Wstęp
Wstęp
Zdaniem Michaela Llewellyna Smitha, znakomitego badacza dziejów Grecji
pierwszej połowy XX wieku i zawodowego dyplomaty, już pod koniec 1912
roku doszło do pierwszej wyraźnej deklaracji brytyjskiego wybitnego
polityka Davida Lloyda George'a, że Wielka Brytania opowiada się za
wyparciem Turków z Europy przez państwa bałkańskie. Zdaniem polityka
jest ona również zainteresowana wzmocnieniem Grecji oraz poszerzeniem
jej terytorium i pragnie przekształcenia tego kraju w regionalne
mocarstwo, ściśle współpracujące z imperium brytyjskim. Był to dowód, że
Albion rezygnuje z roli protektora słabnącego imperium osmańskiego i stawia na Grecję, państwo wprawdzie małe i biedne, lecz kierowane przez
polityków zmierzających zdecydowanie do powiększenia terytorium, siły i znaczenia swej ojczyzny kosztem sąsiadów, a zwłaszcza Turcji. Politycy
brytyjscy, reprezentanci mocarstwa panującego nad największym w dotychczasowych dziejach świata imperium, obejmującym 35 milionów
km2, imperium z 412 milionami ludności,
oferowali quasi-sojusz, oczywiście niepotwierdzony żadnym formalnym
traktatem, maleńkiemu i biednemu bałkańskiemu królestwu! Nic dziwnego,
że strona grecka potraktowała i miała traktować w przyszłości ofertę
brytyjską jako dar z nieba i kamień węgielny całej zagranicznej polityki
swego kraju - i to mimo jasnej świadomości zarówno różnic interesów, jak
i dysproporcji sił skazującej słabą Grecję na rolę uprzywilejowanego
wprawdzie, ale całkowicie zależnego klienta potężnego Albionu.
Po wyżej wspomnianym oświadczeniu przyszły kolejne brytyjskie deklaracje
współpracy, które najwybitniejszemu z polityków greckich, premierowi
Eleftheriosowi Venizelosowi, wydawały się otwierać drogę do
urzeczywistnienia tak drogiej Grekom Megali Idea - Wielkiej Idei.
Dotyczyła ona zjednoczenia w jednym państwie wszystkich Greków, a faktycznie wskrzeszenia średniowiecznego państwa greckiego - Cesarstwa
Bizantyńskiego. Już 16 grudnia 1912 roku Venizelos, stojący na czele
rządu Królestwa Grecji, spotkał się w Londynie z Lloydem George'em,
wówczas wschodzącą gwiazdą brytyjskiej Partii Liberalnej. Obaj przypadli
sobie do gustu. I nic dziwnego, ponieważ wiele ich łączyło. Jeden i drugi był aktywny w kręgach politycznych własnego kraju, obu cechowały
podobna ruchliwość intelektualna i zmysł ryzykanta. Obaj również byli
masonami, jak większość parlamentarnych polityków na przełomie XIX i XX
wieku. Byli równie oryginalnymi i charyzmatycznymi osobowościami o zbliżonych, acz na pewno nie identycznych celach politycznych, a ich
przyjaźń odegra wielką rolę w dramatycznych wydarzeniach, które omówię w niniejszej książce.
W wyniku antytureckiego nastawienia zarówno liberałów, jak i części
konserwatystów brytyjskich, na początku XX wieku Grecja stała się dla
Wielkiej Brytanii sojusznikiem wymarzonym do zastąpienia ulegającej
coraz silniejszym wpływom niemieckim Turcji. Dochodził do tego szczery
filhellenizm Lloyda George'a, który był gotów trwale związać swój kraj z mającym jego zdaniem wielką przyszłość, rosnącym w siłę Królestwem
Grecji. Grecji za udział w sojuszu z imperium brytyjskim obiecywano nie
tylko wyspy Dodekanezu, pozostające od niedawna pod władzą Włoch, ale
nawet cesję zamieszkanego przez Greków, a okupowanego przez Brytyjczyków
Cypru. Tak powiększona, a mimo to ciągle słaba i zasadniczo skłócona z Turcją Grecja była idealnym eksponentem interesów potężnego imperium
brytyjskiego.
Zdaniem premiera Venizelosa nieformalny sojusz z imperium brytyjskim,
dzięki wsparciu przez nie greckiej ekspansji terytorialnej, pozwalał
zmniejszyć rosnący dystans pomiędzy Grecją a jej jeszcze niedawno
niewiele rozleglejszymi sąsiadami bałkańskimi, Rumunią i Serbią, które
po I wojnie praktycznie podwoiły swe terytoria. Pierwsza dzięki
zjednoczeniu ziem rumuńskich urosła do 300 tys. km2, a druga na skutek utworzenia federacyjnego
Królestwa SHS, późniejszej Jugosławii, do 240 tys. km2.
Cesarstwo Bizantyńskie, o którego wskrzeszeniu marzył wielki wizjoner i trzeźwy polityk Venizelos, w wyniku najazdów i podboju tureckiego
zostało zlikwidowane i wchłonięte przez państwo Turków osmańskich. Po
zdobyciu Konstantynopola i dalszych podbojach przewyższyło ono siłą,
znaczeniem i obszarem Cesarstwo Bizantyńskie z okresu jego największej
świetności. Ta sama była tylko stolica imperium. Konstantynopol został
zdobyty przez Turków po długim oblężeniu 29 maja 1453 roku we wtorek,
nazywany do dzisiaj w Grecji "straszną datą" (apofradys imera) i uważany za dzień feralny. Miasto, wkrótce nazwane Stambułem, a tylko w oficjalnych dokumentach sułtańskich określane jako Konstantinije, stało
się stolicą kolejnego imperium. Ale nie było to już imperium prawosławne
ani w ogóle chrześcijańskie. Na katedrze Mądrości Bożej (Świętej Zofii),
w której koronowano uroczyście cesarzy wschodniorzymskich, miejsce
krzyża zastąpił półksiężyc. W życiu duchowym miejsce wspaniałej,
czerpiącej z pradawnych źródeł antycznych kultury
grecko-chrześcijańskiej zajęła kultura muzułmańska. Grecy stali się
obywatelami drugiej kategorii, ofiarami niezliczonych nadużyć i upokorzeń ze strony nowych władców, ludzi innej wiary, etyki i mentalności.
Nawet jeśli wśród Turków nie brakowało nigdy ludzi uczciwych i sprawiedliwych, niekorzystających ponad miarę ze swej uprzywilejowanej
pozycji, to relacje między obu nacjami zawsze nacechowane były
nieufnością charakterystyczną dla stosunków pomiędzy podbitymi i ich
panami. Nic więc dziwnego, że Grecy dążyli do zrzucenia nienawistnego im
jarzma osmańskiego, co na części obszaru Grecji nastąpiło po krwawym,
narodowym powstaniu dzięki pomocy chrześcijańskich mocarstw europejskich
- Wielkiej Brytanii, Francji i Rosji - w roku 1830. Tak samo naturalne
było dążenie Greków do odzyskania ziem odebranych im przez tureckich
zdobywców, przynajmniej tych obszarów, gdzie utrzymywała się jeszcze
mniejszość grecka.
