Smycz - Robert Kudus
20.19 zł
16.76 zł
(17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Gdy tylko zjedliśmy, nienagabywani już przez nikogo, ruszyliśmy dalej. Wyglądało na to, że tej nocy moje ciało nie zazna rozkoszy spania w ciepłym, wygodnym łóżku. Zapowiadało się na kulenie się w siedzeniu pasażera. Najgorsze było w tym wszystkim to, że powieki same mi się kleiły. Niestety nie dało się spać w samochodzie Michalaka. Gdy próbowałem przysnąć, moja głowa lądowała tuż przy mroźnej szybie. W dodatku odbijała się od niej nieprzyjemnie niczym piłka od betonowej ściany. Innymi słowy, byłem na najlepszej drodze do nabicia sobie guza.
Tymczasem Michalak był jakiś zamyślony. A może właściwie - zasmucony. Miałem bowiem wrażenie, że coś go naprawdę gnębi. Jechał jakiś taki nieobecny, niby wpatrzony w drogę, ale tak naprawdę bujający gdzieś w obłokach. Wyglądał jak człowiek, który nie może sobie poradzić z jakimś ciężkim problemem. Jakby go coś próbowało dopaść z odmętów jego pamięci i wspomnień, a on nie potrafił się przed tym obronić w żaden inny sposób niż ucieczką.
Krajobraz za szybą raczej sprzyjał takim rozmyślaniom. Tym bardziej że znów zaczął sypać śnieg. I to ostro. Momentami nie dało się jechać szybciej niż kilkanaście kilometrów na godzinę. Zacząłem się już zastanawiać, czy tej nocy w ogóle uda nam się dotrzeć na miejsce. Zwłaszcza że warunki na drodze jakoś wcale nie miały zamiaru się poprawić. Najgorsze było to, że nikt naszej trasy nie odśnieżał. Wielkie płaty śniegu mogły swobodnie spadać sobie na ziemię i zalegać na każdym centymetrze kwadratowym asfaltu. O ile wcześniej jechaliśmy po trakcie wyznaczonym przez dwa czarne paski zostawione po kołach samochodów, to teraz znikły już one na dobre. Koła michalakowego golfa taplały się w śniegu na całego.
Otaczała nas kompletna głusza. Dokoła była tylko czerń nocy i biel śniegu. Natomiast sznurek samochodów podążających w żółwim tempie po tym zasypanym trakcie przypominał bardziej zmotoryzowany kondukt żałobny niż trasę ekspresowego ruchu.
Jedyny plus tej sytuacji był taki, że na szczęście ogrzewanie w samochodzie Michalaka stanęło na wysokości zadania. Pomimo że na dworze srożył się mróz, to moje kości mogły choć trochę zaznać ulgi w powiewach ciepłego powietrza padającego na moją twarz i nogi.
Teoretycznie mogliśmy się zatrzymać gdzieś na poboczu i przespać, ale biorąc pod uwagę, że śnieg nie miał zamiaru odpuścić, wątpię, czy udałoby nam się odkopać rano spod zaspy. Woleliśmy nie próbować, na pewno nie w szczerym polu, w jakim się obecnie znaleźliśmy.
Szczere pola. Zabawne, patrzyłem na umykające mi przed oczami przydrożne pachołki. Jeden, drugi, trzeci - liczyłem je w myślach, jak kolejne postawione kroki. Byłem coraz dalej. Odjeżdżałem. Odchodziłem. Gdzieś za mną była cała noc... Nic więcej, co warto byłoby zachować. A na pewno nie to, co miałem w sercu, na pewno nie to...
W pewnym momencie Michalak jakby znowu zauważył moją obecność. Odwrócił się w moją stronę.
- Pamięta pan, jak opowiadałem panu o mojej córce?
- Pamiętam...
- Wie pan, czasem jak człowiek spojrzy, co zrobił kiedyś... - zawiesił głos. - To tak straszne, że nic tylko chce o tym zapomnieć. Wymazać. Moja córka, moja piękna córka - biadolił. - Już od tak dawna nie miałem jej w moich ramionach. Ile bym dał, żeby móc znowu usłyszeć jej piękny śmiech... Czy pan wie, jaki to może stanowić balsam dla ducha? Jakie ukojenie bólu życia na tym świecie, codziennych trosk? Zanim mi ją zabrali, zanim to wszystko się stało. Była dla mnie wyjątkową osobą na świecie. Mógłbym za nią życie oddać. I wtedy to się stało. Wtedy przyszli i ją zabrali. I ja nic nie mogłem zrobić!
- Ale właściwie, kto ją zabrał? - próbowałem dociekać.
