wyjechał do rodzinnych dóbr. - Opowiadał długo o swej zręczności w robieniu szpadą i o specjalnych rapierach używanych przez niemieckich studentów w pojedynkach. Markowaliśmy fechtunek, gdy ukazała się nasza podwójna Gwiazda. I poszliśmy w zawody, który z nas dłużej zostanie w salonie. Choć rozmawiali w nieznanym mi języku, bynajmniej nie miałem zamiaru się wycofać. Całą trójką zeszliśmy po schodach i książę towarzyszył nam aż do wejścia na Kohlmarkt.
- Ależ się pan popisał - fuknęła - rozpętał pan w Rzeszy wojnę stuletnią.
Zabrała mnie do księgarni muzycznej; kiedy przeglądała nuty, wpadł stary markiz, w węgierskim mundurze, bez czapki.
- Co za lekkomyślność! - krzyczał. - Ci dwaj pomyleńcy pozabijają się z miłości do pani!
Przerwałem ich komiczną rozmowę, sprowadziwszy fiakra. Pandora kazała się zawieźć do modystki na Dorotheergasse. Zamknęła się z nią na godzinę; wychodząc, oświadczyła:
- Mam dookoła samych niezgrabiaszy.
- A ja? - spytałem pokornie.
- Och! Pan ma numer jeden!
- Dziękuję! - odparłem.
Wspomniałem o Praterze, ale wiatr się zmienił. Poniżony, musiałem ją odwieźć do hotelu, dwa austriackie talary ledwo starczyły na fiakra.
Z wściekłości zamknąłem się w domu i dostałem gorączki. Nazajutrz z samego rana przyszedł bilecik wzywający mnie na próbę sztuki Dwa słowa w lesie, miałem nauczyć się roli Valbelle'a. - Uciekając przed nowym upokorzeniem, pojechałem do Salzburga i snułem tam gorzkie myśli w dawnym domu Mozarta, który zajmował teraz czekoladnik.
Pandorę ujrzałem dopiero po roku, w zimnej północnej stolicy18. Nagle zatrzymała swój powóz pośrodku rynku, boski uśmiech odrętwił mnie i przykuł do bruku.
- To znowu ty, czarodziejko! - krzyknąłem. - Co zrobiłaś ze swoją zgubną puszką?
- Specjalnie dla ciebie napełniłam ją pięknymi norymberskimi cackami. Przyjdziesz obejrzeć?
Co sił w nogach pomknąłem w stronę placu de la Monnaie.
- Zaczekaj, synu bogów i ojcze ludzi! - wołała. - Dziś jest świętego Sylwestra, tak samo jak przed rokiem... Gdzieś schował ogień niebieski, wykradziony Zeusowi?
Nie chciałem odpowiadać - imię Prometeusza mierzi mnie szczególnie, bo dotąd czuję, jak wątrobę szarpie mi wiekuisty dziób sępa, od którego uwolnił mnie Herakles.
O Zeusie! Kiedyż skończy się moja męka?
Przełożył Ryszard Engelking
Przedmowa
1
"Przyjemność - oto cel, do którego stale dąży wszelka istota zmysłowa. Człowiek, o wiele doskonalszy w tej mierze od innych zwierząt, wypatruje go także z większym zapałem. Na tym poszukiwaniu schodzi mu całe życie; często jednak, zwiedziony brakiem doświadczenia tudzież niedostatkiem środków, zatraca się w tej gonitwie i miast przyjemności znajduje tylko ból i udrękę". Zdania te w kontekście książki złożonej z pism Gérarda de Nervala wyglądają na jedną z gorzkich puent, jakie krytycy często poświęcają tragicznemu życiu autora Aurelii, choć równie dobrze mogliby je odnieść do samych siebie i do każdego, kto czyta ich słowa. Przytoczony fragment jest jednak, można by rzec, jeszcze bliższy Nervalowskiej egzystencji niż traktujące o niej eseje i biografie. Jego autorem jest bowiem rodzony ojciec pisarza, doktor Étienne Labrunie, autor rozprawy O niebezpieczeństwach pozbawiania i nadużywania przyjemności wenerycznych u kobiet, obronionej w paryskiej École de Médecine 9 brumaire'a roku 14, czyli 31 października roku 1805 - Gérard urodzi się niespełna trzy lata później, 22 maja roku 1808 (po rewolucyjnym kalendarzu i ideach pozostanie już wówczas tylko wspomnienie).
Na razie Étienne Labrunie spisuje teorię. Na stronie tytułowej jego dysertacji widnieje motto z listu niejakiego Iselina do Tissota - tego Tissota, autora sławetnego dzieła o zgubnych skutkach onanizmu. W odróżnieniu jednak od przepojonego kalwińską moralnością nadwornego medyka Augusta III, autor O niebezpieczeństwach... nie jest tak jednostronny w swoim podejściu do tematu. Bo też i temat jest inny: tam gdzie Tissot musiał jednoznacznie potępiać grzeszną zmysłowość, Labrunie, pomny mieszczańskiej apologii stadła małżeńskiego, ostrzega przed wszelką skrajnością, zalecając aurea mediocritas. Tym, które (ale i "którzy" - wiele wniosków wyprowadzonych jest per analogiam na podstawie obserwacji skutków, jakie przynosi uwalnianie, bądź też powstrzymywanie nasienia) urągają tej zasadzie, grozi nie tylko klasyczna, hipokratejska duszność maciczna, czyli histeria, lecz także gorączka, epilepsja, wiele innych chorób oraz wszelkiego rodzaju krosty i upławy, których bogaty katalog doktor Labrunie podaje w swojej rozprawie, zgodnie z ówczesnym wzorcem piśmiennictwa medycznego (niestety, już nieaktualnym) pełnej malowniczych anegdot i przypadków, jak również sentencji łacińskich.
Należy sądzić, że szeroko rozumiana mediocritas była wzorem, jaki doktor Labrunie chciał przekazać swojemu synowi. Ten ostatni niespełna pół roku przed samobójczą śmiercią napisze do swojego lekarza, Émile'a Blanche'a: "Główną udręką we wszystkich chwilach samotności była zawsze myśl o moim ojcu. Niech Pan nie myśli, że powtarzam to, by zaskarbić sobie Pana łaskę, albowiem wszystkie cierpienia, których mu przysporzyłem, nieustannie drążą me serce. Gdybym miał dać przykład najstraszliwszej pokuty, jaką można sobie wyobrazić, byłaby nią ta właśnie myśl. Proszę mu tego nie powtarzać". Naznaczone nieobecnością i niezrozumieniem relacje Nervala z ojcem - którego nazwisku nie pozwolił on wejść do historii literatury, zastępując je nazwą pola uprawnego - stoją niewątpliwie w centrum jego dzieła, choć sytuują się nieco bliżej "pozbawiania" niż "nadużywania": dają o sobie znać w sposób, jak zawsze u Nervala, dyskretny, a przez to tym bardziej wymowny.
Nie wiemy tym samym zbyt wiele o bezpośrednich efektach ojcowskich zaleceń w kwestii "przyjemności wenerycznych" w życiu Nervala. Autorzy Słownika Nervalowskiego zebrali wnioski z nielicznych świadectw na ten temat w haśle Seks. Wynika z nich tyle, że pisarz raczej nie słuchał wskazówek Tissota, co zdaniem jednego z przyjaciół, zapewne wiernego adepta tychże wskazówek, było główną przyczyną jego obłędu. Znamy też list Teofila Gautiera z ich wspólnej podróży do Belgii w 1836 roku, skąd autor Panny de Maupin chwali się adresatowi: "Całkowicie przyćmiewam mojego młodego przyjaciela Gérarda, choć odkąd jestem w tym pieskim kraju, nie stanął mi ani razu, a Gérard ma nieustanną erekcję". Trudno stwierdzić, ile w tym sztubackiego żartu, ile faktycznego priapizmu; to zresztą mało istotne. Ważne są natomiast wszelkiego rodzaju "echa egzystencjalne", jak nazwie je metodycznie się nimi zajmujący, genialny autobiograf Michel Leiris. Nerval musiał znać rozprawę ojca choćby z tytułu. Nie mógł pomijać jej w myślach - on, potrafiący kojarzyć ze sobą drobiazgi z najodleglejszego dzieciństwa - gdy padał ofiarą "wenerycznych przyjemności", raczej ich pozbawiony niż nadużywający. "W każdym razie dyskrecja Gérarda w kwestii własnego życia seksualnego wskazuje nie tyle na brak zainteresowania, ile na splot zakazów, poczucia winy i niespełnienia, z którymi - jak się wydaje - autor nie potrafił sobie poradzić" - piszą Pichois i Brix (przekład Wiesława Krokera).
Spośród nielicznych i we wszystkich wypadkach domniemanych kochanek Nervala w pierwszym rzędzie wymienić należy tę, w której przez długi czas upatrywano źródła wszystkich jego nieszczęść oraz wzorca dla największych kobiecych postaci jego prozy: Jenny Colon. Bardziej wnikliwe studia biograficzne pozwoliły zerwać z tą upraszczającą legendą, choć łatwo zrozumieć, w jakim stopniu ta aktorka i śpiewaczka - a więc postać łącząca dwa podstawowe fantazmaty Nervalowskiego obrazu kobiety - mogła stać się dla poety figurą, która niczym magnes przyciągała, zwłaszcza po swojej przedwczesnej śmierci, mitotwórcze wyobrażenia i echa głębokich kompleksów. Podobnie jak druga z ubóstwionych przezeń artystek, piękna pianistka Marie Pleyel - pierwowzór literackiej Pandory. To w opowieści o niej pojawia się ta turpistyczna wizja: "W roztargnieniu łykałem pestki granatu. Poczułem ból w gardle. Udusiłem się na śmierć. Ucięto mi głowę i wystawiono u bram seraju; umarłbym na dobre, gdyby nie papuga - przelatywała właśnie obok i połknęła część pestek zmieszanych z krwią". Podróżując w 1834 roku po Włoszech, Nerval podziwia w Neapolu "piękną Judytę Caravaggia" - w rzeczywistości nie Caravaggia, lecz Artemisii Gentileschi według dzisiejszej atrybucji. Znamienne, że autor Pandory zwraca uwagę akurat na ten archetyp kastrującej kobiety - "patriotycznej kurwy", jak nazwie ją Leiris, który w hołdzie Nervalowi przyjmie w partyzantce pseudonim "Gérard". Na płótnie Artemisii dekapitacja przypomina gwałt, jest manifestacją kobiecej siły, antytezą i dopełnieniem portretów przyjaciółek z Valois. Dopiero ich zestawienie na jednym planie tworzy pełny obraz Nervalowskiej kobiety - stop mitu i naturalności, o który pisarz obwinia sam siebie w Aurelii: "zwykłą kobietę naszych czasów wziąłem za Laurę czy Beatrycze..." To także, paradoksalnie, potwierdzenie uwag, jakie ojciec zawarł w konkluzji swoich rozważań o przesadnej wstrzemięźliwości: "Z dość licznych przykładów, jakie przytoczyłem na poparcie moich tez, wynika niezbicie, że kobieta jest istotą, której żywot to istny splot fizycznych i moralnych sprzeczności. Jeśli jest słabej kompleksji, najdrobniejsza przyczyna wpędza ją w chorobę, a zmysłowe przyjemności są niezbyt rozwinięte, bądź też nie pojawiają się wtedy, gdy wolno jej z nich korzystać. Jeśli jest energiczna, natura wyjawia jej swój niezmienny cel, rodząc nadmierne pożądanie, któremu ulegnięcie prowadzi niechybnie do straszliwych chorób i śmierci". Aż dziw, że w przebogatej galerii Nervalowskich kobiet nie znajdziemy odpowiednika legendarnej Lukrecji, którą Leiris - za Cranachem - dopełni obraz kobiety budzącej fascynację i przerażenie.
Inna nieobecność wydaje się jednak ważniejsza: "Mojej matki nigdy nie widziałem, jej portrety zostały zagubione lub skradzione; wiem tylko, że przypominała postać z ówczesnej ryciny według Prud'hona czy Fragonarda, zatytułowanej Skromność. Gorączka, na którą zmarła, dopadła mnie w życiu trzykrotnie w regularnych odstępach czasu. W momentach tych mój umysł zawsze nachodziły obrazy żałoby i rozpaczy, jakie towarzyszyły moim początkom. Tyle razy czytano mi listy, które matka pisała nad brzegami Bałtyku, Sprewy czy Dunaju!" W tych czterech zdaniach Przechadzek i wspomnień Nerval streszcza niemal całą historię swoich relacji z rodzicielką: nieobecność, brak obrazu, brak wspomnień, żałoba, rozpacz i epistolarne zapośredniczenie uczucia, wyjęte jakby wprost z Jana Jakuba, którego pusty grób w Ermenonville będzie Nerval regularnie odwiedzać. I jeszcze - genetyczne, jak byśmy dziś powiedzieli - wywiedzenie własnego obłędu ze śmiertelnych dolegliwości matki, których nie możemy tłumaczyć metodą Étienne'a Labrunie: czy nie po to ciągał żonę za sobą i Wielką Armią, by uchronić ją przed "niebezpieczeństwami pozbawienia przyjemności wenerycznych"? W Aurelii Nerval wpisze tę wyprawę - z której weźmie wszak początek jego psychoza porzucenia - w mityczny schemat: "Nigdy nie poznałem swojej matki, która zapragnęła towarzyszyć ojcu w wyprawie wojennej, jak żony dawnych Germanów". Im bliżej końca, tym gładziej wszystko układa się w spójną strukturę, a raczej: tym większy, tym bardziej rozpaczliwy jest wysiłek poety, by odnaleźć jakąkolwiek spójność w tym splocie tragicznych przypadków, jakim jest egzystencja.
Jak gdyby egzorcyzmując tę nieodbytą podróż dzieciństwa - podróż, która na parę lat pozbawiła go obojga rodziców, a na zawsze odebrała matkę - Nerval co chwila wyrusza w jakąś podróż, bliższą bądź dalszą, nierzadko w jej trakcie wyczerpując skromne zasoby finansowe, uzyskane przeważnie na poczet nienapisanych jeszcze, obiecanych dopiero artykułów i recenzji teatralnych. Kiedy ze względu na stan zdrowia zabrania mu się dalszych podróży - których owocem jest choćby Podróż na Wschód - odbywa te bliższe, w okolice Paryża. Ich literackim plonem są arcydzieła ostatnich lat życia: Noce październikowe, Sylwia, Przechadzki i wspomnienia. Dowodząc banalnej prawdy, że bogactwo podróżniczych refleksji jest niezależne od geograficznej marszruty, najbardziej przejmujący zapis doświadczenia tworzy Nerval w historiach zza miedzy, które, tak się składa, w wielu momentach pokrywają się z powrotem do dzieciństwa. Jego podróże bowiem to wędrówki tyleż w przestrzeni, co w czasie - właśnie ku dzieciństwu, którego wspomnienia "ożywają, gdy dochodzimy połowy życia", jak to sam Nerval zbyt optymistycznie zauważył w Przemytnikach. Być może najważniejszą z Nervalowskich podróży jest jednak ta opisana w Aurelii: "podróż do wnętrza samego siebie", jak określi ją w Eseju o cudowności Michel Leiris. Jeśli zgodzimy się ze stwierdzeniem, że każde dzieło Nervala to opowieść o poszukiwaniu, bardzo znamienne okaże się zamknięcie tej twórczości tekstem opowiadającym o poszukiwaniu własnego "ja" na drodze najbardziej wycieńczającej i pełnej pułapek, której najważniejsze etapy przypadają na nocny, nieruchomy czas marzeń sennych i koszmarów.
2
Nie wiemy, jaki kształt przybrałaby Aurelia, gdyby autorowi dane było ją ukończyć. Czy ta mentalna podróż w głąb siebie przyniosłaby podobny skutek terapeutyczny, jak wcześniejsze spacery? "Wyszedłem, by przechadzką za miastem uciszyć cierpienie i spóźnione wyrzuty sumienia, marszem i zmęczeniem chciałem otępić myśli i zapewnić sobie, być może, życzliwsze sny na następną noc" - pisze Nerval w drugiej części opowiadania, chyba szczerze wyjaśniając jedną ze swoich manii, a może po prostu proponując kolejną racjonalną interpretację tego, do czego racjonalne metody nijak nie dają dostępu. Jeden z przyjaciół, Charles Asselineau, potwierdza wiarę Nervala w uzdrowicielską moc spaceru: "Podobnie jak wszyscy chorzy, którzy doświadczyli przymusowego zamknięcia, lecz być może silniej niż inni, Gérard czuł odrazę do kliniki, mimo iż doktor Blanche traktował go tam jak przyjaciela. Kiedy przeczuwał, że choroba się zbliża, z lęku przed trafieniem do Passy uciekał i ukrywał się najlepiej jak umiał. W tym stanie najczęściej przedsiębrał długie marsze polami, mając nadzieję, że zwalczy chorobę fizycznym zmęczeniem; jak twierdził, nieraz mu się to udało". Nieraz, ale nie zawsze - z Nocy październikowych płynie inna nauka: włóczęgostwo, zarówno terytorialne, jak i mentalne, niechybnie prowadzi do zamknięcia. Zdani na przypadek, przechodzimy z miejsca do miejsca, w gruncie rzeczy zawieszeni między wolnością a zniewoleniem, poszukując śladów przeszłości, a napotykając głównie brak, rozczarowanie i ślady zniszczenia - tak samo jak w wędrówkach innego wielkiego melancholika, Winfrieda Georga Sebalda, który odbywając długie, zwykle czterogodzinne spacery z Woodbridge do Orford, z Orford do Harleston i po innych pustkowiach wschodniego wybrzeża Anglii, wydobywa na światło dzienne znaki cywilizacyjnej zagłady, lecz na koniec pozostaje ze swoją pierwotną niewiedzą: "Wędrowałem prawie cztery godziny i nie widziałem nic prócz sięgających aż po horyzont pól, w większej części już uprzątniętych, zaciągniętego niskimi chmurami nieba i rozrzuconych w odległości jednej-dwu mil od siebie zagród, przeważnie otoczonych kępami drzew. Gdy tak szedłem, na oko niekończącymi się prostymi drogami, nie minął mnie chyba żaden samochód i ani wtedy nie wiedziałem, ani nie wiem dziś, czy ta samotna wędrówka była dla mnie dobrodziejstwem, czy udręką" (tu i dalej przekład Małgorzaty Łukasiewicz).
Nerval również waha się co do znaczenia swoich wędrówek - i tych przestrzennych, i tych mentalnych. Bywają dlań dobrodziejstwem, bywają udręką. Na euforycznej pierwszej stronie Aurelii wzdraga się przed nazwaniem swojego stanu chorobą: "Nigdy nie czułem się zdrowszy. Czasem zdawałem się sobie dwakroć silniejszy i żwawszy; sądziłem, że wszystko wiem, wszystko rozumiem; wyobraźnia była mi źródłem nieskończonych rozkoszy. Czyż odzyskawszy to, co ludzie nazywają rozsądkiem, nie należy żałować ich straty?..." Odwieczny, a może dopiero dwudziestowieczny dylemat studiów nad szaleństwem, z którego antypsychiatria uczyniła swoje naukowe credo. Jak wiele można znieść, jak wiele poświęcić, by przeżyć stan, o którym pisze Nerval w trzecim rozdziale opowiadania: "Otoczyła mnie nocna straż - wydawałem się sobie wówczas tak ogromny i tak potężnie naładowany elektrycznością, że mógłbym obalić każdego, kto się do mnie zbliży. Komicznie musiały wyglądać moje usiłowania, by nie narazić na szwank zdrowia i życia żołnierzy, którzy się mną zaopiekowali"? To, co zwykle pozostaje odległe i niedostępne, zamknięte nieprzekraczalną granicą snu i marzenia, u Nervala jest częścią jednolitej masy "śnienia i życia". To przywilej tych, którzy chodzą z gwiazdą na czole, jak nazwał to doznanie Raymond Roussel, autor bliźniaczej relacji z egzystencjalnej ekstazy: "Zaciągnąłem zasłony, gdyż bałem się, że najdrobniejsza szczelina przepuści na zewnątrz świetliste promienie, jakie wychodziły z mego pióra, chciałem ściągnąć zasłonę jednym ruchem i rozświetlić świat. Rozrzucone papiery tworzyłyby promienie światła docierające aż do Chin, a oszalały tłum zwalałby się na dom" (przekład Bogdana Banasiaka).