Pragnienie odbudowy średniowiecznego imperium greckiego, czyli
przyłączenie do Grecji całej Tracji ze Stambułem i części Azji Mniejszej
lub przy szczęśliwym zbiegu okoliczności nawet zjednoczenie wszystkich
Greków z Azji Mniejszej w jednym państwie poprzez aneksję uzgodnioną z mocarstwami lub wręcz przez podbój w wyniku wygranej wojny z Turkami -
to główna przyczyna wybuchu konfliktu grecko-tureckiego z lat 1919-1922.
Interwencja grecka w Azji Mniejszej nie mogła jednak być i oczywiście
nie była w żaden sposób całkowicie samodzielną czy wręcz szaleńczą
ekspedycją Greków, podjętą w zaślepieniu, pod wpływem wybrzydzanego
przez wielu "postępowych" historyków patriotyzmu, nazywanego przez
tychże znawców z upodobaniem nacjonalizmem. Wręcz przeciwnie. Zbrojne
działania Greków były możliwe dzięki akceptacji ze strony głównych
mocarstw zachodnich, zwłaszcza Wielkiej Brytanii i Francji, a nawet w pewnym momencie Stanów Zjednoczonych. Wojna z Turkami była elementem, i to dość ważnym, wielkiej polityki międzynarodowej. Chodziło o zmuszenie
Turcji do podpisania niesprawiedliwych warunków pokoju, które miały
przypieczętować jej klęskę w I wojnie światowej. Była również elementem,
i to ważnym, rywalizacji aliantów z Rosją Sowiecką o kraje Zakaukazia,
Turcję i szerzej świat islamu. Na koniec była także ważną częścią
wewnątrzalianckiej rywalizacji wielkich mocarstw. Krwawa wojna, nazywana
w Grecji "wyprawą małoazjatycką" (I mikroasiatiki ekstrateia) lub
"wielką katastrofą" (I megali katastrofi), a w republikańskiej Turcji
"wojną o niepodległość" (Kurtuluş savaşi), wywarła ogromny, do dziś
odczuwalny wpływ na bieg dziejów i kształt obecny obu walczących niegdyś
krajów. Konflikt jest również ważny z uwagi na jego doniosły,
przerastający wymiar bilateralny, wpływ na sytuację międzynarodową - od
Bałkanów po Zakaukazie i od Moskwy po Londyn, Paryż i Rzym. W Polsce ta
ważna wojna jest znana nader słabo, a nielicznych skrótowych wzmianek
doczekała się w syntezach dziejów narodów lub historii powszechnej XX
wieku. Właśnie dlatego, aby zapełnić istniejącą lukę, autor postanowił
opisać konflikt z lat 1919-1922 z myślą o Czytelniku polskim.
***
W niniejszej książce wykorzystałem liczne źródła i opracowania,
zwłaszcza obszerny materiał z dziedziny dyplomacji międzynarodowej:
listy, memoranda, traktaty, noty dyplomatyczne itp. Do najcenniejszych
należą wydane zbiory dyplomatycznych dokumentów brytyjskich oraz
rosyjskich i sowieckich. Duże znaczenie poznawcze mają też książki
Halide Edib (Adivar, 1884-1964), uczestniczki tureckiego ruchu
narodowego walczącego z Grekami oraz w pewnym okresie członkini
najbliższego kręgu jego przywódcy - Mustafy Kemala. Ważne dla
wyjaśnienia wielu wydarzeń omawianych w mojej książce są wspomnienia
George'a Hortona (1859-1942), amerykańskiego konsula generalnego w Smyrnie, naocznego świadka jej zagłady. Dla poznania wewnętrznej
sytuacji w rządzie ankarskim i represji wobec mniejszości greckiej cenne
są wspomnienia Siemiona I. Arałowa (1880-1969), pierwszego szefa
sowieckiego wywiadu wojskowego i posła u boku tureckiego rządu
narodowego. Sporo cennych informacji zawierają uwagi Ioannisa Metaksasa
(1871-1941) z dzieła wydanego w 1935 roku, który w latach 1936-1941
sprawował funkcję premiera i faktycznego dyktatora Grecji.
Najważniejszym opracowaniem na temat wojny grecko-tureckiej jest dzieło
Michaela Llewellyna Smitha z 1973 roku, którego walory spowodowały jego
ponowne wydanie w 1998 roku z cennym nowym wstępem autora. Praca ta,
miarodajna przede wszystkim dla działań i wewnętrznej polityki strony
greckiej, dostarcza również danych na temat kontekstu międzynarodowego
"ekspedycji" do Smyrny i następującej po niej wojny z tureckimi
narodowcami. Uzupełnieniem badań Smitha jest biografia Mustafy Kemala we
wczesnej fazie jego działalności autorstwa George'a W. Gawrycha, który
wykorzystuje zarówno niedostępne wcześniej źródła tureckie, jak i nowszą
literaturę turecką oraz zachodnią, by przedstawić przebieg wojny z punktu widzenia Turków i sytuację wewnętrzną w strefie kontrolowanej
przez Mustafę Kemala i narodowców. Kolejną pracą uzupełniającą ustalenia
Smitha na podstawie nowszej literatury i źródeł jest monografia Heinza
A. Richtera. Znacznie szczegółowiej niż poprzednie omawiają wojnę dwa
opracowania, pierwsze pod redakcją Konstantinosa Travlosa i drugie
autorstwa Edwarda J. Ericksona, wielkiego znawcy nowoczesnej wojskowości
tureckiej.
O armiach toczących wojnę, w tym o tureckich formacjach nieregularnych i ich uzbrojeniu, napisał Philip S. Jowett w pracy wydanej w serii
Ospreya, ilustrowanej wspaniale przez Stephena Walsha. Sprawy
liczebności, morale i strat armii osmańskich w I wojnie światowej
omówiłem dzięki badaniom Maurice'a Larchera i Edwarda J. Ericksona, a straty Turków podczas wojny podaję za Justinem McCarthym i Rudolfem
Rummelem. Zasadniczą dla przebiegu wojny współpracą Mustafy Kemala z Rosją bolszewicką zajmowali się m.in. Tomasz Wituch, Salahi Ramadan
Sonyel, Bülent Gökay, George W. Gawrych i Tsvetelina Tsvetkova.
Polityczne zabiegi Venizelosa o uzyskanie rejonu Smyrny dla Grecji,
zwłaszcza na konferencji wersalskiej, przedstawili Dimitrios Kitsikis i Nikolaos Petsalis-Diomidis. Rewizję oceny polityki tureckiej Venizelosa
przeprowadził Roderic Beaton w wykładzie wygłoszonym w British School of
Athens 28 lutego 2020 roku. Rolę Smyrny tuż przed odzyskaniem miasta
przez tureckie siły narodowe oraz okoliczności spalenia części miasta i masakry jej ludności chrześcijańskiej omawiają Marjorje Housepian, Heath
W. Lowry i Michelle Tusan. Ważny jest także doktorat Victorii
Solominidis o greckiej administracji Smyrny.