- Ci, co wchodzą na myśli! To oni! To wszystko ich wina! - ekscytował się Michalak. - Pan myśli pewnie, że ja odpuściłem. Że jej nie broniłem tak, jak powinienem bronić swojej rodziny każdy mężczyzna. Ale to tak nie było! Czy pan kiedyś przeżył coś takiego? Gdy ktoś tak krępuje, że nie potrafi pan nic zrobić... Nawet jeśli ktoś krzywdzi pana rodzinę? I pan to widzi. Pan wie, że zarzucili panu jakąś barierę na oczy i nie może pan się przez nią przebić. Krzywdzą kogoś, a pan musi na to patrzeć i nie może pan odwrócić wzroku! Albo każą ci to uczynić własnymi rękami? Wyobraża pan to sobie? Jak można dalej normalnie żyć? Po czymś takim? Jak?
Zamilkłem na chwilę, próbując rozgryźć ten swoisty monolog Michalaka. O ile dobrze odczytywałem to, co miał mi do przekazania, jego rodzinę spotkało jakieś straszne nieszczęście. Nie byłem tylko pewien jakie. I kto, tak naprawdę, odpowiadał za nie.
- Może mi pan jeszcze coś powiedzieć? - spytałem.
- Co takiego?
- Nie wiem, czy mogę o to spytać... - Wahałem się. - Jakoś mi głupio...
- Niech pan się nie krępuje - zachęcał mnie Michalak.
W końcu stwierdziłem, że może jednak warto wiedzieć...
- Czy kiedyś próbowano pana... hm... wyizolować?
Jakoś mi przeszło przez gardło to pytanie. Ledwo. Zapadła ciężka, przygniatająca barki cisza. Bałem się teraz jakiejś eksplozji ze strony kierowcy. Jednak zamiast tego - tylko się uśmiechnął.
- Wielokrotnie - odpowiedział jakoś tak smutno. - Wielokrotnie.
Noc królowała w pełni. Ślimacze tempo, w jakim poruszaliśmy się do przodu, już lekko działało mi na nerwy. Poza tym Michalak, po moim niedyskretnym pytaniu, znów zaszył się w sobie. Jedyną moją rozrywką było teraz tylko radio. Ruskim targiem dogadałem się z kierowcą, że posłuchamy jakiejś stacji grającej starego, melodyjnego rocka. On nie mógł znieść moich upodobań do krzyczących punkowych wokalistów, ja nie mogłem znieść jego jazzowo-barowych smutków. Więc stanęło gdzieś pośrodku.
W końcu dowlekliśmy się do jakiejś stacji benzynowej. Ucieszyłem się i to z dość prostego powodu. Od przeszło godziny bowiem mój pęcherz protestował przed wstrzymywaniem przeze mnie zbędnego balastu. A tu za bardzo nie było gdzie go zrzucić. Nie uśmiechało mi się wystawiać moich rodzinnych klejnotów i mojej skromnej bladej pupy na działanie porywistych syberyjskich wiatrów. Kto wie, może jeszcze kiedyś chciałem spłodzić potomka? Poza tym ból nerek do najprzyjemniejszych na świecie doznań nie należy.
Tak więc widok stacji benzynowej wzbudził mój szczególny zachwyt. W dodatku pojawiła się też szansa na ukojenie strasznego pragnienia, które od pewnego momentu zaczęło wysuszać mi gardło. Nic dziwnego, że gdy tylko skręciliśmy na podjazd stacji, moje serce było całe w skowronkach. Michalak podjechał powoli pod dystrybutor, a gdy tylko się zatrzymał, wybiegłem w te pędy w poszukiwaniu najbliższego kibla.
Znalazłem go na rogu. Na szczęście nie był zamknięty, nie trzeba było się udać do sprzedawcy na stacji po specjalny kod. Swoją drogą ten, kto wymyślił podobne "udogodnienia", był albo sadystą, albo człowiekiem pozbawionym pęcherza i się mścił. No bo jak można... Tu człowiek ledwo już może wystać, a tu figa, nie dla psa kiełbasa. Trzeba iść do jakiegoś gościa, kajać się przed nim! Prosić o życzliwe rozpatrzenie prośby o to, by móc się wysrać w jego obejściu. Nie ma co - szczyt przyjemności dla jednej i drugiej strony.
Niestety - jak się okazało - znów miała zadziałać stara zasada życiowa - "nie ma nic za darmo".
Kibel okazał się tak obskurny i śmierdzący, w dodatku - papieru brak.
- Kurde, to czym ja mam się podetrzeć? Ręką? - pożaliłem się sobie i chyba wszystkim tym zarazkom latającym w powietrzu. Jakoś nie czułem się wysłuchany. Przypomniało mi się za to moje dzieciństwo. Pod pewnymi względami to były piękne czasy. Tym bardziej że wychowywałem się na wsi. Tam załatwianie potrzeb fizjologicznych nie nastręczało aż tak dużych problemów. Wystarczyło ustronne miejsce, najlepiej w krzakach, i jakiś liść do podtarcia. Niestety, to już chyba nigdy nie wróci...