Pierre Janet, psychiatra Roussela, nazywał go "biednym, małym chorym"; o Nervalu mówiono "biedny Gérard" albo "poczciwy Gérard". To dziewiętnastowieczna wersja poprawności politycznej, mimo że choroba nie zawsze przejawiała się w bezbolesny dla otoczenia sposób. W jednej z notatek Nadara można przeczytać: "Widzę naszego biednego Gérarda de Nervala po ostatnim ataku gorączki wielkiej, w czasie którego groził Teofilowi nożem". Notatka pochodzi prawdopodobnie z okresu poprzedzającego jeden z licznych pobytów Nervala w klinice - pobytów, które od roku 1841 wyznaczają rytm jego życia, a także twórczości, potem zaś Nervalowskich biografii, chętnie zajmujących się tym "przypadkiem". Już współcześni, rzecz jasna, zwłaszcza ludzie bliscy Nervalowi, zastanawiali się nad przyczynami jego kryzysów psychicznych, nierzadko wcale im się nie dziwiąc. Édouard Ourliac, kompan z zaułka du Doyenné, wyliczał te powody w liście do innego towarzysza zabaw i niedoli, Victora Loubensa, podczas pierwszego pobytu Nervala u doktora Blanche'a w 1841 roku: "Widzę ich tysiąc: nędza, zwyczajowe błądzenie umysłu pozbawionego stałej zasady, sprzeczności wynikające z powierzchownej wiedzy i głębokiej ignorancji, ciągłe nadużywanie słowa i rozumu, najniebezpieczniejsze igraszki inteligencji, bezbrzeżna duma tłumiona potwornym lenistwem, co chwila miażdżona, wypierana, uciskana, wreszcie nieobyczajność, nieustanne podniecenie bez celu i ujścia, nadmiar jedzenia, płynów, kawa trzy albo cztery razy dziennie, kobiety, chaos, a nade wszystko, jak zapewniają, masturbacja - myśli Gérarda nigdy nie były do końca zdrowe, wszyscyśmy byli jak on, ale właśnie dlatego, że mniej gwałtowny, to on jest nieuleczalny".
Na domiar złego choroba Nervala staje się publiczna: uprzedzając epokę dzisiejszych tabloidów, Jules Janin życzliwie informuje paryski światek literacki o obłędzie pisarza w artykule, którego autor Sylwii nigdy mu nie zapomni (podobny tekst ogłosi później Aleksander Dumas). Jeszcze w tym samym 1841 roku Nerval pisze przejmujący list do Idy Ferrier, przyszłej pani Dumas, w którym wyjawia, jak wiele go kosztowało pogodzenie się z etykietą chorego psychicznie: "Wyznaj! Wyznaj! - krzyczeli, tak jak kiedyś do czarownic i heretyków, aż wreszcie zgodziłem się na zaklasyfikowanie mnie do zdefiniowanej przez lekarzy dolegliwości, która w słowniku medycznym nazywana jest Teomanią bądź Demonomanią". U Nervala dochodzi bowiem do zamazania nie tylko granicy między śnieniem a życiem, lecz również tej między zdrowiem a chorobą: okresy słabości stale przeplatają się z długimi tygodniami poprawy, a nawet podczas kryzysów pojawiają się chwile niezwykłej przenikliwości, w których wrażliwy umysł poety szczególnie dotkliwie odczuwa dramat swojej sytuacji. Klasyfikacja, definicja, słownik - to słowa niemające nic wspólnego z życiem, słowa wobec niego zewnętrzne, pochodzące z innego porządku; słowa, w których nie ma miejsca na rozumienie i odczuwanie, na człowieka i rzeczywistość. A przecież na styku tych elementów rodzi się to, co owe klasyfikacje, definicje i słowniki chcą nazywać manią, szaleństwem, obłędem. Doskonale wyraził to - że pozwolę sobie znów wybiec w przód, bliżej naszych czasów - Maurice Blanchot w liście do Georges'a Bataille'a, pisanym na dwa lata przed śmiercią tego ostatniego: "Od dawna wydaje mi się, że kłopoty nerwowe, na które cierpisz - by użyć medycznie obiektywnych słów - są po prostu Twoim sposobem autentycznego przeżywania owej prawdy, utrzymywania się na poziomie owego bezosobowego nieszczęścia, jakim jest świat w swojej istocie". Dopiero takie spojrzenie, zrywające z retoryką szaleństwa jako bycia wybrańcem i przekształcające Rousselowską gwiazdę na czole w bolesne, palące piętno, pozwala znaleźć się na drodze wiodącej do zrozumienia straszliwego cierpienia, jakie staje się udziałem "biednych, małych chorych".
3
Nikt chyba nie wyraził tego lepiej niż Antonin Artaud. Ten, którego szaleństwo najpierw oburzało tak wielu, a potem, po jego śmierci, tak wielu zachwycało, przez całe życie toczył beznadziejną walkę o uniknięcie bólu, o odzyskanie kontroli nad swoim ciałem i myślami. W pewnym momencie nie nazywał już tego ciałem, lecz organami, a wreszcie - mięsem: tym, które, by przywołać słowa poety, tylko przez przypadek nie wisi na rzeźniczym haku. Nawet wtedy jednak, w gorączkowych zapiskach zeszytowych w Rodez, usiłuje Artaud uspójnić coś, co znajduje się na drodze nieuchronnego, coraz szybciej postępującego rozpadu. "Ta czujna świadomość - pisze Claude Pichois, zawsze bardzo ostrożny we wszelkiego rodzaju anachronizmach - to wspólna cecha Nervala i Artauda". Sam twórca Teatru Alfreda Jarry również dostrzegał swoje duchowe pokrewieństwo z romantycznym poetą: "Musi Pan wiedzieć z moich książek - pisał w nigdy niewysłanym liście do Georges'a Le Bretona, autora studium o Chimerach - że jestem człowiekiem gwałtownym i porywczym, pełnym straszliwych wewnętrznych burz, które zawsze zamieniałem w poezję, w malarstwo, w inscenizację i w pismo, gdyż musi Pan też wiedzieć, z mojego życia, że tych burz nigdy nie pokazuję na zewnątrz. Widzi Pan, do jakiego stopnia czułem zawsze życie Gérarda de Nervala blisko własnego". Nieco dalej dodaje: "Choć Gérard de Nerval nie został powieszony na Golgocie, powiesił się przynajmniej, i to sam, na latarni, tak jak powłoka porażonego ciała zawieszona na starym gwoździu albo stary rozpaczliwy obraz przytwierdzony do ściany". Bez znaczenia jest tutaj zamiana sztaby okiennej na zwyczajową latarnię, podobnie jak bez znaczenia są wypełniające list Artauda alchemiczno-kabalistyczne dywagacje, które owszem, zajmowały obu pisarzy, lecz niedorzecznością jest - tak jak czyniła to krytyka w pierwszych dekadach po wojnie - traktowanie kabały, alchemii i gnozy jako klucza do ich dzieł. Najistotniejsze w tekście Artauda wydaje mi się głębokie poczucie egzystencjalnej tożsamości z Nervalem, pozwalające widzieć w autorze Aurelii - tak jak w Van Goghu, tak jak w samym Artaudzie - kolejnego "samobójcę społecznego", jak określił Artaud flamandzkiego malarza. Nerval wprawdzie "nie został powieszony na Golgocie", lecz został na swoje samobójstwo, podobnie jak Van Gogh, skazany, co sugeruje także Pichois: "Samobójstwo Nervala to rewers morderstwa, popełnionego nie przez bandytów, lecz, dzień po dniu, przez jego "przyjaciół". Mordercami byli Janin i Dumas oraz paru innych".