Często przytaczam też opracowania z zakresu historii Armenii w XX wieku,
z którą kemalistowska Turcja stoczyła w trakcie konfliktu z Grekami
krwawą wojnę. Dyplomację turecką u początków kariery Atatürka
przedstawił Salahi R. Sonyel. Ważnym uzupełnieniem dawniejszych badań
demograficznych co do populacji schyłku Turcji osmańskiej jest artykuł
Meira Zamfira. Z licznych biografii Atatürka wykorzystałem prace
George'a W. Gawrycha i Edwarda Mango oraz klasyczną biografię lorda
Kinrossa (Patricka Balfoura) i popularnonaukową, acz podającą cenne
fakty książkę Jerzego S. Łątki. Relacje dyplomatyczne grecko-tureckie
oraz rozejm w Mudanyi i rolę Fridtjofa Nansena w kryzysie dotyczącym
uchodźców greckich z Turcji omówił Harry J. Psomiades. O okupowanym
Stambule pisała Nur Bilge Criss. Walki tureckich nacjonalistów z Francuzami w Cylicji opisał Robert Zeidner.
W języku polskim mamy krótkie syntezy historii Grecji: dzieło zbiorowe
autorstwa Jacka Bonarka, Tadeusza Czekalskiego, Sławomira Sprawskiego i Stanisława Turleja oraz historię Grecji nowożytnej wybitnego jej znawcy
Richarda Clogga.
Spośród syntez dziejów Turcji wybrałem drugi tom historii tego kraju
autorstwa Stanforda J. Shawa i Ezel K. Shaw. Pożyteczna była też
popularnonaukowa monografia dwudziestowiecznej Turcji wybitnego
polskiego osmanisty Dariusza Kołodziejczyka. Nazwy miejscowości w Azji
Mniejszej, wyjąwszy spolszczone nazwy większych miast, zostały oddane
zgodnie ze współczesną pisownią turecką.
Pracy tej nie mógłbym ukończyć ze względu na zamknięcie bibliotek i czytelni naukowych w 2020 roku, gdyby nie bezinteresowna pomoc Pana
Doktora Dominika Cieszkowskiego, dyrektora Biblioteki Narodowej,
owocująca dostępem do aż pięciu unikalnych opracowań, i Pani Anny
Sobieraj z Londynu, która pozwoliła mi na wykorzystanie trudno
dostępnych prac w języku angielskim. Dziękuję zarówno Im, jak i księgarni "Koliber" w Warszawie, która sprowadziła dla mnie książkę
Heinza W. Richtera oraz dzieła Tanera Akçama. Pan Rafał Mazur, redaktor
wydawnictwa Napoleon V, podarował mi bezinteresownie m.in. książkę
Grzegorza Kucharczyka oraz polskie artykuły o ludobójstwie Ormian.
Dziękuję także za pomoc w finalizowaniu książki i wyszukiwaniu
materiałów Zbigniewowi Bukowińskiemu, Darii Kowalik, Patrycji Rek,
Janowi Szymańskiemu oraz Wiktorii i Antoniemu Mirosławom, a także
wszystkim, którzy na różne sposoby mi pomogli, a zastrzegli sobie
anonimowość. Last but not least dziękuję całej Redakcji Bellony,
której życzliwość i cierpliwość była mi pomocą i zachętą.
Rozdział I. Chwalebna klęska Turcji osmańskiej w I wojnie i upokarzające warunki rozejmu w Mudros
Rozdział I
Chwalebna klęska Turcji
osmańskiej w I wojnie
i upokarzające warunki
rozejmu w Mudros
W dniu 30 października 1918 roku na pokładzie brytyjskiego okrętu
liniowego "Agamemnon" w Mudros, małym porcie na greckiej wyspie Lemnos,
admirał sir Arthur Somerset Gough-Calthorpe przyjął w imieniu mocarstw
alianckich kapitulację imperium osmańskiego, pokonanego po wojnie
długiej i prowadzonej przez nie z wielką determinacją, naznaczonej
pojedynczymi wprawdzie, lecz bardzo ważnymi zwycięstwami Osmanów.
Imperium osmańskie, sprzymierzone z państwami centralnymi i wspierane
przez liczną grupę wyższych oficerów i specjalistów z Niemiec i Austro-Węgier, nadal mogło się przez pewien czas bronić, gdyż morale
korpusu oficerskiego było wysokie, lecz klęska z uwagi na wyczerpanie
armii w wyniku wysokich strat wojennych i masowych dezercji była tylko
kwestią czasu. Tuż przed zawarciem rozejmu, na początku października,
rządzący państwem Enver Pasza, Talaat Pasza i Dżemal Pasza (młodoturecki
triumwirat) zbiegli z kraju, umożliwiając przejęcie steru rządów nowej
ekipie, jak się mogło wydawać zdolnej - z uwagi na brak powiązań z państwami centralnymi - do uzyskania od aliantów lepszych warunków
kapitulacji. W rzeczywistości nowy premier Turcji, generał Ahmed Izzet
Pasza, był nominatem Talaata Paszy i robił wszystko, aby członkom
triumwiratu i całej górze młodotureckiego Komitetu Jedności i Postępu
nic złego nie uczyniono. Spowodował nawet zniszczenie obciążających
triumwirat dokumentów.
Dopiero 30 października delegacja osmańska pod przewodnictwem ministra
wojny Husejna Raufa Orbaya - w niedalekiej przyszłości bojownika o uniezależnienie Turcji - podpisała ze zwycięskimi aliantami rozejm
kończący działania wojenne. Jego warunki, podpisane blisko 10 dni przed
złożeniem broni przez oddziały tureckie, uważa się w historiografii za
najsurowsze ze wszystkich, jakie mocarstwa alianckie podyktowały
pokonanym przeciwnikom. Sprowadzały się one do całkowitej i bezwarunkowej kapitulacji imperium. Nie chodziło tylko o powody ściśle
polityczne i wymogi militarne. Narzucenie Turkom ustępstw na rzecz
mniejszości spowodowane było zbrodniami rządu tureckiego na własnych
chrześcijańskich obywatelach. Opinią publiczną Zachodu wstrząsnęły
przenikające z Turcji, mimo utrudnień czasu wojny, doniesienia o masowym
ludobójstwie dokonywanym zwłaszcza na Ormianach, ale też na
Asyryjczykach, chrześcijanach z Syrii i Libanu oraz Grekach1.
Nie mniejsze oburzenie w krajach alianckich wywołało nieludzkie
traktowanie jeńców brytyjskich w obozach tureckich2.
Według postanowień z Mudros Turcy zostali zobowiązani do niezwłocznego
udostępnienia Cieśnin - Bosforu i Dardaneli, dla żeglugi alianckiej i przekazania zwycięzcom wszystkich fortów i umocnień w tej strefie.