Gdy wypuściłem z siebie całe zalegające we mnie gówno, od razu poczułem się jak nowo narodzony. Podziałało to na mnie lepiej niż wszelki możliwy balsam dostępny na tej planecie. Problem z podtarciem rozwiązałem w bardzo prosty sposób. Na szczęście miałem pewną przypadłość z gromadzeniem wszelkich możliwych papierków, jakie wpadły mi w ręce. Po kieszeniach spodni, w kurtce, w portfelu, wszędzie, gdzie się dało, zawsze miałem poupychane jakieś stare paragony, bilety albo inne ulotki. Właściwie nie wiem, po co mi było to całe barachło. Miałem po prostu jakiś taki nawyk. Może to z szacunku do papieru, na który wycinano tyle drzewek? W każdym razie byłem czasem niczym chodzący skład makulatury. O ile wielu to zastanawiało, jak dla mnie miało to często wyraz czysto praktyczny. Na przykład wtedy, w tej ubikacji na stacji benzynowej.
Okazało się, że wystarczy tylko kilka ulotek, koniecznie na szarym papierze, nie sprawdzały się te bardziej plastikowe, drukowane na śliskim. Do tego kilka paragonów i już! Można było bezpiecznie wychodzić z ubikacji.
Wtedy już zostaje zwykle problem nieumytych rąk. Ale to już całkiem inna historia...
Tymczasem Michalak znowu chciał jeść. Nie mogłem wyjść z podziwu, ile ten człowiek może w siebie wcisnąć żarcia. Co postój - to micha. Sprawiał czasem wrażenie, że bez posiłku, w dość regularnych, aczkolwiek krótkich okresach czasu, nie potrafi normalnie funkcjonować! Jakby życie było dla niego zbyt wyczerpujące, by mógł pozwolić sobie na takie ubytki energii.
Jeszcze nie zdążyłem wytrzeć rąk po umyciu ich w śniegu z odrobiną znalezionego w schowku michalakowego samochodu mydła, gdy kierowca chwycił mnie za rękę i już prowadził mnie w kierunku bistro znajdującego się na stacji.
Kupił hot doga. Zastanowiło mnie to o tyle, że zazwyczaj wybitnie dbał o swoje podniebienie. Przy okazji nie mogłem się nadziwić temu, jak wybierał potrawę, którą chce pochłonąć.
- Ale jak może istnieć na świecie coś takiego jak parówka o smaku bekonu z serem? - Nie potrafiłem rozgryźć tego problemu. - Czy tylko mnie wydaje się to jakieś dziwne?
- Oj, panie Tomaszu... - Z dobrodusznym uśmiechem uspokajał mnie Michalak. - Są na świecie o wiele dziwniejsze potrawy!
- Naprawdę? A jadł je pan?
- Oczywiście - zapewnił kierowca. - Jadł pan może smażone ozorki psa? Albo pieczonego węża? Naprawdę ciekawe smaki!
- Jedyne w swoim rodzaju... - skomentowałem z ironią.
- O tak, tak -Michalak przytaknął. - A gdyby pan wiedział, jak niesamowicie smakuje pieczony mózg małpy! Kiedyś dane mi było go zjeść w pewnym afrykańskim kraju... Palce lizać! W porównaniu z tym, co ładują do tych naszych parówek, to naprawdę zdrowe i pożywne jedzenie.
Spojrzałem na moją opiekaną parówkę. Jeszcze dymiła...
- Wie pan co - powiedziałem. - Chyba poproszę o dokładkę...
Fotograf Krzysztof Wójcik
Korektor Agata Wójcik
Projektant okładki Krzysztof Wójcik
Autor Copyright ? Krzysztof Wójcik, 2021
? Robert Kudus, 2021
? Krzysztof Wójcik, fotografie, 2021
? Krzysztof Wójcik, projekt okładki, 2021
"Smycz" to powieść drogi. Główny bohater Tomasz Skaza łapie okazję. Kierowcą samochodu okazuje się Artur Michalak. Między podróżnymi nawiązuje się rozmowa. Kierowca twierdzi, że ludzie są sterowani przez tych - jak ich określa - "którzy wchodzą innym na myśli". Mieli oni też porwać jego córkę, której teraz szuka. Wraz z biegiem wydarzeń poznajemy mroczne historie obu podróżnych. Wspólne przygody podróż odmieni ich obu. Jak i tych, których spotkają. Tylko czy szaleństwie jest zawsze metoda?
ISBN 978-83-8273-380-8
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero