Śniadanie u Tiffany'ego - Truman Capote

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zawsze ciągnie mnie do miejsc, w których dawniej mieszkałem, do domów i okolic. Jest na przykład taka kamienica z ciemnego piaskowca przy jednej z ulic Siedemdziesiątych Wschodnich, gdzie podczas pierwszych lat wojny miałem swoje pierwsze nowojorskie mieszkanie. Był to pojedynczy pokój zagracony meblami z poddasza: kanapą i opasłymi fotelami tapicerowanymi tym szczególnym szorstkim czerwonym aksamitem, który kojarzy się z upalnym dniem w pociągu. Otynkowane ściany miały kolor przeżutego tytoniu. Wszędzie, nawet w łazience, wisiały upstrzone na brązowo od upływu czasu ryciny przedstawiające rzymskie ruiny. Jedyne okno wychodziło na schody przeciwpożarowe. Mimo to, ilekroć pomacałem w kieszeni klucz do tego mieszkanka, nastrój mi się poprawiał, bo choć ponury, był to w końcu mój pierwszy własny kąt i znajdowały się tam moje książki i słoiki z ołówkami do zatemperowania, a więc, jak sądziłem, wszystko, czego potrzebuję, by spełnić marzenie o zostaniu pisarzem.

W tamtych dniach nigdy nie przyszło mi do głowy, aby napisać o Holly Golightly, i prawdopodobnie teraz też bym o tym nie pomyślał, gdyby nie rozmowa z Joem Bellem, która ożywiła moje wspomnienia o niej.

Holly Golightly była lokatorką tej kamienicy; zajmowała mieszkanie piętro niżej. Jeśli zaś chodzi o Joego Bella, to prowadził bar za rogiem, przy Lexington Avenue; nadal go prowadzi. Holly i ja zaglądaliśmy tam sześć, siedem razy dziennie, ale nie na drinka, przynajmniej nie zawsze, tylko żeby zadzwonić; w czasie wojny prywatne telefony należały do rzadkości. Ponadto sumienny Joe Bell był skrzynką kontaktową, wyświadczając Holly sporą przysługę, bo dostawała mnóstwo wiadomości.

Oczywiście działo się to dawno temu, a w zeszłym tygodniu zobaczyłem Joego Bella pierwszy raz od ładnych paru lat. Utrzymywaliśmy sporadyczny kontakt i czasem wpadałem do jego baru, gdy akurat znalazłem się w pobliżu, ale nigdy się bliżej nie zakolegowaliśmy - poza tym, że obaj byliśmy przyjaciółmi Holly Golightly. Joe Bell, jak sam przyznaje, ma trudny charakter; mówi, że to dlatego, iż jest kawalerem i cierpi na nadkwasotę. Każdy, kto go zna, potwierdzi, że ciężko się z nim dogadać. A właściwie graniczy to z niemożliwością, jeżeli nie podziela się jego obsesji, z których jedną jest właśnie Holly. Pozostałe to: hokej na lodzie, wyżły weimarskie, Nasza dzieweczka Sunday (tasiemiec radiowy, którego słucha od piętnastu lat) oraz Gilbert i Sullivan - twierdzi, że jest spokrewniony z jednym z nich, ale nigdy nie pamiętam z którym.

Tak więc kiedy późnym popołudniem w ostatni wtorek zadzwonił telefon i usłyszałem: "Mówi Joe Bell", wiedziałem, że sprawa na pewno dotyczy Holly. Nie powiedział tego jednak, lecz:

- Możesz się tu pofatygować? - spytał skrzekliwym głosem, chrypiąc z podniecenia.

Pojechałem tam taksówką w strugach październikowego deszczu i po drodze nawet pomyślałem, że Holly będzie na miejscu, że znów ją zobaczę.

Ale w barze zastałem tylko jego właściciela. Lokal Joego Bella to spokojny zakątek w porównaniu z innymi przy Lexington Avenue. Nie może się poszczycić ani neonem, ani telewizorem. W dwóch starych lustrach odbija się pogoda panująca na ulicy, a za kontuarem, we wnęce otoczonej fotografiami gwiazdorów hokeja, zawsze stoi duży wazon ze świeżymi kwiatami, które Joe Bell własnoręcznie układa z iście matczyną troskliwością. Tym właśnie był zajęty, gdy wszedłem.

- Oczywiście - odezwał się, wciskając mieczyk głęboko do wazonu - nie ściągałbym cię tutaj, gdybym nie chciał poznać twojej opinii. Dziwna sprawa. Wydarzyło się coś bardzo dziwnego.

- Masz wieści od Holly?

Dotknął palcem liścia, jak gdyby zastanawiał się nad odpowiedzią. Joe Bell to drobny mężczyzna o kształtnej głowie porośniętej szorstkimi siwymi włosami i kościstej, wyrazistej twarzy, która pasowałaby do kogoś znacznie wyższego; zawsze wydaje się opalony, a tego dnia był jeszcze bardziej rumiany niż zwykle.

- Nie mogę powiedzieć, że mam od niej wieści. Znaczy się, nie wiem. Dlatego właśnie chcę poznać twoją opinię. Zmajstruję ci drinka, dobrze? To coś nowego, nazywa się Biały Anioł - rzekł, mieszając pół szklaneczki wódki z taką samą ilością ginu, bez wermutu. Gdy piłem jego koktajl, on stał obok, ssąc pastylkę na nadkwasotę i układając w myśli to, co zamierzał mi przekazać.

- Przypominasz sobie niejakiego pana I.Y. Yunioshi? Dżentelmena z Japonii?

- Z Kalifornii - odparłem, doskonale pamiętając Yunioshiego. Jest fotografem jednego z magazynów ilustrowanych, a w czasach naszej znajomości mieszkał w kawalerce na najwyższym piętrze kamienicy z piaskowca.

- Bo zbijesz mnie z tropu. Pytam tylko, czy wiesz, o kogo mi chodzi. No dobra. I kto tu wczoraj wieczorem wparadował, jeśli nie rzeczony pan Yunioshi? Nie widziałem go chyba ponad dwa lata. A jak myślisz, gdzie on się przez te dwa lata podziewał?

- W Afryce.

Joe Bell przestał gryźć pastylkę i spojrzał na mnie zmrużonymi oczami.

- Skąd wiesz?

- Czytałem u Winchella1. - Tak właśnie było.

Kasa brzęknęła, gdy otworzył ją i wyjął szarą kopertę.