Flocie alianckiej władze tureckie miały udzielić wszelkich informacji i pomocy odnośnie do żeglugi na Morzu Czarnym. Złożono na nie obowiązek
uwolnienia w trybie natychmiastowym zarówno jeńców alianckich, jak i tysięcy internowanych Ormian. Szczególnie bolesne były postanowienia o demobilizacji i rozbrojeniu wszystkich sił wojskowych imperium
osmańskiego, wyjąwszy siły niezbędne do utrzymania porządku i bezpieczeństwa na granicach, których liczba miała być określona przez
sprzymierzonych. Okręty wojenne, podobnie jak porty, miały zostać
przekazane aliantom. Podkreślono prawo zwycięzców do zajęcia każdego
punktu o znaczeniu strategicznym w pokonanym kraju, o ile powstałaby
sytuacja zagrażająca bezpieczeństwu aliantów. Narzucono Turcji całkowitą
kontrolę wszelkich środków komunikacji w kraju, w tym nad kolejami,
portami, telegrafem i pocztą, oraz okupację systemu tuneli w górach
Taurus łączących Anatolię z Cylicją. Wszystkie oddziały osmańskie
walczące nadal w Libii, Jemenie i Hidżazie oraz Mezopotamii miały
natychmiast złożyć broń. W ręce aliantów miała również przejść kontrola
nad kolejami Zakaukazia, w tym na dawnych terytoriach rosyjskich, na
których znalazły się oddziały tureckie - w Baku i Batumi. Alianci
zagwarantowali sobie również prawo do okupacji sześciu wschodnich
wilajetów tureckich w razie jakichkolwiek niepokojów w tych
rejonach3.
Postanowienia z Mudros wzbudziły nie tylko rozgoryczenie elit
społeczeństwa osmańskiego, ale również oburzenie olbrzymiej większości
muzułmańskiej ludności Turcji. W dodatku w kręgach zwycięzców zrodziła
się myśl o utworzeniu niepodległej Armenii na terenach nie tylko dawnego
imperium rosyjskiego, ale również kosztem sześciu wschodnich wilajetów
tureckich. Pomysł alianci traktowali oczywiście jako zadośćuczynienie za
straszliwe cierpienia i ludobójstwo, jakich w I wojnie doświadczyli
Ormianie i w mniejszej mierze Grecy - a jak się później dowiedziano, i inne wspólnoty chrześcijańskie imperium osmańskiego. Niezadowolenie
wzbudziła również obietnica aliantów co do zapewnienia autonomii Kurdom
tureckim, zamieszkującym pogranicze Anatolii, północnego Iraku,
północno-wschodniej Syrii i Persji. Nie wiedziano jeszcze w Turcji, że
zwycięskie mocarstwa alianckie były gotowe do faktycznego rozbioru
pokonanego imperium i pozostawienia jedynie jej skrawka pod panowaniem
sprowadzonego do roli marionetki sułtana4.
Rozejm podpisali nie przedstawiciele triumwiratu (wspomniani już
przywódcy nacjonalistycznego Komitetu Jedności i Postępu, rządzącego
imperium żelazną ręką w latach 1913-1918 i odpowiedzialnego za decyzję o przystąpieniu Turcji do Wielkiej Wojny u boku Niemiec), lecz grupa
polityków wiernych sułtanowi Mehmedowi VI Vahideddinowi (1918-1922),
kierowana przez nowego wielkiego wezyra Ahmeda Izzeta. Usiłowała ona
zdystansować zarówno siebie, jak i władcę osmańskiego, rządzącego
zresztą od niedawna - od decyzji o przystąpieniu do wojny po stronie
Niemiec i od odpowiedzialności za dokonane przez rząd młodoturecki
masowe ludobójstwo mniejszości chrześcijańskich. W rzeczywistości, jak
wspomnieliśmy, grupa ta roztoczyła parasol ochronny nad przywódcami
dawnego reżimu. Owi przywódcy tworzący triumwirat zbiegli zresztą z kraju, ale pozostawili na miejscu, w nadziei wzniecenia oporu w sprzyjającym momencie, tajną organizację Karakol. Jej oparciem była
wpływowa na szczeblu lokalnym, na rozległych obszarach Anatolii i Tracji, grupa osób, urzędników i wojskowych powiązana z reżimem
młodotureckim. W Anatolii, uważanej za doskonałą bazę do dalszego
zbrojnego oporu, zwolennicy dawnych władz ukryli znaczne ilości broni i sprzętu wojskowego. Nowa organizacja miała ochronić związane z ustępującym reżimem kadry urzędnicze i przygotować zaplecze dla ruchu
oporu wobec okupantów.
Poparcie dla ustępującego systemu, jak i nowo powstałej organizacji było
w Turcji bardzo silne. Według stwierdzenia admirała Gough-Calthorpe'a młodoturecki "Komitet Jedności i Postępu nie przestał istnieć; wydaje
się tylko, że przeszedł w inne ręce i staje się kręgosłupem, wokół
którego ogniskują się prawdziwe realne narodowe uczucia".
Turecki establishment był wstrząśnięty warunkami rozejmu. Straszne
wydawało się już wstępne zredukowanie terytorium państwa z ok. 1,7 do
nieco ponad 0,7 miliona kilometrów kwadratowych, a jego ludności z dawnych przynajmniej 21 milionów do kilkunastu milionów5.
Niestety, mimo ugodowej polityki i gotowości do współpracy ze strony
rządu sułtańskiego, alianci w sposób wyjątkowo niezręczny postępowali z Turkami. Nie doceniali wrogich nastrojów ludności tureckiej, oburzonej
przychylnością okazywaną przez okupantów mniejszościom chrześcijańskim.
W dniach 9-13 listopada wielka flota aliancka, poprzedzana przez
brytyjski pancernik "Superb", wpłynęła do Cieśnin, obsadziła ich
umocnienia i wysadziła w Stambule siły liczące niewiele ponad 3 tysiące
żołnierzy, złożone początkowo z Francuzów i Brytyjczyków, a stopniowo
powiększone do 50 tysięcy, przy udziale Włochów, lecz zawsze z przewagą
Brytyjczyków. Dumę Turków uraził przejazd generała Francheta d'Esperey
na koniu ciemnej maści, którego legenda uczyniła białym, wzorem dawnych
sułtańskich zwycięzców, po Grand Rue de Pera. Koło Galaty ku wściekłości
Turków zarzucił kotwicę również krążownik pancerny "Averof", jednostka
należąca do arcywrogów Turcji - Greków.
Odtąd aż do 23 października 1923 roku Stambuł i oba wybrzeża Cieśnin
okupowane były przez siły alianckie. Na czele zarządu okupacyjnego
stanął, jako pierwszy wysoki komisarz, admirał Calthorpe, wspomagany
przez wicekomisarzy: Francuza i Włocha. Los i granice Turcji miał
rozstrzygnąć przygotowywany przez aliantów, wśród zmiennych okoliczności
politycznych i napięć między zwycięzcami, traktat pokojowy. Błędem
aliantów było zbyt długie wypracowywanie tego dokumentu, a zasadniczą
słabością niemożliwość sprowadzenia do Anatolii własnej licznej armii,
która - aby utrzymać porządek i zmusić Turków do zachowania i zaakceptowania surowych warunków pokoju - musiałaby liczyć, jak
szacowano w 1920 roku, przynajmniej 27 dywizji.
Już na samym początku w relacjach pomiędzy zwycięzcami, a zwłaszcza w ich nastawieniu wobec pokonanych, pojawiły się rysy. Pierwsze Włochy,
urażone odmową Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych co do
honorowania przyrzeczonej im strefy wpływów w Turcji, rozpoczęły
politykę zbliżenia z narodowymi środowiskami tureckimi, już
sprzeciwiającymi się proalianckiej polityce rządu
sułtańskiego6. Rząd ów z kolei, świadomy konfliktów
pomiędzy zwycięskimi mocarstwami i dlatego liczący na złagodzenie
warunków postawionych Turcji, starał się z jednej strony gorliwie
wykonywać alianckie żądania, z drugiej podkreślać swoje zerwanie z ludobójczą polityką dawnych rządów młodotureckich.
Alianci, a zwłaszcza Brytyjczycy, zdecydowani byli na rozwiązanie
niesłychane i niemożliwe do zaakceptowania dla przeciętnego Turka:
przekształcenie Stambułu i rejonu Cieśnin w kontrolowaną przez obcych
strefę międzynarodową. Przedmiotem długich negocjacji stało się tylko
ustalenie podmiotu kontrolującego tę strefę, pozostawioną pod nominalnym
zwierzchnictwem sułtana. Anglicy pragnęli oczywiście, aby to oni
przejęli kontrolę nad tym ważnym strategicznie obszarem, ale również w tej kwestii wykazali się elastycznością i gotowi byli do przekazania
odpowiedzialności zarówno za Cieśniny, jak i za odległe państwo
armeńskie Amerykanom, w formie mandatu powierniczego. W długich i trudnych negocjacjach pojawiała się również koncepcja przekazania
rządowi Stanów Zjednoczonych podobnego mandatu nad całą Turcją, a raczej
tym, co z niej pozostanie, po zaspokojeniu apetytów zwycięzców.
Swoisty charakter miało nastawienie wobec spraw tureckich rządu Francji,
dla której strefy wpływów miały drugorzędne znaczenie. Dlaczego?
Rozszerzenie francuskich wpływów w tej formie kłóciło się tutaj z koniecznością obsługiwania tak zwanego długu osmańskiego, czyli wielkich
i wysoko oprocentowanych pożyczek i zobowiązań poprzednich sułtanów, w lwiej części zaciągniętych w bankach francuskich. Właśnie dlatego rząd
Republiki Francuskiej był skłonny do łagodniejszego potraktowania Turcji
w przygotowywanym traktacie pokojowym.
Już na samym początku alianckiej okupacji Stambułu i strefy Cieśnin
Turcy zorientowali się, że okupanci nie są w stanie kontrolować
większych obszarów w ich kraju. Podsyciło to jeszcze wolę oporu wobec
najeźdźców. W Stambule dochodziło nawet do ataków na Greków stanowiących
blisko połowę mieszkańców stolicy. Atmosferę zagrożenia i niepewności
podsycały jeszcze powroty do Turcji tych Greków, których władze
młodotureckie usunęły z rejonu wybrzeży Morza Egejskiego i morza
Marmara. Zarówno repatrianci z Grecji, jak i zwłaszcza ich rodacy
zesłani przez władze w głąb Anatolii, po strasznych przeżyciach, jakie
stały się ich udziałem, energicznie domagali się zwrotu utraconego
mienia lub odszkodowań.
Pozycja kolejnych wielkich wezyrów sułtańskich, zmieniających się na
swym urzędzie jak w kalejdoskopie, była słaba. Sułtan Mehmed VI
Vahideddin zmierzał do autorytarnych rządów osobistych. Nie tylko szybko
odebrał wielki wezyrat sprzyjającemu poprzedniemu reżimowi
młodotureckiemu Ahmedowi Izzetowi Paszy, ale faworyzował spowinowaconego
z dynastią kilkakrotnego wielkiego wezyra Damata Ferida Paszę. I nic
dziwnego. Nawet wpływ urzędników wiernych padyszachowi w prowincjach był
słabszy niż administracji pozostającej w kontakcie ze zbiegłym
kierownictwem młodotureckim. Jej rola miała przesądzić o biegu dalszych
wydarzeń. I jeszcze jedno. Rząd sułtański, zarówno dlatego, że sam
próbował zapobiec dalszemu pomniejszeniu terytorium państwa, jak i dlatego że znał antyalianckie nastroje ludności, prowadził politykę
lawirowania pomiędzy wymogami okupantów a nastrojami poddanych. Rządzący
wcześniej triumwirat młodoturecki usiłował pod koniec wojny zawrzeć
rozejm ze zwycięskimi mocarstwami na podstawie 14 punktów prezydenta
Woodrowa Wilsona, pośród których znalazł się postulat prawa narodów do
samostanowienia i granic etnicznych. Natomiast surowość postanowień z Mudros, tak odmienna od zaleceń idealistycznie nastawionego
amerykańskiego prezydenta, rozgoryczyła skłonne do ugody otoczenie
sułtana, a rozwścieczyła żywioły, które zwykło się nazywać
nacjonalistycznymi lub lepiej narodowotureckimi. Żywioły te od marca
1919 roku umacniały swoje wpływy w terenie. Formalne przeciwstawienie
się aliantom zachodnim było tylko kwestią czasu i odpowiedniego
pretekstu.
Alianci, którzy przystąpili do przygotowywania tekstu traktatu
pokojowego, popełnili wobec pokonanej Turcji szereg kardynalnych błędów.
Miały one przynieść im i ich całej polityce w rejonie Turcji i Zakaukazia kompletną porażkę. Pierwszym błędem było niedocenienie woli
oporu pokonanych Turków. Skłócone mocarstwa alianckie, różniące się co
do celów politycznych i podejścia wobec przyszłości imperium
osmańskiego, nie doceniły siły nacjonalizmu tureckiego i możliwości
intelektualnych oraz politycznych jego przywódców. Znacznie natomiast
przeceniły możliwość oparcia polityki wobec Turków na Grecji - zwłaszcza
Wielka Brytania - lub Armenii i w mniejszym stopniu na innych krajach
Zakaukazia. Zamiar demobilizacji potężnych armii z okresu Wielkiej Wojny
oraz cięć budżetowych i znana niechęć Wielkiej Brytanii do militarnego
angażowania się tam, gdzie można było użyć dla swych celów obcych sił
zbrojnych, fatalnie rokowała planom rozbioru Turcji.
Tymczasem w wyniku I wojny olbrzymie obszary dawnego imperium
rosyjskiego, jak i imperium osmańskiego, stały się próżnią, a ich
podporządkowanie czy wręcz spacyfikowanie miało okazać się zadaniem
przewyższającym możliwości wszystkich zwycięskich mocarstw. Sama Turcja
stanowiła ogromne wyzwanie dla sprzymierzonych. Zasadniczą sprawą była
odpowiedź na pytanie: jak zapanować nad słabo zaludnionym, trudno
dostępnym z uwagi na marne drogi i rzadką sieć kolejową obszarem
zamieszkanym przez wiele milionów głównie muzułmańskiej populacji. A populacja ta, fanatycznie nastawiona przeciwko chrześcijanom, słuchała
nie tyle zarządzeń urzędników paktującego z okupantem sułtana, lecz
podszeptów wielotysięcznej rzeszy oficerów i islamskich duchownych,
zdeterminowanych do kontynuowania zapoczątkowanej w 1914 roku świętej
wojny.