Z jednej strony psychoza, z drugiej - walka o przejrzystość świadomości. Walka prowadzona w przestrzeni pisma. Na długo przed Northropem Frye i Paulem Ricoeurem autor Przemytników przeczuł i zrozumiał, że opowiadanie - dziś powiedzielibyśmy: narracja - równa się rozpoznaniu (Frye nazywał to za starożytnymi anagnorisis), a przede wszystkim nadaniu sensu. W tym ostatnim wypadku jednak należałoby raczej użyć formy niedokonanej: "nadawaniu", gdyż w odniesieniu do życia - bo to jemu opowiadanie chce nadawać sens - można mówić tylko o próbach, wciąż ponawianych, nigdy niespełnionych. Wydaje się, że Nerval bardzo długo, może do samego końca, wierzył w ten narracyjny cud i - paradoksalnie - był najbliższy jego spełnienia w arcydziele, jakim są Przemytnicy - w najbardziej radosnym i beztroskim z jego tekstów. Paradoksalnie, ponieważ to w tym utworze padają pamiętne słowa o księdzu du Bucquoy: "Zarzucił żywot świętego, gdyż mimo tysięcznych wysiłków i kontemplacji nie zdołał czynić cudów. Zresztą postąpił rozsądnie, bo po cóż być świętym w takiej sytuacji?" To właśnie do tych zdań kilkakrotnie powracał będzie Leiris - "Gérard" - widząc w nich metaforę pisarskiego dylematu, który był także udziałem Nervala: "Uprawiać literaturę jako taką, w pełnej świadomości jej ograniczeń, albo wycofać się z gry" (Leiris, Fibrilles).
Zanim Nerval stanie się "samobójcą społecznym" i na dobre wycofa się z gry, podejmie terapeutyczną, niemal naukową próbę dokonania literackiego cudu, polegającego na przemianie "śnienia" w "życie", a tym samym na powrocie do tego życia po śmierci zawyrokowanej już przez Janina i innych "przyjaciół". Niezawodny słownik Pichois i Brixa pod hasłem Aurelia przypomina, że "idea leczenia choroby umysłowej przez zapisywanie rozpowszechniona była w środowisku lekarskim nie tylko na długo przed Freudem, ale i przed Aurelią" (przekład Jana Marii Kłoczowskiego). Nie wspominając już o Adrienie Borelu, jednym z pierwszych francuskich psychoanalityków, dzięki któremu powstał Wiek męski (Leiris byłby - a może był? - zachwycony tym pokrewieństwem z prawdziwym Gérardem). Nerval wpisuje się zatem w długą historię terapii poprzez pisanie, kiedy śle do doktora Blanche'a takie słowa: "Posyłam panu dwie strony, które należy dołączyć do tych oddanych panu wczoraj. Będę kontynuował tę serię snów, jeśli pan chce" (przekład Jana Marii Kłoczowskiego). Ale w tym samym dniu, 2 grudnia 1853 roku, pisze podobne słowa do innego lekarza - doktora Labrunie: "Postanowiłem spisywać i ustalać wszystkie wrażenia, jakie pozostawiła mi choroba. Studium to nie pozostanie bezużyteczne dla obserwacji i nauki. Nigdy nie miałem takiej łatwości analizy i opisu". Przy czym tendencja ta nie dotyczy wyłącznie Aurelii: bodaj w Nocach październikowych Nerval po raz pierwszy w pełni zdaje sobie sprawę - choć na razie na groteskową modłę - z możliwości, jakie daje wprowadzenie snu do narracji. Z kolei początek trzeciego rozdziału Sylwii antycypuje dość odległe jeszcze w czasie "objaśnianie marzeń sennych": "To półsenne wspomnienie wszystko mi wyjaśniło. Nieżywiąca żadnych nadziei, nieokreślona miłość do aktorki, budząca się we mnie co wieczór wraz z rozpoczęciem spektaklu i pryskająca dopiero, gdy usypiałem, zrodziła się ze wspomnienia Adrianny, nocnego kwiatu, co rozchyla płatki w bladym świetle księżyca, różowo-złotego widziadła, co sunie zieloną murawą, na poły skąpaną w białej mgle".
Ten "badacz własnej egzystencji" - jak po kunderowsku określa Nervala Marek Bieńczyk - był bodaj pierwszym nowoczesnym poetą, który upublicznił swoje szaleństwo. Upublicznił je nie po to, by prowokatorsko rzucić wyzwanie mieszczańskiemu światu - tak będą rozumieć jego gest surrealiści - ale dlatego, że było ono nieodłącznym elementem jego procesu twórczego. Nie w tym sensie, że najgenialniejsze z jego tekstów - czyli także te pomieszczone w niniejszym tomie - są dziełem obłędu. Owszem, Nerval wzbraniał się przed wyjaśnianiem sensu sonetów składających się na Chimery, gdyż "powstały one - pisał - nie w szczytowym momencie choroby, lecz w samym sercu moich halucynacji". Należy to jednak rozumieć w ten sposób, że wszystko to, co składa się na jego geniusz, już w nim tkwiło, ale dopiero obłęd pozwolił mu wykroczyć poza skostniałe ramy francuskiej poezji, rozsadzić je od środka i uzyskać prawdziwą wolność dla słów i samego siebie - coś, co udało się osiągnąć nie tak wielu nowożytnym autorom. Unaocznił przy tym jeszcze jedno pokrewieństwo pisania i obłędu. Nie chodzi tylko o pisarskie wyzwolenie, które staje się możliwe dzięki szaleństwu, lecz także o to, co stanie się niemal lejtmotywem dwudziestowiecznej literatury: że samo pisanie jest obłędem, w gruncie rzeczy bowiem nie chodzi w nim o komunikację, ale o czystą, bezinteresowną, samonapędzającą się interpretację. I może jeszcze o to, co Sebald wymownie określił na przykładzie Swinburne'a, który "odkąd przeczytał w gazetach opisy szarży pod Bałakławą, nieustannie marzył o tym, by wstąpić do kawalerii i jako beau sabreur polec w podobnie szalonej bitwie. Jeszcze w czasie studiów w Oksfordzie ta wizja przyćmiewała wszystkie inne wyobrażenia o własnej przyszłości i dopiero gdy upośledzenie fizyczne ostatecznie przekreśliło nadzieje na bohaterską śmierć, rzucił się bez pamięci w literaturę, może nie mniej radykalną formę samounicestwienia".