Rozdział II. Początek greckiej interwencji w Azji Mniejszej
Rozdział II
Początek greckiej interwencji
w Azji Mniejszej
Zamach w Smyrnie
Zamach w Smyrnie
W dniu 14 maja 1919 roku oddziały alianckie wysadzone z okrętów admirała
Gough-Calthorpe'a na mocy paragrafu 7 rozejmu w Mudros zajęły forty
Smyrny. Następnego pięknego i słonecznego poranka smyrneńscy Grecy i Ormianie z radością witali lądujące w mieście oddziały greckie.
Wzruszenie udzieliło się wszystkim miejscowym chrześcijanom. Wśród
radosnych okrzyków i powiewających greckich flag pobłogosławione
uroczyście przez arcybiskupa Smyrny Chryzostomosa (1867-1922), wojska
Królestwa Grecji zdawały się chrześcijańskim mieszkańcom miasta
spełnieniem snów o zjednoczeniu z ojczyzną, wymarzoną i wyidealizowaną.
Smyrna była najważniejszym portem Turcji na wybrzeżu egejskim. Od XVIII
wieku rozwój miejscowego handlu i rzemiosła, a później przemysłu
przyciągał do niej rzesze Greków, w mniejszej zaś liczbie Ormian z Anatolii i wysp greckich, co uczyniło z miasta metropolię o ludności w większości chrześcijańskiej. W XX wieku mieszkało tu więcej Greków niż w Atenach.
Owszem, mieszkali tu Turcy, emigranci tureccy z greckiej już Krety,
Ormianie, Żydzi oraz liczna ludność o korzeniach europejskich zwana
Lewantyńczykami, ale wyraźnie przeważał element helleński. Grecy byli
również najbogatsi i najbardziej przedsiębiorczy, ku szczerej zazdrości
muzułmańskich sąsiadów.
Smyrna, z uwagi na swoją pozycję przemysłową i handlową, z racji
powiązania z miastami zachodniej Anatolii przez sieć kolei żelaznej,
górowała rozwojem i zamożnością nad wszystkimi miastami tureckimi z wyjątkiem Stambułu. Już w grudniu 1918 roku, mimo niechęci władz
tureckich, do nabrzeża Smyrny przybił grecki niszczyciel "Leon", który
stał się miejscem pielgrzymek greckich mieszkańców miasta tęskniących po
latach prześladowań i upokorzeń za enosis - zjednoczeniem z macierzą.
Jednak mimo powrotu tradycyjnego przywódcy lokalnej społeczności, jakim
był arcybiskup Chryzostomos, wygnany do Stambułu w 1914 roku, dopiero
teraz, w maju 1919 roku wydawało się jasne, że Grecja "wróci" do Smyrny.
Nie orientowano się w mieście zupełnie, że przybycie wojsk greckich
miało jedynie na celu ochronę Greków przed potencjalnymi masakrami i zostało obwarowane przez mocarstwa alianckie znacznymi ograniczeniami. O akcesji de iure Smyrny i jej sandżaku do Grecji na razie nie mogło być
mowy.
Jedno wydawało się pewne. Już nigdy żaden chrześcijanin w mieście nie
zadrży przed odgłosem kolb tureckich żołnierzy łomocących do drzwi ich
domów, już nigdy żaden Grek lub Ormianin nie zostanie wysłany na wschód
w długiej kolumnie więźniów skazanych na pewną śmierć z rąk bezlitosnych
strażników, miejscowej ludności, z braku żywności, wody i podstawowej
opieki lekarskiej. Nikt jednak lub prawie nikt spośród niezliczonych
tłumów liczących na dobroczynną odmianę losu nie wiedział, że właśnie
rozpoczyna się jeden z najtragiczniejszych okresów w wielowiekowych
dziejach greckiej obecności w Azji Mniejszej.
Muzułmańscy mieszkańcy Smyrny, którzy nazywali ją Izmirem, przyjęli
lądowanie oddziałów greckich w "swoim" mieście z oburzeniem i wściekłością. Turcy nienawidzili z całego serca Greków i gardzili nimi
głęboko. Dla nich, mieszkańców potężnego i dumnego imperium osmańskiego,
zarówno ich greccy sąsiedzi, jak i mieszkańcy maleńkiego Królestwa
Grecji, byli tylko "niewiernymi psami" i "zbuntowanymi niewolnikami
sułtana". O żadnym kompromisie z innowiercami w ich ukształtowanych
przez Koran sumieniach mowy być nie mogło. Niezależnie od tego, jak
bogaci, inteligentni i przydatni byliby chrześcijanie dla imperium rodu
Osmana, ich rola polegać musiała na służeniu i słuchaniu. Władza
niepodzielna i całkowita należała do muzułmanina - Osmana coraz częściej
nazywającego siebie po prostu Turkiem. Wielu Turków nie tylko
sympatyzowało ze Stowarzyszeniem Obrony Praw Narodowych, założonym przez
niedawnego zwierzchnika sandżaku Smyrny i gubernatora Aydinu, generała
Nureddina Paszę, ale chciało czynnie bronić właśnie swoich przywilejów.
Wielu z nich posiadało broń i zamierzało jej użyć, gdy tylko w Smyrnie
pojawią się wrodzy niewierni. W noc poprzedzającą lądowanie tłumy Turków
zgromadziły się w pobliżu cmentarza żydowskiego i cały czas zgromadzeniu
towarzyszyło, przejmujące grozą ich chrześcijańskich współobywateli,
bicie w bębny.
Na razie jednak nikt z Greków nie spodziewał się niczego złego.
Ukoronowaniem pięknego dnia mógł stać się przemarsz elitarnych oddziałów
armii greckiej - evzones. Byli to żołnierze piechoty, łatwi do
rozpoznania, gdyż wyróżniał ich charakterystyczny strój. Nosili
plisowane białe spódniczki, białe rajstopy, trzewiki z zakręconymi
nosami, a na głowie fezy ozdobione zwisającym chwostem. Gdy otoczeni
tłumem rozentuzjazmowanych Greków przechodzili koło konaku, siedziby
miejscowej administracji tureckiej, i baraków garnizonu tureckiego w dzielnicy muzułmańskiej, poprzedzani przez żołnierza powiewającego
biało-niebieską, naznaczoną krzyżem flagą Grecji, doszło do serii
tragicznych wydarzeń. Najpierw nieznany snajper zastrzelił chorążego
niosącego flagę, a następnie na żołnierzy i towarzyszący im tłum cywilów
spadła lawina pocisków z broni palnej. Turcy - żołnierze i cywile -
rozpoczęli kanonadę: z budynku więzienia, domów mieszkalnych, konaku,
szkoły żandarmerii, baraków, a nawet z łodzi rybackich w porcie! W odpowiedzi, wśród chaosu i paniki, która ogarnęła zgromadzone tłumy,
oddział evzones odpowiedział ogniem, skierowanym głównie w stronę
baraków. Po ostrzale z baraków wyszła grupa żołnierzy tureckich z podniesionymi rękami, których aresztowano, podobnie jak znalezionego
tam, lecz nierozpoznanego gubernatora tureckiego. W wyniku strzelaniny
zginęło wiele osób, sporo ciał wrzucono do morza. Odnaleziono jedynie
zwłoki 2 żołnierzy greckich i blisko 10 ciał oficerów tureckich.