4
Co potem? "Zamiast ogromnych płomieni, należy raczej poprzestać na skromnych uroczystościach pogrzebowych, bo nikt nie jest aż tak skąpy, by odmówić nam drewna, smoły, opłakującego żałobnika i urny" (przekład Emilii Olechnowicz) - pisze siedemnastowieczny lekarz, Thomas Browne, według którego (to już Sebald) "być wyjętym z grobu to tragedia i potworność". Pośmiertne losy ciała to także historia - opowieść o nas, która nie jest już naszą opowieścią. Już nie możemy się w niej rozpoznać, lecz nadawanie sensu trwa dalej, bez naszego udziału. Auguste Luchet pisze 1 lutego 1855 roku o "strasznej śmierci naszego biednego Gérarda [w kwestii nazewnictwa śmierć niczego nie zmienia], mimo wszystko nie tak okropnej jak to, co wydarzyło się później; przykra i ponura historia syna, którego ojciec się wyparł, chwały naszych czasów pozostawionej przez pięć dni na płytach kostnicy, gdzie się udaliśmy, by przenieść na cmentarz zwłoki, którymi nikt nie chciał się zająć". Pisarz został pochowany na cmentarzu P?re--Lachaise, ale koncesja była czasowa. Francuskie stowarzyszenie pisarzy nie wpłaciło kolejnej raty i miejsce, w którym spoczywał Nerval, miało być na nowo zagospodarowane. Po interwencji Gautiera i Houssaye'a grób przeniesiono na stałe do innej części cmentarza. Po dwunastu latach od śmierci dochodzi do ekshumacji, opisanej przez Houssaye'a, któremu Nerval dedykował Zamki Bohemy: "Szkielet był w częściach, śmierć szybko dokonała dzieła. Straszny widok: z głowy o jakże męskim pięknie nie została już nawet sucha czaszka. Tysiące robaków uwiesiło się na niej całymi gronami i niemal wtopiło w kość. Niełatwo było ją oddzielić - nie dało się oddychać". Całe szczątki zmieściły się do dziecięcej trumny.
Przywołuję to świadectwo nie dlatego, że ojciec Nervala był jeńcem wojennym pod Smoleńskiem. Raczej - wzorem Nervala - próbuję odczytać znaki pozostawiane nam przez minione egzystencje; raczej - wzorem Nervala - staram się doszukać jakiegoś sensu w tym, co pewnie go nie ma, lecz co nie zostawia wyboru semiotycznym podróżnikom. W maju 1976 roku Sebald otrzymuje od Jana Petera Trippa sztych, "na którym widnieje chory psychicznie sędzia Daniel Paul Schreber z pająkiem w czaszce". "Od tamtego czasu - mówi pisarz w Stuttgarcie, tuż przed swoją śmiercią - nadal się zastanawiam, jakie to niewidzialne relacje determinują nasze życie, którędy przebiegają nici" (przekład Małgorzaty Łukasiewicz). Sebald i Nerval - czy przebiega między nimi jakaś nić? Kiedy czytam w Pierścieniach Saturna o upadku posiadłości w Somerleyton, wzniesionej z nowobogackim rozmachem w połowie XIX wieku, nieodparcie staje mi przed oczami niszczejący zamek w Saint-Germain, który Nerval w tym samym czasie opisuje w Przechadzkach i wspomnieniach. Chwilę potem kufel piwa ze stonogami na dnie w tym samym Saint-Germain staje się prefiguracją niejadalnej ryby w hotelu Victoria w Lowestoft, gdzie Sebald okazuje się, oczywiście, jedynym gościem. Kolejne miasto, kolejny zmierzch: "Owego wieczoru w Southwold, gdy tak siedziałem, mając u stóp "niemiecki ocean", nagle wydało mi się, że czuję bardzo wyraźnie, jak świat powoli pogrąża się w ciemności". Nerval w Aurelii: "Rzuciwszy wzrokiem dokoła, ujrzałem ogród przemieniony w cmentarz. Jakieś głosy mówiły: "Wszechświat pogrążył się w noc"". Te ślady, te podobieństwa to, rzecz jasna, niewiele więcej niż obsesja czytelnika-monomana. Nie ma tu mowy o celowych nawiązaniach, ani tym bardziej o cytatach, choć opowieść Sebalda utkana jest z cytatów i na cytatach tudzież parafrazach opiera się jej konstrukcja. Dotyczy to zresztą nie tylko konstrukcji samej książki, ale też owej kruchej instancji, która przywołuje obce słowa: "Cytat - pisze Marek Bieńczyk - jest przejawem istnienia pomiędzy, jak jeden z podstawowych stanów melancholijnych, który Kierkegaard nazywał alternatywą - trwaniem w szczelinie między rozpaczą niebycia innym i niemożnością bycia sobą. Wpisana jest w niego jakaś milcząca odmowa, bezpośrednia odmowa "ja", które odbudowywać będzie dopiero okrężna praca zapożyczeń". Pokrewieństwo Nervala i Sebalda nie opierałoby się zatem na czysto literackiej sieci intertekstualnych nawiązań, lecz raczej na nieco głębszej, a zarazem powszechniejszej wspólnocie odczuwania, której nie sposób nadać innej nazwy niż właśnie tę: melancholia.
W znakomitym szkicu poświęconym Sylwii Bieńczyk pokazuje, w jaki sposób przejawia się ten rodzaj odczuwania: "Nervalowska estetyka melancholii, a po Nervalu estetyka melancholii tout court, operująca nieokreślonością, niedomówieniem, polega na równoważeniu mglistości nastroju, niewypowiedzianej tęsknoty, [...] geometryczną wymiernością; nieokreśloność rozgrywa się w konkretnym, ograniczonym miejscu, nieuchwytność uczuć dotyczy uchwytnej przestrzeni i nie szuka jej przekroczenia". Stąd gorączkowe nierzadko pragnienie melancholika, by udokumentować wszystko, co pojawia się w zasięgu jego wzroku. Próby, by tak rzec, przyszpilenia rzeczywistości, uczynienia z jej skrawków niezmiennej kolekcji eksponatów - zawsze dostępnych, uwiecznionych, nieulegających działaniu czasu. Tak jakby melancholik - całkiem słusznie - uznawał, że dość się już od owego czasu nacierpiały, że wystarczająco się już zużyły. Podobnie jak słowa, wspomnienia i marzenia, o których pisze Nerval w ostatnim rozdziale Sylwii: "Takie to chimery czarują i zwodzą o poranku życia. Starałem się je utrwalić, może dość chaotycznie, lecz wiele serc mnie zrozumie". Opowieści Nervala są bowiem - niekiedy spełnioną, niekiedy pełną rezygnacji i rozpaczy - próbą opisu rzeczy w momencie, gdy już odeszły, zniknęły, uległy zniszczeniu, gdy ich już po prostu nie ma. Stąd bierze się częściowo mylne wrażenie, że melancholik przywiązuje się zanadto do rzeczywistości zmysłowej i goni za przyjemnością, zdawałoby się, nieprzystającą do jego położenia. Upodabnia się wówczas - choć to tylko pozory - do hedonisty, czemu nie może się nadziwić bohaterka powieści Jacobsena, a na co dostaje klarowne wyjaśnienie w słowach, które znamy ze studiów na temat melancholii: "Jak pani może pytać jeszcze, dlaczego zwie się ich melancholikami, gdy wszelka rozkosz, skoro się ją pochwyci, zmienia swój kształt i staje się wstrętem, gdy wszelki okrzyk weselny jest tylko bolesnym ostatnim westchnieniem radości, gdy wszelka piękność jest pięknością, co znika, a wszelkie szczęście - szczęściem, które kona" (przekład Leopolda Staffa).
Melancholia w gruncie rzeczy jest synonimem realizmu, i to zarówno w estetycznym, jak i filozoficznym sensie tego słowa. Jej uporczywe chwytanie się resztek ginącego świata, nieustanne mnożenie effets de réel, choćby w postaci nieokiełznanej enumeracji - "figury, w której jakąś alchemią nicości i błahości melancholia rozpala wszystkie swe światła" (to znów Bieńczyk) - w dużej mierze pokrywa się z realistyczną doktryną w literaturze i sztuce. Trudno też zaprzeczyć temu, że świadomość postępującego rozkładu na każdym poziomie - od całej cywilizacji, przez pojedynczego człowieka, aż po najdrobniejsze organizmy - nie jest wcale, jak się często mawia, pesymizmem, lecz właśnie najzwyklejszym, opartym na racjonalnych przesłankach realizmem. Owszem, rzeczywistość bywa dla Nervala i Sebalda formą pośledniejszą niż sam jej obraz, lecz może ona zyskać na randze i znaczeniu, gdy, zupełnie jak u Prousta, odrodzi się w postaci archiwum wspomnień.
Rzecz jasna, praca wspomnienia nie może zmienić praw, według których toczą się losy tego świata. "Zawsze przecież - stwierdza Sebald - ilekroć człowiek akurat w najpiękniejszych barwach odmaluje sobie przyszłość, kolejna katastrofa już nadciąga". U Nervala kierunek przemian nie zawsze jest tak oczywisty. W każdym zdaniu tli się mimo wszystko nadzieja; każde pechowe zdarzenie - których tu przecież nie brakuje - dzięki werbalnej magii może stać się zwiastunem lepszych czasów. Tę dialektykę bytu i nicości trafnie opisał Jean-Pierre Richard: "Z Aurelii płynie nauka, że aby zostać zbawionym, trzeba się zgodzić na zejście do piekieł, stracić wszystko, włącznie z rozumem. Droga do zdrowia wiedzie przez szaleństwo, do nieśmiertelności - przez zgodę na śmierć, a tajemnym celem każdego odrodzenia jest zniszczenie". Bardziej jednoznaczny w swojej interpretacji Nervalowskiego świata - rzec by można: w duchu Sebalda - jest inny przedstawiciel krytyki tematycznej, Georges Poulet: "Bogowie umierają, ziemia się starzeje, gatunki degenerują, słabną iskry ognia. Osłabieniu indywidualnej świadomości odpowiada schyłek sił kosmicznych. Dokoła siebie i w sobie samym Nerval jest świadkiem wielkiej agonii - własnej i świata, w którym się znajduje. Czas gwiazd, podobnie jak świat uczuć i myśli, jest miejscem podwójnego kataklizmu". Autor Myśli nieokreślonej ma tu oczywiście na myśli Aurelię, ale jego diagnozę można odnieść także do innych tekstów z lat pięćdziesiątych, w których ocalanie świata za pomocą wspomnienia wynika z obserwacji, że chyli się on ku upadkowi. I nie jest istotne, że obserwacje te dotyczą niewielkiego wycinka tego świata - "konkretnego, ograniczonego miejsca" melancholijnej estetyki. Ów wycinek jest bowiem w danym momencie wszystkim, co interesuje poznające "ja" - obrazem, zupełnie jak u iluminatów, makro- i mikrokosmosu, gwiazd i jego samego. Nawet jeśli punktem wyjścia jest prosta, ekonomiczna uwaga, jak w liście do Jules'a Simona, relacjonującym "przechadzki" po Valois: "Chantilly, które właśnie odwiedziłem, niszczeje z powodu testamentu ostatniego księcia de Condé. W pozostałych posiadłościach przekazanych Madame de Feuch?res - Saint-Leu i Mortefontaine - gnieżdżą się ubodzy mieszkańcy, którzy nie rozumieją, dlaczego mrą z głodu w dawnych folwarkach Karola Wielkiego". Kiedy do "przechadzek" dołączy Nerval "wspomnienia", Valois nabierze właściwego, mitycznego i uniwersalnego wymiaru. Jednocześnie zaś, jak gdyby w odwrotnej proporcji do tego semantycznego przyrostu przestrzeni, pozycja Nervalowskiego narratora słabnie, a sama jego postać wydaje się w końcu groteskowa, wręcz niedorzeczna. Gdy czytamy zakończenie Nocy październikowych, Przechadzek i wspomnień, a nawet Sylwii, mamy ochotę powtórzyć za Mrs. Ashbury z opowieści Sebalda: It seems to me sometimes that we never got used to being on this earth and life is just one great, ongoing, incomprehensible blunder.