Najgorsze jednak miało dopiero nastąpić. Ostrzelanie przez Turków
greckich żołnierzy i cywilów musiało doprowadzić tłumy zgromadzone na
powitanie do nieopisanej wściekłości. Zatrzymanych przez evzones
Turków bito i poniżano. Były ofiary śmiertelne. Niestety, niektórzy
żołnierze greccy bestialsko zabijali bezbronnych jeńców, strzelając do
nich i zakłuwając bagnetami. Wiele ograbionych zwłok wrzucono do morza.
Oficerowie greccy jedynie z najwyższym trudem zdołali powstrzymać swoich
żołnierzy od szerszego udziału w wybrykach motłochu. Rozpoznano
natomiast aresztowanego gubernatora tureckiego, którego przeproszono i wypuszczono na wolność.
Brak zgody co do liczby zabitych i rannych w incydentach. Amerykański
konsul generalny George Horton, czerpiący swoje informacje z drugiej
ręki, twierdzi, że zginęło 76 Turków i 100 osób innej narodowości (lub
też od 50 do 300 Turków) z rąk żołnierzy i greckich cywilów. Według
innego szacunku zostało zabitych lub rannych około 300-400 Turków oraz
100 Greków, w tym dwóch evzones. Starcia rozlały się na okoliczne
wsie, a bandy przestępcze obu narodowości, korzystające z wcześniejszego
rozpuszczenia policji przez władze tureckie, grabiły sklepy. Już jednak
w dniu następnym wprowadzono sądy wojenne i zaprowadzono porządek.
Wydano surowe wyroki, także na Greków. Przed połową sierpnia na przykład
skazano na powieszenie 72 osoby, w tym 3 Greków. Rząd grecki wypłacił
także 2,5 miliona franków odszkodowania osobom poszkodowanym. Sprawę
wydarzeń w Smyrnie nagłośniono, a wkrótce skrupulatnie zbadała ją
komisja aliancka. Prasa turecka nagłośniła te wypadki, zwielokrotniając
liczby zabitych Turków i obciążając winą za wydarzenia wyłącznie Greków.
Wiele wskazuje na to, że doszło do zaplanowanej przez wojskowe władze
lokalne prowokacji, gdyż korzyści propagandowe odniosły te siły po
stronie tureckiej, które parły do zbrojnego przeciwstawienia się
lądowaniu Greków, lądowaniu - przypomnijmy - uzgodnionemu z trzema z czterech mocarstw alianckich. Liczby zabitych Turków, acz znaczne,
bledną jednak w zderzeniu z ogromem zniszczeń i masakr, jakich dokona
zwycięska armia turecka po odzyskaniu niestawiającego żadnego oporu
bezbronnego miasta w roku 1922. Część badaczy nie tylko rozmyślnie
zaniża liczbę wymordowanych wówczas bezbronnych greckich i ormiańskich
mieszkańców, lecz ponadto pomija milczeniem inny znamienny fakt: wojsko
i władze tureckie nie poczuwały się do najmniejszego wstydu lub
odpowiedzialności za świadomie popełnione zbrodnie na cywilnej ludności.
Wydarzenia, do których doszło w Smyrnie w połowie maja 1919 roku,
oznaczają początek wojny Greków z miejscowym mahometańskim ruchem oporu.
Rychło przekształci się ona w wojnę Grecji z tureckim ruchem
narodowym7.
Greckie dążenia, pretensje i prawa do Azji Mniejszej
Greckie dążenia, pretensje
i prawa do Azji Mniejszej
Niewielkie państwo, o niezbyt licznej ludności, położone na wyjątkowo
pięknym krajobrazowo krańcu Półwyspu Bałkańskiego i na niezliczonych
wyspach Morza Egejskiego, zwanych po prostu Archipelagiem, powstało
dzięki heroicznemu i krwawemu powstaniu przeciwko Turkom. Ale zgodę na
niepodległość zawdzięczało nie swym niewielkim siłom, lecz interwencji
mocarstw europejskich. Po zwycięstwie flot brytyjskiej, francuskiej i rosyjskiej w bitwie pod Navarino nad walczącą w imieniu sułtana flotą
egipską, na mocy pokoju londyńskiego z 1832 roku utworzono maleńkie
królestwo (obejmujące 48 tys. km2 i liczące
730 tys. obywateli), które po dwóch wojnach bałkańskich (1912-1913)
stało się sporym państwem z wielkimi ambicjami terytorialnymi.
Mała, zacofana cywilizacyjnie i gospodarczo Grecja, skłócona o ziemie
pograniczne z Bułgarią i Albanią, wysuwająca niewspółmierne do swych
możliwości pretensje terytorialne wobec rozległej Turcji, potężnej
jeszcze na progu I wojny, nie była jednak tylko biednym, niestabilnym
politycznie państwem bałkańskim. Jej obywatele, jak również
przedstawiciele elit europejskich, zdawali sobie sprawę z wielkiej
przeszłości Hellady i z jej trudnego do przecenienia wkładu do
cywilizacji europejskiej. Nie było przecież w Europie i obu Amerykach
człowieka wykształconego, który nie wiedziałby, kim byli: Homer, Platon,
Arystoteles czy Aleksander Wielki. Niezliczone pokolenia miłośników
literatury, podobnie jak poetów, myślicieli, artystów, a nawet lekarzy
duszy ludzkiej, jak Zygmunt Freud, fascynowały mity starożytne - których
pierwowzory bez wyjątku powstały w języku greckim. Natomiast dla ludzi
wierzących, zwłaszcza dla zaczytujących się w Piśmie Świętym
protestantów, było oczywiste, że Kolosy, Galacja wokół Angory - Ankary
(od 1923 roku), Efez leżący na wybrzeżu Morza Egejskiego niedaleko
Smyrny, a nawet odległy Tars w Cylicji wchodziły jeszcze na progu wieków
średnich w skład potężnego imperium bizantyńskiego i wszędzie tam
mówiono po grecku.
Bizancjum i jego tradycje historyczne czy kościelne były, prawdę mówiąc,
znacznie bliższe przeciętnemu Grekowi niż starożytne pisma retorów i filozofów, które tak zachwycały elity i badaczy cywilizacji Europy. Cała
zachodnia Turcja była usiana miejscowościami, których mieszkańcy nadal
mówili po grecku i używali nazw, które zapełniały uczone podręczniki
poświęcone wielkiej historii Bizancjum. Jeszcze w końcu XX wieku Grek
lub Greczynka z upodobaniem określali siebie jako Rzymian, czyli
Bizantyńczyków, nazywając się odpowiednio Romios lub Romia, a o własnym
języku nowogreckim mówili - romaiki. Z upadkiem Bizancjum zakończyła
się wielkość Grecji chrześcijańskiej i rozpoczęła noc upokarzającej
niewoli tureckiej.