5
Kiedy Nerval mógł dojść do podobnego wniosku? Wydaje się, że nie wcześniej niż w latach czterdziestych, a dokładnie: nie wcześniej niż przed pierwszym poważnym kryzysem w roku 1841. Teksty powstałe przed tą datą, głównie próby gatunkowe i dość konwencjonalne poezje, nie zapewniłyby Nervalowi miejsca, jakie dziś zajmuje w historii literatury. To po pierwszym pobycie w klinice niemal wszystko, co napisze odtąd autor Chimer, przypominać będzie próbę autobiografii. Tendencja ta się nasili po roku 1850, kiedy to wszystkie wielkie teksty prozatorskie Nervala - te, które znalazły miejsce w niniejszym tomie - stają się pierwszoosobową narracją z silnie obecnymi wątkami autobiograficznymi. Przełomowym tekstem są Przemytnicy, gdzie po raz pierwszy Nervalowski bohater trafia do krainy dzieciństwa i po raz pierwszy ojczysta ziemia zostaje tak mocno powiązana z osobistym wspomnieniem. Kolejne teksty będą już tylko drążyć owe wspomnienia, odmieniać na wszelkie możliwe sposoby najbardziej intymne radości i lęki. Do tego stopnia, że tematy, motywy i obrazy w nich zawarte nachodzą na siebie, odpowiadają sobie echem, lub też rozwijają zainicjowane wcześniej wątki. Aby się o tym przekonać, wystarczy zestawić choćby Przechadzki i wspomnienia z Nocami październikowymi, gdzie opowieści o Montmartrze, kółku śpiewaczym i kuglarzach łączą się z utyskiwaniami na kolej żelazną oraz - oczywiście - z niekończącą się wędrówką. Podobne powiązania istnieją też w innych utworach oraz na innych poziomach struktury. Ryszard Engelking sugeruje na przykład, że Pandora i Aurelia "mogą być bezpośrednią kontynuacją i prawdziwym zakończeniem historii narratora Sylwii" - narratora słynnej Ostatniej kartki, w którego żadne słowo nie jesteśmy w stanie uwierzyć. Geneza poszczególnych opowiadań pokazuje ponadto, jak jedne przechodziły w drugie, jak zmieniały tytuły, jak uciekały przed groźbą nieukończenia - a może raczej: jak opierały się groźbie ukończenia, definitywnego zamknięcia w ramach ostatecznej publikacji. Nie wszystkie te zabiegi da się wytłumaczyć strategią, którą znamy już z twórczości Baudelaire'a, polegającą na jak najefektywniejszym finansowym wykorzystaniu mniej lub bardziej gotowych tekstów przymierającego głodem poety. U Nervala taki stan spuścizny wynika raczej z metody pracy, którą w analizie tekstów określono mianem "mgławicowej", gdzie skończone formy są rezultatem krystalizowania się poszczególnych cząstek niezbornej masy, zawierającej jednak wszystkie późniejsze kształty i znaczenia.
Po roku 1850 teksty Nervala stają się też opowieściami o pisaniu. Takimi jak Przemytnicy, gdzie narrator opowiada explicite o swoich zmaganiach z materią literacką (a zwłaszcza cenzurą), albo takimi jak Pandora, gdzie postacie ciągle coś piszą, a finalna niemożność komunikacji zdaje się pochodną nieudolnych prób nawiązania kontaktu językowego. Bywa nawet tak, że jeden tekst daje nam wgląd w tajniki innego, jak choćby w Aurelii, która naświetla genezę, a także strukturę Sylwii: "Powoli wracałem do pisania i stworzyłem jedno z moich najlepszych opowiadań. Ale pisałem je z trudem, prawie zawsze ołówkiem, na luźnych kartkach, od przypadku do przypadku, marząc i spacerując. Z poprawkami miałem sporo kłopotu". W ostatnim okresie swojej twórczości bowiem Nerval staje się zakładnikiem nie tylko własnych wspomnień, lecz także literatury i pisma w ogóle. Chcąc opowiadać o sobie, musi opowiadać o pisaniu, gdyż rozproszona po "luźnych kartkach" mgławica nie pozwala mu na to, co stanie się udziałem Proustowskiego narratora - na oddzielenie grubą kreską momentu pisania od momentu przeżywania. To, że pomimo braku owego dystansu udało się Nervalowi zachować - wedle słów Alberta Béguina - "nieśmiałą i tak delikatnie powściągliwą" ekspresję (przekład Tomasza Stróżyńskiego), należy postrzegać w kategoriach literackiego cudu, a mówiąc innym językiem: nadzwyczajnego talentu, któremu szaleństwo pomogło się wyzwolić i który to samo szaleństwo dopełniło w nigdy nieukończonej Aurelii. Liczne wersje tego opowiadania są nie tylko obrazem wspomnianej mgławicy twórczej, lecz także samej egzystencji - nieokreślonej, niejasnej i rozproszonej w stercie luźnych kartek.
Splot egzystencji i literatury przyjął u Nervala skrajną, graniczną postać. Przekroczenie tej granicy, jakim jest Aurelia, stanowi jednocześnie syntezę dialektycznej gry między skończonością a nieukończeniem, w której życie kończy się z powodu niemożności ukończenia opowieści o życiu. Miał zatem rację Michel Foucault, pisząc o Nervalu: "Jego dzieło głosiło, że jedynym sposobem dotarcia do sedna literatury jest ciągłe przebywanie na jej granicy, jak gdyby już po zewnętrznej stronie urwiska". I dalej: "Teksty Nervala nie pozostawiły nam fragmentów jakiegoś dzieła, lecz stale powtarzane twierdzenie, że trzeba pisać; że tylko pisząc żyje się i umiera" (przekład Tadeusza Komendanta). To "nieobecne dzieło" - by użyć terminu Foucaulta z innego tekstu, z 1964 roku - oczywiście nie może być tożsame z egzystencją. Ich splot nigdy nie prowadzi do pełnego stopienia, do zaniku różnicy, do jakiejś mgławicowej entropii, w której nie sposób dostrzec jakiejkolwiek relacji. Sytuacja jest o wiele bardziej złożona. Przypomina być może tę, o której pisze Gaston Bachelard w odniesieniu do Lautréamonta: "Aby zrozumieć poetę, trzeba zawsze powracać do dzieła. Genialne dzieło jest antytezą życia". Nervala mamy szansę zrozumieć, czytając jego teksty z lat pięćdziesiątych: Przemytników, Sylwię, Przechadzki i wspomnienia, a wreszcie Aurelię. W kolejnych słowach tej mgławicy marzenie o szczęściu przestaje być sprzeczne z widokiem gasnącego świata. Myśl otwiera się na pustkę, a lęk harmonijnie łączy się z poczuciem spełnienia. "Jakie to szczęście pomyśleć - wykrzykuje bohater Aurelii - że wszystko, co kochaliśmy, zawsze będzie z nami!... Życie bardzo mnie już zmęczyło!" Nie jesteśmy już na ziemi, w niebie ani w obszarze nicości. To królestwo wyobraźni, ultima thule Gérarda de Nervala, syna Étienne'a Labrunie, doktora medycyny, który pół wieku wcześniej na trzydziestej czwartej stronie swojej rozprawy przepowiedział los swojego syna: "Zmysły działają na duszę, a dusza reaguje na zmysły: w ich wzajemnym wpływie i połączonym działaniu mają swoje źródło namiętności, to stąd czerpią swoją moc prowadzącą do zguby. Ze wszystkich sił duszy najbardziej energiczna jest wyobraźnia - jej skutki są straszliwe; nie mają granic. Wyobraźnia jest źródłem przyjemności oraz szczęścia, gdy ożywia nasze organy w odpowiednim stopniu; jednakowoż dławi ona pierwiastek życia i może doprowadzić do natychmiastowej śmierci człowieka, u którego pochłania zbyt wiele energii".
Tomasz Swoboda