Wiedziano jednak dobrze, że na Bałkanach i na obszarze Turcji poza
granicami odrodzonego Królestwa Grecji istnieją liczne skupiska Greków,
często niemówiących już po grecku lub tylko w jakimś słabo zrozumiałym
dialekcie, lecz trwających przy religii prawosławnej. W Konstantynopolu,
jak Grecy zawsze i niezmiennie nazywali Stambuł, na wybrzeżach morza
Marmara, w Tracji, na wschodnich wybrzeżach Morza Egejskiego, w tym
oczywiście w Smyrnie, w nadczarnomorskim Poncie, a nawet w odległej
Kapadocji wokół Kayseri mieszkały liczne wspólnoty greckie, głęboko
przywiązane, jak to zwykle bywa u kresowiaków, do odległej i idealizowanej Ojczyzny.
W 1844 roku Ioannis Kolettis, premier Grecji, sformułował cele
polityczne niewielkiego królestwa i nazwał je Megali Idea, czyli
Wielką Ideą. Celem nadrzędnym Grecji, główną sprężyną jej polityki miało
być zjednoczenie wszystkich Greków rozsianych od wielkiej rzeki Eufrat
po pasmo gór Starej Płaniny na Bałkanach. Poza terytorium Grecji
właściwej za czasów premiera Kolettisa miało rzekomo pozostawać aż 5
milionów Hellenów. I niezależnie od faktu, jak niewielką już byliby
mniejszością, obywatele niepodległej części Grecji uważali, że mają
pełne prawo moralne i historyczne sięgnąć po ziemie Azji Mniejszej,
którą przodkowie Turków niegdyś zagarnęli. Właśnie dlatego od 1864 roku
królowie greccy nie używali tytułu królów Grecji, lecz terminu "król
Hellenów", czyli władca wszystkich Greków na obszarze dawnego Cesarstwa
Bizantyńskiego. Mimo całej mizerii materialnej, fatalnej administracji i zacofania nowożytnej Hellady mit Wielkiej Grecji z Konstantynopolem jako
stolicą, na przekór nieubłaganej pragmatycznej kalkulacji układu sił
pomiędzy Grecją i Turcją, miał niezmienną siłę przyciągania. Wywierał on
ogromny wpływ na sposób myślenia wszystkich Greków, od zwykłego pastucha
poczynając, a na arcybiskupach Kościoła prawosławnego, ministrach,
premierach i samym monarsze kończąc. Ale tradycje antyku były nie
mniejszym atutem Grecji i jej polityków. Niezliczona liczba miłośników
Hellady, jej kultury i starożytnego, lecz bynajmniej nie współczesnego
języka greckiego, rozsiana po świecie, zwana filhellenami, czyli
miłośnikami wszystkiego co greckie, w najbardziej nieoczekiwanych
momentach pomagała Grekom i ich ojczyźnie8.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Por. niżej Aneks 1. [wróć]
2. Według szacunków w obozach tureckich zmarło aż 58% jeńców alianckich. Władze alianckie zażądały od rządu sułtańskiego, aby 141 Turków stanęło przed sądem za zbrodnie na jeńcach brytyjskich i 17 za zbrodnie na Ormianach, por. Turkish courts-martial of 1919-1920 w Wikipedii (stan na 11.09.2020), por. też Yücel Yandăg, Prisoners of War (Ottoman Empire/Middle East), International Encyclopedia of the First World War 1914-1918 on-line. [wróć]
3. T. Wituch, Tureckie przemiany. Dzieje Turcji 1878-1923, Warszawa 1980, s. 248; S.J. Shaw, E.K. Shaw, Historia imperium osmańskiego i Republiki Tureckiej, Warszawa 2012, t. 2, s. 502-504. [wróć]
4. Dobrze wiedziano za to o traktacie brytyjsko-francuskim Syke-Picot z 16 V 1916 w sprawie podziału między oba mocarstwa arabskich terytoriów sułtana. Podejrzewano słusznie, że przedrewolucyjna Rosja aspiruje do armeńskich terytoriów Turcji i strefy Cieśnin ze Stambułem, a informacje o innych tajnych traktatach dotyczących podziału wpływów pomiędzy zwycięzcami dostarczyli bolszewicy, którzy po przewrocie w Piotrogrodzie opublikowali ich treść - por. E. Kedourie, England and the Middle East 1914-1921, London 1956, s. 108-137; T. Wituch, Od Trypolisu do Lozanny. Polityka Włoch wobec Turcji i Bliskiego Wschodu w latach 1912-1922, Warszawa 1986, s. 132-135. [wróć]
5. Cytat z 29 XI 1918 r. za G.W. Gawrych, The Young Atatürk. From Ottoman Soldier to the Statesman of Turkey, New York 2013, s. 62. Zarówno liczba ludności Turcji na progu I wojny, jak i skala i przyczyny jej zmniejszenia są sporne. Wiadomo dziś, że przed I wojną władze osmańskie świadomie zaniżały liczbę chrześcijan, np. Ormian, o połowę, a Greków o 300 tysięcy. Oczywiste, że pomniejszanie ogromu masakr chrześcijan - por. niżej Aneks 1 - pozwala również na powiększanie i tak znacznych strat ludności muzułmańskiej. Nie wiemy też, jaką część strat ludności przyniosła utrata terytoriów arabskich i części kurdyjskich oraz choroby i głód. Dane przytoczone warto skonfrontować z uwagami G.W. Gawrycha, The Young Atatürk, s. 61, 157; por. T. Wituch, Tureckie przemiany, s. 222, i S.J. Shaw, E.K. Shaw, Historia, t. 2 s. 561. Por. też Aneks 3. [wróć]
6. Strefę wpływu w Azji Mniejszej gwarantował Italii układ w Saint-Jean-de-Maurienne z 19 IV 1917 por. The Middle East and North Africa in World Politics. A Documentary Record, 2nd Edition, t. 2 New Haven-London 1979, s. 94-95; T. Wituch, Od Trypolisu do Lozanny, s. 122-124 i o powodach taktycznego odwrotu Brytyjczyków od ustaleń tajnych traktatów, tamże, s. 134-137. [wróć]
7. O okolicznościach poprzedzających starcia zbrojne szerzej w Aneksie 2. Opis lądowania za: M.L. Smith, The Ionian Vision. Greece in Asia Minor 1919-1922, London 1973, s. 88-89; V. Solomonidis, Greece in Asia Minor, Diss., London 1984, s. 58-64. H.W. Richter, The Greek-Turkish War 1919-1922, Wiesbaden 2016, s. 52-55. Por. jednak również G. Horton, The Blight of Asia..., Indianapolis 1926, ch. X. Sprawę winy za oddanie pierwszego strzału badał wnikliwie A. Toynbee, The Western Question in Greece and Turkey. A Study in the Contact of Civilisations, London 1970, s. 396-400. Odosobniona, wynikająca z oczywistego antygreckiego i protureckiego nastawienia jest opinia hrabiego Carlo Sforzy, wysokiego komisarza rządu włoskiego w Konstantynopolu, że pierwszy wystrzelił grecki prowokator na polecenie lokalnego dowódcy, por. J.S. Łątka. Ojciec Turków Kemal Atatürk, Warszawa 1994, s. 121. [wróć]
8. M.L. Smith, Ionian Vision, s. 1-5; R. Clogg, Historia Grecji nowożytnej, Warszawa 2006, s. 60-89. [wróć]